Warszawa, maj 2021 roku.
Czekam na nią przed wejściem do parku. Nie pozwoliła do siebie dzwonić
ani kontaktować się przez telefon, ale przecież z łatwością ją poznam.
Kobieta, która w ciągu ostatnich trzech lat wydała w samym tylko domu
handlowym Vitkac oraz w luksusowym butiku przy ulicy Moliera w Warszawie
ponad milion złotych na ubrania (pokazała mi wyciągi z jej kart stałego
klienta), musi się wyróżniać wyglądem. Patrzę za zegarek, wydeptuję
ścieżkę przed bramą parku, zastanawiam się, czym podjedzie.
-?To pani? -?słyszę za sobą zasapany głos.
Przede mną stoi Sandra, lat czterdzieści sześć, włosy ciemny blond,
twarz często widziana w gabinecie medycyny estetycznej, ale rysy
zachowane, makijaż lekki, niemal niewidoczny, przebija przez niego
opalenizna nie z solarium, raczej z wakacji. Sandra ubrana jest w czarne
spodnie, szary golf i cienki czarny płaszcz. Na pierwszy rzut oka nie
wyróżnia się niczym od kobiet, które nas mijają. No, może tym, że przy
ściągaczu golfu ma przypiętą dużą broszkę Chanel.
-?Przepraszam za spóźnienie, ale szukałam miejsca do zaparkowania -
usprawiedliwia się.
Szukam wzrokiem, gdzie zaparkowała. W końcu ona pokazuje mi sama.
Porsche, niebieski SUV zastawia cały chodnik tuż przy skrzyżowaniu.
-?Najwyżej odholują -?mówi Sandra. -?Kierowca męża pojedzie, załatwi
sprawę. Nie raz tak było. Nie chciałam, żeby pani czekała. To o czym
będziemy rozmawiać?
O tym, jak pani żyje.
Najpierw poproszę, by oddała mi pani swój telefon.
(Sandra wyłącza moją komórkę i chowa ją do swojej torebki.)
To dlatego nie chciała pani rozmawiać przez telefon?
Nie przez telefon, nie w moim domu, nie w kawiarni. W domu mogę mieć
podsłuchy, mąż robi interesy z różnymi ludźmi, to mogą być nawet służby.
A w kawiarniach to dziękuję, kilku moich znajomych dało się nagrać u Sowy i w najlepszym przypadku zrobili z siebie pośmiewisko, w najgorszym
poszli siedzieć.
Pani robi coś zakazanego?
Nie, ale w świecie naprawdę dużych pieniędzy, do którego zalicza się mój
mąż, a tym samym też ja, trzeba być jak mucha -?mieć tysiąc oczu i rejestrować dwieście obrazów na sekundę. Zawsze może pojawić się ktoś,
kto pod pozorem przyjacielskiej prośby, biznesowej oferty czy po prostu
łażąc za mną, może chcieć mnie szantażować i zniszczyć. Bo na tym można
dobrze zarobić.
Ale zgodziła się pani ze mną spotkać.
Spodobało mi się, że pisze pani książki. Chcę się dowiedzieć, jak to się
robi. Może na stare lata, jak już będę miała wszystko w dupie, też coś
napiszę. Dobrze, to rozmawiajmy już.
Jest pani ładnie opalona. Często jeździ pani na wakacje?
Cztery razy w roku. To jest często czy nie? Dwa razy zimą, dwa latem.
Tyle z mężem. Oprócz tego z synem ze dwa razy, bo mąż już wtedy nie
może, pracuje. No i oczywiście sylwester, majówka, na jakieś dłuższe
weekendy czasem też wyjeżdżamy.
Ile kosztują wasze wakacje?
Te dwutygodniowe około pół miliona złotych.
Na co można wydać przez czternaście dni pół miliona?
Koszt samego hotelu to jakieś siedemdziesiąt -?sto tysięcy złotych. Do
tego jedzenie w restauracjach, to będzie kolejne sto tysięcy. Nie jemy
hamburgerów z budki przy drodze, choć ja akurat lubię czasem zjeść coś
podłego, bez tej całej otoczki "ą ę". Ale kiedy jesteśmy na wakacjach, a zawsze to się odbywa w towarzystwie wpływowych znajomych, jemy te
wszystkie popisowe homary, trufle, najlepsze ryby, najdroższe mięsa.
Naprawdę najbogatsi ludzie w Polsce popisują się tym, że drogo jedzą? To
brzmi jak opowieść z lat dziewięćdziesiątych.
Wszystkim się można popisać. Zwłaszcza jeśli tak jak mój mąż wyszło się
z prostej, biednej rodziny i właśnie w latach dziewięćdziesiątych doszło
do ogromnych pieniędzy, zbudowało kilka wielkich firm, odniosło sukces,
dziś jest się w topie najlepiej zarabiających. Można mieć złote kible,
ale mentalność pozostaje. Popisywanie się bogactwem jest typowe dla
milionerów w pierwszym pokoleniu.
