Przerwane milczenie. Na gruzach World Trade Center. Polskie historie - Kamil Turecki

Kup ebooka

29.90 zł
23.92 zł (23,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Nowo­jor­ska inspi­ra­cja

To było w paź­dzier­niku 2019 roku. Nowy Jork przy­wi­tał mnie powie­wem chłod­nego powie­trza, zło­tymi gdzie­nie­gdzie liśćmi oraz bez­chmur­nym, kry­sta­licz­nie czy­stym nie­bem, dokład­nie takim jak 11 wrze­śnia osiem­na­ście lat wcze­śniej. Tylko kra­jo­braz jawił się zgoła ina­czej. Nie było już dwóch dum­nie pną­cych się nie­mal do nieba wież. Wtedy, w miej­scu, w któ­rym stały, zoba­czy­łem dwa wyło­żone ciem­nymi pły­tami otwory. Po ich ścia­nach woda spły­wała do jesz­cze mniej­szych dziur. Wyda­wało się, że paro­wała, nik­nąc w ciem­no­ściach bez żad­nej nadziei na odwró­ce­nie swego losu. Dokład­nie tak, jak losów kilku tysięcy osób, któ­rych ciał po zama­chach na wieże World Trade Cen­ter ni­gdy nie odna­le­ziono. One też nie miały żad­nych szans na prze­ży­cie, gdy waliły się bliź­nia­cze wieże. One też nie miały wyboru. Na pozio­mie zero wypi­sano kilka tysięcy nazwisk tych, któ­rych ofi­cjal­nie uznano za ofiary ata­ków. Obok usta­wiono skromne kwiaty sym­bo­li­zu­jące pamięć o dziadku, mężu, ojcu, bra­cie, babci, żonie, matce, sio­strze, part­ne­rze i part­nerce. Rzu­cały się jed­nak w oczy bla­skiem czer­wieni ską­pa­nej w jesien­nym słońcu, któ­rego pro­mie­nie prze­dzie­rały się ocho­czo mię­dzy drze­wami. Obok stali rodzice z nasto­let­nim chłop­cem, który nie miał prawa pamię­tać tam­tych wyda­rzeń. Przy­szedł tu i stał nie­mal nie­ru­chomo, patrząc w zadu­mie. Ojciec objął go ramie­niem. On pamię­tał, co tu się wyda­rzyło. Nikt o nic nie pytał. Wszy­scy wie­dzieli. Razem stali w ciszy.

To wła­śnie wtedy, widząc dzie­siątki zmie­rza­ją­cych w stronę daw­nych wież, milk­ną­cych z każ­dym kolej­nym kro­kiem ludzi, pomy­śla­łem sobie, że choć o zama­chach na World Trade Cen­ter w Nowym Jorku napi­sano i powie­dziano już wszystko, to nie ma jed­nak opo­wie­ści o tam­tych tra­gicz­nych wyda­rze­niach widzia­nych oczami ame­ry­kań­skiej Polo­nii i Pola­ków prze­by­wa­ją­cych w USA tym­cza­sowo.

Gdy prze­kro­czy­łem progi 9/11 Memo­rial Museum (Natio­nal Sep­tem­ber 11 Memo­rial & Museum), czyli muzeum pamięci o tym, co wyda­rzyło się w Nowym Jorku, Waszyng­to­nie i Shank­sville w Pen­syl­wa­nii, wró­ciły obrazy sprzed lat. Byłem wów­czas kil­ku­na­sto­let­nim chło­pa­kiem. Kiedy o godzi­nie ósmej czter­dzie­ści sześć pierw­szy samo­lot ude­rzył w wieżę pół­nocną, w Pol­sce zegar poka­zy­wał czter­na­stą czter­dzie­ści sześć. Był wto­rek. Koń­cówka ostat­niej lek­cji. Wszy­scy z utę­sk­nie­niem, zmę­czeni, odli­czali czas do dzwonka. Inter­net w Pol­sce wtedy racz­ko­wał, a o mediach spo­łecz­no­ścio­wych i smart­fo­nach nikt jesz­cze nie myślał. O wyda­rze­niach z Nowego Jorku dowie­dzie­li­śmy się od nauczy­cieli, a ci od dyrek­cji. Włą­czy­li­śmy stare szkolne tele­wi­zory. Rela­cję prze­ry­wały usterki tech­niczne, ale już pierw­sze obrazki z Nowego Jorku prze­ra­żały. Wtedy jesz­cze nikt nie wie­dział, co się stało. Nie­szczę­śliwy wypa­dek awio­netki - taka infor­ma­cja poja­wiała się naj­czę­ściej. W dro­dze do domu usły­sza­łem o dru­gim samo­lo­cie, który tym razem ude­rzył w wieżę połu­dniową. Wtedy zro­zu­mia­łem, że to nie może być przy­pa­dek. Następ­nego dnia zapla­no­wany był spraw­dzian z mate­ma­tyki, ale nikt nie myślał o szkole. W domu przez cały wie­czór słu­cha­li­śmy i oglą­da­li­śmy rela­cje z USA. U kole­gów i kole­ża­nek z klasy było podob­nie. Nikt nie był przy­go­to­wany. Kla­sówka została prze­ło­żona, ale powo­dów do zado­wo­le­nia za wiele nie było. Dzie­li­li­śmy się swo­imi wra­że­niami, tym, co prze­czy­ta­li­śmy, zoba­czy­li­śmy, usły­sze­li­śmy. Szu­ka­li­śmy odpo­wie­dzi na naj­bar­dziej nur­tu­jące nas pyta­nie: "Czy to wojna?". Bali­śmy się, i nie ma w tym ani krzty prze­sady. Poko­le­nie dziad­ków żyło z traumą II wojny świa­to­wej, rodzice mie­rzyli się z komu­ni­zmem, więc może tak zaczyna się wojna mojej gene­ra­cji? Ale czy to nasza wojna? Z kim? Kto jest naszym wro­giem? Pytań było wiele. Odpo­wie­dzi brak.

Ame­ry­kań­skie muzeum nie tylko opo­wiada histo­rię tego, co wyda­rzyło się 11 wrze­śnia 2001 roku w USA. Ow­szem, możemy tu zoba­czyć wiele pamią­tek zwią­za­nych z ata­kiem na World Trade Cen­ter w Nowym Jorku, na Pen­ta­gon w Waszyng­to­nie oraz z roz­bi­ciem porwa­nego przez ter­ro­ry­stów samo­lotu w Shank­sville w Pen­syl­wa­nii. Przede wszyst­kim to jed­nak uczcze­nie pamięci wszyst­kich ofiar tam­tego tra­gicz­nego dnia. Na spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nych inte­rak­tyw­nych ekra­nach można bowiem prze­czy­tać infor­ma­cje o każ­dej z nie­mal trzech tysięcy ofiar ata­ków ter­ro­ry­stycz­nych, do któ­rych przy­znała się orga­ni­za­cja Al-Kaida.

Wśród tych, któ­rzy zgi­nęli, byli rów­nież Polacy - zarówno ci miesz­ka­jący w USA od wielu lat, jak i ci, któ­rzy przy­je­chali do Nowego Jorku na chwilę. Kilka tygo­dni przed śmier­cią Maria Jaku­biak omal nie zgi­nęła w spa­da­ją­cej bez żad­nej kon­troli win­dzie w wieży pół­noc­nej WTC. Nor­bert Szur­kow­ski, syn słyn­nego kola­rza szo­so­wego Ryszarda Szur­kow­skiego, miał tego dnia skoń­czyć pracę w wieży jesz­cze przed otwar­ciem biur. Nie zdą­żył. Dla Łuka­sza Milew­skiego praca w restau­ra­cji na sto pierw­szym pię­trze wieży pół­noc­nej WTC sta­no­wiła tylko waka­cyjną przy­godę, pozwa­la­jącą przy oka­zji zaro­bić. Pla­no­wał wró­cić do Pol­ski, dokoń­czyć stu­dia w Bia­łym­stoku. Jan Macie­jew­ski pra­co­wał w naj­bar­dziej docho­do­wej restau­ra­cji w Nowym Jorku kilka pię­ter wyżej, czyli nad strefą ude­rze­nia samo­lotu. Na ewa­ku­ację nie miał szans. Doroty Kopiczko tego dnia miało nie być w ogóle w pracy. Samo­lot, który wbił się w wieżę, odciął jej drogę ucieczki. Podob­nie jak Annie DeBin, asy­stentce w dziale praw­nym firmy Can­tor Fit­zge­rald.

To jed­nak nie wszyst­kie pol­skie ofiary ata­ków z 11 wrze­śnia. Rzadko kiedy w mediach wspo­mina się o dwóch kolej­nych oso­bach, które wyje­chały z Pol­ski jako dzieci. Jedną z nich jest sto­larz Józef Piska­dło. W cza­sie ataku znaj­do­wał się powy­żej set­nego pię­tra jed­nej z wież. Nie miał zatem szans na pomoc. Z kolei rodzina Giny Sztejn­berg ucie­kła do Rosji przed Holo­kau­stem, by po woj­nie wró­cić do Pol­ski. Do Sta­nów Zjed­no­czo­nych wyemi­gro­wała w latach sześć­dzie­sią­tych, gdy Gina była nasto­latką. W wieży pół­noc­nej WTC pra­co­wała na dzie­więć­dzie­sią­tym szó­stym pię­trze, w stre­fie ude­rze­nia samo­lotu.

Prze­glą­da­jąc w nowo­jor­skim muzeum mul­ti­me­dialne bio­gra­fie pol­skich ofiar, tylko utwier­dzi­łem się w prze­ko­na­niu, że na dwu­dzie­stą rocz­nicę ata­ków warto je przy­bli­żyć pol­skiemu czy­tel­ni­kowi, ale także spi­sać opo­wie­ści tych, któ­rzy prze­żyli. Zapro­si­łem więc do współ­pracy Leoka­dię Gło­gow­ską ucie­ka­jącą z osiem­dzie­sią­tego dru­giego pię­tra, zaklesz­czo­nego w win­dzie Jana Dem­czura, który ura­to­wał nie tylko sie­bie, lecz także kilka innych osób, Stan­leya Tro­ja­now­skiego - bio­rą­cego udział w akcji ratun­ko­wej i Irenę, choć woli ona pozo­stać ano­ni­mowa. Ucie­kała przed kurzem i pyłem walą­cych się wież. Jej histo­ria poka­zuje, jak wielki wpływ na ludzką psy­chikę miały wyda­rze­nia z 11 wrze­śnia. Dwa lata póź­niej myślała bowiem, że histo­ria się powta­rza, a obrazy, o któ­rych chcia­łaby zapo­mnieć, wró­ciły ze zdwo­joną siłą.

W ciągu ostat­nich trzech lat opu­bli­ko­wa­łem w One­cie serię arty­ku­łów na temat olbrzy­mich odszko­do­wań, jakie mogą uzy­skać Polacy pra­cu­jący przy oczysz­cza­niu tere­nów, na któ­rych znaj­do­wał się kom­pleks World Trade Cen­ter. Ame­ry­kań­skie wła­dze fede­ralne zaprze­czały, jakoby w rejo­nie Strefy Zero powie­trze było tok­syczne i mogło mieć póź­niej wpływ na kon­dy­cję zdro­wotną prze­by­wa­ją­cych na tym tere­nie ludzi. To sta­nowi do dziś pod­stawę do ubie­ga­nia się o rekom­pen­satę finan­sową za ponie­sione straty zdro­wotne. Już po pierw­szych publi­ka­cjach zgło­siło się do mnie kil­ka­dzie­siąt osób pra­cu­jących kie­dyś na zglisz­czach wież WTC. Do tej chwili skon­tak­to­wało się ze mną ponad stu pra­cow­ni­ków twier­dzą­cych, że mają dowody na to, iż w wyma­ga­nym zakre­sie cza­so­wym (od 11 wrze­śnia 2001 do 30 maja 2002 roku) byli obecni w Stre­fie Zero. Dzięki nagło­śnie­niu sprawy w One­cie wnio­ski pięt­na­stu z nich zostały zakwa­li­fi­ko­wane do roz­pa­trze­nia przez ame­ry­kań­ski Fun­dusz Odszko­do­wań dla Ofiar Wyda­rzeń z 11 wrze­śnia (The Sep­tem­ber 11th Vic­tim Com­pen­sa­tion Fund, czyli VCF). W chwili, gdy piszę te słowa, pięć osób otrzy­mało pie­nią­dze, kolejne cztery cze­kają już tylko na prze­lew, wnio­ski sze­ściu innych - na osta­teczną wery­fi­ka­cję. Łącz­nie Polacy otrzy­mali do tej pory ponad milion dola­rów odszko­do­wa­nia (nie­mal cztery miliony zło­tych). Zaj­mu­jący się tego typu przy­pad­kami mece­nas Andrzej Kamin­ski, ame­ry­kań­ski praw­nik pol­skiego pocho­dze­nia, powie­dział mi, że sza­cuje się, iż Pola­ków, któ­rzy wciąż mogą sta­rać się o odszko­do­wa­nia, może być nawet cztery do pię­ciu tysięcy. To uświa­do­miło mi, że pol­skich histo­rii zwią­za­nych z World Trade Cen­ter jest mnó­stwo i wciąż są nie­opo­wie­dziane.

Dzięki uprzej­mo­ści mece­nasa Kamin­skiego i jego żony Bożeny Kamin­skiej, dyrek­tor Cen­trum Pol­sko-Sło­wiań­skiego (Polish Sla­vic Cen­ter), swój pomysł na książkę przed­sta­wi­łem szer­szemu gronu ame­ry­kań­skiej Polo­nii miesz­ka­ją­cej na co dzień w Nowym Jorku i oko­li­cach. Wtedy też pozna­łem bli­skich Jana Szu­mań­skiego, któ­rzy opo­wie­dzieli mi pokrótce jego histo­rię i zachę­cili mnie do kon­taktu. Jan i jego żona Wie­sława są przed­sta­wi­cie­lami pol­skiej emi­gra­cji do Sta­nów Zjed­no­czo­nych na początku lat osiem­dzie­sią­tych ubie­głego wieku, która naj­pierw tra­fiała do austriac­kich obo­zów spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nych dla azy­lan­tów poli­tycz­nych, by liczyć na łut szczę­ścia i podróż w nie­znane z nadzieją na roz­po­czę­cie nowego, szczę­śliw­szego i bar­dziej dostat­niego życia w USA. Podob­nych histo­rii jest z pew­no­ścią znacz­nie wię­cej, ale losy Jana Szu­mań­skiego zasłu­gują na szcze­gólną uwagę, bo był on kie­row­ni­kiem załogi oczysz­cza­ją­cej znaczną czę­ści terenu z pozo­sta­ło­ści po wie­żach World Trade Cen­ter - peł­nił tę funk­cję od tra­gicz­nego wrze­śnia 2001 roku. Poka­zał mi nie­pu­bli­ko­wane dotąd zdję­cia z miej­sca, które koja­rzyło mi się ze świa­tem po apo­ka­lip­sie - poka­zu­jemy je w książce po raz pierw­szy. Z Janem pla­no­wa­łem zoba­czyć się wiele razy, jed­nak pan­de­mia koro­na­wi­rusa unie­moż­li­wiła loty do Nowego Jorku. Musie­li­śmy wyko­rzy­stać dostępną nam tech­no­lo­gię, by móc się komu­ni­ko­wać. Z każ­dym kolej­nym wir­tu­al­nym spo­tka­niem prze­ka­zy­wane przez Jana opo­wie­ści upew­niały mnie w poczu­ciu, że obok tego czło­wieka i jego rodziny nie można przejść obo­jęt­nie. Na początku ich ame­ry­kań­skiej przy­gody Nowy Jork poka­zał im swoje ciemne obli­cze, a kiedy wyda­wało się, że naj­gor­sze za nimi, nad­szedł 11 wrze­śnia 2001 roku.

Książka jest zatem podzie­lona na dwie czę­ści. Pierw­sza z nich to histo­ria Jana Szu­mań­skiego, jego rodziny, ówcze­snych przy­ja­ciół i zna­jo­mych, napi­sana na pod­sta­wie pamięt­ni­ków głów­nego boha­tera i roz­mów z nim. Druga zawiera roz­mowy z Pola­kami, któ­rzy w trak­cie ataku znaj­do­wali się w wie­żach, brali udział w akcji ratun­ko­wej lub byli w pobliżu i podob­nie jak tysiące osób ucie­kali w popło­chu, nie wie­dząc, co tak naprawdę się stało. Przed­sta­wiam też ośmioro Polek i Pola­ków, któ­rzy zgi­nęli wsku­tek zama­chów z 11 wrze­śnia - ich losy nakre­śli­łem na pod­sta­wie roz­mów z ich naj­bliż­szymi. Jed­nak nie wszy­scy chcieli wra­cać do tych wspo­mnień. Rozu­miem to i sza­nuję tę decy­zję. W tym przy­padku trudno bowiem mówić o tym, że czas leczy rany. Pod­czas spo­tkań ponow­nie je otwie­ra­li­śmy. Mimo upływu tylu lat wciąż nie chcą się zabliź­niać... Nie­raz roz­mowę trzeba było na moment prze­ry­wać, by kon­ty­nu­ować ją po chwili. Opi­su­jąc nasze rodaczki i naszych roda­ków, któ­rzy zgi­nęli, bar­dzo prze­ży­wa­łem ich histo­rie. Trudno mi było opa­no­wać żal i smu­tek. Nie zapo­mnę też widoku mojej dziew­czyny Moniki, wyraź­nie wzru­szo­nej, która jako pierw­sza recen­zentka czy­tała książkę i musiała robić sobie prze­rwy w lek­tu­rze. Celem kil­ku­mie­sięcz­nej pracy było to, aby ofiary zama­chów, a także nazna­czeni wyda­rze­niami z 11 wrze­śnia, stali się nam wszyst­kim w Pol­sce bli­scy. Głę­boko wie­rzę, że zapa­mię­tamy te nazwi­ska. Po roz­dziale poświę­co­nym odszko­do­wa­niom histo­rię zamyka pełen reflek­sji i pod­su­mo­wań list Jana do Życia.

