Rozdział 1
NAJPOTĘŻNIEJSZY SZPIEG I WIELKI KAC
Stara toyota podskakuje na wyboistej szosie na wschodzie Polski. Kierowca zerka dyskretnie w tylne lusterko, sprawdzając, czy nie ma "ogona". Kilka razy skręca w boczne drogi, by się upewnić, że nikt za nim nie jedzie. Wjeżdżamy w las, snop światła oświetla pokryte śniegiem świerki. Jest głucha zimowa noc.
- Wiecie, że jak teraz będziemy mieli wypadek, to nikt się o tym nie dowie? - rzuca mężczyzna z fotela pasażera i zaczyna się nerwowo śmiać.
Jest łącznikiem. Umówił mnie z człowiekiem, który ma kontakty w służbach specjalnych, a teraz kieruje toyotą. Dogrywanie naszego spotkania trwało tygodniami. Był warunek: żadnych telefonów, innych urządzeń elektronicznych i żadnego nagrywania.
Łącznik się nieco stresuje, chyba bez telefonu czuje się nieswojo. Obserwuję go z tylnego siedzenia i przez głowę przechodzi mi myśl, że może mieć rację. Jeśli na oblodzonej drodze rąbniemy w drzewo, z leciwej toyoty niewiele zostanie. A nawet gdy ktoś z nas zdoła wyjść cało, nie wiadomo, jak długo będzie musiał iść do najbliższej chaty, by ściągać pomoc.
A może to tylko głupie przywiązanie to telefonu? Numery telefonów, prywatna korespondencja, nawigacja, profile na mediach społecznościowych, hasła, dostęp do konta w banku... Jeśli stracisz telefon i portfel, to koniec. Nie da się zastrzec konta w banku ani wypłacić gotówki. Ani nawet zadzwonić po pomoc.
"On jeszcze jest z tego pokolenia, że żeby z kimś rozmawiać, musiał się spotykać" - tłumaczyła mnie przed innymi znajoma trzydziestolatka, gdy się okazało, że ja - człowiek po czterdziestce - słabo ogarniam Instagrama.
Telefon, najlepszy przyjaciel człowieka. W pandemii kontakty z rodziną i przyjaciółmi zastąpiły sesje na FaceTime, Messengerze, Skypie. Wystarczyło kliknąć, żeby zamówić zakupy do domu. W cenie gwarantowany brak kontaktu z człowiekiem: siatki z zakupami anonimowy kurier kładł na wycieraczce, pukał do drzwi i znikał. W geście wdzięczności można było mu dać pięć gwiazdek.
Strażakom, którzy by nas rozcinali zaraz po wypadku, też bym dał pięć gwiazdek. Może nawet wystawił pozytywną recenzję...
Z zadumy wyrwało mnie polecenie kierowcy:
- Wysiadamy!
Z łącznikiem posłusznie wygramoliliśmy się z samochodu. Zatrzymał się gdzieś w lesie pośrodku niczego.
- Zaraz się przekonamy, czy pojedziemy dalej - mówi kierowca i zaczyna nas przeszukiwać.
Gdy przychodzi moja kolej, ciężko wzdycham.
- Coś się nie podoba? - rzuca mężczyzna, przesuwając ręce po moich plecach.
- Nie, po prostu myślałem, że zanim zaczniemy się dotykać, najpierw zaprosisz mnie na kawę - próbuję czerstwym żartem rozładować atmosferę.
Albo nie widzę dobrze w ciemnościach, albo rzeczywiście nikt się nawet nie uśmiechnął.
Wsiadamy z powrotem do toyoty i w milczeniu przejeżdżamy kolejnych kilkadziesiąt minut, aż wyrasta przed nami drewniana chata na skraju lasu. Pół godziny później siedzimy z herbatą rozparci w fotelach wokół kominka, z którego trzaskają iskry palącego się drewna.
- Co cię interesuje? - słyszę.
Nie wiem, od czego zacząć. Od ponad roku nie interesuje mnie nic innego niż Pegasus. To najpotężniejszy szpieg w historii: jednym kliknięciem jest w stanie całkowicie przejąć telefon, a jego właściciel nigdy się o tym nie dowie. Ściąga z urządzenia całą jego zawartość i przypisuje do odpowiednich katalogów, tak aby agentowi łatwo było przeszukać listę kontaktów, esemesy, wiadomości, spotkania w kalendarzu, zdjęcia, zaszyfrowane hasła...
