Wstęp
Ta książka zacznie się od osobistej historii. Na emigracji żyje najbliższa mi na świecie osoba. Moja młodsza siostra Ela.
Nasza mama zmarła po ciężkiej chorobie nowotworowej, gdy ja miałam 21, a siostra 16 lat. Tata... ach, tata. Starał się zapewne jak mógł, szybko jednak zrozumiałyśmy, że musimy sobie zacząć radzić same. Lata leciały. Ja poszłam na studia, wyprowadziłam się z rodzinnego domu i zaczęłam pracować w radiu. Ela natomiast po szkole średniej spróbowała prowadzenia wspólnego biznesu z tatą. Ależ to była piękna katastrofa. Mieli razem kiosk Ruchu. Nie było dnia, w którym nie odbierałabym telefonu od niej lub od niego i nie musiała się nasłuchać, jakie to drugie jest nieodpowiedzialne i leniwe. Umówmy się: po prostu nasza rodzina nigdy nawet na zdjęciu nie wychodziła razem dobrze. Tarcia zdarzały się zawsze i koniec ich wspólnego biznesu był tylko kwestią czasu. Czas ten nadszedł dość prędko. Nie ze względu na manko na kasie. Tata bywa... nieokrzesany. Obcesowy. Odkąd sięgam pamięcią, miał problem z kontrolowaniem gniewu i tego, co mówi, nawet do obcych ludzi.
Zabrali im więc kiosk Ruchu. Tata mówił bowiem ludziom to, na co w jego przekonaniu zasługiwali. Sypały się więc od klientów skargi na tego pana z okienka. Dzisiaj mogę przyznać, że kiedy się o tym dowiedziałam, nie mogłam przestać się śmiać. Wyobrażałam sobie, jak do kiosku przy jednym z łódzkich przystanków podbiega zasapany facet i mówi: "Panie, bilecik dwudziestominutowy, tylko szybko, bo autobus jedzie". A ojciec każe na to facetowi "spier....ć w podskokach, bo nie dość, że cham bezczelny i roszczeniowy, to jeszcze daje dwie dychy i nie ma mu jak wydać!". No cóż, śmieszne i nieśmieszne jednocześnie.
Siostra się jednak podłamała. Straciła źródło dochodu i nie wiedziała, co ma dalej zrobić z życiem. Szkoła kosmetyczna chyba nie spełniła jej oczekiwań. Elcia zadzwoniła więc do mnie pewnego dnia i powiedziała: "Siostra, wyjeżdżam". "Dokąd?" - spytałam zdziwiona. "Do Anglii". "Oszalałaś? Przecież ty nawet nie mówisz po angielsku!" Naprawdę uważałam, że postradała zmysły. Nie dlatego że Anglia była dla mnie jakimś odległym, mitycznym miejscem, do którego udajesz się tylko po przeszkoleniu przez komandosa albo przygotowaniu się jak na wyprawę na Kilimandżaro. Dlatego że znałam moją siostrę. Dopóki żyła nasza mama, Elcia zawsze trzymała się jej spódnicy. Była wstydziochem. Czerwieniła się za każdym razem, gdy ktoś obcy się do niej odezwał. Ktoś mógłby też pomyśleć, że miała tak zwane dwie lewe ręce. Nie potrafiła sobie zrobić kanapki. Sprzątanie? Prościej było spalić jej pokój, niż spróbować go doprowadzić do ładu.
I nagle to dziecko (no dobra, miała już wtedy 21 lat) mówi mi, że wsiada do samolotu i leci, bo "tu już nie ma żadnych perspektyw". Nie dowierzałam, ale bardzo jej kibicowałam. Zabrała swoje 2 tysiące złotych oszczędności i poleciała. Z lotniska miała ją odebrać kuzynka. Nie dogadały się jednak i zamiast na lotnisku czekała na dworcu kolejowym, więc nowe życie Eli na obczyźnie zaczęło się od ataku paniki. Na szczęście w Newcastle, mieście, do którego poleciała, była już córka partnerki naszego ojca. Pomogła z mieszkaniem. Pracę Elcia znalazła dość szybko, jak wspomina: "nosząc CV w zębach od hotelu do hotelu". Po trzech miesiącach pisała, że chce wracać, że nie wytrzyma. Po sześciu miesiącach było już okej.
