Porwanie Europy
Porwanie Europy
Zurych. Po siedmiu latach i trzech miesiącach pierwszy raz za granicą.
W trakcie tych siedmiu lat po wielokroć wyobrażałem sobie, jak też to
będzie, gdy znów zobaczę świat. Wiedziałem, że i to będzie "inne" - jak
wszystko, zawsze. Niemniej jednak, jakie?... Człowiek wyłazi z jakiejś
jamy, spomiędzy końskich trucheł i niewybuchłych granatów, przeciera
oczy, wzdycha - jakoś tak to sobie wyobrażałem.
Rzeczywistość jest inna. Człowiek, po siedmiu latach, zamawia taksówkę.
Przejeżdża tą taksówką przez żelazny most1. Wsiada do ekspresu
Arlberg, który ma również wagon restauracyjny i wagon sypialny. Pociąg
przejeżdża przez stały most kolejowy. Na granicy węgierski tajniak
zachowuje się uprzejmie. Nieopodal Hegyeshalom jestem głodny, w Wiedniu
- śpiący, niedaleko Salzburga ciśnie mnie but i piecze nagniotek. Tuż
przy granicy strefy przechodzi przez wagon rosyjski żołnierz, ziewa i nie prosi o żadne papiery, amerykański też nie prosi o żadne dokumenty,
na granicy szwajcarskiej pośpiesznie wbijają mi w paszporcie pieczątkę,
a wiedzieć chcieliby tylko to, czy w tę podróż nie zabrałem dzieł
sztuki, przykładowo jakiegoś Tycjana. W wagonie restauracyjnym kelnerzy
są nieuprzejmi, jak przedtem, i poganiają pasażerów, jakby to było stado
zwierząt. W Zurychu jestem zły, bo nie ma tragarza.
Absolutismus, gemildert durch Schlamperei...2 Mądra teoria
administrowania, którą posługiwali się Habsburgowie, to obok divide et
impera3 jedyna znośna praktyka, rzeczywistość i dzisiaj łagodzi
to, co Umysł wynosi na swoje sztandary. W rzeczywistości pociąg, gdy już
ruszył, bez przeszkód toczy się przez strefy i granice państwowe,
urzędnicy są uprzejmi i obojętni... ale nie więcej! To wściekłe
czynownictwo i dzika mandaryńskość, które w pewnym momencie znów
wybuchły w świecie, ta przeniknięta rozkoszą praktyka przybijania
pieczątek, ujmowania w akta, wydawania pozwoleń, antyszambrowania, przez
którą Europa raz już popadła w ruinę, a teraz szykuje się, aby powtórnie
się w tym utopić, o ile nie zostaną szybko powstrzymane ręce tych,
którzy przybijają pieczątki, wydają zezwolenia, zatwierdzają i podpisują! Samorzutnie Wyrosłe Urzędy oraz Szczoteczka do Zębów, której
potrzebne jest zezwolenie na wywóz, to dotknięty obłędem porządek, pod
którego powierzchnią dojrzewa katastrofa.
Za przełęczą Arlberg łąki są zaśnieżone. Domy nienaruszone. O świcie
stoję na korytarzu w wagonie kolejowym. Łukowe lampy stacji, niczym
prysznice, spryskują śnieg migotliwym blaskiem.
Opodal Buchs lampy w wagonie restauracyjnym świecą już jaśniej. Maniery
kelnerów też są inne. Dania zaś szlachetniejsze, ponieważ droższe. Pokój
zaczyna się w ten sposób, że wszystko robi się cichsze, spokojniejsze.
Zdaje się, że to nie jest tylko kwestia losu historycznego. Chyba także
pieniędzy.
W Zurychu taksówka, rolls-royce, wiezie mnie do hotelu, z pokoju łączę
się bezpośrednio z genewskim numerem telefonicznym, na poczcie urzędnik
dziękuje za pieniądze, gdy opłacam telegram. W Kunsthaus wystawiono
obrazy z wiedeńskiego muzeum. Na zakręcie schodów prowadzących na piętro
spogląda na mnie infantka Małgorzata Teresa, w białej sukni, z dziecięcą
hardością; a w sali - infant Filip Prospero4. Zwiedzającemu
Muzeum Sztuki w Zurychu pięcioletnia infantka ukazuje się z tą
charakterystyczną dla dzieci i panujących wyższością, niejako wyłania
się z zapadni historii, gdzie bytowała suwerennie, podczas gdy nas na
ziemi palono i przypiekano. Velázquez, jak i wszyscy pozostali, Goethe i Mozart, otóż oni są silniejsi. To prawda, że do losu historycznego
potrzeba też szczęścia.