Jan długo nie był gotowy na roz­mowę o tym, jak 11 wrze­śnia 2001 roku zmie­nił życie całej jego rodziny. Z tego miej­sca bar­dzo dzię­kuję mu za zaufa­nie, za inspi­ru­jące roz­mowy i udo­stęp­nie­nie mi wspo­mnień i doku­men­tów, zamknię­tych dotąd w szu­fla­dzie.

Dzię­kuję rodzi­nom pol­skich ofiar tra­gicz­nych wyda­rzeń sprzed dwu­dzie­stu lat. Mimo wielu trud­nych pytań i wspo­mnień zgo­dzili się przede mną otwo­rzyć i opo­wie­dzieć histo­rię swo­ich naj­bliż­szych, któ­rzy zna­leźli się w nie­od­po­wied­nim miej­scu w nie­od­po­wied­nim cza­sie.

Dzię­kuję Leoka­dii Gło­gow­skiej, Ire­nie, Janowi Dem­czu­rowi i Stan­ley­owi Tro­ja­now­skiemu za ich świa­dec­twa, boha­ter­stwo i wiarę w osta­teczne zwy­cię­stwo dobra nad złem.

Dzię­kuję Boże­nie Kamin­skiej i Andrze­jowi Kamin­skiemu za wszelką pomoc, życz­li­wość, dobre serce, a także gościn­ność pod­czas pobytu w Nowym Jorku.

Dzię­kuję Rodzi­nie za wspar­cie, dobre słowo i trzy­ma­nie kciu­ków.

Dzię­kuję mojej miło­ści Monice za pomoc, zro­zu­mie­nie, cier­pli­wość, poświę­ce­nie i wiarę w powo­dze­nie pro­jektu. Każ­dego kolej­nego dnia moty­wo­wała mnie do dal­szego dzia­ła­nia. Bez jej wspar­cia byłoby dużo trud­niej.

PRO­LOG

Wokół nastała cisza. Sły­chać tylko deli­katne puka­nie w ścianę z wid­nie­jącą na niej liczbą 50. To numer pię­tra, na któ­rym zatrzy­mała się winda. W ciągu zale­d­wie kilku sekund spa­dła o co naj­mniej kil­ka­na­ście kon­dy­gna­cji. Drzwi są otwarte. Wyczu­wa­jąc rękami płytę kar­to­nowo-gip­sową oddzie­la­jącą pasa­że­rów od zbaw­czego kory­ta­rza, Jan Dem­czur spo­gląda za sie­bie.

- Chyba będę pró­bo­wał roz­bić ją gumową ścią­gaczką do okien - odzywa się, spo­glą­da­jąc na pię­ciu współ­pa­sa­że­rów. Nie ocze­kuje apro­baty. Wie, co ma robić. Dziś zaj­muje się myciem okien w budyn­kach World Trade Cen­ter, wcze­śniej pra­co­wał na budo­wach. Ściąga prze­szka­dza­jącą gumę, pozo­sta­wia­jąc sam metal. Ściana deli­kat­nie się kru­szy, ale efekt jest mizerny w zesta­wie­niu z wło­żo­nym wysił­kiem. Na czole Jana poja­wiają się kro­ple potu. Po kilku minu­tach ręce drżą coraz bar­dziej. Ścierp­nięte upusz­czają narzę­dzie - spada mię­dzy ścianę a windę. Z ner­wów łza poja­wia się w oku. "Czy tak wła­śnie ma wyglą­dać mój koniec?" - prze­myka mu przez głowę. Przed oczami poja­wiają się obrazy żony i dzieci. Duszący dym wgryza się w noz­drza. Wra­ca­jący ze śnia­da­nia współ­pa­sa­że­ro­wie mieli przy sobie zamo­czone w kawie i mleku ser­wetki, które poprzy­ty­kali do nosa. Jan zagląda z nadzieją do wia­dra. Na jego dnie leży krótki meta­lowy trzo­nek ścią­gaczki.

- Pano­wie, ostrymi koń­cami możemy pró­bo­wać prze­bi­jać ścianę. Ta ma mak­sy­mal­nie dwa i pół cen­ty­me­tra gru­bo­ści. Damy radę...

- Ucie­kać! Natych­miast ucie­kać! - grzmi kolega Leoka­dii Gło­gow­skiej z osiem­dzie­sią­tego dru­giego pię­tra. W życiu by nie podej­rze­wała, że potrafi on wydać z sie­bie taki ryk... Zawsze grzeczny, bar­dzo spo­kojny, opa­no­wany i deli­katny. Gdyby głos pod­niósł ktoś inny, pew­nie nikt nie zwró­ciłby uwagi, ale to był on. Prze­żył atak na World Trade Cen­ter w 1993 roku. Pamięta dosko­nale tamte wyda­rze­nia. Wie, co należy robić. Leoka­dia bie­gnie w stronę wyj­ścia przy ścia­nie wschod­niej. Do tego od strony pół­noc­nej kie­rują się ci z jej pię­tra, któ­rzy są naj­bli­żej. Oprócz niej sześć do ośmiu osób. Hol, przez który prze­cho­dzi się do wind, wypeł­niony jest gęstym, czar­nym dymem.

- Panie Boże, jeśli to jest moment mojej śmierci, bła­gam, daj mi tylko pokój w sercu. Przyj­mij mnie do sie­bie - mówi cicho sama do sie­bie.

Przed oczami prze­la­tują jej wyda­rze­nia z ostat­niego pół­ro­cza, szcze­gól­nie to z 15 sierp­nia. Omal wtedy nie zgi­nęła. Nie ma jed­nak wyj­ścia. Nie wie, co kryje się za dymem, ale z wiarą w oca­le­nie wska­kuje w ciem­ność. Po chwili z tuma­nów wyła­nia się prze­ciw­po­ża­rowa klatka scho­dowa. Pusta. Nikogo nie ma. Leoka­dia bar­dzo szybko poko­nuje około dwu­dzie­stu pię­ter w dół. To dzięki san­da­łom, które wło­żyła w ostat­niej chwili przed wyj­ściem do pracy, choć zasta­na­wiała się nad szpil­kami. Nikt nie wycho­dzi z biur. Chyba wszy­scy cze­kają na komu­ni­kat. Tak prze­cież uczą pod­czas szko­leń...

Tym razem Jan Szu­mań­ski nie zwraca uwagi na Man­hat­tan za oknem. W akom­pa­nia­men­cie pły­ną­cej z radia muzyki ustala w gło­wie plan dnia. Spo­kój zostaje prze­rwany przez prze­ra­żony głos bry­ga­dzi­sty.

- Wie­siek, nie rozu­miem, o czym mówisz. Nie krzycz tak, uspo­kój się, pro­szę. W czym pro­blem? - Jan pró­buje pojąć, o co cho­dzi kole­dze.

- Janek, powta­rzam. Coś ude­rzyło w wieże. Na ulice spa­dają frag­menty budynku. Nie jedź tam.

- Co ty wyga­du­jesz?

- Janek, zro­zu­mia­łeś?

- Tak - odpo­wiada, dostrze­gł­szy w tym momen­cie przez okno samo­chodu dym uno­szący się z jed­nej z wież. Wie­siek jesz­cze coś mówi, ale kotłu­jące się w gło­wie myśli zagłu­szają jego słowa. Jan patrzy na zega­rek. Jest tuż przed dzie­wiątą.

- Muszę szybko doje­chać na budowę i zoba­czyć, co się dzieje - mówi sam do sie­bie, jed­nak w tej samej chwili zdaje sobie sprawę, że nakre­ślo­nego naprędce planu nie uda się zre­ali­zo­wać. Poli­cja już blo­kuje ulice, wszę­dzie two­rzą się gigan­tyczne korki. Kiedy jest w dro­dze do głów­nego biura firmy, dzien­ni­ka­rze radiowi prze­ka­zują kosz­marną wia­do­mość - nastą­piła druga eks­plo­zja, tym razem w wieży połu­dnio­wej World Trade Cen­ter. Z naj­now­szych infor­ma­cji wynika, że ogień w pierw­szej z "bliź­nia­czych wież" to praw­do­po­dob­nie efekt błędu pilota i wypadku spor­to­wej awio­netki.

- Cóż to się dzieje? - pyta Jan wła­ści­ciela firmy, któ­rego spo­tyka w biu­rze.

- To jest nie­praw­do­po­dobne. Sam spójrz. Przed chwilą powie­dzieli, że drugi samo­lot ude­rzył, tym razem w drugą wieżę.

- Jak to: drugi samo­lot? Prze­cież mówiono o jakiejś eks­plo­zji, wcze­śniej o wypadku.

- Tak, ale zobacz to.

W tele­wi­zji wła­śnie poka­zują w zwol­nio­nym tem­pie, jak samo­lot pasa­żer­ski wbija się w wieżę połu­dniową.

- Janek, to nie może być przy­pa­dek. Ktoś nas wła­śnie zaata­ko­wał...

ROZ­DZIAŁ I

Strach przed nie­zna­nym

Każdy z nas sam decy­duje o swoim życiu. Wybiera kie­runki, cele, szuka naj­lep­szych dróg, choć nie zawsze tych naj­ła­twiej­szych. Wydaje się, że nad wszyst­kim panu­jemy i mamy pełną kon­trolę. Czę­sto jest to bar­dzo mylne wra­że­nie. Są momenty, w któ­rych poty­kamy się o drobne prze­szkody. Poja­wiają się też nie­spo­dzianki, które mogą zmie­nić całą naszą przy­szłość - przy­pad­kowe spo­tka­nia, zoba­cze­nie cze­goś, co robi na nas nie­za­po­mniane wra­że­nie, setki nawet naj­drob­niej­szych rze­czy, gestów, ludzi potra­fią­cych zmie­nić drogę, po któ­rej szli­śmy. I tak życie zacznie prze­bie­gać w rów­no­le­głym wszech­świe­cie. W okre­sie pierw­szych kil­ku­na­stu lat życia naty­ka­łem wie­lo­krot­nie na takie prze­szkody, które powoli zmie­niały kie­ru­nek mojej egzy­sten­cji. Nad­szedł dzień, kiedy stało się to widoczne, i skrę­ci­łem z mojej wyty­czo­nej trasy w poszu­ki­wa­niu nie­zna­nej przy­szło­ści.

Lipiec, 1981 rok. Pociąg rela­cji Kosza­lin-War­szawa. Dwie torby pozo­sta­wione w prze­dziale. W wago­nie tłoczno, ale poje­dyn­cze miej­sca są jesz­cze wolne. Jan z Wie­sią stoją przy otwar­tym oknie, tyłem do pozo­sta­łych pasa­że­rów, jakby nie chcieli dać po sobie poznać, jak bar­dzo są prze­ra­żeni. Pro­mie­nie słońca otu­lają ich twa­rze, jak gdyby chciały zapy­tać, dla­czego tych dwoje się nie uśmie­cha. Dzień sło­neczny, niebo bez­chmurne, nie trzeba wal­czyć z para­so­lami i pory­wi­stym wia­trem. Im jed­nak nie jest do śmie­chu. Po policz­kach spły­wają łzy. Wyru­szają w nie­znane. Dokład­nych pla­nów prze­cież nie mają. Pozo­stała im jedy­nie wiara w słusz­ność pod­ję­tej nie­dawno decy­zji.

Na pero­nie obdra­pa­nego kosza­liń­skiego dworca stoi Danu­sia, kole­żanka Wiesi ze szkoły śred­niej, jedna z nie­licz­nych osób zna­ją­cych praw­dziwy powód podróży mło­dych. W cza­sie stu­diów nie roz­ma­wiały ze sobą czę­sto, ale tuż przed wyjaz­dem rela­cje się odno­wiły. Jan zna Danu­się tylko z krót­kich spo­tkań, wła­śnie to go dziś mar­twi naj­bar­dziej. "Czy to bez­pieczne zaufać komuś po tak dłu­giej nie­obec­no­ści w naszym życiu? - zasta­na­wia się. - Czy to przy­pa­dek, że Danka poja­wia się w naszym świe­cie tu i teraz? Ktoś ją wysłał czy to znak od losu, że nie trzeba wyjeż­dżać, a po pro­stu oży­wić dawne przy­jaź­nie i zna­jo­mo­ści? A może po pro­stu prze­sa­dzam?" W jego gło­wie poja­wiają się różne myśli.

Obok Danki stoją rodzice Wiesi. Ich uśmie­chy zdra­dzają, że nie do końca zdają sobie sprawę z tego, jakie naprawdę plany mają córka i jej mąż. Wie­dzą jedy­nie, że młode mał­żeń­stwo wyjeż­dża szu­kać swo­jego szczę­ścia do Austrii. Dobra praca, wyż­sze zarobki, nauka języka, sło­wem - więk­sze szanse na to, by się doro­bić i zapew­nić sobie lep­szy start we wspólną doro­słość. Od kilku lat Polacy, jadąc tam, nie muszą legi­ty­mo­wać się wizą, więc Wie­deń stał się natu­ral­nym kie­run­kiem dla wielu roda­ków. Naj­bliżsi Wiesi nie mają poję­cia, że mło­dzi nie pla­nują już wró­cić do kraju. O tym wie tylko rodzina Janka, która jest daleko stąd, w Wiel­ko­pol­sce. Nie była zachwy­cona, gdy dowie­działa się o owym pomy­śle. Rodzice Jana boją się, że coś może pójść nie tak, że ich syn z żoną wpadną w poważne tara­paty i przy oka­zji pocią­gną w prze­paść naj­bliż­szych. Jan wie, że gdyby matka była obecna teraz na dworcu, łzy spły­wa­łyby jej po policz­kach, ale nie zapo­mnia­łaby nakre­ślić mu znaku krzyża na czole. Na drogę, dla bło­go­sła­wień­stwa.

Para z loko­mo­tywy zaczyna snuć się w powie­trzu. Gwiz­dek kon­duk­tora. Odjazd. Ostat­nie mru­gnię­cie okiem, by dodać otu­chy, ostat­nie pod­nie­sie­nie dłoni na poże­gna­nie. Jan wpa­truje się w postać Danusi, która powoli maleje w oddali, aż w końcu nik­nie zupeł­nie. Jej życze­nia szczę­ścia zgu­biły się w hała­sie rusza­ją­cego pociągu. Wie­sia patrzy pełna nadziei na męża. Zostają sami.

Podróż prze­biega w mil­cze­niu. Wle­cze się nie­mi­ło­sier­nie, jakby miał to być sygnał od losu, od Boga, że może jed­nak to nie jest dobry pomysł; że może dostali czas na to, żeby zawró­cić. W końcu War­szawa, to wyłącz­nie War­szawa - sto­lica, ale nie taka straszna. Oboje ją znają, i to nie tylko z opo­wia­dań. Podróże nie są im obce, szcze­gól­nie Janowi. Po szkole pod­sta­wo­wej odwie­dził rodzinę w Wiel­kiej Bry­ta­nii. A teraz? A teraz robią sobie wycieczkę i wrócą. Tak prze­cież myślą wszy­scy.

Tlą się w nich strach i nie­pew­ność, bo ruszają w nie­znane. Nie wie­dzą, czego się spo­dzie­wać. Gdy tak sie­dzą w cia­snym prze­dziale na nie­wy­god­nej kana­pie, przez głowy prze­bie­gają im wszyst­kie moż­liwe sce­na­riu­sze ryzy­kow­nej eska­pady. Roz­wa­żają je wspól­nie, ale i każde z nich osobno. Jan stara się szu­kać pozy­ty­wów, wyobraża sobie rado­sne momenty, które mogą ich cze­kać w nowym świe­cie, lecz nie­mal natych­miast zastę­pują je pełne nie­po­koju prze­wi­dy­wa­nia, sku­pia­jące się na moż­li­wych nie­po­wo­dze­niach i trud­no­ściach. Nie chcąc mar­twić żony, pró­buje się uśmie­chać, ale sądząc po jej reak­cji, chyba mu się to nie udaje.

