ROZDZIAŁ 1
Tańcząc na skorupkach jajek
Chcecie założyć państwo bez przelewu krwi? A gdzie to widziano, kiedy? Bez przemocy i bez podstępu, po prostu kupując i sprzedając udziały?" - pisał do Teodora Herzla kilka lat po I Kongresie Syjonistycznym socjolog Ludwik Gumplowicz. W budynku kasyna w szwajcarskiej Bazylei zgromadziło się 29 sierpnia 1897 roku ponad dwustu entuzjastów, którzy uwierzyli w wizję odbudowy państwa żydowskiego w Ziemi Obiecanej. Wyłożył ją rok wcześniej żydowski dziennikarz wiedeńskiej "Neue Freie Presse" Teodor Herzl w niewielkiej książeczce Der Judenstaat. Zebrani w Bazylei w przyjętej uchwale postulowali utworzenie Agencji Żydowskiej zamiast postulowanego pierwotnie przez Herzla Towarzystwa Żydowskiego, w którym Żydzi wykupywać mieli udziały; nie starczyło na to pieniędzy. Zająć się ona miała koordynowaniem działań na rzecz utworzenia w Palestynie żydowskiego "ogniska narodowego" (Heimstätte); terminu "państwo" w rezolucji nie użyto, by nie drażnić sułtana, w skład ziem którego wchodziła Palestyna. Dla Gumplowicza, twórcy austriackiej socjologii, autora koncepcji głoszącej, że państwa powstają drogą podboju, i teoretyka "konfliktu ras", wizja Herzla była niewybaczalnie naiwna. Autor Der Judenstaat taką krytyką się jednak niezbyt przejmował. "Jeśli dziś chcemy założyć państwo, nie zrobimy tego w sposób, jaki tysiąc lat temu byłby jedyny możliwy - pisał Herzl w przedmowie do swojego dzieła. - Ci Żydzi, którzy zgadzają się z naszą koncepcją państwa, przystąpią do Towarzystwa, które tym samym będzie upoważnione, by konferować i negocjować z rządami w imieniu naszego narodu. Towarzystwo zostanie więc uznane w swych stosunkach z rządami jako czynnik państwowotwórczy. Uznanie to zaś praktycznie ustanowi państwo". Ot i wszystko.
Plakat syjonistyczny z początku XX wieku przedstawiający Teodora Herzla i sceny rodzajowe z Ziemi Izraela.
Gdybyż to tylko chciało być takie proste! W Europie było około 10 milionów Żydów, z czego trzy czwarte w Rosji i Galicji. Ogromna większość z nich, udręczona pogromami, dyskryminacją i nędzą, wyjechałaby stamtąd z radością. Ale dokąd? Wszak od prawie dwóch tysiącleci nie mieli swojego państwa, nie mogli "wrócić tam, skąd się wzięli". W historycznej ojczyźnie Żydów, zacofanej, nędznej i tak zapomnianej, że nawet nie była odrębną prowincją imperium otomańskiego, mieszkało około 400 tysięcy ludzi, w tym nie więcej niż 25 tysięcy Żydów. Ale wśród Żydów w diasporze byli i ludzie zamożni, chętni zapewne, by wspomóc rodaków, zaś narody państw, gdzie Żydzi mieszkali, niedwuznacznie dawały do zrozumienia, że chętnie by się tych współmieszkańców pozbyły. Słowem, utworzenie żydowskiego państwa w dawnej Palestynie byłoby - uważał Herzl - z korzyścią dla wszystkich. A skoro tak, to powinno powstać. A jak powinno, to powstanie. "W Bazylei - zapisał Herzl wkrótce po I Kongresie w swym dzienniku zdanie, które miało przejść do historii - założyłem państwo żydowskie. Gdybym powiedział to dziś na głos, zostałbym powszechnie wyśmiany. Być może za pięć lat, a na pewno za pięćdziesiąt, dostrzegą to wszyscy".
Akurat. Pięć lat później niewiele zostało z euforii I Kongresu; nie potwierdziło się żadne z oczekiwań Herzla. Reakcja opinii żydowskiej była dużo słabsza, niż się spodziewał. Wprawdzie na wiecach śpiewano mu z zachwytem, że jest "królem Izraela", ale jego domniemani poddani nie byli skłonni przenosić się do jego hipotetycznego królestwa ani nawet płacić składek. Gorzej: asymilujący się Żydzi Europy Zachodniej zwalczali syjonizm jako zagrożenie dla ich marzeń: jak mogą twierdzić, że są Niemcami, Francuzami czy Anglikami takimi jak inni, różniącymi się ewentualnie od swoich współobywateli jedynie wyznaniem, jeżeli syjoniści twierdzą, że Żydzi są odrębnym narodem, i dążą do zbudowania odrębnego państwa? Zaś na wschodzie kontynentu żydowska ortodoksja zwalczała syjonizm jako bezbożną herezję - przywrócenie królestwa Dawidowego miało wszak nastąpić dopiero po przyjściu Mesjasza. Ci Żydzi zaś, którzy ani nie chcieli pozostać ortodoksami, ani też się asymilować, swe nadzieje wiązali raczej z powstającymi partiami socjalistycznymi. Twierdziły one, że kwestię żydowską rozwiąże historia, a nie geografia, budowa socjalizmu, nie budowa państwa. Mesjanizm, świecki lub religijny, upatrywał w syjonizmie wroga.
Nie lepiej wiodło się Herzlowi z mocarstwami. Niemiecki cesarz Wilhelm, pod którego protektoratem Herzl chciał swój Judenstaat budować, zlekceważył syjonistycznego wizjonera. Za to orientacja na Niemcy zraziła do syjonizmu Francję: jeszcze w latach 60. XIX wieku można było w Paryżu usłyszeć głosy, że całe to przedsięwzięcie to niemiecki spisek. Zaś sułtan Abdul Hamid nie był, rzecz jasna, zainteresowany ograniczeniem suwerenności Wielkiej Porty na choćby skrawku i tak kurczącego się imperium. Niepokoiła go także perspektywa napływu do Palestyny rosyjskich Żydów, czyli w jego oczach po prostu Rosjan, infiltratorów z terytorium wrogiego i groźnego sąsiada.
Każdy bezstronny obserwator musiałby uznać, że Herzl, zmarły w 1904 roku, siedem lat po I Kongresie, zabrał ze sobą do grobu także i swe marzenie. Syjonizm wydawał się programem równie pozbawionym perspektyw, co wizje esperantystów. To już pacyfiści, głosiciele powszechnego rozbrojenia narodów, zdawali się mieć większe szanse. Ruch założony przez Herzla dołączył, zdawało się, do długiej listy naiwnych XIX-wiecznych utopii, gdzieś miedzy falansterami a krótkotrwałymi państewkami zakładanymi w koloniach przez awanturników. Pierwsi koloniści żydowscy nie czekali zaś na Herzla, by przybyć do Palestyny: schronili się tam, uciekając z Rosji po pogromach 1881 roku. Większość z czasem jednak powróciła do krajów pochodzenia lub wybrała dalszą emigrację, zrażona niezwykle ciężkimi warunkami życia. Ci, którzy pozostali, żyli w dwóch tuzinach izolowanych kolonii, z reguły na garnuszku paryskiego filantropa barona Rotszylda, przymierając często głodem. Inni marzyli w diasporze o asymilacji lub ucieczce za morze, do amerykańskiej goldene medina, nie do przyszłego Medinat Israel.