To czym robicie wrażenie na znajomych?
Na ostatnich wakacjach mąż, żeby zrobić wrażenie na kolegach, wynajął
całą ekskluzywną restaurację. To było w jednym z najdroższych
francuskich kurortów. Zorganizowaliśmy wspólne gotowanie. Stali nad nami
szef kuchni oraz pozostali kucharze, którzy uczyli nas, jak przygotować
steki z najdroższej na świecie wołowiny, przyrządzaliśmy owoce morza,
jedliśmy najdroższe sery. A to wszystko było podlewane winami z limitowanych serii po kilka tysięcy złotych za butelkę. Za taką kolację
zapłaciliśmy ponad sto tysięcy złotych. Mój mąż ma fantazję i lubi się
dobrze bawić, a przede wszystkim robić wrażenie na innych. Twierdzi, że
w ten sposób robi się grunt pod interesy.
Chyba ma rację, bo w ciągu dwudziestu kilku lat dorobił się wielkiej
fortuny. Wasz majątek oficjalnie wyceniany jest na mniej więcej osiemset
milionów złotych.
On ma głowę do interesów, ale wiem, że z tego epatowania bogactwem
ludzie się po cichu śmieją.
A czy jak przystało na prawdziwych miliarderów macie swój samolot?
My akurat nie, ale latamy prywatnymi rejsami. Z wyspy na wyspę, z kraju
do kraju.
Ile to kosztuje?
Jeden lot jakieś sześćdziesiąt tysięcy złotych. Podczas wakacji
potrzebujemy czasem czterech, pięciu takich rejsów. W któreś święta
byliśmy przez półtora tygodnia na Hawajach. Bardzo fajna wyprawa. Tam
wynajęliśmy helikopter, żeby zwiedzić wyspę. To jest koszt w granicach
siedemdziesięciu tysięcy złotych. Ale można przez cały dzień dużo
zobaczyć. Na innej wyspie archipelagu mąż zamówił prywatny pokaz tańca,
który wykonywała dla nas miejscowa ludność. Taki show plus obiad
przyrządzony przez prywatnego kucharza dla nas i przyjaciół kosztował
ponad pięćdziesiąt tysięcy złotych. No a oprócz jedzenia trzeba doliczyć
bilety lotnicze w biznesklasie, transfer z lotniska do hotelu, co w sumie daje kilkadziesiąt tysięcy.
Gdzie najczęściej spędzacie wakacje?
Letnie wyjazdy na jachcie, pływając od jednej egzotycznej wyspy do
drugiej. Najczęściej Bahamy, Sardynia, Mykonos, płyniemy do
Saint-Tropez, Monako. To są typowe miejsca dla milionerów. Tam kupują
domy albo je wynajmują. W tych miejscach, gdzie bywamy, są sami
milionerzy, bo ceny odstraszają zwykłych turystów. Samo cumowanie jachtu
w marinie to koszt kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych
dziennie.
Wynajmujecie jacht?
Najpierw wynajmowaliśmy, później kupiliśmy własny. Taki porządny,
pięćdziesięciometrowy.
Ile kosztował?
Trzydzieści milionów złotych.
Aha...
Samo jego utrzymanie zjada z siedem milionów rocznie. Ale to też nie
było tak, że wyjęliśmy z kieszeni i kupiliśmy. Trzeba było na niego
zaoszczędzić.
Nie nudzi się pani siedzieć na jachcie przez bite dwa tygodnie?
Jeśli pływamy ze znajomymi męża, to nudzi. Ile można słuchać o zarabianiu pieniędzy albo wynurzeń ich żon o tym, co nowego sobie
kupiły, i że to samo, co one, nosi Lewandowska?
Pani też potrafi przepuścić w sklepie fortunę.
Jestem raczej w średniej żon milionerów.
Ile wydaje pani na ubrania?
Na takich wakacjach jakieś trzydzieści tysięcy złotych dziennie.
Ma pani niesamowitą pamięć do kwot i jest bardzo skrupulatna w liczeniu...
Zachowuję też paragony.
Na wypadek rozwodu?
Lubię panować nad rachunkami. Bogaci liczą częściej i lepiej niż biedni.
Może dlatego są bogaci?
Wracając do tych trzydziestu tysięcy dziennie. Na co można tyle wydać?
A gdzie ja mam kupować ubrania, jak nie za granicą? Jak wyjeżdżam,
kupuję dużo, żeby mi wystarczyło na jakiś czas. Na mnie te ciuchy nie
robią wrażenia, ale jestem zmuszona to kupować i to nosić. Muszę się w coś ubierać na przyjęcia biznesowe, towarzyskie, kolacje, premiery,
bale.
Kupiła pani kiedyś coś w sieciówce?
Kupowałam, ale w tym nie chodziłam. Bałam się, że na przykład w restauracji ktoś przy stoliku obok będzie miał na sobie to samo co ja.