Oglądam obrazy Tycjana, dwa autoportrety Rembrandta i pomału robię się
pijany. To zgęszczony i zimny stan upojenia. Brueghle są tylko dwa,
Złodziej gniazd i jeden rysunek; obrazów malowanych na desce nie mają
jeszcze odwagi wystawić, piwniczne życie zaszkodziło tym specyficznym
istotom. Badam ciała Rubensa, z bliska, w okularach, jak starcy Zuzannę;
bo wzrok mi się popsuł, odkąd ostatni raz je widziałem. Scena grupowa na
obrazie Salvatora Rosy w sposób idylliczny ukazuje, jak Sprawiedliwość
zstępuje do chłopów5. Ten obraz, tak jak nowoczesny plakat,
jest objaśnieniem.
Siadam na ławce przed muzeum. Słońce przygrzewa. Powinienem krzyczeć
"hosanna" i świętować to, że żyję, raz jeszcze mogę oglądać to wszystko,
świat, obrazy z wiedeńskiego muzeum... Ale nie zaczynam wydawać żadnych
okrzyków radości. Moje drugie "ja", które tak dobrze znam, nie popada w entuzjazm. Jestem spokojny, być może zadowolony... to wszystko. Zdaje się,
że gdy obrazy Velázqueza i ja sam leżeliśmy w piwnicy, czas na zawsze
zlikwidował we mnie pewne patetyczne zdolności. W przypadku obrazów
łatwiej jest mimo wszystko pozostać konsekwentnym; i w ogóle, sztuka
jest bardziej konsekwentna.
Ten bujny amerykanizm na ulicach, z tymi citylights, ze światłami, z nadzwyczajną obfitością towarów w witrynach, te okna, których od czasów
Napoleona nie wybiły ręce rabusiów... Tak, okno, które ostatni raz wybili
żołnierze Napoleona, jest oknem inaczej niż okno w mojej kwaterze na
Wzgórzu Róż, w które miejscowy szklarz w końcu, po długich błaganiach,
wprawił szybę... Znam tę skrytość, nienaruszoność. Jakbym obudził się z koszmarnego i dziecinnego snu i spostrzegł rzeczywistość... z ulgą, a mimo
wszystko z uczuciem rozczarowania. Możliwe, że ten sen był "czymś
więcej"?... Był koszmarny, straszny, niepojęty, bolesny... ale był też czymś
więcej niż ta bujna i obojętna, nienaruszona rzeczywistość? To miasto
jest takie, jakbym powrócił, ja - syn marnotrawny, do domu mojego ojca;
wszystko jest tutaj nienaruszone, takie, jakie było kiedyś, w pewnej
formie życia, w której się urodziłem. Tylko ja już nie jestem taki, jaki
byłem, kiedy się w niej urodziłem i żyłem pośród tych rekwizytów, w tej
formie życia.
Gdy trwały dwie wojny światowe, ludzie tu się wzbogacali, upiększali to,
co już i dotąd było znakomite, kupowali Rembrandta i nową pościel,
udoskonalali detale, turbiny, koleje żelazne, porządek prawny i bezpieczeństwo publiczne... Mają świadomość winy. Rozmawiam z pewną
Szwajcarką, stara się wzbudzić współczucie, mówi coś o tym, że cukier
jest na kartki, i napomyka, że czekolady nie dostanie się już tak i tyle, jak przedtem... Słucham tych skarg, potakując głową, w milczeniu, z roztargnieniem; mniej więcej tak, jak dorosły, który na dodatek
wszystkiego ma jeszcze i raka wątroby, może słuchać dziecka, skarżącego
się, bo mu się porwało ubranko dla lalki.
