Słowo wstępne
Słowo wstępne
Tej wszędzie pełno, tamten ostrożny i nieśmiały. Ten wariat, ale swoje
robi. A ta w ruchu i wirze, jak jej włosy. W 12 reportażach i w fotografiach Anny Bedyńskiej spotykamy bardzo różnych ludzi.
Czytając książkę, widzimy, że każdy z liderów pisze niepowtarzalną,
wyjątkową historię. Ma własny wzór, nie do podrobienia.
Ale kiedy już tę różnorodność i niezwykłość wyraźnie zobaczymy,
zaczynają wyłaniać się wspólne ślady, wątki, motywy.
"Trzeba szerzej otworzyć okna, będzie większy przewiew" - mówi jedna z bohaterek, a wraz z nią podobnie myśl ą pozostali. Szukają szczelin,
wypatrują nowych możliwości, żeby wpuścić do swoich miejsc więcej
powietrza, nową energię.
Wiedzą, że "nie będzie innego miasta", innej społeczności, innych
mieszkańców, innej Polski i innych Polaków. A jednocześnie pootwierane
przez nich okna i większy przewiew stają się szansą, żeby zrobić coś
nowego, świeżego, innego. Znane historie uczynić bardziej otwartymi. I robią to.
Nowy dom dla dzieci, lepsze ojcostwo, nowa szkoła, inna władza, trudna
rozmowa o wspólnej historii i inne umieranie. Biorą się za wszystkie
nasze ważne sprawy - od dzieciństwa po śmierć.
Robią to, czego nikt inny nie zrobi, rzeczy konieczne i najważniejsze, a jednocześnie powszednie, codzienne. Przywództwo dzieje się tu poprzez
proste działania, w zwykłych sprawach. Nic szczególnego? A jednak.
"Tutaj na miejscu, to wygląda trochę inaczej, wiesz?" - mówi Flipowi
Springerowi Kalina. I słyszymy, że robienie koniecznych rzeczy nie jest
jednak proste, że zaduch, że miasto smutne, i trudno pokazać palcem, co
ci się właściwie udało.
O tym też jest ta książka. Nie o sukcesach, raczej o różnych drogach do
nich. I o cenie, jaką się za nie płaci. O bezsilności, obawach, trudnych
lekcjach, rezygnacji, popełnianych błędach, niepewności. O działaniu
wbrew schematom, wojnach z przyzwyczajeniami toczonych w ciemnej
garsonce i przeciwstawianiu się temu, w co wszyscy wierzą - "że dzieciom
w domu jest zawsze lepiej".
Nasi bohaterowie nie mają żadnych złotych wskazówek, nie dają recept na
zbawienie świata. Są to raczej recepty, jak się nie zniechęcać.
Cierpliwie, codziennie, kolejny raz, wytrwale wypatrują możliwości,
wsadzają nogi w drzwi, przyczajają się, zdobywają przyczółki, z których
można więcej, i choć ciężko ludzi zachęcić, żeby się włączyli - nie
poddają się.
W ten wytrwały i stały sposób sprawiają, że powszednie sprawy każdego z nas stają się trochę bardziej wspólne. Prostymi działaniami budują
świat, w którym jesteśmy gospodarzami nie tylko własnego życia, i w którym, jak twierdzi jedna z bohaterek, nie chodzi przecież o nic
innego, ale o bycie razem.
Po to ten przewiew, szczeliny, szpary w drzwiach, otwieranie okien.
Katarzyna Czayka-Chełmińska, Fundacja Szkoła Liderów
Znaleźć własną bajkę
Lekcja 1
Temat: Makaton
Z klasy wybiega czternastoletni chłopak, rzuca na ziemię żółte
słuchawki. Odwraca się do uchylonych drzwi i trzaska nimi, a potem
kładzie się na kanapie.
- Kacperku, chodź! - woła nauczyciel, który wybiega za nim z sali.
- Nie, bo Marek mnie przezywa.
- Już nie będzie. Usiądziesz na moim miejscu i obiecuję ci, że już nie
będzie. Chodź, dobra?
Chłopak wstaje, zakłada buty, które zdążył zrzucić i wraca do klasy.
Z tej szkoły czasem ucieknie jakiś uczeń, tak po prostu bywa.
Na piętrze stoją kanapy zrobione z palet, a na korytarzu jest stołówka,
nie ma dzwonków, ale poza tym Bajka wygląda jak zwykła szkoła.
Bajka ma już dziewięć lat. Została założona w 2010 roku przez Podlaskie
Stowarzyszenie Terapeutów, z inicjatywy terapeutki Barbary
Wierzbowskiej-Lebiediew i pięciorga rodziców, których dzieci chodziły na
zajęcia terapeutyczne. Pod koniec roku do zespołu nauczycieli dołączyła
Urszula Duda, obecna dyrektorka szkoły.
- Zaczynaliśmy od jednego pomieszczenia i piątki uczniów. Teraz jest ich
siedemdziesięcioro, a szkoła zajmuje już dwa budynki - wspomina. - Mój
Kacper miał wtedy pięć lat i chodził do przedszkola. Zaczęło się od
tego, że przestał mówić. Denerwował się, kiedy chcieliśmy nauczyć go
nowych rzeczy. Gdy wpiszesz w Google "dlaczego dziecko przestaje mówić",
jedną z pierwszych podpowiedzi jest autyzm.
W Bajce większość uczniów to dzieci, u których zdiagnozowano zaburzenia
związane ze spektrum autyzmu, często sprzężone z niepełnosprawnością
ruchową i intelektualną.
Na parterze znajduje się przedszkole, na pierwszym i drugim piętrze -
klasy szkoły podstawowej. W oddzielnym budynku - gimnazjum Prolog. Klasy
są nieduże, muszą pomieścić od trzech do pięciu uczniów i nauczycieli.
W przedszkolnej sali pięcioro dzieci bawi się dziś w sklepik.
Nauczycielka pomaga im rozpoznawać warzywa. Jednej z dziewczynek gestami
pokazuje, co to za warzywo.
Martynka ma kłopoty z porozumiewaniem się. Słowo "mama" ma dla niej
wiele znaczeń. Wypowiada je na przykład wtedy, kiedy się bardzo cieszy.
Ma problem z innymi wyrazami. Jeśli chce "opowiedzieć" coś o mamie,
wystawia wskazujący palec, który symbolizuje właśnie mamę. Kiedy
prostuje mały paluszek, pokazuje, że chodzi o brata, a tata jest
kciukiem. Tego nauczyła się w domu, ale oprócz rodziny nikt jej nie
rozumiał. Nauczycielki uczą ją Makatonu.
Teraz chcąc powiedzieć "mama", Martynka palcem wskazuje na nos, a potem
na policzek. "Tata" - najpierw czoło, później podbródek. Wierszyki
nauczycielka pokazuje gestami. Martynka poznaje w ten sposób nowy język,
ale inni też go podłapują. Przydaje się to przy wspólnej zabawie i dzięki temu dzieci jej potem pomagają.
Otwieram duży klaser. W środku, na każdej ze stron, są obrazki, które
pomagają Martynce w codziennych czynnościach. Uśmiechnięta buzia ze
szczoteczką oznacza "myć zęby", czerwona kredka maluje po kartce -
"kolorować". Ludzik wskazuje na siebie jedną ręką, a drugą wystawia
przed siebie - "Ja chcę".
Makaton składa się z kilkuset gestów i wymyślono go, żeby pomagać
osobom, które mają problemy z porozumiewaniem się. Projekt powstał w latach siedemdziesiątych XX wieku w Wielkiej Brytanii, gdzie stworzyła
go trójka ekspertów z Królewskiego Stowarzyszenia Głuchych i Niemych.