Co by wtedy powiedział mój mąż? To by go zdenerwowało, bo on ma obsesję
na punkcie naszego wizerunku. Odwaliło mu na tym punkcie, odkąd pierwszy
raz pojawiliśmy się na liście "Forbesa". Szkoda, bo to naprawdę ładne
ubrania. Te lepsze brandy sieciowe mają dobre tkaniny: jedwab, kaszmir.
Markowe ciuchy za kilka tysięcy złotych czasem są z poliestru, ale mają
metkę i logo. I to się liczy.
Co dziś ma pani na sobie? Nie widzę tu marek.
Bo nie cierpię być słupem reklamowym. Noszenie drogich ubrań z bijącym
po oczach logo jest wieśniactwem wśród milionerów. To tak jak jeżdżenie
bentleyem. Prawdziwy milioner z klasą, który ma naprawdę duże pieniądze
i jest kimś, jeździ wysokiej klasy mercedesem, bmw czy audi, a nie
bentleyem. Podobnie z ubraniami. Kto ma się na tym znać, ten się
zorientuje, ile co jest warte.
To ile ma pani teraz na sobie?
Sweter to Versace, z tego co pamiętam, kosztował niecałe siedem tysięcy
złotych, jest z kaszmiru. Spodnie Bottega Veneta, pewnie za jakieś trzy
tysiące, i płaszcz Jil Sander, chyba za dwanaście tysięcy, ale to z zeszłego roku. Buty też Jil Sander, ale te nie więcej niż cztery tysiące
kosztowały. A, no i broszka. Dostałam w prezencie od męża. Bez okazji,
to Chanel, jakieś dziesięć tysięcy.
Rzuca się w oczy. Nie boi się pani chodzić z taką biżuterią?
Niech pani spojrzy na moją dłoń. Widzi pani ten pierścionek? To też
niedawny prezent od męża. Kupił mi właśnie na wakacjach. W dowód
miłości. Niech pani zgadnie, ile kosztował.
Pewnie dużo. To diament i to spory. Jakieś sto tysięcy złotych?
Pomyliła się pani dokładnie o milion. Pierścionek kosztował milion sto
tysięcy złotych. I nie, nie boję się go nosić. Większość ludzi się nie
zna i myśli, że to podróbka. Pani też się nie zorientowała, że noszę na
palcu apartament w Warszawie. Poza tym gdzie i kiedy mam to nosić? Po
domu w nim spacerować czy do trumny mają mi założyć? Dostałam teraz, to
noszę teraz.
Długo jesteście małżeństwem?
Dwadzieścia trzy lata.
Pogratulować, że po tylu latach mąż panią nadal tak kocha, skoro robi
takie prezenty.
Proszę pani, mój mąż mnie na swój sposób pewnie kocha. Zależy mu,
żebyśmy prezentowali się jako szczęśliwa, piękna rodzina. Nie oszczędza
na mnie, synowi też kupuje wszystko z najwyższej półki. Jeździmy do
najdroższych kurortów na wakacje, mamy kilka wielkich posiadłości w Polsce oraz na Sardynii i we Francji. Robimy często kolacje dla
znajomych, dla biznesowych partnerów męża, stawiamy tam szampana po
dwanaście tysięcy złotych za butelkę. I wszystko się zgadza, wszystko
gra. A że mąż od lat spotyka się z prostytutkami z Instagrama, które
ogarnia mu specjalny koordynator i posługują się w SMS-ach szyfrem,
określając te panie nazwami drinków, to chyba jest dowód, że tak do
końca to on mnie nie kocha.
Pani to wie na sto procent?
Raz jeden tak się upił, że nie wziął ze sobą telefonu do toalety, a nigdy się z nim nie rozstaje, nawet w łazience. Tak dba o swoją
prywatność. Podejrzałam wcześniej, jakie ma hasło. Z ciekawości
zobaczyłam jego korespondencję z kolegą, którego znam od lat i zawsze
był mi przedstawiany jako jego partner biznesowy. Ten kolega to
koordynator schadzek z prostytutkami wyłapywanymi na Instagramie. Tam
było wszystko napisane.
Jak pani zareagowała?
Przeczytałam, odłożyłam telefon, położyłam się spać obok męża.
Dlaczego udaje pani, że nic się nie dzieje?