To był rok 2006. W 17 lat z nieśmiałego, zagubionego gamonia moja siostra zmieniła się w pracowitą, zaradną i pomocną kobietę, mamę, żonę, gospodynię. Piecze takie ciasta, że klękajcie narody. Nikt nie robi lepszych krokietów na święta. Wychowuje córkę. Kładzie tapety i maluje meble. Czy to emigracja tak ją zmieniła? Czy gdyby została w Polsce, byłaby dzisiaj inna?
Doświadczenia nas kształtują. Inaczej dorastamy w dobrze znanym środowisku, a inaczej rzuceni na nieznany grunt. Człowiek mierzy się przecież nie tylko z nowym krajem, językiem czy kulturą, ale i z samym sobą. Dla jednych emigracja będzie najlepszą decyzją, jaką w życiu podjęli, dla innych najgorszą. Prawie zawsze natomiast powzięcie trudnej, ryzykownej, a jednocześnie odważnej decyzji o wyjeździe z kraju wiąże się ze stresem. Pracujący w Stanach Zjednoczonych i zajmujący się tym tematem profesor Janusz Wróbel twierdzi, że u emigrantów często pojawia się kryzys tożsamości, następnie także kryzys wartości i kryzys komunikacyjny. Często proces asymilacji do nowego otoczenia nie przebiega tak szybko i płynnie, jak by mógł. Profesor nazywa to "stresem emigracyjnym" i przypomina powiedzenie: emigracja to amputacja. Wyjeżdżając z domu, odcinasz się od wszystkiego, co znasz, zaczyna ci brakować smaków, zapachów, widoków, klimatu, rodziny, masz poczucie, że nie jesteś u siebie. Niemniej jednak nie dotyka to przecież każdego emigranta. Są ludzie, którzy "tam" czują, że są w domu, a "tu" jest im już jakoś obco.
Odwiedziłam do tej pory 60 krajów. Prawie wszędzie spotykałam Polaków. I mam swoją teorię: określony typ miejsca przyciąga określony typ człowieka. Na przykład na północy Europy, w krajach zamożnych, ale oferujących przeciętną pogodę i powściągliwość mieszkańców, spotkamy Polaków, którzy dążą do zaspokojenia takich potrzeb jak życie w dobrobycie i stabilizacja. Zaś w krajach egzotycznych o tropikalnym klimacie często mieszkają Polacy ekstrawertyczni, niezwykle temperamentni, łaknący przygód i ciągłych zmian. Zdarza się oczywiście, że coś pójdzie nie tak i ekstrawertyk wyląduje w Szwecji, ale taki "błąd w systemie" można przecież naprawić.
Być może znacie mnie z telewizyjnego programu "Polacy za granicą", być może z moich mediów społecznościowych, gdzie opowiadam o podróżach. Możecie więc teraz zastanawiać się, dlaczego sama nigdy nie wyjechałam z Polski na stałe. Sama sobie zadaję to pytanie. Czasem zdaje mi się, że Pan Bóg był na haju, gdy się rodziłam, i postanowił ze mnie zażartować: "A ty, drogie dziecko, urodzisz się w Polsce, będzie ci zawsze zimno i będzie cię wkurzać, że wszyscy ciągle narzekają. Zobaczymy, jak sobie poradzisz" (tak było, nie zmyślam). Moje pragnienie ucieczki bywa tak silne, że czasem wychodząc w weekend ze znajomymi na miasto, zabieram paszport. Trochę dla żartu, trochę jednak na wszelki wypadek. Z drugiej strony wiem, że to prawda, co mówią: ta cholerna trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona i wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Nigdzie nie jest idealnie.