Ale w czterdzieści lat po śmierci Herzla i pół wieku po I Kongresie Syjonistycznym, dokładnie tak, jak przewidział, jego wizja stała się rzeczywistością, choć zupełnie nie tak, jak to sobie wyobrażał, i zupełnie inne czynniki kształtowały dalej losy Izraela. Proroctwo Herzla okazało się więc tylko częściowo prawdziwe. Twórca syjonizmu całkowicie nie przewidział, że to stosunki z Arabami, których istnienia niemal nie dostrzegał, okażą się decydujące dla przyszłości wyśnionego przezeń kraju. W tej - porażającej z dzisiejszego punktu widzenia - ślepocie nie był jednak sam. Nie tylko większość pierwszych przywódców syjonistycznych, ale w ogóle większość ludzi zainteresowanych problemem nie postrzegała Arabów jako gospodarzy ziemi, na której miało powstać żydowskie państwo - nawet jako podmiot polityczny, choćby i potencjalny. Było to zgodne z ówczesnym europejskim myśleniem o kolonialnych "tubylcach", zdolnych co najwyżej utrudniać dzieło kolonizacji, lecz ani nie władnych, ani nie uprawnionych, by wpływać na jego bieg. Jest rzeczą oczywistą, że ta ślepota nie znajduje dziś moralnego czy pragmatycznego usprawiedliwienia; trudno jednak wyobrazić sobie, jaką właściwie inną strategię mogli syjoniści przyjąć. Głosili hasło: "Ziemia bezludna dla ludu bez ziemi" - lecz gdzie właściwie mogliby znaleźć taką ziemię bezludną? Jeśli naród żydowski miał zbudować swoje państwo, to musiało się to - jak zawsze w historii, i Gumplowicz znowu miał rację - odbyć kosztem innego narodu. Innej opcji nie było. Na początku lat 30. XX wieku Arthur Koestler, jako dziennikarz berlińskiej prasy, towarzyszył niemieckiej wyprawie, która na sterowcu "Graf Zeppelin" badała z powietrza sowiecką Daleką Północ. Zaproponował, by jeśli znajdą dotychczas nieznaną i bezludną ziemię, zgłosić do niej roszczenia w imieniu żydowskiego ruchu narodowego. Organizatorzy wyprawy wyśmiali go, a potem całkiem już poważnie zabronili wysuwania tak prowokacyjnych pomysłów.
Trafnie natomiast przewidział Herzl, że powstanie państwa żydowskiego zależne będzie od stanowiska mocarstw - bo jak żaden inny kraj na świecie Izrael jest od niego uzależniony i zajmuje zarazem w polityce światowej pozycję całkowicie niewspółmierną do swego rzeczywistego znaczenia. W tym więc sensie podstawowy cel autora Der Judenstaat do dziś nie został osiągnięty: Izrael nie stał się państwem jak inne, a sytuacja Żydów, którzy w wizji twórcy syjonizmu mieli się stać po części zwykłymi obywatelami swego zwykłego państwa, po części zaś zwykłymi obywatelami innych państw, także daleka jest od normy. Nie zniknął też, jak przewidywał Herzl, antysemityzm. Przeciwnie: powstanie Izraela nie tylko nie położyło kresu jego istnieniu, które wywodził on z nienormalnej sytuacji diaspory, lecz dało wrogości wobec Żydów nowy impuls. Dziś bywają znienawidzeni nie dlatego, że nie mają swego państwa, lecz dlatego, że je mają - i stają w obliczu podobnych do tych sprzed stu lat dylematów. Herzl nie przewidział również tego, że Niemcy, w których upatrywał patrona syjonizmu, nie tylko nie podejmą się tej roli, lecz zrealizują próbę wymordowania narodu żydowskiego - i że zbrodnia ta, w której zginąć miał co trzeci Żyd na świecie, walnie się przyczyni do tego, że pozostałe mocarstwa udzielą przyzwolenia na jego powstanie.
Nie tylko sposób, w jaki Izrael w końcu powstał, lecz również i to, jaki powstał, dalece odbiegał od przewidywań założyciela syjonizmu. Na kongresie w Bazylei nie było ani jednego socjalisty i ani jednego rabina - ale to socjaliści Izrael zbudowali, a religia stała się jego cementem i jest dziś w Izraelu stale rosnącą i często destruktywną siłą. Na kongresie było jedynie siedemnaście delegatek, pozbawionych zresztą prawa głosu - ale kobiety odegrały w powstaniu Izraela rolę nie mniejszą niż mężczyźni. W takim bilansie niewielkie już znaczenie ma fakt, że w utopijnej powieści o przyszłym żydowskim państwie, Altneuland, którą Herzl opublikował w 1902 roku, w Izraelu językiem korespondencji jest niemiecki, choć mówi się raczej w jidysz (odrodzenia hebrajszczyzny Herzl, który nią nie władał, także nie przewidział), a Jerozolima przypomina Wiedeń, przeniesiony znad Dunaju w pobliże Jordanu. Chciałoby się, z litości dla legendy, pomiąć inne, równie z perspektywy czasu absurdalnie wyglądające jego przewidywania. Ale powieść Herzla, opisująca wyobrażoną podróż do Izraela w roku 1923, w dwadzieścia jeden lat po jej napisaniu pozostaje prorocza - tyle że w sensie negatywnym. Te przewidywania twórcy syjonizmu, które się nie spełniły, wskazują zarazem na nierozwiązane, ale kluczowe problemy żydowskiego państwa. W tym najważniejszy: stosunki z Arabami.
