ROZDZIAŁ I
Strach przed nieznanym
Każdy z nas sam decyduje o swoim życiu. Wybiera kierunki, cele, szuka
najlepszych dróg, choć nie zawsze tych najłatwiejszych. Wydaje się, że
nad wszystkim panujemy i mamy pełną kontrolę. Często jest to bardzo
mylne wrażenie. Są momenty, w których potykamy się o drobne przeszkody.
Pojawiają się też niespodzianki, które mogą zmienić całą naszą
przyszłość - przypadkowe spotkania, zobaczenie czegoś, co robi na nas
niezapomniane wrażenie, setki nawet najdrobniejszych rzeczy, gestów,
ludzi potrafiących zmienić drogę, po której szliśmy. I tak życie zacznie
przebiegać w równoległym wszechświecie. W okresie pierwszych kilkunastu
lat życia natykałem wielokrotnie na takie przeszkody, które powoli
zmieniały kierunek mojej egzystencji. Nadszedł dzień, kiedy stało się to
widoczne, i skręciłem z mojej wytyczonej trasy w poszukiwaniu nieznanej
przyszłości.
Lipiec, 1981 rok. Pociąg relacji Koszalin-Warszawa. Dwie torby
pozostawione w przedziale. W wagonie tłoczno, ale pojedyncze miejsca są
jeszcze wolne. Jan z Wiesią stoją przy otwartym oknie, tyłem do
pozostałych pasażerów, jakby nie chcieli dać po sobie poznać, jak bardzo
są przerażeni. Promienie słońca otulają ich twarze, jak gdyby chciały
zapytać, dlaczego tych dwoje się nie uśmiecha. Dzień słoneczny, niebo
bezchmurne, nie trzeba walczyć z parasolami i porywistym wiatrem. Im
jednak nie jest do śmiechu. Po policzkach spływają łzy. Wyruszają w nieznane. Dokładnych planów przecież nie mają. Pozostała im jedynie
wiara w słuszność podjętej niedawno decyzji.
Na peronie obdrapanego koszalińskiego dworca stoi Danusia, koleżanka
Wiesi ze szkoły średniej, jedna z nielicznych osób znających prawdziwy
powód podróży młodych. W czasie studiów nie rozmawiały ze sobą często,
ale tuż przed wyjazdem relacje się odnowiły. Jan zna Danusię tylko z krótkich spotkań, właśnie to go dziś martwi najbardziej. "Czy to
bezpieczne zaufać komuś po tak długiej nieobecności w naszym życiu? -
zastanawia się. - Czy to przypadek, że Danka pojawia się w naszym
świecie tu i teraz? Ktoś ją wysłał czy to znak od losu, że nie trzeba
wyjeżdżać, a po prostu ożywić dawne przyjaźnie i znajomości? A może po
prostu przesadzam?" W jego głowie pojawiają się różne myśli.
Obok Danki stoją rodzice Wiesi. Ich uśmiechy zdradzają, że nie do końca
zdają sobie sprawę z tego, jakie naprawdę plany mają córka i jej mąż.
Wiedzą jedynie, że młode małżeństwo wyjeżdża szukać swojego szczęścia do
Austrii. Dobra praca, wyższe zarobki, nauka języka, słowem - większe
szanse na to, by się dorobić i zapewnić sobie lepszy start we wspólną
dorosłość. Od kilku lat Polacy, jadąc tam, nie muszą legitymować się
wizą, więc Wiedeń stał się naturalnym kierunkiem dla wielu rodaków.
Najbliżsi Wiesi nie mają pojęcia, że młodzi nie planują już wrócić do
kraju. O tym wie tylko rodzina Janka, która jest daleko stąd, w Wielkopolsce. Nie była zachwycona, gdy dowiedziała się o owym pomyśle.
Rodzice Jana boją się, że coś może pójść nie tak, że ich syn z żoną
wpadną w poważne tarapaty i przy okazji pociągną w przepaść
najbliższych. Jan wie, że gdyby matka była obecna teraz na dworcu, łzy
spływałyby jej po policzkach, ale nie zapomniałaby nakreślić mu znaku
krzyża na czole. Na drogę, dla błogosławieństwa.
Para z lokomotywy zaczyna snuć się w powietrzu. Gwizdek konduktora.
Odjazd. Ostatnie mrugnięcie okiem, by dodać otuchy, ostatnie
podniesienie dłoni na pożegnanie. Jan wpatruje się w postać Danusi,
która powoli maleje w oddali, aż w końcu niknie zupełnie. Jej życzenia
szczęścia zgubiły się w hałasie ruszającego pociągu. Wiesia patrzy pełna
nadziei na męża. Zostają sami.
Podróż przebiega w milczeniu. Wlecze się niemiłosiernie, jakby miał to
być sygnał od losu, od Boga, że może jednak to nie jest dobry pomysł; że
może dostali czas na to, żeby zawrócić. W końcu Warszawa, to wyłącznie
Warszawa - stolica, ale nie taka straszna. Oboje ją znają, i to nie
tylko z opowiadań. Podróże nie są im obce, szczególnie Janowi. Po szkole
podstawowej odwiedził rodzinę w Wielkiej Brytanii. A teraz? A teraz
robią sobie wycieczkę i wrócą. Tak przecież myślą wszyscy.
Tlą się w nich strach i niepewność, bo ruszają w nieznane. Nie wiedzą,
czego się spodziewać. Gdy tak siedzą w ciasnym przedziale na niewygodnej
kanapie, przez głowy przebiegają im wszystkie możliwe scenariusze
ryzykownej eskapady. Rozważają je wspólnie, ale i każde z nich osobno.
Jan stara się szukać pozytywów, wyobraża sobie radosne momenty, które
mogą ich czekać w nowym świecie, lecz niemal natychmiast zastępują je
pełne niepokoju przewidywania, skupiające się na możliwych
niepowodzeniach i trudnościach. Nie chcąc martwić żony, próbuje się
uśmiechać, ale sądząc po jej reakcji, chyba mu się to nie udaje.
- Tak naprawdę pierwszy raz jesteśmy sami, co? - zagaduje nieśmiało
Wiesia, z trudem pokonując lęk i poczucie zawstydzenia. Nigdy wcześniej
na nic podobnego się nie odważyła. Nigdy też nie myślała, że będzie tak
śmiała w realizacji postanowień. Ale czasy nie są łatwe. Gdyby było
inaczej, w życiu nie zdecydowałaby się na takie ryzyko. Nic więcej nie
mówi. Skąd można wiedzieć, kto siedzi obok. Komunizm skutecznie
zakorzenił w ludziach brak zaufania. Z jednej strony - tej wynikającej
głównie z biedy - każdy chce każdemu pomóc, z drugiej zwyczaj donoszenia
kwitnie w najlepsze. Gdyby ktoś niepożądany dowiedział się o ich
planach, w najlepszym wypadku mogłoby to się skończyć wizytą na
komisariacie. O dalszych konsekwencjach wolała nawet nie myśleć, bo
przeszywał ją paraliżujący strach o własną przyszłość. Patrzy na Jana i te dwie walizki, w połowie wypełnione ich ulubionymi książkami. To
Bracia Karamazow, Biesy i Zbrodnia i kara Fiodora Dostojewskiego,
Opowieść wigilijna i Klub Pickwicka Charlesa Dickensa oraz Grona
gniewu Johna Steinbecka. Janek ma nadzieję, że ich historia będzie
miała lepsze zakończenie niż bohaterów powieści zdobywcy Nagrody
Pulitzera i Literackiej Nagrody Nobla, którzy odczuwali skutki wielkiego
kryzysu. Susza znana jako Dust Bowl sprawiła, że rodzina farmerów
podjęła odważną decyzję, by rozpocząć mozolną podróż z Oklahomy do
Kalifornii w poszukiwaniu lepszego życia, przyszłości i godności. Jan
nie chciałby skończyć jak bohaterowie książki. Im musi się udać. No i Droga 66. Droga Matka od Chicago do Santa Monica w Kalifornii. Kilka
tysięcy kilometrów, które rozpalają wyobraźnię młodych i wszystkich
tych, którzy chcą poczuć wolność pełną piersią niczym nonszalancki Sal
Paradise z powieści W drodze Jacka Kerouaca.
Wpijające się w uda rogi paszportów spoczywających w kieszeniach
przypominają o swym istnieniu. Szumańskim udało się je dostać dość
łatwo, nawet bez łapówek, co przecież wcale nie jest takie oczywiste.
Pomogła w tym z pewnością coraz bardziej napięta sytuacja polityczna w kraju. Jest 1981 rok. Kilka miesięcy wcześniej prymas Stefan Wyszyński w swoim kazaniu zdecydowanie poparł strajk generalny Solidarności na
Podbeskidziu, a nowy premier, generał Wojciech Jaruzelski, wprowadził
kartki na mięso, wędliny, ryż, kaszę, mąkę i masło. Kolejne rozmowy
między Kościołem katolickim, władzami a Solidarnością nie przynosiły
rezultatów, a ludzie czuli, że coś złego wisi w powietrzu. Komunistyczne
władze wydały Jankowi i Wiesi paszporty prawdopodobnie dlatego, że nie
chciały, by ludzie tacy jak oni przebywali w kraju stojącym na skraju
coraz to bardziej rozlewających się rozruchów. Odważni, niepokorni.
Takich w PRL-u nie trzeba.
W drugiej kieszeni Jan ma zwinięte w rulonik kilkaset zaoszczędzonych
dolarów. W czasie studiów kilkakrotnie wyjeżdżał do pracy do Berlina
Zachodniego. To tam udało mu się zarobić trochę zielonych, które
umożliwiły mu dość wygodne życie na studiach. Reszta przyda się teraz na
wyjazd. Jan pogrąża się we wspomnieniach. Jego myśli uciekają w przeszłość.
Golina. Małe miasteczko w Wielkopolsce. Lata sześćdziesiąte poprzedniego
stulecia. Przypadkowo przejeżdżający jego ulicami kierowca nie znajdował
tu nic, co mogłoby przykuć uwagę. Główna ulica, kilka pomniejszych,
które ją przecinały, kilka ważnych dla mieszkańców budynków: kościół,
remiza strażacka, gospoda i szkoła. Większość domów zaniedbana i biedna.
Niewiele osób spacerujących po popękanych chodnikach i parę innych,
siedzących na nielicznych miejskich ławkach. Nic ciekawego. Ale dla
Jana, jego rodziny i rówieśników to cały świat. Przyzwyczajeni do biedy
nie zwracali uwagi na niezbyt interesujące otoczenie. Sercem miasteczka
byli ludzie, którzy potrafili cieszyć się tym, co mieli. Żyło ich tu
zaledwie kilka tysięcy. Jak to w małych miasteczkach, każdy mieszkaniec
miał swoją ważną rolę społeczną do odegrania, nawet jeśli polegała na
egzystencji samej w sobie. Wśród nich chociażby pijaczyna śpiący na
ławce czy sprzedawca w sklepie spożywczym, sprawiający wrażenie osoby
mającej kontakt z lepszym światem i to tylko dlatego, że można było u niego kupić coś od święta. Nie żeby wszystkiego brakowało. Wręcz
przeciwnie - większość towarów codziennego użytku była dostępna. Tylko
za co je kupić? Tak czy siak, z takim trzeba było dobrze żyć. Niektórzy
mieli mniej szczęścia w życiu albo i sami wybierali taką drogę. Na
przykład biedni chodzący po domach z pytaniem, czy można w czymś pomóc.
