2
Leżeli w zaroślach na niewielkim wzniesieniu. Po prawej mieli cmentarz. Patrzyli na drogę w dole. Młodszy pogryzał źdźbło trawy. Cienie krzyży i drzew wydłużyły się i pociemniały. Starszy leżał nieruchomo, wsparty na łokciach, i patrzył przed siebie. Za drogą krajobraz wznosił się lekko. Gospodarstwa stały daleko od siebie, oddzielone żółtymi i zielonymi prostokątami. Każde w kępie wysokich topól.
- Nie ma się gdzie schować - powiedział młodszy. Na ciemnej koszuli, pod pachami i na plecach, miał białe ślady soli. - Na kilometry widać. Nocą trzeba chodzić. U nas, pod Włodawą...
- Jak jeszcze raz powiesz "u nas, pod Włodawą", to ci pierdolnę. Wyjmę pistolet i pierdolnę cię kolbą w łeb. Zrozumiano? - Starszy powiedział to cicho, nie odwracając wzroku.
- Tak jest, panie plutonowy. Chciałem tylko powiedzieć, że tu nie ma tylu lasów...
- ...co u was, pod Włodawą.
- Wiadomo. Można miesiąc siedzieć i Niemca nie widzieć.
- Bardzo to po żołniersku, Młody.
- Nie to chciałem powiedzieć, panie plutonowy. Tylko że warunki lepsze.
- To czemuś tam nie został?
- A bo mnie szukali.
Zerwał nowe źdźbło i powędrował spojrzeniem za wzrokiem starszego. Ludzie spędzali bydło z pastwisk. To tu, to tam mała postać towarzyszyła bydlęciu. Krowy, koń, kilka owiec. Brnęli przez rosę w stronę zagród, w których zalegał już cień. Za godzinę miał zapaść mrok, więc trzeba było ze wszystkim zdążyć. Z dojeniem, pojeniem, dosypywaniem sieczki i wiązaniem u żłobów, zanim nadejdzie szczelna i wielka noc, w której można tylko siedzieć bez ruchu i wsłuchiwać się w odgłosy za ścianą, w bicie własnego serca.
- Dawno był pan w domu, panie plutonowy?
- Dawno, Młody.
Od Hruszowej usłyszeli dudnienie. Niski, ciężki pomruk od zachodu. To było jak nadciągająca burza, ale sunęło tuż przy ziemi i wprawiało ją w drżenie. Obce w tej krainie drewna, słomy, roślinności, podmokłych wygonów i obżartych trzód. Nikt tutaj niczego takiego nie słyszał. Wydawało się, że ludzie stają w pół drogi do obejść i odwracają głowy. Mogło tak być, ale dwaj mężczyźni nie patrzyli już w tamtą stronę. Cofnęli się głębiej w zarośla i przywarli do ziemi. Najpierw zobaczyli motocyklistów. Jechali po dwie maszyny obok siebie, z erkaemami na maskach koszy. W hełmach, goglach i rękawicach w ogóle nie przypominali ludzi. Za nimi toczyły się czołgi. W resztkach słońca kurz miał pomarańczową barwę i sprawiał, że maszyny wyglądały nierealnie. Ryk silników, niskie dudnienie i drżenie ziemi nie pasowały do tonących w blasku i mgle zjaw. Jechały jeden za drugim, ledwo się mieszcząc na drodze, którą na co dzień turlały się furmanki. Jakby unosiły się w powietrzu, w płonącym niebie. W otwartych włazach tkwili nieruchomo mężczyźni ubrani w czarne kombinezony. Patrzyli przed siebie, na pejzaż z figurkami ludzi i zwierząt, z domami z drewna i słomy. Gdyby tylko powiał wiatr, wszystko zajęłoby się od widmowego ognia.
- Liczysz, Młody?
- Liczę, panie plutonowy.
- Tylko czołgi licz.
- Tak jest - odpowiedział szeptem chłopak.
Dawno pozbył się źdźbła i poruszał bezgłośnie ustami. Plutonowy przez chwilę patrzył na niego. "Jakby się modlił - pomyślał. - Nic innego nie zostaje". Odwrócił wzrok ku drodze. Pojazdy pełzły nieprzerwanie. Transportery, ciężarówki, znowu czołgi, znowu motocykle. Żelazo, spaliny, chrzęst, niektóre widział pierwszy raz w życiu. Oleisty smród docierał na wzniesienie. Słońce prawie zaszło. Rozpłaszczył się jeszcze bardziej i przyłożył lornetkę do oczu. Mógł rozpoznać twarze, pakunki przytroczone do pancerzy, na przegubie jednego z czołgistów dostrzegł duży zegarek. Niektórzy motocykliści zjeżdżali z drogi i okrążali kolumnę niczym psy stado. Podniósł szkła wyżej, na łąki ciągnące się za drogą. Kilku podrostków stało z krowami na postronkach. Stali całkiem nieruchomo, wpatrzeni w żelaznego węża. Któryś z żołnierzy w otwartym włazie pomachał w ich stronę. Jak przebudzeni ze snu podnieśli dłonie i odpowiedzieli na pozdrowienie.