Herzl buduje swoją powieść wokół historii dwóch Europejczyków: wiedeńskiego żydowskiego intelektualisty Friedricha Löwenberga i jego przyjaciela, zamerykanizowanego junkra, którzy w 1902 roku w drodze na odległą wyspę na Pacyfiku zatrzymali się na krótko w Hajfie. Wyjeżdżali zdegustowani nędzą i zacofaniem tego prowincjonalnego tureckiego miasteczka, podobnie jak zdegustowany był sam Herzl po swej krótkiej i nieudanej wizycie w Ziemi Obiecanej, w której pragnął utworzyć państwo żydowskie. Po spędzeniu dwudziestu lat na wyspie Löwenberg z kolegą wracają do Europy ponownie przez Hajfę - i są zdumieni niesamowitym rozkwitem miasta i całego kraju, w którym w ciągu tych lat powstało niepodległe, demokratyczne i spółdzielcze państwo żydowskie, z równymi prawami dla wszystkich. Kraj jest wieloetniczny, lecz - zgodnie ze słowami jednej z głównych napotkanych postaci, żydowskiego kandydata na jego prezydenta Dawida Litwaka - "nie czynimy różnicy między człowiekiem a człowiekiem. Nie pytamy, do jakiej rasy czy religii należy". W takim społeczeństwie Arabowie, jak mówi jedyny napotkany przez podróżników Arab Raszid Bej: "Żydzi nas wzbogacili. Dlaczegóż mielibyśmy czuć do nich złość?". Jest tak dobrze, że państwo nie ma nawet armii.
Powstało ono zaś tak, jak Herzl sobie to zaplanował, po wykupieniu ziemi od sułtana, który pozostaje jego tytularnym suwerenem, jak król brytyjski w części państw Commonwealthu, ale żadni tureccy urzędnicy nie mają w nim władzy. Terytorialnie jest ono większe od dzisiejszego Izraela wraz z Zachodnim Brzegiem czy nawet Synajem: należy doń południowy Liban z Sydonem i Tylem, zaś Kuneitra na Golanie jest jedynie stacją na trasie elektrycznej kolei żelaznej do Stambułu, Wiednia i Berlina. Nowe państwo zawarło też traktaty z europejskimi mocarstwami nadające mu neutralny status, co stanowi skuteczną ochronę przed uwikłaniem w konflikty.
Przybysze znad Pacyfiku trafiają właśnie na kampanię wyborczą, w której wspomniany Dawid Litwak, syn wiedeńskiego domokrążcy, bez wysiłku pokonuje rabina Geyera, religijnego fanatyka, który głosił hasło Izraela tylko dla Żydów. Ale kwestie polityczne czy religijne są w kraju drugorzędne: liczy się przede wszystkim gospodarka, w której spółdzielcze rolnictwo, prekursor kibuców, współistnieje z prywatną przedsiębiorczością w przemyśle, źle widzianą w realnej historii socjalistycznego Izraela aż do rządów Beniamina Netanjahu. Kraj czerpie energię elektryczną z hydroelektrowni na - wciąż niezbudowanym - kanale łączącym Morze Śródziemne z Martwym, stąd elektryczne tramwaje jako najpopularniejszy środek transportu. Handlem, jak gdzie indziej w krajach Lewantu, zajmują się głównie Ormianie i Grecy.
Choć Jerozolima jest stolicą polityczną, to przemysłowym i handlowym centrum stała się Hajfa, która w niczym nie przypomina zapyziałego miasteczka, jakie podróżnicy odwiedzili dwadzieścia lat wcześniej. Za to w Jerozolimie dumnie wznosi się odbudowana żydowska Świątynia - choć, jak się zdaje, nie na Wzgórzu Świątynnym, gdzie stały w starożytności dwie jej poprzedniczki, a za czasów Herzla, i współcześnie, stoją imponujące meczety. Ale najważniejszym budynkiem stolicy jest Pałac Pokoju, z którego na cały świat płynie przesłanie staro-nowego kraju: że rozwój gospodarczy, który się dokonał za sprawą żydowskiej imigracji, uśmierza konflikty i zwiastuje lepsze jutro dla wszystkich.
Herzl nie był jedynym pisarzem, który posłużył się ogranym dziś tropem relacji z podróży do przyszłości, by przedstawić swą wizję Izraela. Do dziś ukazały się setki powieści w różnych językach, w których przyszły Izrael przedstawiany jest jako kwitnące wcielenie marzeń autora - lub też jako katastroficzna wizja tego, co się stało, gdy te marzenia historii udało się zdławić. Herzl nie był nawet pierwszy: w 1892 roku, na dziesięć lat przed Altneulandem, Elhanan Lejb Lewiński, kupiec zbożowy z Zaporoża, opublikował w rosyjskim hebrajskim wydawnictwie Hamelic Dziennik podróży do Ziemi Izraela w roku 5800 w szóstym tysiącleciu. Rok 5800 kalendarza hebrajskiego to 2040 kalendarza gregoriańskiego, więc powieściowy podróżny Lewińskiego wizytuje Izrael ponad sto lat po Löwenbergu Herzla. Zastaje kraj pod wieloma względami podobny do Altneulandu, pod innymi zaś jednak radykalnie odmienny. Należy rzecz jasna pamiętać, że Lewiński nie mógł przewidzieć wizji Herzla, ten zaś, nie znając hebrajskiego, nie mógł przeczytać powieści Lewińskiego, nawet gdyby o niej usłyszał.
Izrael Lewińskiego, podobnie jak Herzla, jest socjalistyczną republiką o znacznym terytorium: Elhanan Lewiński, powieściowy cicerone i zapewne alter ego autora, odwiedzający Izrael z żoną Jehudit, z braku czasu nie mógł odwiedzić jego ziem leżących z drugiej strony Jordanu, czyli w dzisiejszej Jordanii. Przybywają do Izraela morzem, elektrycznym izraelskim okrętem, przybijają jednak nie do Hajfy, lecz do Aszdod - największej, milionowej izraelskiej metropolii o domach z białego marmuru. Trzeba było istotnie wielkiej wyobraźni, by sobie to wyobrazić: gdy Lewiński pisał swą powieść, Aszdod było arabską wioską, a jeszcze za mandatu brytyjskiego liczyło jedynie 2,5 tysiąca mieszkańców. Dynamiczny rozwój miasta rozpoczął się dopiero w Izraelu i choć do miliona mu daleko i białych marmurów też raczej nie widać, to Aszdod jest dziś głównym izraelskim portem, prześcigając opiewaną przez Herzla Hajfę.
Lecz choć Aszdod było arabską wioską, w Izraelu Lewińskiego Arabów po prostu nie ma. Nie wiadomo, co się z nimi stało: państwo, jak u Herzla, założone zostało pokojowo, drogą wykupu ziemi. I nadal żyje w pokoju, do tego stopnia, że służba wojskowa - bo w kraju, inaczej niż u Herzla, jest armia - została skrócona do jednego roku. Być może jacyś Arabowie zresztą zostali: u Lewińskiego Nablus, wówczas i dziś arabskie miasto, jest żydowski, lecz wśród jego 50 tysięcy mieszkańców są też "cudzoziemcy".