- Tak naprawdę pierw­szy raz jeste­śmy sami, co? - zaga­duje nie­śmiało Wie­sia, z tru­dem poko­nu­jąc lęk i poczu­cie zawsty­dze­nia. Ni­gdy wcze­śniej na nic podob­nego się nie odwa­żyła. Ni­gdy też nie myślała, że będzie tak śmiała w reali­za­cji posta­no­wień. Ale czasy nie są łatwe. Gdyby było ina­czej, w życiu nie zde­cy­do­wa­łaby się na takie ryzyko. Nic wię­cej nie mówi. Skąd można wie­dzieć, kto sie­dzi obok. Komu­nizm sku­tecz­nie zako­rze­nił w ludziach brak zaufa­nia. Z jed­nej strony - tej wyni­ka­ją­cej głów­nie z biedy - każdy chce każ­demu pomóc, z dru­giej zwy­czaj dono­sze­nia kwit­nie w naj­lep­sze. Gdyby ktoś nie­po­żą­dany dowie­dział się o ich pla­nach, w naj­lep­szym wypadku mogłoby to się skoń­czyć wizytą na komi­sa­ria­cie. O dal­szych kon­se­kwen­cjach wolała nawet nie myśleć, bo prze­szy­wał ją para­li­żu­jący strach o wła­sną przy­szłość. Patrzy na Jana i te dwie walizki, w poło­wie wypeł­nione ich ulu­bio­nymi książ­kami. To Bra­cia Kara­ma­zow, Biesy i Zbrod­nia i kara Fio­dora Dosto­jew­skiego, Opo­wieść wigi­lijna i Klub Pic­kwicka Char­lesa Dic­kensa oraz Grona gniewu Johna Ste­in­becka. Janek ma nadzieję, że ich histo­ria będzie miała lep­sze zakoń­cze­nie niż boha­te­rów powie­ści zdo­bywcy Nagrody Pulit­zera i Lite­rac­kiej Nagrody Nobla, któ­rzy odczu­wali skutki wiel­kiego kry­zysu. Susza znana jako Dust Bowl spra­wiła, że rodzina far­me­rów pod­jęła odważną decy­zję, by roz­po­cząć mozolną podróż z Okla­homy do Kali­for­nii w poszu­ki­wa­niu lep­szego życia, przy­szło­ści i god­no­ści. Jan nie chciałby skoń­czyć jak boha­te­ro­wie książki. Im musi się udać. No i Droga 66. Droga Matka od Chi­cago do Santa Monica w Kali­for­nii. Kilka tysięcy kilo­me­trów, które roz­pa­lają wyobraź­nię mło­dych i wszyst­kich tych, któ­rzy chcą poczuć wol­ność pełną pier­sią niczym non­sza­lancki Sal Para­dise z powie­ści W dro­dze Jacka Kero­uaca.

Wpi­ja­jące się w uda rogi pasz­por­tów spo­czy­wa­ją­cych w kie­sze­niach przy­po­mi­nają o swym ist­nie­niu. Szu­mań­skim udało się je dostać dość łatwo, nawet bez łapó­wek, co prze­cież wcale nie jest takie oczy­wi­ste. Pomo­gła w tym z pew­no­ścią coraz bar­dziej napięta sytu­acja poli­tyczna w kraju. Jest 1981 rok. Kilka mie­sięcy wcze­śniej pry­mas Ste­fan Wyszyń­ski w swoim kaza­niu zde­cy­do­wa­nie poparł strajk gene­ralny Soli­dar­no­ści na Pod­be­ski­dziu, a nowy pre­mier, gene­rał Woj­ciech Jaru­zel­ski, wpro­wa­dził kartki na mięso, wędliny, ryż, kaszę, mąkę i masło. Kolejne roz­mowy mię­dzy Kościo­łem kato­lic­kim, wła­dzami a Soli­dar­no­ścią nie przy­no­siły rezul­ta­tów, a ludzie czuli, że coś złego wisi w powie­trzu. Komu­ni­styczne wła­dze wydały Jan­kowi i Wiesi pasz­porty praw­do­po­dob­nie dla­tego, że nie chciały, by ludzie tacy jak oni prze­by­wali w kraju sto­ją­cym na skraju coraz to bar­dziej roz­le­wa­ją­cych się roz­ru­chów. Odważni, nie­po­korni. Takich w PRL-u nie trzeba.

W dru­giej kie­szeni Jan ma zwi­nięte w rulo­nik kil­ka­set zaosz­czę­dzo­nych dola­rów. W cza­sie stu­diów kil­ka­krot­nie wyjeż­dżał do pracy do Ber­lina Zachod­niego. To tam udało mu się zaro­bić tro­chę zie­lo­nych, które umoż­li­wiły mu dość wygodne życie na stu­diach. Reszta przyda się teraz na wyjazd. Jan pogrąża się we wspo­mnie­niach. Jego myśli ucie­kają w prze­szłość.

Golina. Małe mia­steczko w Wiel­ko­pol­sce. Lata sześć­dzie­siąte poprzed­niego stu­le­cia. Przy­pad­kowo prze­jeż­dża­jący jego uli­cami kie­rowca nie znaj­do­wał tu nic, co mogłoby przy­kuć uwagę. Główna ulica, kilka pomniej­szych, które ją prze­ci­nały, kilka waż­nych dla miesz­kań­ców budyn­ków: kościół, remiza stra­żacka, gospoda i szkoła. Więk­szość domów zanie­dbana i biedna. Nie­wiele osób spa­ce­ru­ją­cych po popę­ka­nych chod­ni­kach i parę innych, sie­dzą­cych na nie­licz­nych miej­skich ław­kach. Nic cie­ka­wego. Ale dla Jana, jego rodziny i rówie­śni­ków to cały świat. Przy­zwy­cza­jeni do biedy nie zwra­cali uwagi na nie­zbyt inte­re­su­jące oto­cze­nie. Ser­cem mia­steczka byli ludzie, któ­rzy potra­fili cie­szyć się tym, co mieli. Żyło ich tu zale­d­wie kilka tysięcy. Jak to w małych mia­steczkach, każdy miesz­ka­niec miał swoją ważną rolę spo­łeczną do ode­gra­nia, nawet jeśli pole­gała na egzy­sten­cji samej w sobie. Wśród nich cho­ciażby pija­czyna śpiący na ławce czy sprze­dawca w skle­pie spo­żyw­czym, spra­wia­jący wra­że­nie osoby mają­cej kon­takt z lep­szym świa­tem i to tylko dla­tego, że można było u niego kupić coś od święta. Nie żeby wszyst­kiego bra­ko­wało. Wręcz prze­ciw­nie - więk­szość towa­rów codzien­nego użytku była dostępna. Tylko za co je kupić? Tak czy siak, z takim trzeba było dobrze żyć. Niektó­rzy mieli mniej szczę­ścia w życiu albo i sami wybie­rali taką drogę. Na przy­kład biedni cho­dzący po domach z pyta­niem, czy można w czymś pomóc. Szkoda tylko, że zamiast zapłaty w gotówce woleli szkla­neczkę dena­tu­ratu. Żyjąc w takich miej­sco­wo­ściach jak Golina, ocze­ki­wało się tych samych codzien­nych obraz­ków, a każde odstęp­stwo od normy uwa­żano za co naj­mniej dzi­waczne, cza­sem nawet nie­sto­sowne. W dro­dze do pie­karni po chleb sie­dzą­cym na ław­kach i znu­dzo­nym życiem dena­tom mówiło się "dzień dobry", póź­niej stało się w kolejce po świeże pie­czywo, któ­rego zapach roz­no­sił się po oko­licy. W tym samym cza­sie kła­niało się ("Niech będzie pochwa­lony") prze­cho­dzą­cemu księ­dzu, który spie­szył odpra­wić poranną mszę, ale grzecz­nie się zatrzy­my­wał, by wysłu­chać narze­kań sąsiada na hemo­ro­idy. Wszy­scy się tu znali. Zacho­wa­nie cze­goś w tajem­nicy było nie­moż­liwe. Wia­do­mo­ści prze­ka­zy­wano od progu do progu, prze­cho­dziły z ucha do ucha nie­malże z pręd­ko­ścią świa­tła. Osią tej komu­ni­ka­cji był listo­nosz. Domy i miesz­ka­nia nie miały bowiem jesz­cze skrzy­nek pocz­to­wych, listo­nosz dostar­czał zatem prze­syłki bez­po­śred­nio do rąk odbiorcy. Tym spo­so­bem codzien­nie miał bez­po­średni kon­takt z dużą grupą miesz­kań­ców. To oni byli jego głów­nymi źró­dłami infor­ma­cji. A on nie potra­fił utrzy­mać języka za zębami. Czuł się ważny i potrzebny, gdy mógł podzie­lić się lokal­nymi nowo­ściami. Plotki i plo­teczki roz­no­siły się więc szybko. Wszy­scy wie­dzieli, kto się z kim kłóci, kto i na co cho­ruje, kto się upił dzień wcze­śniej... Naj­bar­dziej pożą­daną wia­do­mo­ścią było jed­nak to, kto kogo i z kim zdra­dzał. Listo­nosz wie­dział wszystko. Od niego też zale­żało, komu "sprze­dał" jakąś infor­ma­cję. To pro­ste - ci, któ­rych lubił bar­dziej, byli poin­for­mo­wani lepiej. Lata póź­niej Jan odkrył coś jesz­cze. Sprawa doty­czyła listów z Anglii. Brat jego dziadka został po II woj­nie świa­to­wej na Wyspach i zało­żył tam rodzinę. Jego córka od czasu do czasu spę­dzała waka­cje u rodziny w Pol­sce.

Pew­nego razu listo­nosz, wysoki pan z czar­nym wąsi­kiem, jak zwy­kle poja­wił się rano na ganku. Uśmiech­nął się do matki Jana, poda­jąc list z Anglii. Podzię­ko­wała, odło­żyła kopertę na pobli­ski stół, nie zwa­ża­jąc na to, że dorę­czy­ciel prze­bie­rał nogami, by zwró­cić na sie­bie jej uwagę.

- Pani Anno, nie spraw­dzi pani? - wydu­sił w końcu po krót­kiej wymia­nie infor­ma­cji na temat tego, co dzieje się w Goli­nie.

- Póź­niej, jak skoń­czę swoją robotę.

- Myślę, że jed­nak warto go otwo­rzyć. Nie wia­domo, co tam w środku. Wie pani, może jakaś ważna wia­domość? Lato prze­cież mamy. Może znów przy­jeż­dżają z Anglii na waka­cje?

W oczach matki Jan dostrzegł rezy­gna­cję. Szyb­kim ruchem otwo­rzyła kopertę i zaczęła wodzić wzro­kiem po tek­ście, a na jej twa­rzy malo­wało się coraz więk­sze zdzi­wie­nie.

- Miał pan rację - stwier­dziła zasko­czona. Listo­nosz uśmiech­nął się trium­fal­nie. "No pro­szę, znowu zga­dłem!" - mówiła jego mina. Ukło­nił się na poże­gna­nie, popra­wił torbę na ramie­niu i ruszył w drogę. Czas biegł nie­ubła­ga­nie, a prze­cież jesz­cze tyle prze­sy­łek i... infor­ma­cji było do prze­ka­za­nia.

- To naprawdę dało się tak łatwo prze­wi­dzieć? - spy­tała matka z nie­do­wie­rza­niem w gło­sie po chwili mil­cze­nia. Na to pod­eks­cy­to­wany Jan zapro­po­no­wał:

- Mama, sprawdźmy, czy on tam nie zaj­rzał!

Trzy­ma­jąc kopertę nad parą, łatwo ją było otwo­rzyć bez koniecz­no­ści roz­dzie­ra­nia, bo klej się roz­pusz­czał. Wystar­czyło zago­to­wać wodę. Tylko jak listo­nosz mógł to zro­bić pod­czas poran­nego obchodu? A jed­nak list rze­czy­wi­ście wyglą­dał tak, jakby go ktoś otwie­rał. Naj­wi­docz­niej dorę­czy­cie­lowi nie wystar­czały infor­ma­cje prze­ka­zy­wane przez innych i potrze­bo­wał, powiedzmy, dodat­ko­wych i bar­dziej eks­cy­tu­ją­cych wie­ści. Wszak to takimi spra­wami żyła Golina. Nie było się jed­nak o co obra­żać. Matka Jana na wścib­stwo zare­ago­wała śmie­chem. Żad­nych oskar­żeń i kłótni nie było. Po co wcho­dzić w kon­flikt z lokal­nym urzęd­ni­kiem? Nic strasz­nego się prze­cież nie stało. Życie toczyło się więc dalej swoim wol­nym ryt­mem.

Pociąg zwal­nia i staje. Brak mia­ro­wego rytmu kół wyrywa Jana ze wspo­mnień. Sta­cja Gdańsk. A jak Gdańsk, to i morze. Przy­dałby się kojący szum jego fal. Korci wizja natych­mia­sto­wej wysiadki i leni­wego wyle­gi­wa­nia się na plaży. Nawet korzy­sta­jące z uro­ków lata tłumy by nie prze­szka­dzały. Ważne, aby na dnie morza móc zato­pić wszel­kie tro­ski, roz­terki, waha­nia... "Połowa drogi do War­szawy za nami" - myśli Jan, zer­ka­jąc na żonę. Wie­sia z emo­cji i ze zmę­cze­nia śpi kamien­nym snem. Jej mąż wygląda przez okno. Na pero­nie brzdąc trzy­many za rękę - praw­do­po­dob­nie przez ojca - macha w kie­runku któ­re­goś z wago­nów. Jan tro­chę mal­cowi zazdro­ści. Świat dzieci nawet w tych trud­nych cza­sach na ogół jest beztro­ski i szczę­śliwy, bo naj­czę­ściej nie zdają sobie one sprawy z biedy czy narzu­co­nego sytemu poli­tycz­nego, w któ­rym przy­szło im żyć. To bar­dziej pro­blem rodzi­ców.

Gdy Jan był dziec­kiem, jego ojciec, Euge­niusz, prze­waż­nie miał mnó­stwo zajęć - pra­co­wał przez osiem godzin dzien­nie jako kie­row­nik zakładu uty­li­za­cyj­nego, w któ­rym prze­ra­biano nie­żywe zwie­rzęta na mączkę i paszę, a w poło­żo­nym bli­sko Goliny Myśli­bo­rzu gry­wał na nie­dziel­nych mszach w kościele jako orga­ni­sta. Jakby tego było mało, to jesz­cze na jego gło­wie była orkie­stra dęta straży pożar­nej. "Tata był uta­len­to­wany i speł­niał się jako muzyk" - roz­my­śla Jan, a na jego twa­rzy widać podziw. Euge­niusz i jego bra­cia stwo­rzyli nawet zespół, czę­sto na zaba­wach kon­cer­to­wali przez całą noc. Ojciec dora­biał, jak mógł. Jeśli zna­lazł się klient, to i samo­chód mu poma­lo­wał. Do domu wra­cał zmę­czony. W gło­wie Jana jawi się obraz taty, który po obie­dzie sia­dał na kana­pie i oglą­dał tele­wi­zję. "Pamię­tam, jak z sio­strami sie­dzie­li­śmy na jego ramio­nach i wyry­wa­li­śmy poja­wia­jące się coraz czę­ściej siwe włosy" - wspo­mina. Ojciec zasy­piał szybko. Na zabawę z dziećmi sił już bra­ko­wało. Teraz przed oczami Jana poja­wia się mama Anna. Jak więk­szość kobiet pra­co­wała pra­wie bez prze­rwy. Zawsze wsta­wała pierw­sza, paliła w piecu, przy­go­to­wy­wała dla wszyst­kich śnia­da­nie, robiła zakupy, goto­wała pozo­stałe posiłki i sprzą­tała dom. Toa­leta i cen­tralne ogrze­wa­nie pozo­sta­wały w sfe­rze marzeń. Wodę matka pod­grze­wała zatem w garn­kach, żeby można było w ogóle zro­bić pra­nie - oczy­wi­ście nie w pralce, lecz na tak zwa­nych tarach. Po płu­ka­niu bie­li­znę wie­szała na sznur­kach. A potem pra­so­wa­nie... Jan kąpał się co kilka dni w budynku gospo­dar­czym nale­żą­cym do wła­ści­cieli domu, w któ­rym miesz­kali. Wodę na kąpiel mama rów­nież grzała na węglo­wej kuchence.

Jan ma też dwie sio­stry. Star­sza Ola zawsze była bli­sko niego. Młod­szemu bratu impo­no­wało to, że mógł spo­ty­kać się z jej star­szymi kole­żan­kami. Ola poma­gała mu też w wielu rze­czach i pro­wa­dziła go przez życie. Nauczyła na przy­kład tań­czyć. Nie było to łatwe. Do końca szkoły pod­sta­wo­wej nie lubił tego i jakoś nie potra­fił opa­no­wać kro­ków. Zawsze wsty­dził się na zaba­wach. "Ale ona to zmie­niła - pomy­ślał z czu­ło­ścią. - Był począ­tek szkoły śred­niej. Olka wzięła mnie do pokoju gościn­nego i zamknęła drzwi. Puściła muzykę z gra­mo­fonu Bam­bino i powie­działa, że teraz nauczy mnie tań­czyć". Na myśl o tym kąciki jego ust uno­szą się w uśmie­chu. Miał pro­blem, by się prze­ła­mać, ale w końcu się udało. Ola nie odpusz­czała, a jako star­sza sio­stra wzbu­dzała sza­cu­nek. Ni­gdy go nie zawio­dła. Mógł jej zaufać, nawet jakby nie wyszło. Jan zdał u niej egza­min i od tam­tej pory dosko­nale bawił się na wszyst­kich impre­zach z tań­cami.

