2 Zbędni ludzie jadą do Francji
Zimą 1918 roku do długiej listy problemów, z którymi mierzyli się w dopiero co odrodzonej Polsce, sklepikarze mogli dopisać kolejny: jak pokazać klientom, czym handlują, nie wystawiając w witrynie artykułów spożywczych? Czy umieścić tam gipsową makietę? A może atrakcyjną ilustrację? Głowy łamali sobie też restauratorzy: jak skomponować menu z tylko jedną mięsną potrawą? Czy ktoś skusi się na kotlety jajeczne? Czy jarski bigos posmakuje? Lista pytań puchła.
Przyczyną owej handlowo-wystawowej zagadki było rozporządzenie wydane w listopadzie tego roku przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych "w przedmiocie ograniczenia sprzedaży artykułów mięsnych w jadłodajniach i umieszczania artykułów spożywczych na wystawach sklepowych lub w oknach". Uznano najwidoczniej, że ze względu na "warunki aprowizacyjne kraju" lepiej nie denerwować przechodniów i bywalców lokali. Sytuacja i tak była napięta.
Braki i nadmiary
Niepodległa Polska to państwo, w którym jednych rzeczy brakuje, a innych jest aż nadto. Brakuje - jak już się rzekło - jedzenia. Choć to kraj rolniczy, w którym z tego, co rodzi ziemia, żyje sześćdziesiąt (a są miejsca, że i dziewięćdziesiąt) procent społeczeństwa, uprawia się ją tak niewydajnie, że zbiorów często nie wystarcza nawet na wyżywienie rodziny, nie mówiąc o ich sprzedaży. Na wsiach domowe zapasy próbuje się uzupełnić tym, co dają las i rzeka. W miastach rząd wprowadza kartki, między innymi na chleb, cukier i sól. Dwa różne rozwiązania, a oba nieskuteczne. Na wsiach natura okazuje się nie dość hojna, by odegnać głód. W miastach ludzie masowo fałszują kartki albo pobierają przydziały na zmarłych już członków rodziny. Gdzieniegdzie myśli się nawet o zamknięciu szpitali, bo nie ma czym wykarmić chorych.
Jedzenia brakuje, więc jego ceny idą w górę - wydatki na żywność pochłaniają znaczną część domowych budżetów. Konkretnie: sześćdziesiąt procent, z czego dwadzieścia wydaje się na chleb. W ślad za jedzeniem drożeją i inne towary. Każdą monetę - najpierw markę polską, a po reformie walutowej złotówkę - przed położeniem na sklepowej ladzie ogląda się uważnie. Czasem przy tym oglądaniu wzrok się rozmywa. "Raz, pamiętam, mąż mi oddał zasiłek i zdjął buty z nóg, i pokazał mi dziury w zelówkach, i cóż ja wtedy miałam zrobić? - pisze w pamiętniku robotnica z Żyrardowa. - Zelówki kosztowały 5 zł 50 gr, a ja miałam 9 zł 25 gr i tydzień życia przed sobą [...]. Jak niosłam te buty do reperacji, to może mi nie wierzycie i powiecie, że to bujda, ale ja, co tu piszę tylko prawdę, to jak niosłam te kamasze do szewca, to płakałam jak małe dziecko. Nie wiem, czy jak jaki bogacz straci cały swój majątek, czy tak kiedy by płakał"1.
Brakuje pieniędzy, brakuje też pracy, która pozwalałaby zarobić pieniądze. Na wsiach ziemię z każdym pokoleniem dzieli się na coraz mniejsze kawałki, każde z dzieci dostaje coraz skromniejsze poletko. W miastach fabryki są zniszczone po wojnie. Ręce rwą się do roboty, ale nie mają się czego uchwycić. Według historyków na wsi zajęcia nie ma jedna trzecia mieszkańców, w mieście nie ma go połowa.
Oprócz głodu pracy i głodu ssącego w żołądku jest jeszcze jeden głód: mieszkaniowy. Sytuacja - zła już przed wojną - po niej pogarsza się jeszcze bardziej. Rolnicy mieszkają w jednoizbowych chatach, małych i ciemnych, bo szklane okna to luksus. Robotnicy na przedmieściach lub osiedlach robotniczych. To miejsca, gdzie nikogo nie dziwi brak prądu, gazu, bieżącej wody i kanalizacji, nie zaskakuje lokal w suterenie czy na poddaszu ani fakt, że w jednym pomieszczeniu żyć musi kilka osób - średnio 3,7, ale zdarzają się przypadki, że i dziewięć. Tam wynajmuje się czasem nie całe pokoje, tylko łóżka, nie na miesiące czy tygodnie, tylko na godziny: jeśli jeden człowiek pracuje w dzień, a drugi w nocy, spokojnie mogą podzielić się kosztami. "Dziewięćdziesiąt procent naszych pacjentów żyje w okropnych warunkach - piszą w 1923 roku urzędnicy kasy chorych. - W mieszkaniach ciasnych, brudnych gnieżdżą się po dwie-trzy rodziny. Choroby płucne, szczególnie gruźlica, mogą rozwijać się bez żadnych przeszkód: matka zaraża dziecko, dzieci rodziców itd., a wszędzie w tych siedzibach ludzkich brak niezbędnego dla płuc lekarstwa: słońca i powietrza. Za to w izbach robotniczych unoszą się opary kuchenne, woń kwaszonej kapusty, stęchlizna ze starej słomy sienników i smród z porozwieszanych w mieszkaniach pieluch i ścierek"2.
