ROZDZIAŁ DRUGI
Od XVIII wieku definicja "całkowitego obłędu", czyli choroby umysłowej, ewoluowała do określenia "dzika bestia". Określaną tak osobę uznawano za "całkowicie zdeprawowaną" w takim rozumieniu, że tak jak małe dziecko, zwierzę albo dzika bestia - nie wie, co robi.
HERBERT FEIGL
ZANIM ZAJĄŁEM SIĘ LECZENIEM psychiatrycznym, przez jedenaście lat byłem lekarzem pogotowia ratunkowego i gdy pielęgniarka nacisnęła przycisk alarmu, zbudził się we mnie dawny lekarz pogotowia ratunkowego. Padłem na kolana i umieściłem rozbitą głowę mężczyzny między kolanami, utrzymując jego kark i szyję w nieruchomej pozycji.
Czerwień zalewała moją koszulę i spodnie. Krew gromadząca się na podłodze zaczynała już krzepnąć. Z pęknięcia na lewej skroni mężczyzny sączył się cienki strumyczek substancji mózgowej.
Otworzyły się za mną drzwi oddziału i w odpowiedzi na alarm wbiegło dwunastu członków personelu z Oddziału B na piętrze, razem z dwoma policjantami. Policjanci zostali skierowani na dziedziniec, natomiast personel zajął się opanowaniem tłumu.
- Poproszę latarkę! - zawołałem i pielęgniarka szybko podała mi wyjętą z kieszonki koszuli latarkę ołówkową. Rzuciłem promień światła, unosząc kciukiem powieki leżącego. Prawa źrenica zareagowała, zmniejszając się, natomiast lewa ledwo drgnęła i zaczęła się rozszerzać. Wyglądało to źle. Oznaczało krwawienie wewnątrzczaszkowe.
- Dajcie tu zaraz sanitariuszy! - krzyknąłem.
- W drodze - odpowiedziała Kate Henry, trzymając telefon wciśnięty między ramieniem i uchem.
Pacjenci ogłuszeni hałasem i widokiem tak dużej ilości krwi zamarli z przerażenia. Ledwo drgnęli, gdy po upływie pięciu minut rozwarły się drzwi oddziału i pojawiła się trzyosobowa załoga ratowników medycznych z wózkiem do przewożenia chorych i sztywnymi noszami.
- Uderzenie krzesłem w głowę - wyjaśniłem i odsunąłem się na bok. - Cios w źrenicę.
- Zajmę się tym - ratownik założył leżącemu kołnierz stabilizujący kark. Za mną drugi ratownik rozerwał mu koszulę na piersi i przyczepił czujniki EKG. Po mojej prawej stronie trzeci z ratowników - strażak - zażądał połączenia z pogotowiem hrabstwa.
- Alarm dla centrali ratunkowej hrabstwa (County General Emergency) - rzucił pierwszy ratownik. - Potrzebny transport lotniczy.
- Centrala na linii - zawołała Kate Henry i podała przez drzwi dyżurki słuchawkę.
Ratownik podbiegł i szybko przekazał informację, podczas gdy dwaj pozostali członkowie załogi ratowniczej razem z trzema pielęgniarkami ostrożnie ulokowali uderzonego pacjenta na sztywnych noszach, a potem przenieśli na wózek.
Pomogliśmy zabezpieczyć ciało pasami i ratownicy szybko się wycofali, pod przewodnictwem Cole'a, który machał ręką, jakby dowodził szarżą kawaleryjską. Potem drzwi zatrzasnęły się i zostały zamknięte na klucz.
Na podłodze pozostała krew. Pacjenci wpatrywali się w nią. Kręciło mi się w głowie. Próbowałem wstać, ale obawiałem się, że kolana mogą mnie nie utrzymać.
Dwóch policjantów spokojnie sprowadziło wytatuowanego olbrzyma z dziedzińca, zaprowadzili go do pokoju, zamknęli drzwi i stanęli przed nimi na straży.
- Lekarstwa! - krzyknęła pielęgniarka, Luella Cortes, Hiszpanka przed trzydziestką. Pacjenci, nadal oszołomieni, lecz wyraźnie zaznajomieni z obowiązującymi zwyczajami, ustawili się w szeregu przed małymi drzwiami połówkowymi do pokoju z lekami.
Odszukałem zlew i przemyłem twarz wodą, zmywając krew z karku i oczyszczając go na tyle, na ile mogłem. Personel wycofał się do dyżurki pielęgniarek.
