Kuzynka Mandźu zauważa coś dziwnego
Od kilku lat w rodzinie Śakjów panowała niezgoda. Mężczyźni uważali, że to wina kobiet, które oddają się błahym sprzeczkom. Zajmujące dziesięć arów obejście podzielono na trzy części odseparowane od siebie niskimi murkami z gliny.
Odtąd każda z rodzin gotowała posiłki w swojej kuchni, pompowała wodę z własnej studni, a bawoły o czarnych brzuchach i białe kozy trzymała w oddzielnej zagrodzie. Gdyby członkowie tych rodzin korzystali z toalet, wybudowaliby trzy. Oni jednak, jak większość ludzi z okolicy, załatwiali się na polach, ponieważ marnotrawstwem byłoby płacić za coś, co można mieć za darmo.
Śakjowie z uporem twierdzili, że wciąż są jedną rodziną. Dziedziniec służył wszystkim osiemnaściorgu jej członkom, a także psom. Rodzice jednego z dzieci byli rodzicami wszystkich. Padma nazywała Siję Dewi badi-ma, starszą matką, a ona sama była dla Sii Dewi hamari baćći, ich córeczką. Sohan Lal, najstarszy z braci, czterdziestosiedmioletni, był głową domu. Dwaj młodsi bracia, po trzydziestce, zdawali się na niego, gdy należało podjąć ważne decyzje. Jako mężczyźni spędzali całe dnie poza domem. Kobiety przeważnie go nie opuszczały. Gotowały dla mężczyzn, jadły po nich i siadały niżej niż oni. Gdy mężczyźni rozsiadali się na ćarpai, ich żony zadowalały się miejscem na podłodze.
Jednakże, jak powiadali Śakjowie, trochę przestrzeni i niezależności poprawia każdemu jakość życia. To samo dotyczy edukacji. Pokolenie rodziców było niepiśmienne, ale synów i córki posyłali do szkoły koło sadu. Dziewczynki zabierano stamtąd po ósmej klasie, kiedy nauka nie była już darmowa ani obowiązkowa. Wydawano je wtedy za mąż. Dla ich bezpieczeństwa - powiadali Śakjowie - żeby akceptowało je społeczeństwo. Kobieta umiejąca czytać i pisać miała dodatkowy powab, przyciągała lepszego męża.
W porze zbiorów Dźiwan Lal i jego żona Sunita Dewi szli każdego ranka na swoje poletko mięty. Padmę zostawiali pod opieką babki, z którą dzielili niewielki ciemny pokój, przedzielony na dwie części prześcieradłem zawieszonym na gwoździach. Stara kobieta w białym wdowim sari pozostawała prawie niesłyszalna i niewidoczna. Mimo że była przywiązana do wnuczki i w znacznej mierze odpowiedzialna za opiekę nad nią, Padma, rzecz jasna, często wymykała się do kuzynki mieszkającej w sąsiednim pomieszczeniu.
Dwoje starszego rodzeństwa Lalli, siostra Phulan i brat Wirender, nie mieszkało już w rodzinnym domu. Pod nieobecność rodziców, Sohana Lala i Sii Dewi, którzy najmłodszego syna Awnesia zabrali ze sobą na pielgrzymkę, nastolatka zajmowała się bratem Parwesiem, zwierzętami i domem.
Na drugim końcu dziedzińca trzeci mężczyzna z rodu Śakjów, brzuchaty Ram Babu, i jego żona Guddo o dźwięcznym głosie prowadzili swoje dzieci na pole kolokazji. Wracali dopiero w porze wieczornych modlitw, które odprawiali przed domowym ołtarzykiem.
Dzieci pozostałych w domu nikt nie nadzorował, porządek dnia został wywrócony. Wychodziły i wracały, kiedy chciały.
Gdy ojciec Mandźu się o tym później dowiedział, był oburzony.
- Ghar pe koi nahin tha - powiedział. Nikogo nie było w domu. - A to przecież dzieci!
W zachowaniu starszych dziewcząt dało się poza tym zauważyć coś dziwnego - nie chciały mieć małej Mandźu koło siebie.
- Idziemy ścinać miętę - wołała Lalli, gdy wychodziły z domu. - Po co masz z nami iść?
Padma ją ignorowała. Mandźu tłumaczyła później:
- Nigdy nie pytała o mnie. Kiedy próbowałam zacząć rozmowę, odpowiadała: "Co cię to obchodzi?".
Po powrocie dziewczęta okazały się jeszcze mniej skłonne do rozmowy. Powodem nie mogło być zmęczenie, bo i przedtem ciężko pracowały. Zachowując się, jakby Mandźu była niewidzialna, przez cały czas rozmawiały ze sobą. - Nie to nie - burczała dziewczynka.