Mówią o "planie Guisana"6, który ich uratował: jeśli Niemcy
zaatakują, po walce poddać płaskie tereny, wycofać się do réduit,
pomiędzy położone na skałach gniazda Interlaken albo innych takich
obszarów, i tam symbolicznie obronić neutralność Szwajcarii. To był
piękny plan, w każdym razie trzeba było do niego odwagi etycznej. W rzeczywistości raczej mieli szczęście, gdyż niemiecki sztab generalny w ostatniej chwili zaatakował jednak przez Holandię, a Niemcom może i potrzebna była neutralna Szwajcaria. Tak czy inaczej, uratowali się.
Jeśli człowieka nie pieką akurat na rożnie albo nie obracają nad
żarzącymi się węglami, natychmiast zaczyna jęczeć, powtarza wiersz
Baudelaire'a, boi się spleenu... Taki jest człowiek. Ja, podobnie jak
toksykoman, przywykłem do silnych trucizn. Ten pokój jest dla mnie jak
przebywanie na kuracji odwykowej. Bezustannie czegoś mi brakuje. Chyba
zagrożenia.
Jakiś amerykański samolot spadł pomiędzy lodowce, los pasażerów maszyny
typu Dakota przedstawiały w szwajcarskich gazetach całostronicowe
zdjęcia, długie artykuły: "Neue Züricher Zeitung" publikuje obszerną
depeszę donoszącą, że w trakcie działań ratowniczych szwajcarski
żołnierz odmroził sobie nogi; następnie nową depeszę, która powiadamia,
że dwudziestoletni żołnierz jednak nie odmroził sobie nóg, obrażeniom
uległ tylko jeden kciuk, ale to da się wyleczyć... Wszyscy o tym mówią, z ulgą, bo wreszcie "coś się dzieje". Z tej okazji gazety publikują
przesiąknięte humanizmem wstępniaki o "ludzkiej solidarności", o tym, że
są jeszcze "pozytywne" wydarzenia na świecie... Tak w ogóle, gazety
przynoszą zestaw codziennych sensacji, podanych jak propaganda na
plakacie lub reklama na afiszu: przed Bernem wykoleił się pociąg, jest
dwóch zabitych, dziesięciu rannych, zaginęło małe dziecko, jakąś młodą
kobietę spoliczkował jej kochanek itd.
Czytam entuzjastyczne korespondencje na temat losu samolotu Dakota i przypomina mi się, że przed dwoma tygodniami, pewnego wietrznego dnia, w pobliżu mojego mieszkania w Budzie, na ulicy Török, dziesięć metrów
przede mną z ruin domu spadła cegła i uderzyła w głowę urzędnika
bankowego, w taki sam sposób, jak w starych filmach Chaplina tajniak
walił gumową pałką tego grubego typa, który przy takiej okazji, po
krótkotrwałym chwianiu się, zawsze się przewracał. Człowiek zginął na
miejscu, przykryto go papierem pakowym, a potem zabrano wozem; szukałem
później w gazetach jego nazwiska, ale nawet nie napomknięto o nim. Tak,
my przywykliśmy do innego rodzaju trucizn.
Genewa. Nietknięte francuskie miasto, chyba jedyne nietknięte francuskie
miasto na świecie; bo podejrzewam, że kraje, które "wzięły udział" w wojnie, nie są "nietknięte", nawet jeśli w ich miastach nie wybito ani
jednej szyby w oknie, a obcy żołnierz nigdy nie deptał ich asfaltu. Jak
w Stanach Zjednoczonych lub w Kanadzie; bo już sam "udział" to atak i zakażenie, a burzą nie tylko bomby i granaty. To miasto jest
rzeczywiście nietknięte i francuskie. Tutaj wszystko jest stylem - smak,
słowo, wspomnienie, w kuchni i w muzeum, w obyciu i w mentalności ludzi,
w uśmiechu kobiet, w przedmiotach, którymi urządza się mieszkania. W hotelu duch starych szwajcarsko-francuskich tradycji: głęboka cisza,
uważność, nierealna, charakterystyczna dla czasów pokoju kuchnia,
gigot, soles meuni?re7, słynne sałatki. I ci sami goście:
genewczycy milionerzy, którzy przeprowadzili się tu na zimę, bo w ten
sposób zaoszczędzą sobie na ogrzewaniu; stare, brodate Angielki, które
