Janek
(Ni)kim jestem
Janek kontaktuje się z nami przez Wykop. 31 maja 2021 roku pisze (w tym i następnych postach i mailach użytkowników portalu zachowano pisownię oryginalną): "Cześć. O mnie: lat 27, kawaler, bezdzietny. Bezrobotny, wykształcenie średnie. 174 cm wzrostu. Depresja (od wielu lat) i border (względnie niedawno zdiagnozowany). Incel. Brzydki i biedny. Zero znajomych, nigdy dziewczyny, mieszkam z rodzicami na wsi. To tak w skrócie, na dobry początek". Przesyłamy mu trzydzieści pytań. Odpowiada na dwudziestu pięciu stronach A4, żadnego nie pomijając. Przez kolejnych sześć miesięcy wymieniamy wiadomości. Dopiero wtedy godzi się na rozmowę głosową. - Wstydzę się swojego położenia, ale nie potrafię go zmienić. Żyję dzięki uprzejmości rodziców i oszczędnościom, które zgromadziłem podczas półtora roku pracy na magazynie - mówi Janek. Twierdzi, że czynniki odpowiadające za jego los są wewnętrzne, nie zewnętrzne. Chciałby móc winić kogoś lub coś: kobiety, bo nigdy nie okazały mu cienia zainteresowania, albo system skazujący go na wykluczenie i samotność. Czasem zazdrości ludziom traumatycznych doświadczeń, które mogłyby tłumaczyć zwichrowaną psychikę. - Jestem jedynym powodem swojej porażki. Nie da się mnie naprawić. Wszelkie próby byłyby tylko chwilową kosmetyką, balsamowaniem trupa, bo nie planuję długiego życia. Codziennie budzi mnie myśl o samobójstwie. Wiem, że dla rodziców jestem ciężarem. Nie takiego syna chcieli.
Janek od osiemnastego roku życia korzysta z psychoterapii i farmakologii, próbował dziesięciu różnych substancji psychotropowych. Mieszka na wsi, liczącej około dwóch tysięcy mieszkańców, od najbliższego miasta oddalonej o dziesięć kilometrów. Rodzice są na emeryturze, ojciec dorabia jako pracownik fizyczny. Pierwsze konto na Wykopie Janek założył dwanaście lat temu, a od trzech udziela się na tagu #przegryw.
Tęsknoty
Mieszka w starym, ale zadbanym domu z ogrodem. Ma własny pokój, około dwunastu metrów kwadratowych. Dwaj starsi bracia założyli rodziny i wyprowadzili się do miast. Na co dzień nie widuje nikogo poza rodzicami. Wspierają go finansowo, opłacając leki i terapię, ale nie rozumieją, dlaczego wciąż nie ułożył sobie życia. Matka co jakiś czas zarzuca mu lenistwo i gnuśność. Żyją obok siebie, dziennie zamieniają od kilku do kilkunastu zdań.
Odkąd Janek sięga pamięcią, marzył o znalezieniu dziewczyny: - W okresie dorastania moim jedynym pragnieniem było poznanie kogoś, z kim mógłbym szczerze porozmawiać, przytulić się. Ta tęsknota wciąż się we mnie tli. Wiem jednak, że nie byłbym dobrym partnerem. Nie byłbym żadnym partnerem, bo tak poważne zaburzenia wykluczają jakiekolwiek partnerstwo. Chora, nieradząca sobie w życiu kobieta znajdzie kogoś, kto zechce się nią zaopiekować. Chory, wymagający opieki mężczyzna to nie mężczyzna.
03.08.2021, wiadomość mailowa
Szczególnie trudny jest widok par i zwykłych, normalnych ludzi. To przypomina mi o samotności. Ale nie muszę wychodzić z domu, by odczuwać brak bliskości, bo samo czytanie historii w internecie, czyjeś zdjęcie albo wątek w serialu wystarczą, by spowodować ból, kołatanie serca, przyspieszony oddech.
Jeszcze gorzej jest, kiedy słyszę, jak ktoś z dalszej rodziny opowiada o swoim życiu. O tym, że był gdzieś z dziewczyną, spotkał się z kimś, był na imprezie. Sam nigdy tego nie przeżyłem i nie przeżyję, a są to przecież sytuacje, które miewa znaczna większość ludzi.
