Polscy miliarderzy. Ich żony, dzieci, pieniądze - Monika Sobień-Górska

Kup ebooka

36.90 zł
31.37 zł (30,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

War­szawa, maj 2021 roku.

Cze­kam na nią przed wej­ściem do parku. Nie pozwo­liła do sie­bie dzwo­nić ani kon­tak­to­wać się przez tele­fon, ale prze­cież z łatwo­ścią ją poznam. Kobieta, która w ciągu ostat­nich trzech lat wydała w samym tylko domu han­dlo­wym Vit­kac oraz w luk­su­so­wym butiku przy ulicy Moliera w War­sza­wie ponad milion zło­tych na ubra­nia (poka­zała mi wyciągi z jej kart sta­łego klienta), musi się wyróż­niać wyglą­dem. Patrzę za zega­rek, wydep­tuję ścieżkę przed bramą parku, zasta­na­wiam się, czym pod­je­dzie.

-?To pani? -?sły­szę za sobą zasa­pany głos.

Przede mną stoi San­dra, lat czter­dzie­ści sześć, włosy ciemny blond, twarz czę­sto widziana w gabi­ne­cie medy­cyny este­tycz­nej, ale rysy zacho­wane, maki­jaż lekki, nie­mal nie­wi­doczny, prze­bija przez niego opa­le­ni­zna nie z sola­rium, raczej z waka­cji. San­dra ubrana jest w czarne spodnie, szary golf i cienki czarny płaszcz. Na pierw­szy rzut oka nie wyróż­nia się niczym od kobiet, które nas mijają. No, może tym, że przy ścią­ga­czu golfu ma przy­piętą dużą broszkę Cha­nel.

-?Prze­pra­szam za spóź­nie­nie, ale szu­ka­łam miej­sca do zapar­ko­wa­nia - uspra­wie­dli­wia się.

Szu­kam wzro­kiem, gdzie zapar­ko­wała. W końcu ona poka­zuje mi sama. Porsche, nie­bie­ski SUV zasta­wia cały chod­nik tuż przy skrzy­żo­wa­niu.

-?Naj­wy­żej odho­lują -?mówi San­dra. -?Kie­rowca męża poje­dzie, zała­twi sprawę. Nie raz tak było. Nie chcia­łam, żeby pani cze­kała. To o czym będziemy roz­ma­wiać?

O tym, jak pani żyje.

Naj­pierw popro­szę, by oddała mi pani swój tele­fon.

(San­dra wyłą­cza moją komórkę i chowa ją do swo­jej torebki.)

To dla­tego nie chciała pani roz­ma­wiać przez tele­fon?

Nie przez tele­fon, nie w moim domu, nie w kawiarni. W domu mogę mieć pod­słu­chy, mąż robi inte­resy z róż­nymi ludźmi, to mogą być nawet służby. A w kawiar­niach to dzię­kuję, kilku moich zna­jo­mych dało się nagrać u Sowy i w naj­lep­szym przy­padku zro­bili z sie­bie pośmie­wi­sko, w naj­gor­szym poszli sie­dzieć.

Pani robi coś zaka­za­nego?

Nie, ale w świe­cie naprawdę dużych pie­nię­dzy, do któ­rego zali­cza się mój mąż, a tym samym też ja, trzeba być jak mucha -?mieć tysiąc oczu i reje­stro­wać dwie­ście obra­zów na sekundę. Zawsze może poja­wić się ktoś, kto pod pozo­rem przy­ja­ciel­skiej prośby, biz­ne­so­wej oferty czy po pro­stu łażąc za mną, może chcieć mnie szan­ta­żo­wać i znisz­czyć. Bo na tym można dobrze zaro­bić.

Ale zgo­dziła się pani ze mną spo­tkać.

Spodo­bało mi się, że pisze pani książki. Chcę się dowie­dzieć, jak to się robi. Może na stare lata, jak już będę miała wszystko w dupie, też coś napi­szę. Dobrze, to roz­ma­wiajmy już.

Jest pani ład­nie opa­lona. Czę­sto jeź­dzi pani na waka­cje?

Cztery razy w roku. To jest czę­sto czy nie? Dwa razy zimą, dwa latem. Tyle z mężem. Oprócz tego z synem ze dwa razy, bo mąż już wtedy nie może, pra­cuje. No i oczy­wi­ście syl­we­ster, majówka, na jakieś dłuż­sze week­endy cza­sem też wyjeż­dżamy.

Ile kosz­tują wasze waka­cje?

Te dwu­ty­go­dniowe około pół miliona zło­tych.

Na co można wydać przez czter­na­ście dni pół miliona?

Koszt samego hotelu to jakieś sie­dem­dzie­siąt -?sto tysięcy zło­tych. Do tego jedze­nie w restau­ra­cjach, to będzie kolejne sto tysięcy. Nie jemy ham­bur­ge­rów z budki przy dro­dze, choć ja aku­rat lubię cza­sem zjeść coś pod­łego, bez tej całej otoczki "ą ę". Ale kiedy jeste­śmy na waka­cjach, a zawsze to się odbywa w towa­rzy­stwie wpły­wo­wych zna­jo­mych, jemy te wszyst­kie popi­sowe homary, tru­fle, naj­lep­sze ryby, naj­droż­sze mięsa.

Naprawdę naj­bo­gatsi ludzie w Pol­sce popi­sują się tym, że drogo jedzą? To brzmi jak opo­wieść z lat dzie­więć­dzie­sią­tych.

Wszyst­kim się można popi­sać. Zwłasz­cza jeśli tak jak mój mąż wyszło się z pro­stej, bied­nej rodziny i wła­śnie w latach dzie­więć­dzie­sią­tych doszło do ogrom­nych pie­nię­dzy, zbu­do­wało kilka wiel­kich firm, odnio­sło suk­ces, dziś jest się w topie naj­le­piej zara­bia­ją­cych. Można mieć złote kible, ale men­tal­ność pozo­staje. Popi­sy­wa­nie się bogac­twem jest typowe dla milio­ne­rów w pierw­szym poko­le­niu.