Szkoda tylko, że zamiast zapłaty w gotówce woleli szklaneczkę
denaturatu. Żyjąc w takich miejscowościach jak Golina, oczekiwało się
tych samych codziennych obrazków, a każde odstępstwo od normy uważano za
co najmniej dziwaczne, czasem nawet niestosowne. W drodze do piekarni po
chleb siedzącym na ławkach i znudzonym życiem denatom mówiło się "dzień
dobry", później stało się w kolejce po świeże pieczywo, którego zapach
roznosił się po okolicy. W tym samym czasie kłaniało się ("Niech będzie
pochwalony") przechodzącemu księdzu, który spieszył odprawić poranną
mszę, ale grzecznie się zatrzymywał, by wysłuchać narzekań sąsiada na
hemoroidy. Wszyscy się tu znali. Zachowanie czegoś w tajemnicy było
niemożliwe. Wiadomości przekazywano od progu do progu, przechodziły z ucha do ucha niemalże z prędkością światła. Osią tej komunikacji był
listonosz. Domy i mieszkania nie miały bowiem jeszcze skrzynek
pocztowych, listonosz dostarczał zatem przesyłki bezpośrednio do rąk
odbiorcy. Tym sposobem codziennie miał bezpośredni kontakt z dużą grupą
mieszkańców. To oni byli jego głównymi źródłami informacji. A on nie
potrafił utrzymać języka za zębami. Czuł się ważny i potrzebny, gdy mógł
podzielić się lokalnymi nowościami. Plotki i ploteczki roznosiły się
więc szybko. Wszyscy wiedzieli, kto się z kim kłóci, kto i na co
choruje, kto się upił dzień wcześniej... Najbardziej pożądaną wiadomością
było jednak to, kto kogo i z kim zdradzał. Listonosz wiedział wszystko.
Od niego też zależało, komu "sprzedał" jakąś informację. To proste - ci,
których lubił bardziej, byli poinformowani lepiej. Lata później Jan
odkrył coś jeszcze. Sprawa dotyczyła listów z Anglii. Brat jego dziadka
został po II wojnie światowej na Wyspach i założył tam rodzinę. Jego
córka od czasu do czasu spędzała wakacje u rodziny w Polsce.
Pewnego razu listonosz, wysoki pan z czarnym wąsikiem, jak zwykle
pojawił się rano na ganku. Uśmiechnął się do matki Jana, podając list z Anglii. Podziękowała, odłożyła kopertę na pobliski stół, nie zważając na
to, że doręczyciel przebierał nogami, by zwrócić na siebie jej uwagę.
- Pani Anno, nie sprawdzi pani? - wydusił w końcu po krótkiej wymianie
informacji na temat tego, co dzieje się w Golinie.
- Później, jak skończę swoją robotę.
- Myślę, że jednak warto go otworzyć. Nie wiadomo, co tam w środku. Wie
pani, może jakaś ważna wiadomość? Lato przecież mamy. Może znów
przyjeżdżają z Anglii na wakacje?
W oczach matki Jan dostrzegł rezygnację. Szybkim ruchem otworzyła
kopertę i zaczęła wodzić wzrokiem po tekście, a na jej twarzy malowało
się coraz większe zdziwienie.
- Miał pan rację - stwierdziła zaskoczona. Listonosz uśmiechnął się
triumfalnie. "No proszę, znowu zgadłem!" - mówiła jego mina. Ukłonił się
na pożegnanie, poprawił torbę na ramieniu i ruszył w drogę. Czas biegł
nieubłaganie, a przecież jeszcze tyle przesyłek i... informacji było do
przekazania.
- To naprawdę dało się tak łatwo przewidzieć? - spytała matka z niedowierzaniem w głosie po chwili milczenia. Na to podekscytowany Jan
zaproponował:
- Mama, sprawdźmy, czy on tam nie zajrzał!
Trzymając kopertę nad parą, łatwo ją było otworzyć bez konieczności
rozdzierania, bo klej się rozpuszczał. Wystarczyło zagotować wodę. Tylko
jak listonosz mógł to zrobić podczas porannego obchodu? A jednak list
rzeczywiście wyglądał tak, jakby go ktoś otwierał. Najwidoczniej
doręczycielowi nie wystarczały informacje przekazywane przez innych i potrzebował, powiedzmy, dodatkowych i bardziej ekscytujących wieści.
Wszak to takimi sprawami żyła Golina. Nie było się jednak o co obrażać.
Matka Jana na wścibstwo zareagowała śmiechem. Żadnych oskarżeń i kłótni
nie było. Po co wchodzić w konflikt z lokalnym urzędnikiem? Nic
strasznego się przecież nie stało. Życie toczyło się więc dalej swoim
wolnym rytmem.
Pociąg zwalnia i staje. Brak miarowego rytmu kół wyrywa Jana ze
wspomnień. Stacja Gdańsk. A jak Gdańsk, to i morze. Przydałby się kojący
szum jego fal. Korci wizja natychmiastowej wysiadki i leniwego
wylegiwania się na plaży. Nawet korzystające z uroków lata tłumy by nie
przeszkadzały. Ważne, aby na dnie morza móc zatopić wszelkie troski,
rozterki, wahania... "Połowa drogi do Warszawy za nami" - myśli Jan,
zerkając na żonę. Wiesia z emocji i ze zmęczenia śpi kamiennym snem. Jej
mąż wygląda przez okno. Na peronie brzdąc trzymany za rękę -
prawdopodobnie przez ojca - macha w kierunku któregoś z wagonów. Jan
trochę malcowi zazdrości. Świat dzieci nawet w tych trudnych czasach na
ogół jest beztroski i szczęśliwy, bo najczęściej nie zdają sobie one
sprawy z biedy czy narzuconego sytemu politycznego, w którym przyszło im
żyć. To bardziej problem rodziców.
Gdy Jan był dzieckiem, jego ojciec, Eugeniusz, przeważnie miał mnóstwo
zajęć - pracował przez osiem godzin dziennie jako kierownik zakładu
utylizacyjnego, w którym przerabiano nieżywe zwierzęta na mączkę i paszę, a w położonym blisko Goliny Myśliborzu grywał na niedzielnych
mszach w kościele jako organista. Jakby tego było mało, to jeszcze na
jego głowie była orkiestra dęta straży pożarnej. "Tata był utalentowany
i spełniał się jako muzyk" - rozmyśla Jan, a na jego twarzy widać
podziw. Eugeniusz i jego bracia stworzyli nawet zespół, często na
zabawach koncertowali przez całą noc. Ojciec dorabiał, jak mógł. Jeśli
znalazł się klient, to i samochód mu pomalował. Do domu wracał zmęczony.
W głowie Jana jawi się obraz taty, który po obiedzie siadał na kanapie i oglądał telewizję. "Pamiętam, jak z siostrami siedzieliśmy na jego
ramionach i wyrywaliśmy pojawiające się coraz częściej siwe włosy" -
wspomina. Ojciec zasypiał szybko. Na zabawę z dziećmi sił już brakowało.
Teraz przed oczami Jana pojawia się mama Anna. Jak większość kobiet
pracowała prawie bez przerwy. Zawsze wstawała pierwsza, paliła w piecu,
przygotowywała dla wszystkich śniadanie, robiła zakupy, gotowała
pozostałe posiłki i sprzątała dom. Toaleta i centralne ogrzewanie
pozostawały w sferze marzeń. Wodę matka podgrzewała zatem w garnkach,
żeby można było w ogóle zrobić pranie - oczywiście nie w pralce, lecz na
tak zwanych tarach. Po płukaniu bieliznę wieszała na sznurkach. A potem
prasowanie... Jan kąpał się co kilka dni w budynku gospodarczym należącym
do właścicieli domu, w którym mieszkali. Wodę na kąpiel mama również
grzała na węglowej kuchence.
Jan ma też dwie siostry. Starsza Ola zawsze była blisko niego. Młodszemu
bratu imponowało to, że mógł spotykać się z jej starszymi koleżankami.
Ola pomagała mu też w wielu rzeczach i prowadziła go przez życie.
Nauczyła na przykład tańczyć. Nie było to łatwe. Do końca szkoły
podstawowej nie lubił tego i jakoś nie potrafił opanować kroków. Zawsze
wstydził się na zabawach. "Ale ona to zmieniła - pomyślał z czułością. -
Był początek szkoły średniej. Olka wzięła mnie do pokoju gościnnego i zamknęła drzwi. Puściła muzykę z gramofonu Bambino i powiedziała, że
teraz nauczy mnie tańczyć". Na myśl o tym kąciki jego ust unoszą się w uśmiechu. Miał problem, by się przełamać, ale w końcu się udało. Ola nie
odpuszczała, a jako starsza siostra wzbudzała szacunek. Nigdy go nie
zawiodła. Mógł jej zaufać, nawet jakby nie wyszło. Jan zdał u niej
egzamin i od tamtej pory doskonale bawił się na wszystkich imprezach z tańcami.
Grażyna jest najmłodsza. Jak to w wielu rodzinach drzewiej bywało,
najmłodsze dziecko było odsuwane przez starsze rodzeństwo. Tak też było
u Szumańskich. Janek trzymał sztamę z Olką. Grażyna często
przeszkadzała. Dosłownie i w przenośni. Dopiero później, pod koniec
szkoły średniej, kiedy dojrzał i zaczął inaczej pojmować życie, miłość
między rodzeństwem rozkwitła. Nie mogło być inaczej. Tak ich wychowano.
Rodzice dawali im sporo swobody, bo wszyscy wzajemnie darzyli się
zaufaniem. Co nie znaczy, że młodych Szumańskich wychowywała ulica. Mama
i tata sprawdzali, jak idzie im nauka w szkole i czy wychodzą do
kościoła. Zawsze, gdy młodzi opuszczali dom, rodzice zadawali podstawowe
pytania: "Dokąd idziesz?" i "Lekcje odrobione?". I nakazywali: "Tylko
nie wracaj za późno!". Rodzice jedno, oni drugie... - delikatny uśmiech
znowu pojawia się na twarzy Jana. Ani on, ani siostry nie byli ideałami,
o nie... Znikali przecież czasem na kilka godzin, aby udać się do
pobliskiego stawu na kąpiel. Obok jeziorka był las, to i grzybów można
było nazbierać. Zimą, gdy rozlewiska rzeki Warty były zamarznięte,
rodzeństwo jeździło na łyżwach. "Świat idealny dla dzieci, bo bez
większej kontroli i zdawania sprawozdań, co się w danym momencie robiło.
Przy całym swoim braku czasu rodzice dawali nam jednak to, co
najważniejsze, czyli miłość" - wspomina teraz Jan z rozrzewnieniem.
Zawsze, gdy mówi o rodzicach, bez wahania podkreśla, że nauczyli go
uczciwości, wartości prawdziwej przyjaźni oraz szacunku wobec innych i dla pracy. W jego mniemaniu miłość mamy była bezgraniczna. W końcu Anna
nigdy nikomu źle nie życzyła, czasem nawet tłumaczyła tych, co ją
krzywdzili. Martwiła się o swoje dzieci, przeżywała ich radości i smutki, mimo że doba ma przecież tylko dwadzieścia cztery godziny i czasu często brakowało, a i sił z każdym kolejnym rokiem niestety nie
przybywało. Właśnie dlatego Jan pamięta szczególnie te chwile, gdy byli
razem.