- Małe folksdojcze - mruknął do siebie.
Czołgi wreszcie się skończyły i zaczęły same ciężarówki. Jechały bez plandek, wypełnione wojskiem. Jedna, druga, dziesiąta. Niektórzy żołnierze stali, trzymając się pałąków. Patrzyli na zmierzchający kraj. Palili papierosy i wyglądali tak, jakby jechali na wakacje. Wydawało mu się, że wśród mechanicznego zgiełku słyszy śpiewy. Ale to mogło być tylko złudzenie, bo nie pojmował tego wszystkiego. Za wielkie było, zbyt niespodziewane, znikąd. Jechali przez jego kraj, śmiali się, palili papierosy, a on, plutonowy, mógł tylko wyglądać następnych kompanii, batalionów, brygad i dywizji. Ukryty w zaroślach jak zwierzę, na własnej ziemi, z dzieciakiem, który zapewniał, że potrafi zliczyć do stu. Więc mogło mu się wydawać, że śpiewali. Poczuł, że opada rosa. Kolumna się skończyła. Po chwili nadjechał jeszcze kübelwagen z trzema oficerami i kierowcą. Eskortowały go trzy motocykle. A potem zaległa cisza.
- Ile, Młody?
- Widzi mi się, że pod pięćdziesiąt, panie plutonowy.
- Widzi ci się?
- No, pod pięćdziesiąt, panie plutonowy. Na pewno.
- A we Włodawie jak liczycie?
- Różnie, panie plutonowy.
- Na mendle liczycie?
- Na mendle też. - Młody usiadł i zaczął nerwowo szukać kolejnego źdźbła.
- Młody, kurwa, wojna jest! "Melduję, panie plutonowy, że przejechało coś pod trzy mendle panzerkampfwagen drei", tak? Niecała kopa, znaczy, przejechała?
- Pan plutonowy niemiecki zna?
- Zna - odpowiedział, sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął papierosy.
Przesłaniając płomień dłonią, zapalił benzynową zapalniczką i podetknął paczkę chłopakowi.
- Nie palę, panie plutonowy.
- Widzę. Trawkę żujesz po bydlęcemu. Powinieneś palić. Poznać smak cywilizacji. Niemieckiej cywilizacji. Poznać smak wroga, żebyś wiedział, na co się porywasz. Wyście tam po wsiach pewnie machorkowe kurzyli albo bakun za stodołą siali i w gazetę zawijali, a tu jest wojna, dzieciaku, panzerkampfwagen drei idą, jakby krzyżactwo szło, więc naucz się palić. Z żelaza są, więc naucz się palić, to ci łatwiej będzie umierać. Zaciągniesz się i tyle.
Młody wziął papierosa i wetknął nieporadnie do ust. Trzymał go w samym kąciku warg. Pewnie to u kogoś widział. Pstrykał zapalniczką i gdy w końcu zapaliła, nie mógł trafić płomieniem. Jego twarz w zapadających ciemnościach była prawie dziecięca. Zakrztusił się i zaczął kasłać. Plutonowy odebrał mu papierosa i zgasił. Chłopak uciszył się w końcu, przywarł do mokrej trawy i ciężko oddychał.
- Musisz jednak poćwiczyć. Najlepiej na machorkowych.
Tam, gdzie stały rozrzucone domy, nie było widać żadnego światła. Pochłaniała je noc. Jakby nikogo nie było. Siedzieli albo leżeli w gęstniejącym mroku. Niektórzy szeptali bezgłośnie Zdrowaś Maryjo albo coś podobnego, Pod Twoją obronę, w nadziei, że czerń ich skryje, że dotrwają do świtu, że nikt nie przyjdzie, bo są niewidzialni. Tak zawsze było, ponieważ nie chcieli oglądać nikogo poza najbliższymi, nie chcieli sięgać wzrokiem dalej niż skraj wsi. Gdzieś na łąkach odezwał się derkacz. W zupełnej ciszy jego twardy, nieustępliwy głos brzmiał jak szyderstwo albo ostrzeżenie: że wszystko jest inne, niż się wydaje.