To czym robi­cie wra­że­nie na zna­jo­mych?

Na ostat­nich waka­cjach mąż, żeby zro­bić wra­że­nie na kole­gach, wyna­jął całą eks­klu­zywną restau­ra­cję. To było w jed­nym z naj­droż­szych fran­cu­skich kuror­tów. Zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy wspólne goto­wa­nie. Stali nad nami szef kuchni oraz pozo­stali kucha­rze, któ­rzy uczyli nas, jak przy­go­to­wać steki z naj­droż­szej na świe­cie woło­winy, przy­rzą­dza­li­śmy owoce morza, jedli­śmy naj­droż­sze sery. A to wszystko było pod­le­wane winami z limi­to­wa­nych serii po kilka tysięcy zło­tych za butelkę. Za taką kola­cję zapła­ci­li­śmy ponad sto tysięcy zło­tych. Mój mąż ma fan­ta­zję i lubi się dobrze bawić, a przede wszyst­kim robić wra­że­nie na innych. Twier­dzi, że w ten spo­sób robi się grunt pod inte­resy.

Chyba ma rację, bo w ciągu dwu­dzie­stu kilku lat doro­bił się wiel­kiej for­tuny. Wasz mają­tek ofi­cjal­nie wyce­niany jest na mniej wię­cej osiem­set milio­nów zło­tych.

On ma głowę do inte­re­sów, ale wiem, że z tego epa­to­wa­nia bogac­twem ludzie się po cichu śmieją.

A czy jak przy­stało na praw­dzi­wych miliar­de­rów macie swój samo­lot?

My aku­rat nie, ale latamy pry­wat­nymi rej­sami. Z wyspy na wyspę, z kraju do kraju.

Ile to kosz­tuje?

Jeden lot jakieś sześć­dzie­siąt tysięcy zło­tych. Pod­czas waka­cji potrze­bu­jemy cza­sem czte­rech, pię­ciu takich rej­sów. W któ­reś święta byli­śmy przez pół­tora tygo­dnia na Hawa­jach. Bar­dzo fajna wyprawa. Tam wyna­ję­li­śmy heli­kop­ter, żeby zwie­dzić wyspę. To jest koszt w gra­ni­cach sie­dem­dzie­się­ciu tysięcy zło­tych. Ale można przez cały dzień dużo zoba­czyć. Na innej wyspie archi­pe­lagu mąż zamó­wił pry­watny pokaz tańca, który wyko­ny­wała dla nas miej­scowa lud­ność. Taki show plus obiad przy­rzą­dzony przez pry­wat­nego kucha­rza dla nas i przy­ja­ciół kosz­to­wał ponad pięć­dzie­siąt tysięcy zło­tych. No a oprócz jedze­nia trzeba doli­czyć bilety lot­ni­cze w biz­ne­skla­sie, trans­fer z lot­ni­ska do hotelu, co w sumie daje kil­ka­dzie­siąt tysięcy.

Gdzie naj­czę­ściej spę­dza­cie waka­cje?

Let­nie wyjazdy na jach­cie, pły­wa­jąc od jed­nej egzo­tycz­nej wyspy do dru­giej. Naj­czę­ściej Bahamy, Sar­dy­nia, Myko­nos, pły­niemy do Saint-Tro­pez, Monako. To są typowe miej­sca dla milio­ne­rów. Tam kupują domy albo je wynaj­mują. W tych miej­scach, gdzie bywamy, są sami milio­ne­rzy, bo ceny odstra­szają zwy­kłych tury­stów. Samo cumo­wa­nie jachtu w mari­nie to koszt kil­ku­na­stu, a nawet kil­ku­dzie­się­ciu tysięcy zło­tych dzien­nie.

Wynaj­mu­je­cie jacht?

Naj­pierw wynaj­mo­wa­li­śmy, póź­niej kupi­li­śmy wła­sny. Taki porządny, pięć­dzie­się­cio­me­trowy.

Ile kosz­to­wał?

Trzy­dzie­ści milio­nów zło­tych.

Aha...

Samo jego utrzy­ma­nie zjada z sie­dem milio­nów rocz­nie. Ale to też nie było tak, że wyję­li­śmy z kie­szeni i kupi­li­śmy. Trzeba było na niego zaosz­czę­dzić.

Nie nudzi się pani sie­dzieć na jach­cie przez bite dwa tygo­dnie?

Jeśli pły­wamy ze zna­jo­mymi męża, to nudzi. Ile można słu­chać o zara­bia­niu pie­nię­dzy albo wynu­rzeń ich żon o tym, co nowego sobie kupiły, i że to samo, co one, nosi Lewan­dow­ska?

Pani też potrafi prze­pu­ścić w skle­pie for­tunę.

Jestem raczej w śred­niej żon milio­ne­rów.

Ile wydaje pani na ubra­nia?

Na takich waka­cjach jakieś trzy­dzie­ści tysięcy zło­tych dzien­nie.

Ma pani nie­sa­mo­witą pamięć do kwot i jest bar­dzo skru­pu­latna w licze­niu...

Zacho­wuję też para­gony.

Na wypa­dek roz­wodu?

Lubię pano­wać nad rachun­kami. Bogaci liczą czę­ściej i lepiej niż biedni. Może dla­tego są bogaci?

Wra­ca­jąc do tych trzy­dzie­stu tysięcy dzien­nie. Na co można tyle wydać?

A gdzie ja mam kupo­wać ubra­nia, jak nie za gra­nicą? Jak wyjeż­dżam, kupuję dużo, żeby mi wystar­czyło na jakiś czas. Na mnie te ciu­chy nie robią wra­że­nia, ale jestem zmu­szona to kupo­wać i to nosić. Muszę się w coś ubie­rać na przy­ję­cia biz­ne­sowe, towa­rzy­skie, kola­cje, pre­miery, bale.

Kupiła pani kie­dyś coś w sie­ciówce?