W jego głowie pojawia się obraz mroźnej zimy. Ulice były pokryte
śniegiem, a biały puch skrzypiał pod nogami. Do teraz słyszy ów
charakterystyczny dźwięk. No i ten lodowaty wiatr, niestraszny ojcu,
który ciągnął dzieciaki na sankach i osłaniał je przed zimnymi
podmuchami. Zwykle tata nosił wtedy brązową kurtkę z kożuszkiem, a na
głowie czapkę w kratkę zakrywającą czerwone od mrozu uszy. Buty miał już
mocno znoszone. Mama tłumaczyła mu, że przecież kupiła inne, ale on
lubił te stare. Zmieniłby je dopiero wtedy, gdyby nie można już było
chodzić w tych. Zmęczenie po pracy dawało się mocno we znaki, ale tata
miałby wyrzuty sumienia, gdyby nie wyszedł z dziećmi chociaż na godzinę,
tak mało czasu spędzali razem... Zimą szybko robi się ciemno. Gdy zapadał
zmrok, trudno było uświadczyć latarnię, która oświetlałaby drogę.
Pochylony ojciec ciągnął więc sanki, potykając się na nierównej drodze,
dopingowany okrzykami dzieci: "Szybciej, tata, szybciej!".
Latem z kolei rodzice zabierali młodzież samochodem na krótką wycieczkę.
Nie za daleko, na ogół do pobliskiego lasu. Już nawet nie chodziło o brak funduszy na dalsze wyprawy po kraju, bo pewnie wyciągnęliby jakieś
zaskórniaki, problemem był czas. Tym bardziej dzieci cieszył nawet wypad
za miasto na piknik. Jan doskonale pamięta, jak mama rozwijała z papieru
gotowane jajka, pomidory, chleb, w ustach poczuł słodkawo-cierpki smak
kompotu z rabarbaru. Ileż radości było, gdy młodzi Szumańscy znaleźli
poziomki. Wtedy nikt przecież nie myślał o zwierzętach leśnych, których
odchody pozostawione na owocach mogą prowadzić do groźnych chorób. "No i ten spacer po golińskim parku i wspólne zbieranie kasztanów" - myśli
Jan, podpierając głowę ręką. Przybliża się do brudnej szyby wagonu.
Promienie słoneczne polskiego lata otulają jego twarz, zmuszając go do
zmrużenia oczu. "To były szczęśliwe chwile, ale nasze życie składa się
właśnie z takich momentów".
Szumańscy mieli wtedy adlera. Był to niemiecki samochód z otwieranym
dachem. Fabryka Adlerwerke przed wybuchem II wojny światowej oprócz
samochodów rozwinęła produkcję skuterów, motocykli i, co stanowi
ciekawostkę, maszyn do pisania oraz rowerów. Pojazd miał już swoje lata,
ale wciąż budził podziw i zazdrość, bo na polskich ulicach takie auto
trudno było zobaczyć. Oczywiście miał swoje wady, wyładowywał się w nim
akumulator. Rozruch silnika nie był łatwy - kręciło się korbą z przodu
samochodu. Za każdym razem, gdy to się działo, reakcje starszego i młodszego pokolenia wyglądały zgoła odmiennie. Rodzice kręcili głowami w geście bezradności, że "znowu to się stało", dzieci wręcz przeciwnie -
cieszyły się. To zawsze była frajda pomóc tacie kręcić korbą, żeby auto
ruszyło.
Niestety, nie wszystko układało się pięknie. Kiedy Jan stracił mleczne
zęby, szybko się okazało, że górne dwójki nigdy mu nie wyrosną. Przez
całą szkołę podstawową był więc szczerbaty. Utrudniało mu to wymowę.
Seplenił. Wysoki, lekko przygarbiony, z dużymi i odstającymi uszami,
stał się ofiarą żartów tych, którzy lubili znęcać się nad słabszymi.
Szczególnie w ostatnich kilku latach nauki, gdy na początku roku
szkolnego do klasy dołączył niejaki Kazimierz, chłopak starszy od Jana i jego rówieśników. Po raz kolejny powtarzał klasę z powodu złych stopni.
Jego siostra wcale nie była lepsza. Niczym Bonnie i Clyde tworzyli
sadystyczny duet. Wprawdzie nie rabowali banków, ale za to pastwili się
nad słabszymi. Lubili dominować także i nad Janem. Wyśmiewanie i wyzywanie na przerwach to najmniejszy wymiar niezasłużonej kary.
Najgorsze działo się, gdy chłopak wychodził ze szkoły. Niemal codziennie
na niego czekali, by za rogiem spuścić mu łomot. Było to sprytne
zagranie z ich strony. Wiedzieli, że w szkole ich niegodziwe zachowanie
mogło zostać zauważone przez nauczycieli. Grono pedagogiczne w tamtych
czasach miało poważanie. Koledzy z klasy bali się stawać w obronie Jana,
a często nawet dołączali do Kazika, "bo się po prostu bali". W każdym
towarzystwie musiała być jakaś czarna owca.
Przez to Jan zamknął się w sobie. Nie skarżył się nikomu, bo było mu
zwyczajnie wstyd. Wiedział, że sam musi dać sobie z tym radę, a że mu to
nie za bardzo wychodziło... Wydarzenia te odbiły się na jego psychice i charakterze. Stał się zacięty, uparty i wrażliwy na wszelką krytykę. Na
siłę szukał przyjaźni, co zwykle źle się kończyło, bo druga strona
wykorzystywała jego pragnienie bliskości. W efekcie stawał się nieśmiały
i coraz ostrożniejszy. Niechętnie obdarzał zaufaniem nowych znajomych.
Jedynymi prawdziwymi przyjaciółmi byli kuzyni. To z nimi spędzał
większość wolnego czasu. Oni go akceptowali i rozumieli. I oczywiście
Ola... Tylko z młodszą siostrą nie nawiązał dobrego kontaktu. Trudno to
nazwać niechęcią. Po prostu dziewczyny miały inny świat i jak często
zdarza się w przypadku trójki rodzeństwa, jedna z osób bywa trochę
odsunięta. "Nie oznacza to przecież, że się nie kochaliśmy, wręcz
przeciwnie!" - protestuje w myślach Jan i rozgląda się po przedziale
trochę zawstydzony. Czy powiedział to na głos? Chyba nie. Wiesia dalej
śpi, żaden z pozostałych współpasażerów nie patrzy w jego kierunku.
Mężczyzna może więc wrócić do wspomnień. W wielu różnych konfliktowych
sytuacjach między rodzeństwem trzeba było stanąć po którejś ze stron.
Takie życie. Jan zwykle opowiadał się po stronie Oli. Młodsza Grażyna
często musiała sobie radzić sama. To rodziło nieporozumienia. "Dziś
trochę mi wstyd. Przykre to w sumie" - zauważa i przypomina sobie pewne
zdarzenie. Bawiąc się w kuchni, stłukł filiżankę. Szybko wepchnął
skorupy pod kredens. Ukrycie przestępstwa jednak mu nie wystarczyło.
Poszedł do mamy i... winę zrzucił na młodszą siostrę. Grażyna oberwała
klapsa w tyłek, a gdy się broniła, mówiąc, że to nie ona, kara została
wymierzona po raz drugi. Tym razem za kłamstwo. "Niestety, dzieci nie są
sprawiedliwe. Wielokrotnie nie myślą o konsekwencjach, często są
samolubne. To cały czas nauka, a nasi rodzice są tymi, którzy starają
się przekazać nam najważniejsze wartości. Od nich częściowo zależy, kim
będziemy, ale nie ma co się oszukiwać. Na koniec to my jesteśmy
budowniczymi naszego charakteru. To my stajemy się odpowiedzialni za
nasze postępowanie i naszą przyszłość. Nieraz nawet ci, co kochają, nie
zdając sobie z tego sprawy, popełniają błędy, które mogą kogoś
skrzywdzić" - uświadamia sobie Jan.
Kiedyś słuchał płyty, którą rodzina Szumańskich otrzymała z "tej
wielkiej Ameryki". Takie prezenty były rarytasami, więc traktowało się
je z należytym szacunkiem. Na czarnym krążku znajdowały się utwory
wykonywane przez zespoły amerykańskiej Polonii, a wśród nich piosenka,
której refren mniej więcej brzmiał następująco: "Pukaj tu, pukaj tam".
Pewnego razu, słuchając owego utworu, Jan śpiewał do wtóru, a że głos
miał bardzo niski, w jego wykonaniu brzmiało to co najmniej komicznie.
Nie zauważył, jak mama weszła do pokoju. Posłuchała, a potem zaczęła się
śmiać i śpiewać refren, naśladując głos syna. Później przypominała tę
sytuację kilkakrotnie, także podczas spotkań ze znajomymi. Był to
ostatni raz, kiedy Jan zaśpiewał.
Co zwykle robi człowiek bez przyjaciół? Szuka jakiegoś zajęcia, które
wypełniłoby mu czas. Jan znalazł sobie własny świat - książek i filmów.
To tam szukał miejsc, które nie znały jego wad. Ten świat go nie
osądzał, nie bił jak szkolni koledzy, nie oceniał jego wyglądu, nie
krytykował i nie sprawiał przykrości. To właśnie lektury i historie
przedstawione w filmach sprawiały, że choć był zamknięty w sobie, jego
umysł miał się na czym skupić, a wyobraźnia pracowała. Zaczął też
zbierać znaczki i pocztówki. Pociągały go zwłaszcza podróże. Mieszkając
w komunistycznym kraju, miał szansę w przyszłości przy dobrych wiatrach
odwiedzić inne bratnie socjalistyczne kraje. Zachód był czymś
niedostępnym, zakazanym, ale właśnie dlatego tak dobrze smakował. Dzięki
książkom podróżniczym Jan poznawał różne państwa i uczył się ich
historii. Wspinał się w marzeniach po górach, wędrował rosyjską tundrą,
mieszkał z rdzenną ludnością w brazylijskiej dżungli. Kolekcja pocztówek
też była pokaźna. Wiele widokówek - tych ulubionych - pochodziło z USA.
Tak też zaczęła się fascynacja Stanami Zjednoczonymi. Miłość od
pierwszego wejrzenia.
W szkole średniej Jan się zmienił. Następowała przemiana z dziecka w młodego człowieka. Dostał się do technikum elektryczno-mechanicznego w Koninie. Nowe środowisko, nowi znajomi. Postanowił nie dać się poniżać.
Ten, kto tego próbował, dostawał cios prosto w twarz. Brutalne, ale
pomogło. Największą jednak zmianą było znalezienie prawdziwego
przyjaciela.
Grzegorz zjawił się w szkole kilka dni później niż inni uczniowie.