Nie chcę zostać w kawalerce na Grochowie jak moja koleżanka. Ona wybrała
prawdę, zbuntowała się, poszła z mężem milionerem na wojnę. Wynajęła
detektywa, chciała udowodnić mu w sądzie zdradę. Tylko zanim ten
detektyw zdążył zrobić mu z kochanką choćby jedno zdjęcie, mąż się
zorientował i zakręcił jej wszystkie kurki z pieniędzmi. Zablokował
karty, wyczyścił wspólne konta. Nie miała za co opłacić detektywa,
adwokata, a on miał najlepszych prawników. To znany, bardzo wpływowy
człowiek, ma znajomości w prokuraturze, przekupił świadków, innych
zastraszył. Ostatecznie nikt nie stanął w jej obronie. I dziś jest
nikim. Z czterystumetrowej willi spadła do trzydziestoczterometrowej
kawalerki w marnej dzielnicy. Jadła kawior i homary, dziś je zupkę z proszku, bo nawet gotować nie umie. Zawsze miała kucharkę, sprzątaczkę,
kierowcę, ogrodnika, nianię. Jak były mąż miliarder ma humor, to prześle
jej czasem kilka tysięcy na życie, a jak mu się odwidzi, to nic jej nie
daje miesiącami.
W zeszłym roku ona sprzedawała swoje ciuchy, torebki i biżuterię, bo nie
miała za co kupić jedzenia. Mają jedną córkę, ale już dorosłą, mieszka w USA, czasem wyśle matce jakieś pieniądze, ale siedzi w kieszeni ojca i nie chce mu się narażać zbytnią hojnością wobec matki. On alimentów jej
nie musi płacić, bo w sądzie nie udowodniła, że rozwód jest z jego winy.
Ona, tak jak ja, nigdy nie pracowała, bo nie było jej wolno. Żonom
miliarderów, o ile nie są wyjadaczkami biznesowymi -?w Polsce jest
zaledwie kilka takich żon, które prowadzą z mężami ramię w ramię ich
ogromne firmy -?nie wypada pracować. Chyba że prowadzić jakąś fundację
charytatywną, galerię sztuki, u tych biedniejszych milionerów
ewentualnie wchodzi w grę własna marka kosmetyków, oczywiście
ekologicznych, albo udawanie, że się projektuje modę. Ale ona do tego
nie miała głowy. Jak córka była mała, to trochę jej doglądała, choć też
miała sztab niań do tego. Niedawno skończyła pięćdziesiąt sześć lat i co
ją czeka? Nie ma zawodu, doświadczenia, własnych pieniędzy, bo żony
milionerów w większości żyją i bawią się za pieniądze męża. Myślą, że
zawsze będą ich żonami i że zawsze będzie dolce vita.
Szczerze mówiąc ja też tak myślę, dlatego siedzę cicho. Nie mam bogatych
rodziców ani odłożonych pieniędzy za plecami męża. Wiem, że mąż uprawia
seks z prostytutkami. Może nawet okresowo ma jakąś stałą kochankę, ale
przymykam oko. Wiem, co się czai po drugiej stronie, ale ja nie chcę na
nią przejść. Życie w bajce ma swoją cenę i ja tę cenę płacę, bo nie mam
pojęcia, co bym miała ze sobą zrobić w rzeczywistości szarego
Kowalskiego.
Napisałam książkę o stylu życia najbogatszych ludzi w Polsce. O tym,
jak wygląda ich dzień powszedni i świąteczny. Jak jedzą, jak mieszkają,
jak pracują, jak się ubierają, jak się bawią, kochają, jak się
przyjaźnią, jak zdradzają, wydają pieniądze, odreagowują stres, jaką
mają fantazję, do czego są zdolni, czy są szczęśliwi.
Próbowałam z kilkoma z nich rozmawiać, ale za każdym razem dowiadywałam
się tylko, że wszystko osiągnęli wyłącznie dzięki ciężkiej pracy, a w wolnych chwilach budują szkoły/studnie/domy dla dzieci w Afryce.
Zrozumiałam, że w ten sposób ta książka nie będzie literaturą faktu,
tylko zapisem dobrze odegranego PR-u. Jedyną drogą do poznania ich trybu
życia, nawyków i tego, jak funkcjonuje człowiek, który nigdy nie
doświadcza niedoborów materialnych, jest nakłonienie do rozmów ich
najbliższych współpracowników, rodzinę, znajomych, obserwatorów z pierwszej linii. Odnalazłam ich. Napisałam do nich, wyjaśniłam, nad jaką
książką pracuję, uprzedziłam, że nie szukam sensacji ani
kompromitujących historii, chcę po prostu poznać codzienność bardzo,
bardzo bogatych ludzi. Zagwarantowałam, że w książce nie padnie żadne
nazwisko. Wysłałam ponad trzydzieści takich maili. Na początku dostałam
wyłącznie odmowne odpowiedzi. To najczęściej powtarzające się cytaty:
1. Nie, bo pieniądze lubią ciszę.
2. Nie, bo stracę pracę.
3. Nie, bo z życiem takich ludzi jest jak z polityką i kiełbasą -?nie
powinno się wiedzieć, jak naprawdę się to robi.
4. Nie, bo znam za dużo ich sekretów, mogą się domyślić, że to ja, i nie
będę mógł się przy nich dłużej ogrzewać.
5. Nie, bo nie mam interesu, żeby pani pomagać. Pani mi za to nie
zapłaci, a oni mi płacą i chcę, żeby płacili jak najdłużej.