Gra­żyna jest naj­młod­sza. Jak to w wielu rodzi­nach drze­wiej bywało, naj­młod­sze dziecko było odsu­wane przez star­sze rodzeń­stwo. Tak też było u Szu­mań­skich. Janek trzy­mał sztamę z Olką. Gra­żyna czę­sto prze­szka­dzała. Dosłow­nie i w prze­no­śni. Dopiero póź­niej, pod koniec szkoły śred­niej, kiedy doj­rzał i zaczął ina­czej poj­mo­wać życie, miłość mię­dzy rodzeń­stwem roz­kwi­tła. Nie mogło być ina­czej. Tak ich wycho­wano.

Rodzice dawali im sporo swo­body, bo wszy­scy wza­jem­nie darzyli się zaufa­niem. Co nie zna­czy, że mło­dych Szu­mań­skich wycho­wy­wała ulica. Mama i tata spraw­dzali, jak idzie im nauka w szkole i czy wycho­dzą do kościoła. Zawsze, gdy mło­dzi opusz­czali dom, rodzice zada­wali pod­sta­wowe pyta­nia: "Dokąd idziesz?" i "Lek­cje odro­bione?". I naka­zy­wali: "Tylko nie wra­caj za późno!". Rodzice jedno, oni dru­gie... - deli­katny uśmiech znowu poja­wia się na twa­rzy Jana. Ani on, ani sio­stry nie byli ide­ałami, o nie... Zni­kali prze­cież cza­sem na kilka godzin, aby udać się do pobli­skiego stawu na kąpiel. Obok jeziorka był las, to i grzy­bów można było nazbie­rać. Zimą, gdy roz­le­wi­ska rzeki Warty były zamar­z­nięte, rodzeń­stwo jeź­dziło na łyż­wach. "Świat ide­alny dla dzieci, bo bez więk­szej kon­troli i zda­wa­nia spra­woz­dań, co się w danym momen­cie robiło. Przy całym swoim braku czasu rodzice dawali nam jed­nak to, co naj­waż­niej­sze, czyli miłość" - wspo­mina teraz Jan z roz­rzew­nie­niem.

Zawsze, gdy mówi o rodzi­cach, bez waha­nia pod­kre­śla, że nauczyli go uczci­wo­ści, war­to­ści praw­dzi­wej przy­jaźni oraz sza­cunku wobec innych i dla pracy. W jego mnie­ma­niu miłość mamy była bez­gra­niczna. W końcu Anna ni­gdy nikomu źle nie życzyła, cza­sem nawet tłu­ma­czyła tych, co ją krzyw­dzili. Mar­twiła się o swoje dzieci, prze­ży­wała ich rado­ści i smutki, mimo że doba ma prze­cież tylko dwa­dzie­ścia cztery godziny i czasu czę­sto bra­ko­wało, a i sił z każ­dym kolej­nym rokiem nie­stety nie przy­by­wało. Wła­śnie dla­tego Jan pamięta szcze­gól­nie te chwile, gdy byli razem.

W jego gło­wie poja­wia się obraz mroź­nej zimy. Ulice były pokryte śnie­giem, a biały puch skrzy­piał pod nogami. Do teraz sły­szy ów cha­rak­te­ry­styczny dźwięk. No i ten lodo­waty wiatr, nie­straszny ojcu, który cią­gnął dzie­ciaki na san­kach i osła­niał je przed zim­nymi podmu­chami. Zwy­kle tata nosił wtedy brą­zową kurtkę z kożusz­kiem, a na gło­wie czapkę w kratkę zakry­wa­jącą czer­wone od mrozu uszy. Buty miał już mocno zno­szone. Mama tłu­ma­czyła mu, że prze­cież kupiła inne, ale on lubił te stare. Zmie­niłby je dopiero wtedy, gdyby nie można już było cho­dzić w tych. Zmę­cze­nie po pracy dawało się mocno we znaki, ale tata miałby wyrzuty sumie­nia, gdyby nie wyszedł z dziećmi cho­ciaż na godzinę, tak mało czasu spę­dzali razem... Zimą szybko robi się ciemno. Gdy zapa­dał zmrok, trudno było uświad­czyć latar­nię, która oświe­tla­łaby drogę. Pochy­lony ojciec cią­gnął więc sanki, poty­ka­jąc się na nie­rów­nej dro­dze, dopin­go­wany okrzy­kami dzieci: "Szyb­ciej, tata, szyb­ciej!".

Latem z kolei rodzice zabie­rali mło­dzież samo­cho­dem na krótką wycieczkę. Nie za daleko, na ogół do pobli­skiego lasu. Już nawet nie cho­dziło o brak fun­du­szy na dal­sze wyprawy po kraju, bo pew­nie wycią­gnę­liby jakieś zaskór­niaki, pro­ble­mem był czas. Tym bar­dziej dzieci cie­szył nawet wypad za mia­sto na pik­nik. Jan dosko­nale pamięta, jak mama roz­wi­jała z papieru goto­wane jajka, pomi­dory, chleb, w ustach poczuł słod­kawo-cierpki smak kom­potu z rabar­baru. Ileż rado­ści było, gdy mło­dzi Szu­mań­scy zna­leźli poziomki. Wtedy nikt prze­cież nie myślał o zwie­rzę­tach leśnych, któ­rych odchody pozo­sta­wione na owo­cach mogą pro­wa­dzić do groź­nych cho­rób. "No i ten spa­cer po goliń­skim parku i wspólne zbie­ra­nie kasz­ta­nów" - myśli Jan, pod­pie­ra­jąc głowę ręką. Przy­bliża się do brud­nej szyby wagonu. Pro­mie­nie sło­neczne pol­skiego lata otu­lają jego twarz, zmu­sza­jąc go do zmru­że­nia oczu. "To były szczę­śliwe chwile, ale nasze życie składa się wła­śnie z takich momen­tów".

Szu­mań­scy mieli wtedy adlera. Był to nie­miecki samo­chód z otwie­ra­nym dachem. Fabryka Adler­werke przed wybu­chem II wojny świa­to­wej oprócz samo­cho­dów roz­wi­nęła pro­duk­cję sku­te­rów, moto­cy­kli i, co sta­nowi cie­ka­wostkę, maszyn do pisa­nia oraz rowe­rów. Pojazd miał już swoje lata, ale wciąż budził podziw i zazdrość, bo na pol­skich uli­cach takie auto trudno było zoba­czyć. Oczy­wi­ście miał swoje wady, wyła­do­wy­wał się w nim aku­mu­la­tor. Roz­ruch sil­nika nie był łatwy - krę­ciło się korbą z przodu samo­chodu. Za każ­dym razem, gdy to się działo, reak­cje star­szego i młod­szego poko­le­nia wyglą­dały zgoła odmien­nie. Rodzice krę­cili gło­wami w geście bez­rad­no­ści, że "znowu to się stało", dzieci wręcz prze­ciw­nie - cie­szyły się. To zawsze była frajda pomóc tacie krę­cić korbą, żeby auto ruszyło.

Nie­stety, nie wszystko ukła­dało się pięk­nie. Kiedy Jan stra­cił mleczne zęby, szybko się oka­zało, że górne dwójki ni­gdy mu nie wyro­sną. Przez całą szkołę pod­sta­wową był więc szczer­baty. Utrud­niało mu to wymowę. Seple­nił. Wysoki, lekko przy­gar­biony, z dużymi i odsta­ją­cymi uszami, stał się ofiarą żar­tów tych, któ­rzy lubili znę­cać się nad słab­szymi. Szcze­gól­nie w ostat­nich kilku latach nauki, gdy na początku roku szkol­nego do klasy dołą­czył nie­jaki Kazi­mierz, chło­pak star­szy od Jana i jego rówie­śni­ków. Po raz kolejny powta­rzał klasę z powodu złych stopni. Jego sio­stra wcale nie była lep­sza. Niczym Bon­nie i Clyde two­rzyli sady­styczny duet. Wpraw­dzie nie rabo­wali ban­ków, ale za to pastwili się nad słab­szymi. Lubili domi­no­wać także i nad Janem. Wyśmie­wa­nie i wyzy­wa­nie na prze­rwach to naj­mniej­szy wymiar nie­za­słu­żo­nej kary. Naj­gor­sze działo się, gdy chło­pak wycho­dził ze szkoły. Nie­mal codzien­nie na niego cze­kali, by za rogiem spu­ścić mu łomot. Było to sprytne zagra­nie z ich strony. Wie­dzieli, że w szkole ich nie­go­dziwe zacho­wa­nie mogło zostać zauwa­żone przez nauczy­cieli. Grono peda­go­giczne w tam­tych cza­sach miało powa­ża­nie. Kole­dzy z klasy bali się sta­wać w obro­nie Jana, a czę­sto nawet dołą­czali do Kazika, "bo się po pro­stu bali". W każ­dym towa­rzy­stwie musiała być jakaś czarna owca.

Przez to Jan zamknął się w sobie. Nie skar­żył się nikomu, bo było mu zwy­czaj­nie wstyd. Wie­dział, że sam musi dać sobie z tym radę, a że mu to nie za bar­dzo wycho­dziło... Wyda­rze­nia te odbiły się na jego psy­chice i cha­rak­te­rze. Stał się zacięty, uparty i wraż­liwy na wszelką kry­tykę. Na siłę szu­kał przy­jaźni, co zwy­kle źle się koń­czyło, bo druga strona wyko­rzy­sty­wała jego pra­gnie­nie bli­sko­ści. W efek­cie sta­wał się nie­śmiały i coraz ostroż­niej­szy. Nie­chęt­nie obda­rzał zaufa­niem nowych zna­jo­mych. Jedy­nymi praw­dzi­wymi przy­ja­ciółmi byli kuzyni. To z nimi spę­dzał więk­szość wol­nego czasu. Oni go akcep­to­wali i rozu­mieli. I oczy­wi­ście Ola... Tylko z młod­szą sio­strą nie nawią­zał dobrego kon­taktu. Trudno to nazwać nie­chę­cią. Po pro­stu dziew­czyny miały inny świat i jak czę­sto zda­rza się w przy­padku trójki rodzeń­stwa, jedna z osób bywa tro­chę odsu­nięta. "Nie ozna­cza to prze­cież, że się nie kocha­li­śmy, wręcz prze­ciw­nie!" - pro­te­stuje w myślach Jan i roz­gląda się po prze­dziale tro­chę zawsty­dzony. Czy powie­dział to na głos? Chyba nie. Wie­sia dalej śpi, żaden z pozo­sta­łych współ­pa­sa­że­rów nie patrzy w jego kie­runku. Męż­czy­zna może więc wró­cić do wspo­mnień. W wielu róż­nych kon­flik­to­wych sytu­acjach mię­dzy rodzeń­stwem trzeba było sta­nąć po któ­rejś ze stron. Takie życie. Jan zwy­kle opo­wia­dał się po stro­nie Oli. Młod­sza Gra­żyna czę­sto musiała sobie radzić sama. To rodziło nie­po­ro­zu­mie­nia. "Dziś tro­chę mi wstyd. Przy­kre to w sumie" - zauważa i przy­po­mina sobie pewne zda­rze­nie. Bawiąc się w kuchni, stłukł fili­żankę. Szybko wepchnął sko­rupy pod kre­dens. Ukry­cie prze­stęp­stwa jed­nak mu nie wystar­czyło. Poszedł do mamy i... winę zrzu­cił na młod­szą sio­strę. Gra­żyna obe­rwała klapsa w tyłek, a gdy się bro­niła, mówiąc, że to nie ona, kara została wymie­rzona po raz drugi. Tym razem za kłam­stwo. "Nie­stety, dzieci nie są spra­wie­dliwe. Wie­lo­krot­nie nie myślą o kon­se­kwen­cjach, czę­sto są samo­lubne. To cały czas nauka, a nasi rodzice są tymi, któ­rzy sta­rają się prze­ka­zać nam naj­waż­niej­sze war­to­ści. Od nich czę­ściowo zależy, kim będziemy, ale nie ma co się oszu­ki­wać. Na koniec to my jeste­śmy budow­ni­czymi naszego cha­rak­teru. To my sta­jemy się odpo­wie­dzialni za nasze postę­po­wa­nie i naszą przy­szłość. Nie­raz nawet ci, co kochają, nie zda­jąc sobie z tego sprawy, popeł­niają błędy, które mogą kogoś skrzyw­dzić" - uświa­da­mia sobie Jan.

Kie­dyś słu­chał płyty, którą rodzina Szu­mań­skich otrzy­mała z "tej wiel­kiej Ame­ryki". Takie pre­zenty były rary­ta­sami, więc trak­to­wało się je z nale­ży­tym sza­cun­kiem. Na czar­nym krążku znaj­do­wały się utwory wyko­ny­wane przez zespoły ame­ry­kań­skiej Polo­nii, a wśród nich pio­senka, któ­rej refren mniej wię­cej brzmiał nastę­pu­jąco: "Pukaj tu, pukaj tam". Pew­nego razu, słu­cha­jąc owego utworu, Jan śpie­wał do wtóru, a że głos miał bar­dzo niski, w jego wyko­na­niu brzmiało to co naj­mniej komicz­nie. Nie zauwa­żył, jak mama weszła do pokoju. Posłu­chała, a potem zaczęła się śmiać i śpie­wać refren, naśla­du­jąc głos syna. Póź­niej przy­po­mi­nała tę sytu­ację kil­ka­krot­nie, także pod­czas spo­tkań ze zna­jo­mymi. Był to ostatni raz, kiedy Jan zaśpie­wał.

Co zwy­kle robi czło­wiek bez przy­ja­ciół? Szuka jakie­goś zaję­cia, które wypeł­ni­łoby mu czas. Jan zna­lazł sobie wła­sny świat - ksią­żek i fil­mów. To tam szu­kał miejsc, które nie znały jego wad. Ten świat go nie osą­dzał, nie bił jak szkolni kole­dzy, nie oce­niał jego wyglądu, nie kry­ty­ko­wał i nie spra­wiał przy­kro­ści. To wła­śnie lek­tury i histo­rie przed­sta­wione w fil­mach spra­wiały, że choć był zamknięty w sobie, jego umysł miał się na czym sku­pić, a wyobraź­nia pra­co­wała. Zaczął też zbie­rać znaczki i pocz­tówki. Pocią­gały go zwłasz­cza podróże. Miesz­ka­jąc w komu­ni­stycz­nym kraju, miał szansę w przy­szło­ści przy dobrych wia­trach odwie­dzić inne brat­nie socja­li­styczne kraje. Zachód był czymś nie­do­stęp­nym, zaka­za­nym, ale wła­śnie dla­tego tak dobrze sma­ko­wał. Dzięki książ­kom podróż­ni­czym Jan pozna­wał różne pań­stwa i uczył się ich histo­rii. Wspi­nał się w marze­niach po górach, wędro­wał rosyj­ską tun­drą, miesz­kał z rdzenną lud­no­ścią w bra­zy­lij­skiej dżun­gli. Kolek­cja pocz­tó­wek też była pokaźna. Wiele wido­kó­wek - tych ulu­bio­nych - pocho­dziło z USA. Tak też zaczęła się fascy­na­cja Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. Miłość od pierw­szego wej­rze­nia.

W szkole śred­niej Jan się zmie­nił. Nastę­po­wała prze­miana z dziecka w mło­dego czło­wieka. Dostał się do tech­ni­kum elek­tryczno-mecha­nicz­nego w Koni­nie. Nowe śro­do­wi­sko, nowi zna­jomi. Posta­no­wił nie dać się poni­żać. Ten, kto tego pró­bo­wał, dosta­wał cios pro­sto w twarz. Bru­talne, ale pomo­gło. Naj­więk­szą jed­nak zmianą było zna­le­zie­nie praw­dzi­wego przy­ja­ciela.

Grze­gorz zja­wił się w szkole kilka dni póź­niej niż inni ucznio­wie. Pod­czas prze­rwy stał samot­nie na kory­ta­rzu. "Coś kazało mi podejść do niego i tak zaczę­li­śmy roz­ma­wiać" - wspo­mina Jan. W tam­tej chwili naro­dziła się przy­jaźń i trwa ona do dziś. Razem prze­ży­wali wszyst­kie naj­waż­niej­sze momenty w cza­sach lice­al­nych. Łączyła ich mię­dzy innymi pasja do muzyki. Cho­dziło nie tylko o słu­cha­nie tych samych gatun­ków czy zespo­łów. Czę­sto też wpa­dali do innych szkół na wie­czorki taneczne. To był także okres wzra­sta­ją­cego zain­te­re­so­wa­nia dziew­czy­nami. Przy­ja­ciele nie powinni wcho­dzić sobie w drogę w tej kwe­stii, ale bywało róż­nie...