Zauważyła, że ojcu Padmy też się nie podobało to zachowanie. Kiedy wracał z pola i widział dziewczęta siedzące koło siebie, okazywał swoje niezadowolenie.
- Dobra, dobra - mruczał pod nosem. - Marnujcie czas.
Mimo że Padma i Lalli nieustannie pracowały.
Gdy słońce było już wyżej, siadały przy paleniskach, każda w swoim domu, i podpalały wysuszone placki nawozu, by te utworzyły płonącą stertę. Rozgrzewały olej i zagniatały ciasto. Wracały na pola, niosąc roti sabzi dla ciężko pracujących członków rodziny. Potem wlokły się do domu, żeby szorować naczynia popiołem. Później znów wychodziły na pola z kozami. Wracały, żeby wydoić bawolice. Zamiatały podwórze. Prały ubrania. Szarpały za ciężką metalową rączkę pompy w górę i w dół, w górę i w dół, żeby napełnić wiadro i się umyć. Przygotowywały kolację. Jeszcze raz zamiatały podwórze. Potem znowu coś. Robocie nie było końca, zawsze coś się znalazło.
Wrony przeraźliwie krakały, słońce paliło żywym ogniem. W upale od stert śmieci zawiewało smrodem zgnilizny. Pył osiadał na ubraniach, twarzach, językach i stopach. Dziewczęta z rodziny Śakjów nie przerywały pracy.
Kuzynka Mandźu była przyzwyczajona do prac domowych. Miała dopiero dwanaście lat, ale to ona codziennie gotowała kolację. Ojciec kupił jej podnóżek, żeby mogła dosięgnąć kuchenki. Kiedy czuła się wykończona, włączała schładzacz powietrza. Słuchała muzyki z telefonu. Wolno jej nawet było wyjść z mieszkania, pod warunkiem że została na frontowych schodach. Ciotki-sąsiadki ją pozdrawiały. Chłopcy szczerzyli zęby w uśmiechu. Koleżanki spacerujące ze starszymi siostrami zatrzymywały się, żeby poplotkować o okropnych pracach domowych i wrednych nauczycielach.
W weekendy ojciec zabierał dzieci na lody. Oglądały wystawy sklepowe. Paplały, chichotały, a czasem kłóciły się jak gołębie walczące o garść ziarna - i to też było fajne.
Czym zajmowały się kuzynki Mandźu, kiedy obrobiły się z częścią obowiązków domowych? Dziewczyna na wsi nie miała żadnych rozrywek. Dzień dłużył się jak tysiąc lat.
Padma siedziała w domu. Niedługo odstawią ją na próg domostwa nowej rodziny jako żonę mężczyzny, którego w życiu nie widziała. Za dwa lata przyjdzie kolej Lalli.
Młodsza dziewczynka odnosiła wrażenie, że jej życie różni się od życia kuzynek jedynie tym, że jest skłaniana do ciężkiej pracy, by kiedyś stać się dobrą żoną. Starsze dziewczęta harowały natomiast tak, jakby już były żonami i matkami. Brzemię, jakim je obarczono, wydawało się jej zbyt wielkie. Była przekonana, że nie mają czasu na myślenie.
Zbijająca w domu bąki Mandźu uznała, że dość już tego. Kiedy pewnego popołudnia starsze dziewczęta udały się na pole, poszła za nimi. Tego dnia i następnego zauważyła coś, co wydało się jej dziwne.
Nastolatki miały ścinać miętę na trzech poletkach należących do rodziny, które razem liczyły niespełna pół hektara. Dziewczęta chodziły jednak tylko na jedno z nich - to będące własnością ojca Padmy i przylegające do sadu.
- Codziennie przychodzicie tylko tutaj. Kjun? Dlaczego? - zapytała.
- Cicho bądź! - warknęła Lalli.
Później Mandźu podpatrzyła, że Lalli wpisuje do zeszytu wiersze. I że Padma potajemnie maluje usta.
Co wieczór po kolacji dzieci wychodziły po raz ostatni, żeby załatwić się na polach. Padma i Lalli czekały, aż młodsza kuzynka wybierze sobie jakieś miejsce, ale potem pędziły gdzie indziej. Mandźu było przykro. Po polu pełzały żmije. Trafiały się szakale. A co, jeśli jakiś chłopak oświetli ją telefonem? - Chodźmy już! - jęczała, rozglądając się ostrożnie wokół, gdy zawiązywała tasiemkę od salwaru.
Padma i Lalli nigdy nie były gotowe.
- Po co ten pośpiech? - mówiły jednym głosem, a ich śmiech dźwięczał w ciemności. - Jest mnóstwo czasu.