Potosí. Góra, która zjada ludzi - Ander Izagirre

-
Proszę czekać

W kra­inie skar­bów

- Ko­bie­ty nie po­win­ny wcho­dzić na ko­pal­nię - mówi Pe­dro Vil­l­ca. - Pro­szę so­bie wy­obra­zić, że taka ko­bie­ta wcho­dzi na ko­pal­nię. Je­śli będzie mia­ła okres, żyła su­row­ca znik­nie. Pa­cha­ma­ma scho­wa żyłę z za­zdro­ści.

Vil­l­ca to sta­ry gór­nik, co w Bo­li­wii jest zja­wi­skiem nie­praw­do­po­dob­nym. Jako pi­ęćdzie­si­ęcio­dzie­wi­ęcio­la­tek nie ma w pra­cy ró­wie­śni­ków. Jak tłu­ma­czy, jesz­cze żyje, bo ni­g­dy nie był chci­wy. Nie zo­sta­wał w ko­pal­ni na dłu­gie zmia­ny. Ni­g­dy nie do­bo­wał. Chce przez to po­wie­dzieć, że nie spędzał pod zie­mią po dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny z rzędu. Wy­je­żdżał na po­wierzch­nię, wra­cał na parę mie­si­ęcy do ro­dzin­nej wsi, gdzie upra­wiał ziem­nia­ki i ho­do­wał lamy, po­zwa­lał, by płu­ca po­od­dy­cha­ły czy­stym po­wie­trzem, by oczy­ści­ły się z pyłu, a po­tem wra­cał do ko­pal­ni, ale ni­g­dy go tam nie było, kie­dy kie­szeń ga­zo­wa du­si­ła jego ko­le­gów albo mia­żdżył ich za­wał skal­ny. Czu­je, że już wie­le razy igrał ze śmier­cią i nie po­wi­nien się wi­ęcej na­ra­żać. Dla­te­go rzu­ca pra­cę. Za­pew­nia, że za parę ty­go­dni ją rzu­ci.

Vil­l­ca ma nie­wie­le po­nad metr pi­ęćdzie­si­ąt wzro­stu. Mimo to musi się schy­lać i cho­dzić zgi­ęty, żeby nie ude­rzać ka­skiem w pod­trzy­mu­jące strop bel­ki z eu­ka­lip­tu­sa. Idzie sku­lo­ny, z ręka­mi przy cie­le, bo w tym wąziut­kim tu­ne­lu...

- Jak w gnie­ździe ro­ba­ków!

...bo w tym tu­ne­lu wy­star­czy roz­ło­żyć łok­cie, żeby do­tknąć jed­no­cze­śnie ścian z le­wej i z pra­wej stro­ny, wy­star­czy tro­chę wy­ci­ągnąć szy­ję, żeby ude­rzyć ka­skiem w strop. Je­ste­śmy we­wnątrz góry. Do­oko­ła na­szych ciał jest kil­ka cen­ty­me­trów po­wie­trza, a da­lej mi­lio­ny ton zbi­tych skał. To pra­wie jak­by czło­wie­ka za­ko­pa­li: jest tyl­ko ten otwór po­zwa­la­jący wró­cić na po­wierzch­nię (o ile ktoś orien­tu­je się w la­bi­ryn­cie ko­ry­ta­rzy, któ­re wiją się, prze­ci­na­ją, roz­dwa­ja­ją, skręca­ją, wspi­na­ją, opa­da­ją - w tu­ne­lach, w gro­tach, w szy­bach nie ma nic, żad­ne­go świa­tła, żad­ne­go po­dmu­chu, żad­ne­go dźwi­ęku, któ­re wska­zy­wa­ły­by, czy wra­ca­my do ży­cia, czy też za­głębia­my się bar­dziej w górę). Ma się wra­że­nie, że wy­star­czy­ło­by kich­nąć, a góra za­ci­śnie się jesz­cze tro­chę i zgnie­cie ten ko­ry­tarz, któ­rym pe­łznie­my jak dwa in­sek­ty, ma­ca­jąc ścia­ny i po­su­wa­jąc się na czwo­ra­kach.

Trud­no od­dy­chać. W ta­kiej po­zy­cji, w ta­kim zgi­ęciu, gdy ra­mio­na przy­ci­ska się do pier­si, płu­ca sła­bo się roz­pręża­ją. Ka­żdy wdech to świa­do­my wy­si­łek: przez noz­drza wci­ągam na­sy­co­ne wil­go­cią, roz­grza­ne do czter­dzie­stu stop­ni po­wie­trze, lep­kie ni­czym wa­ci­ki na­sączo­ne ter­pen­ty­ną. Na pod­nie­bie­niu osa­dza mi się me­ta­licz­ny po­smak, jak­bym ssał mo­ne­ty. To co­pa­ji­ra, kwa­śny pot ko­pal­ni, któ­ry spły­wa po ścia­nach, two­rzy ka­łu­że po­ma­ra­ńczo­we­go bło­ta i skra­pla się w po­wie­trzu.

Vil­l­ca jest u sie­bie. Bawi się. Mówi mi, że­by­śmy usie­dli na mo­ment i że­bym zga­sił la­tar­kę na ka­sku. Na­stęp­nie gasi swo­ją. Gdy tyl­ko ją wy­łącza, ciem­no­ść za­le­wa mnie ni­czym po­top, ni­czym czar­na fala, któ­ra ci­ągnie mnie ko­ry­ta­rzem ku głębi­nom góry. Nie po­ru­szy­łem się, mimo to po­czu­łem ruch. Na dwie se­kun­dy mój mózg roz­ko­ły­sa­ła fala za­wro­tów gło­wy, stra­ci­łem rów­no­wa­gę, po­czu­łem gwiz­da­nie w uszach. Zno­szę to bez sło­wa, bo ten drań Vil­l­ca tyl­ko się śmie­je. Od­dy­cham głębo­ko, a tęt­ni­ca szyj­na ło­mo­cze mi w gar­dle.

- Kur­wa.

- Włącz to już - mówi.

Za­pa­lam la­tar­kę, szu­kam Vil­l­ki, a jego cień, dłu­gi, roz­ci­ągni­ęty na bel­kach, po­ja­wia się na su­fi­cie. Vil­l­ca się uśmie­cha.

- A te bel­ki? - py­tam. Są prze­gni­łe, pod ci­ęża­rem góry wy­gi­na­ją się w li­te­rę V, nie­któ­re już za­częły pękać.

- Cal­la­pos. Od trzy­dzie­stu, kur­wa, lat nikt ich nie wy­mie­nia. Ni­ko­go już nie stać na in­we­sto­wa­nie w bez­pie­cze­ństwo, w bry­ga­dach jest nas mało i za­ra­bia­my tyl­ko tyle, żeby prze­żyć. Wy­bie­ra­my w jed­nym miej­scu, mo­dli­my się, żeby się nie za­wa­li­ło, a po­tem prze­no­si­my się gdzie in­dziej.

Idzie da­lej. W wie­ku pi­ęćdzie­si­ęciu dzie­wi­ęciu lat po­ru­sza się zwin­nie, schy­la się, pro­stu­je, pe­łza na czwo­ra­ka, zno­wu się pod­no­si, ja zo­sta­ję w tyle i kie­dy ko­ry­tarz skręca, tra­cę go z oczu. Trwa to za­le­d­wie dwa­dzie­ścia se­kund, ale gdy na pro­stym od­cin­ku go do­ga­niam, od­dy­cham z ulgą. Do­tar­li­śmy do szer­sze­go ko­ry­ta­rza z szy­na­mi na zie­mi, tu już mo­że­my sta­nąć pro­sto.

- Ma pan kon­dy­cję, don Pe­dro.

Śmie­je się.

- Póki co je­stem w ca­łkiem do­brej for­mie. Wszy­scy ko­le­dzy, któ­rzy jesz­cze żyją, po­cho­ro­wa­li się przez ko­pal­nię. Wie­lu z nich nie wsta­je z łó­żka. Sąsiad bez bu­tli z tle­nem nie zro­bi czte­rech kro­ków. Cho­dzi od łó­żka do drzwi i od drzwi do łó­żka. Ze mną, dzi­ęki Bogu, jest do­brze.

Wska­zu­je na wąski, wy­pe­łnio­ny ska­ła­mi ko­min, któ­ry sam na­zy­wa szpa­rą.

- To jesz­cze po Hisz­pa­nach, z cza­sów, jak była ko­lo­nia. Ro­bi­li młot­ka­mi z ka­mie­nia, cza­sem jesz­cze ja­kiś znaj­dzie­my. W tych stro­nach mo­żna spo­tkać ta­kie szcze­li­ny wy­pe­łnio­ne odłam­ka­mi skał, któ­re od­rzu­ca­li, bo ich ob­cho­dzi­ło tyl­ko czy­ste sre­bro. Zrzu­ca­li ka­mie­nie z po­zio­mów na gó­rze i tak się wła­śnie te szpa­ry za­pe­łnia­ły. Hisz­pa­nom ska­ły były po nic, ale dla nas mają spo­re zna­cze­nie. Są na­praw­dę cen­ne. Kie­dy rządzi­ło tu­taj CO­MI­BOL [pa­ństwo­we przed­si­ębior­stwo gór­ni­cze], za­bra­nia­li opró­żniać szpa­ry, żeby cała góra się nie za­wa­li­ła. Te­raz ka­żdy robi, co chce. Nie­któ­re bry­ga­dy wy­bie­ra­ją z tych szpar. A inne wy­bie­ra­ją ko­lum­ny skal­ne, któ­re Hisz­pa­nie zo­sta­wi­li w du­żych sa­lach. Ale tego nie trze­ba ru­szać ze względów bez­pie­cze­ństwa, żeby się strop nie za­pa­dł. Tyle że w tych ko­lum­nach jest mnó­stwo mi­ne­ra­łów, więc gór­ni­cy pru­ją ska­łę, pru­ją i pru­ją, ile wy­trzy­ma. Aż któ­re­goś dnia nie wy­trzy­mu­je.

Vil­l­ca ma mie­dzia­ne po­licz­ki o gład­kiej, na­pi­ętej skó­rze, ale wo­kół oczu wi­dać głębo­kie bruz­dy. Jak gdy­by czter­dzie­ści lat pra­cy pod zie­mią wy­rze­źbi­ło mu w twa­rzy ma­skę. Kie­dy opo­wia­da ja­kąś strasz­ną hi­sto­rię, uśmie­cha się nie­śmia­ło, a oczy - małe, czer­wo­ne jak roz­ża­rzo­ne węgiel­ki, bar­dzo żywe - giną mi­ędzy zmarszcz­ka­mi.