Pod tymi pieluchami i ścierkami, wśród nieprzyjemnych zapachów, nieraz rozgrywały się dramaty. Ta sama kobieta, która płakała w drodze do szewca, ma i inny, jeszcze bardziej dramatyczny powód do łez. Umiera jej stryj. "Już na kilkadziesiąt minut przed śmiercią prosił, ażeby mu kupić jabłek, a dzień przed tem kupiłam mu pomarańczę i dałam za nią 1,10 gr, to już później miałam 15 gr, a żeby kupić jabłko w czerwcu, trzeba mieć choć z 50 gr, a ja tyle nie miałam [...]. I umarł 8 czerwca z żalem do mnie, że mu żałowałam 50 gr. Och ty biedo złota, ja ich nie miałam. I pomyśleć, 50 gr stanowi u człowieka prawie że majątek, bo gdybym wtedy miała te 50 gr, to chociażbym temu umierającemu nie odmówiła jego ostatniej prośbie. Czy to nie jest straszne? Czy to nie jest okropne?"3
Skoro w Polsce brakuje jedzenia, pieniędzy, pracy i mieszkań, to czego jest nadto? Czego nad Wisłą zbywa? Czasu i rąk do pracy. Jak wylicza ówczesna prasa, na samej wsi żyje pięć milionów ludzi, dla których nie sposób znaleźć zajęcia. Nazywa się ich "zbędnymi". To ogrom, a wciąż rodzą się nowi - w latach dwudziestych Polaków przybywa szybciej niż jakiegokolwiek innego narodu w Europie. Dzieci: gorzkie szczęście, przynoszą ze sobą i radość, i kłopoty.
Bieda to dla zwykłych ludzi dramat, dla władz zaś problem, który trzeba rozwiązać, i to jak najszybciej. Brak pracy, niedostatek i przede wszystkim nikła nadzieja na poprawę losu: to wszystko czynniki sprzyjające "komunistycznym wpływom". "Członkowie rządu drżeli na myśl, że masy pozbawionych zajęcia i zarobku robotników zorganizują krwawą rewoltę i zaprowadzą nad Wisłą rządy bolszewickich komisarzy"4 - pisze historyk Kamil Janicki. Bezrobotnych próbuje się więc wesprzeć zapomogami albo zatrudnić przy robotach publicznych. Te pierwsze jednak szybko zjada inflacja, drugie zaś okazują się techniczną i organizacyjną porażką.
Jeśli więc nie ma pomysłu na skuteczną pomoc, zostaje trzecia droga. Może ludzie zbędni, nadwyżkowi, bezrobotni, zbuntowani powinni poszukać szczęścia gdzie indziej? Może po prostu powinni stąd wyjechać?
Puzzle
116 miliardów franków - na tyle wyceniono zniszczenia, jakie wojna spowodowała w północnej i wschodniej Francji. W gruzy obróciła 32 tysiące fabryk, 800 tysięcy budynków mieszkalnych, 4800 kilometrów torów5. Wydobycie węgla w kopalniach departamentów Nord i Pas-de-Calais, górniczego zagłębia Francji, spadło z 27 milionów ton w 1913 roku do 13,5 miliona ton w 1921. Zniszczeniu uległo 77 procent naziemnej i podziemnej infrastruktury6. Trzeba było zabrać się do odbudowy: gruzy usunąć, okopy zasypać, niewypały odnaleźć, domy odbudować, tory położyć na nowo. Kto jednak miał to zrobić, jeśli ludność na tych terenach zmniejszyła się o ponad połowę?
Dwa kraje jak dwa puzzle - jeden z nadmiarem, kipiącym, wylewającym się jak strumień z brzegów, drugi z brakiem, niedoborem, jakby wyrwą do zapełnienia. Zdawało się, że wystarczy wpasować jeden element w drugi, by stworzyły zgrabny obrazek, na którym jedni mają pracę, a inni pracowników. Dyplomatyczna układanka, lekarstwo na przynajmniej jeden z powojennych problemów.
Dokument umożliwiający realizację tego konceptu podpisano 3 września 1919 roku. Nosił tytuł: Konwencja w przedmiocie emigracji i imigracji, zawarta pomiędzy Rzecząpospolitą Polską a Rzecząpospolitą Francuską. Na jego kartach znalazły się najważniejsze zasady, na mocy których jeden kraj miał uwolnić się od nadmiaru, a drugi od niedoboru. Tak więc: wyjeżdżać można samodzielnie lub w ramach kontraktu zbiorowego. Na wyjeżdżających samodzielnie, którzy nie podpisali wcześniej umowy z jakimś pracodawcą i brakuje im środków na dalszą podróż do wybranej miejscowości we Francji, czekają przygraniczne schroniska, w których można się zatrzymać, i wskazówki z urzędów pośrednictwa pracy. Wyjeżdżający na kontrakty zbiorowe co prawda pracę mają zagwarantowaną, ale jeszcze we własnym kraju muszą przejść weryfikację i klasyfikację, prowadzoną przez przedstawicieli rządu kraju przyjmującego lub przyszłego pracodawcę. Na wszystkich tych, którzy znajdą zatrudnienie, czekają płaca, warunki pracy i opieka socjalna takie same, jakie otrzymują obywatele kraju przyjmującego. Wyjeżdżać można swobodnie - na opuszczenie ojczystego kraju nie potrzeba żadnego zezwolenia. Nikt też nie może zabronić pracownikom powrotu do domu.