Właściwie został opracowany do wykrywania terrorystów i szpiegów. Miał pomagać służbom w wyszukiwaniu zamachowców, a policji udaremniać porwania. Dzięki Pegasusowi można zdalnie włączyć aparat w telefonie i robić zdjęcia. Policja zobaczy, kto znajduje się w budynku, jaki jest jego rozkład, gdzie znajdują się ofiary, a gdzie ich oprawcy. Dzięki temu oddziały antyterrorystyczne zawczasu wiedzą, jak wejść do pomieszczenia, tak aby oszczędzić postronnych ofiar.
Tyle teoria.
W Polsce program służył jednak do zupełnie czego innego. Dysponowało nim Centralne Biuro Antykorupcyjne, które nie zajmuje się ani odbijaniem zakładników, ani polowaniem na zamachowców, tylko ściganiem korupcji. Ale agenci CBA podsłuchiwali polityków opozycji, adwokatów, niezależnych prokuratorów. Wielu z tych, którzy znaleźli się na liście inwigilowanych, nie usłyszało nigdy żadnych zarzutów ani nawet nie było wzywanych jako świadkowie. A jeszcze więcej nie dowie się nigdy, że było podsłuchiwanych.
Ile osób mogło być w Polsce inwigilowanych Pegasusem?
CBA kupiło licencję na czterdzieści numerów telefonów. Ale chodzi o podsłuchiwanie wszystkich czterdziestu numerów jednocześnie, w tym samym czasie, a nie czterdzieści w ogóle. W praktyce liczba inwigilowanych w Polsce jest znacznie większa, bo wyłącznie od polskiego licencjobiorcy izraelskiej firmy NSO, producenta programu, zależało to, ile telefonów chce podsłuchiwać.
- Jak agenci w terenie dowiedzieli się, że centrala ma dostęp do takiego wynalazku, rzucili się z wnioskami o zakładanie podsłuchów. Było ich tak dużo, że w pewnym momencie góra upomniała teren, by wysyłał wnioski tylko w najbardziej uzasadnionych sprawach. Po prostu mieli swoje ograniczenia operacyjne - mówi moje źródło ze służb.
Według niego nazwa "Pegasus" była zastrzeżona do wąskiego grona osób. Wśród agentów funkcjonowały rozmaite określenia, wymyślane przez ich przełożonych lub decydentów. Chodziło o to, żeby utajnić całe przedsięwzięcie tak bardzo, jak to tylko możliwe.
Delegatury CBA nie miały bezpośredniego dostępu do programu. Musiały się zadowolić tym, co na płytach przysyła im centrala w Warszawie. Kontrola nad Pegasusem znajdowała się w Biurze Techniki Operacyjnej CBA. To specjalna komórka zakładająca dla tej służby podsłuchy, kamery i całą technikę potrzebną do obserwacji osób podejrzewanych o przestępstwa. Jej funkcjonariusze przeszli specjalistyczne kursy, jak używać i instalować Pegasusa na telefonach tak zwanych figurantów, czyli osób śledzonych.
Tylko w wyjątkowych sytuacjach agenci z delegatur uczestniczyli w podsłuchach, które prowadziło BTO. Jedną z przyczyn była tajność projektu. Ale istniał i powód bardziej prozaiczny: w "pokoju nagrań" było za mało miejsca dla innych agentów. Zwykle więc delegatury dostawały płyty z materiałem zgrywanym przez agentów z BTO.
W wielu przypadkach w zupełności to wystarczało. To właśnie wiadomości i dane w postaci tekstu, a nie pliku audio, były największą wartością dla agentów. Mogli szybciej wyszukać interesujące ich informacje.
Pegasus był przełomowy, bo otwierał dostęp do szyfrowanych wiadomości w telefonach. Zanim nastała jego era, policja i służby były bezradne, gdy podejrzani wymieniali informacje na Signalu lub WhatsAppie.
Dylemat związany z Pegasusem polega jednak na tym, że można go wykorzystywać do dobrych i złych celów. Izraelska firma NSO Group, która go opracowała, chwali się, że dzięki niemu udało się ocalić tysiące ludzkich istnień. Założyli ją w 2010 roku dwaj przyjaciele ze szkoły: Shalev Hulio i Omri Lavie. Trzeci wspólnik, Niv Karmi, wniósł do firmy kontakty z izraelskim Mosadem. Od pierwszych liter imion tej trójki wzięła się nazwa NSO Group.