Lekcja 2
Temat: Memy na polskim
W starszych klasach zajęcia prowadzi jeden nauczyciel. Lekcje odbywają
się przy tablicach zwykłych i interaktywnych, czyli takich, które
wyświetlą zarówno film, jak i stronę internetową. W czterech ławkach
siedzą uczniowie, a podręczniki często odkłada się na bok. Ważniejsza
jest kreatywność nauczycieli.
- Uczniów rozpraszają dźwięki i światło - opowiada dyrektorka. - Każda
nowa sytuacja przynosi im strach i stres. Dziesięć minut opóźnienia w wyjściu na spacer psuje rytm. Dziecko potrafi stanąć w kącie i buczeć,
nauczyciele muszą mieć to coś, co sprawia, że dzieci poczują się
bezpieczne. Nie wszyscy się do tego nadają.
- Jak wyglądają lekcje? Proszę bardzo, polski: zbudujmy zdania na
podstawie memów z Internetu, w ten sposób łatwiej je zrozumieć.
Plastyka? Namalujmy obraz Salvadora Dalego. Religia? Bez mówienia o Bogu, bo to zbyt abstrakcyjne.
- Albo lista zakupów: mleko, masło, pieczywo i woda. Starszy chłopak
bierze ją i zaczyna biegać między półkami w sklepie. Widać, że jednej z klientek to przeszkadza. Chłopak przebiega obok niej, próbuje się skupić
na półkach, mówi do siebie, podnosząc głos. Kobieta się denerwuje,
wychodzi. Takie sytuacje zdarzają się jednak rzadko. Nauczycielka zbiera
pozostałych uczniów. Wszyscy kupili produkty z listy, pora wrócić do
szkoły i coś z nich przygotować. Witamy na lekcji "Funkcjonowania w środowisku".
- W sklepie Kacper różnie się zachowuje - kontynuuje Urszula Duda. -
Pakuje wiele różnych rzeczy do koszyka. Podchodzi do wszystkich ludzi i mówi "dzień dobry", bo wie, że trzeba się przywitać. Spiera się o zakupy: nie weźmiesz tego, wezmę, nie weźmiesz, wezmę. Trzeba być
twardym, stawiać mu wyraźne granice, a czasami ustępować. Zdarza się, że
ludzie patrzą na niego jak na wariata. Mam ochotę krzyknąć "On ma
autyzm!", ale wiem, że po prostu nie zrozumieją.
Urszula zbudowała Bajkę zgodnie ze swoją wizją i intuicją, ale zdarzały
jej się chwile zwątpienia, nie wiedziała, czy to, co robi, ma sens.
- Po Szkole Liderów dostałam kopa. Nowo poznani ludzie, wiara w siebie,
fantastyczny zespół sprawił, że zaczęłam mówić i pokazywać Bajkę na
zewnątrz, wtedy obiecałam sobie, że będzie o niej głośno. Będziemy o tym
mówić, ale nie żeby zyskać popularność, tylko żeby ludzie jak najwięcej
dowiedzieli się o autyzmie. To jest moja bajka.
Idziemy do lasu
Lekcja 1
Temat: Boso po śniegu
Był lutowy poranek, gdy Basia poczuła, że jeśli nie wyjdzie z domu,
oszaleje.
Założyła kurtkę, przeszła przez ogródek, pchnęła furtkę. Powietrze było
mroźne, w oddali majaczyły drzewa. Myślała: "Muszę iść dalej".
Z każdym krokiem oddychała swobodniej. Kiedy doszła do lasu, zdjęła buty
i postawiła nogi na przemarzniętym, zamarzniętym mchu.
Następnego dnia znów poszła do lasu, a potem znowu. Wstawała wcześniej i wychodziła, kiedy dzieci jeszcze spały. Później zaczęła biegać, cztery
razy tygodniowo tą samą drogą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Lena i Adaś są już na nogach. Jedzą jogurty. Sera i szynki nawet nie
tkną. Za chwilę pojadą do przedszkola, jeszcze tylko trzeba umyć zęby.
Sara, która zawsze wstaje o świcie, kręci się po kuchni. Z jej długich
blond włosów wystaje kołtun. Gdyby Marcin tu był, powiedziałby: młoda,
przynieś szczotkę.
Z pokoju Leny wychodzi zaspana Joanna. W piżamie idzie do kuchni,
najchętniej zjadłaby płatki czekoladowe. Baśka mówi, że umyje się po
śniadaniu, bo przecież są wakacje. Sara, która kłóci się ze wszystkimi,
wyzywa ją od głupków. Baśka krzyczy, żeby się zamknęła.
Magda zlizuje pasztet z kromki, Renia przeżuwa suchy chleb. Monika na
pewno nie pozwoliłaby jej odejść od stołu bez porządnego śniadania.
Kostek wcina kolejną kanapkę. Więcej nie dostanie, choć bardzo by
chciał. Darek, który prawie wszystkie zęby ma zżarte przez próchnicę,
już dwa razy wylał herbatę.
Kuba zaczął dzień od telewizji. Daniel, który ma najlepszą średnią ze
wszystkich dzieci, ma na twarzy zadrapania. To sprawka Sary.
Renia i Olek skaczą po kanapie. Sara, Baśka i Joanna biegają po domu i wrzeszczą na siebie. Z pokoju wychyla się Marzena.
- Zamknijcie się, ludzie jeszcze śpią! - krzyczy i trzaska drzwiami.
Czas na sprzątanie. Dziś schody myje Daniel, hol na dole - Baśka, hol na
górze - Joanna, łazienkę dla dziewczyn - Iga, łazienkę dla chłopaków -
Marek. Umycie toalety to zadanie Sary, kabiny prysznicowej - Marzeny.
Jessica kłóci się z Wiktorią, która ma porządkować salę komputerową. W końcu uznają, że zrobią to razem.
Najbardziej znienawidzony dyżur to ten w kuchni. Dziś padło na Konrada i Baśkę. Gdy inni siedzą w bawialni z nosami w telefonach, oni obierają
ziemniaki. Baśka jest wściekła, właśnie się dowiedziała, że ma karę i nie może wychodzić na dwór. Uważa to za niesprawiedliwość. Gdyby Marcin
tu był, na pewno próbowałaby go wybłagać, żeby jej odpuścił. Ale Marcin
wie, że kluczem jest konsekwencja.
Dzieci ściągają swoje ubrania z suszarki. Wszystkie pokoje posprzątane.
Kuba siada na kanapie z laptopem i włącza YouTube. Daniel gra na
telefonie, Baśka robi snapchaty, Joanna rozmawia na Facebooku ze swoim
kolegą. Gośka, Dominika i Jessica biorą kartki i kredki, i zaczynają
rysować na zadany temat: "Gdy słońce świeci...". Gośka wykrzykuje z dumą: "Jest najwięcej morderstw!". Wtóruje jej Dominika: "Wszyscy mają
depresję!".
Jessica rysuje zachód słońca, Dominika płaczącą dziewczynę. Gośka
stwierdza, że zrobi coś oryginalnego - trójwymiarową makietę.
Sandra umyła włosy. Po obiedzie pójdzie spotkać się ze swoim chłopakiem.
Wszyscy zastanawiają się, czy jeszcze dzisiaj wróci.
Innego dnia Monika zorganizowałaby dzieciom jakieś zajęcie, może spacer,
może wycieczkę, pewnie odwiedziłaby też kilka rodzin, żeby rozeznać się
w tym, jak sobie radzą. Dziś wpada do domu tylko na chwilę, biega ze
spotkania na spotkanie - a to z ekspertem do spraw promocji w social
media, a to z teatrem - na temat organizacji eventu, a to w sprawie
umowy o użytkowanie przestrzeni na poradnię dla rodziców.