Ucznio­wie ze szkoły, do któ­rej cho­dził Janek, byli bar­dzo zaprzy­jaź­nieni ze swo­imi rówie­śni­kami z liceum w Morzy­sła­wiu. To wła­śnie tam ekipa z Konina cho­dziła na zabawy. Nie bez przy­czyny. W jed­nej z tam­tej­szych klas były wyjąt­kowo ładne dziew­czyny. Grze­siek jedną z nich pode­rwał. Kry­sia została póź­niej jego żoną. Była też Jola, która obda­rzała zain­te­re­so­wa­niem wielu chło­pa­ków z klasy Jana. "Nie mam poję­cia, czy robiła to celowo, czy szła na żywioł". Zawsze nur­to­wało go to pyta­nie. Pojemne serce kole­żanki i jej zmien­ność pro­wo­ko­wały sporo kon­flik­tów. Potra­fiła zwią­zać się z jed­nym na kilka mie­sięcy, by zerwać i zacząć spo­ty­kać się z kum­plem swo­jego byłego. Histo­ria czę­sto się powta­rzała. Szu­mań­ski był czwarty w kolejce. Porzu­ceni łączyli się w zło­ści na nowego chło­paka Joli, ale nie cią­gnęło się to długo. Prę­dzej czy póź­niej także i nowy szczę­śli­wiec sta­wał się ich kolegą w cier­pie­niu. Trwało to do końca szkoły śred­niej, gdy wszy­scy już przy­zwy­cza­ili się do tej sytu­acji i nikt nie pod­no­sił ręki na dru­giego w geście zazdro­ści. Tyle zwy­kle zosta­wało z męskiej żela­znej zasady, że "dziew­czyna mojego przy­ja­ciela ni­gdy nie będzie moją dziew­czyną".

W ciągu tych kilku lat żadne pod­boje miło­sne nie skłó­ciły Jana z Grze­go­rzem na dobre. Odkryli w sobie żyłkę do orga­ni­zo­wa­nia wła­snych imprez. Cie­szyły się one dużą popu­lar­no­ścią. Obaj byli lubiani i sza­no­wani. Z nie­śmia­łego i wyśmie­wa­nego dziecka w ciągu zale­d­wie kilku lat Szu­mań­ski stał się duszą towa­rzy­stwa i ważną osobą w kla­sie. W tech­ni­kum nagle zmie­nił swoje nasta­wie­nie do życia. Odwaga cza­sem sta­wała się matką bra­wury. Chłopcy czę­sto wpa­dali w róż­nego rodzaju tara­paty. Zawsze razem. W ten spo­sób mama Jana poznała ojca Grze­go­rza. Nie­raz zda­rzało się, że byli razem wzy­wani do szkoły, by przy­jąć skargę na wybryki swo­ich coraz star­szych lato­ro­śli. Ich roz­mowy wyglą­dały zawsze podob­nie:

- Dzień dobry, pani Szu­mań­ska.

- Pan Wasi­lew­ski, witam!

- Została pani wezwana w spra­wie syna?

- Tak, a pan?

- Oczy­wi­ście. Oni zawsze razem! - Ner­wo­wemu śmie­chowi towa­rzy­szył z reguły gry­mas nie­po­koju na twa­rzy. Ni­gdy bowiem doro­śli nie wie­dzieli, co nasto­lat­ko­wie prze­skro­bali. Nie­rzadko trzeba się było gęsto tłu­ma­czyć, ale rodzice zawsze sta­wali w obro­nie synów.

Tata Grze­go­rza był kimś znacz­nie wię­cej niż tylko rodzi­cem. Sta­rał się stać przy­ja­cie­lem syna, a tym samym także Jana. Mogli się do niego zwró­cić z każ­dym pro­ble­mem. Grze­gorz miesz­kał w powsta­łych po woj­nie blo­kach. Nie było tam stry­chu czy werandy. Spo­tka­nia odby­wały się w pokoju gościn­nym, przy dużym okrą­głym stole. Roz­ma­wiało się więc o wszyst­kim - o ostat­nich wyda­rze­niach i pro­ble­mach oso­bi­stych. Bywało poważ­nie, ale cza­sem i śmiesz­nie. Janek czę­sto opo­wia­dał kawały, a że miał do nich pamięć, był w tym naprawdę dobry. Potra­fili w ten spo­sób w trójkę prze­ga­dać cały dzień. Pan Wasi­lew­ski miał z nimi naprawdę dobry kon­takt. Wszy­scy grali na gita­rach, lubili też śpie­wać - oprócz Janka, który ni­gdy nie zapo­mniał, jak go wyśmiała mama przed laty. Szu­mań­ski i jego ekipa nale­żeli do sto­wa­rzy­sze­nia "Dra­pi­chru­stów". Cho­dzili na orga­ni­zo­wane przez ruch rajdy po oko­licz­nych tere­nach. To były dobre czasy. Zwie­dzali różne cie­kawe miej­sca, orga­ni­zo­wali biwaki, ogni­ska, były bigos, kom­pot, śpiewy... Nie­raz ojciec Grze­go­rza miał przy sobie "pier­siówkę" z alko­ho­lem. Przy­ja­ciele mogli wypić po jed­nym kie­liszku. Wasi­lew­ski zawsze powta­rzał, że lepiej, gdy dostaną tro­chę od niego, niż wypiją butelkę po kry­jomu. "To był okres, który przy­niósł mi najwię­cej rado­ści" - wspo­mina teraz Jan przy dźwię­kach pędzą­cego pociągu.

Dzień osiem­na­stych uro­dzin Szu­mań­skiego. Był sier­pień 1973 roku. W kla­sie Jan miał kolegę, któ­rego nazwi­sko róż­niło się tylko jedną literą - Bolka Szy­mań­skiego. Przy­szli na świat w tym samym dniu. Takiej oka­zji do zabawy i świę­to­wa­nia nie można było prze­pu­ścić. Chłopcy posta­no­wili uczcić te tak ważne uro­dziny w domu Bolka i jego rodzi­ców w Gnieź­nie. Do odle­głego o pięć­dzie­siąt pięć kilo­me­trów mia­sta Szu­mań­ski doje­chał auto­bu­sem. Bez pomocy mapy odna­lazł wła­ściwy adres. Typowa pol­ska szara kostka z dwoma oknami od frontu, ale co wła­sne, to wła­sne. Naci­snął na dzwo­nek, po chwili drzwi otwo­rzył Bolek. Przez dziew­czyny był uwa­żany za naj­przy­stoj­niej­szego w kla­sie - bujne blond włosy, zawsze zadbany, śred­niego wzro­stu. Do tego zwy­kle uśmiech­nięty i wiecz­nie uczynny.

- No cześć, stary - rzu­cił z rado­ścią na widok kolegi.

- Naj­lep­szego!

W oddali w kuchni Janek dostrzegł mamę Bolka.

- Dzień dobry pani. - Ukło­nił się.

- Witaj, mój drogi. Wszyst­kiego dobrego z oka­zji uro­dzin!

- Dzię­kuję!

- Jak się czu­jesz jako doro­sła osoba?

- Pew­nie tak samo jak Bolek. - Nasto­lat­ko­wie spo­tkali się wzro­kiem, w oczach dał się zauwa­żyć błysk. Mama zro­zu­miała. Pano­wie chcieli zostać sami. Z uśmie­chem unio­sła rękę w geście poże­gna­nia.

Świeżo upie­czeni osiem­na­sto­lat­ko­wie poszli na pię­tro do pokoju Bolka, prze­ska­ku­jąc po dwa schody.

- Patrz, co mam! - wykrzyk­nął Bolek. Na małym sto­liku stały pol­ska wiśniówka i dwa kie­liszki. Prze­sie­dzieli przy niej kilka godzin - do chwili, gdy opróż­nili butelkę. Potem w dosko­na­łych humo­rach wyszli z domu na poszu­ki­wa­nie restau­ra­cji, w któ­rej mogliby kon­ty­nu­ować świę­to­wa­nie uro­dzin. Zde­cy­do­wali się na Par­kową, choć jej jarzący się żół­tym świa­tłem neon nad drzwiami wej­ścio­wymi naj­lep­sze lata miał już za sobą. Część liter już nawet nie świe­ciła, inne leni­wie migo­tały, jakby znu­dzone bra­kiem moc­nych wra­żeń. Na nie można było liczyć zwy­kle w week­end. Alko­hol lał się wtedy stru­mie­niami, z tale­rzy bły­ska­wicz­nie zni­kała zagry­cha - ogó­rek, śle­dzik w śmie­ta­nie... A na koniec dla prze­trzeź­wie­nia zwy­kle kawa w szklan­kach. Ściany knajpy chło­nęły plotki i miło­sne wyzna­nia sta­łych bywal­ców lokalu.

Chłopcy zasma­ko­wali w wiśniówce. Schlud­nie ubra­nego kel­nera z pod­wi­nię­tymi ręka­wami popro­sili o całą butelkę. Jan pamięta, że męż­czy­zna wciąż odrzu­cał na bok ruchem głowy przy­długą, przy­pró­szoną siwi­zną grzywkę. Gdy wró­cił z trun­kiem, odpro­wa­dzili go wzro­kiem, jakby chcieli dać do zro­zu­mie­nia, że teraz ma nie prze­szka­dzać, bo to ich czas. Koniec koń­ców nie pamię­tali potem, ile wypili, ale trzy­mali się twardo - by­naj­mniej nie na nogach, za to kon­se­kwent­nie jed­nego trunku.

Do domu Bolka wró­cili bar­dzo póź­nym wie­czo­rem. Tam cze­kała na nich mama chło­paka. Na ich widok powi­talny uśmiech szybko znik­nął z jej twa­rzy. Obaj wyglą­dali naprawdę źle. Byli kom­plet­nie pijani. Bolek dostał po gło­wie, a Jan został wypro­szony, musiał wra­cać do wła­snego domu. "W sumie nawet nie pamię­tam, jak do niego dotar­łem" - zasta­na­wia się teraz Jan i wraca do teraź­niej­szo­ści. Do War­szawy już nie­da­leko. Znowu ogar­nia go nie­po­kój. Wkrótce trzeba będzie roz­po­cząć walkę o nowe życie. Tro­chę go to prze­raża, ale klamka zapa­dła. Nie ma wyj­ścia. Patrzy na żonę. Nie śpi. Uśmie­cha się do niego, ale Jan w jej oczach dostrzega podobny lęk.

Myśl znowu ucieka mu w prze­szłość. Gdy wró­cił w końcu do domu ze swo­jej osiem­nastki, szybko, cho­wa­jąc się przed rodzi­cami, zna­lazł się w swoim łóżku. Była już noc. Miał szczę­ście, że spali. Liczył, że rano wsta­nie wypo­częty, jak gdyby nic się poprzed­niego dnia nie działo. Nie było mu to jed­nak dane.

- Wsta­waj. Późno już, rusz się. Trzeba się szy­ko­wać do kościoła - powie­działa matka wcale nie za gło­śno, ale o tej porze po takim wie­czo­rze każdy dźwięk spra­wiał, że Jan cier­piał katu­sze. Fakt - była nie­dziela. Zapo­mniał o tym. Głowa pękała z bólu, w gar­dle pusty­nia. Kac. Potężny kac. "Naprawdę musie­li­śmy wtedy sporo w sie­bie wlać. Kole­dzy, któ­rzy wcze­śniej potra­fili wypić ponad pół litra alko­holu na głowę, następ­nego dnia czuli się jak mło­dzi bogo­wie. W tej wiśniówce z restau­ra­cji musiało być coś dziw­nego..." - Jan kręci teraz głową przy akom­pa­nia­men­cie stu­kotu kół pociągu.

Na trzę­są­cych się nogach dotarł w końcu do wypeł­nio­nego wier­nymi kościoła. W środku było bar­dzo duszno, dla­tego wyszedł na zewnątrz. Nie wzbu­dziło to żad­nych podej­rzeń. Wiele osób wolało pod­czas mszy prze­by­wać na dwo­rze niż w zadu­chu wewnątrz. Z tyłu budynku były duże drzwi. Jan sta­nął z boku, opie­ra­jąc się o nie. Każda kolejna minuta była kosz­ma­rem. Na dwo­rze na szczę­ście nie sły­szał dźwięku orga­nów. W jego sta­nie byłoby to nie do wytrzy­ma­nia. Dziel­nie trwał nie­mal do końca. Wyda­wało się, że prze­trzyma, ale poległ zupeł­nie, gdy ksiądz zaczął roz­dzie­lać... komu­nię świętą. Wcze­śniej kapłan pod­niósł kie­lich z winem i powie­dział:

- Pij­cie z niego wszy­scy!

Tego było za wiele. Kiedy Jan to usły­szał, wyobraź­nia zadzia­łała. Zwy­mio­to­wał przy drzwiach, przy któ­rych stał. Choć od tego dnia minęło już wiele lat, widok i zapach wiśniówki do dziś powo­duje u niego natych­mia­stową reak­cję. Ni­gdy wię­cej po ten tru­nek nie się­gnął.

Żadna szkoła nie była jego ulu­bio­nym miej­scem. Każdą trak­to­wał jako obo­wią­zek, który po pro­stu trzeba speł­nić. Nauka zwy­kle scho­dziła na dal­szy plan. Do pracy brał się dopiero wtedy, gdy poja­wiała się groźba obla­nia jakie­goś przed­miotu. Ścią­ga­nie na lek­cjach Jan wzniósł na wyż­szy poziom. Trzeba to było roz­sąd­nie zor­ga­ni­zo­wać, a że tu naj­waż­niejsi byli dobrze przy­go­to­wani do lek­cji kole­dzy, dopil­no­wał, by sie­dzieć w ławce z jed­nym z lep­szych uczniów. Rysiu pod­czas kla­só­wek czę­sto bywał kopany, cza­sem otrzy­my­wał kuk­sańca w plecy. Nie­raz sły­szał, jak Janek cedzi przez zęby: "odsuń się!". Robił to, a wtedy kolega mógł spo­koj­nie spoj­rzeć na jego wyniki i doko­nać ewen­tu­al­nych popra­wek u sie­bie. Kole­dzy nie mieli z Szu­mań­skim łatwo, a Grze­siu miał jesz­cze gorzej niż Rysiu.

- Grze­chu, dawaj oku­lary - szep­tał Janek bła­gal­nym tonem. Dzięki nim mógł widzieć wię­cej, a jego naj­lep­szy przy­ja­ciel musiał pisać spraw­dziany bez nich.

W prze­rwach mię­dzy lek­cjami zda­rzało się im wyska­ki­wać do pobli­skiego baru na piwo. Ku ich począt­ko­wemu zasko­cze­niu cza­sem zja­wiali się tam rów­nież nauczy­ciele. Nie po to, żeby samemu wylu­zo­wać się przed kolej­nymi czter­dzie­stoma pię­cioma minu­tami pracy. Na pewno się poła­pali, że ucznio­wie tam zaglą­dają pod­czas przerw, i spraw­dzali zacho­wa­nie pod­opiecz­nych. Mło­dzież zawsze wtedy wpa­dała w popłoch. "Bel­fer!" - wykrzy­ki­wał ktoś i wszy­scy pró­bo­wali się ukryć. Te kilka ner­wo­wych minut jawiło im się jako wiecz­ność, a serce pró­bo­wało wysko­czyć z nie­jed­nej piersi. Na stra­chu się jed­nak koń­czyło. Na nie­ko­rzyść nauczy­cieli dzia­łał czas, musieli wszak punk­tu­al­nie roz­po­czy­nać kolejną lek­cję. Uczeń zaś zawsze mógł się tro­chę spóź­nić pod pre­tek­stem, cho­ciażby, koniecz­no­ści sko­rzy­sta­nia z toa­lety, "a prze­cież kolejka była, pani pro­fe­sor rozu­mie".

W tech­ni­kum wszy­scy zaczęli palić papie­rosy. Bar­dziej towa­rzy­sko niż nało­gowo. Raz Janka przy­ła­pano na tym w ubi­ka­cji. Mama po raz kolejny została wezwana do szkoły. Wró­ciła zde­ner­wo­wana. Natych­miast wzięła go na roz­mowę.

- Ty palisz papie­rosy?

- Mamo, to nie­prawda. Kolega był ze mną i palił. Kiedy wszedł nauczy­ciel, Antek popro­sił mnie, bym wziął peta od niego, bo on już miał wpadkę i wie­dział, że kolejna mogłaby się dla niego dużo gorzej skoń­czyć. Pomo­głem mu i dla­tego mnie oskar­żono. Rato­wa­łem mu tyłek!

Anna uwie­rzyła. Do szkoły wró­ciła, by wal­czyć o dobre imię syna.

Latem doro­sły już Janek lubił jeź­dzić na plażę nad Jezio­rem Pąt­now­skim w Koni­nie. Nie­osło­nięte brzegi oraz roz­le­gły obszar sprzy­jały wia­trom, a to przy­cią­gało ama­to­rów spor­tów wod­nych. Akwen sta­no­wił dodat­kowo część układu chło­dze­nia pobli­skiej elek­trowni. Dzięki temu jezioro przez cały rok było pod­grze­wane, a to dosko­nale wpły­wało na roz­wój róż­nych gatun­ków ryb. Były i amury, i toł­pygi, san­da­cze, kar­pie, lesz­cze. Nic dziw­nego, że czę­sto widy­wało się tu węd­ka­rzy. Dla Janka to była nuda. Wolał odpo­czy­wać na plaży z książką w ręce. Odpły­wał wtedy w świat, o któ­rym marzył.