Kupo­wa­łam, ale w tym nie cho­dzi­łam. Bałam się, że na przy­kład w restau­ra­cji ktoś przy sto­liku obok będzie miał na sobie to samo co ja. Co by wtedy powie­dział mój mąż? To by go zde­ner­wo­wało, bo on ma obse­sję na punk­cie naszego wize­runku. Odwa­liło mu na tym punk­cie, odkąd pierw­szy raz poja­wi­li­śmy się na liście "For­besa". Szkoda, bo to naprawdę ładne ubra­nia. Te lep­sze brandy sie­ciowe mają dobre tka­niny: jedwab, kasz­mir. Mar­kowe ciu­chy za kilka tysięcy zło­tych cza­sem są z polie­stru, ale mają metkę i logo. I to się liczy.

Co dziś ma pani na sobie? Nie widzę tu marek.

Bo nie cier­pię być słu­pem rekla­mo­wym. Nosze­nie dro­gich ubrań z biją­cym po oczach logo jest wie­śniac­twem wśród milio­ne­rów. To tak jak jeż­dże­nie ben­tleyem. Praw­dziwy milio­ner z klasą, który ma naprawdę duże pie­nią­dze i jest kimś, jeź­dzi wyso­kiej klasy mer­ce­de­sem, bmw czy audi, a nie ben­tleyem. Podob­nie z ubra­niami. Kto ma się na tym znać, ten się zorien­tuje, ile co jest warte.

To ile ma pani teraz na sobie?

Swe­ter to Ver­sace, z tego co pamię­tam, kosz­to­wał nie­całe sie­dem tysięcy zło­tych, jest z kasz­miru. Spodnie Bot­tega Veneta, pew­nie za jakieś trzy tysiące, i płaszcz Jil San­der, chyba za dwa­na­ście tysięcy, ale to z zeszłego roku. Buty też Jil San­der, ale te nie wię­cej niż cztery tysiące kosz­to­wały. A, no i broszka. Dosta­łam w pre­zen­cie od męża. Bez oka­zji, to Cha­nel, jakieś dzie­sięć tysięcy.

Rzuca się w oczy. Nie boi się pani cho­dzić z taką biżu­te­rią?

Niech pani spoj­rzy na moją dłoń. Widzi pani ten pier­ścio­nek? To też nie­dawny pre­zent od męża. Kupił mi wła­śnie na waka­cjach. W dowód miło­ści. Niech pani zgad­nie, ile kosz­to­wał.

Pew­nie dużo. To dia­ment i to spory. Jakieś sto tysięcy zło­tych?

Pomy­liła się pani dokład­nie o milion. Pier­ścio­nek kosz­to­wał milion sto tysięcy zło­tych. I nie, nie boję się go nosić. Więk­szość ludzi się nie zna i myśli, że to pod­róbka. Pani też się nie zorien­to­wała, że noszę na palcu apar­ta­ment w War­sza­wie. Poza tym gdzie i kiedy mam to nosić? Po domu w nim spa­ce­ro­wać czy do trumny mają mi zało­żyć? Dosta­łam teraz, to noszę teraz.

Długo jeste­ście mał­żeń­stwem?

Dwa­dzie­ścia trzy lata.

Pogra­tu­lo­wać, że po tylu latach mąż panią na­dal tak kocha, skoro robi takie pre­zenty.

Pro­szę pani, mój mąż mnie na swój spo­sób pew­nie kocha. Zależy mu, żeby­śmy pre­zen­to­wali się jako szczę­śliwa, piękna rodzina. Nie oszczę­dza na mnie, synowi też kupuje wszystko z naj­wyż­szej półki. Jeź­dzimy do naj­droż­szych kuror­tów na waka­cje, mamy kilka wiel­kich posia­dło­ści w Pol­sce oraz na Sar­dy­nii i we Fran­cji. Robimy czę­sto kola­cje dla zna­jo­mych, dla biz­ne­so­wych part­ne­rów męża, sta­wiamy tam szam­pana po dwa­na­ście tysięcy zło­tych za butelkę. I wszystko się zga­dza, wszystko gra. A że mąż od lat spo­tyka się z pro­sty­tut­kami z Insta­grama, które ogar­nia mu spe­cjalny koor­dy­na­tor i posłu­gują się w SMS-ach szy­frem, okre­śla­jąc te panie nazwami drin­ków, to chyba jest dowód, że tak do końca to on mnie nie kocha.

Pani to wie na sto pro­cent?

Raz jeden tak się upił, że nie wziął ze sobą tele­fonu do toa­lety, a ni­gdy się z nim nie roz­staje, nawet w łazience. Tak dba o swoją pry­wat­ność. Podej­rza­łam wcze­śniej, jakie ma hasło. Z cie­ka­wo­ści zoba­czy­łam jego kore­spon­den­cję z kolegą, któ­rego znam od lat i zawsze był mi przed­sta­wiany jako jego part­ner biz­ne­sowy. Ten kolega to koor­dy­na­tor scha­dzek z pro­sty­tut­kami wyła­py­wa­nymi na Insta­gra­mie. Tam było wszystko napi­sane.

Jak pani zare­ago­wała?

Prze­czy­ta­łam, odło­ży­łam tele­fon, poło­ży­łam się spać obok męża.

Dla­czego udaje pani, że nic się nie dzieje?