przyjeżdżają tutaj z odżywiającej się monotonnie, powojennej Anglii,
żeby jeść, dziewięćdziesięcioletnie kobiece wersje Pantagruela, które w trakcie jedzenia niekiedy doznają niemal apopleksji, robią się czerwone
i mają zawroty głowy - wtedy pomaga się im wyjść na świeże powietrze,
gdzie przytomnieją, a potem wracają do restauracji i dalej zajadają;
kmiotki z Ameryki, z olśniewającymi autami, nowymi studebakerami, które
podziwiają nawet Szwajcarzy. Na półkach bistr stare, szlachetne
alkohole, winiaki marc, calvadosy, wina chartreuse, w sklepach
nieprzebrane masy towarów, w każdym rodzaju, w każdej obfitości i wersji. Ceny są wysokie, ale realistyczne, regulowane zgodnie z wiecznym
prawem popytu i podaży. Teraz wszystko jest raczej drogie, mówią
Szwajcarzy; ale nikt nie wie dlaczego... W jednej witrynie, tak przy
okazji, mały Renoir, bo nie jest niemożliwe, że jakaś nudząca się dama
zatrzyma tu przed południem, w trakcie shoppingu, auto i zakupi tego
Renoira do swojej garderoby w Ohio, za trzy tysiące sześćset... Nic nie
jest niemożliwe. Mój francuski wydawca bez humoru opowiada o kryzysie
francuskiej książki, ale nadmienia w nawiasie, że kanadyjski rynek
francuskich książek jest i dzisiaj znośny, cztery, pięć tysięcy
egzemplarzy zawsze się tam sprzeda. Każdy ma tu w kieszonce kamizelki
tego rodzaju możliwość, jak kanadyjski rynek francuskich książek. Ich
kłopoty nie są kłopotami; ich świadomość winy jest wypowiadana szeptem,
szczerze.
Osobliwe miasto. Ostatni raz byłem tutaj, gdy Apponyi pojedynkował się z Titulescu8. Liga Narodów obradowała wtedy jeszcze w hotelu
nad jeziorem. Teraz już powstał ów potężny pałac, który - patrzę nań z przeciwległego brzegu - sprawia takie wrażenie, jak nowoczesny budynek
zbankrutowanej fabryki; towary, które produkowała, nikomu nie były
potrzebne.
Osobliwe miasto, gdzie wciąż jeszcze żyje duch Kalwina; zagląda do
garnków, mierzy długość sukni kobiet. Dziwnym zjawiskiem jest to, jak
pewien cierpiący na żołądek fanatyk w ciągu kilku miesięcy zrobił z kwitnącego, zmysłowego, szczęśliwego i bogatego renesansowego miasta
więzienie i obóz internowania. A potem tak to pozostało; coś pozostało z tego przerażenia, nie w instytucjach, lecz w duszach.
Odwiedzam T., francuskiego poetę. W tym budynku na każdym piętrze
ulokowały się trzy Comités; jest tu siedziba Żydów, młodych
ewangeliczek, młodzieży chrześcijańskiej, protestanckich misjonarzy,
katolickich dobroczyńców, ogromnych przedsięwzięć! Ta uprzemysłowiona,
zapisywana w kartotekach dobroczynność - a ostatecznie przecież i ja
mogę czemuś takiemu zawdzięczać to, że w ogóle jestem tutaj! - przybiera
coraz większe rozmiary na całym świecie. Te przedsięwzięcia
usamodzielniają się, przemieniają w urzędy i mnożą.
Z okna w pokoju T. widać jezioro i ośnieżony szczyt Mont Blanc, śnieg
mieniący się w różowym zmierzchu. Jednocześnie mówimy, smutno i sarkastycznie: Oui, les choses éternelles!...9 - i śmiejemy
się bezradnie.
Na brzegu jeziora łabędzie i jakieś czarne nurkujące ptaki wodne, chyba
kaczki; i wszędzie cisza.
Na twarzach kobiet, ładnych genevoises, raz po raz rozbłyska lekki,
nieprzytomny uśmiech. Nasze kobiety czasem się śmieją, czasem są
zatroskane bądź obojętne, ale już tylko z rzadka się uśmiechają. Do tego
kobiecego uśmiechu potrzeba stu lat pokoju; to właśnie to, co pozostało
najbardziej chyba nietknięte w Genewie. Ten uśmiech rozbłyska, na każdym
kroku, jak oślepiające światło z kieszonkowego lusterka w ręku
łobuziaka.