Nad jezio­rem poja­wiała się też czę­sto prze­śliczna blon­dynka. Za każ­dym razem, gdy ją widział, bacz­nie się jej przy­glą­dał, ale był zbyt nie­śmiały, żeby do niej tak po pro­stu podejść. Para­li­żo­wał go lęk przed ewen­tu­al­nym ośmie­sze­niem. Nie sądził, by kie­dy­kol­wiek dane mu było ją poznać. Ale życie napi­sało dla niego inny sce­na­riusz...

Janek poszedł na przy­ję­cie do kole­żanki dziew­czyny Grze­go­rza, swo­jego przy­ja­ciela. Po roz­po­czę­ciu imprezy do pokoju weszła jej sio­stra. "No nie może być..." - pomy­ślał, robiąc wiel­kie oczy. To była ona, śliczna blon­dynka z plaży przy jezio­rze. Zabawa się roz­krę­cała, na stole poja­wił się też alko­hol. To on dodał Janowi odwagi, by włą­czyć się do roz­mowy w gru­pie, w któ­rej bry­lo­wała ona. Oka­zało się, że na imię ma Justyna. Od razu przy­pa­dli sobie do gustu. Odwza­jem­niła jego zain­te­re­so­wa­nie. Wkrótce potem zaczęli ze sobą cho­dzić.

Kolejne tygo­dnie mijały szybko. Nad­szedł syl­we­ster 1973 roku. Kole­dzy zała­twili zabawę w ośrodku elek­trowni w Koni­nie. W pakie­cie były także pokoje noc­le­gowe. "Już sama myśl, że będę z moją dziew­czyną sam na sam przez całą noc, nie pozwa­lała mi spać przez wiele kolej­nych dni" - wspo­mina Jan, sie­dząc w pociągu rela­cji Kosza­lin-War­szawa z cię­żarną żoną obok. "Dobrze, że ona nie wie, co mi się teraz przy­po­mniało". Wraca do wyda­rzeń sprzed ośmiu lat. Syl­we­ster w Koni­nie. Janek nie stro­nił od alko­holu. Po pół­nocy wszy­scy bie­siad­nicy zło­żyli sobie życze­nia. Potem wyraź­nie zmę­czony zabawą Jan udał się z Justyną do pokoju. Nad­szedł wresz­cie moment, przez który nie potra­fił zmru­żyć oka w ostat­nim cza­sie. Zaczęli się cało­wać. On zdjął koszulę, ona bluzkę. Poło­żył głowę na jej pier­siach i... zasnął. W Nowy Rok, zaże­no­wany sytu­acją i swoim zacho­wa­niem, szybko wymknął się z pokoju. Cho­ciaż Justyna nie miała ani uwag, ani pre­ten­sji, w Janku coś się zablo­ko­wało. Nie potra­fił się już nor­mal­nie wobec niej zacho­wy­wać. Nie­długo potem ich zwią­zek po pro­stu się roz­padł.

Po pię­ciu latach szkoły śred­niej przy­szedł czas na stu­dia. Wpraw­dzie z nie­śmia­ło­ści z cza­sów pod­sta­wówki nie zostało nie­mal nic, ale pew­ność sie­bie na uczel­nia­nych salo­nach przy­ćmie­wał brak pew­no­ści co do przy­szło­ści. Jan na­dal był zagu­biony w swo­ich marze­niach. Miał już dzie­więt­na­ście lat i nie wie­dział, czym chce się zaj­mo­wać w życiu. Wyuczony w tech­ni­kum zawód kom­plet­nie go nie inte­re­so­wał. Wręcz prze­ciw­nie - Janek nie lubił niczego, co było zwią­zane z elek­tryką i mecha­niką. Wybór stu­diów dla sie­bie pozo­sta­wił więc... rodzi­com. Osta­tecz­nie wylą­do­wał w Wyż­szej Szkole Inży­nier­skiej w Kosza­li­nie. Tam wcze­śniej uczył się jego szwa­gier. Spraw­dzona firma. To on nama­wiał na wybór kie­runku o ambit­nie brzmią­cej nazwie: "budow­nic­two", i to przy jego pomocy Jan został stu­den­tem pierw­szego roku. Mąż sio­stry wpro­wa­dził go w towa­rzy­stwo, wska­zał też to, co może być na egza­mi­nach i, oka­zał pierw­szo­rocz­nia­kowi wspar­cie psy­chiczne.

Dzięki szwa­growi Jan szybko poznał wielu star­szych kole­gów. Bły­ska­wicz­nie też wcią­gnął się w dzia­łal­ność róż­nych stu­denc­kich orga­ni­za­cji. Pra­co­wał mię­dzy innymi w klu­bie stu­denc­kim Kram jako tak zwany bram­karz. Kram był cen­trum uczel­nia­nego życia. Urzą­dzony w piw­ni­cach aka­de­mika numer jeden, cie­szył się dużą popu­lar­no­ścią wśród mło­dych ludzi z Kosza­lina. Zawsze było tu tłoczno i nie każ­demu uda­wało dostać się na zabawę. Brać stu­dencka nie ogra­ni­czała się jedy­nie do orga­ni­zo­wa­nia dys­ko­tek. W cza­sie Tygo­dnia Kul­tury Stu­denc­kiej, który póź­niej zastą­piły słynne juwe­na­lia, orga­ni­zo­wano kaba­re­ton, czyli spo­tka­nia kaba­re­tów, kon­certy z udzia­łem zespo­łów muzycz­nych i spo­tka­nia z inte­re­su­ją­cymi ludźmi. Do tego na przy­kład zawody w spły­wie po Dzier­żę­cince, rzece pły­ną­cej przez Kosza­lin. Zasady były pro­ste - można było pły­wać na wszyst­kim... oprócz łódek. "Pamię­tam jed­nego, który pły­nął na muszli klo­ze­to­wej przy­mo­co­wa­nej do desek". - Janek uśmie­cha się na wspo­mnie­nie tam­tych chwil.

Nic dziw­nego. Stu­dia w cza­sach komu­ni­stycz­nych były dla mło­dych ludzi rajem. Oczy­wi­ście wszystko zale­żało od kie­runku, ale w wypadku Janka nauka trak­to­wana była jako czyn­ność poboczna. Liczyła się głów­nie zabawa. Miał nawet kilku kole­gów, któ­rzy spe­cjal­nie prze­dłu­żyli swoje stu­dia o parę lat, nie zda­jąc egza­mi­nów. Bez pro­blemu można było powta­rzać rok. Brzmiało to prze­ra­ża­jąco, ale już zde­cy­do­wa­nie mniej, gdy oka­zy­wało się, że prze­cież cho­dzi o zale­d­wie jeden przed­miot... Wszystko po to, żeby mak­sy­mal­nie wydłu­żyć okres stu­dio­wa­nia. Nikomu nie spie­szyło się do ukoń­cze­nia uczelni i roz­po­czę­cia pracy. Jedyne zmar­twie­nie sta­no­wiły pie­nią­dze. Na szczę­cie moż­li­wo­ści zna­le­zie­nia doryw­czego zaję­cia nie bra­ko­wało. Była prze­cież stu­dencka spół­dziel­nia pracy. Tam zgła­szały się różne zakłady szu­ka­jące mło­dych ludzi do roz­ma­itych robót: przy prze­ła­dun­kach wago­nów, malo­wa­niu budyn­ków, kre­śle­niu pla­nów budow­la­nych i tak dalej. A Janek do tego otrzy­mał sty­pen­dium. Zakłady Budow­lane w Koni­nie zapew­niły mu pomoc finan­sową na czas stu­diów, choć był waru­nek - po ich ukoń­cze­niu musiał dla nich pra­co­wać przez jakiś czas. Naj­lep­szą metodą na zdo­by­cie więk­szej kasy był jed­nak wyjazd na Zachód w cza­sie waka­cji. Tutaj trzeba było się nie tylko dobrze zakrę­cić, lecz także sta­no­wiło to spore ryzyko. Szu­mań­ski dobrze sobie radził. Pra­co­wał w Ber­li­nie Zachod­nim. Każdy wyjazd zaczy­nał się jed­nak pechowo.

Rok 1979. Jan­kowi udało się dostać pasz­port. Posta­no­wił zary­zy­ko­wać. Naj­pierw wybrał się do Ber­lina Wschod­niego, w któ­rym spo­tkał się z Anią. Kole­żanka miesz­kała tam pod­czas waka­cji. Zakra­piana alko­ho­lem wizyta nie mogła jed­nak zakoń­czyć się tego samego dnia... Janek został na noc. Kolej­nego dnia pró­bo­wał przejść gra­nicę do Ber­lina Zachod­niego.

- Czło­wieku, czego tu szu­kasz? - ode­zwał się nie­przy­jem­nym tonem jeden z cel­ni­ków na przej­ściu gra­nicz­nym. Szu­mań­ski nie spo­dzie­wał się życz­li­wo­ści ze strony tych ludzi; sły­szał wiele histo­rii o tym, że nie­na­wi­dzili Pola­ków za to, iż w prze­ci­wień­stwie do nich mogą podró­żo­wać. Tam­ten spoj­rzał na pasz­port Janka i zaczęły się kło­poty. Chło­pak miał wizę tran­zy­tową ważną zale­d­wie przez dwa­dzie­ścia cztery godziny. Po tym cza­sie powi­nien opu­ścić NRD.

- Zjeż­dżaj stąd, młody, chyba że chcesz mieć kło­poty - stwier­dził cel­nik.

Jan wpadł w panikę. "Cho­lera jasna, co tu teraz zro­bić? Dokąd mam wró­cić?" - myślał, wlo­kąc się z powro­tem do miesz­ka­nia Ani. Tam zro­bił sobie her­batę i usiadł na łóżku. Przed sobą miał okno, z któ­rego w oddali widać było Ber­lin Zachodni. "Jak się tam dostać? - dumał. - Może pomogą pol­skie wła­dze? Trzeba spró­bo­wać". Poszedł do pol­skiej amba­sady, która mie­ściła się przy ulicy Unter den Lin­den. Pla­katy z żubrami, wize­runki pol­skich miast i uro­kliwe kra­jo­brazy zdo­biły ogro­dze­nie. "To musi być to". Wkrótce jego oczom uka­zała się też pol­ska flaga. Budy­nek typu Lipsk przy­po­mi­nał te, które w Pol­sce lat sie­dem­dzie­sią­tych rosły jak grzyby po desz­czu. Ich pier­wo­wzory powsta­wały wła­śnie tu, w Nie­miec­kiej Repu­blice Demo­kra­tycz­nej. Wszę­dzie ta sama sta­lowa kon­struk­cja, podobny układ kory­ta­rzy i znane Jan­kowi ele­wa­cje wypeł­nione pane­lami z har­to­wa­nego i bar­wio­nego szkła. Spo­tkać je można było w róż­nych odcie­niach nie­bie­skiego, cza­sem mie­niły się na zie­lono. Poja­wiały się też ceglane i rude. Był to dla niego miły swoj­ski akcent. Miał nadzieję, że urzęd­nicy amba­sady pomogą roz­wią­zać jego pro­blem, ale się prze­li­czył. "Pan zła­mał prawo prze­jazdu. Nie możemy panu pomóc". - Usły­szał tylko. To była ostat­nia deska ratunku. "I co teraz?" Prze­mie­rza­jąc ulice w dro­dze powrot­nej, widział mnó­stwo tra­ban­tów i wart­bur­gów. W Pol­sce też się poja­wiały, ale jed­nak u nas domi­no­wały już wtedy małe i duże fiaty oraz syreny. W Cze­cho­sło­wa­cji z kolei... "Cze­cho­sło­wa­cja! Eureka!" To był sza­lony pomysł. Janek nie miał poję­cia, czy to się uda. Wiele ryzy­ko­wał, ale nie miał innego wyj­ścia. Poże­gnał się z Anią i kupił bilet do Pragi. Wiza tran­zy­towa nie obo­wią­zy­wała mię­dzy kra­jami socja­li­stycz­nymi. Spoj­rzał na bilet. Miej­sce dwu­dzie­ste ósme w wago­nie numer dwa. Dziar­sko pode­rwał się i zszedł na peron. Tam już cze­kał pociąg do Cze­cho­sło­wa­cji. Droga prze­bie­gała dosyć leni­wie. Naprze­ciwko niego sie­dzieli rodzice z dwójką dzieci. Pew­nie jechali na waka­cje. Obok niego, przy oknie, młoda dziew­czyna w zwiew­nej koron­ko­wej spód­niczce i bia­łej blu­zeczce, ze sfa­ty­go­waną książką w ręce. Tytuł trudno było odczy­tać. Cho­wał się za pal­cem wska­zu­ją­cym posia­daczki i folią ochronną. Janek z cie­ka­wo­ścią obser­wo­wał współ­pa­sa­że­rów. Na gra­nicy nie­miecko-cze­cho­sło­wac­kiej wsie­dli cel­nicy z NRD. Po kolei pro­sili wszyst­kich o pasz­porty. Gdy nade­szła kolej na niego, zapy­tali:

- Dokąd jedziesz?

- Do kolegi w Pra­dze.

- Ile masz pie­nię­dzy?

- Nic nie mam. Kolega zapew­nia mi utrzy­ma­nie.

- Gdzie walizka? - Rozej­rzeli się podejrz­li­wie.

- Nie mam nic. Jadę tylko na jeden dzień.

Bar­dzo ich to zacie­ka­wiło, ale Jan naprawdę niczego przy sobie nie miał. Zosta­wili więc go w spo­koju.

W Pra­dze natych­miast kupił bilet na pociąg powrotny do Ber­lina Wschod­niego. Kom­bi­no­wał, że dzięki temu otrzyma nową pie­czątkę prze­kro­cze­nia gra­nicy z Niem­cami i tym spo­so­bem zmie­ści się w wyma­ga­nych dwu­dzie­stu czte­rech godzi­nach. Na gra­nicy cze­cho­sło­wacko-nie­miec­kiej sytu­acja się powtó­rzyła. Do wagonu wsie­dli... ci sami cel­nicy. Gdy pode­szli do Janka, nie kryli zasko­cze­nia.

- Dokąd jedziesz? - Ponow­nie padło pyta­nie o cel wyjazdu, ale tym razem ton już był zde­cy­do­wa­nie bar­dziej podejrz­liwy.

- Do Ber­lina. Muszę wró­cić, bo kolega się nie zja­wił, a ja nie mia­łem żad­nych pie­nię­dzy i innych rze­czy, żeby gdzie­kol­wiek się zatrzy­mać. Wra­cam do zna­jo­mych w Ber­li­nie.

Nie uwie­rzyli. Czuli, że coś jest nie tak. Prze­dział, w któ­rym sie­dział Janek, prze­wró­cili do góry nogami, pozo­sta­wia­jąc po sobie bała­gan. Byli prze­ko­nani, że coś prze­my­cał. Pod­czas prze­szu­ka­nia prze­kli­nali soczy­ście pod nosem. Niczego oczy­wi­ście nie zna­leźli. Zmie­rzyli go wzro­kiem i ode­szli bez słowa. Kiedy pociąg odjeż­dżał, stali usta­wieni przy oknie prze­działu Szu­mań­skiego, bacz­nie mu się przy­glą­da­jąc. Chyba wciąż się zasta­na­wiali, co i jak prze­wo­ził. Dal­sza podróż minęła w cał­ko­wi­tej ciszy. Współ­pa­sa­że­ro­wie chyba woleli się do Janka nie odzy­wać. Skoro prze­szu­ki­wali go cel­nicy, widocz­nie mieli ku temu powód. Ludzie wokół uni­kali nawet kon­taktu wzro­ko­wego. Jana to nie wzru­szało, bo wszystko wska­zy­wało na to, że jego plan wypali. W Ber­li­nie natych­miast udał się na gra­nicę i bez pro­blemu prze­szedł do Ber­lina Zachod­niego. Sytu­acja została opa­no­wana.

To była dopiero pierw­sza przy­goda. Zawsze tym wyjaz­dom towa­rzy­szyły jakieś pro­blemy. Rok 1980, waka­cje, tydzień przed wyru­sze­niem w podróż. Janka roz­bo­lał ząb. Poszedł do den­ty­sty w Kosza­li­nie, ale sto­ma­to­lo­dzy w tam­tych cza­sach bar­dziej przy­po­mi­nali sza­lo­nych naukow­ców, któ­rzy swo­ich pacjen­tów trak­to­wali jak kró­liki doświad­czalne, niż pro­fe­sjo­nal­nych leka­rzy. Wielu kole­gów Janka w ogóle nie miało odwagi, by cho­dzić do den­ty­sty. Zda­rzało się nawet, że sami sobie wyry­wali zęby. Nie­rzadko długo sie­dzieli w pocze­kalni, a kiedy nad­cho­dziła ich kolej, tchó­rzyli i ucie­kali. Janek jed­nak nie zre­zy­gno­wał. W gabi­ne­cie usły­szał, że sprawa jest na tyle skom­pli­ko­wana, iż lecze­nie wymaga kilku wizyt i zaj­mie zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż tydzień. Chło­pak pod­jął bły­ska­wiczną decy­zję.