To Karmi w 2011 roku wprowadził do spółki szanowanego wojskowego i bohatera w wojnie Jom Kippur generała Avigdora Ben-Gala, który został jej prezesem. Generał wiedział, że tak potężne narzędzie w niepowołanych rękach może być jak brzytwa w ręku małpy, i wolał się zabezpieczyć. Postawił warunki: po pierwsze, NSO nie będzie nigdy operatorem programu, lecz klient, który kupuje licencję, dzięki czemu firma miałaby czyste ręce; po drugie, program będą mogły kupować tylko rządy państw; i po trzecie, za każdym razem o sprzedaniu licencji zdecyduje izraelskie ministerstwo obrony.
Nie uchroniło to wcale NSO od kłopotów. Firma "zawdzięczała" je dziennikarzom. Latem 2021 roku kilkanaście redakcji na całym świecie opublikowało efekty międzynarodowego śledztwa Forbidden Stories. Był to początek końca spektakularnej kariery Pegasusa i NSO Group, która dziesięć lat od powstania rozrosła się do siedmiuset pięćdziesięciu pracowników, a jej roczne obroty przekroczyły 240 milionów dolarów.
Dziennikarze zdobyli listę z pięćdziesięcioma tysiącami numerów telefonów zainfekowanych Pegasusem na całym świecie. Ujawnili, że z tego superszpiegowskiego programu najbardziej intensywnie korzystały służby Maroka. Agenci marokańscy śledzili nie tylko opozycję w kraju, lecz i prezydenta Francji Emmanuela Macrona. W sumie wykonali dziesięć tysięcy wejść Pegasusem na telefony.
Niewiele mniej trafień miała Arabia Saudyjska. Jej służby inwigilowały żonę Dżamala Chaszukdżiego, saudyjskiego dziennikarza podstępem zwabionego do saudyjskiego konsulatu w Turcji, gdzie został stracony i poćwiartowany.
Meksyk używał Pegasusa do śledzenia opozycjonistów i działaczy obywatelskich, którzy walczyli o to, by nie zatruwać w kraju źródeł wody pitnej. Ale program posłużył również do walki z kartelami narkotykowymi. Władze Meksyku utrzymują, że udało się dzięki niemu schwytać Joaquína Guzmána Loerę, znanego pod pseudonimem El Chapo.
W Europie Pegasusa używała połowa krajów Unii. Pozwoliło to służbom rozbić międzynarodową siatkę pedofilów. Większość członków UE nie wykorzystywała nigdy w pełni możliwości programu, uznając, że ingeruje on w wolności demokratyczne.
Zdarzały się jednak wyjątki. Dylematów nie miały rządy Polski, Węgier i Hiszpanii.
W listopadzie 2021 roku, cztery miesiące od opublikowania dziennikarskiego śledztwa Forbidden Stories, Izrael umieścił na czarnej liście te trzy kraje z zakazem eksportu do nich oprogramowania szpiegowskiego.
Hiszpanie Pegasusem podsłuchiwali rząd Katalonii, za wszelką cenę dążący do niepodległości. Parlament Europejski zaczął stawiać pytania o zasadność podsłuchów i legalność tego, co robił Madryt. Dla NSO i Izraela były to kluczowe sprawy: gdyby na jaw wyszło, że ich program służył do czegoś, co nie mieści się w katalogu praworządnego działania, kontrolowanego w strukturach demokratycznego państwa, oznaczałoby to gniew Stanów Zjednoczonych i duży problem dla Izraela.
Bardzo wątpliwe było też to, co z Pegasusem robiły Węgry. Gdy w 2021 roku węgierski dziennikarz Szabolcs Panyi z biorącego udział w projekcie Forbidden Stories portalu śledczego Direkt36 zaczął sprawdzać listę z numerami osób inwigilowanych, ze zdumieniem odkrył na niej i swój telefon. Dalsze jego śledztwo wykazało, że węgierskie służby chciały poznać informatora, z którym rozmawiał, zbierając materiały do tekstu o Międzynarodowym Banku Inwestycyjnym w Budapeszcie. Ten założony jeszcze w latach siedemdziesiątych bank pod egidą RWPG był od samego początku agenturą najpierw radzieckiego, a po upadku ZSRR, rosyjskiego wywiadu.