Plutonowy roztarł niedopałek w palcach i wstał.
- Idziemy - powiedział.
Poszli w dół pochyłości, w kierunku drogi. Piach był zryty głębokimi koleinami. W ciepłym powietrzu unosił się jeszcze zapach benzynowych spalin, metaliczna woń rozgrzanych mechanizmów. Przecięli drogę i mokrą od rosy łąkę. Plutonowy trafił na miedzę i poprowadził między łanami zboża. Szli o trzy kroki od siebie i prawie się nie widzieli. Młody odruchowo zerwał kłos i wyczuł, że to pszenica. Rozgniótł i włożył do ust kilka ziaren. Miały słodko-wodnisty, niedojrzały smak, ale pomogły zabić tytoniowy odór. Potem zerwał jeszcze jeden i jeszcze, i próbował oszukać głód.
- Sraczki dostaniesz.
- Ma pan słuch, panie plutonowy.
- Mam, Młody.
- Nie dostanę. Rano jadłem. Potem już nic.
- Za godzinę zjesz.
Szli mokrzy do kolan. Pomiędzy rozrzuconymi zagrodami, po cięciwie drogi, którą przetoczyły się czołgi. Gdzieś w oddali, po lewej, od strony wsi i rzeki, niosło się psie wycie i ujadanie. "Na drugim brzegu ich słychać - pomyślał plutonowy. - Wszystko zaplanowali, ale nie wzięli, kurwa, pod uwagę, że tu jest tyle psów". Nad czarnym horyzontem, za wsią, za rzeką, pojawił się czerwony rąbek księżyca. Szli równo, szybko, czując dotyk mokrych traw i chwastów porastających miedze. Po chwili zobaczyli odległe kontury wysokich topól okalających obejścia. Czarne plamy ciemniejsze od widnokręgu i sklepienia. Plutonowy, nie zwalniając, skręcał to w prawo, to w lewo, jakby labirynt miedz znał od urodzenia. W prawo, w lewo, ale zawsze tak, by ciemne kępy drzew pozostawały jak najdalej. Żaden pies nie usłyszał ich kroków. Czasem odzywał się jakiś tu i tam, ale tylko w odpowiedzi na kundli zgiełk niosący się od wsi. Teraz, w tej ledwo rozjaśnionej ciemności, Młody nagle dostrzegł, że plutonowy jest niższy od niego. Niewielki, rozrośnięty, sięgający mu ledwo do ramienia, rozgarniał powietrze, jakby szedł pod porywisty wiatr, chociaż noc była jak makiem zasiał. Wydawało mu się, że słyszy jego równy, głęboki, nieustępliwy oddech pływaka albo biegacza. Może naprawdę słyszał.
Na stole stała skręcona lampa. Szkło u wylotu było zakopcone. Siedzieli we trzech wokół stołu. W półmroku przy kuchni krzątała się tęga kobieta. Zapach smażonej słoniny mieszał się z wonią nafty i zaduchem niewietrzonej izby. Kobieta przykucnęła ze stęknięciem i wrzuciła pod blachę garść szyszek. Ogień oświetlił jej nieruchomą twarz.
- Na drugi raz szybciej otwieraj - powiedział plutonowy.
- Spalim już - odpowiedział mężczyzna.
Był nieogolony i w czymś brudnawym. Pocierał dłonią szczecinę i patrzył przed siebie.
- A my stukalim.
- Ale żeby okno wybić...
- Trzeba się było prędzej spod pierzyny gramolić.
- Kto wiedział, że to pan Bury...
- Siwy - poprawił plutonowy.
- ...pan Siwy... No, kto wiedział? Różni po nocy chodzą, pukają. Strach.
- Kto chodzi?
- Różni. Czasem popukają i pójdą, a czasem chcą drzwi wywalać. Siedzim po cichu i po ciemku.
- Psa nie masz?
- Zastrzelili.
- Kto?
- Nie wiem. Szczekał, to zastrzelili. W nocy. Księżyc był jak dziś.
Kobieta postawiła na stole patelnię, położyła pół bochenka chleba, nóż i dwie łyżki. Chciała odejść w głąb, ale plutonowy powiedział:
- Pokrój chleb i nie rób łaski.