Izraelska gospodarka jest w pełni samowystarczalna, a do tego innowacyjna: prócz elektrycznych statków produkuje na przykład nad Morzem Martwym cegły z soli, z których zbudowane jest pobliskie Solne Miasto. Nie jest jasne, jak budynki takie znoszą deszcz, który w końcu pada czasem też i nad Morzem Martwym. Bo jeśli możliwy jest Izrael bez Arabów, to dlaczego nie nierozpuszczająca się sól? Nie mniejsze wrażenie niż Solne Miasto robi na Lewińskich Jerozolima, gdzie Zachodni Mur Świątyni popadł w ruinę, bo wobec odbudowy żydowskiego państwa nie ma już - inaczej niż w realnym Izraelu - powodu opłakiwać jej upadku. Świątynia nie została jednak odbudowana, bo "nasze zbawienie nie jest jeszcze zupełne". Zamiast niej na pobliskiej Górze Oliwnej wznosi się obserwatorium astronomiczne, symbol triumfu nauki i nad religią, i nad przeszłością (gdy Lewiński pisał powieść, wznosił się tam, podobnie jak dziś, wielki żydowski cmentarz). Sam Lewiński, inaczej niż Herzl, żadnego triumfu nie zaznał. Bo choć był autorem pierwszej hebrajskiej powieści z przyszłości, to ma jedynie uliczkę w śródmieściu Tel Awiwu; nawet w Aszdocie, który wychwalał, pozostaje nieznany.
To prawda - nie w pełni i nie wiadomo na jak długo. Większość Żydów na świecie ani nie mieszka w państwie żydowskim, ani nie ma takiego zamiaru, a jego istnienie nadal jest zagrożone. W realizacji proroctwa Herzla nie było też nic nieuchronnego: gdyby nie klęska Rommla pod El-Alamejn, wojska niemieckie mogły były dojść do Jerozolimy, Tel Awiwu i Hajfy: do dziś można oglądać w Izraelu pozostałości po okopach, szykowanych latem 1942 roku jako ostatnie linie obrony. Gdyby zaś Hitler, jak planował, pokonał w 1941 roku Stalina przed zimą, to i El-Alamejn nie miałoby z punku widzenia przetrwania narodu żydowskiego większego znaczenia, bo Żydów mogłoby po prostu nie być.
Wreszcie: Herzl nie wymyślił syjonizmu. Nazwę, jako określenie dla politycznego ruchu głoszącego powrót Żydów do ich historycznej ojczyzny, ukuł wiedeński działacz żydowski Natan Birnbaum w roku 1892. Herzl nie wymyślił też i samego powrotu: pierwsze grupy pionierów pojawiły się w tureckiej Palestynie już na początku lat 80. XIX wieku. Nie wymyślił też i programu: postulat powrotu Żydów wysunęli przed nim w XIX wieku - rzecz zaskakująca w świetle późniejszej wrogości Żydów religijnych oraz marksistów do tej idei - dwaj rabini: Cwi Hirsz Kaliszer z Prus i Jehuda Alkalaj z Serbii, oraz były współpracownik Karola Marksa, żydowski filozof z Niemiec Mojżesz Hess. Rabini uważali, że powrót Żydów do Syjonu będzie pierwszym etapem na drodze do ich zbawienia. Były marksistowski filozof przewidział nawrót antysemityzmu w Europie, który nie pozostawi Żydom innego wyjścia jak emigracja, zaś nadchodzący rozpad imperium otomańskiego stworzy im możliwość zakorzenienia się na nowo w ich dawnej ojczyźnie. Ich pisma jednak, wydawane w niewielkich nakładach i jeszcze mniej czytane, nie wywarły żadnego politycznego efektu.
Podobnie było z innymi prekursorami: pochodzący z Rosji Leo Pinsker dziesięć lat po carskich pogromach wydał w Berlinie po niemiecku książkę Autoemancypacja. Nawoływał w niej, by Żydzi, którzy są gośćmi "wszędzie, a u siebie nigdzie", zamiast czekać na to, by przesiąknięte antysemityzmem państwa europejskie przyznały im pełnię praw, wyemancypowali się sami, zbiorowo budując nową ojczyznę, w której staną się większością. Tym samym dokona się w nich, twierdził Pinsker, duchowa przemiana, zrzucą jarzmo upokorzeń nałożone przez niewolę i staną się w pełni ludźmi, a nie zastraszoną gromadą. Cele, jakie sobie stawiał Pinsker, były duchowe, nie polityczne - odrodzenie psychologiczne, a nie budowa państwa. Podobnie jak inni po nim nie myślał zresztą o Palestynie; marzyło mu się raczej żydowskie państwo gdzieś w Ameryce Północnej.
Za to wizja odbudowy żydowskiego państwa pojawia się w europejskiej literaturze i publicystyce na długo przed Pinskerem czy Herzlem, i to w kontekstach dla Żydów nieżyczliwych: niemiecki antysemita Joachim Hartwig Hundt-Radowsky proponował w 1821 roku: "Z użyciem kilku tysięcy armat możemy całe to robactwo wygnać przez Turcję". Jego rówieśnik Karl Wilhelm Friedrich Grattenauer miał podobny pomysł: "Najlepsze rozwiązanie to wysłać ich wszystkich do Ziemi Kanaanu... niech naprawiają drogi, osuszają bagna i pracują z cegłą i zaprawą jak w Egipcie", o ile oczywiście "Wielki Sułtan ich tam ścierpi".
Choć takie poglądy były częste na kontynencie europejskim, w Wielkiej Brytanii rozwinął się w XIX wieku nurt chrześcijańskiego syjonizmu, upatrujący w pożądanym powrocie Żydów do Ziemi Obiecanej nie sposób na pozbycie się "robactwa", lecz naprawienia historycznej krzywdy ich wypędzenia w starożytności i dopełnienia Bożych planów drugiego przyjścia Chrystusa i ostatecznego zbawienia ludzkości. Powieść George Eliot Daniel Deronda z 1876 roku, której bohater, stary Żyd Mordechaj, opracowuje plan powrotu Żydów do ich historycznej ojczyzny, zawładnęła wyobraźnią całego pokolenia brytyjskiej elity i walnie przyczyniła się do poparcia dla syjonizmu, gdy stał się na początku XX wieku znaczącą ideologią polityczną. Trudno było bowiem wykrzesać z siebie entuzjazm dla Palestyny. Amerykański pisarz Mark Twain, który ją odwiedził jako dziennikarz w roku 1867, pisał, że "pośród wszystkich ziem o żałosnym wyglądzie Palestyna jest księciem... To kraj bez nadziei, nużący i łamiący serce... Palestyna jest pustkowiem i nie daje się pokochać". Ale kochać ją właśnie chcieli, wbrew wszystkiemu, Miłośnicy Syjonu, Howiwej Cijon, żydowscy entuzjaści z Rosji, którzy zaczęli osiedlać się tam po pogromach roku 1881. Tych "praktycznych syjonistów", przedkładających konkretne działania, choćby i drobne, nad polityczne marzenia, choćby i wzniosłe, było jednak jedynie 20 tysięcy. Kropla w morzu 2,5-milionowej fali emigracji żydowskiej z Rosji, która do wybuchu I wojny światowej dotarła do Ameryki, ziemi, która zaiste sprawiała wrażenie bardziej obiecanej. Pinsker, trochę wbrew własnemu sceptycyzmowi, został ich duchowym przywódcą. Do końca wieku założyli około dwustu lokalnych organizacji, w tym także w Europie Zachodniej, ale głównie w imperium carskim, gdzie nieco ironicznie ich dążenia określano mianem "palestynofilstwa". Stworzyło to organizacyjne podwaliny ruchu, na którego czele miał wnet stanąć Teodor Herzl.