Obiad prawie gotowy. Pałki kurczaka już się pieką, ziemniaki gotują,
ogórek na mizerię pokrojony. Baśka nakrywa do stołu. Stawia talerze,
gdzie popadnie, sztućce rozkłada chaotycznie. Nóż raz z lewej strony
talerza, raz z prawej. Liczba par sztućców nie równa się liczbie
talerzy.
- Obiad! - krzyczy.
Marek i Damian rozmawiają o nauczycielce od matematyki. Marek chwali
się, że dostał na koniec prawie tróję.
- Chyba naciąganą tróję - komentuje Damian.
- Ja mam matmę głęboko - stwierdza Marek.
Damian kończy jeść. Wstaje od stołu, wyrzuca obgryzione kostki kurczaka
do kosza na śmieci, a talerz wkłada do zmywarki.
- Idę na dwójkę - mówi i wychodzi z jadalni.
Baśka zauważa, że Sara zostawiła swój talerz na stole.
- Zrobiła to specjalnie! Ja tego nie będę sprzątać! - krzyczy.
Marcin na pewno kazałby Sarze wrócić do jadalni i włożyć talerz do
zmywarki. Takie są zasady.
Tomek ma umyć podłogę w jadalni. Kasia oblewa go wodą i uderza szmatką w pupę. Wyciąga z tylnej kieszeni jego spodni kartę kibica i wkłada sobie
do stanika. Tomek rzuca się za nią w pogoń. Biegają wokół stołu.
Część dzieci wychodzi na basen i judo, inne zaczynają zajęcia
komputerowe. Marzena i Sandra "wypisują się" do miasta. Deklarują, że
wrócą na kolację. Sara huśta się na placu zabaw, a Balbina bawi się w namiocie.
Baśka siedzi w butach na kanapie. Wyzywa ciocię Ewelinę od głupich.
Marcin kazałby jej postawić nogi na podłodze. Powiedziałby, że można
kogoś nie lubić, ale nikogo nie można obrażać, bo każdemu należy się
szacunek.
Przed Baśką jeszcze przygotowanie kolacji. Będą tosty z serem, parówki,
masło czekoladowe i gotowane jajka. Wszyscy rzucą się na masło
czekoladowe.
Sandra nie zawiodła zaufania i wróciła trzy minuty przed czasem. Kolację
zjadła sama.
Kończy się dzień dyżuru Baśki w kuchni, jeszcze tylko zamiecie podłogę w jadalni. Pozostali poszli się już myć. Daniel posłał łóżko Adasiowi i zasiedli z Kubą na fotelach w przedpokoju. Jeden z nosem w YouTubie,
drugi w grze komputerowej. Lena i Adaś już są w łóżkach. Rano muszą znów
wstać do przedszkola.
W domu robi się coraz ciszej. Jeszcze tylko Sara nie skończyła czyścić
toalety. Siedzi w ubikacji z twarzą w dłoniach. Zamykają się kolejne
drzwi do pokojów dzieci. Z niektórych dochodzą jeszcze dźwięki rozmów.
Gaśnie światło na korytarzu. Gdyby Marcin miał nocny dyżur, nie
zmrużyłby oka do rana. Co jakiś czas robiłby obchód po pokojach,
upewniając się, że nikt nie zwiał.
Skrawek nieba
(Z opowieści Moniki)
Moja mama zawsze komuś pomagała. Zostawiałyśmy potrzebującym prezenty
pod drzwiami. Dzwoniłyśmy i uciekałyśmy, żeby nikt nie musiał dziękować.
Po jej śmierci mogłam zamknąć się w sobie albo uwrażliwić na ludzką
krzywdę i biedę, mimo że tak naprawdę jej nie doświadczyłam. Stało się
to drugie.
Któregoś dnia natknęłam się na ulicznego grajka, który zbierał pieniądze
na bezdomnych i dzieci. To był znany katowicki społecznik, Jacek Pikuła.
Coś mnie tknęło, żeby do niego podejść i zapytać, czy też mogłabym
pomagać. Zostałam wolontariuszką.
Jedzenia, które otrzymywaliśmy od supermarketów dla świetlicy "Skrawek
nieba", było naprawdę dużo. Jacek wpadł na pomysł, żebyśmy dzielili się
nim z innymi placówkami prowadzącymi działalność społeczną. Do Domu
Aniołów Stróżów przyjechałam z naręczem kiełbas i... salcesonów. Wtedy,
w 1997 roku, funkcjonowała tylko jedna placówka, dziś jest osiem: pięć w Katowicach, dwie w Chorzowie i jedna w Sosnowcu.
Zanim zostałam prezeską Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom i Młodzieży Domy
Aniołów Stróżów, przez wiele lat pracowałam tam jako wychowawczyni. Pod
koniec lat dziewięćdziesiątych w stowarzyszeniu było dosłownie kilka
osób - psycholog, pedagog, pielęgniarka, informatyk, ksiądz. Idea była
taka, żeby wychodzić na ulice, na dworce i tam szukać dzieci -
szczególnie tych trudnych, pozostawionych samopas, na gigancie,
wąchających klej, prostytuujących się. Bo one i ich rodziny same po
pomoc by nie przyszły.
W Domach Aniołów dzieci dostają to, co powinny dostawać u siebie w rodzinnym domu, ale czego im z różnych powodów brakuje. Poczucie
bezpieczeństwa, wsparcie dorosłych, pomoc w nauce i nawiązywaniu oraz
utrzymywaniu przyjaźni. Chodzimy z nimi do kina, na basen, do parku,
jeździmy na wycieczki, organizujemy obozy. Zabieramy je do lekarza, do
dentysty, psychiatry, na zajęcia do logopedy. Sześcioletniej dziewczynce
robiliśmy protezę - miała tak zniszczone zęby, że nie była w stanie
jeść. Dzieci przychodzą do nas po szkole i zostają do wieczora.
Przedszkolaki są od rana do popołudnia. Dzięki temu, że są u nas w ciągu
dnia, ich rodzice mogą podjąć pracę, w czym ich wspieramy. Dzieciaki
gotują, piorą, sprzątają jak w normalnym domu, jednak na noc zazwyczaj
wracają do swoich rodzin. Zdarza się, że jest to niemożliwe, bo w ich
rodzinie źle się dzieje. Wtedy nocują u nas. Na początku do domów
trafiała wyłącznie młodzież, dziś pracujemy też z przedszkolakami,
najmłodsze mają dwa i pół roku. Doszliśmy do wniosku, że im wcześniej
zaczniemy pracować z dziećmi z trudnych środowisk, tym większe szanse,
że w przyszłości poukładają sobie życie.
Wszystkie światy dziecka
Wychowawcy odgrywają bardzo ważną rolę w życiu dzieci. Kiedy ja pełniłam
tę rolę, spoczywał na mnie obowiązek pracy również z ich rodzinami.
Jeśli rodzice pili, wiedziałam o tym, jeśli nie mieli pracy - pomagałam
im ją znaleźć. Z ojcem jeździłam do lekarza, z matką do spółdzielni.
Biegałam do ośrodka pomocy społecznej, po sądach, po szkołach dzieci.
Byłam w stałym kontakcie z sędziami, kuratorami, nauczycielami. Nie było
nikogo, kto mógłby mi powiedzieć, jak się zachować w określonych
sytuacjach, jak mediować, negocjować. Wszystkiego uczyłam się na
własnych błędach. Zdarzało się, że pracowałam w trybie
dwudziestocztero-, czterdziestoośmiogodzinnym, mimo że nie byliśmy
całodobową placówką. Wtedy często dzieci zostawały na noc w placówce,
więc byłam razem z nimi. Rano śniadanie, kąpiel i do szkoły. Dziś
wychowawców wspiera między innymi asystent rodziny, ale w dalszym ciągu
jest to praca wielozadaniowa - tu trzeba przygotować posiłek, tu zrobić
zakupy, poprowadzić zajęcia, pójść do szkoły porozmawiać z nauczycielami, zorganizować wakacje. Wychowawca to osoba, która łączy
wszystkie światy dziecka.