Rząd na Węgrzech podsłuchiwał też przedsiębiorców. Na liście znalazł się Zoltán Varga, właściciel grupy medialnej, do której należą redakcje krytyczne wobec premiera Viktora Orbána. Wiosną 2018 roku zaprosił on pięciu innych biznesmenów na kolację, podczas której omawiali utworzenie fundacji. Miała się zajmować tropieniem korupcji wśród rządzących. Właśnie wtedy służby zainstalowały Pegasusa na telefonie jednego z uczestników spotkania. Z planów, które snuli biznesmeni, ostatecznie nic nie wyszło, bo żaden z nich nie złożył wiążącej deklaracji. Ale dwa tygodnie później Varga dostał ostrzeżenie: "Lepiej nie urządzaj więcej takich kolacji, bo może się to dla ciebie źle skończyć".
Ostatecznie gospodarz kolacji Zoltán Varga doczekał się spełnienia groźby. Węgierski urząd skarbowy rozpoczął dochodzenie w sprawie rzekomo niezapłaconych przez niego podatków, co dla Vargi może oznaczać więzienie.
Dziennikarskie śledztwo Direkt36 ujawniło, że węgierski rząd podsłuchiwał Pegasusem nawet ochroniarzy ówczesnego prezydenta Jánosa Ádera, upewniając się, czy może liczyć na jego lojalność.
Za kupnem Pegasusa przez Polskę również stały partyjne interesy rządzących.
Wspólnie z węgierskim sojusznikiem rząd Beaty Szydło postanawia latem 2017 roku wejść w konszachty w celu zdobycia dostępu do programu. Posłużyły do tego kontakty z Beniaminem Netanjahu, który w lecie 2017 roku przyjechał do Budapesztu na szczyt Grupy Wyszehradzkiej. Orbán od lat zabiegał o dobre relacje z premierem Izraela. Zdjęcia z uśmiechniętym Netanjahu wytrącały z ręki argumenty krytykom węgierskiego premiera, że jego rząd jest antysemicki i ksenofobiczny. Z kolei Netanjahu od dawna poszukiwał w Unii Europejskiej kraju, który był w stanie rozbić jej jedność wobec krytyki Izraela w sprawie polityki w Strefie Gazy. Węgry, koń trojański w Unii Europejskiej, nadawały się do tego znakomicie.
Podstawowym założeniem powodzenia tego projektu była jego tajność. Węgierscy posłowie parlamentarnej komisji do spraw służb specjalnych, którzy głosowali w październiku 2017 roku nad dopuszczeniem dodatkowych technik inwigilacji przez państwo, nie mieli pojęcia, że zgadzają się na zakup Pegasusa. W krótkiej prezentacji przedstawiciel Narodowej Służby Bezpieczeństwa (NBSZ) wyjaśnił im jedynie, że chodzi o "wysoce wyrafinowaną technikę" inwigilacji, która zwiększy bezpieczeństwo kraju. Komisja zagłosowała jednogłośnie "za". Projekt poparli nawet posłowie opozycji. Jeden z socjalistycznych deputowanych przyznał dziennikarzom, że wierzył służbom w to, że dodatkowe narzędzia zwiększą bezpieczeństwo kraju.
By zmylić tropy, program kupiło nie bezpośrednio państwo, lecz spółka, w której udziały miał były oficer komunistycznej bezpieki i zaufany człowiek Sándora Pintéra, ministra spraw wewnętrznych. On z kolei był najbardziej zaufanym człowiekiem Orbána (był we wszystkich jego rządach). W Budapeszcie mówi się, że nie ma drugiego człowieka z taką wiedzą o węgierskich politykach jak on.
Węgrzy kupili Pegasusa za 6 milionów euro. Według portalu śledczego Direkt36 służby inwigilowały co najmniej trzysta osób. Wśród nich ludzi, którym prokuratura nigdy nie postawiła żadnych zarzutów: samorządowców, przedsiębiorców, a nawet zagranicznego studenta uczestniczącego w demonstracji przeciwko Orbánowi.
Oddanym sojusznikom Netanjahu oferował Pegasusa w ramach tak zwanej cyberdyplomacji. Izraelski premier, mający w kompetencjach nadzór nad udzielaniem licencji na oprogramowanie szpiegowskie Pegasusa, oferował go tym krajom, w których robił interesy (na przykład Arabii Saudyjskiej czy Indiom), po to, aby zacieśnić więzy.
Latem 2017 roku do Budapesztu na spotkanie Grupy Wyszehradzkiej izraelski premier przyleciał z grupą kilkudziesięciu biznesmenów. Kilkunastu z nich reprezentowało spółki zajmujące się cyberbezpieczeństwem (w tym hakowaniem i podsłuchami). Po oficjalnej sesji plenarnej Szydło spotkała się z Netanjahu w cztery oczy.