Podczas przerwy stał samotnie na korytarzu. "Coś kazało mi podejść do
niego i tak zaczęliśmy rozmawiać" - wspomina Jan. W tamtej chwili
narodziła się przyjaźń i trwa ona do dziś. Razem przeżywali wszystkie
najważniejsze momenty w czasach licealnych. Łączyła ich między innymi
pasja do muzyki. Chodziło nie tylko o słuchanie tych samych gatunków czy
zespołów. Często też wpadali do innych szkół na wieczorki taneczne. To
był także okres wzrastającego zainteresowania dziewczynami. Przyjaciele
nie powinni wchodzić sobie w drogę w tej kwestii, ale bywało różnie...
Uczniowie ze szkoły, do której chodził Janek, byli bardzo zaprzyjaźnieni
ze swoimi rówieśnikami z liceum w Morzysławiu. To właśnie tam ekipa z Konina chodziła na zabawy. Nie bez przyczyny. W jednej z tamtejszych
klas były wyjątkowo ładne dziewczyny. Grzesiek jedną z nich poderwał.
Krysia została później jego żoną. Była też Jola, która obdarzała
zainteresowaniem wielu chłopaków z klasy Jana. "Nie mam pojęcia, czy
robiła to celowo, czy szła na żywioł". Zawsze nurtowało go to pytanie.
Pojemne serce koleżanki i jej zmienność prowokowały sporo konfliktów.
Potrafiła związać się z jednym na kilka miesięcy, by zerwać i zacząć
spotykać się z kumplem swojego byłego. Historia często się powtarzała.
Szumański był czwarty w kolejce. Porzuceni łączyli się w złości na
nowego chłopaka Joli, ale nie ciągnęło się to długo. Prędzej czy później
także i nowy szczęśliwiec stawał się ich kolegą w cierpieniu. Trwało to
do końca szkoły średniej, gdy wszyscy już przyzwyczaili się do tej
sytuacji i nikt nie podnosił ręki na drugiego w geście zazdrości. Tyle
zwykle zostawało z męskiej żelaznej zasady, że "dziewczyna mojego
przyjaciela nigdy nie będzie moją dziewczyną".
W ciągu tych kilku lat żadne podboje miłosne nie skłóciły Jana z Grzegorzem na dobre. Odkryli w sobie żyłkę do organizowania własnych
imprez. Cieszyły się one dużą popularnością. Obaj byli lubiani i szanowani. Z nieśmiałego i wyśmiewanego dziecka w ciągu zaledwie kilku
lat Szumański stał się duszą towarzystwa i ważną osobą w klasie. W technikum nagle zmienił swoje nastawienie do życia. Odwaga czasem
stawała się matką brawury. Chłopcy często wpadali w różnego rodzaju
tarapaty. Zawsze razem. W ten sposób mama Jana poznała ojca Grzegorza.
Nieraz zdarzało się, że byli razem wzywani do szkoły, by przyjąć skargę
na wybryki swoich coraz starszych latorośli. Ich rozmowy wyglądały
zawsze podobnie:
- Dzień dobry, pani Szumańska.
- Pan Wasilewski, witam!
- Została pani wezwana w sprawie syna?
- Tak, a pan?
- Oczywiście. Oni zawsze razem! - Nerwowemu śmiechowi towarzyszył z reguły grymas niepokoju na twarzy. Nigdy bowiem dorośli nie wiedzieli,
co nastolatkowie przeskrobali. Nierzadko trzeba się było gęsto
tłumaczyć, ale rodzice zawsze stawali w obronie synów.
Tata Grzegorza był kimś znacznie więcej niż tylko rodzicem. Starał się
stać przyjacielem syna, a tym samym także Jana. Mogli się do niego
zwrócić z każdym problemem. Grzegorz mieszkał w powstałych po wojnie
blokach. Nie było tam strychu czy werandy. Spotkania odbywały się w pokoju gościnnym, przy dużym okrągłym stole. Rozmawiało się więc o wszystkim - o ostatnich wydarzeniach i problemach osobistych. Bywało
poważnie, ale czasem i śmiesznie. Janek często opowiadał kawały, a że
miał do nich pamięć, był w tym naprawdę dobry. Potrafili w ten sposób w trójkę przegadać cały dzień. Pan Wasilewski miał z nimi naprawdę dobry
kontakt. Wszyscy grali na gitarach, lubili też śpiewać - oprócz Janka,
który nigdy nie zapomniał, jak go wyśmiała mama przed laty. Szumański i jego ekipa należeli do stowarzyszenia "Drapichrustów". Chodzili na
organizowane przez ruch rajdy po okolicznych terenach. To były dobre
czasy. Zwiedzali różne ciekawe miejsca, organizowali biwaki, ogniska,
były bigos, kompot, śpiewy... Nieraz ojciec Grzegorza miał przy sobie
"piersiówkę" z alkoholem. Przyjaciele mogli wypić po jednym kieliszku.
Wasilewski zawsze powtarzał, że lepiej, gdy dostaną trochę od niego, niż
wypiją butelkę po kryjomu. "To był okres, który przyniósł mi najwięcej
radości" - wspomina teraz Jan przy dźwiękach pędzącego pociągu.
Dzień osiemnastych urodzin Szumańskiego. Był sierpień 1973 roku. W klasie Jan miał kolegę, którego nazwisko różniło się tylko jedną literą
- Bolka Szymańskiego. Przyszli na świat w tym samym dniu. Takiej okazji
do zabawy i świętowania nie można było przepuścić. Chłopcy postanowili
uczcić te tak ważne urodziny w domu Bolka i jego rodziców w Gnieźnie. Do
odległego o pięćdziesiąt pięć kilometrów miasta Szumański dojechał
autobusem. Bez pomocy mapy odnalazł właściwy adres. Typowa polska szara
kostka z dwoma oknami od frontu, ale co własne, to własne. Nacisnął na
dzwonek, po chwili drzwi otworzył Bolek. Przez dziewczyny był uważany za
najprzystojniejszego w klasie - bujne blond włosy, zawsze zadbany,
średniego wzrostu. Do tego zwykle uśmiechnięty i wiecznie uczynny.
- No cześć, stary - rzucił z radością na widok kolegi.
- Najlepszego!
W oddali w kuchni Janek dostrzegł mamę Bolka.
- Dzień dobry pani. - Ukłonił się.
- Witaj, mój drogi. Wszystkiego dobrego z okazji urodzin!
- Dziękuję!
- Jak się czujesz jako dorosła osoba?
- Pewnie tak samo jak Bolek. - Nastolatkowie spotkali się wzrokiem, w oczach dał się zauważyć błysk. Mama zrozumiała. Panowie chcieli zostać
sami. Z uśmiechem uniosła rękę w geście pożegnania.
Świeżo upieczeni osiemnastolatkowie poszli na piętro do pokoju Bolka,
przeskakując po dwa schody.
- Patrz, co mam! - wykrzyknął Bolek. Na małym stoliku stały polska
wiśniówka i dwa kieliszki. Przesiedzieli przy niej kilka godzin - do
chwili, gdy opróżnili butelkę. Potem w doskonałych humorach wyszli z domu na poszukiwanie restauracji, w której mogliby kontynuować
świętowanie urodzin. Zdecydowali się na Parkową, choć jej jarzący się
żółtym światłem neon nad drzwiami wejściowymi najlepsze lata miał już za
sobą. Część liter już nawet nie świeciła, inne leniwie migotały, jakby
znudzone brakiem mocnych wrażeń. Na nie można było liczyć zwykle w weekend. Alkohol lał się wtedy strumieniami, z talerzy błyskawicznie
znikała zagrycha - ogórek, śledzik w śmietanie... A na koniec dla
przetrzeźwienia zwykle kawa w szklankach. Ściany knajpy chłonęły plotki
i miłosne wyznania stałych bywalców lokalu.
Chłopcy zasmakowali w wiśniówce. Schludnie ubranego kelnera z podwiniętymi rękawami poprosili o całą butelkę. Jan pamięta, że
mężczyzna wciąż odrzucał na bok ruchem głowy przydługą, przyprószoną
siwizną grzywkę. Gdy wrócił z trunkiem, odprowadzili go wzrokiem, jakby
chcieli dać do zrozumienia, że teraz ma nie przeszkadzać, bo to ich
czas. Koniec końców nie pamiętali potem, ile wypili, ale trzymali się
twardo - bynajmniej nie na nogach, za to konsekwentnie jednego trunku.
Do domu Bolka wrócili bardzo późnym wieczorem. Tam czekała na nich mama
chłopaka. Na ich widok powitalny uśmiech szybko zniknął z jej twarzy.
Obaj wyglądali naprawdę źle. Byli kompletnie pijani. Bolek dostał po
głowie, a Jan został wyproszony, musiał wracać do własnego domu. "W sumie nawet nie pamiętam, jak do niego dotarłem" - zastanawia się teraz
Jan i wraca do teraźniejszości. Do Warszawy już niedaleko. Znowu ogarnia
go niepokój. Wkrótce trzeba będzie rozpocząć walkę o nowe życie. Trochę
go to przeraża, ale klamka zapadła. Nie ma wyjścia. Patrzy na żonę. Nie
śpi. Uśmiecha się do niego, ale Jan w jej oczach dostrzega podobny lęk.
Myśl znowu ucieka mu w przeszłość. Gdy wrócił w końcu do domu ze swojej
osiemnastki, szybko, chowając się przed rodzicami, znalazł się w swoim
łóżku. Była już noc. Miał szczęście, że spali. Liczył, że rano wstanie
wypoczęty, jak gdyby nic się poprzedniego dnia nie działo. Nie było mu
to jednak dane.
- Wstawaj. Późno już, rusz się. Trzeba się szykować do kościoła -
powiedziała matka wcale nie za głośno, ale o tej porze po takim
wieczorze każdy dźwięk sprawiał, że Jan cierpiał katusze. Fakt - była
niedziela. Zapomniał o tym. Głowa pękała z bólu, w gardle pustynia. Kac.
Potężny kac. "Naprawdę musieliśmy wtedy sporo w siebie wlać. Koledzy,
którzy wcześniej potrafili wypić ponad pół litra alkoholu na głowę,
następnego dnia czuli się jak młodzi bogowie. W tej wiśniówce z restauracji musiało być coś dziwnego..." - Jan kręci teraz głową przy
akompaniamencie stukotu kół pociągu.
Na trzęsących się nogach dotarł w końcu do wypełnionego wiernymi
kościoła. W środku było bardzo duszno, dlatego wyszedł na zewnątrz. Nie
wzbudziło to żadnych podejrzeń. Wiele osób wolało podczas mszy przebywać
na dworze niż w zaduchu wewnątrz. Z tyłu budynku były duże drzwi. Jan
stanął z boku, opierając się o nie. Każda kolejna minuta była koszmarem.
Na dworze na szczęście nie słyszał dźwięku organów. W jego stanie byłoby
to nie do wytrzymania. Dzielnie trwał niemal do końca. Wydawało się, że
przetrzyma, ale poległ zupełnie, gdy ksiądz zaczął rozdzielać... komunię
świętą. Wcześniej kapłan podniósł kielich z winem i powiedział:
- Pijcie z niego wszyscy!
Tego było za wiele. Kiedy Jan to usłyszał, wyobraźnia zadziałała.
Zwymiotował przy drzwiach, przy których stał. Choć od tego dnia minęło
już wiele lat, widok i zapach wiśniówki do dziś powoduje u niego
natychmiastową reakcję. Nigdy więcej po ten trunek nie sięgnął.