Genewa to małe miasto z dużymi wymaganiami. Teraz chciałoby pochwycić i przyszpilić choć promień z wiecznego blasku, który przez stulecia
ozłacał Paryż.
Pewien agent literacki robi mi nadzieje na zamorskie sukcesy. Słucham go
z roztargnieniem, znam realia, i odpowiadam: "Ja już nie chcę sukcesu w Nowym Jorku. Zadowoliłbym się jakimś fiaskiem w Teksasie. Mnie i to
wystarczy".
Boją się. Są bogaci, a więc się boją. Ja też się boję, ale inaczej... O cóż takiego jeszcze się obawiam? Oni obawiają się o pewną kulturę,
bezmierny majątek i dobrobyt, o dojrzałe i nietknięte formy życia. Ja
tylko o to, że w ostatniej chwili zakręci mi się w głowie, otchłań jest
silniejsza i jeśli się nad nią pochylę, jeszcze raz...
Nie sądzę, żeby w tym bogatym i szczęśliwym mieście żył jeden jedyny
pochodzący stąd człowiek, który pojąłby ów moment, utrwalony we mnie
najmocniej spośród wspomnień z wojny; moment, gdy następnego poranka po
wyzwoleniu Budy, po dwudziestokilometrowym marszu dotarliśmy z L. na
ulicę Mikó, siedliśmy na skraju chodnika, naprzeciwko domu, w którym
przeżyliśmy ostatnie osiemnaście lat, a pomiędzy ruinami widać było z mojego pokoju jeszcze tych kilka półek z książkami. Nikt z tutejszych
nie może zrozumieć tej ulgi, którą poczułem w tamtej chwili. Wszystko
stało się padliną i ruiną; ale we mnie była wolność, jak kiedy mówi się:
"No, nareszcie!". To jest coś, czego nikt tutaj nie może zrozumieć.
Myślę, że zacna szwajcarska policja wydaliłaby mnie pod eskortą, gdybym
wytłumaczył im prawdziwy sens tego uczucia; i być może wydaliłaby mnie
wcale zresztą nie bez przyczyny.
W jednym z pokoików w Bibliot?que Hongroise (mój Boże, jakąż to
"bibliotekę" urządziły tu poprzednie węgierskie rządy!) spotykam przed
południem P., francuskiego poetę, oraz Cz., węgierskiego malarza,
przekładających wiersze Radnótiego10. Cz. pali fajkę i z zapałem szuka u Sauvageota11 francuskiego odpowiednika
"spienionego nieba"; P. w milczeniu, gorliwie zapisuje wszystko, co Cz.
podpowiada. Oczy francuskiego poety płoną osobliwym, niespokojnym
ogniem. P. już od lat tłumaczy węgierskie wiersze, Attilę Józsefa,
Kosztolányiego, Petőfiego; teraz przyjechał tu aż z Wersalu, żeby się z nami spotkać. To potomek zamożnej francuskiej rodziny, walczył z Hiszpanami w wojnie domowej, obecnie jest anarchistą. Pada deszcz. Na
głos odczytuję mu wiersz Radnótiego zatytułowany Paryż, a on skupia
się na melodii słów; potem on czyta na głos, przedstawia francuskie
przekłady węgierskich wierszy. To pierwsza taka chwila, w trakcie tej
podróży, kiedy czuję, że przy całej beznadziei jest w życiu również coś
wspaniałego.
Film, który zrobiono na podstawie książki Gide'a pod tytułem Symfonia
pastoralna12. Przyprawiający o ból uszu i mdłości kicz o ślepej dziewczynie i pastorze (genewscy duchowni oczywiście już
protestują, kolegialnie!) - ładne, pełne śniegu obrazy, dobrzy aktorzy,
zwłaszcza Blanchar; a całość beznadziejna. Film i literatura wiecznie
mówią dwoma różnymi językami; Chaplin był jedynym, który wiedział o tym
dokładnie. Dwa momenty - kiedy pastor uczy niewidomą dziewczynę
uśmiechać się oraz gdy uzdrowiona chora pierwszy raz widzi swojego
ukochanego, pastor zaś zaczyna się modlić w rozpaczy - dwa momenty,
kiedy nawet poprzez sentymentalne truizmy wyczuwa się oddech poety.