To odbiera mi resztki energii do działania. Nie umiem z tym walczyć. Nie mam też za złe ludziom, że chcą takie tematy poruszać. To normalne. Ale każdy wyjazd do miasta to dla mnie gwarancja powrotu do domu w fatalnym nastroju, w poczuciu, że mnie w życiu nie ma. Stoję obok ze świadomością, że bycie w związku to nie jest wygrana w totka i normalni ludzie nie mają problemu z nawiązywaniem bliskich relacji. Niektórzy twierdzą, że związek to same problemy, a jednak prawie każdy kogoś ma albo do tego dąży.
Przepis na przegrywa
Janek uważa się zarówno za incela, jak i przegrywa. Twierdzi, że obydwa terminy opisują stan, w jakim znajduje się dany człowiek, a nie konkretną ideologię. Według większości naszych rozmówców incelem jest każda osoba, która żyje w mimowolnym celibacie, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek spotkała się z tym określeniem i jaki jest jej stosunek do idei równouprawnienia płci. W incelosferze panuje przekonanie, że kobieta nie może incelować, bo niezależnie od tego, jak wygląda, zawsze znajdzie się mężczyzna gotów ją zaspokoić.
03.08.2021, wiadomość mailowa
Wydaje mi się, że aby uznać siebie lub kogoś za przegrywa, muszą zostać spełnione trzy warunki:
[1.] Obiektywne ułomności,
[2.] Subiektywne poczucie niższości wynikające z obiektywnych ułomności,
[3.] Brak wpływu na te ułomności.
Podam przykład wzrostu, ale dotyczy to wszystkich innych cech.
Do punktu [1.]:
Byśmy mogli zostać uznani za niskich, muszą istnieć wyżsi od nas. By niski wzrost mógł być uznany za wadę, społeczeństwo musi odbierać tę cechę negatywnie. Kobiet rzadko to dotyczy, ponieważ mogą mieć 180 cm, wtedy to wzrost modelki, albo 150 cm, dzięki czemu są słodkie i urocze. Niski mężczyzna to zawsze niepoważny karzeł. Przykładem jest piłkarz Lorenzo Insigne, któremu dla żartów podstawia się podczas wychodzenia na murawę chłopców jego wzrostu (Insigne ma ok. 163 cm).
Do punktu [2.]:
Jeżeli ze względu na wzrost jesteśmy traktowani z góry (tak, z góry - świetny przykład, jak zwyczajne powiedzenie wyraża to, o czym mówię) i nie mamy w sobie czegoś, co tę wadę zaciera (pieniądze, sława, wybitność w jakiejś dziedzinie), to prędzej czy później dociera do nas jej waga. Blackpill tę prawdę streszcza, pokazując, że niski mężczyzna ma - statystycznie - mniejsze szanse na znalezienie partnerki. To boli, dlatego ludzie często wolą te fakty ignorować.
Do punktu [3.]:
Kobiety powiedzą: "Nie chcemy niskich facetów, ale przecież wy nie chcecie grubych lasek". Jest to porównanie błędne, ponieważ na wagę mamy mniejszy lub większy wpływ, a na wzrost nie. Przegryw oznacza, że nic (prawie) nie możesz zrobić, by zmienić swoją sytuację. Jesteś niski i nic na to nie poradzisz. Pomijam operację łamania i wydłużania kości, bo to zabieg poza zasięgiem przeciętnego incela. Siłą woli nie urodzimy się na nowo, z lepszym bagażem genetycznym. Coś, na co nie mamy wpływu, determinuje nasze życie.
Zjedz lub zostań zjedzony
Janek dobrze wspomina czas przedszkola i podstawówki. Był pogodnym, spokojnym dzieckiem. Rodzice chwalili się nim, bo szybko nauczył się pisać i czytać. Był najlepszym uczniem w klasie. - Miałem wielu kolegów i byłem, jak sądzę, dość lubiany, zarówno przez rówieśników, jak i nauczycieli.