Żadna szkoła nie była jego ulubionym miejscem. Każdą traktował jako
obowiązek, który po prostu trzeba spełnić. Nauka zwykle schodziła na
dalszy plan. Do pracy brał się dopiero wtedy, gdy pojawiała się groźba
oblania jakiegoś przedmiotu. Ściąganie na lekcjach Jan wzniósł na wyższy
poziom. Trzeba to było rozsądnie zorganizować, a że tu najważniejsi byli
dobrze przygotowani do lekcji koledzy, dopilnował, by siedzieć w ławce z jednym z lepszych uczniów. Rysiu podczas klasówek często bywał kopany,
czasem otrzymywał kuksańca w plecy. Nieraz słyszał, jak Janek cedzi
przez zęby: "odsuń się!". Robił to, a wtedy kolega mógł spokojnie
spojrzeć na jego wyniki i dokonać ewentualnych poprawek u siebie.
Koledzy nie mieli z Szumańskim łatwo, a Grzesiu miał jeszcze gorzej niż
Rysiu.
- Grzechu, dawaj okulary - szeptał Janek błagalnym tonem. Dzięki nim
mógł widzieć więcej, a jego najlepszy przyjaciel musiał pisać
sprawdziany bez nich.
W przerwach między lekcjami zdarzało się im wyskakiwać do pobliskiego
baru na piwo. Ku ich początkowemu zaskoczeniu czasem zjawiali się tam
również nauczyciele. Nie po to, żeby samemu wyluzować się przed
kolejnymi czterdziestoma pięcioma minutami pracy. Na pewno się połapali,
że uczniowie tam zaglądają podczas przerw, i sprawdzali zachowanie
podopiecznych. Młodzież zawsze wtedy wpadała w popłoch. "Belfer!" -
wykrzykiwał ktoś i wszyscy próbowali się ukryć. Te kilka nerwowych minut
jawiło im się jako wieczność, a serce próbowało wyskoczyć z niejednej
piersi. Na strachu się jednak kończyło. Na niekorzyść nauczycieli
działał czas, musieli wszak punktualnie rozpoczynać kolejną lekcję.
Uczeń zaś zawsze mógł się trochę spóźnić pod pretekstem, chociażby,
konieczności skorzystania z toalety, "a przecież kolejka była, pani
profesor rozumie".
W technikum wszyscy zaczęli palić papierosy. Bardziej towarzysko niż
nałogowo. Raz Janka przyłapano na tym w ubikacji. Mama po raz kolejny
została wezwana do szkoły. Wróciła zdenerwowana. Natychmiast wzięła go
na rozmowę.
- Ty palisz papierosy?
- Mamo, to nieprawda. Kolega był ze mną i palił. Kiedy wszedł
nauczyciel, Antek poprosił mnie, bym wziął peta od niego, bo on już miał
wpadkę i wiedział, że kolejna mogłaby się dla niego dużo gorzej
skończyć. Pomogłem mu i dlatego mnie oskarżono. Ratowałem mu tyłek!
Anna uwierzyła. Do szkoły wróciła, by walczyć o dobre imię syna.
Latem dorosły już Janek lubił jeździć na plażę nad Jeziorem Pątnowskim w Koninie. Nieosłonięte brzegi oraz rozległy obszar sprzyjały wiatrom, a to przyciągało amatorów sportów wodnych. Akwen stanowił dodatkowo część
układu chłodzenia pobliskiej elektrowni. Dzięki temu jezioro przez cały
rok było podgrzewane, a to doskonale wpływało na rozwój różnych gatunków
ryb. Były i amury, i tołpygi, sandacze, karpie, leszcze. Nic dziwnego,
że często widywało się tu wędkarzy. Dla Janka to była nuda. Wolał
odpoczywać na plaży z książką w ręce. Odpływał wtedy w świat, o którym
marzył.
Nad jeziorem pojawiała się też często prześliczna blondynka. Za każdym
razem, gdy ją widział, bacznie się jej przyglądał, ale był zbyt
nieśmiały, żeby do niej tak po prostu podejść. Paraliżował go lęk przed
ewentualnym ośmieszeniem. Nie sądził, by kiedykolwiek dane mu było ją
poznać. Ale życie napisało dla niego inny scenariusz...
Janek poszedł na przyjęcie do koleżanki dziewczyny Grzegorza, swojego
przyjaciela. Po rozpoczęciu imprezy do pokoju weszła jej siostra. "No
nie może być..." - pomyślał, robiąc wielkie oczy. To była ona, śliczna
blondynka z plaży przy jeziorze. Zabawa się rozkręcała, na stole pojawił
się też alkohol. To on dodał Janowi odwagi, by włączyć się do rozmowy w grupie, w której brylowała ona. Okazało się, że na imię ma Justyna. Od
razu przypadli sobie do gustu. Odwzajemniła jego zainteresowanie.
Wkrótce potem zaczęli ze sobą chodzić.
Kolejne tygodnie mijały szybko. Nadszedł sylwester 1973 roku. Koledzy
załatwili zabawę w ośrodku elektrowni w Koninie. W pakiecie były także
pokoje noclegowe. "Już sama myśl, że będę z moją dziewczyną sam na sam
przez całą noc, nie pozwalała mi spać przez wiele kolejnych dni" -
wspomina Jan, siedząc w pociągu relacji Koszalin-Warszawa z ciężarną
żoną obok. "Dobrze, że ona nie wie, co mi się teraz przypomniało". Wraca
do wydarzeń sprzed ośmiu lat. Sylwester w Koninie. Janek nie stronił od
alkoholu. Po północy wszyscy biesiadnicy złożyli sobie życzenia. Potem
wyraźnie zmęczony zabawą Jan udał się z Justyną do pokoju. Nadszedł
wreszcie moment, przez który nie potrafił zmrużyć oka w ostatnim czasie.
Zaczęli się całować. On zdjął koszulę, ona bluzkę. Położył głowę na jej
piersiach i... zasnął. W Nowy Rok, zażenowany sytuacją i swoim
zachowaniem, szybko wymknął się z pokoju. Chociaż Justyna nie miała ani
uwag, ani pretensji, w Janku coś się zablokowało. Nie potrafił się już
normalnie wobec niej zachowywać. Niedługo potem ich związek po prostu
się rozpadł.
Po pięciu latach szkoły średniej przyszedł czas na studia. Wprawdzie z nieśmiałości z czasów podstawówki nie zostało niemal nic, ale pewność
siebie na uczelnianych salonach przyćmiewał brak pewności co do
przyszłości. Jan nadal był zagubiony w swoich marzeniach. Miał już
dziewiętnaście lat i nie wiedział, czym chce się zajmować w życiu.
Wyuczony w technikum zawód kompletnie go nie interesował. Wręcz
przeciwnie - Janek nie lubił niczego, co było związane z elektryką i mechaniką. Wybór studiów dla siebie pozostawił więc... rodzicom.
Ostatecznie wylądował w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Koszalinie. Tam
wcześniej uczył się jego szwagier. Sprawdzona firma. To on namawiał na
wybór kierunku o ambitnie brzmiącej nazwie: "budownictwo", i to przy
jego pomocy Jan został studentem pierwszego roku. Mąż siostry wprowadził
go w towarzystwo, wskazał też to, co może być na egzaminach i, okazał
pierwszoroczniakowi wsparcie psychiczne.
Dzięki szwagrowi Jan szybko poznał wielu starszych kolegów.
Błyskawicznie też wciągnął się w działalność różnych studenckich
organizacji. Pracował między innymi w klubie studenckim Kram jako tak
zwany bramkarz. Kram był centrum uczelnianego życia. Urządzony w piwnicach akademika numer jeden, cieszył się dużą popularnością wśród
młodych ludzi z Koszalina. Zawsze było tu tłoczno i nie każdemu udawało
dostać się na zabawę. Brać studencka nie ograniczała się jedynie do
organizowania dyskotek. W czasie Tygodnia Kultury Studenckiej, który
później zastąpiły słynne juwenalia, organizowano kabareton, czyli
spotkania kabaretów, koncerty z udziałem zespołów muzycznych i spotkania
z interesującymi ludźmi. Do tego na przykład zawody w spływie po
Dzierżęcince, rzece płynącej przez Koszalin. Zasady były proste - można
było pływać na wszystkim... oprócz łódek. "Pamiętam jednego, który płynął
na muszli klozetowej przymocowanej do desek". - Janek uśmiecha się na
wspomnienie tamtych chwil.
Nic dziwnego. Studia w czasach komunistycznych były dla młodych ludzi
rajem. Oczywiście wszystko zależało od kierunku, ale w wypadku Janka
nauka traktowana była jako czynność poboczna. Liczyła się głównie
zabawa. Miał nawet kilku kolegów, którzy specjalnie przedłużyli swoje
studia o parę lat, nie zdając egzaminów. Bez problemu można było
powtarzać rok. Brzmiało to przerażająco, ale już zdecydowanie mniej, gdy
okazywało się, że przecież chodzi o zaledwie jeden przedmiot... Wszystko
po to, żeby maksymalnie wydłużyć okres studiowania. Nikomu nie spieszyło
się do ukończenia uczelni i rozpoczęcia pracy. Jedyne zmartwienie
stanowiły pieniądze. Na szczęcie możliwości znalezienia dorywczego
zajęcia nie brakowało. Była przecież studencka spółdzielnia pracy. Tam
zgłaszały się różne zakłady szukające młodych ludzi do rozmaitych robót:
przy przeładunkach wagonów, malowaniu budynków, kreśleniu planów
budowlanych i tak dalej. A Janek do tego otrzymał stypendium. Zakłady
Budowlane w Koninie zapewniły mu pomoc finansową na czas studiów, choć
był warunek - po ich ukończeniu musiał dla nich pracować przez jakiś
czas. Najlepszą metodą na zdobycie większej kasy był jednak wyjazd na
Zachód w czasie wakacji. Tutaj trzeba było się nie tylko dobrze
zakręcić, lecz także stanowiło to spore ryzyko. Szumański dobrze sobie
radził. Pracował w Berlinie Zachodnim. Każdy wyjazd zaczynał się jednak
pechowo.
Rok 1979. Jankowi udało się dostać paszport. Postanowił zaryzykować.
Najpierw wybrał się do Berlina Wschodniego, w którym spotkał się z Anią.
Koleżanka mieszkała tam podczas wakacji. Zakrapiana alkoholem wizyta nie
mogła jednak zakończyć się tego samego dnia... Janek został na noc.
Kolejnego dnia próbował przejść granicę do Berlina Zachodniego.
- Człowieku, czego tu szukasz? - odezwał się nieprzyjemnym tonem jeden z celników na przejściu granicznym. Szumański nie spodziewał się
życzliwości ze strony tych ludzi; słyszał wiele historii o tym, że
nienawidzili Polaków za to, iż w przeciwieństwie do nich mogą
podróżować. Tamten spojrzał na paszport Janka i zaczęły się kłopoty.
Chłopak miał wizę tranzytową ważną zaledwie przez dwadzieścia cztery
godziny. Po tym czasie powinien opuścić NRD.
- Zjeżdżaj stąd, młody, chyba że chcesz mieć kłopoty - stwierdził
celnik.