Nie chcę zostać w kawa­lerce na Gro­cho­wie jak moja kole­żanka. Ona wybrała prawdę, zbun­to­wała się, poszła z mężem milio­ne­rem na wojnę. Wyna­jęła detek­tywa, chciała udo­wod­nić mu w sądzie zdradę. Tylko zanim ten detek­tyw zdą­żył zro­bić mu z kochanką choćby jedno zdję­cie, mąż się zorien­to­wał i zakrę­cił jej wszyst­kie kurki z pie­niędzmi. Zablo­ko­wał karty, wyczy­ścił wspólne konta. Nie miała za co opła­cić detek­tywa, adwo­kata, a on miał naj­lep­szych praw­ni­ków. To znany, bar­dzo wpły­wowy czło­wiek, ma zna­jo­mo­ści w pro­ku­ra­tu­rze, prze­ku­pił świad­ków, innych zastra­szył. Osta­tecz­nie nikt nie sta­nął w jej obro­nie. I dziś jest nikim. Z czte­ry­stu­me­tro­wej willi spa­dła do trzy­dzie­stocz­te­ro­me­tro­wej kawa­lerki w mar­nej dziel­nicy. Jadła kawior i homary, dziś je zupkę z proszku, bo nawet goto­wać nie umie. Zawsze miała kucharkę, sprzą­taczkę, kie­rowcę, ogrod­nika, nia­nię. Jak były mąż miliar­der ma humor, to prze­śle jej cza­sem kilka tysięcy na życie, a jak mu się odwi­dzi, to nic jej nie daje mie­sią­cami.

W zeszłym roku ona sprze­da­wała swoje ciu­chy, torebki i biżu­te­rię, bo nie miała za co kupić jedze­nia. Mają jedną córkę, ale już doro­słą, mieszka w USA, cza­sem wyśle matce jakieś pie­nią­dze, ale sie­dzi w kie­szeni ojca i nie chce mu się nara­żać zbyt­nią hoj­no­ścią wobec matki. On ali­men­tów jej nie musi pła­cić, bo w sądzie nie udo­wod­niła, że roz­wód jest z jego winy. Ona, tak jak ja, ni­gdy nie pra­co­wała, bo nie było jej wolno. Żonom miliar­de­rów, o ile nie są wyja­dacz­kami biz­ne­so­wymi -?w Pol­sce jest zale­d­wie kilka takich żon, które pro­wa­dzą z mężami ramię w ramię ich ogromne firmy -?nie wypada pra­co­wać. Chyba że pro­wa­dzić jakąś fun­da­cję cha­ry­ta­tywną, gale­rię sztuki, u tych bied­niej­szych milio­ne­rów ewen­tu­al­nie wcho­dzi w grę wła­sna marka kosme­ty­ków, oczy­wi­ście eko­lo­gicz­nych, albo uda­wa­nie, że się pro­jek­tuje modę. Ale ona do tego nie miała głowy. Jak córka była mała, to tro­chę jej doglą­dała, choć też miała sztab niań do tego. Nie­dawno skoń­czyła pięć­dzie­siąt sześć lat i co ją czeka? Nie ma zawodu, doświad­cze­nia, wła­snych pie­nię­dzy, bo żony milio­ne­rów w więk­szo­ści żyją i bawią się za pie­nią­dze męża. Myślą, że zawsze będą ich żonami i że zawsze będzie dolce vita.

Szcze­rze mówiąc ja też tak myślę, dla­tego sie­dzę cicho. Nie mam boga­tych rodzi­ców ani odło­żo­nych pie­nię­dzy za ple­cami męża. Wiem, że mąż upra­wia seks z pro­sty­tut­kami. Może nawet okre­sowo ma jakąś stałą kochankę, ale przy­my­kam oko. Wiem, co się czai po dru­giej stro­nie, ale ja nie chcę na nią przejść. Życie w bajce ma swoją cenę i ja tę cenę płacę, bo nie mam poję­cia, co bym miała ze sobą zro­bić w rze­czy­wi­sto­ści sza­rego Kowal­skiego.

Napi­sa­łam książkę o stylu życia naj­bo­gat­szych ludzi w Pol­sce. O tym, jak wygląda ich dzień powsze­dni i świą­teczny. Jak jedzą, jak miesz­kają, jak pra­cują, jak się ubie­rają, jak się bawią, kochają, jak się przy­jaź­nią, jak zdra­dzają, wydają pie­nią­dze, odre­ago­wują stres, jaką mają fan­ta­zję, do czego są zdolni, czy są szczę­śliwi.

Pró­bo­wa­łam z kil­koma z nich roz­ma­wiać, ale za każ­dym razem dowia­dy­wa­łam się tylko, że wszystko osią­gnęli wyłącz­nie dzięki cięż­kiej pracy, a w wol­nych chwi­lach budują szkoły/stud­nie/domy dla dzieci w Afryce. Zro­zu­mia­łam, że w ten spo­sób ta książka nie będzie lite­ra­turą faktu, tylko zapi­sem dobrze ode­gra­nego PR-u. Jedyną drogą do pozna­nia ich trybu życia, nawy­ków i tego, jak funk­cjo­nuje czło­wiek, który ni­gdy nie doświad­cza nie­do­bo­rów mate­rial­nych, jest nakło­nie­nie do roz­mów ich naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków, rodzinę, zna­jo­mych, obser­wa­to­rów z pierw­szej linii. Odna­la­złam ich. Napi­sa­łam do nich, wyja­śni­łam, nad jaką książką pra­cuję, uprze­dzi­łam, że nie szu­kam sen­sa­cji ani kom­pro­mi­tu­ją­cych histo­rii, chcę po pro­stu poznać codzien­ność bar­dzo, bar­dzo boga­tych ludzi. Zagwa­ran­to­wa­łam, że w książce nie pad­nie żadne nazwi­sko. Wysła­łam ponad trzy­dzie­ści takich maili. Na początku dosta­łam wyłącz­nie odmowne odpo­wie­dzi. To naj­czę­ściej powta­rza­jące się cytaty:

1. Nie, bo pie­nią­dze lubią ciszę.

2. Nie, bo stracę pracę.

3. Nie, bo z życiem takich ludzi jest jak z poli­tyką i kieł­basą -?nie powinno się wie­dzieć, jak naprawdę się to robi.

4. Nie, bo znam za dużo ich sekre­tów, mogą się domy­ślić, że to ja, i nie będę mógł się przy nich dłu­żej ogrze­wać.

5. Nie, bo nie mam inte­resu, żeby pani poma­gać. Pani mi za to nie zapłaci, a oni mi płacą i chcę, żeby pła­cili jak naj­dłu­żej.