Połączono dwa puzzle i zbudowano most, przez który w całym międzywojniu przeszło pół miliona ludzi.
Francja daleka - Francja bliska
"I tak zdecydowałem się wyjechać do Francji". "Nam tak się bieda za pazury dogryzła, że postanowiliśmy wyjechać do Francji". "We Francji można zarobić, kto tylko chce i oszczędza, może z biegiem czasu przyjść do grosza i potem coś kupić sobie w Polsce". Czytane po prawie stu latach fragmenty pamiętników emigrantów brzmią lekko. Zaskakująco lekko, bo przecież zdawać by się mogło, że dla kogoś, kto - a można założyć, że tak było w przypadku wielu osób - nie mówi w żadnym obcym języku i dotychczas najdalej w podróż wyprawił się do pobliskiego miasta wojewódzkiego, wyjazd za granicę będzie decyzją obarczoną, jeśli nie lękiem, to przynajmniej wątpliwościami. We wspomnieniach tych ludzi nie ma jednak strachu czy wątpliwości, choć nie ma też entuzjazmu. Jest tylko decyzja.
Może dlatego, że w latach dwudziestych ubiegłego wieku nie była to wcale decyzja tak wyjątkowa? Za pracą wyjeżdżano nie tylko do Francji, ale też do Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Danii, Belgii, Łotwy, Kanady, Argentyny, Brazylii. Przez całe dwudziestolecie międzywojenne po świecie rozpierzchły się dwa miliony Polaków7.
W każdym z tych miejsc istniały jakieś przeszkody. Co kraj, to inne. W Stanach Zjednoczonych obowiązywała Quota Act, ustawa określająca liczbę imigrantów danej narodowości, którzy każdego roku mogą zostać przyjęci w portach. W Niemczech szalała hiperinflacja, a plotka głosiła, że wydalają stamtąd Polaków za każde przewinienie. Kanada preferowała emigrację z Wielkiej Brytanii. Argentyna oferowała niewielką ilość nadającej się pod uprawę ziemi i jeszcze mniejszą pomoc dla osadników. Brazylia nie oferowała niemal żadnej pomocy. Na łamach "Wychodźcy", tygodnika wydawanego przez Polskie Towarzystwo Kolonialne, można było przeczytać, że w Argentynie "nikt na nikogo zza oceanu nie oczekuje. [...]. Trzeba ogromnie przeto wytężać siły, umysł, zdolności, aby wytrzymać tę konkurencję wszechświatową, zdać egzamin życiowy i wyjść w dodatku z niego zwycięsko"8. Do Brazylii zaś "zaczęły napływać rzesze ludu łaknącego łatwiejszego kawałka chleba, lepszego bytu aniżeli w starym kraju. Tutaj jednak czekała ich twarda rzeczywistość: nieudolny rząd brazylijski nie mógł sobie dać rady z nawałem ludzi, z powodu braku gotowych działów ziemi emigranci musieli wyczekiwać całemi miesiącami w barakach, gdzie zaczęły grasować epidemie, pochłaniając wiele ofiar, a kiedy nareszcie emigrant dostał się ze swoją rodziną na lot, jaki mu rząd wydzielił, to najodważniejszy musiał struchleć na widok swego przyszłego warsztatu pracy... Puszcza! Odwieczna, nietknięta, groźna, ponura, jakby z szyderstwem spogląda na wylękłą rodzinę mazurską i szumi: "Człowieku, puchu marny, jam przetrwała lat tysiące, a ty mi chcesz przynieść zagładę? Promień słońca nie przebija się przez moje konary, a ty się chcesz wedrzeć do mojego wnętrza? Nigdy, tu twoja zguba""9.
Po takiej lekturze Francja rzeczywiście mogła się wydawać bezpiecznym wyborem.
Rekrutacja
Kto mógł jechać nad Sekwanę? Na to pytanie autor Wskazówek dla wychodźców do Francji, książeczki w formacie szkolnego zeszytu, w której udało się zawrzeć zaskakująco wiele praktycznych informacji dla emigrantów, odpowiada tak:
"Najczęściej sprowadzani są do Francji:
1) robotnicy rolni (mężczyźni i kobiety) i osadnicy,
2) górnicy do kopalń (wykwalifikowani i niewykwalifikowani, mężczyźni i kobiety),
3) robotnicy przemysłowi (wykwalifikowani i niewykwalifikowani, mężczyźni i kobiety)"10.