Jego syn Fe­de­ri­co za­czął pra­co­wać w ko­pal­ni w wie­ku trzy­na­stu lat. Pew­ne­go dnia, kie­dy po­ma­gał gór­ni­ko­wi, któ­ry wier­cił w ścia­nie, podło­że za­wa­li­ło im się pod sto­pa­mi. Po­rwa­ni la­wi­ną skał spa­dli tyl­ko kil­ka me­trów i zdo­ła­li wdra­pać się z po­wro­tem do ko­ry­ta­rza. Gór­nik i mały Fe­de­ri­co wy­bie­gli na ze­wnątrz. Wci­ąż jesz­cze bie­gli, kie­dy górą wstrząsnął huk, a chmu­ra pyłu z wiel­ką siłą ci­snęła ich twa­rzą do zie­mi. Ko­ry­tarz za nimi się za­wa­lił. Fe­de­ri­co był cały we krwi i w pyle. Nie chciał już ni­g­dy wi­ęcej we­jść do ko­pal­ni. Zgło­sił się do pra­cy na bu­do­wie, gdzie za­jął się trans­por­to­wa­niem ce­gieł i wor­ków z ce­men­tem, ale już na świe­żym po­wie­trzu.

Podążam za Vil­l­cą sze­ro­kim ko­ry­ta­rzem, wy­da­je mi się, że wresz­cie bie­gnącym na ze­wnątrz, wy­da­je mi się, że pro­wa­dzącym do in­ne­go wy­jścia niż to, któ­rym we­szli­śmy dwie go­dzi­ny temu, ale nie mogę mieć pew­no­ści. Przez "sze­ro­ki ko­ry­tarz" ro­zu­miem ja­kieś dwa i pół me­tra wy­so­ko­ści i coś oko­ło trzech me­trów sze­ro­ko­ści. W ciem­no­ści dep­cze­my po du­żych i głębo­kich ka­łu­żach, a na­sze la­tar­ki chla­pią po ścia­nach pla­ma­mi żó­łte­go świa­tła.

- Stąd to już jak prze­chadz­ka dla pa­nie­nek - stwier­dza Vil­l­ca.

I przy­sta­je.

Sły­szy­my ka­pa­nie,

pod­ziem­ne od­gło­sy,

szep­ty skał.

Vil­l­ca ob­ra­ca się nie­spiesz­nie, omia­ta mrok ko­ry­ta­rza świa­tłem czo­łów­ki i znie­nac­ka oświe­tla czy­jąś syl­wet­kę - mężczy­zny, któ­ry sie­dzi pod ścia­ną ze spoj­rze­niem sza­le­ńca i obłąka­nym uśmie­chem. To dia­beł. Gli­nia­ny po­sążek dia­bła o po­skręca­nych ro­gach i bar­dzo sze­ro­kich ustach, roz­ci­ągni­ętych od ucha do ucha, w któ­rych trzy­ma z tu­zin wy­pa­lo­nych pa­pie­ro­sów. Vil­l­ca pod­cho­dzi uśmiech­ni­ęty, za­pa­la ko­lej­ne­go i de­li­kat­nie ukła­da mu w pasz­czy.

- No i je­ste­śmy, Wu­jek.

Wu­jek to duch, któ­ry za­rządza głębi­na­mi, druh gór­ni­ków, pan, któ­ry za­pład­nia Pa­cha­ma­mę, Mat­kę Zie­mię, aby ro­dzi­ła żyły mi­ne­ra­łów. Gdy jest za­do­wo­lo­ny, spra­wia, że żyły się od­sła­nia­ją, kie­dy zaś się ze­źli, po­wo­du­je tąp­ni­ęcia. Na ko­la­nach Wuj­ka leżą pacz­ki ty­to­niu, po­jem­ni­ki z czy­stym spi­ry­tu­sem, a ta­kże pląta­ni­na ser­pen­tyn, kon­fet­ti i li­ści koki, któ­ry­mi gór­ni­cy ob­rzu­ca­ją go pod­czas chal­las - ce­re­mo­nii dzi­ęk­czyn­nych. Wu­jek uśmie­cha się roz­kra­czo­ny, pre­zen­tu­jąc swój głów­ny atry­but: ol­brzy­mi czło­nek w sta­nie erek­cji.

Vil­l­ca od­kręca pó­łli­tro­wą bu­tel­kę dzie­wi­ęćdzie­si­ęcio­sze­ścio­pro­cen­to­we­go spi­ry­tu­su Gu­abi­rá Buen Gu­sto, któ­ry gór­ni­cy po­pi­ja­ją w prze­rwach od pra­cy, albo czy­sty, albo też zmie­sza­ny z odro­bi­ną wody i cu­kru. Przy­su­wa się do ust Wuj­ka i wle­wa mu stru­mień do gar­dła. Al­ko­hol try­ska z czub­ka pe­ni­sa. Vil­l­ca re­cho­cze.

- Pew­ne­go dnia przy­je­cha­ła z wi­zy­tą wi­ce­mi­ni­ster Álva­rez z re­sor­tu gór­nic­twa. Jej da­li­śmy we­jść, ale po­wie­dzia­łem: musi pani po­ca­ło­wać czu­bek człon­ka; je­śli ko­bie­ta ma we­jść do ko­pal­ni, naj­pierw musi po­ca­ło­wać Wuj­ka w czu­bek człon­ka. To się schy­li­ła i go tam po­ca­ło­wa­ła.

Śmie­je się i idzie da­lej. Na skrzy­żo­wa­niu z in­nym ko­ry­ta­rzem, któ­ry po sko­sie prze­ci­na się z na­szym, sły­szy­my czy­jeś gło­sy. Vil­l­ca za­gląda tam i woła:

- Dup­ki!

Po wy­jściu mam ocho­tę ca­ło­wać świa­tło, mam ocho­tę je pić, wy­sma­ro­wać so­bie nim twarz.

Mój cień prze­su­wa się po zbo­czu. Wspi­na się na ska­ły, ro­śnie i ma­le­je, okrąża górę - kie­dy przed­wczo­raj wi­dzia­łem z da­le­ka Cer­ro Rico de Po­to­sí, wy­da­wa­ło mi się ma­je­sta­tycz­ną czer­wo­ną pi­ra­mi­dą. Kie­dy dziś po nim stąpam, jest zwa­ło­wi­skiem. Chrzęści mi pod sto­pa­mi, wy­da­je się, że lu­źne ska­ły lada chwi­la się po­to­czą, po­ci­ągną inne i ko­pal­nia się roz­pad­nie, i cała góra ru­nie osiem­set me­trów w dół la­wi­ną, i po­grze­bie bud­ki stra­żni­cze, po­tem wy­so­ko po­ło­żo­ne osie­dla gór­ni­ków, po­tem pla­ce, uli­ce, ko­lo­nial­ne do­misz­cza, ba­ro­ko­we pa­ła­ce i po­zo­sta­ną tyl­ko dwie wie­że ka­te­dry wy­sta­jące po­nad mo­rzem ka­mie­ni.

Po pi­ęciu­set la­tach pro­wa­dzo­nych przez gór­ni­ków prac wy­do­byw­czych Cer­ro Rico to góra, któ­ra się roz­pa­da. Co­dzien­nie wy­ry­wa­ją z niej 3000-4000 ton skał, aby po­zy­skać z nich sre­bro, ołów, cynk i cynę. We­dług wy­li­czeń geo­lo­ga Osval­da Ar­ce­go wci­ąż za­wie­ra 47 824 tony czy­ste­go sre­bra - wi­ęcej, niż do­tych­czas z niej wy­do­by­to. Sęk w tym, że gru­be żyły się wy­czer­pa­ły, zo­sta­ły tyl­ko drob­ne ży­łki o bar­dzo ni­skiej za­war­to­ści me­ta­lu i trze­ba by roz­wa­lić, roz­kru­szyć i prze­siać całą górę, aby wy­do­być taką jego ilo­ść.

Wy­da­je się, że są do tego zdol­ni: osiem, dzie­si­ęć, dwa­na­ście ty­si­ęcy gór­ni­ków scho­dzi dzień w dzień pod zie­mię i da­lej drąży. Pra­cu­ją dla trzy­dzie­stu dzie­wi­ęciu ró­żnych spó­łdziel­ni. Na ze­wnątrz wiel­kie przed­si­ębior­stwo Ma­nqu­iri, na­le­żące do kor­po­ra­cji ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych, zaj­mu­je się prze­twa­rza­niem hałd i obec­nych w nich pal­la­cos - cho­dzi o po­tężne zwa­ło­wi­ska skał i żwi­ru wy­do­by­tych przez gór­ni­ków w ci­ągu wie­ków i od­rzu­co­nych ze względu na bar­dzo ni­ską za­war­to­ść mi­ne­ra­łów. Dzi­ęki wspó­łcze­snej tech­no­lo­gii fir­mie opła­ca się prze­sie­wać ta­kie ru­mo­wi­ska i po­zy­ski­wać z nich sre­bro oraz cynk.

Ka­żda eks­plo­zja dy­na­mi­tu otwie­ra w gó­rze nową dziu­rę. W ra­mach ba­dań prze­pro­wa­dzo­nych przez Mi­ni­ster­stwo Gór­nic­twa zi­den­ty­fi­ko­wa­no sto trzy­dzie­ści osiem stref osy­pisk, nie­któ­re świe­że, inne sprzed wie­ków, a ta­kże wska­za­no wie­le miejsc w la­bi­ryn­cie ko­ry­ta­rzy, gdzie w ka­żdej chwi­li mo­gło do­jść do za­wa­łu. Ist­nie­ją prze­past­ne ka­wer­ny, opusz­czo­ne już przez gór­ni­ków, któ­re pod wpły­wem ko­ro­zji wy­wo­ła­nej kwa­śny­mi wo­da­mi pęka­ją. W 2011 roku po okre­sie in­ten­syw­nych desz­czów spi­cza­sty czu­bek góry po­czął się roz­pa­dać i w ci­ągu kil­ku dni utwo­rzył się w nim kra­ter o czter­dzie­sto­me­tro­wej śred­ni­cy i czter­dzie­sto­me­tro­wej głębo­ko­ści. Góra ma 4800 me­trów wy­so­ko­ści - wła­dze za­ka­za­ły pro­wa­dze­nia eks­plo­ata­cji gór­ni­czej po­wy­żej 4400 me­trów, to jest w stre­fie naj­bar­dziej osła­bio­nej.

Cer­ro Rico to mi­ędzy in­ny­mi for­ma. Ol­brzy­mia pi­ra­mi­da, któ­ra wzno­si się nad mia­stem Po­to­sí, syl­wet­ka, któ­ra wid­nie­je w go­dle Bo­li­wii, na pie­częciach, pla­ka­tach, pocz­tów­kach i ba­ro­ko­wych pej­za­żach, gi­gan­tycz­ny mo­nu­ment w for­mie trój­kąta, iko­na bo­gactw ziem­skich i mocy nie­bie­skich. Ale się sy­pie. W bo­li­wij­skich ga­ze­tach pu­bli­cy­ści dzie­lą się oba­wa­mi, że ten sym­bol na­ro­do­wy stra­ci gło­wę. Albo że się za­wa­li - da­lej me­ta­fo­ry na­su­wa­ją się same.