Obserwowałam, jak takie placówki funkcjonują na Zachodzie. To
niesamowite, że oni potrzebują dwudziestu osób do tego, do czego my
wykorzystujemy pięć. Zdarza się, że taki wychowawca w organizacji
pozarządowej dostaje mniej pieniędzy niż osoba żyjąca na zasiłku, której
on pomaga. Dlatego coraz mniej jest chętnych, by się tym zajmować. A nawet jeśli się zgłaszają, to pracują pół roku, rok i odchodzą. Nie
jesteśmy w stanie zapewnić pracownikom dodatkowych świadczeń. Żeby
przyznać im premie albo wyższe wynagrodzenie, musielibyśmy znaleźć
sponsora, co nie jest łatwe, bo jak to, premie dla pracownika
stowarzyszenia? Ludziom wciąż to zgrzyta. Najwięcej rodzin zastępczych w Polsce to tak zwane rodziny spokrewnione, czyli krewni rodziców -
dziadkowie, wujkowie. Nierzadko pochodzą oni z tych samych środowisk,
zdarza się, że członkowie rodziny mieszkają razem. To nie rozwiązuje
sytuacji dziecka, bo ono w dalszym ciągu przebywa w środowisku
patogennym. Najtrudniejsza jest bezradność. Gdy podejmuje się ileś prób,
żeby pomóc rodzinie poukładać życie, a wciąż nic się nie zmienia. Bo
rodzice pomocy odmawiają, wracają do nałogu, zamykają się na nas. Albo
zmieniają miejsce zamieszkania i proces naprawy zostaje przerwany. Nawet
jeśli wyjadą do sąsiedniej miejscowości, nie możemy już im pomagać, bo
dofinansowanie z samorządu może być przeznaczone wyłącznie na pomoc
mieszkańcom danego miasta. O ile piętnaście lat temu sądy zbyt pochopnie
zabierały dzieci z rodzinnych domów, o tyle dziś problem jest odwrotny -
tak wynika z mojego doświadczenia. Zawsze walczymy do końca, żeby
dziecko zostało w rodzinie, jeśli to tylko możliwe, czasem jednak zdarza
się tak, że latami pracujemy nad tym, żeby umieścić je w placówce
zastępczej, bo sytuacja w rodzinie jest tak zła. My, służby, z którymi
współpracujemy, kuratorzy, wszyscy są na tak, ale sędzia mówi: w domu
będzie dziecku najlepiej. A widzimy, że one chodzą zaniedbane, chore,
wszystkie zęby im już powypadały, bo matka jest na przykład uzależniona
i nie jest w stanie się nimi dobrze zaopiekować. Zdarzają się sytuacje,
gdy wiemy, że w krótkim czasie w domu rodzinnym nie zmieni się nic na
tyle, żeby dzieci mogły się poczuć bezpieczne, mogły się zdrowo
rozwijać. A sąd wydaje decyzję, żeby przywrócić rodzicom opiekę nad
dziećmi. Często obserwujemy, jak wracają do domu, w którym nic się nie
zmieniło. To trudne, bo miarą sukcesu naszych podopiecznych nie jest to,
czy dostaną się na studia. Najważniejsze, żeby potrafili uczciwie
pracować, utrzymywać zdrowe relacje, żeby założyli rodzinę. Niektórzy
głównie siedzą w więzieniu, a jak nie, to kombinują - tu coś ukradną, tu
kogoś na coś naciągną... U nas było liczne rodzeństwo, dwóch braci i trzy
siostry. Mieli bardzo biedny dom, rodzice pili, kradli. Dzieci były
zawszawione, doświadczały ogromnej przemocy emocjonalnej. Chłopcom
zupełnie się nie powiodło. Zeszli na drogę przestępczą, każdy miał
epizod w więzieniu. Widuję ich czasami, jak stoją gdzieś na podwórku i piją.
Ich siostry - przeciwnie. Jedną z nich czasem spotykam, pracuje jako
parkingowa. Przez dziesięć lat była w stanie utrzymać jedną pracę.
Nieważne, czy świeci słońce, czy pada deszcz, ona stoi na tej ulicy.
Druga pracuje w serwisie sprzątającym w filharmonii. Wykonuje proste
prace, ale jest schludnie ubrana, jej córka chodzi do szkoły, ma dobre
oceny. Jestem z nich bardzo dumna.
Historia Anety
Anetka urodziła się z wadą serca. Jej mama piła przed ciążą, piła w ciąży i nadal pije, ten najgorszy alkohol, F16, któremu daleko do tego,
co można kupić w sklepach. Nie wiem, jak to możliwe, że ona jeszcze
żyje.
Trafiła do Aniołów, gdy miała sześć lat. Była jednym z tych dzieci,
które nocowały u nas najczęściej. Kiedy wychodziła od nas wieczorem, to
sprawdzaliśmy, czy w ogóle może wrócić do domu. A tam wybite okna,
rozwalone drzwi, matka leży pijana. Aneta była zaniedbana, nie umiała
czytać ani pisać, wiedzę o świecie miała zerową. Dzieci wyśmiewały się z niej, bo była chuda i niewygadana. Dopiero po ośmiu latach sąd zawiesił
matkę w prawach do opieki nad nią. Postanowiliśmy z moim partnerem
zabrać ją do siebie. Miała wtedy czternaście lat. Nie była to łatwa
decyzja, bo sami mieliśmy dwoje małych dzieci - jedno półroczne, drugie
dwuipółletnie. Nie wiem, czy bym się drugi raz na to zdecydowała. To
było spore wyzwanie.
Cierpliwie uczyliśmy ją pisać, czytać, codziennie kombinowała, co
zrobić, żeby się od tej nauki wymigać, bo przychodziło jej to z ogromnym
trudem.
Gdy skończyła osiemnaście lat, wróciła do matki. Miała dość tego, że u nas trzeba sprzątać, gotować, każdy ma swoje domowe obowiązki. Szybko
zdała sobie jednak sprawę, jak kończy się życie na wiecznym rauszu. Że
ta wolność jest pozorna. W domu było brudno, odcięty prąd, "nieobecna"
matka. U nas miała własny pokój, wyjazdy na wakacje, ale też nas -
bliskich ludzi, którym na niej i jej życiu bardzo zależało. Wróciła.
Dziś ma dwadzieścia sześć lat, dostała mieszkanie komunalne, pracuje w sklepie jako kasjerka. Ułożyła sobie życie. Bez nałogu, ze stałą pracą i chłopakiem, którego kocha. Mieszka blisko nas. Razem spędzamy święta,
odwiedzamy się. Kilka razy w miesiącu Aneta pomaga nam w Aniołowym
biurze. Gdy się wyprowadzała na swoje, byliśmy pełni obaw. Dziś jesteśmy
z niej bardzo dumni i szczęśliwi, że ten wysiłek miał sens.
Mam podnieść papierek?
(Z opowieści Marcina)
Zawsze chciałem być z dziećmi, nie obok nich. Chciałem je traktować jak
równych sobie, budować autorytet na szacunku, nie na rygorze. Nieraz
zderzyłem się z oporem starszej kadry.