Trudno byłoby jednak także wyobrazić sobie mniej prawdopodobnego przywódcę. Urodzony w 1860 roku w dostatniej, zasymilowanej i świeckiej rodzinie z Budapesztu, szybko zrobił błyskotliwą karierę dziennikarską. Ten wyznawca "fałszywego bożka asymilacji", jak mówili Miłośnicy Syjonu, zaproponował kiedyś, by wszyscy Żydzi Wiednia, z rabinami na czele, entuzjastycznie dokonali w zbiorowej ceremonii uroczystego aktu konwersji na chrześcijaństwo, pokonując tym samym ostatnią barierę na drodze do asymilacji całkowitej. Pogromy w carskiej Rosji uważał za przejaw nie europejskiego antysemityzmu, lecz orientalnego barbarzyństwa. Z radością powitał propozycję, by zostać korespondentem swej gazety w Paryżu, stolicy ojczyzny praw człowieka, gdzie Żydzi byli bez reszty pełnoprawnymi obywatelami. I tam właśnie, w szczytowym okresie sprawy Dreyfusa, natknął się na tłumy Francuzów demonstrujących na ulicach pod hasłem "Śmierć Żydom!". Jego świat runął w gruzach. Jeśli jest to możliwe we Francji - uznał - to jest możliwe wszędzie. Od razu, w 1895 roku, usiłował zainteresować swym kształtującym się jeszcze programem barona de Hirscha i barona Rotszylda, którzy wspierali finansowo palestyńskie kolonie Miłośników Syjonu. Ci jednak odcięli się od jego pomysłów. Uznali, że są one całkowicie nierealistyczne, a rozgłos, jaki Herzl, korzystając ze swych dziennikarskich umiejętności, im nadał, szkodliwy - i dla osiedli w Palestynie, które sułtan mógłby uznać za forpocztę żydowskiej inwazji, i dla bezpieczeństwa Żydów w Europie. Czyż nie to samo, co Herzl, głosili antysemici budujący w Niemczech, Austrii, Francji masowe partie polityczne? Że Żydzi są w swoich społeczeństwach obcymi i winni się wynieść gdzie indziej? Obaj baronowie na pewno nie chcieliby, żeby tak o nich myślano.
Herzl odrzucony przez przywódców zwrócił się do mas - Der Judenstaat opublikował rok po nieudanych próbach rozmów z baronami; Rotszyld go nie przyjął, de Hirsch wyśmiał. Zasadnicza nowość jego strategii polegała na tym, że - choć sam uważał się za pisarza i takim pragnął zostać zapamiętany - był w istocie typem nowoczesnego działacza politycznego. Umiał łączyć zakulisowe negocjacje z finansowymi i - później - politycznymi przywódcami z oddziaływaniem na szerokie masy, poprzez prasę, wiece i działalność organizacyjną. Zrozumiał wreszcie, że strategia Miłośników Syjonu i wspierających ich w Palestynie dobroczynnych baronów żydowskich skazana jest na klęskę. Póki osiedlają się nieliczni, jest to ruch bez znaczenia. Jeśli jednak będzie ich więcej, sułtan - suweren w Palestynie - uzna to za zagrożenie dla swojej władzy. Dlatego też żydowski ruch narodowy musi najpierw zyskać polityczną podmiotowość i międzynarodowe poparcie. By tak jednak mogło się stać, ruch ten musi najpierw sam się ukonstytuować. Dlatego też natychmiast, korzystając z zainteresowania, jakie wzbudziła jego książka, przełożona prawie natychmiast na angielski i francuski, ponownie zaczął kołatać do wrót możnych tego świata.
Ale syjoniści nie byli zachwyceni późnym neofitą, który od razu sięgał po przywództwo. Herzl zachowywał się tak, jakby on to wszystko wymyślił sam. Próżno by w Der Judenstaat szukać odniesień do działalności Howiwej Cijon, do prac Pinskera czy Hessa czy do obecnej w tradycji żydowskiej stałej tęsknoty do Syjonu. "Oczywiste wyjaśnienie - pisze historyk syjonizmu Walther Laqueur - że Herzl po prostu nic o tym nie wiedział, nikomu nie przyszło do głowy". Postrzegano go jako ambitnego aroganta, bezprawnie przywłaszczającego sobie cudzy dorobek. Ale to właśnie jego wyobcowanie z tradycji żydowskiej, jego nieznajomość drobnych sukcesów i niepowodzeń "praktycznych syjonistów" w Palestynie pozwoliła mu po raz pierwszy dostrzec kwestię żydowską w jej politycznym wymiarze. Jeżeli można krzyczeć "Śmierć Żydom!" i w Paryżu, i w Odessie, to znaczy, że problem, przed którym stają Żydzi i tu, i tam, jest wspólny i wymaga politycznego rozwiązania. "Jesteśmy narodem - jednym narodem" - pisał. No a naród musi, co od Wiosny Ludów w Europie było wiadome, mieć państwo.
Było więc pewnym nieporozumieniem czynienie Herzlowi zarzutu z tego, że nie czytał Pinskera czy Alkalaja. Jego refleksja wyrastała z zupełnie innej tradycji: z ruchów narodowych monarchii habsburskiej, a nie z żydowskiej refleksji religijnej czy społecznej. Już prędzej Garibaldi i Mazzini niż średniowieczny poeta Jehuda Halewi, tęskniący w Hiszpanii do Syjonu, czy Eliezer ben Jehuda, próbujący w Palestynie odrodzić hebrajszczyznę. A to właśnie, że o prawa narodowe Żydów walczy ktoś, kto - wydawałoby się - nie musi się o nie troszczyć, bo jego własny byt jest przecież zapewniony, zyskało mu wnet, mimo początkowych oporów, uznanie i sympatię Żydów z Rosji takich perspektyw pozbawionych. "Zasadniczo - pisał Chaim Weizman w swej Autobiografii - Der Judenstaat nie zawierał dla nas żadnej nowej idei... Ale sam fakt, że człowiek z Zachodu przychodził do nas bez uprzedzeń, był pociągający". Masowo zaczęły napływać telegramy poparcia ze strony komórek Miłośników Syjonu. Herzl złapał wiatr w żagle.