Razem z nimi Ben Cohen - trzydzieści parę lat, wysoki, przystojny, ostry jak brzytwa - nasz nowy psycholog. Wchodził w skład mojej drużyny rozpoznawczej. W tym całym zgiełku gdzieś mi się zawieruszył. Był to też jego pierwszy dzień, ale bardziej sprawiał wrażenie rozgorączkowanego niż zdezorientowanego.
- Kogo uderzył ten szaleniec? - zapytał ze złością Cohen.
- Nazywa się Ralph Wilkins - odparła Mazie Monabong, filipińska pielęgniarka w średnim wieku. - Ten, kto go uderzył, to Bill McCoy. Byli skłóceni - pewnie jakieś długi hazardowe.
- Albo Wilkins nie zapłacił dość za ochronę - stwierdziła Palanqui.
- Wilkins prał brudy McCoya - dodała Kate Henry. - Był mu za coś winien.
Poczułem silne łupanie w skroniach. Odwróciłem się do lustra nad zlewem, żeby obejrzeć tył głowy. Podeszła oddziałowa.
- Jest pan ranny? - zapytała i łagodnie dotknęła głowy nad kołnierzykiem. Cofnęła zakrwawione palce.
Azjata, silny mężczyzna w średnim wieku - przeczytałem na plakietce jego nazwisko: Xiang - podsunął mi krzesło.
- Proszę usiąść - rzekł.
Drobnej budowy, lecz silny, Xiang roztaczał wokół siebie atmosferę rozsądku i fachowości.
- To nic poważnego. Wszystko będzie dobrze - odparłem.
- Proszę siadać - powtórzył i usiadłem.
Założył lateksowe rękawiczki i zaczął rozgarniać włosy.
- Będzie potrzebne szycie - stwierdził i delikatnie przyłożył mi do głowy gazik.
- Nie sądzę - sprzeciwiłem się, próbując wstać, jednak Xiang delikatnie, lecz stanowczo powstrzymał mnie, naciskając ręką ramię.
- Pan jest tu nowym lekarzem, czy tak? - zapytał, z łatwością zmuszając mnie do siedzenia.
- Tak. Jestem doktor Seager - odparłem.
Xiang oczyścił moją ranę świeżym kawałkiem bawełny.
- Pan Xiang jest naszym naczelnym pielęgniarzem - wtrąciła Kate Henry.
- Miło mi... - zacząłem, jednak Xiang mi przerwał.
- Od wielu miesięcy nie mieliśmy lekarza na Oddziale C - rzekł, ciągle zajmując się raną. - Potrzebujemy tu pana. Naprawdę potrzebujemy.
Delikatnie obrócił taboret i zajrzał mi w oczy.
- Jeżeli teraz nie zajmiemy się tym rozcięciem - stwierdził - to może się wdać infekcja, a potem tężec i w końcu nastąpi zejście. I wtedy może nie będziemy mieć lekarza przez następne trzy miesiące, rok czy nawet w ogóle. - Przerwał i uśmiechnął się. - Dlatego musimy szyć.
Czułem, jak walą mi w głowie bębny.
- Dobrze - zgodziłem się.
Xiang chwycił trzy arkusze papieru z wysokiej sterty wznoszącej się na pobliskim biurku i pospiesznie nagryzmolił coś na spodzie każdego z nich.
- Proszę to wziąć do centrali ratunkowej - polecił. - Randy pana tam zawiezie. Jest naszym pomocnikiem medycznym.
Wstał przystojny, młody, czarny mężczyzna, odebrał papiery od Xianga i przeszedł obok mnie.
- Proszę się nie martwić - dorzucił Cohen. - Dowiemy się wszystkiego o McCoyu.
- Dziękuję. - Tylko tyle mogłem z siebie wydusić.
- Mam nadzieję, że poczuje się pan lepiej - zawołała Monabong za nami, gdy wychodziłem za Randym.
Przy wejściu do stacji minęliśmy trzech członków personelu prowadzonych przez cztery pielęgniarki trzymające w pogotowiu pełne strzykawki. Obaj policjanci trzymający wartę przed drzwiami pokoju McCoya weszli do środka.
* * *
Minęliśmy drzwi pogotowia i dyżurna urzędniczka stacji sprawdziła moją plakietkę z nazwiskiem. Potem odebrała papiery Xianga z rąk Randy'ego i wezwała pielęgniarkę, która mimo przepełnionej poczekalni poprowadziła nas prosto na zaplecze, do kabiny z zasłonami.
- Czuję się dobrze - powiedziałem, zwracając się do Randy'ego. - Może pan wracać.