Tym­cza­sem dzie­si­ęć ty­si­ęcy gór­ni­ków, któ­rym kwe­stia go­dła pa­ństwo­we­go głów nie za­prząta, dzień w dzień wcho­dzi w głąb góry.

Miesz­ka­ńcy Po­to­sí boją się dnia osta­tecz­ne­go upad­ku, apo­ka­lip­tycz­nej la­wi­ny, któ­ra za­ko­ńczy hi­sto­rię Cer­ro Rico. W jego wnętrzu leżą ko­ści - czy może pył po ko­ściach - dzie­si­ątek ty­si­ęcy gór­ni­ków. Od pierw­sze­go in­dia­ńskie­go nie­wol­ni­ka z cza­sów hisz­pa­ńskiej ko­lo­nii po Lu­isa Cha­ra­caya, wiert­ni­cze­go, o któ­rym pi­szą w ga­ze­cie, bo wczo­raj ule­gł zmia­żdże­niu w wy­ni­ku tąp­ni­ęcia w tu­ne­lu i zma­rł wsku­tek ura­zu we­wnątrz­czasz­ko­we­go i udu­sze­nia. Cer­ro Rico de Po­to­sí na­zy­wa się "górą, któ­ra zja­da lu­dzi".

Któ­ra zja­da lu­dzi.

Ali­cia Qu­ispe ma czter­na­ście lat. Nosi ob­szar­pa­ny kom­bi­ne­zon z nan­ki­nu, ręka­wy zwi­sa­ją jej do­brą pi­ędź po­ni­żej dło­ni, na no­gach ma za duże gu­mia­ki, a na gło­wie kask gór­ni­ka. Kask gór­nicz­ki. Czar­ne wło­sy ze­bra­ła w ko­ński ogon, oczy ma w kszta­łcie mig­da­łów, a ich spoj­rze­nie ciąg­le ucie­ka, jak gdy­by ko­goś szu­ka­ło.

Po­wie­dzia­no mi, że za­raz wyj­dzie. Jest siód­ma rano, to mój dru­gi raz na Cer­ro Rico i cie­szę się, że nie mu­szę zno­wu wcho­dzić do środ­ka. Cze­ka­nie przed ko­pal­nią zu­pe­łnie mi nie prze­szka­dza.

Plac przede mną ma po­stać espla­na­dy z sza­ro­nie­bie­skie­go pyłu na wy­so­ko­ści 4400 me­trów przy jed­nym z 569 we­jść do ko­pal­ni, ja­kie zli­czo­no w nie­daw­nym ra­por­cie na te­mat Cer­ro Rico. Sto­ją tu dwie na­le­żące do gór­ni­ków to­yo­ty co­rol­le, czte­ry pu­ste i po­wyw­ra­ca­ne wóz­ki do prze­wo­zu su­row­ca - trzy z nich bar­dzo za­rdze­wia­łe i chy­ba po­rzu­co­ne - a ta­kże ster­ta szyn na wy­mia­nę, gdy te uło­żo­ne w środ­ku sko­ro­du­ją od kwa­śnej wody, gdy wy­ko­ńczy je ci­ężar za­ła­do­wa­nych wa­go­ni­ków. Na pla­cu wi­dać też dwa ba­ra­ki z su­szo­nej ce­gły na­kry­te bla­chą cyn­ko­wą. Je­den to ma­ga­zyn na na­rzędzia gór­ni­ków, a dru­gi to dom, w któ­ry miesz­ka Ali­cia.

Czy­tam ga­ze­tę "El Po­to­sí". Wczo­raj znów wy­pa­dek:

ŚMIE­RĆ DWÓCH GÓR­NI­KÓW PRZY­SY­PA­NYCH W KO­PAL­NI

Dwaj gór­ni­cy w wie­ku 37 i 41 lat zgi­nęli przy­gnie­ce­ni bel­ką w ko­pal­ni En­ci­nas w Cer­ro Rico de Po­to­sí, o czym po­in­for­mo­wał pro­ku­ra­tor okręgo­wy Fi­del Ca­stro. We­dług wstęp­ne­go do­cho­dze­nia do tra­gicz­ne­go wy­pad­ku przy pra­cy do­szło, kie­dy oby­dwaj wy­do­by­wa­li rudę, jak czy­ni­li to ka­żde­go dnia. "Nie­ste­ty w wy­ni­ku wy­pad­ku przy pra­cy oby­dwaj po­nie­śli śmie­rć: je­den miał we­wnętrz­ne ob­ra­że­nia klat­ki pier­sio­wej, dru­gi zaś uraz we­wnątrz­czasz­ko­wy. Z tego, co wie­my na ra­zie, w ko­pal­ni do­szło do tąp­ni­ęcia i ich przy­sy­pa­ło" - oznaj­mił pro­ku­ra­tor.

Zwło­ki ofi­cjal­nie wy­do­by­ła eki­pa do­cho­dze­nio­wa Pro­ku­ra­tu­ry Kra­jo­wej oraz funk­cjo­na­riu­sze Jed­nost­ki Spe­cjal­nej do Zwal­cza­nia Prze­stęp­czo­ści (FELCC).

Bli­scy gór­ni­ków ode­bra­li ich cia­ła, by za­pew­nić im po­chó­wek.

Tego ro­dza­ju wia­do­mo­ści będę znaj­do­wał co kil­ka dni: gór­ni­cy gi­nęli przy­gnie­ce­ni przez za­wa­ły albo wpa­da­li do szy­bów. Cza­sem któ­re­goś do­si­ęga­ła eks­plo­zja dy­na­mi­tu albo wpa­dał mi­ędzy pręty ma­szy­ny do roz­drab­nia­nia skał. Co roku giną dzie­si­ąt­ka­mi - ale trze­ba wy­ła­py­wać in­for­ma­cje o tym roz­sia­ne tu i ów­dzie, bo ja­sne i kom­plet­ne sta­ty­sty­ki nie ist­nie­ją. Są też inne wia­do­mo­ści, któ­rych nie znaj­dę ani w ga­ze­cie, ani w te­le­wi­zyj­nych ser­wi­sach in­for­ma­cyj­nych, ani w pro­gra­mach do­ku­men­tal­nych - wia­do­mo­ści, któ­re nie są no­wi­na­mi. O krze­mi­cy le­d­wie sło­wo. O prze­mo­cy nic.

Góra się trzęsie. Naj­pierw bar­dzo de­li­kat­nie, wpa­da­jąc w le­d­wie wy­czu­wal­ną wi­bra­cję, po­tem sły­chać hur­got me­ta­lu i skał, któ­ry na­ra­sta i na­ra­sta, aż prze­ra­dza się w huk. Od we­jścia do ko­pal­ni zbli­ża się wó­zek wy­ła­do­wa­ny ka­mie­nia­mi i na pe­łnej pręd­ko­ści prze­je­żdża tuż koło mnie. Pcha go dwóch gór­ni­ków w kom­bi­ne­zo­nach, ka­skach i bu­cio­rach, je­den wy­ższy, a dru­gi ni­ższy. Wy­ci­ągni­ęty­mi ręka­mi na­pie­ra­ją na ła­du­nek, gło­wy scho­wa­li w ra­mio­nach, sta­wia­ją krót­kie i szyb­kie kro­ki. Po­ko­nu­ją jesz­cze pi­ęćdzie­si­ąt me­trów, do ko­ńca szyn i gra­ni­cy na­sy­pu. Cze­ka tam na nich trze­ci gór­nik. Pod­cho­dzi do wóz­ka, na­ci­ska waj­chę, któ­ra zwal­nia zrzut­nię, i wy­sy­pu­je ka­mie­nie z wa­go­ni­ka na plat­for­mę. Dwa czy trzy razy w ty­go­dniu przy­je­żdża ci­ęża­rów­ka i za­bie­ra zgro­ma­dzo­ne tam ska­ły.

Dwaj do­ro­śli gór­ni­cy, ten, któ­ry pchał wó­zek, i ten, któ­ry cze­kał na na­sy­pie, ocie­ra­ją nie­bie­skie dło­nie o ska­fan­der, wy­ci­ąga­ją z we­wnętrz­nej kie­sze­ni pa­pie­ro­sy i palą. Jest kwa­drans po siód­mej rano, ich zmia­na do­bie­ga ko­ńca.

Trze­ci gór­nik, ten ni­ższy, któ­ry po­py­chał wó­zek, to gór­nicz­ka - Ali­cia Qu­ispe, lat czter­na­ście, w za du­żej odzie­ży ro­bo­czej. Je­den z do­ro­słych po­da­je jej bu­tel­kę wody, a ona bie­rze z niej dłu­gi łyk.

Nie zbli­żam się, zo­sta­ję w od­le­gło­ści pi­ęćdzie­si­ęciu me­trów i spa­ce­ru­ję tro­chę po pla­cu. Chcę wie­rzyć, że choć jest jesz­cze wcze­śnie, we­zmą mnie za tu­ry­stę. Mam ple­cak i nie­wiel­ki apa­rat fo­to­gra­ficz­ny, któ­rym ro­bię zdjęcia góry i we­jścia do ko­pal­ni, a kie­dy od­wra­cam się w ich stro­nę, po­zdra­wiam ich lek­kim ski­nie­niem gło­wy. Ali­cia do­strze­ga mnie, roz­po­zna­je i nie robi nic. Po­wo­li ru­szam z pla­cu w kie­run­ku jej domu.

Ali­cia Qu­ispe w rze­czy­wi­sto­ści się tak nie na­zy­wa. Woli ukryć swo­je per­so­na­lia, aby nie stra­cić po­ta­jem­nej pra­cy. Pra­cy, o któ­rej dy­rek­tor jed­nej ze spó­łdziel­ni gór­ni­czych po­wie mi, że nie ist­nie­je. Że nie ist­nie­je, no, ale gdy­by na­wet ist­nia­ła, to też prze­cież nie by­ło­by ta­kie strasz­ne, bo dzie­ci, sko­ro już miesz­ka­ją tu, na pla­cu, po­ma­ga­ją swo­im ro­dzi­nom, tak jak i ka­żdy z nas po­ma­gał - po­wie­dzą mi w dy­rek­cji - tak jak się ro­bi­ło przez całe ży­cie, no bo co in­ne­go mia­ły­by ro­bić dzie­ci na Cer­ro Rico.