W szóstej klasie uderzyła go pewna zmiana. Dziewczyny przestały być istotami z innego świata, które nie potrafią grać w piłkę. Wtedy zauważył, że nie wie, jak z nimi rozmawiać. W kobiecym towarzystwie był zawstydzony i skrępowany. - Może to kwestia różnicy w dojrzewaniu? - zastanawia się. W gimnazjum na pierwszy plan wysunęła się fizyczność. Nie wystarczyło po prostu być, żeby się z kimś bawić. Janek zawsze był niski i wątły.
Janek: Przypominam sobie scenę, kiedy klasowy przywódca, samiec alfa, przyłożył swoje przedramię do mojego i powiedział: "Przecież ty w ogóle mięśni nie masz". Pewności siebie nie budowały też wydarzenia na WF-ie. Do drużyn byłem wybierany na samym końcu. Jako jedyny spośród trzydziestu chłopaków nie potrafiłem podciągnąć się na linie. W nadziei, że koniec lekcji uchroni mnie przed koniecznością wykonania ćwiczenia, ustawiłem się na końcu kolejki. Zadzwonił dzwonek, ale wuefista chciał dokończyć sprawdzian. Byłem otoczony przez trzydziestu chłopaków, którzy chcieli iść na przerwę. Jedni krzyczeli, żebym właził na linę, drudzy się śmiali. Takie wydarzenie ustawia człowieka do końca szkoły.
Coraz częściej udawał, że nie ma stroju. To skutkowało słabymi ocenami z WF-u i dalszą degradacją w szkolnej hierarchii. Na przełomie podstawówki i gimnazjum zaczął intensywnie grać na komputerze, co wiązało się z pogorszeniem sprawności fizycznej. - To przypieczętowało moją pozycję. Nawet jeżeli jesteś outsiderem, możesz zdobyć szacunek poprzez dobre wyniki w sporcie. Zawsze łatwiej dokuczyć komuś, kto jest słaby i nie odda.
W trzeciej klasie wydarzyło się coś, w czym Janek dostrzegł szansę na poprawę swojego losu: - Napisała do mnie na Gadu-Gadu dziewczyna z równoległej klasy. Rozmowa szła dość sprawnie, po paru dniach zaproponowała spotkanie. Przesiedzieliśmy na ławce godzinę, może dwie, rozmawiając o jakichś bzdurach.
Następnego dnia podszedł do niej na przerwie. Stała w grupie, otoczona przez kolegów i koleżanki. "No idź stąd" - rzuciła. Prosił o słowo wyjaśnienia, ale nie chciała rozmawiać. - Nie zapomnę tego uczucia pożarcia i wyplucia, z którym byłem zupełnie sam. Nie miałem nikogo, komu mógłbym zwierzyć się, że nie radzę sobie z odrzuceniem. Ale wydarzenie miało też pozytywny efekt. W klasie rozeszła się plotka, że spotkałem się z atrakcyjną dziewczyną, dzięki czemu rówieśnicy przestali uważać mnie za ostatniego frajera. Wciąż nie byłem zapraszany na domówki, ale kilka razy udało mi się wyjść w większej grupie na koncert czy spotkać na mieście.
Pierwszy upadek
Janek nie dostał się do liceum, które wybrali znajomi z gimnazjum. Miał słabe oceny, zabrakło mu punktów. Trafił do klasy o profilu humanistycznym. Na ponad dwadzieścia osób przypadało pięciu chłopaków. - Dziewczyny szybko zwietrzyły ofiarę. Te najbardziej chamskie wymyśliły nawet zabawę: zakładały konta na Gadu-Gadu, używając mojego nazwiska i zdjęcia, z których pisały do lasek ze szkoły. Wszyscy myśleli, że robię to ja, więc drwiny stały się codziennością.
Kiedy na polskim omawiali fragment lektury, który dotyczył relacji romantycznej bohaterów, ktoś - czasem kolega, czasem koleżanka z klasy - komentował na głos: "Pewnie Janek coś o tym wie, ma doświadczenie". Pozostali wybuchali śmiechem. Na przerwach rówieśnicy pytali, czy "coś ostatnio wyrwał". - Wobec oczywistego braku powodzenia, ze względu na nieśmiałość i kiepski wygląd, dawało to efekt komiczny. To tak, jakby rzucać sarkastyczne uwagi w kierunku największego matematycznego osła, proponując, by rozwiązał zadanie z gwiazdką.