6. Nie, bo jestem ich coachem i tera­peutą, to by było nie­etyczne.

7. Nie, bo mąż mnie zabije. On jest do wszyst­kiego zdolny.

Nie pod­da­łam się. Czu­łam, że klu­czowe będzie zna­le­zie­nie jed­nego dobrego kon­taktu, osoby, która zro­zu­mie moje inten­cje, zaufa mi i poleci mnie dalej. Spró­bo­wa­łam kolejny raz, a póź­niej kolejny i jesz­cze następny. W końcu się udało. Po nitce tra­fi­łam do osób z bli­skiego oto­cze­nia topo­wych pol­skich milio­ne­rów i miliar­de­rów. To było jak nawle­ka­nie kora­li­ków, jak koron­kowa robota, ale po kil­ku­na­stu mie­sią­cach mia­łam opo­wie­ści gęste od fak­tów.

Udało mi się namó­wić do roz­mowy współ­pra­cow­ni­ków miliar­de­rów, ludzi zarzą­dza­ją­cych ich PR-em oso­bi­stym oraz wize­run­kiem ich firm. Udało mi się prze­ko­nać ich zna­jo­mych, rodzinę. Zgod­nie z obiet­nicą daną moim roz­mów­com w książce nie pada żadne nazwi­sko, imiona są zmie­nione, a w przy­padku naj­bar­dziej zna­nych miliar­de­rów, któ­rych dzia­łal­ność jest szcze­gól­nie cha­rak­te­ry­styczna, mylę tropy. Bo nie jest to książka, która ma ujaw­niać tajem­nice kon­kret­nych biz­nes­me­nów, ale poka­zać, czy fak­tycz­nie ich życie aż tak bar­dzo różni się od naszego. Czy naprawdę żyją w domach ze zło­tymi klam­kami, o poranku piją szam­pana za kil­ka­na­ście tysięcy zło­tych, a posia­da­nie nie­ogra­ni­czo­nych pie­nię­dzy spra­wia, że o nich nie myślą. Jak wpływa na psy­chikę wiel­kie bogac­two i jaka jest w końcu odpo­wiedź na wyświech­tane pyta­nie "czy pie­nią­dze dają szczę­ście?".

Roz­mowa z Mar­kiem, biz­nes­me­nem z Pomo­rza i Toma­szem, biz­nes­me­nem ze Ślą­ska. Od lat dzie­więć­dzie­sią­tych obaj robią inte­resy z naj­bo­gat­szymi ludźmi w Pol­sce.

Marek: Jeśli pyta mnie pani o życie pol­skich "set­ko­wych" milio­ne­rów i miliar­de­rów, naj­pierw usys­te­ma­ty­zujmy poję­cia. W Pol­sce jest kilka rodza­jów milio­ne­rów. Są milio­ne­rzy praw­dziwi i pod­sta­wieni. Ta druga grupa jest duża i oni są na ogół bar­dzo krzy­kliwi, poka­zowi. Zaro­bili łatwe pie­nią­dze, ale nie są to tęgie umy­sły, bo tak naprawdę ktoś inny robił ten inte­res, ale ten inny nie mógł się ujaw­nić. A oni mieli z tego bar­dzo przy­jemną pro­wi­zję. Przez moment rze­czy­wi­ście byli milio­ne­rami, a potem to się koń­czyło na ogół słabo, bo w ciągu sze­ściu do dzie­się­ciu lat tra­cili wszystko, nie mając talentu do biz­nesu. Takich upad­ków było dużo.

Kto to był na przy­kład?

Uma­wia­li­śmy się, że nie będzie nazwisk. Mogę odpo­wie­dzieć opi­sowo. Na przy­kład był taki milio­ner war­szaw­ski, figu­rant przy sprze­daży jed­nej z naj­więk­szych w Pol­sce fabryk z branży spo­żyw­czej. Dostał z tego taką pro­wi­zję, że na star­cie stał się gru­bym milio­nerem, i gdyby dobrze zain­we­sto­wał, byłby dziś miliar­de­rem. Ale żył grubo ponad stan, miał pałac, służbę, kamery, ochro­nia­rzy, gigan­tyczne posia­dło­ści na Mazu­rach i na Pomo­rzu, a potem to wszystko padło. Teraz może nie kle­pie biedy, ale miliony poja­wiają się u niego tylko w sfe­rze oni­rycz­nej. Czyli to jest pierw­sza grupa tak zwa­nych pod­sta­wień­ców i oni zaraz po prze­ję­ciu dużych pie­nię­dzy z dnia na dzień zmie­niają bryki, domy, ubra­nia i osten­ta­cyj­nie wydają pie­nią­dze.

Tomasz: Trzeba dodać, że jest zasad­ni­cza róż­nica mię­dzy wiel­ko­miej­skimi miliar­de­rami czy milio­ne­rami a tymi z pro­win­cji. Ale tym dru­gim pro­po­nuję oddać osobny roz­dział. Miliar­de­rzy spoza War­szawy, nie­no­to­wani przez "For­besa", a czę­sto mający wię­cej pie­nię­dzy niż ci z topli­sty, to są zupeł­nie inni ludzie niż szpa­ne­rzy war­szaw­scy, któ­rzy pod­jeż­dżają mase­rati pod knajpę przy placu Trzech Krzyży w War­sza­wie. Są też oczy­wi­ście szpa­ne­rzy na pro­win­cji, któ­rzy się pró­bują popi­sać, ale zamyka się to, powiedzmy, w odlo­tach na pozio­mie komu­nii dziecka wypra­wio­nej na pięć­set osób, na któ­rej śpiewa gwiaz­dor disco polo. W War­sza­wie i innych dużych mia­stach popi­sy­wa­nie się przy­biera bar­dziej kurio­zalne formy. I oczy­wi­ście doty­czy to w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści tych pod­sta­wień­ców, o któ­rych mówił Marek. Jeśli masz biz­nes wart sto milio­nów zło­tych, to nie musisz niczego udo­wad­niać, ty wiesz sam przed sobą, że masz te sto baniek. A oni, mając o wiele mniej, wsia­dają w auto za bańkę dwie­ście -?czę­sto poży­czone -?i jeż­dżą dookoła placu Trzech Krzyży z piskiem opon, żeby zwró­cić na sie­bie uwagę.