6. Nie, bo jestem ich coachem i terapeutą, to by było nieetyczne.
7. Nie, bo mąż mnie zabije. On jest do wszystkiego zdolny.
Nie poddałam się. Czułam, że kluczowe będzie znalezienie jednego dobrego
kontaktu, osoby, która zrozumie moje intencje, zaufa mi i poleci mnie
dalej. Spróbowałam kolejny raz, a później kolejny i jeszcze następny. W końcu się udało. Po nitce trafiłam do osób z bliskiego otoczenia
topowych polskich milionerów i miliarderów. To było jak nawlekanie
koralików, jak koronkowa robota, ale po kilkunastu miesiącach miałam
opowieści gęste od faktów.
Udało mi się namówić do rozmowy współpracowników miliarderów, ludzi
zarządzających ich PR-em osobistym oraz wizerunkiem ich firm. Udało mi
się przekonać ich znajomych, rodzinę. Zgodnie z obietnicą daną moim
rozmówcom w książce nie pada żadne nazwisko, imiona są zmienione, a w przypadku najbardziej znanych miliarderów, których działalność jest
szczególnie charakterystyczna, mylę tropy. Bo nie jest to książka, która
ma ujawniać tajemnice konkretnych biznesmenów, ale pokazać, czy
faktycznie ich życie aż tak bardzo różni się od naszego. Czy naprawdę
żyją w domach ze złotymi klamkami, o poranku piją szampana za
kilkanaście tysięcy złotych, a posiadanie nieograniczonych pieniędzy
sprawia, że o nich nie myślą. Jak wpływa na psychikę wielkie bogactwo i jaka jest w końcu odpowiedź na wyświechtane pytanie "czy pieniądze dają
szczęście?".
Rozmowa z Markiem, biznesmenem z Pomorza i Tomaszem, biznesmenem ze Śląska. Od lat dziewięćdziesiątych obaj robią interesy z najbogatszymi ludźmi w Polsce.
Marek: Jeśli pyta mnie pani o życie
polskich "setkowych" milionerów i miliarderów, najpierw usystematyzujmy
pojęcia. W Polsce jest kilka rodzajów milionerów. Są milionerzy
prawdziwi i podstawieni. Ta druga grupa jest duża i oni są na ogół
bardzo krzykliwi, pokazowi. Zarobili łatwe pieniądze, ale nie są to
tęgie umysły, bo tak naprawdę ktoś inny robił ten interes, ale ten inny
nie mógł się ujawnić. A oni mieli z tego bardzo przyjemną prowizję.
Przez moment rzeczywiście byli milionerami, a potem to się kończyło na
ogół słabo, bo w ciągu sześciu do dziesięciu lat tracili wszystko, nie
mając talentu do biznesu. Takich upadków było dużo.
Kto to był na przykład?
Umawialiśmy się, że nie będzie nazwisk. Mogę odpowiedzieć opisowo. Na
przykład był taki milioner warszawski, figurant przy sprzedaży jednej z największych w Polsce fabryk z branży spożywczej. Dostał z tego taką
prowizję, że na starcie stał się grubym milionerem, i gdyby dobrze
zainwestował, byłby dziś miliarderem. Ale żył grubo ponad stan, miał
pałac, służbę, kamery, ochroniarzy, gigantyczne posiadłości na Mazurach
i na Pomorzu, a potem to wszystko padło. Teraz może nie klepie biedy,
ale miliony pojawiają się u niego tylko w sferze onirycznej. Czyli to
jest pierwsza grupa tak zwanych podstawieńców i oni zaraz po przejęciu
dużych pieniędzy z dnia na dzień zmieniają bryki, domy, ubrania i ostentacyjnie wydają pieniądze.
Tomasz: Trzeba dodać, że jest zasadnicza
różnica między wielkomiejskimi miliarderami czy milionerami a tymi z prowincji. Ale tym drugim proponuję oddać osobny rozdział. Miliarderzy
spoza Warszawy, nienotowani przez "Forbesa", a często mający więcej
pieniędzy niż ci z toplisty, to są zupełnie inni ludzie niż szpanerzy
warszawscy, którzy podjeżdżają maserati pod knajpę przy placu Trzech
Krzyży w Warszawie. Są też oczywiście szpanerzy na prowincji, którzy się
próbują popisać, ale zamyka się to, powiedzmy, w odlotach na poziomie
komunii dziecka wyprawionej na pięćset osób, na której śpiewa gwiazdor
disco polo. W Warszawie i innych dużych miastach popisywanie się
przybiera bardziej kuriozalne formy. I oczywiście dotyczy to w zdecydowanej większości tych podstawieńców, o których mówił Marek. Jeśli
masz biznes wart sto milionów złotych, to nie musisz niczego udowadniać,
ty wiesz sam przed sobą, że masz te sto baniek. A oni, mając o wiele
mniej, wsiadają w auto za bańkę dwieście -?często pożyczone -?i jeżdżą
dookoła placu Trzech Krzyży z piskiem opon, żeby zwrócić na siebie
uwagę.