Po przyjściu do domu, około godziny siedemnastej, Janek wypijał czteropak piwa i szedł spać. Budził się po dziewiątej i do pierwszej siedział przy komputerze. Zasypiał o świcie. Cierpiał z powodu chronicznego stresu, bezsenności i samotności. Liceum wspomina jako początek oderwania od rzeczywistości, odrealnienia. - Chyba każdy obudził się kiedyś w nocy i przez kilka sekund nie mógł zorientować się, gdzie się znajduje, jaki jest dzień, która godzina, czy musi wstawać do pracy. Derealizacja to rozciągnięty w nieskończoność stan takiego zawieszenia. Człowiek nie ma poczucia, że istnieje. Wszystko jest obce, płynne, dalekie i sztuczne.
Pod koniec szkoły podjął próbę samobójczą. Za tym poszły psychiatra, terapia, leki, reakcje na leki. Zaczął miewać regularne ataki paniki - z dusznością, drżeniem, mdłościami, naprzemiennymi uderzeniami zimna i gorąca, zawrotami głowy. Nie był w stanie wyjść do sklepu czy wsiąść do autobusu. - Żałuję, że mnie wtedy odratowano - mówi. Ale są chwile, kiedy chce mu się żyć. Układa dietę, zaczyna ćwiczyć. Wyobraża sobie, że znajduje pracę i wynajmuje mieszkanie. - Szybko jednak dociera do mnie, że rzeczy do naprawy jest zbyt wiele. Za samo leczenie i wyprostowanie zębów musiałbym zapłacić kilkanaście tysięcy złotych. Nie mam takich pieniędzy i nigdy ich nie zarobię, bo nie posiadam żadnych umiejętności. Nie nabędę ich, bo nie potrafię podjąć prostej decyzji, na niczym się skoncentrować. Nie pamiętam nawet, co robiłem dwie godziny temu. Kiedyś przez kilkanaście miesięcy intensywnie ćwiczyłem w domu. Poprawa sylwetki była zauważalna, ale nawrót depresji cofnął mnie do punktu wyjścia.
Bywa, że Janek płacze z bezsilności. Po chwili przypomina mu się jakaś rockowa piosenka, która na piętnaście minut budzi w nim życie, inspiruje plan na wyjście z przegrywu. Potem czyta komentarz w Internecie, który uświadamia mu, jak bardzo jest samotny, albo widzi za oknem ładną sąsiadkę i stwierdza, że nie miałby u niej szans. Siada wtedy w fotelu i przez dwie godziny patrzy w ścianę. To go uspokaja, więc włącza komputer i planuje dietę, którą zacznie od poniedziałku. I tak w kółko.
Janek: Nie mam poczucia ja. Tożsamość buduję na obrazach i wydarzeniach, z którymi się sobie kojarzę. Nie mam żadnego poglądu, a jeśli jakiś mam, to i tak bym go nie obronił. Raz chciałbym być blisko tego, czym gardzę. Innym razem gardzę tym, do czego jest mi blisko. Nie nazwałbym siebie osobą. Mam wrażenie, że mój umysł to źle napisany program.
Punkty wspólne
Trzy lata po skończeniu liceum Janek zapisał się na zaoczne studia w pobliskim mieście. Wybrał mechanikę i budowę maszyn, na przekór swoim humanistycznym zainteresowaniom. Liczył, że da mu to gwarancję stabilnego zatrudnienia. - Byłem drugim najlepszym studentem na roku, choć prawie się nie uczyłem. Nie dlatego, że jestem wyjątkowo zdolny, ale ze względu na niewielkie wymagania i drastycznie niski poziom zajęć. Podczas większości wykładów miałem wrażenie, że jestem w gimnazjum.
Zrezygnował po piątym semestrze, z powodu kolejnego epizodu depresyjnego. Przyczyną znów były samotność i poczucie odrzucenia. Nie potrafił nawiązać kontaktu z rówieśnikami. - Ludzie wyczuwają przegrywa z daleka. Co miałem odpowiedzieć na pytanie "jak spędziłeś weekend?" albo "czy masz dziewczynę?"? Jak miałem się odnaleźć w tych ciągłych opowieściach o normalnych i ludzkich rzeczach, których nigdy nie doświadczyłem? Brak znajomych wynika między innymi z braku wspólnych tematów i zainteresowań. Nie mam samochodu, pracy, nie uczę się, nie podróżuję, nie uprawiam sportu, bo nie mam na to energii, nie chodzę na imprezy.
Wielokrotnie próbował poznać w sieci koleżankę. Kogoś, z kim mógłby wymieniać szczere wiadomości. Nawet jeżeli rozmowa kleiła się przez pierwszych kilka dni, później następowało ochłodzenie znajomości. - Zwykle kończyło się tak, że dziewczyna odpisywała coraz wolniej i bardziej lakonicznie, aż w ogóle przestawała. Niektóre mnie blokowały. Doceniam szczerość tych, które wprost pisały, że nie lubią, jak ktoś ciągle narzeka.
Normik radzi
Janek denerwuje się, kiedy czyta: "wyjdź do ludzi" czy "zagadaj na przystanku". Twierdzi, że to naiwne i bezużyteczne rady, będące przejawem myślenia życzeniowego. Osoby, które ich udzielają, nie zdają sobie sprawy, że przegryw to towarzyskie dno dna. Nikt nie ma interesu, żeby się z nim zadawać, nawet inni przegrywi. Nie jest nawet zerem, ale liczbą ujemną, bo kontakt z nim nie jest obojętny, a odbiera energię i czas. Może i mógłby znaleźć znajomych podobnych sobie, ale to tylko domknie krąg, w którym się znajduje.
Janek: Normikom wydaje się, że wystarczy kupić rower i napisać na Facebooku, że szuka się kolegów do wspólnych przejażdżek. W ich wyobrażeniu świat jest prosty i przyjazny: "wystarczy chcieć" i "sky is the limit", jak to bezrefleksyjnie powtarzają. Aby te frazesy mogły zaistnieć w rzeczywistości, muszą paść na podatny grunt. W swoich złotych radach normicy pomijają podstawową kwestię, czyli brak umiejętności budowania relacji. Nie mieści im się w głowie, że można mieć z tym problem. Nie rozumieją, że dla kogoś rozmowa może być męcząca, trudna, wymagająca, że można mieć dziurę w głowie podczas wizyty u fryzjerki, która pyta, co robiliśmy w wakacje.
Normicy to osoby płci dowolnej, które nie są ani incelami, ani przegrywami. Wiodą normalne życie, spełniając wyobrażenia o statystycznym obywatelu lub obywatelce. Są mniej lub bardziej aktywni seksualnie, przestrzegają społecznych norm, konsumują treści z mainstreamowych mediów, często bezrefleksyjnie. "Normik" może, ale nie musi być obelgą. Incele używają tego określenia na dwa sposoby: by podkreślić swoją niższość względem osób, które uważają za bardziej atrakcyjne i lepiej przystosowane do życia w społeczeństwie, lub wyrazić pogardę i poczucie wyższości względem ich konwencjonalnych poglądów i upodobań. Janek zdaje się uosabiać ten dualizm. - Z jednej strony uważam, że posiadam pewien rodzaj inteligencji, która nie pozwala mi zarazić się radosną przeciętnością optymistów i naiwnymi frazesami w rodzaju "każdy jest kowalem własnego losu". Z drugiej strony czuję, że jestem totalnym kretynem i śmieciem, więc i tak nie miałbym szans na dostosowanie się do normy.
Normik może wyznawać prawicowe lub lewicowe wartości, zarabiać powyżej lub poniżej średniej krajowej, być tymczasowo bezrobotny, mieć wiele romansów lub stały monogamiczny związek. Może też cierpieć z powodu zaburzeń psychicznych, traum, pochodzić z dysfunkcyjnej rodziny. Od przegrywa różni go to, że żyje w społeczeństwie, a nie na jego marginesie, i jest podatny na wpływy kultury masowej, nawet jeśli pozornie ją kontestuje.