Ali­cia wy­ko­nu­je pra­cę, któ­ra nie ist­nie­je, pra­cę, za któ­rą wcze­śniej pła­ci­li jej dwa­dzie­ścia pe­sos1 za dzień - czy ra­czej dwa­dzie­ścia pe­sos za noc - czy­li nie­co po­nad dwa euro. I za któ­rą już jej nie pła­cą. Te­raz pra­cu­je za dar­mo, żeby ure­gu­lo­wać dług, przy­pi­sa­ny jej mat­ce przez gór­ni­ków z tej spó­łdziel­ni, co sta­no­wi wy­bieg ma­jący utrzy­mać je w nie­wo­li.

1 Choć od 1987 roku ofi­cjal­ną wa­lu­tą Bo­li­wii są bo­li­via­nos, miesz­ka­ńcy - a za nimi i au­tor re­por­ta­żu - wci­ąż po­wszech­nie okre­śla­ją je mia­nem pe­sos. (Wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od tłu­ma­cza).

Wczo­raj spo­tka­łem się z Ali­cią w po­miesz­cze­niach na­le­żących do CE­PRO­MIN i miesz­czących się u pod­nó­ża góry, gdzie dzie­ci ko­pal­ni - i inne dzie­ci pra­cu­jące: bu­dow­la­ńcy, pu­cy­bu­ci, słu­żba do­mo­wa - przy­cho­dzą na za­jęcia edu­ka­cyj­ne re­ali­zu­jące częścio­wo pro­gram na­ucza­nia, gdzie do­sta­ją też do je­dze­nia wa­rzy­wa, jaj­ka, mi­ęso, czy­li po­ży­wie­nie, na ja­kie nie mają szans w swo­ich do­mach - w swo­ich cha­łu­pach - i gdzie mogą li­czyć na cie­pły prysz­nic, spędzić parę go­dzin na za­ba­wie, na lek­tu­rze, w spo­ko­ju. Gdzie nikt ich nie bije. Na­uczy­ciel­ki opo­wie­dzia­ły mi o niej, mó­wi­ły, że mu­szę ją po­znać. Za pierw­szym ra­zem, gdy ją zo­ba­czy­łem, sie­dzia­ła przy wspól­nym sto­le wraz z czte­re­ma czy pi­ęcio­ma in­ny­mi dziew­czyn­ka­mi w jej wie­ku, któ­re od­ra­bia­ły pra­cę do­mo­wą. Ona prze­gląda­ła aku­rat ilu­stro­wa­ne wy­da­nie Kop­ciusz­ka. Pod­sze­dłem się przy­wi­tać, chwi­lę z nimi po­ga­da­łem, nie­zręcz­nie za­da­łem kil­ka py­tań, a Ali­cia jako je­dy­na też mnie o coś spy­ta­ła. Po­roz­ma­wia­łem z nią jesz­cze tro­chę, pod­czas gdy jej ko­le­żan­ki wró­ci­ły do swo­ich za­jęć, a w ko­ńcu za­pro­po­no­wa­ła, bym kie­dyś wpa­dł do niej do domu.

CE­PRO­MIN to Cen­tro de Pro­mo­ción Mi­ne­ra, Gór­ni­czy Ośro­dek Awan­su, sto­wa­rzy­sze­nie za­ło­żo­ne w 1979 roku, kie­dy rządy woj­sko­we w Bo­li­wii mia­ły się ku ko­ńco­wi, a de­mo­kra­cja sta­wia­ła pierw­sze kro­ki. Gór­ni­czy ruch zwi­ąz­ko­wy był wów­czas jed­ną z naj­po­tężniej­szych sił w wal­ce o de­mo­kra­cję. Na po­cząt­ku lat osiem­dzie­si­ątych pa­no­wał w nim en­tu­zjazm.

- Gór­ni­cy przez wie­le lat wal­czy­li prze­ciw­ko dyk­ta­tu­rze i te­raz przy­sze­dł czas, by uczest­ni­czy­li w de­mo­kra­cji. W tym wła­śnie celu po­wsta­ło CE­PRO­MIN: aby za­pew­nić gór­ni­kom kszta­łce­nie po­li­tycz­ne, aby przy­go­to­wać li­de­rów, zgod­nie z my­ślą, że ko­rzy­ści z gór­nic­twa nie po­win­ny da­lej pły­nąć za gra­ni­cę, lecz po raz pierw­szy w hi­sto­rii przy­no­sić po­ży­tek kra­jo­wi - tłu­ma­czy­ła mi w swo­im ga­bi­ne­cie w La Paz dy­rek­tor­ka or­ga­ni­za­cji Ce­ci­lia Mo­li­na. - I spójrz, co z tego wy­szło. Jest zde­cy­do­wa­nie go­rzej. Le­d­wie uda­je nam się prze­trwać, zresz­tą zwróć uwa­gę na na­sze pro­jek­ty: pro­gra­my zwal­cza­nia gło­du, wal­ki ze skraj­ną nędzą i z pra­cą dzie­ci w ko­pal­niach. Trzy­dzie­ści lat temu w ko­pal­ni nie było nie­let­nich. Wszyst­ko się dzie­je z ja­kie­jś przy­czy­ny, bie­da wy­ni­ka z de­cy­zji po­li­tycz­nych. W 1985 roku pa­ństwo po­zby­ło się wszyst­kich ko­pa­lń z wy­jąt­kiem jed­nej, zwol­ni­ło dwa­dzie­ścia trzy ty­si­ące gór­ni­ków, spry­wa­ty­zo­wa­ło wszyst­ko i po­zwo­li­ło, by za­pa­no­wa­ło pra­wo dżun­gli. Te­raz do­cho­dzi do nad­użyć na prze­ra­ża­jącą ska­lę. Ty­si­ące gór­ni­ków pra­cu­je bez umo­wy, bez ubez­pie­cze­nia zdro­wot­ne­go, bez skła­dek na eme­ry­tu­rę, do­sta­je gro­sze, często daje się oszu­ki­wać, bo nie po­tra­fi na­wet czy­tać, a są przed­si­ębior­cy, któ­rzy dzi­ęki ta­kie­mu sys­te­mo­wi się bo­ga­cą. Naj­gor­sza w tym wszyst­kim jest igno­ran­cja: już nie ma kszta­łce­nia, nie ma ja­kiej­kol­wiek świa­do­mo­ści, nie ma śla­du opo­ru. Ka­żdy gór­nik robi, co może, żeby za­ro­bić tro­chę kasy, i tyle. A po­tem mają ja­kiś wy­pa­dek albo do­sta­ją krze­mi­cy i już zo­sta­ją w nędzy, oni i ich ro­dzi­ny. Ko­pal­nie są o wie­le bar­dziej nie­bez­piecz­ne niż kie­dyś, bo bra­ku­je tech­no­lo­gii i środ­ków bez­pie­cze­ństwa. Więc mo­dli­my się do Wuj­ka, by za­pew­nił nam szczęście. Kie­dy oj­ciec umie­ra w wie­ku trzy­dzie­stu czy trzy­dzie­stu pi­ęciu lat, na ko­pal­nię mu­szą iść jego dzie­ci.

W roku 2011 rząd Bo­li­wii osza­co­wał, że w ko­pal­niach pra­cu­je 3800 nie­let­nich. CE­PRO­MIN su­ge­ro­wa­ło, że jest to ra­czej oko­ło 13 ty­si­ęcy.

- Nie spo­sób po­dać do­kład­nej licz­by - wy­ja­śnia Mo­li­na - bo pra­cu­ją po­ta­jem­nie, bo licz­ba za­trud­nio­nych ro­śnie i spa­da w za­le­żno­ści od cen krusz­cu. Ja­sne jest na­to­miast to, że je­śli za­czy­na­ją pra­co­wać w wie­ku dwu­na­stu czy czter­na­stu lat, to z pew­no­ścią nie do­ży­ją trzy­dzie­stu pi­ęciu.

* * *

Ali­cia że­gna się z gór­ni­ka­mi i prze­cho­dzi parę kro­ków do ba­ra­ku, w któ­rym miesz­ka z mat­ką, do?ą Rosą, lat czter­dzie­ści dwa, oraz czte­ro­let­nią sio­strą Eve­lyn. To pu­de­łko zbu­do­wa­ne z szorst­kich su­szo­nych ce­gieł, czte­ry ścia­ny bez okien przy­kry­te bla­chą cyn­ko­wą. Gór­ni­cy po­sta­wi­li ba­rak wprost na pla­cu, na ka­mien­nym podło­żu na wy­so­ko­ści 4400 me­trów, gdzie ci­ągle sma­ga­ją go wia­try, a na da­chu po­ło­ży­li tro­chę skał, żeby nie zdmuch­nęło bla­chy. Tu, na gó­rze - po­śród kłębów tru­jące­go pyłu i po­dmu­chów żwi­ru, któ­re kłu­ją ni­czym grad - wiatr dra­pie, jak­by miał pa­zu­ry.

Gór­ni­cy zgo­dzi­li się, by Ali­cia z ro­dzi­ną tu miesz­ka­ły. Te­raz mogą już miesz­kać tyl­ko tu­taj, w miej­scu, gdzie to pra­wie nie­mo­żli­we.

Zaj­mu­ją je­den z do­mów po­ło­żo­nych naj­wy­żej na ca­łej pla­ne­cie, na ostat­niej, cie­niut­kiej war­stwie ży­cia czło­wie­cze­go - po­nad po­zio­mem 4400 me­trów nie ma już pra­wie ni­ko­go. Ali­cia, do?a Rosa i Eve­lyn mają pod sobą 99,9 pro­cent ludz­ko­ści. A nie­co po­wy­żej nich ko­ńczy się ja­ka­kol­wiek mo­żli­wo­ść ży­cia na sta­łe: nad gło­wa­mi mają nie­wie­le at­mos­fe­ry, słup po­wie­trza waży tu po­ło­wę tego, co na po­zio­mie mo­rza. Przy tak ni­skim ci­śnie­niu pęche­rzy­ki płuc­ne nie są w sta­nie prze­ka­zy­wać tle­nu do krwi w od­po­wied­niej ilo­ści. Lu­dzie miesz­ka­jący na tych wy­so­ko­ściach przy­sto­so­wy­wa­li się do nich w ci­ągu wie­ków: mają wi­ęk­sze płu­ca, aby z ka­żdym wde­chem wchła­niać wi­ęcej po­wie­trza, mają wi­ęcej krwi i wi­ęcej czer­wo­nych krwi­nek, aby trans­por­to­wa­ły tlen po cie­le. Ale licz­ba krwi­nek też ma swój li­mit, bo kie­dy jest ich wi­ęcej, krew robi się zbyt gęsta i za­czy­na­ją się skrze­py, uda­ry mó­zgu, ata­ki ser­ca. Więc ża­den czło­wiek nie może na sta­łe miesz­kać po­wy­żej pu­ła­pu 5500 me­trów.