Pierwsze, co mnie uderzyło, jak przyjechałem do Warszawy, to że ludzie
mający duże pieniądze zachowują się tu jak prowincja. Przy czym nie chcę
obrazić ludzi z prowincji, bo wszyscy gdzieś tam z jakiejś pochodzimy.
Jest taki jeden warszawski były milioner, to osoba publiczna, uwikłana w różne skandale, również te obyczajowe, i on jest idealnym przykładem
człowieka, który pozuje na "setkowego" milionera. Opinia publiczna nadal
go tak traktuje, a on już dawno nim nie jest. Ma jeszcze z dawnych
czasów jakiś majątek, ale to nie jest kasa, na jaką pozuje. Facet ma
zachodni sznyt, bo siedział długo we Francji, we Włoszech, w USA,
wygląda nietuzinkowo, ale codziennie przyjeżdża na rowerze do znanej
luksusowej warszawskiej restauracji, je obiad, ociera buzię, miło się
kłania, pozdrawia wszystkich jak cezar i wychodzi bez płacenia.
I co na to właściciel?
Wkurza go to, ale krępuje się zwrócić mu uwagę. Więc tłumaczy to sobie,
że ten milioner celebryta napędza mu publikę. A tamten po prostu jest
skąpy. Na rowerze jeździ nie dla sportu, tylko z oszczędności. W naszym
klimacie jest nieustannie zmarznięty na tym rowerze, więc jak wraca do
domu, od razu owija się kocami, ale twardo zasuwa na 13:00, żeby zjeść
darmową zupę w modnej knajpie. Nie chce drugiego dania, ale za to pod
wieczór pojawia się po danie główne i wtedy jest już nowe otwarcie. Ja
kiedyś z właścicielem tej restauracji spędzałem bardzo dużo czasu,
robiąc wspólne interesy, obserwowałem na własne oczy te sceny z zupą. To
mnie strasznie żenowało.
Marek: Druga grupa to ludzie, którzy
naprawdę robią interesy. Tu mamy szare eminencje i tych, którzy firmują
interesy swoim nazwiskiem. Szare eminencje działają z tylnego fotela i też należą do grupy podwykonawców, którzy uczestniczą w tych interesach,
ale w razie kłopotów usuwają się w cień. W przeciwieństwie do tych
figurantów z pierwszej grupy, ci naprawdę robią biznes, ale nie pokazują
twarzy, nie lansują się na bankietach, żyją cichutko, na ogół w bocznym
Konstancinie, często z premedytacją kupują wille z lat osiemdziesiątych
i dziewięćdziesiątych, w środku je przerabiają na pałace, ale z zewnątrz
te budynki nie biją po oczach przepychem, często są zarośnięte krzakami.
Szare eminencje nie brylują na ściankach i oficjalnych imprezach dla
wielkiego biznesu, wolą zrobić grilla w ogrodzie dla znajomych, na co
dzień chodzą zachowawczo ubrani, może to nie jest styl nudnego korpo,
ale do granatowej marynarki największą ekstrawagancją jest u nich
kapelusz. I to są ludzie, którzy znają wszystkich i wszyscy im się
kłaniają bez względu na opcję polityczną. To zdanie trzeba podkreślić,
bo powiedzmy to wyraźnie, nie ma milionów, nie ma dużego biznesu bez
zahaczenia w politykę, bez układów. To są bajki, że można robić interesy
w Polsce na wielką skalę bez wiedzy niektórych ludzi.
Kolejną grupą są milionerzy, którzy firmują swój biznes twarzą i nazwiskiem. Tych zna cała Polska, a na pewno środowisko najbogatszych.
Większość z nich dorobiło się największej fortuny w latach
dziewięćdziesiątych. Niektórzy mieli majątki rodzinne, jeszcze
przedwojenne, ale część wystartowała, otrzymując od służb PRL-u pierwszy
wielki biznes za zasługi dla władzy i z poleceniem dalszej współpracy, a że tamte służby nie wybierały niesprawdzonych osób, to ci ludzie
sprytem, talentem, ale też ciężką pracą pomnożyli te majątki i zbudowali
imperia. Z tego pokolenia miliarderów, dzisiejszych sześćdziesięcio-,
siedemdziesięciolatków, wielu sprzedało swoje duże biznesy budowane w latach dziewięćdziesiątych. Mają teraz kupę kasy, wielu z nich tę kasę
po prostu wydaje, a część inwestuje dalej, na przykład bawiąc się w rozwój start-upów.