Pierw­sze, co mnie ude­rzyło, jak przy­je­cha­łem do War­szawy, to że ludzie mający duże pie­nią­dze zacho­wują się tu jak pro­win­cja. Przy czym nie chcę obra­zić ludzi z pro­win­cji, bo wszy­scy gdzieś tam z jakiejś pocho­dzimy. Jest taki jeden war­szaw­ski były milio­ner, to osoba publiczna, uwi­kłana w różne skan­dale, rów­nież te oby­cza­jowe, i on jest ide­al­nym przy­kła­dem czło­wieka, który pozuje na "set­ko­wego" milio­nera. Opi­nia publiczna na­dal go tak trak­tuje, a on już dawno nim nie jest. Ma jesz­cze z daw­nych cza­sów jakiś mają­tek, ale to nie jest kasa, na jaką pozuje. Facet ma zachodni sznyt, bo sie­dział długo we Fran­cji, we Wło­szech, w USA, wygląda nie­tu­zin­kowo, ale codzien­nie przy­jeż­dża na rowe­rze do zna­nej luk­su­so­wej war­szaw­skiej restau­ra­cji, je obiad, ociera buzię, miło się kła­nia, pozdra­wia wszyst­kich jak cezar i wycho­dzi bez pła­ce­nia.

I co na to wła­ści­ciel?

Wku­rza go to, ale krę­puje się zwró­cić mu uwagę. Więc tłu­ma­czy to sobie, że ten milio­ner cele­bryta napę­dza mu publikę. A tam­ten po pro­stu jest skąpy. Na rowe­rze jeź­dzi nie dla sportu, tylko z oszczęd­no­ści. W naszym kli­ma­cie jest nie­ustan­nie zmar­z­nięty na tym rowe­rze, więc jak wraca do domu, od razu owija się kocami, ale twardo zasuwa na 13:00, żeby zjeść dar­mową zupę w mod­nej knaj­pie. Nie chce dru­giego dania, ale za to pod wie­czór poja­wia się po danie główne i wtedy jest już nowe otwar­cie. Ja kie­dyś z wła­ści­cie­lem tej restau­ra­cji spę­dza­łem bar­dzo dużo czasu, robiąc wspólne inte­resy, obser­wo­wa­łem na wła­sne oczy te sceny z zupą. To mnie strasz­nie żeno­wało.

Marek: Druga grupa to ludzie, któ­rzy naprawdę robią inte­resy. Tu mamy szare emi­nen­cje i tych, któ­rzy fir­mują inte­resy swoim nazwi­skiem. Szare emi­nen­cje dzia­łają z tyl­nego fotela i też należą do grupy pod­wy­ko­naw­ców, któ­rzy uczest­ni­czą w tych inte­re­sach, ale w razie kło­po­tów usu­wają się w cień. W prze­ci­wień­stwie do tych figu­ran­tów z pierw­szej grupy, ci naprawdę robią biz­nes, ale nie poka­zują twa­rzy, nie lan­sują się na ban­kie­tach, żyją cichutko, na ogół w bocz­nym Kon­stan­ci­nie, czę­sto z pre­me­dy­ta­cją kupują wille z lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych, w środku je prze­ra­biają na pałace, ale z zewnątrz te budynki nie biją po oczach prze­py­chem, czę­sto są zaro­śnięte krza­kami. Szare emi­nen­cje nie bry­lują na ścian­kach i ofi­cjal­nych impre­zach dla wiel­kiego biz­nesu, wolą zro­bić grilla w ogro­dzie dla zna­jo­mych, na co dzień cho­dzą zacho­waw­czo ubrani, może to nie jest styl nud­nego korpo, ale do gra­na­to­wej mary­narki naj­więk­szą eks­tra­wa­gan­cją jest u nich kape­lusz. I to są ludzie, któ­rzy znają wszyst­kich i wszy­scy im się kła­niają bez względu na opcję poli­tyczną. To zda­nie trzeba pod­kre­ślić, bo powiedzmy to wyraź­nie, nie ma milio­nów, nie ma dużego biz­nesu bez zaha­cze­nia w poli­tykę, bez ukła­dów. To są bajki, że można robić inte­resy w Pol­sce na wielką skalę bez wie­dzy nie­któ­rych ludzi.

Kolejną grupą są milio­ne­rzy, któ­rzy fir­mują swój biz­nes twa­rzą i nazwi­skiem. Tych zna cała Pol­ska, a na pewno śro­do­wi­sko naj­bo­gat­szych. Więk­szość z nich doro­biło się naj­więk­szej for­tuny w latach dzie­więć­dzie­sią­tych. Niektó­rzy mieli majątki rodzinne, jesz­cze przed­wo­jenne, ale część wystar­to­wała, otrzy­mu­jąc od służb PRL-u pierw­szy wielki biz­nes za zasługi dla wła­dzy i z pole­ce­niem dal­szej współ­pracy, a że tamte służby nie wybie­rały nie­spraw­dzo­nych osób, to ci ludzie spry­tem, talen­tem, ale też ciężką pracą pomno­żyli te majątki i zbu­do­wali impe­ria. Z tego poko­le­nia miliar­de­rów, dzi­siej­szych sześć­dzie­się­cio-, sie­dem­dzie­się­cio­lat­ków, wielu sprze­dało swoje duże biz­nesy budo­wane w latach dzie­więć­dzie­sią­tych. Mają teraz kupę kasy, wielu z nich tę kasę po pro­stu wydaje, a część inwe­stuje dalej, na przy­kład bawiąc się w roz­wój start-upów.