Robotnicy rolni i zawodowi górnicy przyjmowani byli do czterdziestego piątego roku życia, robotnicy przemysłowi - do trzydziestego piątego. Za robotników wykwalifikowanych w górnictwie i przemyśle uznawano tylko tych, którzy zdali egzamin zawodowy, posiadali świadectwa fachowych kursów bądź doświadczenie z poprzedniej pracy. Jako niewykwalifikowani mogli być przyjęci wszyscy bez określonego zawodu. Nie przyjmowano chorych, nie przyjmowano ciężarnych.
Tylu potencjalnych odrzuconych, a jechać chcą wszyscy.
O pracy można dowiedzieć się z ogłoszenia w gazecie. Na przykład takiego: "Na miesiąc luty zostało zgłoszone przez Misję Francuską zapotrzebowanie na 310 robotników niewykwalifikowanych do kopalń oraz około 60 robotników wykwalifikowanych do fabryk, przeważnie do walcowni. Zapotrzebowanie na robotników wykwalifikowanych Państwowe Urzędy Pośrednictwa Pracy pokrywają spośród bezrobotnych zarejestrowanych w tychże Urzędach. Co zaś się tyczy robotników niewykwalifikowanych do kopalń, czyli tak zwanej pomocy górniczej, to zostały ustalone następujące miejsca, liczby i terminy rekrutacji:
Warszawa 31 stycznia - 20 robotników
Łódź 31 stycznia - 20 robotników
Łódź 6 lutego - 10 robotników
Sosnowiec 6 lutego - 15 robotników
Radom 6 lutego - 15 robotników
[...] oraz województwo poznańskie ma dostarczyć 100 robotników i województwo pomorskie 50. Robotnicy z byłej Kongresówki mają stawić się w terminach wymienionych w obozie w Mysłowicach, a robotnicy z Poznańskiego i Pomorza zostaną skierowani do Poznania jako punktu zbornego"11.
O rekrutacji można też usłyszeć w urzędzie pracy, kościele, od obrotnych kolegów, wreszcie - z listów tych, którzy już wyjechali. Że można jechać, wie więc właściwie każdy. Nie każdy jednak może się zakwalifikować.
Droga do Francji zaczyna się w kilkunastu punktach w Polsce, zwanych werbunkowymi. W latach dwudziestych i trzydziestych działają one na przykład w Krakowie, Sosnowcu, Wieluniu, Przemyślu. Jest i punkt na rynku w Jarosławiu.
Ten ostatni to miasto niewielkie, rynek niewielki, więc tłok na nim tym większy. "Zdawałoby się, że to targ", piszą dziennikarze, jednak nikt tu niczego nie kupuje i nikt niczego nie sprzedaje. Ludzie cisną się, przestępują z nogi na nogę, robią wszystko, co zwykło się robić w zniecierpliwieniu, i narzekają, że "nie dość szybko wyjeżdża się do Francji". Niby panuje tu chaos, ale to tylko pozory, gdzieś w tej masie formuje się ogonek czekających na spotkanie z komisją lekarską, która orzeknie, kto jest zdolny do pracy, a kto nie. Krótkowzroczni - niezdolni, słabi - niezdolni. Na każdą setkę chętnych komisja odrzuca około czterdziestu. "Tu odbyło się pierwsze czyszczenie - tłumaczy francuski kontroler reporterowi. - Pozostało czterdzieści procent nieużytków". Kto odrzucony - płacze na krawężniku. "Reszta pojedzie do Mysłowic, gdzie odbędzie się ponowne czyszczenie. Nowoczesna rafineria"12.
Na "stacji zbornej" w Mysłowicach należy stawić się na ósmą rano. Autor Wskazówek przestrzega, by nie udawać się tam bez wcześniejszej konsultacji z urzędem pracy - może to skutkować odesłaniem do domu na własny koszt. Każe pilnować dokumentów: dowodu osobistego, książeczki wojskowej, aktu ślubu czy aktów urodzenia dzieci, oraz radzi, by nie zatajać problemów zdrowotnych. Ci, u których kontrolerzy wykryją jakieś schorzenia albo niezgłoszoną ciążę, również poniosą opisane wyżej konsekwencje13.
Mysłowice to stacja, która już w latach dwudziestych XX wieku miała za sobą może nie długą, ale za to bogatą historię. Od drugiej połowy poprzedniego stulecia rejestrowano tu potencjalnych emigrantów chcących wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Formalności dopełniali w wąskiej kamienicy, której fasadę zdobiły wykusze i małe balkoniki, skąd przechodzili do budynku stacji. Aby choć na tym ostatnim etapie drogi mogli się ochronić przed deszczem albo mrozem, nad ulicą przerzucono przewiązkę - łukowaty, zabudowany mostek łączący oba budynki. Przykryty dachówką, z małymi okienkami i okrągłą wieżyczką pośrodku, prezentował się całkiem ładnie. To udogodnienie przetrwało do lat powojennych, pozostając jednym z nielicznych śladów komfortu, na jaki mogły liczyć w Mysłowicach także osoby wybierające się do Francji. Poza tym jednak, jak pisali redaktorzy "Robotnika", na stacji "nędza i rozpacz". "Położona jest nad cuchnącą rzeczką i obok ścieków fabrycznych. Dach w budynku, który dawniej był składem, zacieka. Wewnątrz znajdują się 4 brudne sale, mieszczące dwieście kilkadziesiąt łóżek w trzech kondygnacjach, jedno nad drugim. Stacja, licząc nawet 2 osoby na łóżko, pomieścić może najwyżej 500 ludzi, tymczasem przybywają transporty po 1000 ludzi, którzy marnie odżywiani spędzają po 3-4 dni w Mysłowicach"14.