Wielu też zbankrutowało. Ostatnie dziesięć, piętnaście lat to był szok
gospodarczy dla takich milionerów z tamtych lat, którzy dorobili się
setek milionów na przykład na produkcji kubków z wtryskarki. Wielu z nich zupełnie nie załapało się na zmiany trendów w gospodarce, handlu,
stare układy się wyczerpały. Ale sporo zdążyło sprzedać biznesy. Tacy
emerytowani milionerzy są nie tylko w Warszawie i okolicach, ale też w Krakowie, Łodzi, na Wybrzeżu. Często widują się w swoich ulubionych
kawiarenkach, omawiają pomysły i różne koncepcje, żeby nie zdziadzieć
zupełnie i coś z tymi pieniędzmi, które zostały, jednak robić. Wiele
razy byłem na takich nasiadówkach. Często to wygląda tak, że przez
godzinę opowiadają, jak by to zbudowali osiedle, po czym po godzinie
dojadają obiadek i mówią: "Kurwa, panowie, ale czy nam się chce? Nam się
już chyba nie chce". I głównie dyskutują o tym, kto ma jaki samochód,
ewentualnie trzecią młodszą żonę.
Po czym poznać "milionera z cicha pęk"?
Tomasz: Milionerów, którzy ukrywają swoje
bogactwo, najczęściej zdradzają hobby. Na przykład jeden z takich
nieafiszujących się, nawet jego rodzina dokładnie nie wie, jak ogromną
ma fortunę, przez lata przekonywał wszystkich, że opłaca się skupować
stare garaże ze względu na tereny, na których stoją, i że kiedyś będzie
to dużo warte. Jak się później okazało, nie o żadne tereny chodziło. Ten
pan jest posiadaczem blisko stu zabytkowych pojazdów, od samochodów
osobowych, przez ciężarówki, skończywszy na czołgach. Całe jego
otoczenie myślało, że jest zdziwaczałym miłośnikiem garaży, ale
ostatecznie wyszło, że ma ekstremalnie drogie hobby, i to zdradziło jego
fortunę.
Ale z tym hobby to jest różnie. W naszym środowisku dużo śmiechu budził
pewien biznesmen, który uważał, że te wszystkie jachty, samoloty, rajdy
to banał. On chciał się przebić swoim ekscentryzmem, oryginalnością.
Któregoś dnia zamarzył sobie, że będzie promował w Polsce grę w polo. W owym czasie w polo grały w Polsce ze trzy osoby na krzyż, ale
rzeczywiście jest to gra bardzo snobistyczna, bardziej nawet niż golf.
I pewnie szalenie kosztowna.
Tak, ponieważ potrzeba do niej niezwykłych koni. One są specjalnie
hodowane, muszą być ponadprzeciętnie zwinne. Niech pani zobaczy mecz
polo, one biegną i nagle przed bramką, jak zawodnik strzela gola, muszą
się dynamicznie obrócić. W związku z tym one mają inaczej zbudowane
mięśnie, inaczej wyglądają, są bardziej krępe i bardziej umięśnione.
Dlatego te konie są bardzo drogie. Na dodatek postanowił mieć swoją
drużynę, i to najlepszą. Więc musiał sobie kupić najlepszych zawodników.
A topowi zawodnicy polo są w Argentynie. Kupił więc najlepszych
zawodników z Argentyny, najlepsze konie i sam też zaczął się uczyć grać,
bo nie tylko chciał być właścicielem najlepszej drużyny, ale też samemu
być dobrym zawodnikiem.
Rzeczywiście zrobiło to wrażenie na kimś w Polsce?
No nie za bardzo. Był raczej obiektem uszczypliwych komentarzy na
różnych spotkaniach towarzyskich. To jednak było już za dużo, ten popis,
to zadęcie. Ale on niezrażony organizował wielkie turnieje w Szwajcarii,
w Holandii i brał w nich udział ze swoją drużyną. Zaprosił kilka osób z naszego towarzystwa na polo w wersji zimowej, gdzie się gra na śniegu.
To był turniej w Alpach, hotel w skale, panie w futrach, szampan się
leje, konie biegają po śniegu za pomarańczową piłeczką. Ci, co byli,
opowiadali mi, że nawet ładnie to wszystko wyglądało. Ale dla tego
biznesmena najważniejszą imprezą, z której był dumny jak paw, był
turniej, który zorganizował na Ascot w Londynie. To już kosztowało
fortunę, ale trzeba było jeszcze zapłacić drugą fortunę za dodatkową
atrakcję. Otóż on zapragnął, by na tym meczu była królowa brytyjska.
Udało mu się?
Generalnie dwór brytyjski zajmuje się działalnością komercyjną, nie jest
tak, że żyją tylko z podatków, oni bardzo dużo rzeczy robią dla
pieniędzy i teoretycznie jest możliwość, że możesz królową angielską
wynająć. Tylko trzeba mieć odpowiednie dojście, no i oczywiście
odpowiednio wielkie pieniądze.
Ona rzeczywiście przyszła?