Jan wpadł w panikę. "Cholera jasna, co tu teraz zrobić? Dokąd mam
wrócić?" - myślał, wlokąc się z powrotem do mieszkania Ani. Tam zrobił
sobie herbatę i usiadł na łóżku. Przed sobą miał okno, z którego w oddali widać było Berlin Zachodni. "Jak się tam dostać? - dumał. - Może
pomogą polskie władze? Trzeba spróbować". Poszedł do polskiej ambasady,
która mieściła się przy ulicy Unter den Linden. Plakaty z żubrami,
wizerunki polskich miast i urokliwe krajobrazy zdobiły ogrodzenie. "To
musi być to". Wkrótce jego oczom ukazała się też polska flaga. Budynek
typu Lipsk przypominał te, które w Polsce lat siedemdziesiątych rosły
jak grzyby po deszczu. Ich pierwowzory powstawały właśnie tu, w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Wszędzie ta sama stalowa
konstrukcja, podobny układ korytarzy i znane Jankowi elewacje wypełnione
panelami z hartowanego i barwionego szkła. Spotkać je można było w różnych odcieniach niebieskiego, czasem mieniły się na zielono.
Pojawiały się też ceglane i rude. Był to dla niego miły swojski akcent.
Miał nadzieję, że urzędnicy ambasady pomogą rozwiązać jego problem, ale
się przeliczył. "Pan złamał prawo przejazdu. Nie możemy panu pomóc". -
Usłyszał tylko. To była ostatnia deska ratunku. "I co teraz?"
Przemierzając ulice w drodze powrotnej, widział mnóstwo trabantów i wartburgów. W Polsce też się pojawiały, ale jednak u nas dominowały już
wtedy małe i duże fiaty oraz syreny. W Czechosłowacji z kolei...
"Czechosłowacja! Eureka!" To był szalony pomysł. Janek nie miał pojęcia,
czy to się uda. Wiele ryzykował, ale nie miał innego wyjścia. Pożegnał
się z Anią i kupił bilet do Pragi. Wiza tranzytowa nie obowiązywała
między krajami socjalistycznymi. Spojrzał na bilet. Miejsce dwudzieste
ósme w wagonie numer dwa. Dziarsko poderwał się i zszedł na peron. Tam
już czekał pociąg do Czechosłowacji. Droga przebiegała dosyć leniwie.
Naprzeciwko niego siedzieli rodzice z dwójką dzieci. Pewnie jechali na
wakacje. Obok niego, przy oknie, młoda dziewczyna w zwiewnej koronkowej
spódniczce i białej bluzeczce, ze sfatygowaną książką w ręce. Tytuł
trudno było odczytać. Chował się za palcem wskazującym posiadaczki i folią ochronną. Janek z ciekawością obserwował współpasażerów. Na
granicy niemiecko-czechosłowackiej wsiedli celnicy z NRD. Po kolei
prosili wszystkich o paszporty. Gdy nadeszła kolej na niego, zapytali:
- Dokąd jedziesz?
- Do kolegi w Pradze.
- Ile masz pieniędzy?
- Nic nie mam. Kolega zapewnia mi utrzymanie.
- Gdzie walizka? - Rozejrzeli się podejrzliwie.
- Nie mam nic. Jadę tylko na jeden dzień.
Bardzo ich to zaciekawiło, ale Jan naprawdę niczego przy sobie nie miał.
Zostawili więc go w spokoju.
W Pradze natychmiast kupił bilet na pociąg powrotny do Berlina
Wschodniego. Kombinował, że dzięki temu otrzyma nową pieczątkę
przekroczenia granicy z Niemcami i tym sposobem zmieści się w wymaganych
dwudziestu czterech godzinach. Na granicy czechosłowacko-niemieckiej
sytuacja się powtórzyła. Do wagonu wsiedli... ci sami celnicy. Gdy
podeszli do Janka, nie kryli zaskoczenia.
- Dokąd jedziesz? - Ponownie padło pytanie o cel wyjazdu, ale tym razem
ton już był zdecydowanie bardziej podejrzliwy.
- Do Berlina. Muszę wrócić, bo kolega się nie zjawił, a ja nie miałem
żadnych pieniędzy i innych rzeczy, żeby gdziekolwiek się zatrzymać.
Wracam do znajomych w Berlinie.
Nie uwierzyli. Czuli, że coś jest nie tak. Przedział, w którym siedział
Janek, przewrócili do góry nogami, pozostawiając po sobie bałagan. Byli
przekonani, że coś przemycał. Podczas przeszukania przeklinali soczyście
pod nosem. Niczego oczywiście nie znaleźli. Zmierzyli go wzrokiem i odeszli bez słowa. Kiedy pociąg odjeżdżał, stali ustawieni przy oknie
przedziału Szumańskiego, bacznie mu się przyglądając. Chyba wciąż się
zastanawiali, co i jak przewoził. Dalsza podróż minęła w całkowitej
ciszy. Współpasażerowie chyba woleli się do Janka nie odzywać. Skoro
przeszukiwali go celnicy, widocznie mieli ku temu powód. Ludzie wokół
unikali nawet kontaktu wzrokowego. Jana to nie wzruszało, bo wszystko
wskazywało na to, że jego plan wypali. W Berlinie natychmiast udał się
na granicę i bez problemu przeszedł do Berlina Zachodniego. Sytuacja
została opanowana.
To była dopiero pierwsza przygoda. Zawsze tym wyjazdom towarzyszyły
jakieś problemy. Rok 1980, wakacje, tydzień przed wyruszeniem w podróż.
Janka rozbolał ząb. Poszedł do dentysty w Koszalinie, ale stomatolodzy w tamtych czasach bardziej przypominali szalonych naukowców, którzy swoich
pacjentów traktowali jak króliki doświadczalne, niż profesjonalnych
lekarzy. Wielu kolegów Janka w ogóle nie miało odwagi, by chodzić do
dentysty. Zdarzało się nawet, że sami sobie wyrywali zęby. Nierzadko
długo siedzieli w poczekalni, a kiedy nadchodziła ich kolej, tchórzyli i uciekali. Janek jednak nie zrezygnował. W gabinecie usłyszał, że sprawa
jest na tyle skomplikowana, iż leczenie wymaga kilku wizyt i zajmie
zdecydowanie więcej niż tydzień. Chłopak podjął błyskawiczną decyzję.
- Pani go wyrwie - zażądał.
To był błąd... Podczas rwania dentystka prawie siedziała Jankowi na
kolanach. Ząb nie chciał wyjść. Lekarka szarpała nim w lewo i w prawo, a Szumański czuł, że zaraz zemdleje. Po kilkunastu minutach, które trwały
wieczność, pani doktor w końcu się udało. Ból był jednak tak silny przez
kolejne dni, że Jan musiał rozdrabniać jedzenie, bo nie dawał rady
gryźć. Do wyjazdu zostało tylko kilka dni. Wrócił do tej samej
stomatolożki. Po obejrzeniu rany po wyrwanym zębie otworzyła ją na nowo.
Nie minęła chwila i wyciągnęła stamtąd... kawałek kości. Okazało się, że
wyrywając Jankowi zęba, połamała mu szczękę, a ten odłamek był właśnie
jej częścią!
Ból nie ustawał do dnia wyjazdu. Chłopak nie zamierzał jednak z niego
rezygnować. Stale towarzyszyły mu tabletki przeciwbólowe. W takim stanie
wyjechał do Niemiec. Pierwsze co zrobił po wynajęciu mieszkania, to
poszedł do łazienki z nożem kuchennym. W lustrze zobaczył opuchniętą
twarz. Drżącą ręką otworzył ranę. Wyciągnął jeszcze większy kawałek
kości niż dentystka. Nie mając większego wyboru, zalał wszystko wodą
utlenioną, łyknął środek uśmierzający ból i poszedł spać. Następnego
ranka obudziły go wprawdzie dolegliwości, ale zdecydowanie mniej
intensywne niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Z każdą kolejną godziną
następowała poprawa. Pod wieczór Jan uznał, że jest wyleczony. I faktycznie dolegliwości nie wróciły.
Pierwsze trzy lata studiów to był czas spędzany na wszystkim oprócz
nauki. Do książek zaglądało się jedynie w krótkich przerwach między
jedną imprezą a drugą. Wystarczało to, by zdawać egzaminy, ale o stypendiach naukowych należało zapomnieć.
Był rok 1980. Polska zaczynała się zmieniać. Ludzie budzili się z letargu, w którym tkwili przez lata, zmuszeni do tego przez
komunistyczne rządy w naszym kraju. W tamtym czasie Jan uważał się za
mądrego i bystrego mężczyznę wchodzącego w prawdziwą dorosłość, a tak
naprawdę on i jego rówieśnicy wciąż byli... dziećmi. Rządziły nimi
instynkty i emocje, a nie rozum. Szumański jednak jako jeden z nielicznych miał jakieś pojęcie o barbarzyństwie komunistów. Wiedzę o historii czerpał z opowieści dziadka, który słuchał Radia Wolna Europa.
To on przekazał wnukowi wiedzę o wydarzeniach z Katynia, torturowaniu
więźniów politycznych i zaborczej polityce Związku Radzieckiego. Jan nie
zastanawiał się wtedy jeszcze, czy cokolwiek można z tą wiedzą zrobić.
Jednakże kiedy robotnicy zaczęli się organizować i powstała Solidarność,
podjął odważną decyzję o zmianie swojego beztroskiego życia. Wszelkie
zabawy zeszły na dalszy plan. Założył na swojej uczelni NZS - Niezależny
Związek Studentów. Początkowo tworzyło go zaledwie kilka osób. Większość
studentów nie była tym zainteresowana. Inni po prostu się bali.
Zaangażowanie Szumańskiego w organizacjach studenckich zostało szybko
zauważone przez środowisko uczelniane. Dzięki temu wybrano go do komisji
egzaminacyjnej, która decydowała o przyjęciu kandydatów na studia. Rola
studentów była tu podrzędna, ale mieli oni wgląd we wszystkie
informacje. Oprócz Jana w komisji był jego kolega Zbyszek. Postanowili,
że trzeba coś zrobić, by na ich wydział dostały się... ładne dziewczyny.
Przed egzaminami przeglądali zdjęcia i każdy z nich wybierał po pięć
kandydatek. W ten sposób Szumański trafił na Wiesię. W dniu jej egzaminu
zaspał, nie mógł się ze wszystkim wyrobić i w efekcie przyszedł na swoje
stanowisko nieco później. Zbyszek już na niego czekał.
- Wybrałeś zdjęcia? - wysapał Janek, który ostatnie kilka minut
przebiegł z torbą przepasaną przez ramię. Zdjąwszy ją, zdyszany oparł
się rękami o kolana, spoglądając na kolegę.
- Myślałem, że już nie przyjdziesz.
Zbyszek wybrał dziesięć fotek, dla każdego po pięć. Jan postanowił
jednak, że sam szybko przejrzy kartoteki. Na jednej z nich jego wzrok
zatrzymał się na dłużej.
- Co jest? Ktoś wpadł ci w oko? - spytał go kumpel, ale Szumański udał,
że nie słyszy.
- Co z tą? - Podsunął mu jedno ze zdjęć.
Zbyszek spojrzał, zrobił wielkie oczy i ze zdumieniem pokręcił głową.
- Cholerka, musiałem nie zauważyć - rzucił fotografię na stosik
wybranek.