Pracowałem już z bezdomnymi, osobami z zaburzeniami psychicznymi,
sprawcami przemocy, jednak najwięcej czasu spędziłem z dziećmi. Najpierw
jako wychowawca w domu dziecka w Pogotowiu Opiekuńczym w Brzeziu, od
2005 roku jako dyrektor domu dziecka w Lubieniu Kujawskim, a od
października 2017 roku byłem dyrektorem czternastoosobowych placówek
wychowawczo-opiekuńczych Przystań i Ostoja w Lubieniu. W latach 80., 90.
w domach dziecka panował "ostry rygor". Wszystko było pod sznurek.
Dzieci nie miały żadnej swobody. Nie mogły pójść nawet do ubikacji bez
pozwolenia wychowawcy. W dużym domu nie trzeba było sprzątać ani
gotować. Od tego byli pracownicy. "Dlaczego mam podnieść papierek z podłogi, przecież są tu ludzie, którzy dostają za to pieniądze" -
usłyszałem raz od dziecka. Pamiętam, jak jeden wychowanek takiego dużego
domu dopiero po jego opuszczeniu odkrył, że chleb kupuje się w sklepie.
Dotąd żył w przekonaniu, że chleb wydawany jest ze stołówkowego okienka.
Uczestniczyłem w przekształcaniu dużego, sześćdziesięcioosobowego domu
dziecka w małe, czternastoosobowe placówki opiekuńczo-wychowawcze. W naszym województwie ich prekursorem był Roman Jaskulski. Zastanawialiśmy
się, jak taki dom miałby funkcjonować. W dużym łatwiej wszystko
zorganizować - zapewnić zastępstwa wychowawców, utworzyć kółko
zainteresowań, wydawać gazetkę domu dziecka. Zadaliśmy sobie jednak
pytanie, które dziecko ma to w normalnym domu?
W dużym domu dziecka nie można budować relacji pomiędzy dorosłym a dzieckiem, dzieci jest za dużo, a wychowawców za mało. W małych domach
są tylko wychowawcy i dzieci. Wychowankowie mieszkają w dwuosobowych
pokojach. Nie ma stołówki - jest jadalnia. Nie są wyręczane w obowiązkach domowych. Same sprzątają, gotują, chodzą na zakupy, uczą się
gospodarować pieniędzmi. Według przepisów do domu dziecka czy placówki
opiekuńczo-wychowawczej nie mogą trafiać maluchy poniżej dziesiątego
roku życia. Są dwa wyjątki - stan zdrowia i fakt, że dzieci są
rodzeństwem. Te najmłodsze powinny być skierowane do rodzin zastępczych,
ale tych jest wciąż za mało. Rząd jednak o tym nie mówi, tylko oskarża
nas, dyrektorów placówek, o łamanie prawa. Najmłodsze dziecko, jakie
przyjąłem do domu, miało dziewięć miesięcy. Na szybko zmontowaliśmy
kojec i łóżeczko, zdobyliśmy wózek. Przeorganizowaliśmy pracę
wychowawców. Innym razem przyjąłem trzy- i czterolatka. Policja jeździła
z nimi przez kilka godzin po różnych placówkach. Nikt ich nie chciał
przygarnąć.
Wielokrotnie powtarzałem: Dopóki będę dyrektorem, będę świadomie łamał
prawo.
Kiedy przekształcaliśmy placówkę na małe domy, czekała nas ogromna
zmiana, przede wszystkim mentalna.
Harry Potter bez różdżki
Wychowawca pracuje dwadzieścia cztery godziny na dobę. Musi być bardzo
elastyczny - z jednej strony wymagający, z drugiej - ciepły, taki, co
pocieszy, przytuli.
Ludzie mają czasem wobec wychowawców oczekiwania na wyrost - wydaje im
się, że mamy takie różdżki jak Harry Potter, którymi dotkniemy dzieci w główkę i sprawimy, że w ciągu miesiąca wszystkie deficyty znikną, a problemy zostaną rozwiązane. Praca nad dzieckiem jest długa i żmudna.
Jej efekty widać czasem dopiero po latach.
Brak pracowników w pieczy zastępczej to coraz poważniejszy problem. W związku z tym, że rodzin zastępczych jest za mało, do placówek
opiekuńczo-wychowawczych trafiają najczęściej te najtrudniejsze dzieci -
agresywne, wymagające specjalistycznego leczenia. One w ogóle nie
powinny w takich domach przebywać, bo wpływają destrukcyjnie na całą
grupę. Na czternastoosobowy dom przypada w trakcie dyżuru w najlepszym
przypadku tylko dwóch wychowawców. Ci ludzie stają przed dylematem, czy
skupić się na tym jednym dziecku, czy na pozostałych. Obecni rządzący
demonizują placówki wychowawczo-opiekuńcze, przekonują, że koszty
utrzymania dziecka są za duże. Tylko nie zastanawiają się, dlaczego
wciąż przebywa w nich ponad dwa i pół tysiąca dzieci poniżej dziesiątego
roku życia.
Postulowaliśmy zmianę przepisów - żeby wszystkie dzieci, niezależnie od
wieku, mogły być przyjmowane do placówek opiekuńczo-wychowawczych i dopiero po wstępnej diagnozie kierowane do właściwych ośrodków -
socjoterapeutycznych lub specjalistycznych czy rodzin zastępczych. Nasza
propozycja nie spotkała się z uznaniem. Nikt nie wsłuchuje się w głos
praktyków.
Pochopne decyzje
Teoretycznie pobyt w pieczy zastępczej powinien być jak najkrótszy. Bo
rodzina jest najważniejsza. W rzeczywistości wskaźnik reintegracji jest
bardzo niski. Mimo to sądy ciągle podejmują pochopne decyzje o powrocie
dzieci do rodzin. Ile takich tragicznych zdarzeń jak śmierć
dziewięciomiesięcznej Blanki z Olecka musi się jeszcze wydarzyć, żeby
sądy przestały kierować się tym, że "lepsza najgorsza rodzina niż dom
dziecka", a zaczęły kierować się dobrem dziecka? Nie wiem, czym kierują
się sędziowie w takich przypadkach.
Zdobywamy zaufanie dzieci, budujemy w nich poczucie własnej wartości,
bezpieczeństwa, oswajamy z nową sytuacją. A po sześciu miesiącach
pojawia się mama i mówi, że zrozumiała swój błąd, że teraz wszystko
będzie inaczej. Bierze dziecko na wakacje, a po miesiącu okazuje się, że
codziennie pije. Więc my zabieramy dzieci, a ona grozi, że się zabije i znika. Policja jej szuka i co się okazuje? Że poszła na melinę, żeby się
napić.
Ci rodzice nie są źli, tylko to, co robią dzieciom, jest bardzo złe. Bo
często nie potrafią inaczej. A one zawsze będą ich bronić,
usprawiedliwiać. Każdy chce mieć fajną mamę, fajnego tatę.
Najtrudniejsze są jednak decyzje o dopuszczeniu dziecka do adopcji.
Mieliśmy rodzeństwo trzyosobowe. Ojciec ich zostawił, znalazł sobie nową
partnerkę. Matka wyjechała na drugi kraniec Polski, zerwała kontakt z dziećmi. Małżeństwo z Włoch chciało adoptować środkowe dziecko -
dziewięcioletnią wówczas Paulinę. Byliśmy już na etapie preadopcji.
Miałem zaopiniować, czy godzę się na to, żeby rodzeństwo rozdzielić.
Wiedziałem, że gdyby dziewczynka wyjechała, miałaby dobre warunki do
życia. Ale odmówiłem.
Paulina ma dziś dwadzieścia jeden lat. Mieszka we Włocławku, ma
partnera. Usamodzielniła się. Z perspektywy czasu uważam, że to była
dobra decyzja.
Z trzydziestu ośmiu wychowanków, którzy opuszczali dom dziecka w Lubieniu, gdy byłem tam dyrektorem, większość poukładała sobie życie.