I działał z niebywałą wprost energią. Został wiosną 1896 roku przyjęty przez arcyksięcia Badenii, wuja cesarza niemieckiego, który zapewnił go o swej przychylności. Korzystając ze stambulskich koneksji polskiego emigranta Filipa hrabiego Niewlińskiego, udał się następnie do otomańskiej stolicy w nadziei na audiencję u sułtana. Do sułtana nie dotarł, lecz przyjął go i wielki wezyr, i szef dyplomacji otomańskiej, którym złożył propozycję nadania przez Wysoką Portę prawnego statusu żydowskiej imigracji do Palestyny. Abdul Hamid propozycji jednak nie przyjął i odpisał swym ministrom: "Gdy moje imperium zostanie podzielone, być może dostaną Palestynę za darmo. Ale dzielić można tylko nasze martwe ciało. Na wiwisekcję się nie zgodzę". W drodze powrotnej Herzl zatrzymał się w Sofii, gdzie powitały go na dworcu wiwatujące tłumy bułgarskich Żydów. Podobne tłumy czekały nań w Londynie - ale baron Rotszyld ponownie odmówił mu spotkania. Reakcja Herzla była błyskawiczna. W liście do swojego asystenta napisał: "Na taką sytuację jest tylko jedna odpowiedź: natychmiast zorganizujmy nasze masy". Wnet odbył serię wizyt w ważniejszych ośrodkach ruchu, w tym także w Warszawie, gdzie jednak na 200 tysięcy Żydów było nie więcej niż kilkudziesięciu syjonistów, i to mimo niestrudzonych wysiłków Nachuma Sokołowa, redaktora ważnego pisma hebrajskiego "Ha-Cfira".
Kongres syjonistyczny, po konsultacjach z organizacjami z Austrii i Niemiec, zamierzano zwołać w Monachium, ale reakcja żydowskiej opinii była wroga. Prasa żydowska w Niemczech potępiła syjonizm jako ruch antypatriotyczny i groźny dla Żydów. Monachijska loża Bnei Brit zmusiła tamtejszą gminę, by odmówiła Herzlowi współpracy. Zaś komitet wykonawczy Stowarzyszenia Rabinów Niemieckich wydał uchwałę, w której uznał, że "działalność tak zwanych syjonistów jest sprzeczna z mesjańską obietnicą judaizmu", który zarazem "nakazuje wiernym służyć ze wszech sił Ojczyźnie, do której należą". Rabini wezwali "wszystkich, którym drogie jest dobro judaizmu, by trzymali się z daleka od wspomnianych syjonistycznych działań". Ton został nadany i odtąd przez długie lata tak właśnie większość religijnych Żydów patrzeć będzie na starania Herzla i jego następców. Kongres trzeba było przenieść do Bazylei: szwajcarscy Żydzi byli mniej wpływowi i gorzej zorganizowani od niemieckich, a rada miejska chętnie wynajęła kasyno - za stosowną opłatą.
Delegaci przybyli z siedemnastu krajów; sześćdziesiąt dziewięć z nich reprezentowało rozmaite organizacje syjonistyczne, pozostali otrzymali indywidualne zaproszenia. Zebranie jednak zbojkotowali Miłośnicy Syjonu z Anglii i Francji; nie przybyła też część reprezentacji rosyjskiej. Jedni mieli Herzlowi za złe zmonopolizowanie przywództwa ruchu, inni wzięli sobie do serca nieprzychylność baronów i wrogość rabinów. W przededniu otwarcia kongresu rozgoryczony Herzl zanotował w dzienniku: "Stoję na czele chudopachołków, żebraków i łowców sensacji... Tylko niektórzy z nich to szczerzy entuzjaści. Jednak nawet i taka armia dokonałaby dzieła, gdyby sukces był na horyzoncie". Pierwszym sukcesem było jednak to, że do kongresu w ogóle doszło i że odbył się z zachowaniem stosownej pompy: Herzl zażądał, by wszyscy delegaci stawili się we frakach. Na galerii tłoczyli się zaproszeni goście i korespondenci z całej Europy. Przebieg kongresu był bacznie obserwowany. "Taniec na skorupkach jaj, i to niewidzialnych" - zapisał w dzienniku Herzl. Istotnie, taniec na skorupkach. Nie można było pozwolić, by przebieg kongresu jeszcze bardziej zraził do syjonizmu jego przeciwników: asymilatorów i ortodoksów. Nie można było narazić się ani carowi - bo nie wypuści, ani sułtanowi - bo nie wpuści. Ale jak mówić o losie Żydów, nie narażając się carowi? I jak o państwie żydowskim, nie wywołując gniewu sułtana?
Kongres otworzył, zmawiając uroczyste błogosławieństwo świąteczne, weteran niemieckiego ruchu syjonistycznego doktor Lippe. Miał przemawiać tylko przez dziesięć minut, ale - inaugurując tym samym tradycję, która odtąd miała prześladować syjonistyczne kongresy - nie potrafił skończyć i Herzl musiał mu w końcu przerwać, samemu sobie udzielając głosu. Jego mowa była majstersztykiem tańca na skorupkach jaj. Turcję zapewnił, że rozumie, iż sułtan zastosowałby restrykcje imigracyjne, gdyby Żydzi chcieli zakraść się do jego państwa podstępem, i obiecał zarazem korzyści finansowe dla otomańskiego państwa w przypadku planowej i legalnej imigracji. Wyraził zrozumienie dla dylematu "niektórych rządów", które, jeśli będą życzliwe wobec Żydów, narażą się na gniew mas, a jeśli nie, to "wepchną Żydów w objęcia rewolucjonistów". Wyraził stosowne uznanie dla dotychczasowych wysiłków kolonizacyjnych "w Palestynie i w Argentynie". Rabinów zapewnił o głębokim poszanowaniu dla tradycji. Nie padło słowo potępienia dla rosyjskiego antysemityzmu. Twórca syjonizmu nie wspomniał też o Arabach, choć wyraził przekonanie, że żydowska imigracja będzie "z korzyścią dla chrześcijan Wschodu". Co szczególnie znamienne, autor Der Judenstaat ani razu nie wypowiedział słów "państwo żydowskie".
Herzl przemawia na I (lub II) Kongresie Syjonistycznym, Bazylea, 1897 (lub 1898) r.