Czy zazdrościłam ludziom, którzy opowiadali mi o swoim życiu, gdy przygotowywałam tę książkę? Jasne! Czy zdarzało mi się rozłączyć po rozmowie, zamknąć komputer i zapłakać nad losem osoby, z którą przed chwilą rozmawiałam? Owszem. Mam dla was mieszankę historii tak różnych, że zakręci się od nich w głowie. Gotowi?
Rozdział 1. Dokąd i dlaczego? Początki
Kiedy po II wojnie światowej Europę podzieliła żelazna kurtyna, znaleźliśmy się po tej gorszej stronie. Cenzura, kontrolowany obieg informacji czy ograniczanie wolności obywatelskich nie stanowiły wtedy naszych jedynych problemów. Bardzo trudne stało się dla nas przekraczanie granic państwowych. Jak się okazuje obecnie, wolność podróżowania to jedna z podstawowych korzyści, jakie wskazywali Polacy, pytani przez CBOS o to, co zmieniło się dla nich na lepsze w ciągu ostatnich 30 lat. Młodszych z was może to dziwić - przecież macie paszporty i od początku życia jeździcie tam, dokąd chcecie. Kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej. W czasach PRL wniosek paszportowy składał się z kilku stron i trzeba było odpowiedzieć na wiele wnikliwych pytań. Niektórzy takie wnioski paszportowe składali po kilkanaście razy, a przed rokiem 1991 nikt nie musiał tłumaczyć, dlaczego są odrzucane. Jeśli zaś komuś już udało się dostać paszport, to i tak tylko na czas podróży, potem trzeba go było zdać na milicji.
W końcu żelazna kurtyna spadła, potem Polska dołączyła do Unii Europejskiej i nim się obejrzeliśmy, był rok 2016. Rok, w którym liczba ludzi z Polski przebywających na emigracji była najwyższa do tej pory. GUS podał wówczas, że chodzi o 2,515 miliona osób. Co szesnastą osobę spośród nas! A mówimy tu tylko o Polakach i Polkach mających adres stałego zamieszkania w Polsce. Inne statystyki mówią o nawet 21 milionach Polaków i Polek rozpierzchniętych po świecie. W samych Stanach Zjednoczonych ma być ich około 10 milionów. Trzeba też pamiętać, że do takich statystyk włącza się Amerykanów polskiego pochodzenia, czyli osoby, które mimo mocnych polskich korzeni mają już amerykańskie obywatelstwo, a więc trudno ich nazwać emigrantami. Są to już raczej dzieci i wnuki polskich emigrantów. Emigracja z Polski do Stanów trwa już zaś ponad 200 lat, więc takie liczby są całkiem prawdopodobne.
Jak natomiast definiuje się samą emigrację? Czy każdy, kto wjeżdża z kraju, to emigrant? Na rządowej Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej możemy przeczytać o podziale na emigrację wymuszoną i swobodną. Wymuszona to taka, gdy przemieszczanie następuje wbrew woli migrujących, na przykład z powodów politycznych czy religijnych - czyli kiedy ktoś ucieka przed wojną albo prześladowaniami. Taką osobę nazywa się uchodźcą/uchodźczynią. Przy emigracji swobodnej mamy już do czynienia ze zmianą miejsca zamieszkania z własnej woli, zazwyczaj w celu poprawy jakości życia. Osoba wyjeżdżająca swobodnie to emigrant/emigrantka.