Wyjazd polskich emigrantów z Mysłowic do Toul we Francji, 1929
Źródło: NAC
Najważniejszą sprawą, o jaką należało się zatroszczyć przez te kilka dni, było podpisanie kontraktu. Już kolor papieru, na jakim go drukowano, mówił wiele: robotnikom rolnym i osadnikom wydawano karty białe, robotnikom przemysłowym - żółte, górnikom do kopalń węgla - niebieskie, górnikom do kopalń rudy - czerwone. Wskazówki zdecydowanie jednak zalecały, by nie ograniczać się do rzucenia okiem na barwę dokumentu. "Kontrakt jest bardzo ważnym dokumentem prawnym dla robotnika i tylko dokładna znajomość treści jego i przestrzeganie postanowień w nim zawartych może uchronić robotnika od naruszenia jego praw i wynikających stąd przykrości, przeto każdy robotnik przed podpisaniem kontraktu powinien dokładnie zapoznać się z jego treścią, uważnie i pilnie go przeczytać, w kwestiach niezrozumiałych lub niejasnych zasięgnąć wiarygodnej opinii rady"15.
I co można było wyczytać w tym ważnym dokumencie? Oglądam bladoniebieską kartkę wręczaną górnikom węgla16. U samej góry widnieje mały napis w dwóch językach - po prawej: "Travail Souterrain", po lewej: "Robota Podziemna". Dalej, również w dwóch językach, nagłówek: "Kontrakt Indywidualny Górników", "Contrat Individuel pour Ouvrier Polonais des Mines". Poniżej, w sekcji z danymi: nazwa przedsiębiorstwa przyjmującego, miejsce zatrudnienia, stacja kolejowa - to wszystko pozostawało puste, rubryki wypełniano dopiero po przyjeździe do Francji. Co najwyżej wbijano odpowiednią pieczątkę, tutaj jest: "Robotnik niewykwalifikowany - Man?uvre". Więcej informacji kryje się niżej, w warunkach pracy. Czas trwania umowy: jeden rok, pięć dni w tygodniu po siedem godzin i czterdzieści pięć minut. Niedziele, Nowy Rok, Poniedziałek Wielkanocny, Wniebowstąpienie, poniedziałek po Zielonych Świątkach, narodowe święto francuskie 14 lipca, Wszystkich Świętych i Boże Narodzenie - wolne. Pół dnia w Wigilię i Wielką Sobotę - wolne. Wynagrodzenie równe wynagrodzeniu robotnika francuskiego. Górnicy - 46,80 franka dziennie, pomoc górnicza - 39,30 franka dziennie, robotnicy niewykwalifikowani - 38,20 franka dziennie. Płatne w gotówce, co dwa tygodnie. Składki na Kasę Emerytalną i Kasę Chorych, potrącane z wypłaty, obowiązkowe. Koszt zakwaterowania to minimum 20 franków miesięcznie (lokum zapewnia przedsiębiorstwo), wyżywienia (dwa posiłki dziennie z chlebem i napojem) - 17 franków. Pracodawca "pod żadnym pozorem nie może zatrzymywać paszportów, kontraktu pracy" oraz dowodu osobistego robotnika. Przedsiębiorstwo pomoże w przesyłaniu pieniędzy do rodziny, pokryje (do sześćdziesięciu procent) koszty sprowadzenia bliskich pozostających w Polsce. Zapewni robotnikowi pomoc lekarską. W razie śmierci pracownika zajmie się pogrzebem.
Choć wiele polskich rodzin przez pokolenia przechowywało zachowane na pamiątkę kontrakty, ten z mojej gdzieś przepadł. Jest za to stosik innych, poskładanych starannie papierów, których ilość daje niejakie pojęcie o rozmiarze emigracyjnej biurokracji: zaświadczenia o pracy we francuskich kopalniach, dowody opłacania składek na emeryturę, prośby o wydanie carte d'identité, wnioski o korektę dokumentów: rodzina pochodzi z Rycerki, nie z Rycerski, nazwisko panieńskie matki to Gawor, nie Gaworne, miesiąc urodzenia ojca to grudzień, a nie luty. Wszystko się przy tej emigracji pomieszało. Chociaż czasem bałagan bywał wyjeżdżającym na rękę: moja prababcia, której na chrzcie nadano imię Maria, francuskim urzędnikom w dokumenty kazała wpisać "Marianne".