Nowy film Jouveta, Revenant13, tym bardziej jest
profesjonalny, odważny: wielki aktor odgrywa swoją rolę na całego,
zawsze w ramach możliwości, jakie stwarza gatunek, czyli obraz filmowy.
W ogrodzie uniwersyteckim, pośród posępnych wielopostaciowych rzeźb
figuralnych przynależących do monumentu upamiętniającego reformację,
oglądam pomnik Bocskayego14 oraz płaskorzeźbę ukazującą
zwołany do Kassy parlament, szukam na reliefie odbicia znajomych,
starych kassańskich twarzy... To najposępniejsza europejska rzeźba
grupowa15; Kalwin, de B?ze i pozostali, Wilhelm I Orański, jacyż
to srodzy ludzie! A mimo wszystko, ten nagi i surowy pomnik-pamiątka nie
jest pozbawiony wielkości. Straszne było to, czego oni chcieli, ale
chcieli tego, wykazując się siłą moralną i akceptując wszelkie
konsekwencje.
Czytam dziennik Gide'a, z lat 1939-1942. Także tam, po drugiej stronie,
taką samą oszalałą nienawiścią reagowano w tamtym czasie na każde
szczere słowo pisarzy.
R., zdyscyplinowana i znakomicie wykształcona głowa, po dłuższej
rozmowie mówi: "Teraz już kolej na pisarzy, tylko oni mogą pomóc
światu". Dziwi mnie, że mówi to właśnie on, który z racji zawodu zna się
na działaniu światowych sił i powinien wiedzieć, że pisarze znaczą
dzisiaj mniej niż robaki; moralne znaczenie ich słów jest równe zeru.
Grudzień, deszcz. Fen, ciepły wiatr wiejący od Mont Blanc; jakby
stalowym grzebieniem drażniono mi nerwy. Gdybym się nie wstydził, jutro
wyjechałbym do domu. Ale teraz już zostałem w to wplątany.
Emigranci, którzy uciekli za granicę z powodów politycznych, wczoraj na
lewo, dzisiaj na prawo, i teraz żyją jakoś tak między niebem a ziemią,
sarkają w niewielkim gronie, dokąd zepchnął ich los, kąsają siebie
nawzajem, własny kraj, to, co blisko, i to, co daleko... To najgorszy los.
Już raczej żyć albo umrzeć, ale u siebie.
Niedziela. Deszcz. Tylko dzięki największej dyscyplinie wytrzymuję to
wygnanie w formie podróży dla przyjemności. Po południu osobliwa
bezdomność, nieposiadanie ojczyzny cechujące niedzielne popołudnie w obcych miastach... tego już i przedtem nie wytrzymywałem, przed dwudziestu
laty też nie. W Victoria Hall Ansermet16 wraz z orkiestrą
Suisse Romande grają Beethovena, Mozarta i Ravela.
Duża sala, z tym swoim wiktoriańskim brakiem gustu, jest nabita. Mali
ludzie słuchają Beethovena; atmosfera jest zimna i nabożna. To miasto
również w swych manierach strzeże form. Publiczność koncertowa zdaje
egzamin co najmniej tak samo, jak zdają go dyrygent i orkiestra.
Potem strzelam do celu w genewskim lunaparku. P. za wszelką cenę chce
kupić kalosze, ledwie można go od tego odwieść. Jak ci, co nie mają
domu, ojczyzny, tak my łazimy po ulicach oblanych światłami neonów.
Człowiek szybko staje się bezdomnym, bezpaństwowcem.
Listy z każdego zakątka świata, cały stos listów. Teraz znów odzywa się
świat, obiema rękoma ściskają mi dłoń dalecy przyjaciele... cóż takiego
oni mówią?
Każdy chce się wyprowadzić stamtąd, gdzie akurat jest. W ludzkiej
hordzie wybuchła nowa zaraza. Każdy nienawidzi tego miejsca, kraju,
miasta, w którym akurat żyje, tego ustroju społecznego, w którym akurat
egzystuje, Amerykanie szykują się do Szwajcarii, a ja już rozmawiałem ze
Szwajcarem, który, zgrzytając zębami, dowodził, że wyemigruje, bo "tutaj
nie da się żyć" - w Szwajcarii! - i tego życia "nie sposób wytrzymać...".