Dwa miesiące później polski rząd kupił Pegasusa. I podobnie jak na Węgrzech, polskie władze również ukryły to przed parlamentem.
Najwyższa Izba Kontroli odkryła, że Centralne Biuro Antykorupcyjne kupiło Pegasusa za 33 miliony złotych, z czego 25 milionów zapłaciło Ministerstwo Sprawiedliwości za pośrednictwem podległego mu funduszu pomocy pokrzywdzonym. Pieniądze te nakazał przelać na konto CBA Michał Woś, wiceminister sprawiedliwości. By to zrobić, musiał uzyskać pozytywną opinię sejmowej Komisji Finansów Publicznych.
Wzorem Węgrów posłowie nie poznali prawdy, za czym głosują. Woś, który wnioskował o przesunięcie pieniędzy, przemilczał fakt, że mają trafić na zakup Pegasusa. NIK uznała, że do transferu doszło wbrew prawu, jednak nie dlatego, że posłowie nie wiedzieli, na co się zgadzają. Chodzi o to, że ustawa o CBA nie pozwala na finansowanie jego działalności ze źródeł innych niż bezpośrednio z budżetu państwa. Sprawę później badało Ministerstwo Finansów. Ale wiceminister Piotr Patkowski ukręcił jej łeb, stwierdzając, że wprawdzie doszło do złamania prawa, ale uznał to za "niską szkodliwość społeczną czynu".
Brakujące 8 milionów złotych do Pegasusa dołożyło CBA. Znów jak u Węgrów - do zakupu oprogramowania od Izraelczyków posłużyła firma mająca powiązania z dawną komunistyczną bezpieką. Większość udziałów w firmie Matic, która kupiła dla CBA Pegasusa, miała dawna funkcjonariuszka Służby Bezpieczeństwa, w PRL działająca w wywiadzie.
Chodziło przecież o to, by ukryć prawdę. A nikt nie nadawał się do tego lepiej od wieloletnich agentów pamiętających jeszcze czasy bezpieki. Po raz kolejny się okazało, że demonstracyjnie antykomunistyczny rząd PiS nie gardzi zasłużonymi dla komunizmu ludźmi, gdy sprzyja to realizacji jego celów (tak jak wcześniej obsadził PRL-owskiego prokuratora Stanisława Piotrowicza w roli sędziego Trybunału Konstytucyjnego, by mieć nad tą instytucją kontrolę).
Jednak myślenie o tym, że Pegasusa uda się ukryć, okazało się naiwne. Izraelscy producenci programu zaleźli za skórę wielkim spółkom technologicznym, których luki w oprogramowaniu wykorzystywali do przejmowania telefonów ich właścicieli. Pegasus wykorzystywał przez długi czas dziury w kodzie znajdujące się w wiadomościach tekstowych iMessage. Proces wytoczyła NSO Meta Marka Zuckerberga, bo Pegasus przejmował telefony za pośrednictwem aplikacji WhatsApp, należącej do tej firmy.
Apple z kolei zaczął w listopadzie 2021 roku wysyłać do swoich klientów ostrzeżenia, że ich telefon mógł zostać zhakowany. Taką notyfikację dostała między innymi prokurator Ewa Wrzosek, która podpadła partii rządzącej, kiedy chciała wszcząć śledztwo w sprawie tak zwanych wyborów kopertowych.
W grudniu 2021 roku agencja Associated Press opublikowała depeszę o pierwszych polskich ofiarach Pegasusa.
Władza zaczęła gorączkowo zaprzeczać tym doniesieniom. Michał Woś, ten sam wiceminister sprawiedliwości, który cztery lata wcześniej w sejmowej Komisji Finansów Publicznych ukrywał przed posłami zakup Pegasusa, ze sprawy kpił. Twierdził, że jedynym Pegasusem, jaki kupił, była w latach dziewięćdziesiątych konsola do gier o tej samej nazwie. Gdy się okazało, że to jego podpis widnieje na ministerialnym poleceniu wypłaty 25 milionów złotych na rzecz CBA, nabrał wody w usta.
Woś, rocznik dziewięćdziesiąty pierwszy, to skarbnik partii Solidarna Polska i jeden z najbardziej zaufanych współpracowników Zbigniewa Ziobry, który jest jego szefem zarówno w partii, jak i w ministerstwie. Ziobro z kolei znany jest z fascynacji sprzętami nagrywającymi rozmowy. Jeszcze na studiach potajemnie nagrywał kolegów z roku.