Alternatywą dla zorganizowanej rekrutacji był wyjazd samodzielny. Drukowane w gazetach ogłoszenia kusiły: Compagnie générale transatlantique - stała i regularna komunikacja między Gdańskiem a Dunkierką. Cena kajuty pierwszej klasy to 650 franków, trzeciej klasy - 300. Koszty wraz z utrzymaniem, kuchnia francuska. "Zwracamy uwagę pasażerów do Francji i Belgii, że podróż naszymi okrętami wynosi obecnie taniej niż lądem przez Niemcy"17. "French Line - największe towarzystwo okrętowe na świecie. Pasażerowie nasi korzystają z wszelkich nowoczesnych udogodnień w podróży, jadąc naszymi szybkimi luksusowymi okrętami "Paris" i "France". [...]. Wszyscy pasażerowie trzeciej klasy jadą również w kabinach dwu-, cztero- i sześcioosobowych. [...]. Personel okrętowy pod każdym względem przyjazny Polakom. Tłumacze polscy na wszystkich okrętach"18.
Ku pamięci, ku przestrodze
Pół miliona ludzi tłoczy się w punktach zbornych i poczekalniach, w pociągach i na statkach. Moi pradziadkowie - Józef i Maria - wyjeżdżają w 1922 roku. Niewykluczone, że nosili się z tym pomysłem już wcześniej, ale ciąża Marii wymusiła wstrzymanie planów. Niewykluczone, bo są jednymi z tych, których wciąż gdzieś gna. Nie czekają, aż pomyślność sama ich znajdzie, wychodzą jej naprzeciw, choćby mieli pobłądzić, choćby po omacku. Są małżeństwem od sześciu lat, dzieci mają już trójkę: najstarszą Karolinę, średniego Józefa i malutkiego Stanisława, a wspólnych adresów jeszcze więcej: Kraków, Rycerka Górna, Szczygłów, Kolonia Zuzanny pod Katowicami, podobnie jak zawodowych doświadczeń (przynajmniej on) przed ślubem: rolnictwo, ciesiołka, służba w armii; po ślubie: kopalnia soli w Wieliczce, przypłacona chorobą nóg, które puchły, kopalnia węgla w Katowicach.
Tyle miejsc, tyle pracy, a pieniędzy wciąż mało. Jeszcze mniej widoków na przyszłość: do rodzinnych gospodarstw nie mają po co wracać, tam na spadek czeka już rodzeństwo, na lepiej płatne czy lżejsze zajęcie też nie mogą liczyć.
Wyjazd więc. Nie zachowały się żadne zdjęcia, które uwieczniają moment opuszczenia kraju, ale na podstawie innych fotografii próbuję sobie wyobrazić, jak mogli wtedy wyglądać. Józef - szczupły, wysoki, sztywny, pod orlim nosem zapuścił gęsty wąs. Maria postawna, jeszcze nie pulchna, ubrana w ciemne kolory, w dłoni ściska pękatą torbę. W torbie (albo, wzorem innych emigrantów, zaszyte w podszewce ubrania czy w dziecięcym kocyku) ma pieniądze. Nigdy, nawet w największej biedzie nie było tak, żeby nie udawało jej się czegoś odłożyć. Maria pilnuje pieniędzy przed złodziejami, ale też przed pokusami. Pół miliona wyjeżdżających do pracy to spory rynek, tym atrakcyjniejszy, że kipią tu emocje, mieszanka nerwów, lęków, nadziei, ekscytacji. Jeden chce wyjechać, drugi chce na nim zarobić, i to w najrozmaitszy sposób.
Na uspokojenie nerwów oferuje się emigrantom poradniki. Nie tylko ten wcześniej cytowany, ale i inne, na przykład w formie rozmówek. Na okładce wyrysowana zwykle francuska flaga, w środku szczegółowe instrukcje, jak urządzić się za granicą. Pisane tak, jakby autor chciał wziąć czytelnika za rękę i powiedzieć głosem ciepłym, lecz zdecydowanym: będzie dobrze. Pamiętaj, że w Paryżu niedrogie wielobranżowe "magazyny" znajdziesz przy dworcu Montparnasse i placu Châtelet19. Najtańszy chleb zwie się we Francji le gros pain ("le gro pę"), lepszy to le pain de fantaisie ("le pę de fantezi"), mleko jest doskonałe w smaku, za to masło drogie. Najlepsza oliwa do kuchni to huile comestible ("uil komestibl"), w sklepach z jarzynami sprzedaje się je już ugotowane, "co bardzo upraszcza odżywianie się tym, którzy nie chcą do restauracji chodzić, a kuchni nie mają". W restauracji najlepiej brać obiad w stałej cenie - dîner a prix fixe ("dine a pri fiks"), w kawiarniach mało kto prosi o herbatę, pije się za to dużo kawy, która jest tania przy stoliku, a wypijana przy kontuarze jeszcze tańsza. Tytoń kupisz w kawiarni z napisem "tabac", jeśli chcesz najtańszą paczkę, poproś o un paquet de cigarettes bleues ("ę pake de sigaret ble"), nasze polskie zapałki tam zwą się zapałkami szwedzkimi - allumettes suédoises ("aljumet sjueduaz"). Gdyby ktoś chciałby coś kupić i wysłać do kraju, paczkę powinien zaszyć w płótno, a na wszystkich szwach przybić lakowe pieczęcie. Po stolicy wygodnie poruszać się podziemną kolejką - metrem (skrót od métropolitain - "metropolitę"). Można przejechać nią z jednego końca Paryża na drugi, a po drodze przesiadać się wiele razy. Jeśli nie jest się pewnym kierunku jazdy, warto poprosić o pomoc kontrolera. Jadąc na przykład do polskiego konsulatu, należy spytać: C'est bien pour l'Église d'Auteuil? ("Se bję pur legliz Dotej?"). "Na co kontroler odpowie albo: uj (oui), czyli: tak, albo powie na przykład: szanże a lopera (changez a l'Opéra), lub szanże a la Kąkord (Concorde), co znaczy przesiąść się na stacji Opera lub na stacji Concorde". Depesze są drogie. Każde słowo wysłane do Polski kosztuje franka.
A co zabrać z Polski? Może pamiątkowe zdjęcie wykonane na dworcu. Na przykład taki kadr: tłum podróżnych przed wagonem. Z przodu dzieci w schludnych płaszczykach, z tyłu dorośli. Ci w drugim rzędzie trzymają napis: "Pamiątka z Mysłowic". Na głowach chustki, kaszkiety, kapelusze, berety. Na wszystkich ustach uśmiechy.
A jeśli nie zdjęcie, to może jeszcze jedna książka? Pamiątka z Polski, przeznaczona, jak pisze autor we wstępie, "dla Was, Bracia Wychodźcy, i dla waszych dzieci, urodzonych na obczyźnie, a nieznających ziemi ojców. W chwilach wolnych od pracy weźcie Pamiątkę do ręki jak brewiarz pobożny i przenieście się duchem do ojczyzny. Autor Was po niej oprowadzi i opowie dzieje jej sławy i świetności z czasów, gdy była "tak bogata, że mogła wyżywić pół świata""20.
Poradniki, słowniki, zdjęcia, pamiątki - to wszystko były interesy legalne. Tam jednak, gdzie pół miliona ludzi tłoczy się w strachu, nadziei i niepewności, rodzi się również przestrzeń dla tych nielegalnych. Książeczki pełne więc były ostrzeżeń, przekazywano je sobie też w rozmowach. Uważaj na tych, którzy próbują dokleić coś do kontraktu lub dopisać do niego dodatkowe warunki. Pilnuj się, "by nie stracić z oczu transportu, co w obcym kraju może skutkować wieloma przykrościami"21. Niczego po drodze nie kupuj, bo "zwykle sprzedawcy żądają wysokich cen i mogą wyzyskać robotnika przy wymianie pieniędzy". Nie korzystaj lekkomyślnie z rad "dobrych ludzi", którzy udając często emigrantów lub urzędników konsulatów, okradają naiwnych. Pieniądze polskie (jeśli je masz) najlepiej wymień na francuskie jeszcze w kraju. Pomocy i informacji szukaj u najbliższego policjanta. W transporcie nie graj w gry hazardowe, nie spożywaj alkoholu. Jeśli jesteś mężczyzną, nie zakradaj się do wagonu, którym podróżują kobiety. Jeśli jesteś kobietą, uważaj, kto zaprasza cię do Francji. Mało to plotek o tych, które zakochane, z obietnicą ślubu złożoną w liście, jechały nad Sekwanę, a ich rzekomy narzeczony nawet nie pofatygował się na dworzec? Albo się pofatygował, ale tylko po to, by wyśmiać. Nigdy nie zawieraj kontraktu "na słowo" ani nie podpisuj papierów, które odbiegają wyglądem od oficjalnych wzorów. Krążą legendy o tych, którzy oszukani, latami spłacali rachunek za podróż, kwaterę i wyżywienie, stając się kimś na kształt współczesnych niewolników.
Nikt tylko nie przypomina, żeby w tym ferworze rekrutacji i pakowania pożegnać się z bliskimi jak należy. Tego nie trzeba uczyć; a może właśnie tego uczy się człowiek całe życie: by w odpowiednim momencie głowa, nogi, dłonie same wiedziały, co mają robić.
Pociągi z Mysłowic jadą przez Czechy i Niemcy, szacowany czas podróży to dwie doby, a towarzyszący emigrantom konwojent czy konwojentka uważają, by pasażerowie nie oddalali się na postojach. Czasem udaje im się ludzi upilnować, a czasem nie. "Byli i tacy, którzy wychodzili z wagonów i na polach nad Wisłą szli powoli, żegnając się z ziemią - bo tu się rodzili, tu się chowali, tu chcieli się doczekać lepszych czasów"22.
Morzem podróżowało się nieco dłużej, pięć do sześciu dni. Kiedy statek odbił od brzegu, nie było odwrotu, pozostawało tylko jak najdłużej wpatrywać się w znikającą w oddali linię nabrzeża. "O godzinie dziewiątej okręt podniósł kotwicę i ruszył w daleką podróż morską. Kto mógł, cisnął się na pokład, by żegnać ląd, Polskę lub znajomych. Wieczór był pogodny, a księżyc szybujący w obłokach uśmiechał się do opuszczających kraj. Jedni z wesołością i radością opuszczali ojczyznę - inni z płaczem; dużo spośród nich pozostawiło swych drogich, za którymi tęsknie rwało się serce... Jakiś wychodźca żywo grał na harmonii, a kilka par rzuciło się w takt oberka. Późno już było, przed północą, gdy rozległ się potężny śpiew odjeżdżających "Kto się w opiekę poda Panu swemu". Fale sinego Bałtyku wchłaniały go w siebie"23.
Dwa dni, pięć dni, sześć dni, każdy może ciągnąć się w nieskończoność. Zwłaszcza gdy podróż zmienia się w drogę przez mękę. Choć "Wychodźca" powinien służyć emigrantom radą i zachętą, w sprawie drogi do Francji nie przebierał w słowach. "Statek zabiera partię robotniczą liczącą często 1500 robotników, pomimo że pojemność jego obliczona jest zaledwie na połowę liczby pasażerów. Mężczyźni, kobiety, dzieci, stłoczeni w brudnych, ciasnych kajutach, wegetują w brudzie i zaduchu [...]. Nad stołami do jedzenia suszą się nieraz mokre pieluszki"24. Zdaniem redaktorów pisma nieznający francuskiego polski robotnik jest oszukiwany na każdym kroku, dziewczęta zaś padają ofiarą gwałtów. Na okręcie nie ma żadnego przedstawiciela polskich władz, do którego można by zwrócić się z prośbą o pomoc. Podróżującym trzecią klasą (a taką płynęli polscy emigranci) nie wydaje się pokwitowania na wielki bagaż. W Dunkierce wyrzuca się ich walizki na molo i każe wyszukiwać swoje rzeczy. Tu obrotność liczy się od pierwszej minuty.
Początki
"Francja jest krajem złączonym z Polską ścisłymi węzłami przyjaźni, a pomoc jej w czasie wojny światowej była dla nas skuteczna i bardzo cenna. Robotnicy polscy, świadomi swych praw, powinni jednocześnie sumiennie wykonywać przepisy obowiązujące we Francji i warunki zawarte w kontrakcie i w ogóle zachowywać się lojalnie i życzliwie wobec narodu, którego są gośćmi"25 - pouczał autor Wskazówek.
Zdjęcia nowo zatrudnionych pracowników kopalni w Lens, 1926. Do pracy we francuskich i belgijskich kopalniach przyjmowano nie tylko dorosłych, ale również nieletnich. Na tabliczkach widoczne polskie nazwiska dzieci
Źródło: ? Centre Historique Minier (pr?t ANMT)
Pierwsze dni pobytu we Francji były ponoć niezapomniane. Jedni zapamiętali smaki: zupy grochowej podanej na pierwszą kolację, zjadanej łyżką nie pierwszej czystości; chleba, którego można było brać do woli; piwa mającego posmak dwudziestu gramów kawy rozpuszczonych w stu litrach wody - kto się napił, ten pluł przez całą drogę z kantyny do baraku. Inni zapamiętywali dotyk: wiatru wpadającego przez nieszczelne okna, wszy mieszkających w sienniku i samego siennika wyleżanego ciałami tych, którzy przybyli wcześniejszymi transportami; było ich dość dużo, by rozgnieść siano na pył. Jeszcze inni zapamiętali przestrzeń - ciemną pustkę między dworcem w Toul na północy Francji a "stacją rozdzielczą", dawnymi koszarami, które później zaczęto nazywać "francuską Ellis Island". Drogę do koszar trzeba było odnaleźć samemu, bo konwojentka zapadła się jak kamień w wodę. I jeszcze jedną pustkę, większą i bardziej przerażającą, gdy włożyli dłoń do kieszeni i odkryli, że pieniądze zginęły po drodze albo że w kantynie każdy posiłek kosztuje trzy razy więcej, niż jest wart. A byli i tacy, którzy zapamiętali obrazy: widok francuskich stacji, które niespecjalnie różniły się od polskich. I spojrzenia Francuzów, którzy na siłę starali się doszukać w przyjezdnych różnic.
Pamiętali też, wszystkimi zmysłami, drogę do pierwszego domu: zaprzężony w konia wóz podskakiwał na kamieniach, żeby po kilkunastu, kilkudziesięciu minutach zatrzymać się przed budynkiem. Ten, po otwarciu drzwi, okazywał się całkiem pusty, bez mebli, garnków, pościeli, ze ścianami jeszcze mokrymi od farby. Na Józefa i Marię w nowym lokum czekało tylko dwieście kilo węgla, jak wspominali, podłego gatunku, który ktoś usypał w komórce w równy stosik.
Gdyby te wszystkie wspomnienia musiały przybrać postać jednego przedmiotu, dla wielu przybrałyby formę poskładanej w kostkę kartki. Niebieskiej, białej, żółtej, czerwonej, gdzie w rubryce "miejsce pracy" wreszcie wbito pieczątkę. Emigranci, którzy przyjechali do Toul, stawali się rolnikami, szklarzami, murarzami, lakiernikami, gipsiarzami i pracownikami cukrowni. Najczęściej jednak - górnikami.