Jedna trzecia wybrała łatwiejszą drogę - przestępczą lub bycie klientem
pomocy społecznej. Nie wszystkie dzieci udaje się wychować tak, jak
byśmy tego chcieli. Ciężko to zaakceptować, ale człowiek się uodparnia.
Bywa też inaczej. Na przykład Maciek handlował w domu dopalaczami.
Dzieci zadłużały się u niego. To była krótka piłka - rozwiązanie
kontraktu i usunięcie z placówki. Półtora roku później spotkałem go na
stacji paliw. Twierdził, że zmądrzał i wziął się do pracy. Ale inny
chłopak, Marek, nigdy nie był pracowity. Za to zawsze lubił wypić.
Powielił wzorzec rodziców. Próbowałem namawiać ludzi, żeby go
zatrudnili, dali mu szansę. Pojechałem ostatnio do wulkanizacji, gdzie
pracował jeszcze jakiś czas temu. Już go tam nie ma. Opuścił trzy dni
pracy, czwartego przyszedł pijany.
Ja nigdy nie zapomnę spotkania z Kamilem, jednym z moich wychowanków. Po
latach podziękował mi za to, że nauczyliśmy go życia. Wie, że gdyby nie
pobyt w domu dziecka, stoczyłby się jak ojciec. A skończył szkołę, ma
partnerkę, dziecko, pracuje fizycznie w branży budowlanej.
Do końca 2020 roku wszystkie duże placówki muszą zostać przekształcone w małe domy. To słuszne rozwiązanie. Tym, który wychodzą z małych domów,
jest w życiu łatwiej.
Poczucie sensu
Monika: - Dziś w dzielnicach, w których funkcjonują Domy Aniołów,
tworzymy lokalne systemy wsparcia, chcemy trafiać do dzieci, które
najbardziej potrzebują pomocy: zaniedbanych, z rodzin ubogich,
alkoholowych, gdzie nierzadko ma miejsce przemoc. Organizujemy zajęcia
na ulicach, w podwórkach, zimą na klatkach schodowych. Poznajemy też ich
rodziców. Potem zapraszamy ich do naszych placówek, które mają być takim
drugim domem. Ta praca daje poczucie sensu.
Marcin: - Praca na żywo z dzieciakami, przeżywanie z nimi i dobrych, i złych chwil daje ogromną satysfakcję. A najfajniej jest wtedy, gdy po
latach odwiedzają nas ze swoimi rodzinami i mówią: Wujek, dzięki,
gdybyśmy cię nie spotkali, nie wiemy, gdzie byśmy teraz byli.
Lata 90., Warszawa. Dariusz Cupiał wstaje rano i modli się o zdrowie i powodzenie dla trójki swoich dzieci. Robi tak codziennie, zanim wyjdzie
do pracy w międzynarodowej korporacji, gdzie zajmuje kierownicze
stanowisko.
Do domu często przychodzą znajomi księża, odprawiają msze. Modlitwa jest
dla Dariusza bardzo ważna. Codziennie wieczorem modlą się całą rodziną,
bardzo długo, na kolanach, przy świeczce. Dziękują. Proszą.
Przepraszają. Po kolei, na głos, niezależnie od humoru (Maria,
najstarsza córka, powie później: "to było bardzo intensywne").
Poznali się w ruchu oazowym księdza Franciszka Blachnickiego (Dariusz:
"Wszyscy mówiliśmy do niego ojciec, choć był tylko księdzem
diecezjalnym"). Ona muzyk, on ekumenista. Brali ślub, kiedy w Polsce
kończył się komunizm. Po dwóch latach urodziła się pierwsza córka, potem
kolejna i na końcu syn.
Dariusz: - Byłem przy każdym porodzie. Imiona dobraliśmy wspólnie, tak,
jak odczytywaliśmy rys ich przyszłego powołania. Maria - radość. Zofia -
mądrość. Jan - łaska syna.
Życie wypełniają im konferencje, wyjazdy i spotkania. Anna koncertuje z zespołem Missio Musica, Dariusz angażuje się w działania na rzecz
świadomego ojcostwa.
Po piętnastu latach małżeństwa Anna wnosi sprawę o rozwód. Dariusz się
nie zgadza, chce walczyć o związek. Dwa lata później Anna wyprowadza się
z dziećmi.
Dariusz: - Po powrocie z delegacji zastałem puste mieszkanie, bez mebli
i żyrandoli. Na stole kartka od najstarszej córki, żebym się nie
martwił.
Maria: - Trudno wymagać niewymagalnego od mojego taty; żeby
zaakceptował, że żona od niego odchodzi, że rodzina się rozpada. I to
taka rodzina, którą budował według swojej wizji. Tego się nie
spodziewał. My widzieliśmy problemy między nimi, on wierzył, że wszystko
się ułoży. Ale w takich sytuacjach sama modlitwa nie wystarczy. Więc ich
komunikacja była dalej taka, jaka była, ich problemy były dalej takie,
jakie były.
Dariusz: - Ojciec mówił "Zgódź się". Nie rozumiałem tego. Ludzie
Kościoła mówili "Módl się, jej to przejdzie". Nie przeszło.
Rok po wyprowadzce Anna założyła sprawę karną o znęcanie się psychicznie
na tle religijnym. Wynajęła najlepszą prawniczkę w mieście. Biegli z Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego przychylili się do
wniosku matki. Choć sąd rodzinny zadecydował o rozwodzie bez orzekania o winie, sąd karny wydał wyrok skazujący - rok więzienia w zawieszeniu na
trzy lata.
Maria: - Gdyby tata pozwolił jej odejść, nie byłoby tej rozprawy. Dla
nas to było ciężkie, bo musieliśmy widywać się z psychologami,
przechodzić jakieś ewaluacje, wywlekać wszystkie złe wspomnienia; to
było trochę jak pranie mózgu. Moja mama nie chciała tej rozprawy, ale
czuła, że nie miała wyjścia.
Dariusz: - Dziś wiem, że źle oceniłem sytuację. Powinienem był pozwolić
żonie odejść i podjąć mediację w kierunku ochrony dzieci.
SOS dla ojców
Surowe, przestronne wnętrze przy Lubartowskiej 77 w Lublinie. Na białych
ścianach, z gdzieniegdzie odsłoniętą cegłą, zdjęcia wystawy "Dzielnica
żydowska w Lublinie 1939-44" i drewniany napis "Lubelskie jest tu".
Kilka obrazów Jezusa i duże zdjęcie Jana Pawła II. Betonowa podłoga.
Miejsce spotkań Klubu Ojcowskiego (jednego z trzech w Lublinie),
działającego w ramach Inicjatywy Tato.net.
Dariusz: - Był rok 2000. Jechałem na spotkanie z klientem. W radio
usłyszałem głos Wandy Półtawskiej, przyjaciółki Karola Wojtyły. Mówiła
na temat kondycji rodziny u progu XXI wieku. Zakończyła apelem:
"Nadchodzi czas, aby bić na alarm SOS dla ojców". Po plecach przebiegł
mi dreszcz. Miałem ściśnięte gardło i mokre oczy. Zatrzymałem samochód,
żeby ochłonąć.
Tak narodził się pomysł działań skierowanych do ojców. Dziś Inicjatywa
Tato.net to portal internetowy, międzynarodowe konferencje, warsztaty
"Ojciec Córka" i "Ojciec Niezłomny" dla osadzonych w więzieniach, spływy
kajakowe, kampanie społeczne, Kluby Ojcowskie w wielu miastach w Polsce.
Co roku w działaniach konferencyjno-warsztatowych bierze udział około
dwóch tysięcy mężczyzn.