- Pani go wyrwie - zażą­dał.

To był błąd... Pod­czas rwa­nia den­tystka pra­wie sie­działa Jan­kowi na kola­nach. Ząb nie chciał wyjść. Lekarka szar­pała nim w lewo i w prawo, a Szu­mań­ski czuł, że zaraz zemdleje. Po kil­ku­na­stu minu­tach, które trwały wiecz­ność, pani dok­tor w końcu się udało. Ból był jed­nak tak silny przez kolejne dni, że Jan musiał roz­drab­niać jedze­nie, bo nie dawał rady gryźć. Do wyjazdu zostało tylko kilka dni. Wró­cił do tej samej sto­ma­to­lożki. Po obej­rze­niu rany po wyrwa­nym zębie otwo­rzyła ją na nowo. Nie minęła chwila i wycią­gnęła stam­tąd... kawa­łek kości. Oka­zało się, że wyry­wa­jąc Jan­kowi zęba, poła­mała mu szczękę, a ten odła­mek był wła­śnie jej czę­ścią!

Ból nie usta­wał do dnia wyjazdu. Chło­pak nie zamie­rzał jed­nak z niego rezy­gno­wać. Stale towa­rzy­szyły mu tabletki prze­ciw­bó­lowe. W takim sta­nie wyje­chał do Nie­miec. Pierw­sze co zro­bił po wyna­ję­ciu miesz­ka­nia, to poszedł do łazienki z nożem kuchen­nym. W lustrze zoba­czył opuch­niętą twarz. Drżącą ręką otwo­rzył ranę. Wycią­gnął jesz­cze więk­szy kawa­łek kości niż den­tystka. Nie mając więk­szego wyboru, zalał wszystko wodą utle­nioną, łyk­nął śro­dek uśmie­rza­jący ból i poszedł spać. Następ­nego ranka obu­dziły go wpraw­dzie dole­gli­wo­ści, ale zde­cy­do­wa­nie mniej inten­sywne niż jesz­cze kilka godzin wcze­śniej. Z każdą kolejną godziną nastę­po­wała poprawa. Pod wie­czór Jan uznał, że jest wyle­czony. I fak­tycz­nie dole­gli­wo­ści nie wró­ciły.

Pierw­sze trzy lata stu­diów to był czas spę­dzany na wszyst­kim oprócz nauki. Do ksią­żek zaglą­dało się jedy­nie w krót­kich prze­rwach mię­dzy jedną imprezą a drugą. Wystar­czało to, by zda­wać egza­miny, ale o sty­pen­diach nauko­wych nale­żało zapo­mnieć.

Był rok 1980. Pol­ska zaczy­nała się zmie­niać. Ludzie budzili się z letargu, w któ­rym tkwili przez lata, zmu­szeni do tego przez komu­ni­styczne rządy w naszym kraju. W tam­tym cza­sie Jan uwa­żał się za mądrego i bystrego męż­czy­znę wcho­dzą­cego w praw­dziwą doro­słość, a tak naprawdę on i jego rówie­śnicy wciąż byli... dziećmi. Rzą­dziły nimi instynkty i emo­cje, a nie rozum. Szu­mań­ski jed­nak jako jeden z nie­licz­nych miał jakieś poję­cie o bar­ba­rzyń­stwie komu­ni­stów. Wie­dzę o histo­rii czer­pał z opo­wie­ści dziadka, który słu­chał Radia Wolna Europa. To on prze­ka­zał wnu­kowi wie­dzę o wyda­rze­niach z Katy­nia, tor­tu­ro­wa­niu więź­niów poli­tycz­nych i zabor­czej poli­tyce Związku Radziec­kiego. Jan nie zasta­na­wiał się wtedy jesz­cze, czy cokol­wiek można z tą wie­dzą zro­bić. Jed­nakże kiedy robot­nicy zaczęli się orga­ni­zo­wać i powstała Soli­dar­ność, pod­jął odważną decy­zję o zmia­nie swo­jego bez­tro­skiego życia. Wszel­kie zabawy zeszły na dal­szy plan. Zało­żył na swo­jej uczelni NZS - Nie­za­leżny Zwią­zek Stu­den­tów. Począt­kowo two­rzyło go zale­d­wie kilka osób. Więk­szość stu­den­tów nie była tym zain­te­re­so­wana. Inni po pro­stu się bali.

Zaan­ga­żo­wa­nie Szu­mań­skiego w orga­ni­za­cjach stu­denc­kich zostało szybko zauwa­żone przez śro­do­wi­sko uczel­niane. Dzięki temu wybrano go do komi­sji egza­mi­na­cyj­nej, która decy­do­wała o przy­ję­ciu kan­dy­da­tów na stu­dia. Rola stu­den­tów była tu pod­rzędna, ale mieli oni wgląd we wszyst­kie infor­ma­cje. Oprócz Jana w komi­sji był jego kolega Zby­szek. Posta­no­wili, że trzeba coś zro­bić, by na ich wydział dostały się... ładne dziew­czyny. Przed egza­mi­nami prze­glą­dali zdję­cia i każdy z nich wybie­rał po pięć kan­dy­da­tek. W ten spo­sób Szu­mań­ski tra­fił na Wie­się. W dniu jej egza­minu zaspał, nie mógł się ze wszyst­kim wyro­bić i w efek­cie przy­szedł na swoje sta­no­wi­sko nieco póź­niej. Zby­szek już na niego cze­kał.

- Wybra­łeś zdję­cia? - wysa­pał Janek, który ostat­nie kilka minut prze­biegł z torbą prze­pa­saną przez ramię. Zdjąw­szy ją, zdy­szany oparł się rękami o kolana, spo­glą­da­jąc na kolegę.

- Myśla­łem, że już nie przyj­dziesz.

Zby­szek wybrał dzie­sięć fotek, dla każ­dego po pięć. Jan posta­no­wił jed­nak, że sam szybko przej­rzy kar­to­teki. Na jed­nej z nich jego wzrok zatrzy­mał się na dłu­żej.

- Co jest? Ktoś wpadł ci w oko? - spy­tał go kum­pel, ale Szu­mań­ski udał, że nie sły­szy.

- Co z tą? - Pod­su­nął mu jedno ze zdjęć.

Zby­szek spoj­rzał, zro­bił wiel­kie oczy i ze zdu­mie­niem pokrę­cił głową.

- Cho­lerka, musia­łem nie zauwa­żyć - rzu­cił foto­gra­fię na sto­sik wybra­nek.

"To była moja przy­szła żona" - Szu­mań­ski ponow­nie wraca do teraź­niej­szo­ści i spo­gląda na sie­dzącą obok niego Wie­się. Ona nie ma poję­cia, o czym pod­czas ostat­nich godzin duma Jan. Uśmie­cha się do żony z czu­ło­ścią.

- Co ci? - pyta cicho Wie­sia, patrząc bacz­nie na męża. Bo dziwny ten jego uśmiech... Jakoś tro­chę teraz nie na miej­scu. A ona dość ma już emo­cji i bez zaska­ku­ją­cych zacho­wań Jana. Nie chce żad­nych dodat­ko­wych życio­wych fajer­wer­ków w tym momen­cie.

- No co? To już do wła­snej żony nie można się uśmiech­nąć? - Szu­mań­ski pusz­cza do niej oko i ponow­nie odwraca głowę w stronę okna. Chło­nie prze­su­wa­jące się za nim widoki. Nie wia­domo prze­cież, kiedy uda się sło­wiań­ską zie­mię ujrzeć ponow­nie. "To była moja przy­szła żona - powta­rza w myślach. - Cza­sami, kiedy znaj­du­jemy się w odpo­wied­nim miej­scu i cza­sie, trzeba umieć zna­leźć swoje prze­zna­cze­nie, wyko­rzy­stać chwilę. Każda z nich jest wyjąt­kowa i może się nie powtó­rzyć". Wraca do wspo­mnień.

Wie­sia nie potrze­bo­wała żad­nej pomocy, by dostać się na stu­dia. Była bar­dzo zdolna. I nie bała się egza­mi­nów, choć ten z mate­ma­tyki obrósł legendą. Star­sze rocz­niki stra­szyły, że nie zdaje go połowa stu­den­tów. Na dziew­czy­nie nie zro­biło to chyba więk­szego wra­że­nia. Jan był jed­nym z pierw­szych, któ­rzy poznali oceny. Na drugi dzień spo­tkał swój obiekt zain­te­re­so­wa­nia na kory­ta­rzu uczelni. Ofi­cjal­nych wyni­ków na tablicy ogło­szeń jesz­cze nie było. Pod­szedł do dziew­czyny i prze­ka­zał rado­sną wia­do­mość. Przy oka­zji wyko­rzy­stał sytu­ację i spy­tał, czy nie zechcia­łaby pójść z nim na dys­ko­tekę, żeby uczcić jej suk­ces. Zgo­dziła się, ale w domu powie­działa, że idzie na dys­ko­tekę... z pro­fe­so­rem z uczelni. "Nasza zna­jo­mość zaczęła się tro­chę nie­stan­dar­dowo" - myśli teraz Jan.

Rela­cje mię­dzy Janem a Wie­sią od początku były burz­liwe. Lipiec 1977 roku. Rodzina Szu­mań­skich przy­je­chała na waka­cje nad morze. Miesz­kali w Miel­nie koło Kosza­lina. Pew­nego wie­czoru zapro­sili mło­dych na zabawę taneczną w jed­nym z tam­tej­szych lokali. Janek cze­kał na uko­chaną przed aka­de­mi­kiem, w któ­rym miesz­kał, ale ona nie­stety się nie poja­wiła. Był zły i zawie­dziony. Zauwa­żył jed­nak sie­dzącą na ławce przed budyn­kiem dziew­czynę. Przy­siadł się do niej.

- Piękny wie­czór, co? - zagad­nął. Chyba się tro­chę prze­stra­szyła, bo od razu się odsu­nęła.

- A tak - mruk­nęła mało zachę­ca­jąco, chcąc prze­rwać roz­mowę z nie­zna­jo­mym.

- Co czy­tasz? - Zer­k­nął jej przez ramię. Mistrz i Mał­go­rzata Micha­iła Buł­ha­kowa. Jedna z ulu­bio­nych ksią­żek Janka. Dosko­nały punkt zacze­pie­nia, wspólny temat, który mógł ura­to­wać ten wie­czór. Spoj­rzał na zega­rek, czasu do roz­po­czę­cia imprezy nie zostało wiele. Wiesi wciąż nie było.

- Słu­chaj, nie będę owi­jał w bawełnę. Moja dziew­czyna się nie poja­wiła, a ja mam spo­tka­nie z rodziną na zaba­wie. Jeśli nie masz nic innego do roboty... Czy nie zechcia­ła­byś pójść tam ze mną? - zapro­po­no­wał.

Ona zro­biła wiel­kie oczy, słu­cha­jąc z nie­do­wie­rza­niem.

- Spo­koj­nie, nie jest to nic zobo­wią­zu­ją­cego, a możemy się po pro­stu dobrze bawić - dodał. O dziwo, nie trzeba było długo jej prze­ko­ny­wać. W dro­dze do Mielna roz­ma­wiali o książ­kach, fil­mach, muzyce. Ona oka­zała się arty­styczną duszą. "Pamię­tam zdzi­wione twa­rze rodzi­ców, któ­rzy już prze­cież znali Wie­się, gdy wsze­dłem z inną dziew­czyną. Nie zada­wali pytań, cho­ciaż do końca imprezy gnę­biło ich, co się stało. Gdzie jest Wie­sia? Kim jest ta nowa panna? O co cho­dzi?" - wspo­mina Jan. Po impre­zie wró­cił do aka­de­mika i zastał w pokoju kwiaty od Wiesi z notatką, że prze­pra­sza za spóź­nie­nie. "Bar­dzo mi wtedy było głu­pio. Na szczę­ście ta sytu­acja szybko poszła w nie­pa­mięć". Z nowo poznaną dziew­czyną nie miał potem kon­taktu. Układ był prze­cież pro­sty: on ma dziew­czynę, a na imprezę idą się tylko dobrze bawić.

To jedna z tych histo­rii poka­zu­ją­cych, że spo­tkały się dwa trudne cha­rak­tery. Każde z nich lubiło sta­wiać na swoim. Wza­jem­nie ze sobą zry­wali. Naj­pierw to ona jego rzu­ciła, a on stał pod jej bal­ko­nem, pro­sząc o prze­ba­cze­nie, wyzna­jąc miłość. Po dłu­gim cza­sie w końcu się udało. Wkrótce jed­nak coś w nim pękło i to on ją zosta­wił. Wtedy z kolei Wie­sia zabie­gała o jego powrót. Sce­na­riusz powta­rzał się kil­ka­krot­nie. Cho­ciaż czę­sto się kłó­cili, trudno im było bez sie­bie wytrzy­mać. Już wtedy wiele ich łączyło: taniec, czy­ta­nie ksią­żek, wycieczki rowe­rowe po oko­licz­nych tere­nach, a póź­niej dzia­łal­ność poli­tyczna. Wie­sia dała się poznać jako osoba inte­li­gentna, z poczu­ciem humoru i dystan­sem do sie­bie. Była bar­dzo ambitna, a do tego świet­nie tań­czyła. Ich zarę­czyny trudno uznać za jakieś wyjąt­kowe. Wspól­nie pod­czas jed­nej z roz­mów doszli do wnio­sku, że to chyba jed­nak miłość i naj­wyż­szy czas, by sfor­ma­li­zo­wać zwią­zek. Nie obyło się jed­nak bez zło­tego pier­ścionka zarę­czy­no­wego z dwoma ser­cami.

Ślub odbył się w Kosza­li­nie, w budynku jed­nostki woj­sko­wej. Obecne były rodziny z obu stron, przy­szło także wielu kole­gów Janka. Obo­wiązki zwią­zane z przy­go­to­wa­niem uro­czy­sto­ści i jej koszty podzie­lili mię­dzy sie­bie rodzice pary mło­dej. Anna i Euge­niusz pod­jęli się mię­dzy innymi zakupu alko­holu. To sta­no­wiło spore wyzwa­nie, bo zdo­by­cie go w więk­szej ilo­ści nie było w owych cza­sach łatwe. Gdy się z tym upo­rali, Janek scho­wał cenne butelki w schowku pod tap­cza­nem - w miej­scu, w któ­rym zwy­kle trzy­mało się pościel. W aka­de­miku wie­ści roz­cho­dziły się szybko, a trudno było nie zauwa­żyć Szu­mań­skiego idą­cego ze skrzyn­kami z alko­ho­lem. Dźwięk szkła niósł się po kory­ta­rzach. Jesz­cze tego samego dnia do jego pokoju kie­ro­wały się piel­grzymki stu­den­tów, któ­rzy pro­sili, by poży­czył butelkę na imprezę, bo oni nie mogli dostać. Nie pomo­gło nawet two­rze­nie skru­pu­lat­nych nota­tek, kto i ile wziął. Ter­min wesela zbli­żał się nie­ubła­ga­nie, a zna­jomi wódki nie zwra­cali. Janek wpadł w panikę. Bie­gał od pokoju do pokoju i bła­gał o zwroty. Osta­tecz­nie zabra­kło tylko kilku sztuk i nikt tego nie zauwa­żył.

Pod­czas wesela przed wej­ściem do lokalu na war­cie stało dwóch żoł­nie­rzy. Gościom było ich szkoda, więc co chwila ktoś wycho­dził na zewnątrz i dono­sił im po kie­liszku czy­stej. Każdy po jed­nym, ale owych współ­czu­ją­cych było wszak wielu... Po jakimś cza­sie żoł­nie­rze nie mogli ustać na nogach. Sie­dzieli pijani na scho­dach.

Pod koniec zabawy Euge­niusz zaczął odwo­zić gości do aka­de­mika. To tam Janek zała­twił im pokoje. Nie­stety, jego ojciec sam nie był w dobrym sta­nie. W któ­rymś momen­cie, cofa­jąc wóz, wje­chał w inny samo­chód. Uszko­dze­niu uległ bagaż­nik. Mimo to Szu­mań­ski senior zro­bił kilka rund i w końcu wszy­scy wesel­nicy zostali roz­lo­ko­wani w aka­de­miku. Zostali tylko Janek z Wie­sią. Sie­dzieli na scho­dach z pija­nymi żoł­nie­rzami, cze­ka­jąc, ale ojciec się nie poja­wiał. Wresz­cie po bar­dzo dłu­gim cza­sie nad­je­chał.

- Prze­pra­szam, kochani, zapo­mnie­li­śmy o was! - wymru­czał, wyska­ku­jąc z samo­chodu.