Tu, na wy­so­ko­ści 4400 me­trów, też nie ka­żdy wy­trzy­mu­je. Nie­mal wszyst­kich nas świe­żo po przy­je­ździe boli gło­wa, nie­mal wszyst­kim się w niej kręci, bo­imy się przy­spie­szo­ne­go bi­cia ser­ca. Mu­si­my przez kil­ka dni się akli­ma­ty­zo­wać, po­spać, od­po­cząć, na­pić się na­pa­ru z koki, wy­pro­du­ko­wać wi­ęcej czer­wo­nych krwi­nek, aby móc wresz­cie zro­bić czte­ry kro­ki i nie paść z wy­czer­pa­nia. Nie­któ­rym idzie go­rzej: wy­mio­tu­ją, mdle­ją, mają mi­gre­ny. Albo jesz­cze go­rzej: do­pa­da­ją ich obrzęki. Do­sta­ją obrzęków płuc albo mó­zgu i umie­ra­ją.

Ali­cii dają miesz­kać tu­taj - w miej­scu, gdzie to już pra­wie nie­mo­żli­we.

Ba­rak stoi na an­dyj­skim pła­sko­wy­żu: rów­ni­nie z ochry i soli, któ­ra po­dry­gu­je pod pro­mie­nia­mi sło­ńca i ulat­nia się ku nie­bu o bar­wie aspi­ry­ny. Nie ro­śnie tu ani jed­no drze­wo. Same ska­ły i świa­tło. Tu i ów­dzie wy­brzu­sza się ja­kieś wzgó­rze, ale mo­żna od­nie­ść wra­że­nie, że na tę wy­so­ko­ść świat do­cie­ra już zmęczo­ny, dla­te­go też wy­pi­ętrze­nie Cer­ro Rico jest tak im­po­nu­jące: oto szczyt, któ­ry wzno­si się ty­si­ąc me­trów po­nad wy­czer­pa­ny pła­sko­wyż. U pod­nó­ża góry roz­ci­ąga się dwu­stu­ty­si­ęcz­ne mia­sto Po­to­sí, jego dziel­ni­ce pu­de­łko­wa­tych dom­ków i pła­skich da­chów, jego układ po­ści­ska­nych cel, jego geo­me­tria przy­po­mi­na­jąca dzie­ło owa­dów. Albo też obo­zo­wi­sko: obo­zo­wi­sko pio­nie­rów, któ­rzy przy­by­li, by wy­ci­ągać bo­gac­twa z nie­na­da­jącej się do za­miesz­ka­nia pla­ne­ty.

I tak wła­śnie jest. Ali­cia żyje na gó­rze czy­ste­go sre­bra, któ­ra oszo­ło­mi­ła hisz­pa­ńskich kon­kwi­sta­do­rów; oto bo­ski po­da­ru­nek, któ­ry zre­kom­pen­so­wał ich wy­si­łki, skon­so­li­do­wał ich im­pe­rium i utrwa­lił ich prze­ko­na­nia; to rów­nież sło­wo w języ­ku ke­czua, któ­re przy­jęło się w hisz­pa­ńskim na za­sa­dzie me­to­ni­mii jako okre­śle­nie nie­wy­obra­żal­nych bo­gactw: un po­to­sí.

Ali­cia mie­sza w Po­to­sí, w kra­inie ba­jecz­nych skar­bów.

Wita mnie, te­raz już otwar­cie, i za­pra­sza do środ­ka. Rolę drzwi od­gry­wa ar­kusz bla­chy z nie­wiel­ką kłód­ką; z nad­pro­ża zwi­sa­ją nie­bie­skie i zie­lo­ne ta­siem­ki, a ta­kże dwa sztucz­ne kwia­ty w ko­lo­rze czer­wie­ni. We­wnątrz pa­nu­je mrok, podło­ga to kle­pi­sko, wzrok po­trze­bu­je cza­su, aby wy­chwy­cić wi­ęcej szcze­gó­łów. Po­wo­li do­strze­gam, że ce­gla­ny ba­rak, pu­dło sze­ść me­trów na trzy, ma ścia­ny po­kry­te od środ­ka war­stwą odła­żące­go tyn­ku. Sły­szę też po­dmu­chy gwi­żdżące­go w szpa­rach wia­tru. W nie­któ­rych miej­scach szpa­ry za­sło­ni­ęte są kar­to­nem, na przy­kład dużą syl­wet­ką di­sne­jow­skiej Ma­łej Sy­ren­ki, któ­ra sie­dzi uśmiech­ni­ęta na ska­le w głębi mo­rza, obok żó­łtej ryby, któ­ra rów­nież się uśmie­cha, oraz czer­wo­ne­go kra­ba o wy­łu­pia­stych oczach, któ­ry z en­tu­zja­zmem pod­no­si w górę szczyp­ce. Z ta­kie­go ry­sun­ko­we­go, di­sne­jow­skie­go, pod­mor­skie­go tła roz­le­wa się po ścia­nie pla­ma wil­go­ci. Prze­cie­ki two­rzą na podło­dze bło­to. W pó­łm­ro­ku do­strze­gam ku­chen­kę ga­zo­wą na sto­le, łó­żko z gru­by­mi ko­ca­mi, gdzie śpi mat­ka i oby­dwie cór­ki, pół tu­zi­na płó­cien­nych wor­ków do prze­cho­wy­wa­nia ubrań, trzy sta­re pla­sti­ko­we krze­sła i jesz­cze je­den sto­lik, przy któ­rym je­dzą i przy któ­rym Ali­cia, jak mi mówi, od­ra­bia pra­ce do­mo­we.

Dziew­czy­na otwie­ra dłoń i po­ka­zu­je mi na niej trzy oło­wia­no­sza­re ka­my­ki, po­prze­ci­na­ne po­bły­sku­jący­mi plam­ka­mi: to dro­bi­ny sre­bra. Wy­nio­sła je z ko­pal­ni.

Za­wi­ja ka­my­ki w ga­ze­tę, cho­wa pa­ku­nek do szkol­ne­go tor­ni­stra i od­cho­dzi w kąt ba­ra­ku, za wor­ki z płót­na, żeby się prze­brać. Zdej­mu­je kom­bi­ne­zon i wkła­da je­an­sy, nie­bie­ską blu­zę od dre­su i we­łnia­ną czap­kę. Za­kła­da tor­ni­ster, wy­cho­dzi­my z ba­ra­ku i scho­dzi­my w dół zbo­cza.

Ma czter­na­ście lat i po­marsz­czo­ne dło­nie zbie­la­łe od pyłu z góry.

Wiatr omia­ta zbo­cza, to­czy roz­drob­nio­ne ska­ły, spra­wia, że ha­łdy zgrzy­ta­ją. Pył z Cer­ro Rico wła­zi do oczu, wci­ska się w zęby, wpa­da do płuc, a za­wie­ra dużo ra­ko­twór­cze­go ar­se­nu, no i w do­dat­ku kadm, cynk, chrom i ołów, któ­re gro­ma­dzą się we krwi, po tro­chu za­tru­wa­ją, przy­spie­sza­ją roz­wój cho­rób, wy­czer­pu­ją or­ga­nizm. Za­wie­ra też sre­bro: 120 czy 150 gra­mów sre­bra w jed­nej to­nie pyłu. Ka­żdy gość za­bie­ra z Po­to­sí odro­bi­nę sre­bra w płu­cach. Wła­śnie dla tych dro­bin, aby od­dzie­lać je od wszyst­kich po­zo­sta­łych, Ali­cia miesz­ka na gó­rze w ba­ra­ku z su­szo­nej ce­gły.

- Wcze­śniej cho­dzi­łam sprze­da­wać ka­mie­nie w Pa­ila­vi­ri. Tam tu­ry­ści na­wet spo­ro ku­pu­ją. Ale dzie­ci z Pa­ila­vi­ri mnie prze­pędzi­ły, bo one też sprze­da­ją. Te­raz scho­dzę na plac.

- Na pla­cu do­brze się sprze­da­je?

- Sprze­da­je się. Ale cho­dzi tam po­li­cja.

Sły­chać od­le­głe pod­ziem­ne eks­plo­zje. Z góry wy­do­by­wa się ko­lej­ny tu­man sza­re­go pyłu, któ­ry pod­no­si się wy­so­ko i opa­da po­wo­li, osa­dza­jąc się na lu­dziach, osa­dza­jąc się na zbo­czu, po­tem prze­je­żdża­ją ci­ęża­rów­ki i po­now­nie wzbi­ja­ją go w po­wie­trze.

Scho­dzi­my do osie­dla gór­ni­cze­go, naj­pierw na dro­gi grun­to­we, na­stęp­nie zaś na uli­ce z as­fal­tu, z chod­ni­ka­mi, i scho­dzi­my jesz­cze dwa ki­lo­me­try da­lej, aż do pla­cu 10 Li­sto­pa­da, gdzie jest zie­leń, są fon­tan­ny i ła­wecz­ki. To daw­na Pla­za de Re­go­ci­jo, plac Ra­do­ści, ser­ce ko­lo­nial­ne­go Po­to­sí. Je­śli spoj­rzeć z pla­cu w kie­run­ku po­łu­dnio­wym, po­nad świ­ąty­nia­mi i pa­ła­ca­mi zo­ba­czy­my do­mi­nu­jącą pi­ra­mi­dę Cer­ro Rico. Na tle góry od­ci­na­ją się na pla­cu dwie ko­bie­ce syl­wet­ki: po­sąg Spra­wie­dli­wo­ści, któ­ra dzie­rży wagę, oraz po­sąg Wol­no­ści, któ­ra wzno­si po­chod­nię. U stóp Spra­wie­dli­wo­ści i Wol­no­ści, na pla­co­wej ła­wecz­ce, Ali­cia wy­ci­ąga z ple­ca­ka otwar­tą drew­nia­ną skrzyn­kę z po­dzia­łką na dzie­wi­ęć ko­mó­rek. Od­wi­ja trzy ka­mie­nie sre­bro­no­śne z dzi­siaj oraz jesz­cze kil­ka, któ­re mia­ła w in­nych pa­czusz­kach, i umiesz­cza je w prze­gród­kach skrzyn­ki.

Wcze­śniej cho­dzi­ła do sek­to­ra gór­ni­cze­go Pa­ila­vi­ri, naj­star­sze­go na ca­łej gó­rze, funk­cjo­nu­jące­go od XVI wie­ku, aby sprze­da­wać frag­men­ty skał tu­ry­stom, któ­rzy opła­ca­li prze­wod­ni­ka, by opro­wa­dzał ich po ko­ry­ta­rzach ko­pal­ni. Od­kąd dzie­ci z Pa­ila­vi­ri ją prze­pędzi­ły, scho­dzi na plac i sia­da na rogu ulic Ay­acu­cho i Qu­ijar­ro. Tędy prze­cho­dzą gru­py tu­ry­stów, któ­rzy zmie­rza­ją do daw­nej men­ni­cy Casa de la Mo­ne­da. Po­ka­zu­je im otwar­tą skrzyn­kę z frag­men­ta­mi skał.