Czasy szybkie i powierzchowne
Janek: Na ten moment jestem pogodzony z faktem, że nigdy nie zaznam uciech cielesnych. Abstrahując od mojej brzydoty, nie wydaje mi się, bym jakiekolwiek zbliżenie uniósł emocjonalnie. To dla mnie zbyt odległy temat, jak dla osoby z paraliżem kończyn dolnych myśl o przebiegnięciu maratonu. Uważam, że seks powinien opierać się na pewnej wzajemności, grze do tej samej bramki. Nie mógłbym tak po prostu kogoś wyruchać. Ważniejsze byłoby dla mnie to, czy kobiecie jest dobrze. A nawet gdyby twierdziła, że tak, tobym jej nie uwierzył, bo ktoś taki jak ja nigdy nie wzbudzi pożądania.
Cztery lata temu Janek założył konto na Tinderze. Przez pół roku zebrał prawie trzydzieści par. Tylko z dwiema dziewczynami udało mu się podtrzymać rozmowę dłużej niż przez pięć minut. Jedna nie zgodziła się na propozycję spotkania, druga odwołała je w ostatniej chwili. Głównej przyczyny niepowodzeń Janek upatruje w swojej fizjonomii. Ma chude ręce, niemalże bez owłosienia. Do tego ginekomastię, skłonność do tycia, zapadniętą klatkę piersiową, zgarbioną postawę, krzywe zęby, pociągłą twarz bez zarostu, ze słabo zarysowaną szczęką. Do tego wadę wzroku, która zmusza go do noszenia okularów.
Janek: Czasy są szybkie i powierzchowne. Żadna kobieta nie ma ochoty zagłębiać się w twoje wnętrze, jeśli nie przekona jej pierwsze, ewentualnie drugie wrażenie. Dziś nie porównujemy siebie i innych do sąsiada czy chłopaka z tej samej wioski, tylko do najpiękniejszych ludzi z całego świata. Internet, portale społecznościowe i aplikacje randkowe dają kobietom wgląd w elitę. Dlaczego młoda dziewczyna miałaby umówić się z takim gównem jak ja, skoro może znaleźć brodatego chada, wyglądającego jak z okładki kolorowego pisma? Myślę, że gdyby zebrać wszystkie moje cechy, zarówno wyglądu, jak osobowości, i je odwrócić, stałbym się człowiekiem, jakim chciałbym być.
Janek zapewnia, że choć jest wyznawcą teorii blackpillu, nie ma mizoginistycznych poglądów. Jego wpisy na Wykopie skupiają się na analizowaniu cierpienia, które odczuwa w związku z izolacją, samotnością, zaburzeniami psychicznymi i ogólnym poczuciu beznadziei. Wszystko to przepuszcza przez filtr filozofii pesymistycznej i nihilistycznej, charakterystycznej dla całej incelosfery. Najbardziej twardogłowi blackpillowcy mogliby uznać go za heretyka - Janek nie podziela przekonania, że różnice w zachowaniach kobiet i mężczyzn wynikają przede wszystkim z uwarunkowań biologicznych.
Janek: Kobiety zachowują się tak, jak każe im ich wewnętrzna konstytucja i środowisko zewnętrzne. Można oczywiście obwiniać pogodynkę o deszcz, ale to przykład błędu logicznego. Dzisiejsze kobiety nie różnią się znacząco od tych, które żyły sto czy dwieście lat temu. Natura ludzka zmienia się bardzo powoli, a motorem tej zmiany są kultura i cywilizacja. Naciskają na nas, kreując określone postawy. Gustave Le Bon pisał, że wrzuceni w wir rewolucji francuskiej kaci w innych warunkach byliby spokojnymi, bogobojnymi urzędnikami. Niejedna z wojujących dziś na Twitterze Julek sto lat temu byłaby gorliwą zakonnicą.
Wszystkie pigułki obecne w manosferze kładą nacisk na ewolucyjne pochodzenie ludzkich zachowań. Kobiety odrzucają mężczyzn, których uznają za posiadaczy kiepskich genów, bo tak im każe "gadzi mózg" i wynikająca z natury hipergamiczność. Od tego już blisko do antykobiecych postaw, zwłaszcza jeśli ktoś czuje się osobiście poszkodowany przez loterię genetyczną i kobiety, które kierując się pierwotnymi instynktami, "skazują" go na samotność i celibat.