"To była moja przyszła żona" - Szumański ponownie wraca do
teraźniejszości i spogląda na siedzącą obok niego Wiesię. Ona nie ma
pojęcia, o czym podczas ostatnich godzin duma Jan. Uśmiecha się do żony
z czułością.
- Co ci? - pyta cicho Wiesia, patrząc bacznie na męża. Bo dziwny ten
jego uśmiech... Jakoś trochę teraz nie na miejscu. A ona dość ma już
emocji i bez zaskakujących zachowań Jana. Nie chce żadnych dodatkowych
życiowych fajerwerków w tym momencie.
- No co? To już do własnej żony nie można się uśmiechnąć? - Szumański
puszcza do niej oko i ponownie odwraca głowę w stronę okna. Chłonie
przesuwające się za nim widoki. Nie wiadomo przecież, kiedy uda się
słowiańską ziemię ujrzeć ponownie. "To była moja przyszła żona -
powtarza w myślach. - Czasami, kiedy znajdujemy się w odpowiednim
miejscu i czasie, trzeba umieć znaleźć swoje przeznaczenie, wykorzystać
chwilę. Każda z nich jest wyjątkowa i może się nie powtórzyć". Wraca do
wspomnień.
Wiesia nie potrzebowała żadnej pomocy, by dostać się na studia. Była
bardzo zdolna. I nie bała się egzaminów, choć ten z matematyki obrósł
legendą. Starsze roczniki straszyły, że nie zdaje go połowa studentów.
Na dziewczynie nie zrobiło to chyba większego wrażenia. Jan był jednym z pierwszych, którzy poznali oceny. Na drugi dzień spotkał swój obiekt
zainteresowania na korytarzu uczelni. Oficjalnych wyników na tablicy
ogłoszeń jeszcze nie było. Podszedł do dziewczyny i przekazał radosną
wiadomość. Przy okazji wykorzystał sytuację i spytał, czy nie
zechciałaby pójść z nim na dyskotekę, żeby uczcić jej sukces. Zgodziła
się, ale w domu powiedziała, że idzie na dyskotekę... z profesorem z uczelni. "Nasza znajomość zaczęła się trochę niestandardowo" - myśli
teraz Jan.
Relacje między Janem a Wiesią od początku były burzliwe. Lipiec 1977
roku. Rodzina Szumańskich przyjechała na wakacje nad morze. Mieszkali w Mielnie koło Koszalina. Pewnego wieczoru zaprosili młodych na zabawę
taneczną w jednym z tamtejszych lokali. Janek czekał na ukochaną przed
akademikiem, w którym mieszkał, ale ona niestety się nie pojawiła. Był
zły i zawiedziony. Zauważył jednak siedzącą na ławce przed budynkiem
dziewczynę. Przysiadł się do niej.
- Piękny wieczór, co? - zagadnął. Chyba się trochę przestraszyła, bo od
razu się odsunęła.
- A tak - mruknęła mało zachęcająco, chcąc przerwać rozmowę z nieznajomym.
- Co czytasz? - Zerknął jej przez ramię. Mistrz i Małgorzata Michaiła
Bułhakowa. Jedna z ulubionych książek Janka. Doskonały punkt
zaczepienia, wspólny temat, który mógł uratować ten wieczór. Spojrzał na
zegarek, czasu do rozpoczęcia imprezy nie zostało wiele. Wiesi wciąż nie
było.
- Słuchaj, nie będę owijał w bawełnę. Moja dziewczyna się nie pojawiła,
a ja mam spotkanie z rodziną na zabawie. Jeśli nie masz nic innego do
roboty... Czy nie zechciałabyś pójść tam ze mną? - zaproponował.
Ona zrobiła wielkie oczy, słuchając z niedowierzaniem.
- Spokojnie, nie jest to nic zobowiązującego, a możemy się po prostu
dobrze bawić - dodał. O dziwo, nie trzeba było długo jej przekonywać. W drodze do Mielna rozmawiali o książkach, filmach, muzyce. Ona okazała
się artystyczną duszą. "Pamiętam zdziwione twarze rodziców, którzy już
przecież znali Wiesię, gdy wszedłem z inną dziewczyną. Nie zadawali
pytań, chociaż do końca imprezy gnębiło ich, co się stało. Gdzie jest
Wiesia? Kim jest ta nowa panna? O co chodzi?" - wspomina Jan. Po
imprezie wrócił do akademika i zastał w pokoju kwiaty od Wiesi z notatką, że przeprasza za spóźnienie. "Bardzo mi wtedy było głupio. Na
szczęście ta sytuacja szybko poszła w niepamięć". Z nowo poznaną
dziewczyną nie miał potem kontaktu. Układ był przecież prosty: on ma
dziewczynę, a na imprezę idą się tylko dobrze bawić.
To jedna z tych historii pokazujących, że spotkały się dwa trudne
charaktery. Każde z nich lubiło stawiać na swoim. Wzajemnie ze sobą
zrywali. Najpierw to ona jego rzuciła, a on stał pod jej balkonem,
prosząc o przebaczenie, wyznając miłość. Po długim czasie w końcu się
udało. Wkrótce jednak coś w nim pękło i to on ją zostawił. Wtedy z kolei
Wiesia zabiegała o jego powrót. Scenariusz powtarzał się kilkakrotnie.
Chociaż często się kłócili, trudno im było bez siebie wytrzymać. Już
wtedy wiele ich łączyło: taniec, czytanie książek, wycieczki rowerowe po
okolicznych terenach, a później działalność polityczna. Wiesia dała się
poznać jako osoba inteligentna, z poczuciem humoru i dystansem do
siebie. Była bardzo ambitna, a do tego świetnie tańczyła. Ich zaręczyny
trudno uznać za jakieś wyjątkowe. Wspólnie podczas jednej z rozmów
doszli do wniosku, że to chyba jednak miłość i najwyższy czas, by
sformalizować związek. Nie obyło się jednak bez złotego pierścionka
zaręczynowego z dwoma sercami.
Ślub odbył się w Koszalinie, w budynku jednostki wojskowej. Obecne były
rodziny z obu stron, przyszło także wielu kolegów Janka. Obowiązki
związane z przygotowaniem uroczystości i jej koszty podzielili między
siebie rodzice pary młodej. Anna i Eugeniusz podjęli się między innymi
zakupu alkoholu. To stanowiło spore wyzwanie, bo zdobycie go w większej
ilości nie było w owych czasach łatwe. Gdy się z tym uporali, Janek
schował cenne butelki w schowku pod tapczanem - w miejscu, w którym
zwykle trzymało się pościel. W akademiku wieści rozchodziły się szybko,
a trudno było nie zauważyć Szumańskiego idącego ze skrzynkami z alkoholem. Dźwięk szkła niósł się po korytarzach. Jeszcze tego samego
dnia do jego pokoju kierowały się pielgrzymki studentów, którzy prosili,
by pożyczył butelkę na imprezę, bo oni nie mogli dostać. Nie pomogło
nawet tworzenie skrupulatnych notatek, kto i ile wziął. Termin wesela
zbliżał się nieubłaganie, a znajomi wódki nie zwracali. Janek wpadł w panikę. Biegał od pokoju do pokoju i błagał o zwroty. Ostatecznie
zabrakło tylko kilku sztuk i nikt tego nie zauważył.
Podczas wesela przed wejściem do lokalu na warcie stało dwóch żołnierzy.
Gościom było ich szkoda, więc co chwila ktoś wychodził na zewnątrz i donosił im po kieliszku czystej. Każdy po jednym, ale owych
współczujących było wszak wielu... Po jakimś czasie żołnierze nie mogli
ustać na nogach. Siedzieli pijani na schodach.
Pod koniec zabawy Eugeniusz zaczął odwozić gości do akademika. To tam
Janek załatwił im pokoje. Niestety, jego ojciec sam nie był w dobrym
stanie. W którymś momencie, cofając wóz, wjechał w inny samochód.
Uszkodzeniu uległ bagażnik. Mimo to Szumański senior zrobił kilka rund i w końcu wszyscy weselnicy zostali rozlokowani w akademiku. Zostali tylko
Janek z Wiesią. Siedzieli na schodach z pijanymi żołnierzami, czekając,
ale ojciec się nie pojawiał. Wreszcie po bardzo długim czasie nadjechał.
- Przepraszam, kochani, zapomnieliśmy o was! - wymruczał, wyskakując z samochodu.
Rodzina Wiesi była niewierząca i ona sama została wychowana w tym duchu.
Jej ojciec, pułkownik Wojska Polskiego, był członkiem komunistycznego
rządu. To Jan przekazywał jej wiedzę uzyskaną od dziadka i dzielił się z nią doświadczeniami z działalności studenckiej. Ona zaś szybko przejęła
jego poglądy i razem z nim przystąpiła do działalności w podziemiu. U Wiesi w rodzinie nigdy nie rozmawiało się o przeszłości ojca i o tym, w jaki sposób dorobił się w PRL-u takiej funkcji. Polityka była tematem
tabu. Nie poruszano go. Wiesia i jej starsza siostra Ela nie znały
żadnej innej prawdy niż ta, którą przedstawiała komunistyczna wersja
cudownego świata. Nie miały więc powodu, by dociekać, jak jest w rzeczywistości. Jak na polskie warunki powodziło im się całkiem nieźle.
Mieszkanie w bloku otrzymali z przydziału dla wojskowych. Mieli też
działkę - dzięki stanowisku ojca.
Kiedy Janek go poznał, przyszły teść był już jednak innym człowiekiem.
Chyba zaczynał rozumieć, jak niewydolnym systemem jest komunizm. Tyle że
przyznając to, musiałby przekreślić wszystko, czym się do tamtej pory
zajmował. Odsuwał więc te myśli na bok. Stał się bardzo spokojnym
starszym panem, który nie zabierał zbyt często głosu. Janek bardzo go
lubił, choć znali się krótko. Czy jeszcze kiedyś go zobaczy?
Działając w podziemiu, świeżo upieczeni małżonkowie zajmowali się między
innymi drukiem ulotek. Jan wykorzystał swoje znajomości na uczelni, by
zyskać dostęp do prymitywnej drukarki. Część ulotek rozdawał na
uniwersytecie, inne rozwieszał w różnych częściach miasta. Robił to w nocy, z duszą na ramieniu, widząc w każdym przejeżdżającym samochodzie
zagrożenie. Nikt nigdy nie był pewien, z kim ma do czynienia. "Nawet
teraz w pociągu wolimy z Wiesią milczeć niż rozmawiać, bo gumowych uszu
nie brakuje - myśli Szumański ze smutkiem. - Wielu znajomych
współpracowało ze Służbą Bezpieczeństwa. Nawet niektórzy księża udawali,
że nas popierają, a później przekazywali wiadomości odpowiednim
urzędom..." Studenci z NZS mieli kontakt z organizacją PAX. W przeszłości
zrzeszała ona katolików współpracujących z komunistycznymi władzami,
później wspierała dążące do zmian oddolne ruchy. NZS-owi pomagała w podstawowych czynnościach - jej działacze brali udział w przygotowaniu i kolportażu ulotek, informowali o wydarzeniach w innych miastach, a przede wszystkim rozmawiali o dalszych planach - zawsze studząc gorące
głowy młodych ludzi pełne brawurowych pomysłów. Początkowo ulotki
wydawane były w bardzo małej liczbie. Zmiana nastąpiła, kiedy jeden z kolegów zaproponował pomoc swojej kuzynki pracującej w sporym
wydawnictwie. Wtedy powstało redagowane przez studentów czasopismo "Po
Prostu". Informowało o wydarzeniach w kraju i o wyzysku Polski przez
ZSRR. Znajdowały się tam też artykuły polityczne działaczy polskiego
podziemia, a nawet żarty i dowcipy dla poprawy humoru.