Wielu też zban­kru­to­wało. Ostat­nie dzie­sięć, pięt­na­ście lat to był szok gospo­dar­czy dla takich milio­ne­rów z tam­tych lat, któ­rzy doro­bili się setek milio­nów na przy­kład na pro­duk­cji kub­ków z wtry­skarki. Wielu z nich zupeł­nie nie zała­pało się na zmiany tren­dów w gospo­darce, han­dlu, stare układy się wyczer­pały. Ale sporo zdą­żyło sprze­dać biz­nesy. Tacy eme­ry­to­wani milio­ne­rzy są nie tylko w War­sza­wie i oko­li­cach, ale też w Kra­ko­wie, Łodzi, na Wybrzeżu. Czę­sto widują się w swo­ich ulu­bio­nych kawia­ren­kach, oma­wiają pomy­sły i różne kon­cep­cje, żeby nie zdzia­dzieć zupeł­nie i coś z tymi pie­niędzmi, które zostały, jed­nak robić. Wiele razy byłem na takich nasia­dów­kach. Czę­sto to wygląda tak, że przez godzinę opo­wia­dają, jak by to zbu­do­wali osie­dle, po czym po godzi­nie doja­dają obia­dek i mówią: "Kurwa, pano­wie, ale czy nam się chce? Nam się już chyba nie chce". I głów­nie dys­ku­tują o tym, kto ma jaki samo­chód, ewen­tu­al­nie trze­cią młod­szą żonę.

Po czym poznać "milio­nera z cicha pęk"?

Tomasz: Milio­ne­rów, któ­rzy ukry­wają swoje bogac­two, naj­czę­ściej zdra­dzają hobby. Na przy­kład jeden z takich nie­afi­szu­ją­cych się, nawet jego rodzina dokład­nie nie wie, jak ogromną ma for­tunę, przez lata prze­ko­ny­wał wszyst­kich, że opłaca się sku­po­wać stare garaże ze względu na tereny, na któ­rych stoją, i że kie­dyś będzie to dużo warte. Jak się póź­niej oka­zało, nie o żadne tereny cho­dziło. Ten pan jest posia­da­czem bli­sko stu zabyt­ko­wych pojaz­dów, od samo­cho­dów oso­bo­wych, przez cię­ża­rówki, skoń­czyw­szy na czoł­gach. Całe jego oto­cze­nie myślało, że jest zdzi­wa­cza­łym miło­śni­kiem garaży, ale osta­tecz­nie wyszło, że ma eks­tre­mal­nie dro­gie hobby, i to zdra­dziło jego for­tunę.

Ale z tym hobby to jest róż­nie. W naszym śro­do­wi­sku dużo śmie­chu budził pewien biz­nes­men, który uwa­żał, że te wszyst­kie jachty, samo­loty, rajdy to banał. On chciał się prze­bić swoim eks­cen­try­zmem, ory­gi­nal­no­ścią. Któ­re­goś dnia zama­rzył sobie, że będzie pro­mo­wał w Pol­sce grę w polo. W owym cza­sie w polo grały w Pol­sce ze trzy osoby na krzyż, ale rze­czy­wi­ście jest to gra bar­dzo sno­bi­styczna, bar­dziej nawet niż golf.

I pew­nie sza­le­nie kosz­towna.

Tak, ponie­waż potrzeba do niej nie­zwy­kłych koni. One są spe­cjal­nie hodo­wane, muszą być ponad­prze­cięt­nie zwinne. Niech pani zoba­czy mecz polo, one bie­gną i nagle przed bramką, jak zawod­nik strzela gola, muszą się dyna­micz­nie obró­cić. W związku z tym one mają ina­czej zbu­do­wane mię­śnie, ina­czej wyglą­dają, są bar­dziej krępe i bar­dziej umię­śnione. Dla­tego te konie są bar­dzo dro­gie. Na doda­tek posta­no­wił mieć swoją dru­żynę, i to naj­lep­szą. Więc musiał sobie kupić naj­lep­szych zawod­ników. A topowi zawod­nicy polo są w Argen­ty­nie. Kupił więc naj­lep­szych zawod­ników z Argen­tyny, naj­lep­sze konie i sam też zaczął się uczyć grać, bo nie tylko chciał być wła­ści­cie­lem naj­lep­szej dru­żyny, ale też samemu być dobrym zawod­nikiem.

Rze­czy­wi­ście zro­biło to wra­że­nie na kimś w Pol­sce?

No nie za bar­dzo. Był raczej obiek­tem uszczy­pli­wych komen­ta­rzy na róż­nych spo­tka­niach towa­rzy­skich. To jed­nak było już za dużo, ten popis, to zadę­cie. Ale on nie­zra­żony orga­ni­zo­wał wiel­kie tur­nieje w Szwaj­ca­rii, w Holan­dii i brał w nich udział ze swoją dru­żyną. Zapro­sił kilka osób z naszego towa­rzy­stwa na polo w wer­sji zimo­wej, gdzie się gra na śniegu. To był tur­niej w Alpach, hotel w skale, panie w futrach, szam­pan się leje, konie bie­gają po śniegu za poma­rań­czową piłeczką. Ci, co byli, opo­wia­dali mi, że nawet ład­nie to wszystko wyglą­dało. Ale dla tego biz­nes­mena naj­waż­niej­szą imprezą, z któ­rej był dumny jak paw, był tur­niej, który zorga­ni­zo­wał na Ascot w Lon­dy­nie. To już kosz­to­wało for­tunę, ale trzeba było jesz­cze zapła­cić drugą for­tunę za dodat­kową atrak­cję. Otóż on zapra­gnął, by na tym meczu była kró­lowa bry­tyj­ska.

Udało mu się?

Gene­ral­nie dwór bry­tyj­ski zaj­muje się dzia­łal­no­ścią komer­cyjną, nie jest tak, że żyją tylko z podat­ków, oni bar­dzo dużo rze­czy robią dla pie­nię­dzy i teo­re­tycz­nie jest moż­li­wość, że możesz kró­lową angiel­ską wyna­jąć. Tylko trzeba mieć odpo­wied­nie doj­ście, no i oczy­wi­ście odpo­wied­nio wiel­kie pie­nią­dze.