Ruch wyzwolenia mężczyzn
W latach 60. i 70., kiedy wraz z rewolucją seksualną nastąpił rozwój kontrkultury, ruchów feministycznego i gejowskiego, powstał też ruch wyzwolenia mężczyzn. Jego cele były komplementarne z tymi, do których dążyły feministki. Męscy aktywiści działali na rzecz porzucenia ukształtowanych przez seksistowską kulturę ról płciowych, w których upatrywali przyczyny opresji zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Kontestowali stereotyp mężczyzny jako tego, na którym spoczywa obowiązek zapewnienia zasobów całej rodzinie. Przekonywali, że nie tylko przyczynia się on do dyskryminacji kobiet, którym utrudniano udział w życiu publicznym, ale też do znacznego przeciążenia żywicieli rodzin i występowania problemów psychicznych u obydwu płci. Zaangażowani publicyści i aktywiści pisali:
W świecie wydajemy się pewni siebie. Oczekuje się od nas, że będziemy potrafili "sobie radzić". Ale w naszym życiu wewnętrznym, wypartym tak wcześnie, kryjemy często głęboki niepokój i słabość. Kiedy jest źle, mamy tendencję, aby odbierać sobie życie, popełniać samobójstwa, zamiast poprosić o pomoc, pójść do szpitala psychiatrycznego, jak robią to kobiety. W większości rodzin klasy pracującej i klasy średniej role są zdefiniowane: mężczyźni zapewniają zasoby, kobiety zajmują się domem. Nasze obowiązki, zinternalizowane jako "spełnienie", to praca; przynoszenie pieniędzy naszym rodzinom, które są od nas zależne. W zamian oczekujemy, że będą nas kochać i karmić, że nasze żony będą się nami opiekować. To handel. Wydaje się w porządku. To wydaje się "naturalnym" porządkiem rzeczy. Ale to nie jest w porządku. To nie jest naturalne. Na ogół jesteśmy niewolnikami pracy, która nie sprawia nam żadnej przyjemności. Dlatego czynimy nasze domy więzieniem dla kobiet, które samotnie wychowują nasze dzieci. Tam, gdzie szukaliśmy i marzyliśmy o atmosferze miłości, znajdujemy głęboki wzajemny gniew3.
Wczesny ruch wyzwolenia mężczyzn zwracał uwagę na opresyjne wymagania i ograniczenia stawiane przez kulturę chłopcom: wyśmiewanie okazywania innych emocji niż gniew, płaczu, proszenia o pomoc, kontrolowanie tego, czym chłopiec powinien, a czym nie powinien się interesować, by zdobyć i zachować status prawdziwego mężczyzny. Aktywiści przekonywali, że system patriarchalny, w którym większość władzy i zasobów znajduje się w rękach garstki mężczyzn, nie chroni ich przed byciem poszkodowanymi przez stereotypy związane z męskością. Zwracali uwagę na wymóg bycia silnym, dominującym i zaradnym samcem, dehumanizujący i oddzielający od własnych emocji. Grupy, które kontynuują myśl tak zwanych men's libbers z lat 70. XX wieku, są marginalizowane w społecznej debacie o płci, ale nadal istnieją - w Polsce jest to na przykład Grupa Performatywna Chłopaki, promująca czułą męskość i organizująca męskie kręgi, podczas których każdy uczestnik może czuć się bezpiecznie, bo nie będzie oceniany za łzy czy potrzebę przytulenia swojego przyjaciela. Instagramowy profil Chłopaków pełen jest komunikatów takich jak: "Jestem mężczyzną i nie chcę walczyć o pieniądze, władzę i zasoby"; "Mogę być blisko drugiego faceta"; "Jestem mężczyzną i zgoda na seks jest dla mnie ważniejsza niż seks"; "Mężczyzno, kremik, olejek, pomadka nie odgryzie ci zadka". Ich działalność budzi różne emocje - wielu mężczyzn z różnych środowisk odnajduje wsparcie w ich grupie na Facebooku, inni twierdzą, że odrzuca ich specyficzny język, jakim się posługują i który jest kojarzony głównie z grupami feministycznymi.
Jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci związanych z ruchem wyzwolenia mężczyzn jest politolog Warren Farrell. Od późnych lat 60. powiązany był z drugą falą feminizmu i Narodową Organizacją Kobiet, która zwróciła się do niego z prośbą o stworzenie swojej męskiej przybudówki. W tym czasie spod jego pióra wyszła książka Wyzwolony mężczyzna, w której Farrell podważał "naturalny porządek" w rodzinie i zachęcał partnerów kobiet do opieki nad dziećmi, kiedy one zajmują się pracą. W swoich performatywnych działaniach usiłował także przedstawiać każdemu i każdej trudności związane z funkcjonowaniem jako płeć przeciwna. W tym celu organizował konkursy piękności, podczas których prosił zasiadające na widowni kobiety o traktowanie roznegliżowanych mężczyzn "jak mięsa", aby poczuli, czym jest uprzedmiotowienie. Chcąc pokazać kobietom, jak obciążająca dla mężczyzn jest presja, pod jaką funkcjonują w rodzinach i społeczeństwie, będąc głównymi, jeśli nie jedynymi, dostarczycielami zasobów, kazał im ustawiać się w szeregu według wysokości ich pensji. Te, które zarabiały najmniej lub wcale, obrzucał obraźliwymi określeniami, takimi jak "frajer". Inny jego eksperyment dotyczył randkowania - zachęcał kobiety do wychodzenia z inicjatywą, tak aby były wystawione na ryzyko odrzucenia, z jakim muszą liczyć się mężczyźni, od których wymaga się zrobienia pierwszego kroku. W magazynie "People" można było zobaczyć zdjęcia Farrella, na których przygotowuje żonie śniadanie, a "Financial Times" umieścił go na liście "100 liderów opinii". On sam, wspominając te czasy, mówi, że "był jak Bóg dla wielu kobiet"4. Z czasem jednak zaczął skłaniać się w kierunku przekonania, że płcią systemowo dyskryminowaną są mężczyźni. Stało się to przyczyną jego konfliktu z Narodową Organizacją Kobiet. Jednym z punktów zapalnych okazało się zagadnienie domniemania wspólnej opieki nad dziećmi po rozwodzie, wobec której - inaczej niż większość feministycznych organizacji dzisiaj - NOK miała być krytyczna.
Dyskusja na temat opieki nad dziećmi po rozwodzie stała się przyczyną ostatecznego zerwania przez Farrella z feministkami. Obecnie ruch związany z prawami ojców jest silnie powiązany z manosferą (w Polsce jest to na przykład organizacja Dzielny Tata), a jego członków łączy pogląd, że to mężczyźni są bardziej wykluczeni ze względu na płeć (inaczej niż w przypadku ruchu wyzwolenia mężczyzn, którego działacze uważali, że patriarchat krzywdzi wszystkie płcie tak samo, chociaż mężczyzn hojniej nagradza).
Zagadnienie praw ojców było jednym z tych, które podzieliły ruch męski na profeministyczny i antyfeministyczny. Według zwolenników tego drugiego feminizm zaszedł za daleko, prawdziwie wykluczoną grupą są mężczyźni, zaś kobiety wiodą życie proste, przyjemne, pozbawione trosk i pełne różnego rodzaju przywilejów, jakie gwarantuje im matriarchalne społeczeństwo.
Przekonanie, że feministkom nie zależy na autentycznej równości, ale na zachowaniu swoich przywilejów, jest powszechne w manosferze. Zgodnie z tym poglądem feministki porównują się do mężczyzn z czubka społecznej hierarchii, a tych niżej od siebie nie zauważają lub uznają za niegodnych uwagi podludzi. Incele łączą to z kontestacją wzorca, zgodnie z którym mężczyzna powinien płacić za kobietę w restauracji, przepuszczać w drzwiach, bronić przed światem zewnętrznym, w razie ewakuacji z tonącego statku ustępować miejsca w szalupie ratunkowej, a podczas wojny być gotowym zginąć na froncie. Tam, gdzie feminizm widzi umniejszanie kobietom i degradowanie ich poprzez traktowanie jako delikatnych istot wymagających opieki (co ma swoje negatywne konsekwencje w innych dziedzinach życia), przedstawiciele incelosfery widzą niepotrzebne i uwłaczające poddawanie się matriarchalnemu dyktatowi, mającemu na celu utrzymanie podporządkowania mężczyzn kobietom i uprzywilejowanie tych drugich.