Wspomina się również o ekspatach (od łacińskiego ex patria - z ojczyzny). Ekspat czy ekspatka to osoba, która tymczasowo lub na stałe mieszka w innym kraju niż ten, w którym się urodziła, wychowała lub otrzymała obywatelstwo. Słowo to nie jest używane przez oficjalne instytucje, ale bardzo popularne w powszechnym użyciu. Według wielu definicji ekspat to po prostu wykwalifikowany fachowiec, profesjonalista, który wyjechał do pracy samodzielnie albo został wysłany przez pracodawcę. Pochodząca z Łucka w Ukrainie Julia Laszczuk dla gazety dla Ukraińców w Polsce "Nasz wybór" mówi: "Po raz pierwszy powiedziano mi, że jestem emigrantką, gdzieś po kilku miesiącach mego pobytu w Polsce. W odpowiedzi mówiłam, że przyjechałam tu przecież skończyć pisanie mojego doktoratu, nie zamierzam zostać. Nie jestem emigrantką, jestem tu tymczasowo". Czy zatem Julia to ekspatka?
Zadałam pytanie o różnice pomiędzy byciem ekspatem a emigrantem na jednej z facebookowych grup zrzeszających Polki pracujące za granicą. Otrzymałam odpowiedzi, które w skrócie można ująć tak: emigrant to osoba, która bardziej stara się zintegrować ze społeczeństwem i jego zwyczajami, a ekspat wychodzi z założenia, że przebywa w nowym kraju tymczasowo, i nie wyklucza powrotu do ojczyzny. Zaznaczmy, że wielu ekspatów nigdy jednak nie wraca. Zakresy pojęć "emigrant" i "ekspat" rozszerzają się, gdy pytam o nie różne osoby. Na przykład para mieszkająca w Niderlandach, Mateusz i jego chłopak Krzysiek, mówią mi, że ekspat to osoba, która wyjechała motywowana chęcią przygody albo rozwijania kariery. Ich zdaniem ekspat wie, co będzie robił za granicą, emigrant często nie ma pojęcia, a plan na życie buduje dopiero po przyjeździe. Gdy pytam, czy oni są emigrantami, czy ekspatami, odpowiadają: "Chyba wrzucilibyśmy się do koszyczka z ekspatami. Ale nie stosujemy tego podziału, nie chcemy się szufladkować. Szufladkują nas już wystarczająco politycy. W sumie gdybyś nie zapytała, to chyba nawet nigdy byśmy się nad tym nie zastanawiali. A może to jest tak, że ekspat brzmi lepiej, dlatego ludzie wolą być nazywani ekspatami zamiast emigrantami? Nie wiemy, zaskoczyłaś nas tym pytaniem".
Takie samo pytanie zadaję Ewie, która długo mieszka w Ameryce Południowej, obecnie w Peru. "Różnica? Myślę, że ekspat nie czuje już więzi z ojczyzną, a emigrant tęskni. Zresztą ja bym nie stosowała tego rozróżnienia. Ja zawsze będę tu gringa. Nie wyglądam jak Peruwianka, nie mówię jak Peruwianka, zawsze będę traktowana trochę inaczej. Będę traktowana tak, jakbym miała kupę kasy, bo tu tak się patrzy na białych. Kumpluję się z miejscowymi, jadam jak miejscowi, ale nigdy nie będę jedną z nich. Z tym że to mi pasuje, jestem sobą. W sytuacji, w której nikt nikogo na siłę za granicę nie wysyła, nie wiem, po co takie rozróżnienie".
A może po prostu co kraj, to definicja? Kasia z Florydy mówi mi bowiem: "Spotkałam się kiedyś z definicją, według której ekspaci są białego koloru skóry, a cała reszta to emigranci. Ta definicja jest oczywiście dyskryminująca, ale niestety obecna w obiegu". Od razu przypominam sobie słowa innej Polki, Agnieszki: "W Dubaju ekspaci to biali Europejczycy czy Amerykanie na dobrych kontraktach, a emigranci to zwykle wszyscy o ciemniejszym kolorze skóry i gorzej zarabiający. Ale tu niestety rasizm i podział w zależności od rodzaju paszportu są bardzo widoczne".