Dariusz: - Pomimo tego, czego doświadczyłem, nie chcę, aby Tato.net było
kojarzone z ruchem walki o prawa ojców albo niesprawiedliwością w sądach. Skupiliśmy się na poszukiwaniu, które streszcza się w haśle:
"odkrywamy ojcostwo". Bo każda sytuacja, również taka jak moja, jest
przestrzenią do odkrywania ojcostwa, jego wartości i piękna. To zmienia
mężczyznę i pomaga mu stać się tym, kim ma być.
Spotykają się raz na miesiąc. Na liście uczestników spotkań Klubu
Ojcowskiego przy Lubartowskiej jest osiemdziesiąt dziewięć nazwisk.
Wśród nich właściciel firmy motoryzacyjnej, menadżer sprzedaży,
informatyk, nauczyciel śpiewu, kierowca, pośrednik finansowy, bloger,
prezes towarzystwa biznesowego. Większość trafiła do Klubu po
warsztatach lub spływach kajakowych organizowanych przez Tato.net.
Siedzą w półkolu, przedstawiają się.
Piotr, 32 lata, ojciec półtorarocznej Julii: "Jestem uzależniony od
ojcostwa. I nie szukam lekarstwa".
Tomasz, 43 lata, dwoje dzieci, od miesiąca nieżonaty. Bezsilny wobec
prawa, bo dzieci zostały przy żonie: "Chcę budować z nimi relacje mimo
wszystko".
Ireneusz, 60 lat, dwoje dorosłych dzieci: "Córka dała mi ostro popalić.
Szukałem pomocy. Trafiłem tutaj".
Spotkanie prowadzi Benedykt, 43 lata, czworo dzieci: "Jak dzieci były
małe, to sobie wyobrażałem, że dziecko się rodzi i jestem ojcem z automatu. Mało z siebie dawałem. W miarę ich dorastania zdałem sobie
sprawę, że muszę stawać się ojcem bardziej świadomym i czynnym. Dwa lata
temu trafiłem z córką na warsztaty Tato.net, potem do Klubu. Teraz
patrzę na tamten początek jak na czarny sen ojcostwa".
Zaczynają od duchowej inspiracji, potem praca w grupach. Temat: aktywne
słuchanie (jeden z "Siedmiu sekretów efektywnych ojców" Kena Canfielda).
Rozmawiają o tym, co mogą zmienić, aby lepiej usłyszeć i zrozumieć swoje
dziecko, czym różni się słuchanie córek od słuchania synów. Wnioski z pracy w grupach prezentują liderzy. Pozostali komentują.
"Najważniejszych piętnaście sekund w dniu taty to moment, kiedy wracam z pracy do domu. Chcę, żeby moje dziecko wiedziało, że nie mogłem się
doczekać, żeby je zobaczyć".
"Staram się ograniczyć media. Zwłaszcza w czasie Adwentu i Wielkiego
Postu, ale też na co dzień".
"Najważniejszy jest moment, kiedy moja córka leży w łóżku i podsumowuje
dzień. Upajam się tą chwilą, nawet kiedy wiem, że trzeba już iść spać".
"Planuję nasz wspólny czas. Chcę, żeby pamiętał, jak ojciec woził go na
ryby".
"Wszystko pięknie, tylko czasami jestem tak zmęczony, że nie mam siły
słuchać".
Na koniec zaproszenie na survivalowy wypad do pobliskiej Dąbrówki i zapowiedź kolejnego spotkania.
Zanim się rozejdą, Benedykt powie: "Najbardziej czerpię z doświadczenia
innych. Tutaj ładuję akumulatory na następny miesiąc".
Dariusz: "Naszym kolejnym celem jest Klub Ojcowski w każdym powiecie w Polsce".
Jak być lepszym tatą
"Wśród mężczyzn piszących blogi, to ojcostwo jest drugim, po modzie,
najchętniej podejmowanym przez nich tematem" - piszą autorzy raportu
"Rodzina, ach rodzina..." z października 2017 roku.
Gdyby ojcowska blogosfera była miastem, a jej czytelnicy i obserwatorzy
zlinkowanych z nimi stron na Facebooku mieszkańcami, tworzyliby
metropolię większą od Krakowa, nieco mniejszą od Warszawy. Gdyby tematy
blogów stanowiły jej dzielnice, większość mieszkańców zamieszkiwałaby
dystrykt "Blog Ojciec", gdzie znaleźliby liczne porady o tym, jak być
lepszym tatą. Ci, którzy szukaliby wsparcia w walce o równe prawa
rodzicielskie dla ojców po rozwodzie, kupowaliby mieszkania w dzielnicy
"DzielnyOjciec.pl". Zapracowani ojcowie, szukający zdrowej równowagi
pomiędzy karierą zawodową a świadomym rodzicielstwem, chętnie spędzaliby
czas w "Tacie w pracy". A zmęczeni codziennym kieratem wpadaliby na kawę
do "OhMyDad! - tatostwo po godzinach", gdzie mogliby nie tylko odetchnąć
i pośmiać się z samych siebie, ale też zaopatrzyć w koszulkę "Robię
najbardziej urocze dzieci na świecie" czy "Najfajniejsi tatowie noszą
brody".
- Blogi, magazyny dla ojców, stowarzyszenia czy oferty szkoleń to część
nowej kultury ojcowskiej, coraz bardziej obecnej w przestrzeni
publicznej - mówi współautorka raportu doktor Marta Bierca, ekspertka z Uniwersytetu SWPS w Warszawie, która badaniom tego zjawiska poświęciła
książkę Nowe wzory ojcostwa w Polsce. Socjologowie mówią wręcz o "renesansie ojcostwa", wtórują im media, zwłaszcza reklamy, w których
ojca fajtłapę z rozlanym keczupem na koszuli zastępuje świadome
"dadvertising", czyli reklama skierowana do ojców, pokazująca ich jako
troskliwych, mądrych i odpowiedzialnych, a przy tym męskich.
Marta Bierca: - Ten nowy ojciec cechuje się świadomością swojej roli i refleksją nad nią. Nowi ojcowie od momentu poczęcia dziecka, a nawet
wcześniej, przygotowują się do bycia tatą. Często pojawia się myślenie:
będę ojcem, ale nie takim, jak mój ojciec - nieobecny, zapracowany,
podejmujący decyzje, ale nie do końca rozmawiający z dziećmi,
nieokazujący emocji. Ci nowi ojcowie mówią: ojcostwo to nie tylko usługi
transportowe (odwożenie dzieci do szkoły czy przedszkola) i zabawa, ale
też zwykłe codzienne czynności: mycie dziecka, karmienie, przewijanie,
usypianie. Są zaangażowani, emocjonalni, obecni. Starają się z dzieckiem
komunikować. Mogą pełnić podobną rolę jak matka, dlatego coraz częściej
mówi się nie o macierzyństwie czy ojcostwie, ale o nowym rodzicielstwie.
Socjologowie podkreślają, że zmiany w opiece nad dziećmi związane są też
ze zmianami na rynku pracy. Kobiety pracują, mężczyźni, czy to z własnej
woli, czy z powodu okoliczności, zaczynają przejmować obowiązki domowe,
w tym opiekę nad dziećmi. Wcześniej te role były silnie zdefiniowane,
matka i ojciec mieli jasno określone funkcje: ojciec pracował, matka
zajmowała się domem i dziećmi.
Rodzicielstwo się zmienia, ponieważ odchodzimy od czynności typowo
matczynych czy ojcowskich - dodaje dr Bierca. Wielu mężczyzn wchodzi w rolę, do której nie ma wzorców. Są w rozkroku pomiędzy tym, co wynieśli
z domu, a tym, co obserwują wśród kolegów lub w mediach. Oczekiwania
społeczne są duże, ale trochę nie wiadomo, jak tym ojcem być. Nie zawsze
też są traktowani poważnie, na przykład przez lekarzy, którzy nadal o zdrowiu dzieci wolą rozmawiać z mamami.