Lecz choć Herzl narzucił sobie - graniczącą z hipokryzją - dyplomatyczną autocenzurę, to kilka zasadniczych rzeczy powiedział jednak na głos. "Chcemy położyć kamień węgielny pod gmach, w którym zamieszka kiedyś naród żydowski". Budowa tego gmachu musi być dziełem samych Żydów; "Tylko naród sam może sobie pomóc, jeśli zaś nie, to pomóc mu nie sposób". Ale zarazem celu się nie osiągnie inaczej jak poprzez międzynarodowe porozumienie, prawnie zabezpieczone, oparte na prawach, nie na tolerancji: - Zaprawdę, dość mamy doświadczeń z tolerancją i z "ochroną", która w każdej chwili może zostać odwołana - przekonywał. I wreszcie naiwnością byłoby myśleć, że da się żydowski program narodowy zrealizować jak dotąd metodą małych kroków: "Jeżeli założyć, że na świecie jest 9 milionów Żydów, i że byłoby możliwe umieścić w koloniach w Palestynie 10 tysięcy z nich rocznie, to i tak rozwiązanie kwestii żydowskiej zajęłoby dziewięćset lat. To chyba mało realne. Z drugiej strony wiecie, że liczyć na 10 tysięcy osadników rocznie to w obecnych okolicznościach czysta fantastyka". Podstawowy dylemat syjonizmu został wyłożony wprost.
I nie został rozwiązany. Herzl zapowiedział jedynie, że działalność syjonistyczną koordynować będzie Agencja Żydowska, którą kongres powoła, a same kongresy zwoływane będą co rok. Agencja ta miała odziedziczyć nierozwiązany dylemat: jak przekonać Rosję, by Żydów wypuszczała, sułtana, by ich przyjmował, Żydów, by nie tylko przestali zwalczać syjonizm, lecz by go czynnie popierali, finansując i emigrując, zaś mocarstwa, by uznały w ruchu, który nie wie, jak te cele osiągnąć, reprezentanta narodu - i prawnie się zobowiązały do wspierania jego celów? Lecz choć przemówienie Herzla, czytane po fakcie, musi rozczarowywać, to na zebranych wywarło wpływ elektryzujący. Delegat z Rosji Ben-Ami wspominał wielkie wrażenie, jakie wywarła na nim "wspaniała i wyniosła postać [Herzla], królewskiego zachowania i wyglądu, o głębokich oczach, z których wyczytać było można spokojny majestat i niewyrażony ból". Szóstka delegatów z Kongresówki uznała kongres za wydarzenie bez precedensu w żydowskiej historii. Zaś delegat z Pragi czeskiej, malarz Gutman, który do Bazylei dotarł na piechotę, mówił potem o uniesieniu, jakie towarzyszyło mu stale już w trakcie tej wędrówki.
Największe jednak oklaski zebrał nie Herzl, lecz jego przyjaciel Max Nordau, austriacki literat i skandalista, który w porywającej mowie nakreślił dramatyczną panoramę nieszczęsnego losu żydowskiego w diasporze. "Nie chodzi tu o zwykłą nędzę, która jest prawdopodobnie nieodłączną częścią ludzkiej kondycji - przekonywał. - Chodzi o tę szczególną nędzę, której Żydzi doświadczają nie jako istoty ludzkie, lecz jako Żydzi, i od której byliby wolni, gdyby nie byli Żydami". Na wschodzie jest ona głównie materialna, na zachodzie - moralna, i wynika z faktu, że Żydzi, mimo emancypacji, nie są postrzegani przez narody jako równoprawni obywatele, emancypację na poziomie prawa winna była bowiem poprzedzać "emancypacja na poziomie uczuć", czyli zmiana antysemickich nastawień. Do tego jednak nie doszło i narody reagują resentymentem na prawo, które każe im odnosić się do Żydów w sposób sprzeczny z tym, co do nich tak naprawdę czują. W nadziei na pełną akceptację Żyd Zachodu oderwał się od swoich pogardzanych przez narody tradycji, nie otrzymał jednak nic w zamian. "Nie ma gruntu pod nogami i nie ma społeczności, do której by należał jako pełnoprawny członek. Ani jego charakter, ani jego intencje nie mogą liczyć na sprawiedliwy osąd chrześcijańskich współobywateli, o ich życzliwości już nie wspominając. Z żydowskimi rodakami stracił kontakt: nieuchronnie czuje, że świat go nienawidzi, i nie znajduje miejsca, w którym mógłby doznać ciepła, którego łaknie". Grozi mu los marranów. "Ta żydowska rozpacz woła o pomoc - konkludował Nordau. - Znalezienie jej będzie wielkim zadaniem tego kongresu". Przyjaciel Herzla dokonał psychologicznej analizy - i autoanalizy - pokolenia rozczarowanych asymilatorów. Niektórzy delegaci płakali. Dla wszystkich było jasne, że jedynie syjonizm może być odpowiedzią.
Na samym kongresowym uniesieniu nie da się jednak zbudować ruchu. W odpowiedzi na kongres żydowscy przywódcy religijni, zwłaszcza cadycy, rozpętali gwałtowną antysyjonistyczną kampanię. Działacz syjonistyczny Icchak Nissenbaum, który rok później odwiedził Kongresówkę, wspominał: "Spędziłem w Polsce miesiąc i żebym nie wiem jak próbował szerzyć idee syjonizmu, wszystko było nadaremno... Polscy Żydzi byli dla mnie źródłem nieustającego zdumienia: z jednej strony trzy razy dziennie modlili się: "Oby oczy nasze ujrzały powrót do Syjonu", a z drugiej pozostawali głęboko zakorzenieni w antysemickiej Polsce i wyrażali gwałtowny sprzeciw wobec idei powrotu do Syjonu". Nie lepiej się wiodło syjonistom wśród asymilatorów. "Wszyscy oświeceni Żydzi w naszym kraju do syjonizmu odnosić się będą ze wstrętem - pisał dziennikarz "Przeglądu Tygodnia". - Jak może obywatel lojalny wobec swego kraju przejąć idee opuszczenia go?". Głębiej w Rosji było podobnie.
W Niemczech z kolei przeciwko syjonizmowi protestowali asymilatorzy, skłonni uważać, że to może jest dobry pomysł dla pogardzanych Ostjuden, lecz nie dla wyemancypowanych obywateli cesarstwa. Przemawiając do nich w 1899 roku, Max Nordau przestrzegł proroczo: "Nadejdzie dzień, gdy syjonizm będzie tak samo potrzebny wam, dumnym Niemcom, jak tym nieszczęsnym Ostjuden, których się boicie i których nienawidzicie! Nadejdzie dzień, kiedy i wy też będziecie błagać nas o pomoc i prosić o azyl w kraju, którym teraz gardzicie!... Przestrzegam was przed przyszłością!".