O prawdziwej konspiracji nie było mowy. Służba Bezpieczeństwa doskonale
wiedziała, kto i czym się zajmował. Prawdopodobnie nie dostrzegała w Janku i Wiesi na tyle groźnych aktywistów, by zawracać sobie głowę ich
aresztowaniem. Być może zostawiła ich w spokoju również dlatego, że
wtajemniczeni czekali na stan wojenny, aby móc zatrzymać wszystkich
podejrzanych równocześnie. Do tego Koszalin nigdy nie był tak aktywny
politycznie jak Poznań, Gdańsk czy Warszawa. Działała tu ledwie garstka
osób, której przewodziło młode małżeństwo. Największym sukcesem ich
ruchu było doprowadzenie do strajku okupacyjnego na uczelni. Grupa
zorganizowała spotkanie wszystkich studentów w sali gimnastycznej.
Większość na początku nie zamierzała przystępować do protestu.
"Przemawialiśmy, i Wiesia, i ja, ale nie pamiętam, co dokładnie
powiedziałem. Byłem bardzo zdenerwowany i jednocześnie podniecony... Wiem
jedynie, że na koniec oddałem decyzję, co dalej, w ręce studentów. Byłem
szczęśliwy i dumny, kiedy po pytaniu, czy jesteśmy gotowi na strajk,
większość podniosła ręce i wykrzyczała: Strajk!" - Jan bezwiednie się
uśmiecha do tego wspomnienia.
Nowe zadanie trochę ich jednak przerosło. Nauka i praca zarobkowa nie
zostawiały tak wiele wolnego czasu, by mogli samodzielnie rozwijać
wymarzone pismo. Młodzi się jednak nie poddawali. Pokój Jana w akademiku
zamienił się w centrum konspiracyjne. Wielokrotnie gasił światło dopiero
nad ranem, kiedy wszyscy wyszli. Zmęczenie dawało się we znaki, tym
bardziej że nie było wielu chętnych do pisania artykułów. W rezultacie
robili to głównie Szumańscy. Niedługo potem znaleźli pomoc poza
uczelnią. Nie było innego wyjścia, ale w efekcie wyszło im to na dobre.
Dostawali ulotki z różnych miast, publikowali więc ich treść, a także
artykuły pisane przez członków KOR-u, czyli Komitetu Obrony Robotników,
oraz przedstawicieli pozostałych organizacji podziemnych.
W tych zwariowanych czasach Wiesia przyniosła Jankowi nieoczekiwaną
wiadomość.
- Będziemy mieli dziecko! - oznajmiła, czekając z niepokojem na jego
reakcję.
Poczuł radość, ale i strach. Zaczęli pracować podwójnie. Teraz już nie
tylko dla siebie, lecz także w trosce o przyszłość maleństwa. Żeby żyło
w lepszym świecie... Sytuacja w Polsce wcale jednak tego nie ułatwiała.
Zaczęły się represje. Z innych uniwersytetów napływały wiadomości o aresztowaniach. Jan często widywał białego "dużego fiata" jeżdżącego za
jego "maluchem". Mimo to nadal nie zdawał sobie sprawy ze skali
zagrożenia i z wielkości ryzyka, jakie podejmował.
Lipiec 1979 roku. To był tragiczny dzień w życiu Szumańskich. Wiesi
odeszły wody w piątym miesiącu ciąży i zabrano ją do szpitala. Jan wiele
godzin przesiedział w poczekalni. Nie chciał uwierzyć w zły los. Czekał
na chwilę, kiedy pojawi się żona z wiadomością, że wszystko jest w porządku i że mogą bezpiecznie wracać do domu. Niestety, zamiast niej
zjawił się lekarz i powiadomił, że dziecko urodziło się martwe. Wiesia
musiała jeszcze zostać w szpitalu. Wyszedł. Przed szpitalem zupełnie
stracił nad sobą kontrolę. Nigdy wcześniej nie płakał tak rozpaczliwie.
Wsiadł do samochodu. Nie ruszył jednak, bo nie wiedział, dokąd jechać.
Jedyne, o czym myślał w tamtym momencie, to by znaleźć kogoś, kto mógłby
go wysłuchać, zrozumieć, pocieszyć, do kogo mógłby się najzwyczajniej w świecie przytulić. W końcu skierował się do Środy Wielkopolskiej. Tam
mieszkali jego siostra i szwagier. Jadąc, krzyczał z rozpaczy. Po jego
twarzy płynęły łzy. Potem wpadł w gniew. "Kurwa, dlaczego nam się to
przydarza?!" - myślał z wściekłością.
Po wielu godzinach jazdy znalazł się w końcu przy domu Oli. Nie zastał
ani jej, ani szwagra. Wrócił do samochodu i pojechał przed siebie. Była
już noc, a wokół las. Łzy nie przestawały napływać do oczu. Jan wpadł w rodzaj zobojętnienia i letargu. Do dziś nie wie, w jaki sposób wrócił do
Koszalina. Drogi powrotnej nie pamięta. To była koszmarna noc. Jakimś
cudem w końcu się udało. Bardzo mu na tym zależało. Nie chciał jechać do
Wiesi w tak złym stanie. Potrzebował wsparcia, ale ona potrzebowała go
bardziej. Udał się do niej następnego dnia. Od feralnej wiadomości
minęło co najmniej kilkanaście godzin. Po wejściu do szpitala
niezauważony przemknął przez korytarz. Gdy do niej dotarł, nie mówili
nic. Przytulili się tylko do siebie. Tak po prostu.
Kilka kolejnych dni upłynęło mu na leżeniu w łóżku. W końcu jednak
musiał się ruszyć. Trzeba było zorganizować pogrzeb. Sam włożył do
trumny zawinięte w biały materiał ciało dziecka. Sam niósł trumienkę do
miejsca, w którym maleństwo miało zostać pochowane. Ból i żal były nie
do opisania.
Teraz w pociągu relacji Koszalin-Warszawa oczy Jana ponownie
wilgotnieją. "Spoczywaj w pokoju, moja kochana Moniko" - kołacze mu się
w głowie. Nagle orientuje się, że jest w przedziale. Łzę, która spływa
po policzku, szybko wyciera rękawem. Nie chce, by ktokolwiek ją widział,
a już szczególnie nie Wiesia.
Przez długi czas cmentarz odwiedzał codziennie. Pewnego razu, stojąc
przy grobie córki, usłyszał podejrzany ruch za plecami. Nawet nie zdążył
się odwrócić. Obudził się, leżąc na ziemi, z głowy ciekła mu krew. Ból
nie pozwalał myśleć o tym, co się stało. Z trudem doszedł do mieszkania
rodziców Wiesi, gdzie oczekiwała go żona.
- Mój Boże, Jan! Co ci się stało?!
Nie potrafił jej jednak dać żadnego wyjaśnienia. Był oszołomiony. "Nigdy
nie poznamy prawdy. Musiał to być któryś z tych, co nas prześladowali,
ale pewności nigdy nie można mieć. Nie lubię tworzyć teorii spiskowych.
Jestem człowiekiem faktów" - podsumowuje teraz.
Wkrótce po pogrzebie trzeba było wziąć się w garść. Na horyzoncie
rysowało się zakończenie studiów. Zgodnie z przepisami po nich musiał
zgłosić się do wojska. Postanowił tego nie odkładać. Poprosił teścia o załatwienie służby natychmiast po zakończeniu nauki. Ten wrócił jednak z wiadomością, że prośba została odrzucona. "Nie chcieli mnie w wojsku
ludowym. Coś podobnego. O czymś takim nigdy wcześniej nie słyszałem.
Pewnie woleli nie przyjmować ludzi związanych z podziemiem" - Janek
wspomina teraz swoje zdumienie. Szybko wrócił do działalności
politycznej. Wychodził z założenia, że tylko praca pozwoli mu w miarę
normalnie funkcjonować.
Kiedy Jan był na ostatnim roku studiów, w narodzie coś zaczęło pękać.
Wszystko wskazywało na to, że ludzie wyjdą na ulice. W Niezależnym
Związku Studentów górę zaczęły jednak brać nastroje ugodowe. Studenci
się bali i chcieli robić wszystko ostrożniej. Jan z takim stanowiskiem
się nie zgadzał, więc zrezygnował z przewodzenia organizacji. Zastąpiła
go Wiesia. On sam skoncentrował się na wydawaniu "Po Prostu". Ostrożność
wynikała również z tego, że coraz więcej mówiło się o planowanym strajku
generalnym Solidarności. Janek sam często zastanawiał się nad
poczynaniami "S" i innych związków. Miewał wątpliwości. A może marzenia
o wolności i zwycięstwie nad komunizmem to rojenia naiwnej młodzieży?
Choć nigdy nie zwątpił w sens działalności w podziemiu solidarnościowym,
zaczynało mu po prostu brakować wiary w przyszłość.
Wiosna 1981 roku przyniosła w końcu Szumańskim radosną wiadomość. Wiesia
ponownie zaszła w ciążę. Zaczęli częściej rozmawiać o przyszłości i o tym, co powinni zrobić. Młodzi małżonkowie spodziewali się ogólnego
powstania, a do tego Jana nie chcieli w wojsku. To było jak ostrzeżenie:
"Jesteś, człowieku, na liście podejrzanych, w każdej chwili spodziewaj
się aresztowania". Do tego wszystkiego dziecko i strach przed nieznanym.
Czy przedwczesny poród może się powtórzyć? Jakie są szanse na bezpieczne
życie dziecka w tym kraju? Problemów było więcej. Janek ukończył studia,
ale obrona pracy dyplomowej została wyznaczona na późniejszy termin.
Wiesia miała jeszcze jeden rok do zaliczenia. Wiedzieli, że jeśli wyjadą
z Polski, przekreślą kilka lat nauki. Będą zaczynać od zera. Do tego
dochodziły nieznajomość języków obcych i po prostu brak pieniędzy.
Przerażało też pozostawienie bliskich w Polsce. Wiara w siebie samych,
marzenia i nadzieje kazały wyjeżdżać. Rozum i logika podpowiadały, że
lepiej pozostać w kraju. Szalę przeważyła informacja, którą młodym
przekazał ojciec Wiesi. Pułkownik wprost powiedział, że w wojsku coś się
zaczyna zmieniać - trwają jakieś przygotowania "jeszcze nie wiadomo do
czego", ale to wszystko, jego zdaniem, powiązane jest z Solidarnością. W tamtym momencie małżonkowie podjęli najważniejszą decyzję w życiu -
wyjeżdżają. Był czerwiec 1981 roku.
Odgłos hamowania pociągu wyrywa Jana ze wspomnień, teraz już tych
najświeższych, bo zaledwie sprzed tygodnia. Stacja Warszawa Centralna.