Dlatego wielu ojców szuka wsparcia.
Maciej Kucharek, konferansjer, bloger, lider Klubu Ojcowskiego Tato.net
w Łodzi: - W którymś momencie orientujesz się, że masz jakąś pulę
wyzwań, które czekają na ciebie w kontekście ojcostwa. Kiedy idę do
Klubu Ojca, siadamy w małych grupach, w różnym wieku, z różnym stażem i mierzymy się z tymi samymi wyzwaniami. To daje mi poczucie: "Aha, jestem
normalny, inni też się z tym zmagają. I nadzieję: Oni przez to przeszli,
więc i mi się uda".
Trudna lekcja
- Darek przeżywa swoje ojcostwo w szczególny sposób - mówi Andrzej
Demczuk, biznesmen, lider Klubu Ojcowskiego przy Lubartowskiej 77 w Lublinie. - Niewątpliwie trudno mu przewodzić inicjatywie Tato.net,
kiedy sam jest osobą rozwiedzioną, kiedy nie ze wszystkimi dziećmi ma
dobry kontakt.
Dariusz: - Wielokrotnie pojawiały się zarzuty, że jestem niekompetentny,
żeby przewodzić Tato.net. Sam się zastanawiałem, czy powinienem coś
zmienić. Zwłaszcza wyrok w sprawie karnej mógł zaszkodzić nie tylko mi,
ale całej organizacji. Z Radą Fundacji podjęliśmy w 2011 roku decyzję o mojej rezygnacji z funkcji prezesa.
Do czasu, kiedy dzieci pozwalały, pisałem do nich listy, maile, SMS-y.
Żadnych reakcji. Kiedy chciałem spotkać się z młodszą córką,
powiedziała, że sobie nie życzy. Przez jakiś czas Janek próbował się
komunikować, ale to też się skończyło. Więc przestałem, ale zostawiłem
furtkę - zawsze możecie wrócić. Materialnie zabezpieczałem ich potrzeby,
tak jak to ustalił sąd. Mimo że część wakacji, co drugi weekend, święta,
miałem spędzać z dziećmi, ich matka nigdy z tego nie skorzystała.
Cupiał powtarza, że traktuje to jak trudną lekcję: odkrywanie ojcostwa,
które nie może być praktykowane inaczej niż poza listami czy
zabezpieczaniem finansowych potrzeb dzieci. "Ale ojcem się jest,
niezależnie od tego, co mogę, a czego nie mogę zrobić" - dodaje.
Na spotkaniach pyta ojców z klubu, ile czasu poświęcają dziennie swoim
dzieciom. Odpowiadają: "siedem minut, dwie godziny". Mówi wtedy: "ja mam
piętnaście minut. Codziennie. Tyle trwa moja modlitwa".
O syna modlił się, żeby trafił do harcerstwa i zajął aktorstwem.
Wierzył, że to może mu pomóc. Jan został harcerzem, a teraz kończy
łódzką filmówkę. Grał Ludwika Węgierskiego w serialu "Korona królów".
Odnosi pierwsze sukcesy.
Najstarsza córka mieszka w Stanach. Jest między nimi dziewięć godzin
różnicy. Najczęściej dzwoni do niego o trzeciej nad ranem. On zawsze
czeka. Ostatnio zaprosiła go do siebie. Dariusz pokazuje zdjęcie z trójką wnucząt na tyle pick-upa. "Zabrałem je na wycieczkę. Spędziliśmy
wakacje. Cudowny czas".
W ramach projektu "Ojciec Niezłomny" pracuje z ojcami w więzieniach.
Jego doświadczenie pomaga im przygotować się na przyszłe spotkanie z dziećmi. "Ojcostwo to więcej niż maraton" - powtarza. Wspomina rozmowę z więźniem, który wyjdzie w 2037 roku. Był w jego wieku, może nieco
starszy. "Powiedziałem mu: "Przegrałeś ojcostwo, ale możesz powalczyć o swoją pamięć w życiu wnucząt. Bo te wnuki kiedyś może powiedzą, że
dziadek miał w sobie coś, co im imponuje. Mimo wszystko"".
Jeszcze jedno zdjęcie, tym razem czarno-białe. Na nim mężczyzna z sumiastym wąsem, w mundurze oficera - pradziadek Franciszek. Trafił do
niewoli w trakcie wojny z bolszewikami. Został wywieziony na daleką
Syberię. Uciekł i piechotą, nocami, przez trzy lata szedł, aby wrócić do
domu. I wrócił. Miał trzech synów. Żona czekała. I jeszcze jeden syn
przyszedł na świat. "On cały czas był ojcem, chociaż trzy lata go nie
było" - Cupiał kończy opowieść.
Dariusz: - W grudniu zeszłego roku zmarł mój tata. Po mszy młodsza
córka, Zofia, rzuciła mi się na szyję i wyraziła współczucie z powodu
śmierci dziadka. Wcześniej nie życzyła sobie żadnych kontaktów. Ale
ojciec się nie obraża.
Białe Włosy
Najstarsza córka, Maria, jako jedyna z rodzeństwa zgadza się na rozmowę.
Zofia nie odpowiedziała na zaproszenie. Jan przyjął panieńskie nazwisko
matki, nie chce rozmawiać.
Maria: - Zanim mój ojciec zaczął wyprawy kajakowe z Tato.net i innymi
ludźmi, kiedyś zabrał tylko mnie. Byłam już zbuntowaną nastolatką, nie
chciałam jechać. Martwiłam się o makijaż, nie za bardzo podobało mi się
wsiadanie do kajaka. Płynęliśmy sami. Walnęliśmy w przewrócone drzewo,
kajak prawie nam się wywrócił. To był dla mnie przełom. Od tamtej pory
nie bałam się żadnych sportowych wyzwań. Było bardzo fajnie. Tylko ja i on. Takich chwil dla siebie nie mieliśmy wiele. Bo tatą trzeba było się
dzielić.
Największą rzeczą, jaką mi dał, był fakt, że nie miałam żadnego
problemu, aby wyjechać na drugi koniec świata i sobie poradzić. Mimo że
różnimy się bardzo od siebie, cenię go za to, co robi i jaki jest:
bardzo inteligentny, otwarty, ma wielki talent do nawiązywania kontaktu
z ludźmi i myślę, że jakąś małą cząstkę tego mi przekazał. Choć czasem
wolałabym, żeby był moim tatą niż wizjonerem czy publicznym ojcem.
Bo ja go potrzebuję. Po prostu. Dlatego cieszyłam się, kiedy przyjechał
do nas w odwiedziny. Jestem dumna z moich dzieci i chciałabym, żeby on
też był dumny. Żeby był dumny ze mnie. I nikt go nie zastąpi,
niezależnie od tego, jaki ma charakter.
Córka nazywa mojego tatę "Białe Włosy". Wie, że jest jej dziadkiem, ale
na co dzień ma tutaj dziadka, więc do mojego taty nie mówi "dziadek"
tylko "Białe Włosy". Bardzo go lubi. I przyjdzie czas, kiedy jej
wytłumaczę, że jest dokładnie takim samym dziadkiem, jak drugi dziadek
tutaj.
Dobrze, że w Tato.net nie zamyka się w jednym modelu, ale daje wolność
wyboru narzędzi. Ostatnio z nim o tym rozmawiałam. Możliwe, że dojrzał.
Cieszę się, że prowadzi ten projekt w taki sposób. Może gdyby udało mu
się kiedyś prowadzić tak naszą rodzinę, nie bylibyśmy tu, gdzie
jesteśmy.
Nie zmienię go jako osoby, ale chcę go mieć w swoim życiu.