Randy wahał się przez chwilę, potem skinął głową i odszedł.
W czasie gdy czekałem, poprzez hałas zapracowanej stacji ratunkowej usłyszałem szybkie kroki i pełne napięcia ostro brzmiące głosy, szelest plastiku owijającego instrumenty i brzęczenie wózka z przewoźnym aparatem rentgena razem ze stukotem toczących się kółek czteroramiennej podstawy stojaka do kroplówek - typowy zgiełk obrazujący walkę ze śmiercią.
- Jestem doktor Vezo. - Młoda kobieta w białym kitlu rozsunęła kotarę kabiny i wśliznęła się do środka. - Pozwoli pan, że zerknę na to rozcięcie - kontynuowała i unosząc sztywną podkładkę do pisania z klipsem, podeszła do mnie od tyłu i rozsunęła włosy na tyle mojej głowy. - Jak to się stało? - zapytała.
- Uderzyłem się w głowę - odparłem.
Vezo wciągnęła sterylne rękawiczki, otworzyła opakowaną tackę z narzędziami, znieczuliła i przemyła rozcięcie betadiną, a potem zaczęła szyć.
- Pan też jest z Napa? - zapytała po skończeniu.
- Tak, z Napa - odparłem, unosząc się i odwracając w jej stronę. - Ma pani dużo takiego czegoś stamtąd?
- Czegoś...?
- No, ile zdarza się tam takich nagłych wypadków?
- Sporo - odparła Vezo, zdejmując rękawiczki. - Wie pan, jak tu, w okolicy, nazywają Napa State?
Zaprzeczyłem ruchem głowy.
- Gomora - rzekła Vezo. - Tak jak "Sodoma i...". To tajemnicze miejsce. Tak jak to biblijne miasto, nikt w istocie nie wie, ile i jakiego rodzaju zła się tam kryje.
Zaczęła mnie boleć głowa i przez moment pomyślałem, że podjąłem bardzo złą decyzję w sprawie pracy. Jednak nie wyraziłem tego głośno. Nie mogłem. Powiedziałem tylko:
- Myślę, że wszystko się dobrze ułoży.
Vezo nie zdążyła odpowiedzieć, została wezwana do pokoju zajmującego się traumą pourazową, gdzie podawano wyniki badań.
- Mamy na zapleczu zapasowe ubrania - wskazała na mój poplamiony krwią strój, potem schowała notatnik, rozchyliła kotary i zniknęła.
Wyjąłem telefon komórkowy i niepewny zastanawiałem się, co powiedzieć żonie.
- Halo, Ingrid. Obecnie jestem w centrali ratunkowej hrabstwa - powiedziałem.
- Co ci jest? - zapytała.
- Uderzyłem się w głowę. Ale nie martw się. Mogę już wrócić do domu.
- Dobrze, będę tam tak szybko, jak tylko mi się uda - odpowiedziała.
Rozłączyłem się i poszedłem na zaplecze przebrać się w kompletny strój pracowników pogotowia, koloru zielonego. Poplamione ubranie włożyłem do plastikowej torby i wyszedłem na zewnątrz. Natychmiast ogłuszył mnie ryk lądującego śmigłowca.
Znalazłem ławkę w cieniu drzewa i usiadłem. Powietrze było chłodne i nieruchome.
Przywitałem Ingrid uśmiechem. Z SUV-a wysiadła w każdym calu elegancka, wysoka blondynka i podeszła do mnie.
- To tylko rozcięcie - wyjaśniłem, wskazując tył głowy.
Rozgarnęła włosy.
- Masz dziesięć szwów - stwierdziła wyraźnie zdenerwowana. - Kto ci to zrobił? - zapytała.
Jako lekarz przywykła do widoku ran i krwi, jednak rodzina to zawsze inna sprawa.
- Możemy podjechać po mojego pikapa - powiedziałem, idąc w kierunku SUV-a. - Opowiem ci wszystko po drodze.
- Znalazłam to na podjeździe. - Ingrid podała mi mapę szpitala, którą przysłał mi doktor Francis. Musiała mi wypaść z kieszeni. Na górze widniał napis: NAPA STATE HOSPITAL.
- Napa State - zauważyłem. - Ale na pogotowiu nazywają go Gomora.
- Co? - spytała.
- Gomora, jak "Sodoma i...". Kto wie, co się naprawdę kryje w środku...?
- Co...?
Znowu spojrzałem na mapę. Wewnątrz ogrodzenia zakreślono kółkiem Oddział C.
- Przepraszam - rzekłem - powinienem ci powiedzieć.