Skoro tak trudno uporać się ze ścisłym zdefiniowaniem tematu, przyjmijmy, że w tej książce zajmiemy się po prostu ludźmi, którzy wyjechali z Polski i żyją teraz za granicą. I chociaż powodów emigracji jest tyle, co ludzi emigrujących, to po setkach rozmów z Polakami i Polkami mieszkającymi poza krajem wyłania mi się jednak obraz kogoś, kto zwyczajnie chce lepiej żyć.
Błędem byłoby natomiast sądzić, że w poprawie jakości życia chodzi wyłącznie o aspekt ekonomiczny. Weźmy na przykład kobietę, która zakochuje się w obcokrajowcu. On ma świetną pracę w swoim kraju, ją niewiele trzyma w Polsce. Zapada decyzja o przeprowadzce do niego. Czy wyjeżdżając, poprawia jakość swojego życia? Oczywiście - miłość jest najważniejsza, prawda? Jakie wiedliby życie, gdyby zatrzymały ich granice własnych państw? Mizernej jakości, jak sądzę.
Weźmy teraz marzenia. Wielkie marzenia o życiu pod błękitnym niebem, tropikalnymi palmami, gdzie zawsze świeci słońce, ludzie tańczą na ulicach, a lokalne trunki leją się strumieniami. Czyż przeprowadzka do kraju, który to wszystko oferuje, nie oznacza poprawy jakości ich życia? Jeśli te wizje się ziszczą - oznacza jak najbardziej.
Niemniej powody najczęstsze są inne - ekonomiczne.
Znów przywołam przykład z mojego najbliższego otoczenia. Niedługo po tym, jak się urodziłam, pod koniec lat siedemdziesiątych, mój tata wyjechał do Niemiec. Jego kolega z pracy miał tam rodzinę. Były to dzieci ludzi, którzy po II wojnie światowej zostali w Polsce. Choć tu się urodzili się i mówili po polsku, niemieckie nazwisko stanowiło dla nich pewnego rodzaju piętno. Uciekając przed szykanami ze strony sąsiadów, przenieśli się do Niemiec. Kolega taty Edek zadzwonił do nich, pogadał i zgodzili się ich przyjąć - w tamtym czasie bowiem do RFN można było pojechać albo na zaproszenie, albo turystycznie. Żeby wyjechać na zaproszenie, musiała się zgodzić polska ambasada w Niemczech i niemiecka ambasada w Polsce.
Jurek, czyli mój tata, z Edkiem wsiedli do pociągu i pojechali. Wysiedli we Frankfurcie nad Menem, a ojcu mózg prawie eksplodował: "Córcia, jak ja zobaczyłem te samochody, wystawy sklepowe i kolorowe czasopisma, to nie wiedziałem, gdzie oczy podziać". Rodzina Edka przyjęła ich wspaniale. Do tego zgodziła się skłamać, że tata też jest ich krewnym, by obaj panowie dostali pozwolenie na pracę. Wtedy bowiem wystarczyło, że obywatel niemiecki potwierdził, że łączy go z przyjeżdżającym niewielki stopień pokrewieństwa, i już Polacy mogli legalnie i bezterminowo pracować na terenie całej RFN.
Tata z Edkiem pracowali więc dla największej firmy budowlanej w Düsseldorfie. Przygotowywali transport materiałów budowlanych. W sumie tata mieszkał w Niemczech przez dwa i pół roku. Czy chciał zostać? Jasne! Namawiał moją mamę, żeby się przeprowadziła, ale nie chciała. Była zbyt przywiązana do rodziny w Polsce, nie znała języka, bała się zaczynać wszystkiego od nowa. Być może tata siedziałby "w Reichu" dłużej, ale w Polsce nagle ogłoszono stan wojenny. Opowiadał mi potem: "To był chyba trzeci dzień stanu wojennego, w niemieckiej telewizji pokazywali czołgi na ulicach. Ja się tak przestraszyłem, że już was nigdy nie zobaczę, że się spakowałem i wróciłem. Na granicy z NRD pogranicznik pukał się w głowę i mówił do mnie po polsku: człowieku, nie jedź, zawróć, tam cię już nic dobrego nie czeka. A ja jechałem do was kupionym w Niemczech fordem wypakowanym po sufit zachodnimi frykasami. Jak przyjechałam, to wypakowaliśmy je w pokoju na podłogę, a ty siedziałaś i oglądałaś te szampony i czekolady ze trzy godziny. Aż w końcu zasnęłaś wykończona". Nie pamiętam tego wprawdzie - ale pewnie tak było. Ojciec z Niemiec przywiózł więc samochód, zakupy i około 6 tysięcy marek. Nigdy więcej tam nie pojechał.
Założę się, że każde z Was zna kogoś, kto wyjechał za chlebem. Czy pytaliście kiedyś tych ludzi, czy są zadowoleni? Czy wszystko poszło zgodnie z planem? Czy emigracja zarobkowa spełniła ich oczekiwania? Czy tam jest im lepiej, niż było tu? Czy mają więcej? Czy zdobyli to łatwiej? Czy nie żałują? Czy są szczęśliwi?
Ja to ostatnie pytanie zadaję Magdzie. Magda ma 52 lata i od 13 lat mieszka z mężem i dziećmi w Walii. Jestem w kompletnym szoku, kiedy bez zastanowienia i zawahania odpowiada: "Nie". Rozmawiamy od ponad godziny, mówi mi o domu, który kupili na kredyt, o wędzarni, którą mąż sobie zmajstrował na podwórku, o dostatnim życiu, jakie wiodą, więc takiej puenty kompletnie się nie spodziewam: "Nie, nie jestem szczęśliwa. Jestem daleko od domu. Walia to nie jest mój dom. Brakuje mi rodziny. Jestem wściekła na nasz rząd, który właściwie wygnał mnie z mojego kraju. Ja nie chciałam wyjeżdżać, ja musiałam. Myślisz, że chciałam sprzątać? Ja miałam wykształcenie". Magda w Polsce trenowała chód sportowy, ale niestety nie było z tego pieniędzy. Studiowała marketing i zarządzanie. Pracowała w Telekomunikacji Polskiej, lecz kiedy firmę sprywatyzowano i warunki się pogorszyły, musiała odejść. Była zdesperowana i bez pracy. Słabo mówiła po angielsku, jednak kiedy w internecie znalazła ogłoszenie o pracy na zmywaku w Walii, postanowiła spróbować. Wyjechała najpierw sama. Mąż i córki zostali w Polsce. Umówili się, że jeśli po roku będzie wszystko okej, to do niej dołączą. Gdy Magda po roku chciała ściągnąć rodzinę, jej najstarsza, osiemnastoletnia już wówczas córka odmówiła przyjazdu. Była do tego wściekła, rozżalona i przez rok nie odzywała się potem do rodziców. Magda wspomina, że był to bardzo trudny czas. Ale potem córka przyleciała na wakacje, podczas których zarabiała w restauracji jako kelnerka pięć funtów na godzinę. Kiedy wróciła do Polski i na takim samym stanowisku zaproponowano jej pięć złotych za godzinę, zrozumiała, dlaczego rodzice podjęli decyzję o emigracji. "Gdyby rząd w Polsce dał ludziom to, co daje rząd w Walii, to wszyscy by wrócili natychmiast. My wrócimy na emeryturę" - dodaje Magda. Teraz pracuje w hospicjum dla dzieci, a mąż sprząta w szpitalu. Oboje mówią, że to dobra, stabilna praca w budżetówce. "Każdy na taką poluje, nam się udało" - wtrąca mąż. Dom kupili na kredyt, kiedy oboje byli już pod pięćdziesiątkę. "Myślisz, że w Polsce w moim wieku dostałabym kredyt na dom?" - pyta mnie Magda ze smutnym uśmiechem. Po rozmowie z ciekawości sprawdzam własną zdolność kredytową na dom o wartości podobnej do tego, który kupili oni. Rzeczywiście, można by tylko pomarzyć - a jestem od nich o prawie dziesięć lat młodsza.
Trzydziestodziewięcioletnia Wiola wyjechała do Niemiec, gdy miała 18 lat. Kiedy była siedmioletnią dziewczynką, jej mama pojechała tam do pracy. Wychowywali ją w Polsce tata, ciotki i babcia. "Jak mama przyjeżdżała, to przywoziła fajne prezenty. Zawsze miałam dzięki jej pracy w Niemczech lepsze zabawki, ciuchy i słodycze niż rówieśnicy". Wiola przyznaje też jednak, że sporadyczny kontakt z mamą odbił się na jej zdrowiu psychicznym. A przysyłane prezenty z paczek podbierały jej kuzynki. Jeśli na przykład dostała dwie czapki, babcia jedną zawsze kazała oddać. "To była chyba swego rodzaju opłata za moje wychowanie" - mówi. Gdy pierwszy raz odwiedziła mamę, była przerażona: przytłoczył ją wielki świat, nic nie rozumiała, chciała jak najszybciej wracać do domu. Równocześnie zazdrościła mamie, podziwiała ją i też chciała skosztować tego, jak to mówi, "zachodniego chleba". Gdy dorosła, spakowali się więc z chłopakiem i pojechali do mamy. Chłopak jest dzisiaj jej mężem. Oboje przyznają, że kiedyś w Niemczech było lepiej, a teraz poziom życia w Polsce i w Niemczech się wyrównał, może nawet w Polsce jest lepiej. Wiola mówi: "Niemcy zatrzymały się w rozwoju, a Polska się rozwija. Nawet w domach Polaków tutaj widać, że mają lepsze sprzęty niż Niemcy, nowocześniejsze meble. Niemcy potrafią mieć rozlatującą się kanapę w salonie przez lata. Ale to chyba dlatego, że oni wolą mieć kasę na koncie niż nową kanapę, są oszczędni".
Magda (46 lat) i Grzesiek (42 lata) od piętnastu lat mieszkają w Danii. W Polsce mieli stabilną, ale nudną pracę, oboje pracowali w salonie operatora sieci komórkowej: "Wiesz, pewnie cały czas byśmy mieli tę robotę, no chyba że nagle zaczęlibyśmy przychodzić pijani albo kraść ołówki" - śmieją się. Wtedy jednak nie było im do śmiechu, nudzili się i chcieli od życia więcej. Grzesiek myślał o Holandii, bo wszyscy mu mówili o dobrych warunkach pracy dla Polaków, ale koleżanka powiedziała im o ofercie z Danii. Decyzja wraz z wyjazdem zajęły im tydzień. Była tam praca dla Grześka - roznoszenie gazet w nocy. Rzucili więc pracę w Polsce, spakowali życie w renault twingo, dopakowali jedenastomiesięcznego synka Borysa. Magda wspomina, że kiedy na granicy polsko-niemieckiej sprawdzano im dokumenty, dostała ataku paniki. "Nagle dotarło do mnie, co zrobiliśmy, i byłam przerażona".
Grzesiek zaczął pracować od razu, Magda po tygodniu znalazła pracę w rzeźni. Sprzątała. "Płakałam za każdym razem, jak tam jechałam, pot lał się ze mnie ciurkiem. A jak Grzesiek mnie pierwszy raz tam zastąpił, to wrócił do domu, uklęknął, pocałował mnie w rękę i powiedział: jesteś wielka. On pracował w nocy, a w dzień pilnował Borysa, który miał wtedy roczek. Czyli spał tak średnio godzinę na dobę". Pierwsze dwa lata były dla Magdy koszmarem: "Sądzę, że miałam wtedy depresję. Ale kiedyś usiadłam na spokojnie i się zastanowiłam: czy ja chcę dla moich dzieci przyszłości w Polsce? Czy ja chcę, żeby moja córka musiała kiedyś urodzić dziecko z gwałtu? No i jakoś się pozbierałam". Dzieciaki mają teraz 12 i 16 lat.
Pieniądze pieniędzmi, ale emigracja może też uratować małżeństwo, a nawet całą rodzinę przed rozpadem. Agata (44 lata) miała w Polsce swój biznes, była groomerką psów. Mąż zaś pracował jako lekarz na pogotowiu. Tak dużo, że dom traktował jak hotel. I tak mijały lata, w międzyczasie pojawiło się troje dzieci. Pewnego roku udało im się wygospodarować wspólny czas i pojechać na wakacje do Egiptu. Agata rano szykowała dzieci do wyjścia na plażę. Kiedy już się zebrali i trzasnęły za nimi drzwi od pokoju, przyszło jej do głowy, że chyba czegoś zapomniała zabrać. Wtedy jej zdezorientowana córka krzyknęła: "Mamo, zostawiłyśmy w pokoju tatę!". To był moment, w którym zdali sobie sprawę, że ich rodzina jest na skraju rozpadu, a oni tego nie chcą. Ponieważ mąż był anglojęzyczny, zaczęli szukać pracy za granicą. W 2009 roku mieli ofertę z Omanu, lecz Agata miała obawy przed zabraniem trzech córek do kraju muzułmańskiego. Znalazła się za to dobra oferta z Irlandii. Od momentu jej przyjęcia do wyjazdu minęło siedem miesięcy. Sprzedali dom, pozałatwiali formalności i wypłynęli na nieznane wody.
Na lotnisku we Wrocławiu Agata płakała jak dziecko, lecz oboje wiedzieli, że muszą to zrobić dla ratowania rodziny. Kiedy rozmawiam z nimi online, są na wakacjach w jakimś ciepłym miejscu. Agata siedzi na balkonie, mąż czasem coś dopowiada "zza kadru". Zupełnie nie przypominają rodziny sprzed lat, o której mi przed chwilą opowiedzieli. Dzisiaj mąż Agaty prowadzi ze wspólnikiem przychodnię 40 kilometrów od Dublina, a ona jest wykwalifikowaną techniczką księgowości po ośmiu różnych egzaminach i pracuje w zawodzie w dużej korporacji. Pracuje też w charakterze wolontariuszki jako nauczycielka w szkole dla Irlandczyków, którzy nie umieją pisać ani czytać, a takich jest całkiem sporo.
Jeszcze inną historię ma Jacek (59 lat). Świetnie nauczył się w szkole angielskiego i skończył w Sopocie kurs dla krupierów, więc kiedy pojawiła się okazja, by załapać się do pracy na statku wycieczkowym, nie wahał się. "Pamiętam dokładnie, że wyleciałem do Miami 28 października 1992 roku. Pierwszy raz w życiu leciałem samolotem". Na jednym ze statków, na których pracował, w kasynie poznał dziewczynę. "Statek nazywał się Explorer of the Seas, ona była zatrudniona w sklepie z biżuterią" - wspomina z rozrzewnieniem i dodaje, że pochodziła z Trynidadu. "Jak Polak podrywa Trynidadkę?" - pytam Jacka. "Jak każdą - odpowiada. - Ja nigdy nie byłem nieśmiały. Zawsze miałem bajerę, urzekły mnie jej duże brązowe oczy, od początku wiedziałem, że to ta jedyna". Rzeczywiście, Jacek ma dzisiaj 59 lat i wciąż jest z Simone, którą poznał na statku. Mieszkają w Trynidadzie. Powód takiej decyzji był prosty: on znał angielski, ona nie znała polskiego, uznali, że Jacek szybciej odnajdzie się na Karaibach niż Simone w Polsce. Rozmawiając z nimi, widzę, jak wciąż między nimi iskrzy, jak się ciągle razem śmieją, przytulają, trzymają za ręce. Myślę sobie: podjęli jedyną właściwą decyzję, ta miłość była im pisana. Niestety wiem także, że nie każda miłosna historia emigracyjna ma happy end.