Przyszła to mało powiedziane, to był cały event. Była tam moja ówczesna
partnerka i opowiadała o całej tej niewiarygodnie oderwanej od
rzeczywistości otoczce. Jak to w Ascot, panie obowiązkowo w kapeluszach,
podczas przerw w meczu ściągają swoje eleganckie buty i w równie
eleganckich sukniach bosymi stopami udeptują trawę, trzymając w ręku
kieliszek szampana. Przed samą imprezą, zanim zjawiła się królowa,
przyjechały damy dworu, które uczyły etykiety. Jak się kłaniać, jak
dygnąć przed królową, mówiły, kiedy można się odezwać. Następnie
przyjechała królowa, co ciekawe, własnym autem, a zaraz za nią książę
Filip, osobno swoim. Ona zajechała jaguarem, a on jeepem. Wysiadła i zupełnie na luzie powiedziała "Hello" i się przywitała z tym biznesmenem
oraz jego gośćmi. No i o to chodziło. Zdjęcie tego momentu obiegło całą
polską prasę. Gruby lans.
Miliony funtów wydane tylko po to, by zrobić sobie fotkę z królową
brytyjską?
To miało zrobić wrażenie na elicie finansowej w Polsce i chyba jakieś
tam zrobiło. Królowa rzeczywiście oglądała z nim w loży mecz polo, potem
był obiad. Tylko że to było dla niej tysiąc któreś spotkanie tego typu.
Ale dla tego biznesmena fotka z królową miała być dowodem, że on się
obraca w takich kręgach, że ma takie znajomości, że aż takie światowe
salony są dla niego otwarte i on biznesowo może załatwić wszystko. Taki
PR jest niezwykle drogi. Zresztą to go pociągnęło w dół, ten rodzaj
lansu i afiszowania się. Skończył w więzieniu, jakieś oskarżenia o korupcję, jego firmy zbankrutowały, drużynę polo przejął komornik.
A czy istnieje jakiś kod ubraniowy, coś, czego prawdziwy milioner nie
założy na siebie?
Tu by się pani bardzo zdziwiła. Przez dobrych parę lat robiliśmy z Markiem interesy z jednym z najbogatszych ludzi w Polsce. Facet ma
wypełnione milionami konta w Szwajcarii, wielką fabrykę na Śląsku,
hotele na Mazurach i w okolicach Zakopanego. Jechaliśmy z nim na
negocjacje biznesowe z drugim wielkim graczem -?chodziło o umowę wartą
ponad sto milionów złotych. Dojechaliśmy, on wysiada z samochodu,
wyciąga zza siedzenia swoją starą, spraną, sflaczałą marynarkę, kupioną,
przysięgam, jeszcze za komuny. Otrzepał ją z paprochów, żeby, jak
twierdził, nabrała formy. Tak się ubrał na negocjacje biznesowe z drugim
miliarderem. Nie wytrzymałem i w końcu mówię: "Słuchaj, ja ci kupię nową
marynarkę, jak ci szkoda wydać na porządny garnitur, bo wstyd mi za to,
jak wyglądasz". A on mi na to: "U mnie w życiu tylko żony się zmieniają,
marynarka jest stała". I w niej poszedł. Więc jeśli pyta mnie pani, czy
prawdziwy milioner musi mieć na sobie ubrania będące kodem w świecie
najbogatszych, to ja mówię, że są tacy, którzy nie wyjdą z domu w koszuli tańszej niż kilka tysięcy złotych, ale są i tacy jak ten
mężczyzna w wyświechtanej marynarce. Ale faktem jest, że w takiej
marynarce nie widziałem nigdy milionera, który stał się nim dzięki
odziedziczonej fortunie.
Ci zawsze wkładają koszule za tysiące?
Znam takiego jednego. Buty z jaguara, od góry do dołu Chanele i Dolce
Gabbany, ale jak się upił, zawsze mówił: "Mnie ci wszyscy milionerzy
skrycie nienawidzą. Niby zapraszają na wakacje, jachty, na te imprezy,
bo mam pieniądze. Ale oni mnie nie lubią i nie szanują, bo ja sam
niewiele w życiu zrobiłem. Przepierdalam majątek rodziców i się tego nie
wstydzę". Musiało go jednak boleć, że nie jest traktowany poważnie wśród
tych najbogatszych, którzy może coś na starcie dostali od rodziców czy
od służb, ale dalej główkowali, pracowali, całe życie temu poświęcili i zbudowali imperia. A on wszystko dostał od starych, sam nie miał talentu
do biznesu i po wódce ten kompleks wychodził. Z drugiej strony potrafił
na balu w pałacu ze złotymi żyrandolami, z tymi wszystkim miliarderami z "Forbesa" dolewać sobie na ich oczach do czarnego Johnniego Walkera colę
z wielkiej plastikowej butelki, którą sam sobie przyniósł. Nalewał i mówił: "Piję czarnego, bo mnie stać, piję z colą, bo lubię".