- Se­?o­ra, kupi pani rudę sre­bra. To sre­bro z Po­to­sí, se­?o­ra.

Pro­si o pięć, dzie­si­ęć pe­sos.

Za je­den z ka­mie­ni mło­dy tu­ry­sta daje jej dwa­dzie­ścia pe­sos. To do­kład­nie tyle samo, ile do­sta­wa­ła za całą noc pcha­nia wóz­ków w ko­pal­ni, nim zmu­si­li ją do pra­cy za dar­mo. By­wa­ły dni, jak opo­wia­da, kie­dy inni tu­ry­ści da­wa­li jej na­wet pi­ęćdzie­si­ąt pe­sos za je­den ka­wa­łek. Ale prze­wod­ni­cy grup tu­ry­stycz­nych i po­li­cjan­ci prze­pędza­ją sprze­da­jące dzie­ci z pla­cu. Ali­cia za­wsze roz­gląda się do­oko­ła.

Wzno­sząca się sto pi­ęćdzie­si­ąt me­trów od pla­cu Casa de la Mo­ne­da to ba­ro­ko­wa twier­dza o wy­so­kich i gru­bych mu­rach, ma­jąca pięć dzie­dzi­ńców i dwie­ście sal, a wszyst­ko to w rze­źbio­nym ka­mie­niu, z ce­dro­wy­mi su­fi­ta­mi i kra­ta­mi ku­ty­mi z ba­skij­skie­go że­la­za. W men­ni­cy prze­cho­wu­je się daw­ne hisz­pa­ńskie ma­szy­ny do bi­cia mo­net, pie­ce do to­pie­nia gru­dek sre­bra, któ­re wy­do­by­wa­no z Cer­ro Rico, for­my, do któ­rych wle­wa­no płyn­ne sre­bro, aby ufor­mo­wać z nie­go sztab­ki, ma­szy­ny do wal­co­wa­nia, któ­re wy­twa­rza­no w Ka­dyk­sie, w częściach prze­wo­żo­no stat­ka­mi do Bu­enos Aires i na grzbie­tach mu­łów prze­no­szo­no - czte­ry ty­si­ące kilo że­la­stwa i czte­ry ty­si­ące kilo drew­na - aż do Po­to­sí. W jed­nej z piw­nic mo­żna zo­ba­czyć kie­ra­ty, któ­ry­mi muły na­pędza­ły ma­szy­ny wal­cu­jące pi­ętro wy­żej.

Poza zwie­rzęta­mi byli też In­dia­nie, któ­rzy pra­co­wa­li przy pie­cach i ma­szy­nach pod czuj­nym okiem stra­żni­ków. Ci po­pędza­li ich ude­rze­nia­mi bata i od cza­su do cza­su za­my­ka­li w lo­chach for­te­cy. Szla­chet­ny­mi za­jęcia­mi trud­ni­li się naj­wspa­nial­si rze­mie­śl­ni­cy men­ni­czy w ca­łym im­pe­rium: pro­bie­rze, od­lew­ni­cy, kraj­czo­wie, stra­żni­cy pie­częci i wa­go­wi. W pierw­szych la­tach ko­lo­nii Po­to­sí wy­twa­rza­ło ma­cu­qu­inas - mo­ne­ty o nie­re­gu­lar­nych kszta­łtach, bite ude­rze­nia­mi młot­ka. Lecz przy­wie­zio­ne z Ka­dyk­su ma­szy­ny do wal­co­wa­nia wy­ci­na­ły ide­al­ne krążki sre­bra, z któ­rych pó­źniej bito peso ka­sty­lij­skie, peso mier­ni­cze, pe­sos de cruz, pe­sos de tres cu­ar­til­los, pe­sos co­lum­na­rios, pe­sos de bu­sto, du­ka­ty, ma­ra­ve­dí i pe­se­ty.

Jak in­for­mu­je geo­graf Pen­tland, mi­ędzy ro­kiem 1545 a 1825 Hisz­pa­nie w mo­ne­tach i w sztab­kach ka­ra­wa­na­mi mu­łów i flo­ta­mi ga­le­onów wy­wie­źli z Cer­ro Rico de Po­to­sí 35 578 ton sre­bra. We­dług obec­nej wy­ce­ny krusz­cu ilo­ść ta od­po­wia­da 17 mi­liar­dom do­la­rów ame­ry­ka­ńskich. In­ży­nier gór­nic­twa i były mi­ni­ster rządu bo­li­wij­skie­go ­Jor­ge Espi­no­za prze­li­cza wszyst­ko do­kład­nie i tłu­ma­czy, że na bli­sko trzy­sta lat to wca­le nie tak wie­le, że to by nie wy­star­czy­ło, by pod­trzy­mać famę o nad­zwy­czaj­nych bo­gac­twach Po­to­sí - wy­daj­no­ść była ni­ska, zde­cy­do­wa­nie ni­ższa niż w przy­pad­ku obec­nych przed­si­ębiorstw gór­ni­czych. Ale se­kret Po­to­sí sta­no­wi­ło nie sre­bro. Czy też nie samo sre­bro - była nim nie­wol­ni­cza siła ro­bo­cza, bar­dzo ni­skie kosz­ty wy­do­by­cia, a przez to ogrom­ny pro­cent zy­sku.

Bo­gac­twem Po­to­sí nie było sre­bro. Bo­gac­twem Po­to­sí byli In­dia­nie.

"In­dia­nom na­rzu­ca­no wszel­ki wy­si­łek pcha­nia, wszel­kie zno­je cie­le­sne, wszyst­ko, co trze­ba śle­po zno­sić - pi­sał hi­sto­ryk Ga­briel René Mo­re­no. - Byli tym, czym dzi­siaj dla prze­my­słu są zwie­rzęta po­ci­ągo­we albo para, któ­rej bru­tal­na siła wy­ra­ża­na jest w ko­niach. Mó­wi­ło się wów­czas "ła­du­nek na czte­rech In­dian", "orka sied­mio­ma In­dia­na­mi", "ko­łow­rót na pi­ęt­na­stu In­dian" i tak da­lej. Eks­plo­ato­wa­no ich we­dle pra­wa, czy też poza pra­wem, czy i wbrew pra­wu, bo pra­wo nic nie zna­czy­ło; rzecz w tym, że wszyst­kich ich nie­mi­ło­sier­nie eks­plo­ato­wa­no".

W Casa de la Mo­ne­da po­ka­zu­ją rów­nież Vir­gen del Cer­ro (Pa­nien­kę ze Wzgó­rza), ano­ni­mo­we płót­no z XVIII wie­ku, naj­bar­dziej wy­ró­żnia­jące się z ca­łej ko­lek­cji ob­ra­zów. Uka­zu­je ono po­łącze­nie dwóch świa­tów, in­ka­skie­go i chrze­ści­ja­ńskie­go: pi­ra­mi­da Cer­ro Rico prze­mie­nia się w płaszcz uko­ro­no­wa­nej Ma­ryi, przed­sta­wio­nej w ten spo­sób jako bo­gi­ni góry, schry­stia­ni­zo­wa­na Pa­cha­ma­ma. Ko­ro­nu­ją ją Wiecz­ny Oj­ciec, Syn i Duch Świ­ęty w asy­ście ar­cha­nio­łów Mi­cha­ła i Ga­brie­la; całą tę nie­bia­ńską sce­nę pod­trzy­mu­ją obło­ki i che­ru­bi­ny. Po­ni­żej chmur ko­ro­na­cję śle­dzą bóg sło­ńca Inti i bóg ksi­ęży­ca Qu­il­la. Po płasz­czu Ma­ryi, któ­rym są zbo­cza góry, bie­ga­ją wi­ku­nie, gu­ana­ko i ko­nie. Góra wy­da­je się prze­ora­na sie­cią ko­ry­ta­rzy. Tam też przed­sta­wio­no sce­ny o cha­rak­te­rze ale­go­rii: huk, któ­ry wy­rzu­cił wa­sa­li in­ka­skie­go ce­sa­rza Hu­ay­ny Cápa­ca, kie­dy usi­ło­wa­li wbić się w zbo­cze, a po­tem, już za Hisz­pa­nów, szczęśli­we od­kry­cie sre­bra, któ­re­go do­ko­nał In­dia­nin Hu­al­l­pa. U stóp góry przed­sta­wie­ni zo­sta­li pod­czas mo­dłów dzi­ęk­czyn­nych po le­wej pa­pież, kar­dy­nał i bi­skup, po pra­wej zaś ce­sarz Ka­rol V, ka­wa­ler Za­ko­nu Świ­ęte­go Ja­ku­ba i jesz­cze je­den szlach­cic, być może fun­da­tor ob­ra­zu. Po­mi­ędzy nimi, pod górą - kula ziem­ska.

To jest cała Zie­mia u stóp Cer­ro Rico de Po­to­sí.

Po go­dzi­nie spędzo­nej na pla­cu Ali­cia sprze­da­ła dwa ka­mie­nie i ma w kie­sze­ni trzy­dzie­ści pe­sos. Idzie na uli­cę No­ga­les i pod­no­si rękę, aby za­trzy­mać fur­go­net­kę, któ­ra słu­ży za zbio­ro­wą tak­sów­kę. Za dwa pe­sos za­wie­zie ją do osie­dla gór­ni­cze­go po­ło­żo­ne­go naj­wy­żej, naj­bli­żej jej ba­ra­ku.

Pew­ne­go razu z ko­le­ga­mi ze szko­ły od­wie­dzi­ła Casa de la Mo­ne­da. Wi­dzia­ła wiel­kie ma­szy­ny, no­rie i koła zęba­te, pie­ce, sale z ma­lo­wi­dła­mi z cza­sów wi­ce­kró­le­stwa, ołta­rze, fo­te­le obi­te ak­sa­mi­tem, sto­ły z masy per­ło­wej, zło­co­ne ramy, ko­lek­cję mo­net, po­miesz­cze­nia ze sre­brem: srebr­ne sto­ły, srebr­ne kie­li­chy, srebr­ne wazy do zupy, srebr­ne wa­zo­ny na kwia­ty, srebr­nych świ­ętych, całe zbro­je ze sre­bra. Ale naj­wi­ęk­sze wra­że­nie zro­bi­ło na niej co in­ne­go.

- Dzie­ci.

W sali po­świ­ęco­nej ar­che­olo­gii wy­sta­wio­no w wi­try­nach zmu­mi­fi­ko­wa­ne dzie­ci w pa­rach. Nie­któ­re to dzie­ci in­dia­ńskie z XII i XIV wie­ku, sama skó­ra i ko­ści. Inne, mniej­sze, wła­ści­wie nie­mow­la­ki, to dzie­ci hisz­pa­ńskie bądź kre­ol­skie z XVIII wie­ku, w cza­pecz­kach, ko­ron­ko­wych su­kien­kach i bu­ci­kach.

Po­tężny Hu­ay­na Cápac, je­de­na­sty król Cuz­co, trze­ci ce­sarz Ta­hu­an­tin­suyu, po­sia­dał mnó­stwo zło­ta i całe góry sre­bra. Zło­te były po­sągi jego po­przed­ni­ków, któ­re ka­zał wznie­ść w swo­im pa­ła­cu, zło­te były drze­wa, tra­wy i kwia­ty w jego ogro­dach, zło­te były na­wet ka­mie­nie, któ­ry­mi mie­lo­no ku­ku­ry­dzę.

Sta­rł się z woj­ska­mi In­dian Gu­ara­ní, któ­rzy czy­ni­li ogrom­ne spu­sto­sze­nie w pro­win­cjach jego Peru, i zgła­dziw­szy ich sze­ść ty­si­ęcy, z wiel­ki­mi ho­no­ra­mi zo­stał pod­jęty w Can­tu­mar­ce. Tam uj­rzał górę, któ­rą na­zy­wa­no Su­mac Orc­ko - Pi­ęk­ne Wzgó­rze - i ocza­ro­wa­ny jej wspa­nia­ło­ścią i uro­dą zwró­cił się do swych dwo­rzan:

- We­wnątrz musi mieć mnó­stwo sre­bra.

Inka Hu­ay­na Cápac po­le­cił wy­drążyć ko­pal­nie w Pi­ęk­nym Wzgó­rzu i wy­ci­ągnąć zeń dro­go­cen­ny me­tal. Jego wa­sa­le przy­nie­śli na­rzędzia z krze­mie­nia i twar­de­go drew­na, we­szli na zbo­cza, wy­ma­ca­li żyły, a kie­dy za­częli je otwie­rać, roz­le­gł się ogłu­sza­jący huk, od któ­re­go za­trzęsło się całe wznie­sie­nie. Z nie­ba dał się sły­szeć su­ro­wy głos:

- Nie wy­ci­ągaj­cie z tej góry sre­bra, jest ono bo­wiem in­nym pi­sa­ne.

Zdu­mie­ni In­dia­nie uda­li się do kró­la i opo­wie­dzie­li mu, co się sta­ło. Gdy do­szli do mo­men­tu, w któ­rym roz­le­gł się głos, po­wie­dzie­li: "po­toc­si", co w ich języ­ku ozna­cza "ogrom­ny huk". I stąd wła­śnie, tra­cąc po dro­dze jed­ną li­te­rę, wzi­ęła się na­zwa Po­to­sí.

Hu­ay­na Cápac prze­po­wie­dział, że po nim wej­dą do kró­le­stwa lu­dzie, ja­kich nikt do­tąd nie wi­dział ani so­bie nie wy­obra­żał, i za­bio­rą jego sy­nom im­pe­rium, od­mie­nią jego pa­ństwo i po­ło­żą kres jego ido­la­trii.

A mia­ło to miej­sce, jak wy­li­czył kro­ni­karz Bar­to­lo­mé Arzáns de Or­súa y Vela, na osiem­dzie­si­ąt trzy lata przed tym, nim Hisz­pa­nie od­kry­li słyn­ną górę.

W owym cza­sie, jak pi­sze Arzáns, In­dia­nie cha­dza­li na wzgó­rza po cen­ne me­ta­le, bo zna­li se­kre­ty i wie­dzie­li, gdzie są żyły. Kie­dy jed­nak po­zna­li chci­wo­ść Hisz­pa­nów i ze­tknęli się z bar­ba­rzy­ńskim trak­to­wa­niem z ich stro­ny, za­mknęli we­jścia do ko­pa­lń, a wszyst­ko, co już z nich wy­do­by­li, wrzu­ci­li do głębo­kiej la­gu­ny Chu­cu­ito bądź też za­ko­pa­li w roz­ma­itych miej­scach, aku­rat tam, gdzie za­sta­ły ich wie­ści o hisz­pa­ńskim okru­cie­ństwie. Tak wiel­ka była za­chłan­no­ść Hisz­pa­nów, gdy gro­ma­dzi­li zło­to i sre­bro, że nie­usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni tym, co zna­le­źli na ze­wnątrz, bez żad­nej li­to­ści siłą skła­nia­li nie­szczęsnych In­dian do wy­ja­wia­nia in­for­ma­cji o bo­gac­twach i prze­mo­cą zmu­sza­li do wy­do­by­wa­nia dro­go­cen­nych me­ta­li.

In­dia­nie, nie mo­gąc znie­ść ta­kiej nie­spra­wie­dli­wo­ści, ro­ze­szli się po naj­od­le­glej­szych pro­win­cjach Peru, aby żyć po­śród tam­tej­szych nie­zna­nych na­cji; nie­któ­rzy od­bie­rali so­bie ży­cie; inni zbie­ra­li się pi­ęćdzie­si­ąt­ka­mi i set­ka­mi, cho­wa­li się w roz­pa­dli­nach i gro­tach gór­skich wraz z ko­bie­ta­mi i dzie­ćmi i tam umie­ra­li z gło­du; a jesz­cze inni zo­sta­wa­li pod wła­dzą Hisz­pa­nów, prze­obra­że­ni w nie­wol­ni­ków, bez ra­cji, bez pra­wa i bez zmi­ło­wa­nia.

Mo­żna po­wie­dzieć, że owi Hisz­pa­nie od­da­li Peru we wła­dzę ty­ra­nii. W ten oto spo­sób stra­wio­no mi­lio­ny In­dian i mi­lio­ny mi­lio­nów zło­ta i sre­bra, przez co Peru prze­sta­ło być tym, czym było w cza­sach swo­ich mo­nar­chów.

Znisz­cze­niu ule­gły bo­gac­twa do­cze­sne, oto bo­wiem In­dia­nie mie­li do­stąpić bo­gactw nie­bia­ńskich, wiel­bi­ąc praw­dzi­we­go Boga.

Jed­ni mó­wią, że Die­go Hu­al­l­pa był pa­ste­rzem wy­pa­sa­jącym lamy na zbo­czach Cer­ro, że jed­na mu ucie­kła, że szu­kał jej, aż za­pa­dł zmrok, i że wów­czas roz­pa­lił ogni­sko, aby uło­żyć się do snu. Inni mó­wią, że był spe­cja­li­stą od wy­do­by­wa­nia sre­bra, któ­re­go nowa hisz­pa­ńska wła­dza wy­sła­ła, aby przyj­rzał się gó­rze, że po dro­dze po­tknął się, zła­pał się ro­snącej ko­mo­sy i ją wy­rwał. Tak czy siak, po­śród po­zo­sta­ło­ści noc­ne­go ogni­ska czy też w ko­rze­niach wy­rwa­nej ro­śli­ny za­błysz­cza­ły mu ży­łki sre­bra.

1 kwiet­nia 1545 roku ka­pi­tan Juan de Vil­lar­ro­el wzi­ął w po­sia­da­nie w imie­niu hisz­pa­ńskiej Ko­ro­ny górę, któ­rą Arzáns opi­sał jako słyn­ne, za­wsze prze­świet­ne, prze­bo­ga­te i nie­wy­czer­pa­ne Cer­ro Rico de Po­to­sí; nad­zwy­czaj­ne dzie­ło bo­skie­go stwo­rze­nia; wy­jąt­ko­wy fe­no­men na­tu­ral­ny; ide­al­ny i trwa­ły cud świa­ta; ra­do­ść śmier­tel­nych, ce­sa­rza gór, kró­la wzgórz, ksi­ęcia wszyst­kich mi­ne­ra­łów; pana pi­ęciu ty­si­ęcy In­dian, któ­rzy wy­do­by­wa­ją jego wnętrz­no­ści; trąb­kę, któ­rą sły­chać na ca­łym świe­cie; woj­sko za­ci­ężne prze­ciw­ko nie­przy­ja­cio­łom wia­ry; mur, któ­ry po­wstrzy­mu­je ich za­my­sły; za­mek i po­tężne dzia­ło, któ­re­go kule przy­no­szą wro­gom znisz­cze­nie; atrak­cję dla lu­dzi, ma­gnes przy­ci­ąga­jący ich wolę; pod­sta­wę wszyst­kich skar­bów; ozdo­bę świ­ętych ko­ścio­łów; pie­ni­ądz, któ­rym ku­pu­je się nie­bo; po­two­ra bo­gac­twa; cia­ło z zie­mi i du­szę ze sre­bra, któ­ra przez po­nad pó­łto­ra ty­si­ąca otwo­rów przy­zy­wa lu­dzi, aby od­dać im swe skar­by; ko­goś, kogo zna­ją w czte­rech stro­nach świa­ta, kogo kró­lo­wie ka­to­lic­cy mają w po­sia­da­niu, a po­zo­sta­li mo­nar­cho­wie im za­zdrosz­czą, kogo wszel­kie na­ro­dy wy­wy­ższa­ją, ob­wo­łu­ją po­tężnym, uzna­ją za świet­ne­go, opie­wa­ją jako wspa­nia­łe­go, wy­chwa­la­ją bez po­rów­na­nia, czczą jako god­ne­go po­dzi­wu i wy­sła­wia­ją jako naj­do­sko­nal­sze­go; do czy­je­go nie­ska­zi­tel­ne­go sre­bra dążą za­pal­czy­wie, dla jego po­zy­ska­nia ujarz­mia­jąc wia­try, prze­pły­wa­jąc mo­rze i po­ru­sza­jąc zie­mię.

* * *

Afry­ka­nie spro­wa­dze­ni z An­go­li nie byli w sta­nie znie­ść zim­na ani cho­ro­by wy­so­ko­ścio­wej. Wy­do­by­wa­li ze skał parę cet­na­rów, po czym umie­ra­li z wy­czer­pa­nia.

De­kre­tem wi­ce­kró­la Fran­ci­sca de To­le­do zo­sta­ła więc wpro­wa­dzo­na la mita - pra­ca przy­mu­so­wa In­dian. Po­cząt­ko­wo Hisz­pa­nie osza­co­wa­li, że w ko­pal­niach Po­to­sí po­win­no pra­co­wać rocz­nie 4500 mi­tay­os, ale że na­zbyt pręd­ko mar­li, po­sta­no­wio­no po­dzie­lić ich na trzy zmia­ny, aby ka­żda gru­pa pra­co­wa­ła przez ty­dzień, a przez dwa od­po­czy­wa­ła. Ta­kie roz­wi­ąza­nie wy­ma­ga­ło za­pew­nie­nia 13 500 In­dian rocz­nie, któ­rych re­kru­to­wa­no z szes­na­stu pro­win­cji na pła­sko­wy­żu, lecz nie z ziem po­ło­żo­nych ni­żej, aby cho­ro­ba wy­so­ko­ścio­wa nie wpły­wa­ła ne­ga­tyw­nie na ich wy­daj­no­ść pra­cy. Przez rok zmu­sza­no ich do wy­si­łku, po czym przez ko­lej­ne sze­ść lat byli wol­ni. W ten spo­sób w teo­rii 94 500 In­dian funk­cjo­no­wa­ło w sied­mio­let­nich cy­klach, lecz w rze­czy­wi­sto­ści ol­brzy­mia śmier­tel­no­ść to­wa­rzy­sząca pra­cy w ko­pal­ni zmu­sza­ła do za­trud­nia­nia o wie­le wi­ęk­szej licz­by.

Mi­tay­os z naj­dal­szych re­jo­nów szli do Po­to­sí bez mała ty­si­ąc ki­lo­me­trów. Hisz­pa­ńscy żo­łnie­rze wkra­cza­li do wio­sek i pod bro­nią wy­ci­ąga­li z nich mężczyzn. Za­bie­ra­li też lamy ob­ju­czo­ne wor­ka­mi ziem­nia­ków i ku­ku­ry­dzy, by mieć czym się ży­wić po dro­dze, a ta­kże żonę i dzie­ci ka­żde­go bra­ńca, aby za­po­biec uciecz­kom. Ty­go­dnia­mi prze­mie­rza­li pła­sko­wyż w for­sow­nym mar­szu. Wie­le ma­łych dzie­ci umie­ra­ło, a ci­ężar­ne ko­bie­ty ro­ni­ły albo wy­da­wa­ły na świat istot­ki, któ­re le­d­wie kil­ka go­dzin utrzy­my­wa­ły się przy ży­ciu.

Na pierw­szych zmia­nach mi­tay­os scho­dzi­li do szy­bów Cer­ro Rico z prze­ra­że­niem. Zmu­sza­no ich, by pe­łza­li tu­ne­la­mi i że­la­zny­mi ło­ma­mi wy­dzio­by­wa­li ska­łę. Kie­dy ło­mów było za mało, ora­li ścia­ny ro­ga­mi by­dła albo go­ły­mi ręko­ma. Spędza­li pod zie­mią cały ty­dzień, prze­sy­pia­jąc po parę go­dzin, po­ja­da­jąc su­chy chleb i żu­jąc li­ście koki. Ta ostat­nia, po­tępio­na w 1551 roku przez pierw­szy sy­nod w Li­mie ze względu na jej dia­bo­licz­ne wła­ści­wo­ści i jako prze­szko­da na dro­dze do chry­stia­ni­za­cji, szyb­ko zo­sta­ła przy­wró­co­na do łask, gdy do­wie­dzio­no, że dzi­ęki jej sty­mu­lu­jące­mu wpły­wo­wi mi­tay­os są w sta­nie wy­trzy­mać dwa dni pra­cy bez je­dze­nia.

Mimo to In­dia­nie nie spra­wo­wa­li się tak, jak tego ocze­ki­wa­li ich nad­zor­cy. Juan de Ma­tien­zo, sędzia (oídor) i pó­źniej­szy gu­ber­na­tor Po­to­sí, w 1567 roku wy­słał do kró­la Fi­li­pa II ra­port: "In­dia­nie są bar­dzo stra­chli­wi, le­ni­wi i gnu­śni; znie­nac­ka, bez po­wo­du ni żad­nej przy­czy­ny, do­pa­da­ją ich roz­licz­ne żale oraz gnie­wy, a je­śli spy­tać ich, skąd im się to wzi­ęło, nie po­tra­fią po­wie­dzieć. Stąd bar­dzo mło­dzi i bar­dzo sta­rzy często po­pa­da­ją w roz­pacz i od­bie­ra­ją so­bie ży­cie, co In­dia­nom przy­tra­fia się w do­wol­nym mo­men­cie, bo­wiem przy naj­drob­niej­szej oka­zji czy stra­chu się wie­sza­ją. Lu­bią się na­pić, upić i od­da­wać cze­ść ba­łwa­nom, a gdy są pi­ja­ni, do­pusz­cza­ją się po­wa­żnych prze­stępstw. Często są z nich ko­bie­cia­rze. Zro­dzi­li się, by słu­żyć i po­zna­wać za­jęcia me­cha­nicz­ne, bo do tego mają smy­ka­łkę. Są bar­dzo po­wol­ni i nie chcą, by przy czym­kol­wiek ich po­pędzać. To nie­przy­ja­cie­le pra­cy i mi­ło­śni­cy pró­żniac­twa, je­śli siłą nie za­go­nić ich do ro­bo­ty".

Oko­ło roku 1600 gór­ni­cy do­szli już do sied­miu­set me­trów głębo­ko­ści wy­ko­pu i po­trze­bo­wa­li pi­ęciu go­dzin, aby wy­do­stać się na po­wierzch­nię, wy­no­sząc przy tym po trzy­dzie­ści-czter­dzie­ści ki­lo­gra­mów skał w wor­kach albo ogrom­ne bu­kła­ki z tok­sycz­ną wodą, któ­rą wy­do­by­wa­li z ko­ry­ta­rzy.

"W rów­nie strasz­li­wych, co bo­ga­tych wnętrz­no­ściach tej im­po­nu­jącej góry - pi­sał Arzáns - roz­brzmie­wa­ją echa ude­rzeń ło­mów, co w po­łącze­niu z gło­sa­mi jed­nych, jęka­mi dru­gich, krzy­ka­mi hisz­pa­ńskich nad­zor­ców, za­mie­sza­niem i nie­zno­śną pra­cą jed­nych i dru­gich, a do tego strasz­nym hu­kiem de­to­no­wa­ne­go pro­chu, two­rzy rwe­tes po­dob­ny prze­ra­ża­jące­mu ha­ła­so­wi pie­kła. Nie­po­dob­na zli­czyć tych, któ­rzy zgi­nęli we wnętrz­no­ściach góry. Cza­sa­mi po­że­ra ich zie­mia tam, gdzie stąpa­ją, bo nie wie­dzą o dziu­rach, nad któ­ry­mi prze­cho­dzą, a te się otwie­ra­ją i ich grze­bią; kie­dy in­dziej za­sy­pu­ją ich odłam­ki, któ­re spa­da­ją na nich z góry; jesz­cze inni wpa­da­ją do stud­ni i je­zio­rek, któ­re są tam w głębi, i się to­pią. Zo­ba­czy­cie ich nie­kie­dy, jak wspi­na­ją się po li­nach, obła­do­wa­ni me­ta­lem, zla­ni po­tem, kie­dy in­dziej zo­ba­czy­cie, jak scho­dzą po bar­dzo cien­kich ki­jach dłu­go­ści dwu­stu, trzy­stu i wi­ęcej sążni; a nie­kie­dy wresz­cie uj­rzy­cie, jak po­wi­nie im się noga i spa­da­ją z ta­kiej dra­bi­ny na śmie­rć. Mo­że­cie też ich zo­ba­czyć, jak ni­czym zwie­rzęta po­ru­sza­ją się na czwo­ra­ka z ła­dun­kiem na ple­cach, a kie­dy in­dziej pe­łza­ją jak ro­ba­ki".

Po wy­jściu z pod­zie­mi mu­sie­li znie­ść ska­ły zbo­czem do od­po­wied­nich urządzeń, prze­mie­lić je w mły­nach, za­brać naj­bar­dziej obie­cu­jące ka­wa­łki do ty­si­ęcy pie­ców, któ­re pło­nęły u wy­jść z ko­pal­ni, i w ogniu od­dzie­lić sre­bro od za­nie­czysz­czeń. Po pierw­szych dzie­si­ęcio­le­ciach wy­do­by­cia, kie­dy za­częły się ko­ńczyć czy­ste żyły, bia­łe sre­bro, pru­styt, mil­la-bar­ra2, ar­gen­tyt, trze­ba było wy­ko­rzy­sty­wać pi­rar­gi­ry­ty, żu­żel, gruz, te bied­niej­sze ka­mie­nie, któ­re na­le­ża­ło po­łączyć z rtęcią, aby od­dzie­lić od nich sre­bro. Rtęć, zna­ną wów­czas jako azo­gue, spro­wa­dza­no w skó­rza­nych bu­kła­kach z mia­sta Al­ma­dén w hisz­pa­ńskiej pro­win­cji Ciu­dad Real. Mi­tay­os mu­sie­li mie­szać po­zy­ski­wa­ny su­ro­wiec z rtęcią i udep­ty­wać mie­sza­ni­nę w ogrom­nych becz­kach.

2 Mil­la-bar­ra - tak rdzen­na lud­no­ść okre­śla­ła sre­bro ro­dzi­me.

Po­wo­li tru­li się rtęcią. Po­ja­wia­ło się swędze­nie, omdle­wa­ły im ra­mio­na i nogi, krwa­wi­ły dzi­ąsła, wi­dzie­li po­dwój­nie albo śle­pli, kasz­le­li, dła­wi­li się, cier­pie­li dresz­cze i umie­ra­li. Spo­strze­głszy ta­kie skut­ki, wła­ści­cie­le mły­nów ze szcze­gól­ną uwa­gą pil­no­wa­li mu­łów, po­nie­waż te nie­kie­dy wy­pi­ja­ły wodę wy­mie­sza­ną z rtęcią i od tego umie­ra­ły. Po­sta­no­wi­li więc przy­wi­ązy­wać je gdzieś da­lej. Muł wart był o wie­le wi­ęcej niż In­dia­nin.

* * *

W 1968 roku nie­ja­ki ksi­ądz Mar­ce­lo opo­wie­dział pi­sa­rzo­wi Ce­eso­wi No­ote­bo­omo­wi o pew­nej cho­ro­bie trzo­dy chlew­nej, któ­ra roz­prze­strze­ni­ła się w bo­li­wij­skiej osa­dzie gór­ni­czej. Świ­nie trze­ba było ubić, bo za­ra­za mo­gła­by prze­nie­ść się na lu­dzi. Tyle że gór­ni­cy cho­wa­li swo­je świ­nie. "My ich uprze­dza­li­śmy: "Je­śli nie po­zbędzie­cie się świń, po­umie­ra­ją wam dzie­ci". Oni jed­nak sta­li nie­wzru­sze­ni przed łó­żka­mi, pod któ­ry­mi cho­wa­li swo­je zwie­rzęta, i mó­wi­li: "Nie, dziec­ko w ka­żdej chwi­li da się zmaj­stro­wać, a kie­dy zno­wu mie­li­by­śmy tyle pie­ni­ędzy, żeby ku­pić so­bie świ­nię?"".

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.