Nie patrząc na nikogo, oparła bochen o pierś i odkroiła kilka grubych pajd. Odeszła i przysiadła na posłaniu. Od wybitej szyby ciągnęło nocnym powietrzem, które rozcieńczało ciężki cuch izby. Narzuciła na siebie chustę i znieruchomiała. Plutonowy wyjął zza paska pistolet i położył na stole. Sięgnął po łyżkę i kiwnął głową w stronę Młodego. Jedli w milczeniu. Słychać było, jak gdzieś w ciemności tyka blaszany budzik. Młody odłamywał z pajdy wielkie kawały i wpychał sobie do ust. Po brodzie ciekł mu tłuszcz. Plutonowy odłożył wreszcie łyżkę i pchnął patelnię w stronę chłopaka.
- Kończ. Rośniesz jeszcze. - Potem obrócił się do mężczyzny, który siedział bez ruchu, z łokciami na stole, i patrzył w półmrok. - Więc mówisz, że nie wiesz, kto przychodzi.
- Raz Żydy były. Pytały, jak nad rzekę.
- I co? Pokazałeś?
- Pokazałem, żeby se poszli.
- A Niemcy?
- Tu nie przychodzą, panie Siwy. Chałupa pod samym lasem. Czasem z dala na drodze widać, jak na motorach jadą. Na chuj by tu Niemiec miał iść? Żydy co innego. One lasami chodzą. Nocą i lasami.
- A ci, co psa zastrzelili?
Plutonowy rozłożył na stole chustkę i sięgnął po pistolet. Wyjął magazynek, sprawdził komorę, odciągnął zamek, a potem zaczął rozkładać resztę. Przyglądał się poszczególnym częściom w żółtym świetle lampy i odkładał je na poplamiony kawałek materiału. Wyciągnął z kieszeni jeszcze jeden gałgan, oderwał kilka pasków. Robił to wszystko szybko, mechanicznie i niedostatek światła wcale mu nie przeszkadzał. Wciskał materiał w zakamarki, przeciągał, przecierał i przyglądał się pozostałościom. Kciukiem opróżnił magazynek i dokładnie wytarł nabój po naboju.
- Nie stąd. Jak strzelili Burka, to zaczęli walić w drzwi. Wyjrzałem, tak że nie mogli mnie widzieć. Śnieg jeszcze leżał, dwóch zobaczyłem, ale czułem, że jest ich więcej. Stara mówiła, żebym nie otwierał, ale pomyślałem: "Weź nie otwórz, to drzwi rozpierdolą i tak". Marzec był, ale fest mroziło. Pomyślałem, że jak już tu przyszli, psa strzelili, to tak sobie nie pójdą. Kazałem starej lampę zapalić i poszłem otworzyć. Tak jak myślałem: nie dwóch, tylko czterech. Pchnęli mnie od razu, aż poleciałem przez sień. Latarką zaświecili w oczy i do izby. Czterech, a się okazało potem, że piąty został pod chałupą i pilnował. Rozleźli się po kątach i szukali, czy jeszcze kogo nie ma, a potem od razu za stół i żeby żreć dać. Karabiny mieli...
- Jakie? - przerwał mu plutonowy.
- Zwykłe. Jeden miał maszynówkę niemiecką. Trzymali przy sobie. Baba zaczęła labidzić, że bida i nic nie ma, ale kazałem jej być cicho, bo czterech z karabinami to jest czterech z karabinami i niech daje, co ma. Psa strzelili, to pójdą i świnię strzelą, co im. Kartofli sagan był na piecu, skwarek patelnię zrobiła, kapusty kiszonej jeszcze dała i naprawdę nic więcej nie było. Wódki chcieli, ale co ja, głupi? Czterech z karabinami i pijanych? No to że nie ma. Żarli tak, że nawet czapek nie zdjęli, jak Żydy jakie, i spać im się zaraz zachciało, tylko tamtego jeszcze zawołali, żeby pojadł. Najmłodszy był i jak tylko zjadł, to zaraz poszedł, a oni na podłogę, z karabinami, i posnęli. Zgasiłem lampę, wlazłem do baby, ale spać nie mogłem, tylko nasłuchiwałem, jak chrapią i czy im co do łba nie strzeli. Tamten za jakiś czas przyszedł, jednego zbudził i sam się położył. Ciemno jeszcze było, jak się zebrali. Poświecili latarką i poszli. Z komory pięć kilo słoniny ściągnęli i tyle ich widziałeś.
- Ale nie stąd, mówisz?
- Nie. Nie po tutejszemu gadali. Bardziej po miastowemu. Nie przymierzając, jak pan plutonowy.
Plutonowy wyciorem przepychał długi gałgan.Obejrzał gładź w świetle lampy. A potem w kilka sekund złożył broń z powrotem.