Rodzina Wiesi była nie­wie­rząca i ona sama została wycho­wana w tym duchu. Jej ojciec, puł­kow­nik Woj­ska Pol­skiego, był człon­kiem komu­ni­stycz­nego rządu. To Jan prze­ka­zy­wał jej wie­dzę uzy­skaną od dziadka i dzie­lił się z nią doświad­cze­niami z dzia­łal­no­ści stu­denc­kiej. Ona zaś szybko prze­jęła jego poglądy i razem z nim przy­stą­piła do dzia­łal­no­ści w pod­zie­miu. U Wiesi w rodzi­nie ni­gdy nie roz­ma­wiało się o prze­szło­ści ojca i o tym, w jaki spo­sób doro­bił się w PRL-u takiej funk­cji. Poli­tyka była tema­tem tabu. Nie poru­szano go. Wie­sia i jej star­sza sio­stra Ela nie znały żad­nej innej prawdy niż ta, którą przed­sta­wiała komu­ni­styczna wer­sja cudow­nego świata. Nie miały więc powodu, by docie­kać, jak jest w rze­czy­wi­sto­ści. Jak na pol­skie warunki powo­dziło im się cał­kiem nie­źle. Miesz­ka­nie w bloku otrzy­mali z przy­działu dla woj­sko­wych. Mieli też działkę - dzięki sta­no­wi­sku ojca.

Kiedy Janek go poznał, przy­szły teść był już jed­nak innym czło­wie­kiem. Chyba zaczy­nał rozu­mieć, jak nie­wy­dol­nym sys­te­mem jest komu­nizm. Tyle że przy­zna­jąc to, musiałby prze­kre­ślić wszystko, czym się do tam­tej pory zaj­mo­wał. Odsu­wał więc te myśli na bok. Stał się bar­dzo spo­koj­nym star­szym panem, który nie zabie­rał zbyt czę­sto głosu. Janek bar­dzo go lubił, choć znali się krótko. Czy jesz­cze kie­dyś go zoba­czy?

Dzia­ła­jąc w pod­zie­miu, świeżo upie­czeni mał­żon­ko­wie zaj­mo­wali się mię­dzy innymi dru­kiem ulo­tek. Jan wyko­rzy­stał swoje zna­jo­mo­ści na uczelni, by zyskać dostęp do pry­mi­tyw­nej dru­karki. Część ulo­tek roz­da­wał na uni­wer­sy­te­cie, inne roz­wie­szał w róż­nych czę­ściach mia­sta. Robił to w nocy, z duszą na ramie­niu, widząc w każ­dym prze­jeż­dża­ją­cym samo­cho­dzie zagro­że­nie. Nikt ni­gdy nie był pewien, z kim ma do czy­nie­nia. "Nawet teraz w pociągu wolimy z Wie­sią mil­czeć niż roz­ma­wiać, bo gumo­wych uszu nie bra­kuje - myśli Szu­mań­ski ze smut­kiem. - Wielu zna­jo­mych współ­pra­co­wało ze Służbą Bez­pie­czeń­stwa. Nawet nie­któ­rzy księża uda­wali, że nas popie­rają, a póź­niej prze­ka­zy­wali wia­do­mo­ści odpo­wied­nim urzę­dom..." Stu­denci z NZS mieli kon­takt z orga­ni­za­cją PAX. W prze­szło­ści zrze­szała ona kato­li­ków współ­pra­cu­ją­cych z komu­ni­stycz­nymi wła­dzami, póź­niej wspie­rała dążące do zmian oddolne ruchy. NZS-owi poma­gała w pod­sta­wo­wych czyn­no­ściach - jej dzia­ła­cze brali udział w przy­go­to­wa­niu i kol­por­tażu ulo­tek, infor­mo­wali o wyda­rze­niach w innych mia­stach, a przede wszyst­kim roz­ma­wiali o dal­szych pla­nach - zawsze stu­dząc gorące głowy mło­dych ludzi pełne bra­wu­ro­wych pomy­słów. Począt­kowo ulotki wyda­wane były w bar­dzo małej licz­bie. Zmiana nastą­piła, kiedy jeden z kole­gów zapro­po­no­wał pomoc swo­jej kuzynki pra­cu­ją­cej w spo­rym wydaw­nic­twie. Wtedy powstało reda­go­wane przez stu­den­tów cza­so­pi­smo "Po Pro­stu". Infor­mo­wało o wyda­rze­niach w kraju i o wyzy­sku Pol­ski przez ZSRR. Znaj­do­wały się tam też arty­kuły poli­tyczne dzia­ła­czy pol­skiego pod­zie­mia, a nawet żarty i dow­cipy dla poprawy humoru.

O praw­dzi­wej kon­spi­ra­cji nie było mowy. Służba Bez­pie­czeń­stwa dosko­nale wie­działa, kto i czym się zaj­mo­wał. Praw­do­po­dob­nie nie dostrze­gała w Janku i Wiesi na tyle groź­nych akty­wi­stów, by zawra­cać sobie głowę ich aresz­to­wa­niem. Być może zosta­wiła ich w spo­koju rów­nież dla­tego, że wta­jem­ni­czeni cze­kali na stan wojenny, aby móc zatrzy­mać wszyst­kich podej­rza­nych rów­no­cze­śnie. Do tego Kosza­lin ni­gdy nie był tak aktywny poli­tycz­nie jak Poznań, Gdańsk czy War­szawa. Dzia­łała tu led­wie garstka osób, któ­rej prze­wo­dziło młode mał­żeń­stwo. Naj­więk­szym suk­ce­sem ich ruchu było dopro­wa­dze­nie do strajku oku­pa­cyj­nego na uczelni. Grupa zor­ga­ni­zo­wała spo­tka­nie wszyst­kich stu­den­tów w sali gim­na­stycz­nej. Więk­szość na początku nie zamie­rzała przy­stę­po­wać do pro­te­stu. "Prze­ma­wia­li­śmy, i Wie­sia, i ja, ale nie pamię­tam, co dokład­nie powie­dzia­łem. Byłem bar­dzo zde­ner­wo­wany i jed­no­cze­śnie pod­nie­cony... Wiem jedy­nie, że na koniec odda­łem decy­zję, co dalej, w ręce stu­den­tów. Byłem szczę­śliwy i dumny, kiedy po pyta­niu, czy jeste­śmy gotowi na strajk, więk­szość pod­nio­sła ręce i wykrzy­czała: Strajk!" - Jan bez­wied­nie się uśmie­cha do tego wspo­mnie­nia.

Nowe zada­nie tro­chę ich jed­nak prze­ro­sło. Nauka i praca zarob­kowa nie zosta­wiały tak wiele wol­nego czasu, by mogli samo­dziel­nie roz­wi­jać wyma­rzone pismo. Mło­dzi się jed­nak nie pod­da­wali. Pokój Jana w aka­de­miku zamie­nił się w cen­trum kon­spi­ra­cyjne. Wie­lo­krot­nie gasił świa­tło dopiero nad ranem, kiedy wszy­scy wyszli. Zmę­cze­nie dawało się we znaki, tym bar­dziej że nie było wielu chęt­nych do pisa­nia arty­ku­łów. W rezul­ta­cie robili to głów­nie Szu­mań­scy. Nie­długo potem zna­leźli pomoc poza uczel­nią. Nie było innego wyj­ścia, ale w efek­cie wyszło im to na dobre. Dosta­wali ulotki z róż­nych miast, publi­ko­wali więc ich treść, a także arty­kuły pisane przez człon­ków KOR-u, czyli Komi­tetu Obrony Robot­ni­ków, oraz przed­sta­wi­cieli pozo­sta­łych orga­ni­za­cji pod­ziem­nych.

W tych zwa­rio­wa­nych cza­sach Wie­sia przy­nio­sła Jan­kowi nie­ocze­ki­waną wia­do­mość.

- Będziemy mieli dziecko! - oznaj­miła, cze­ka­jąc z nie­po­ko­jem na jego reak­cję.

Poczuł radość, ale i strach. Zaczęli pra­co­wać podwój­nie. Teraz już nie tylko dla sie­bie, lecz także w tro­sce o przy­szłość maleń­stwa. Żeby żyło w lep­szym świe­cie... Sytu­acja w Pol­sce wcale jed­nak tego nie uła­twiała. Zaczęły się repre­sje. Z innych uni­wer­sy­te­tów napły­wały wia­do­mo­ści o aresz­to­wa­niach. Jan czę­sto widy­wał bia­łego "dużego fiata" jeż­dżą­cego za jego "malu­chem". Mimo to na­dal nie zda­wał sobie sprawy ze skali zagro­że­nia i z wiel­ko­ści ryzyka, jakie podej­mo­wał.

Lipiec 1979 roku. To był tra­giczny dzień w życiu Szu­mań­skich. Wiesi ode­szły wody w pią­tym mie­siącu ciąży i zabrano ją do szpi­tala. Jan wiele godzin prze­sie­dział w pocze­kalni. Nie chciał uwie­rzyć w zły los. Cze­kał na chwilę, kiedy pojawi się żona z wia­do­mo­ścią, że wszystko jest w porządku i że mogą bez­piecz­nie wra­cać do domu. Nie­stety, zamiast niej zja­wił się lekarz i powia­do­mił, że dziecko uro­dziło się mar­twe. Wie­sia musiała jesz­cze zostać w szpi­talu. Wyszedł. Przed szpi­ta­lem zupeł­nie stra­cił nad sobą kon­trolę. Ni­gdy wcze­śniej nie pła­kał tak roz­pacz­li­wie. Wsiadł do samo­chodu. Nie ruszył jed­nak, bo nie wie­dział, dokąd jechać. Jedyne, o czym myślał w tam­tym momen­cie, to by zna­leźć kogoś, kto mógłby go wysłu­chać, zro­zu­mieć, pocie­szyć, do kogo mógłby się naj­zwy­czaj­niej w świe­cie przy­tu­lić. W końcu skie­ro­wał się do Środy Wiel­ko­pol­skiej. Tam miesz­kali jego sio­stra i szwa­gier. Jadąc, krzy­czał z roz­pa­czy. Po jego twa­rzy pły­nęły łzy. Potem wpadł w gniew. "Kurwa, dla­czego nam się to przy­da­rza?!" - myślał z wście­kło­ścią.

Po wielu godzi­nach jazdy zna­lazł się w końcu przy domu Oli. Nie zastał ani jej, ani szwa­gra. Wró­cił do samo­chodu i poje­chał przed sie­bie. Była już noc, a wokół las. Łzy nie prze­sta­wały napły­wać do oczu. Jan wpadł w rodzaj zobo­jęt­nie­nia i letargu. Do dziś nie wie, w jaki spo­sób wró­cił do Kosza­lina. Drogi powrot­nej nie pamięta. To była kosz­marna noc. Jakimś cudem w końcu się udało. Bar­dzo mu na tym zale­żało. Nie chciał jechać do Wiesi w tak złym sta­nie. Potrze­bo­wał wspar­cia, ale ona potrze­bo­wała go bar­dziej. Udał się do niej następ­nego dnia. Od feral­nej wia­do­mo­ści minęło co naj­mniej kil­ka­na­ście godzin. Po wej­ściu do szpi­tala nie­zau­wa­żony prze­mknął przez kory­tarz. Gdy do niej dotarł, nie mówili nic. Przy­tu­lili się tylko do sie­bie. Tak po pro­stu.

Kilka kolej­nych dni upły­nęło mu na leże­niu w łóżku. W końcu jed­nak musiał się ruszyć. Trzeba było zor­ga­ni­zo­wać pogrzeb. Sam wło­żył do trumny zawi­nięte w biały mate­riał ciało dziecka. Sam niósł tru­mienkę do miej­sca, w któ­rym maleń­stwo miało zostać pocho­wane. Ból i żal były nie do opi­sa­nia.

Teraz w pociągu rela­cji Kosza­lin-War­szawa oczy Jana ponow­nie wil­got­nieją. "Spo­czy­waj w pokoju, moja kochana Moniko" - koła­cze mu się w gło­wie. Nagle orien­tuje się, że jest w prze­dziale. Łzę, która spływa po policzku, szybko wyciera ręka­wem. Nie chce, by kto­kol­wiek ją widział, a już szcze­gól­nie nie Wie­sia.

Przez długi czas cmen­tarz odwie­dzał codzien­nie. Pew­nego razu, sto­jąc przy gro­bie córki, usły­szał podej­rzany ruch za ple­cami. Nawet nie zdą­żył się odwró­cić. Obu­dził się, leżąc na ziemi, z głowy cie­kła mu krew. Ból nie pozwa­lał myśleć o tym, co się stało. Z tru­dem doszedł do miesz­ka­nia rodzi­ców Wiesi, gdzie ocze­ki­wała go żona.

- Mój Boże, Jan! Co ci się stało?!

Nie potra­fił jej jed­nak dać żad­nego wyja­śnie­nia. Był oszo­ło­miony. "Ni­gdy nie poznamy prawdy. Musiał to być któ­ryś z tych, co nas prze­śla­do­wali, ale pew­no­ści ni­gdy nie można mieć. Nie lubię two­rzyć teo­rii spi­sko­wych. Jestem czło­wie­kiem fak­tów" - pod­su­mo­wuje teraz.

Wkrótce po pogrze­bie trzeba było wziąć się w garść. Na hory­zon­cie ryso­wało się zakoń­cze­nie stu­diów. Zgod­nie z prze­pi­sami po nich musiał zgło­sić się do woj­ska. Posta­no­wił tego nie odkła­dać. Popro­sił teścia o zała­twie­nie służby natych­miast po zakoń­cze­niu nauki. Ten wró­cił jed­nak z wia­do­mo­ścią, że prośba została odrzu­cona. "Nie chcieli mnie w woj­sku ludo­wym. Coś podob­nego. O czymś takim ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łem. Pew­nie woleli nie przyj­mo­wać ludzi zwią­za­nych z pod­zie­miem" - Janek wspo­mina teraz swoje zdu­mie­nie. Szybko wró­cił do dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej. Wycho­dził z zało­że­nia, że tylko praca pozwoli mu w miarę nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

Kiedy Jan był na ostat­nim roku stu­diów, w naro­dzie coś zaczęło pękać. Wszystko wska­zy­wało na to, że ludzie wyjdą na ulice. W Nie­za­leż­nym Związku Stu­den­tów górę zaczęły jed­nak brać nastroje ugo­dowe. Stu­denci się bali i chcieli robić wszystko ostroż­niej. Jan z takim sta­no­wi­skiem się nie zga­dzał, więc zre­zy­gno­wał z prze­wo­dze­nia orga­ni­za­cji. Zastą­piła go Wie­sia. On sam skon­cen­tro­wał się na wyda­wa­niu "Po Pro­stu". Ostroż­ność wyni­kała rów­nież z tego, że coraz wię­cej mówiło się o pla­no­wa­nym strajku gene­ral­nym Soli­dar­no­ści. Janek sam czę­sto zasta­na­wiał się nad poczy­na­niami "S" i innych związ­ków. Mie­wał wąt­pli­wo­ści. A może marze­nia o wol­no­ści i zwy­cię­stwie nad komu­ni­zmem to roje­nia naiw­nej mło­dzieży? Choć ni­gdy nie zwąt­pił w sens dzia­łal­no­ści w pod­zie­miu soli­dar­no­ścio­wym, zaczy­nało mu po pro­stu bra­ko­wać wiary w przy­szłość.

Wio­sna 1981 roku przy­nio­sła w końcu Szu­mań­skim rado­sną wia­do­mość. Wie­sia ponow­nie zaszła w ciążę. Zaczęli czę­ściej roz­ma­wiać o przy­szło­ści i o tym, co powinni zro­bić. Mło­dzi mał­żon­ko­wie spo­dzie­wali się ogól­nego powsta­nia, a do tego Jana nie chcieli w woj­sku. To było jak ostrze­że­nie: "Jesteś, czło­wieku, na liście podej­rza­nych, w każ­dej chwili spo­dzie­waj się aresz­to­wa­nia". Do tego wszyst­kiego dziecko i strach przed nie­zna­nym. Czy przed­wcze­sny poród może się powtó­rzyć? Jakie są szanse na bez­pieczne życie dziecka w tym kraju? Pro­ble­mów było wię­cej. Janek ukoń­czył stu­dia, ale obrona pracy dyplo­mo­wej została wyzna­czona na póź­niej­szy ter­min. Wie­sia miała jesz­cze jeden rok do zali­cze­nia. Wie­dzieli, że jeśli wyjadą z Pol­ski, prze­kre­ślą kilka lat nauki. Będą zaczy­nać od zera. Do tego docho­dziły nie­zna­jo­mość języ­ków obcych i po pro­stu brak pie­nię­dzy. Prze­ra­żało też pozo­sta­wie­nie bli­skich w Pol­sce. Wiara w sie­bie samych, marze­nia i nadzieje kazały wyjeż­dżać. Rozum i logika pod­po­wia­dały, że lepiej pozo­stać w kraju. Szalę prze­wa­żyła infor­ma­cja, którą mło­dym prze­ka­zał ojciec Wiesi. Puł­kow­nik wprost powie­dział, że w woj­sku coś się zaczyna zmie­niać - trwają jakieś przy­go­to­wa­nia "jesz­cze nie wia­domo do czego", ale to wszystko, jego zda­niem, powią­zane jest z Soli­dar­no­ścią. W tam­tym momen­cie mał­żon­ko­wie pod­jęli naj­waż­niej­szą decy­zję w życiu - wyjeż­dżają. Był czer­wiec 1981 roku.

Odgłos hamo­wa­nia pociągu wyrywa Jana ze wspo­mnień, teraz już tych naj­śwież­szych, bo zale­d­wie sprzed tygo­dnia. Sta­cja War­szawa Cen­tralna.