Ingrid zapuściła silnik i wyjechała z parkingu stacji ratunkowej.
- Na Oddział C przydzielono mnie w ostatniej chwili - wyjaśniłem. - Mówili, że nie będziemy tam wchodzić, ale najwyraźniej coś się zmieniło. Wpierw chciałem sprawdzić to miejsce. Pomyślałem, że będziesz się o mnie martwić.
Ingrid zatrzymała się na świetle.
- Udałem się do mojego nowego oddziału - ciągnąłem. - I facet wielkości góry, ze słowem "piekło" wytatuowanym na czole, rzucił mną o ścianę w chwili, gdy rozwalił głowę starego mężczyzny uderzeniem krzesła. Pękła mu czaszka. Właśnie zabierali go śmigłowcem.
Ingrid z urodzenia jest Dunką, ze skandynawską powściągliwością, niepozwalającą okazywać uczuć.
- Powinieneś był powiedzieć mi o zmianie oddziału. - Westchnęła. - Jednak teraz to już nie ma znaczenia. Nie wiem, co powiedzieć. Jestem przerażona. To twój pierwszy dzień w pracy i już masz rozbitą głowę. Byłeś tam tylko przez godzinę.
- Mimo wszystko - odparłem z wymuszonym uśmiechem - mam nadzieję, że nie wygląda to groźnie.
Musiałem jednak uderzyć głową silniej, niż mi się wydawało, nie pamiętałem bowiem wiele z tego popołudnia. Kiedy John, nasz czternastoletni syn, zjawił się w domu, patrzyłem bezmyślnie w ekran telewizora na odcinek serialu Dni naszego życia.
- Jesteś już w domu? - zdziwił się i spojrzał zaintrygowany na ekran telewizora. - Oglądasz operę mydlaną? - Przerwał. - Twoja głowa krwawi, tato. Co się stało?
Zapomniałem zmienić bandaż, nie pamiętałem, że może przesiąknąć.
Do wieczora moje myśli stały się klarowniejsze i poczułem się dużo lepiej. Ingrid zbadała rozcięcie, zatamowała krew i zdecydowała, żeby świeży szef pozostał odsłonięty.
Podczas kolacji, w celu wyjaśnienia tego, co się stało, podałem Johnowi rozsądną wersję wydarzeń tego dnia. Mądry nad swój wiek, potrząsnął głową i rzekł:
- Tato, nie możesz tam pracować. To niebezpieczne.
Późną nocą siedziałem na skraju łóżka, gdy Ingrid usuwała makijaż i przemywała twarz.
Powtórzyłem jej całą historię przepraw przez strzeżone bramy i opisałem kampus. Opowiedziałem o fałszywym alarmie, co wywołało u niej nikły uśmiech.
Wstałem i wyjrzałem przez okno wychodzące na dalekie światła miasta.
- Nigdy nie byłem tak przestraszony - stwierdziłem.
Ingrid, wycierając ręcznikiem policzki, odwróciła się:
- Czy ten Napa, albo Gomora, czy jak to tam nazywają, nie jest przypadkiem szpitalem? - zapytała spokojnym tonem.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
- Jeżeli było tak, jak powiedziałeś, to John miał rację i nie możesz tam wracać. Są inne zajęcia. Nie chcę oglądać twoich ran. To nie jest tego warte.
- Przemyślę to - zapewniłem.
Jak większość ludzi, a nawet psychiatrów, niewiele wiedziałem o stanowych szpitalach psychiatrii sądowej, gdy składałem wniosek o pracę w Gomorze. Znałem stanowe zakłady opiekujące się najciężej chorymi z chorych, w rzeczywistości pochodzące ze świata Hannibala Lectera. Pracując w Los Angeles, wysyłałem pacjentów do Metropolitan State Hospital, jednego z pięciu kalifornijskich szpitali psychiatrii sądowej. Ale moja noga nigdy nie przekroczyła bramy żadnego z nich. Nie znałem też nikogo, kto tam był. Ponadto nigdy poważnie nie myślałem o pracy w tego rodzaju szpitalu. W kręgach psychiatrów nie dyskutowano na ich temat. Istniały gdzieś tam - na dalekiej prowincji, daleko. I nikt nie wiedział, jakie to niebezpieczne miejsca. Jednak tego ranka poznałem o nich prawdę.
Przed zaśnięciem przypomniałem sobie worek z moim zakrwawionym ulubionym niebieskim krawatem wepchniętym w kieszeń spodni. Nigdy już nie zobaczyłem tego worka.