Ona rze­czy­wi­ście przy­szła?

Przy­szła to mało powie­dziane, to był cały event. Była tam moja ówcze­sna part­nerka i opo­wia­dała o całej tej nie­wia­ry­god­nie ode­rwa­nej od rze­czy­wi­sto­ści otoczce. Jak to w Ascot, panie obo­wiąz­kowo w kape­lu­szach, pod­czas przerw w meczu ścią­gają swoje ele­ganc­kie buty i w rów­nie ele­ganc­kich suk­niach bosymi sto­pami udep­tują trawę, trzy­ma­jąc w ręku kie­li­szek szam­pana. Przed samą imprezą, zanim zja­wiła się kró­lowa, przy­je­chały damy dworu, które uczyły ety­kiety. Jak się kła­niać, jak dygnąć przed kró­lową, mówiły, kiedy można się ode­zwać. Następ­nie przy­je­chała kró­lowa, co cie­kawe, wła­snym autem, a zaraz za nią książę Filip, osobno swoim. Ona zaje­chała jagu­arem, a on jeepem. Wysia­dła i zupeł­nie na luzie powie­działa "Hello" i się przy­wi­tała z tym biz­nes­me­nem oraz jego gośćmi. No i o to cho­dziło. Zdję­cie tego momentu obie­gło całą pol­ską prasę. Gruby lans.

Miliony fun­tów wydane tylko po to, by zro­bić sobie fotkę z kró­lową bry­tyj­ską?

To miało zro­bić wra­że­nie na eli­cie finan­so­wej w Pol­sce i chyba jakieś tam zro­biło. Kró­lowa rze­czy­wi­ście oglą­dała z nim w loży mecz polo, potem był obiad. Tylko że to było dla niej tysiąc któ­reś spo­tka­nie tego typu. Ale dla tego biz­nes­mena fotka z kró­lową miała być dowo­dem, że on się obraca w takich krę­gach, że ma takie zna­jo­mo­ści, że aż takie świa­towe salony są dla niego otwarte i on biz­ne­sowo może zała­twić wszystko. Taki PR jest nie­zwy­kle drogi. Zresztą to go pocią­gnęło w dół, ten rodzaj lansu i afi­szo­wa­nia się. Skoń­czył w wię­zie­niu, jakieś oskar­że­nia o korup­cję, jego firmy zban­kru­to­wały, dru­żynę polo prze­jął komor­nik.

A czy ist­nieje jakiś kod ubra­niowy, coś, czego praw­dziwy milio­ner nie założy na sie­bie?

Tu by się pani bar­dzo zdzi­wiła. Przez dobrych parę lat robi­li­śmy z Mar­kiem inte­resy z jed­nym z naj­bo­gat­szych ludzi w Pol­sce. Facet ma wypeł­nione milio­nami konta w Szwaj­ca­rii, wielką fabrykę na Ślą­sku, hotele na Mazu­rach i w oko­li­cach Zako­pa­nego. Jecha­li­śmy z nim na nego­cja­cje biz­ne­sowe z dru­gim wiel­kim gra­czem -?cho­dziło o umowę wartą ponad sto milio­nów zło­tych. Doje­cha­li­śmy, on wysiada z samo­chodu, wyciąga zza sie­dze­nia swoją starą, spraną, sfla­czałą mary­narkę, kupioną, przy­się­gam, jesz­cze za komuny. Otrze­pał ją z papro­chów, żeby, jak twier­dził, nabrała formy. Tak się ubrał na nego­cja­cje biz­ne­sowe z dru­gim miliar­de­rem. Nie wytrzy­ma­łem i w końcu mówię: "Słu­chaj, ja ci kupię nową mary­narkę, jak ci szkoda wydać na porządny gar­ni­tur, bo wstyd mi za to, jak wyglą­dasz". A on mi na to: "U mnie w życiu tylko żony się zmie­niają, mary­narka jest stała". I w niej poszedł. Więc jeśli pyta mnie pani, czy praw­dziwy milio­ner musi mieć na sobie ubra­nia będące kodem w świe­cie naj­bo­gat­szych, to ja mówię, że są tacy, któ­rzy nie wyjdą z domu w koszuli tań­szej niż kilka tysięcy zło­tych, ale są i tacy jak ten męż­czy­zna w wyświech­ta­nej mary­narce. Ale fak­tem jest, że w takiej mary­narce nie widzia­łem ni­gdy milio­nera, który stał się nim dzięki odzie­dzi­czo­nej for­tu­nie.

Ci zawsze wkła­dają koszule za tysiące?

Znam takiego jed­nego. Buty z jagu­ara, od góry do dołu Cha­nele i Dolce Gab­bany, ale jak się upił, zawsze mówił: "Mnie ci wszy­scy milio­ne­rzy skry­cie nie­na­wi­dzą. Niby zapra­szają na waka­cje, jachty, na te imprezy, bo mam pie­nią­dze. Ale oni mnie nie lubią i nie sza­nują, bo ja sam nie­wiele w życiu zro­bi­łem. Prze­pier­da­lam mają­tek rodzi­ców i się tego nie wsty­dzę". Musiało go jed­nak boleć, że nie jest trak­to­wany poważ­nie wśród tych naj­bo­gat­szych, któ­rzy może coś na star­cie dostali od rodzi­ców czy od służb, ale dalej głów­ko­wali, pra­co­wali, całe życie temu poświę­cili i zbu­do­wali impe­ria. A on wszystko dostał od sta­rych, sam nie miał talentu do biz­nesu i po wódce ten kom­pleks wycho­dził. Z dru­giej strony potra­fił na balu w pałacu ze zło­tymi żyran­do­lami, z tymi wszyst­kim miliar­de­rami z "For­besa" dole­wać sobie na ich oczach do czar­nego John­niego Wal­kera colę z wiel­kiej pla­sti­ko­wej butelki, którą sam sobie przy­niósł. Nale­wał i mówił: "Piję czar­nego, bo mnie stać, piję z colą, bo lubię".