Gdy został ministrem sprawiedliwości w rządzie Zjednoczonej Prawicy, całkowicie podporządkował sobie prokuraturę. Za niesubordynację jego podwładni są karnie wysyłani do placówek położonych na drugim końcu Polski. Ziobro patrzy im na ręce i ma wiedzę o najbardziej utajnionych postępowaniach, bo wcześniej zagwarantował sobie prawo do przeglądania akt z dowolnej sprawy. Sterowanie prokuratorskimi postępowaniami nigdy nie było łatwiejsze.
Ale Ziobro ma też wpływ na sądy, bo trafiają do nich neosędziowie z wybranej przez polityków Krajowej Rady Sądownictwa, której przewodniczącą jest jego znajoma z liceum. To z tych sędziów jako minister sprawiedliwości dobiera prezesów sądów.
Wreszcie podporządkował sobie publiczne media, kiedy na ich czele stanął Jacek Kurski, członek Solidarnej Polski, i mógł wysyłać ekipy telewizyjne do politycznych spraw prowadzonych przez prokuratury podległe jego pryncypałowi. A potem tak ustawić propagandowo przekaz, by był zgodny z linią partii i przedstawiał opozycję w jak najgorszym świetle. Wykonawcami tych zadań są dyspozycyjni prokuratorzy, sędziowie i pracownicy państwowej telewizji. Motywuje ich obietnica błyskawicznego awansu, niespełnione ambicje i zadry z przeszłości, rzadziej względy ideologiczne. Prawie zawsze cechuje brak wystarczających kompetencji. W warunkach zdrowej konkurencji nie zrobiliby tak spektakularnych karier.
Nie są to puste słowa. Dowody znajdują się w sprawie jednego z polityków opozycji, który był inwigilowany Pegasusem. To Krzysztof Brejza, członek Platformy Obywatelskiej. Jego nazwisko pojawiło się w grudniu 2021 roku w doniesieniu agencji Associated Press, która poinformowała o pierwszych podsłuchiwanych Pegasusem w Polsce.
W 2019 roku Brejza był inwigilowany co najmniej trzydzieści trzy razy, w trakcie obydwu kampanii: do Parlamentu Europejskiego na wiosnę oraz jesienią do Sejmu i Senatu. Służby szpiegowały również jego otoczenie. Pegasus został podpięty pod telefon jego ojca, prezydenta Inowrocławia Ryszarda Brejzy, a także ówczesnej dyrektor biura poselskiego (dzisiaj posłanki PO) Magdaleny Łośko.
Pretekstem do inwigilacji Brejzów i ich otoczenia była tak zwana afera inowrocławska. Państwowe media wałkowały ją miesiącami, a politycy PiS grzmieli o tym, że Brejzowie za publiczne pieniądze z lewych faktur finansowali kampanię PO.
Tymczasem za tak zwaną aferą inowrocławską stoi działaczka PiS, pieniądze z publicznej kasy kradła ramię w ramię z inną kobietą startującą w wyborach z list tej samej partii. Mimo to lokalni działacze Solidarnej Polski oczerniali Brejzów, również za pośrednictwem TVP, do której mieli dostęp. Sprawa była priorytetowa dla rządzących. Osobiście nadzorował ją prokurator okręgowy w Gdańsku, a wspomagał go jego przełożony z prokuratury regionalnej. Zwykle śledztwa prowadzi się w ten sposób w najpoważniejszych sprawach kryminalnych.
A wszystko zaczęło się od Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Do dzisiaj mają tam kaca moralnego, gdy dla wszystkich jest już jasne, że CBA stało się politycznym orężem rządzących.
To dlatego mój informator zgodził się na sekretne spotkanie w chacie na wschodzie Polski. Podczas wielogodzinnej rozmowy nie tracił czujności. Mimo że byliśmy na odludziu, co jakiś czas wyglądał za okno i wypatrywał, czy ktoś przypadkiem nie zbłądził samochodem w okolicy i nas nie obserwuje. Choć przeszukał nas wcześniej, czy nie wzięliśmy ze sobą telefonów, i tak na wszelki wypadek włączył radio. Z głośnika łupało natarczywe disco polo, gdy tłumaczył powody, dla których zgodził się rozmawiać.
- Przez lata widziałem tyle, że przyzwyczaiłem się do tego, że każdy polityk to świnia, nieważne z jakiej partii przychodzi. Ale to, co ludzie z PiS zrobili w sprawie Brejzów, było wyjątkowe podłe - mówi.
Zacznijmy więc o tym opowieść.