Osobliwe przeżycie: żyć w mieście, gdzie machina cywilizacji pozostała
nietknięta i działa doskonale; każda mała śrubka, sprężyna jest
naoliwiona i idealna, czegokolwiek dotknę, natychmiast daje mi to, do
czego służy i czego oczekuję... Ten mechanizm funkcjonuje i u nas, ale za
jaką cenę! Z jakim wysiłkiem! Dysząc i utykając... Tutaj jest bardziej niż
kiedykolwiek doskonały. WC jest wszędzie takie, jak sala operacyjna w klinice, a cały ten kraj - jak szwajcarski mechanizm zegarowy. Nie
jestem zazdrosny, ale czasem złości mnie ta nienaruszoność i doskonałość. Co wy tam wiecie!... - myślę bezustannie.
Tak, oni nic nie wiedzą. Z artykułów w gazetach, z filmów dokumentalnych
i z opowieści uchodźców też nie można się niczego dowiedzieć; tylko
samemu można się czegoś dowiedzieć, właśnie tam, gdzie coś się dzieje, i tylko wtedy, ani o sekundę wcześniej czy później.
Pewien Anglik nocą w Bawarii17, gdzie i teraz ściany
przyozdobione są wykonanymi przez Kelena i Derso18 karykaturami
Ligi Narodów... Młody Anglik o cielęcej twarzy jest idealnie pijany. Upił
się całkiem na sztywno; siedzi wyprostowany i z niepodrabialnym
akcentem, piąty raz pyta kelnerkę:
Voulez-vous-un-grog-au-rhum?...19 - i za każdym
razem wybucha śmiechem, mecząc jak koza. Najwyraźniej odnosi wrażenie,
że to pytanie to znakomity żart.
Tacy są z grubsza do czterdziestego roku życia. Wtedy osobliwie
poważnieją, wyraz twarzy im szlachetnieje. W wieku sześćdziesięciu lat
są już pierwszorzędni. Nie rozumiem ich, coraz mniej rozumiem Anglików.
Gide pisze, że Francuzi chcą dyktatora. Naturalnie nie Hitlera, wcale
też nie faszystowskiego, ale i nie komunistycznego dyktatora; chcą
jakiegoś francuskiego dyktatora, który wreszcie chwyci w karby i wykorzysta cudowne francuskie siły. Tak mówią również inni, którzy
przyjeżdżają dzisiaj z Francji.
Ja w takiego dyktatora nie wierzę; jest też inny sposób, a Francuzi -
możliwe, że za wysoką cenę, ale jednak - zorganizują w końcu ów
eksperyment, który wykorzysta ich siły. Każdy naród musi teraz
zdecydować, jaką cenę jest skłonny zapłacić za socjalizm, i powinien też
zdecydować, za jaki wzór socjalizmu jest skłonny zapłacić tę cenę.
Na razie są źli, bo w kraju panuje nieporządek i bieda. Genewa to miasto
graniczne, z francuskiej strony dochodzi tu każde słowo i wszelkie
gderanie. A jeśli historia "uderza po kieszeni", Francuzi potrafią być
nad wyraz bez humoru. Teraz "uderza po kieszeni", inflacja zżera im
dochody. Gderają, są posępni do tego stopnia, że staje się to
śmiertelnie niebezpieczne; ja pamiętam francuską inflację w latach
dwudziestych, kiedy liczbowo ledwie co się stało, dolar w stosunku do
franka wdrapał się z dwudziestu pięciu na pięćdziesiąt, ale od tego
finansowego wstrząsu świat się rozedrgał, a cudzoziemiec mógł chodzić
paryskimi ulicami tylko przy ścianie, bo w takich momentach Francuzi nie
znają się na żartach. Szczególnie gniewają się na Szwajcarów, bo
Szwajcaria jest teraz swego rodzaju małą Ameryką po sąsiedzku,
mieszkaniec Genewy z kilkoma banknotami - jeśli tylko przejdzie przez
granicę - może kupić po francuskiej stronie rzeczy o dużej wartości; i dlatego polują zwłaszcza na podróżnych. Świat niczego się nie nauczył,
nie tylko rozumem, lecz i sercem, tak, nawet własną kieszenią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki