Tropikalna kraina Shangri-La
Nigdy nie dotarłabym do Ameryki Centralnej, gdybym w 2007 roku nie wyruszyła samochodem w podróż po Europie. Kraków pożegnałam we wrześniu, a dopiero w grudniu dotarłam do Grecji. Nocowałam u poznanych po drodze ludzi. Któregoś dnia, gdzieś w Chorwacji, zadzwoniła mama i powiedziała, że według babci Jasi możemy być Żydami. Babcia przeczytała książkę o wspólnocie żydowskiej w Chorzelach, gdzie się urodziła, i kobiety ze zdjęć wydały jej się bardzo do niej podobne. Całe życie zastanawiała się, skąd ma czarne włosy i ciemną karnację. Poza tym matka jej ojca nie została pochowana na cmentarzu katolickim.
- Nic pewnego, ale mamy trop. Szkoda, że cię nie ma, bo rodzina jest wzburzona. Mogłabyś ostudzić atmosferę. Gdy na niedzielnym obiedzie powiedziałam o możliwości istnienia żydowskich przodków, jeden z twoich kuzynów się obruszył: "Wszystkim mogę być, ale nie Żydem! Dziękuję bardzo!" - relacjonowała mi przez telefon mama.
Marzyła mi się żydowska prababcia. Moja prababcia Jadzia przemycała przez granicę polsko-rosyjską futra i diamenty, ale długo wyobrażałam sobie, że gdyby okazała się Żydówką, byłoby jeszcze ciekawiej. To był nastoletni romantyzm. Zawsze lubiłam stawiać się w opozycji do grupy większościowej. Jak mój tata ateista, który kiedyś, tuż przed modlitwą wigilijną, spytał naszą katolicką rodzinę, co sądzi o adopcji dzieci przez homoseksualistów. Lubiłam przemieszczać się po peryferiach. Byłam ciekawa, co dzieje się na styku dwóch światów. Wszędzie szukałam śladów mniejszości. W Słowenii najchętniej rozmawiałam z Włochami. W Kosowie i Czarnogórze z Romami. W Bośni najlepiej czułam się w Sarajewie, gdzie obok meczetu znajdują się cerkiew, synagoga i kościół katolicki.
W greckich Salonikach poznałam starsze żydowskie małżeństwo - Marie i Miko Alvów. Czytali mi Torę w ladino, zabrali na nabożeństwo i na cmentarz. To od Marie, która w 1944 roku, mając dwanaście lat, uciekała przed Niemcami dziurawą barką do Izmiru, dowiedziałam się o istnieniu Żydów sefardyjskich w obu Amerykach i na Karaibach. To ona jako pierwsza wspomniała o polacos. Słyszała, że przed wojna? w Kostaryce osiedliło się duz?o polskich Z?ydo?w. Nie wiedziała nic więcej.
"Costa Rica zapełnia się wędrownymi handlarzami polskimi ze szkodą dla handlu narodowego i w towarzystwie kobiet niepewnego zachowania" - przeczytałam rok później w książce o Polonii w Ameryce Południowej. Zdanie to zawarte było w liście z 1931 roku od Teodora Picada Michalskiego, piłsudczyka, a zarazem kostarykańskiego polityka, do polskiego ambasadora w Waszyngtonie. Skąd w Ameryce Centralnej wzięli się polscy kupcy? Chciałam to sprawdzić. Z niewielkiego pliku dokumentów w Archiwum Państwowym w Warszawie wywnioskowałam, że byli Żydami, nie znalazłam jednak na ten temat ani jednej książki. Byłam wtedy na studiach magisterskich na kierunku stosunki etniczne i migracje międzynarodowe na Uniwersytecie Jagiellońskim, więc zaaplikowałam o stypendium Sylff (The Ryoichi Sasakawa Young Leaders Fellowship Fund), by móc rozpocząć badania w Kostaryce. Skontaktowałam się z Sabiną Cukierman, która prowadziła w Kostaryce hotel. Informacje o niej znalazłam na forum czasopisma "Plotkies" wydawanego przez Reunion'68 - stowarzyszenie polskich Żydów emigrantów. Sabina napisała do mnie: "Mieszkam w Kostaryce od dziesięciu lat i mam niewiele wspólnego z polskimi Żydami w tym kraju. Opuściłam Polskę po 73-ym roku i spędziłam prawie 25 lat w Kanadzie. Ale... kiedy mieliśmy tutaj polską ambasadę (zlikwidowaną pod koniec 2008 roku), poznałam wielu polskich Żydów, to w większości raczej starsi ludzie, którzy sami byli emigrantami z Polski i garnęli się do języka i kultury. Nie wiem, czy wiesz, że żył w Kostaryce (niestety nie pamiętam nazwiska) człowiek, który powiadomił świat o masakrze w Jedwabnem. Nie wiem, czy ma potomstwo. Umarł przed moim przyjazdem do Kostaryki. Nie wiem, czy Ci mogę pomóc, ale jeżeli myślisz, że tak, to chętnie się wciągnę. Daj znać. Sabina".
Sięgnęłam do My z Jedwabnego Anny Bikont. W 2001 roku wybrała się do Kostaryki, by poznać rodzinę Szmula Wasersztejna. To na podstawie jego świadectwa, sądowych akt z powojennego procesu i wspomnień z Jedwabieńskiej księgi pamięci Jan Tomasz Gross napisał Sąsiadów.
"W drodze powrotnej opowiadam taksówkarzowi - pisze Bikont - że przyjechałam z Polski, bo o jednym Żydzie z Kostaryki jest u nas głośno. Przytakuje z dumą, jakby chodziło o bogactwo naturalne.
- O tak, my tu mamy wielu znanych Żydów: minister transportu, kultury i kandydat na wiceprezydenta.
- Podobnie jak mój ojciec, dziewięćdziesiąt procent kostarykańskich Żydów pochodzi z Polski - opowiadał nam dzisiaj Izaak [syn Szmula Wasersztejna]. - Największa imigracja była w 1931 roku, druga fala w 1945 roku. Żydzi odgrywają tu znaczącą rolę w polityce. Byliśmy pierwszym państwem, które uznało, że Jerozolima jest stolicą Izraela. [...]
Znajduję zdanie w pamiętniku Wasersztejna: "Nazywali mnie w interesach 'Polacos', ale to nie było ani gorzej, ani lepiej, bo Kostarykanom nie robi to różnicy, kim się jest"".
Po kilku miesiącach, w październiku 2009 roku, znalazłam się w samolocie do Kostaryki. Dostałam stypendium na cały rok akademicki. W fioletową walizkę spakowałam dwa stroje kąpielowe, cztery koszulki oraz parę spodni i ruszyłam w drogę z przesiadką w Nowym Jorku, gdzie miałam nocleg u przyjaciółki na Manhattanie. W książkach i przewodnikach wyczytałam, że Kostaryka to niewielkie państwo położone w Ameryce Centralnej. Wielu myli je z "Korsyką", ale to nie wyspa. Na południu Panama, na północy Nikaragua. To "Szwajcaria Ameryki Centralnej", "tropikalna Shangri-La". Wielokrotnie uznawano ją za najszczęśliwszy kraj na ziemi. Od 1949 roku Kostaryka nie ma armii, więc wszystkie pieniądze inwestuje w edukację, zdrowie i emerytury. To oaza demokracji na kontynencie dyktatur i krwawych rewolucji. Po kilku dniach w Nowym Jorku wsiadłam do żółtej taksówki. Kierowca z Barbadosu, myśląc, że jestem gwiazdą rocka z Europy Wschodniej, zaproponował mi małżeństwo, ale odmówiłam, tłumacząc, że najpierw muszę się dowiedzieć, skąd polscy Żydzi wzięli się w Kostaryce.
- A czy wiesz, że na Barbadosie też mamy Żydów?
Pomyślałam, że jeszcze nikt mnie w ten sposób nie podrywał.
- Ponoć kiedyś byli piratami, teraz zostało ich niewielu.
Na lotnisku od razu to sprawdziłam. Na stronie o karaibskich Żydach przeczytałam, że w 1931 roku na Barbados dotarł przez przypadek Mosze Altman z Lublina. Płynął do Wenezueli, ale jego statek zakotwiczył na karaibskiej wyspie, która wydała mu się tak urokliwa, że postanowił zostać. Zajął się handlem obwoźnym, sprowadził na Barbados kilkadziesiąt rodzin z Polski przed wojną i po wojnie. Rodzina Altmana wciąż mieszka na wyspie.
Po wylądowaniu w Kostaryce celnik wręczył mi kolorową ulotkę z rysunkiem małpki: "Welcome to Costa Rica! [Witamy w Kostaryce!] Punkt pierwszy: zawsze zamykaj samochód, nawet od wewnątrz. Punkt drugi: jeśli złapiesz gumę albo ktoś powie, byś zjechał na pobocze lub będziesz śledzony, nie zatrzymuj się. Poszukaj najbliższego komisariatu policji albo tłocznego supermarketu. Punkt trzeci: jeśli musisz skonsultować mapę, zrób to w ustronnym miejscu albo poproś o pomoc policjanta. Nie rób tego przy obcych". Czy na pewno wylądowałam w Szwajcarii Ameryki Centralnej? Przez miesiąc pomieszkiwałam u znajomych Kostarykanów, najpierw u Lisette, a potem u Mario, w którego domu czułam się jak na planie filmu Almodóvara - każda ściana wymalowana była na inny kolor: blady róż, papaja, kakao. W pierwszym tygodniu pobytu załapałam się nawet na kostarykańskie święto Halloween, obchodzone zupełnie jak w Stanach Zjednoczonych, i dzięki temu już wiedziałam, że ticos chcą, by wszystko tu było takie jak tam. Duże domy dekorują zagranicznymi meblami, dzieci wysyłają do prywatnych szkół, a ryż z fasolą zastępują zimnym mlekiem z płatkami, mimo deklarowanej nienawiści do gringos, których absolutnie nie można nazwać "Amerykanami". Byłoby to obraźliwe dla wszystkich mieszkańców Ameryki Centralnej i Południowej.
Lisette uczyła mnie, jak się poruszać po San José: nigdy po zmroku, nigdy sama, nigdy skrótem przez park. Doradziła mi nie brać portfela, a kilka banknotów schować do skarpetki. Nie rozmawiać przez telefon na ulicy, plecak nosić z przodu. Ignorowałam jej zalecenia, dopóki nie zostałam okradziona. Dwa tygodnie po przyjeździe spacerowałam w parku po zmroku. W pewnej chwili usłyszałam tuż za mną szybkie kroki. Młody, sięgający mi do brody chłopak kazał mi się zatrzymać i oddać mu całą zawartość torby. Popatrzyłam na niego nieprzytomnie i odpowiedziałam łamanym hiszpańskim, że to niemożliwe. Mam tam wszystko - przekonywałam go nieporadnie. Dyktafon, pieniądze i komputer. Był zbity z tropu. Podrapał się po głowie, a ja szybko dodałam, że za to mogę mu dać dwadzieścia dolarów. Skinął, wziął banknot i wrócił do parku. Cała się trzęsłam. Od tej pory chodziłam po mieście bez bagażu albo jeździłam taksówkami. Niedługo potem kupiłam czarnego isuzu troopera, stary terenowy samochód, którym od razu udałam się do Sabiny Cukierman. Chciałam mieszkać z dala od miasta, bo w San José wszyscy chowali się za drutami kolczastymi i kratami w oknach. W obawie przed złodziejami ticos wynajmują drogie mieszkania w rezydencjach jak z amerykańskich seriali, z monitoringiem i strażnikiem, który przeszukuje bagażniki ich gości.
Hotel Sabiny znajduje się w Hatillo, dwieście kilometrów od San José. Najbliższym "miastem" jest Dominical. Ma około siedmiuset mieszkańców. To najbardziej upalne i wilgotne miejsce w Kostaryce. Wcześnie rano, zanim z łóżek zwleką się pierwsi surferzy, przypomina zakurzone kowbojskie osady. Bar, szeryf i kilka drewnianych, walących się domów. Wieczorami zamienia się w hipsterskie centrum rozrywki: z głośników wegańskiej restauracji Mono Congo gra muzyka reggae, w barze Tortilla Flats siedzą amerykańscy surferzy, piją świeże soki z mango i jedzą placki z platanów. Jedyna, niewyasfaltowana droga prowadzi przez miasteczko na plażę. Czarny, palący w stopy piasek przykleja się do skóry, a zmieszany z solą morską szczypie. Nie zmywa go nawet silny strumień wody spod prysznica.
Pierwsze kilka dni mieszkałam u Sabiny, w Albergue Alma de Hatillo, przytulnym hotelu w głębi lądu. Sabina przyjechała tu w 1999 roku. Był to, jak wspomina, czas na zmianę życia. Do Kanady dostała się w 1975 roku z Wrocławia, a urodziła się w 1945 roku w Uzbekistanie. W wieku trzydziestu lat już nie czuła, by miała cokolwiek do zrobienia w Polsce. Pracowała jako inżynier elektryk w fabryce w Oświęcimiu, gdzie znajdowały się jeszcze puszki z niemieckim napisem "Zyklon B". Jako dziecko prosiła mamę, by uszyła jej białą sukienkę, bo chciała iść w procesji, rzucać kwiatki i śpiewać wraz z koleżankami: "Święty, Święty, Pan Bóg Zaklęty!". Mama zwlekała, aż pewnego dnia oznajmiła córce, że to niemożliwe, bo jest Żydówką. Więcej o tym nie rozmawiały. Zresztą Sabina już się tego domyślała. Pewien siedmiolatek, najśliczniejszy chłopiec w piaskownicy, gdy jako czterolatka zalotnie klepnęła go po ramieniu łopatką do piasku, syknął jej do ucha: "Odwal się, Żydówo". Innym razem, w pierwszą noc na kolonii, do pokoju weszła opiekunka i gasząc światło, powiedziała: "To teraz, dziewczynki, zmówcie paciorek i idźcie spać". Nie wiedząc, co to paciorek, zaczęła powtarzać: "Paciorek, paciorek, paciorek...", aż usnęła.
W Polsce zawsze marzyła, by mieć balkon.
- We Wrocławiu po wojnie mieszkałam z rodzicami w poniemieckim budynku, z jednym skrzydłem urwanym podczas oblężenia miasta. Po jego odbudowaniu zameldowano tam rodzinę, która, by dojść do swojego lokum, musiała przechodzić przez nasze. Było ciasno. W Toronto czułam się nieswojo. Nie chciałam tak żyć: praca, zatłoczone metro i zakupy w ogromnych sklepach, gdzie niby było wszystko, ale dla duszy nic. Brakowało mi kontaktu z naturą - opowiadała mi.
W Kostaryce, po trzech miesiącach pobytu, szła przez dżunglę do domu. Dywan wysokiej trawy o soczystym, zielonym kolorze porastał wzgórze jej posiadłości. W dali widziała las namorzynowy, wijące się niczym węże szare, poskręcane drzewa. Sabina poczuła wtedy, że znalazła swoje miejsce na ziemi. Wreszcie miała balkon: dziesięć hektarów tarasu z widokiem na ocean.
Sabina pokazała mi ze swojego tarasu gęste, niskie bananowce, a także pejibaye, czyli tak zwane palmy brzoskwiniowe, które są wyższe od kokosowych, ich liście bardziej puszyste, a pod korą kryje się palmito, serce palmy.
- Powąchaj - powiedziała, podtykając mi pod nos kilka małych, wąskich listków. Pachniały jak goździk, ale to był cynamon.
Zastanawiałam się, czy w latach trzydziestych polscy Żydzi, tak jak ja teraz, pobierali lekcje o przyrodzie. Sabina się zaśmiała.
- Musieli coś jeść, więc pewnie szybko nauczyli się odróżniać platany od bananów.
Kobiety podglądały sąsiadki gotujące ryż i czarną fasolę, ziemniaków i kapusty nie było. Więcej nie potrzebowali wiedzieć, przecież przyjechali tu, żeby żyć i prowadzić biznes, a nie uczyć się o drzewach cynamonowych!
Sabina pomogła mi wynająć dom w Dominical, chatkę krytą blachą bez szyb w oknach. Czynsz wynosił dwieście pięćdziesiąt dolarów miesięcznie. Dopiero później dowiedziałam się, dlaczego nie zostałam okradziona jak wszyscy gringos w okolicach: właściciel był związany z lokalną siecią dilerów narkotykowych. Poszedł siedzieć, bo uciął komuś głowę maczetą. Wydarzyło się to kilka dni przed moim powrotem do Europy, w maju 2010 roku.
Dom leżał nad wartką rzeką Barú, która trzy kilometry dalej uchodzi do Pacyfiku. Codziennie wraz ze wschodem słońca obserwowałam z łóżka jej sploty. Zamiast ścian na poddaszu domu były ogromne moskitiery, niewiele więc dzieliło mnie od dżungli. Czasem przez dziury w pajęczym materiale wpadały błękitne kolibry, wtedy wspinałam się po drewnianej konstrukcji domu i starałam się je łapać. Szamotały się w zamkniętych dłoniach, a potem uciekały przerażone w stronę rzeki. Za radą dzieci z wioski, które śmieszył mój brak znajomości ich świata, w łazience suszyłam czerwone kwiaty. Nietoperze nie znoszą ich zapachu. Mimo to za każdym razem zakradałam się do toalety niczym szpieg, szukając zwisających z prysznica brązowych, włochatych stworzonek albo nienaturalnie dużych koników polnych, które lubiły przysiąść na desce klozetowej, lub pokrytych czarnym futerkiem pająków wielkości pięści. W nocy robiło się tak ciemno, że chodziłam po domu ze świeczką, a że mam dużą wadę wzroku, bez soczewek wszystko było nieostre, znacznie większe i straszniejsze. Sąsiedzi opowiadali mi o nietoperzach wampirach, a potem śniłam, że w nocy przegryzają moskitierę. Budziłam się przerażona i zaczynałam nasłuchiwać dżungli, która huczała i dudniła, coś w niej wrzeszczało i zawodziło. Ale powoli wschodziło słońce i lepka, granatowa noc chowała się pod leśną ściółkę, a ja zaczynałam oddychać spokojniej.
Po kilku tygodniach w Dominical znalazłam pracę jako kelnerka w lokalnej restauracji San Clemente Bar and Grill. Uczyłam się intensywnie języka hiszpańskiego. Przez znajomość portugalskiego sporo rozumiałam, ale nie potrafiłam jeszcze swobodnie prowadzić rozmowy. Do San José wróciłam na początku grudnia, jak tylko dostałam zgodę od Guity Grynspan, ówczesnej dyrektorki Centro Israelita Sionista de Costa Rica, na zwiedzenie synagogi, muzeum żydowskiego, a także przeprowadzenie rozmowy z Randallem, jego kustoszem. Kostarykańskie centrum wspólnoty żydowskiej to ogromny betonowy budynek zaprojektowany przez Susanę Weisleder, architektkę z Wenezueli. Kontrola przed wejściem trwała kilkadziesiąt minut. Strażnicy patrzyli podejrzliwie na mój paszport, dyktafon i aparat. Rabin nie miał czasu ze mną rozmawiać, a potrzebna była jego zgoda, bym mogła się spotkać z najstarszymi członkami wspólnoty, którzy każde popołudnie spędzają w Corona de Oro, domu opieki za synagogą. Przychodziłam więc do Centro Israelita codziennie i pytałam o rabina, ale nie udało mi się z nim umówić. Któregoś dnia, gdy po raz kolejny krążyłam po muzeum, Randall przedstawił mnie niewysokiej, starszej pani.
- Ja też jestem z Polski! - ucieszyła się na mój widok. - Blauowa! - dygnęła żartobliwie i wręczyła mi wizytówkę: Guita Weinstock de Blau. - Mój mąż był z Krakowa! Proszę przyjść do mnie do domu, wszystko pani opowiem i dam telefony do osób pamiętających jeszcze lata trzydzieste. Rabin już niepotrzebny! - zaświergotała.
Spędziłam u Guity wiele godzin na rozmowach, nocowałam w jej pokoju gościnnym i jadłam gołąbki podczas szabatu. Guita pomogła mi opracować listę osób, z którymi przez pół roku prowadziłam wywiady. W sumie spotkałam się z trzydziestoma osobami, z kilkunastoma wielokrotnie. Guita zerkała do swojego czarnego kalendarza, dyktowała numery telefonów i wtrącała parę słów komentarza:
- Enrique Boruchowich[1], niestety w stanie wegetatywnym, niczego się nie dowiesz. Dora de Lustig, alzheimer, wszystko jej się poplątało. Moises Rochwerger, alzheimer. Gue?a... chyba nie żyje, nie pamiętam już, czy to był jej pogrzeb, na którym byłam w zeszłym tygodniu.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.