Herzl zaś nauczył się doceniać wcześniej przezeń lekceważonych nieco Żydów wschodniej Europy. To tam, mimo oporów, ruch syjonistyczny rozwijał się prężniej niż na Zachodzie. Na II Kongresie Syjonistycznym delegatów było o połowę więcej, a Żydów z imperium rosyjskiego - dwukrotnie; w skład ich delegacji weszli wówczas po raz pierwszy przyszli przywódcy: Nachum Sokołow i Chaim Weizman. Ale także z Zachodu przybyły znaczące postaci, w tym naczelny rabin Wielkiej Brytanii i młody rabin reformowany z USA Stephen Wise. Dyskusja po raz pierwszy tyczyła się losu Żydów nie tylko w diasporze, lecz także w Palestynie. Ruch kolonizatorski stanął tam przed dylematem: władze tureckie wprowadziły restrykcyjne przepisy, czyniące masową imigrację niemożliwą. Zarazem imigracja potajemna była dla Herzla nie do przyjęcia. Mając do wyboru dwie równie niemożliwe do przyjęcia i sprzeczne ze sobą strategie, syjoniści postanowili - jak będą to też czynić w przyszłości - że będą po prostu realizować obie, czyli kontynuować drobną kolonizację i zabiegać o imigrację masową. Rzeczywistość zaś będzie musiała po prostu się do tego dostosować.
Herzl, niezrażony tym wszystkim, kontynuował dyplomatyczne zabiegi. Po II Kongresie został przyjęty przez ministra spraw zagranicznych Niemiec von Bülowa, który niebawem miał zostać kanclerzem. Mimo że spotkanie nie było udane, miesiąc później jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że gotów jest go przyjąć na audiencji sam kaiser, który akurat bawił z wizytą w Stambule. Herzl roztoczył przed nim wizje korzyści, jakie z protektoratu nad żydowską "Heimatstätte" w Palestynie mogą odnieść Niemcy. Zaintrygowany kaiser obiecał, że zaproponuje sułtanowi nadanie inicjatywie syjonistów ram prawnych. Ponieważ kaiser kontynuował podróż i udawał się do Palestyny, pojechał tam też - jedyny raz w życiu - i Herzl, licząc na ponowną audiencję. Pobyt w Ziemi Obiecanej był dla niego jednak rozczarowaniem. Dokuczał mu brud i prymitywizm warunków życia; jego wrażenia były zapewne podobne do tych, jakie odniósł wcześniej Mark Twain. Lokalni przywódcy żydowscy unikali go z obawy przed reakcją tureckich władz. Jedynie w osiedlu Nes Cijona uradował go widok żydowskich jeźdźców, wywołujący skojarzenia z kowbojami.
W końcu do powtórnej audiencji u kaisera doszło, lecz monarcha był tym razem dużo bardziej wstrzemięźliwy: skończyło się na komunikacie podkreślającym "życzliwe zainteresowanie" niemieckiego cesarza palestyńskim rolnictwem i rozkwitem imperium otomańskiego. Potem już nic. Na III i na IV Kongresie Syjonistycznym Herzl niewiele miał dobrych wieści do zakomunikowania. Sytuacja finansowa ruchu także była marna: składki nie pokrywały nawet kosztów działalności, a o utworzeniu upragnionego przez Herzla Trustu Kolonialnego nie można było nawet marzyć. Przywódcę ruchu zaczęto krytykować i za autokratyzm, i za niespełnione nadzieje. Wreszcie ku jego rozpaczy na IV Kongresie uaktywniła się w rosyjskiej delegacji lewicowa frakcja, która postulowała, by przyszłe państwo żydowskie było socjalistyczne. Herzl zdegustowany serią niepowodzeń zapisał w maju 1900 roku w dzienniku: "Wymyśliłem sobie stosowne epitafium: Był zbyt dobrego mniemania o Żydach".
A potem, rok później, przez moment zdawało się, że odwróciła się karta: przyszedł telegram ze Stambułu, że sułtan go przyjmie. Audiencja, do której doszło trzy dni później, trwała aż dwie godziny; sułtan był łaskawy. Herzl tak jak przedtem chciał oczarować kaisera mirażami politycznych korzyści, jakie Niemcy odniosą z popierania syjonizmu, przekonywał Abdula Hamida, że "ogłoszenie rozporządzeń szczególnie korzystnych dla Żydów" (Turcja kilka miesięcy wcześniej ponownie drastycznie ograniczyła żydowską imigrację) przyniesie Wysokiej Porcie korzyści finansowe. Nazajutrz Herzl negocjował z wielkim wezyrem i ministrem finansów restrukturyzację otomańskiego długu zagranicznego. Zasugerował, że trzyletnie jego spłaty mogłoby wziąć na siebie konsorcjum bogatych Żydów, w zamian za co sułtan wyrazi zgodę na prawne gwarancje dla żydowskiego towarzystwa wykupu ziemi w Palestynie. Był przekonany, że mając w ręku coś w rodzaju sułtańskiej obietnicy, nakłoni żydowskich finansistów do poparcia planu. Spotkać go jednak miało kolejne rozczarowanie: Rotszyldowie nie byli zainteresowani, Montefiore też nie. Mimo to na V Kongresie Syjonistycznym pod koniec roku mówił z zapałem o wielkich nadziejach, które wiąże z rozmowami, jakie odbył w Stambule. Sułtana zaś zwodził; grał na czas.
Aż Abdul Hamid powiedział: "Sprawdzam". Na początku 1902 roku ponownie wezwał Herzla do Stambułu. Syjonistyczny przywódca zaproponował, by Porta wydała deklarację życzliwości dla Żydów, co na pewno przyczyni się do powstania obiecanego konsorcjum. Porta nie była zainteresowana. Po sześciu miesiącach Herzl pojawił się w Stambule ponownie - i wtedy się okazało, że obie strony grały znaczonymi kartami. Negocjacje z Herzlem służyły otomańskiemu ministerstwu finansów jedynie jako zagrywka w poważniejszych negocjacjach, toczonych w sprawie otomańskiego długu z grupą finansistów francuskich. Trop turecki, tak jak przedtem niemiecki, prowadził donikąd.
I wówczas znów pojawiła się szansa, tym razem w Londynie. Nordau już na I Kongresie mówił, że Anglia jest jedynym krajem Europy nieprzesiąkniętym antysemityzmem; Herzl podzielał tę opinię. Ale rząd brytyjski nie był syjonizmem zainteresowany, a londyńscy Rotszyldowie byli mu wręcz nieprzychylni. Przełom pojawił się wówczas, gdy do Anglii zaczęła coraz liczniej docierać fala emigracji, głównie żydowskiej, z Europy Wschodniej, spowodowana politycznym uciskiem i narastającą nędzą. Zaniepokojone rosnącym zalewem cudzoziemców władze powołały królewską komisję śledczą, by zbadała zjawisko i zaproponowała środki zaradcze. Leopold Greenberg, londyński dziennikarz i syjonista, zaproponował, by komisja wysłuchała też Herzla. Ten chętnie przyjechał, tym bardziej że jednym z członków komisji był lord Nathaniel Rotszyld. Spotkali się przed posiedzeniem: lord Rotszyld przestrzegł Herzla, że jeśli będzie głosił przed komisją tezy syjonistyczne, to przekona ją jedynie, że Żyd nie może być Anglikiem, jak inni, a jeśli będzie się rozwodził nad nędzą Żydów na wschodzie Europy, to wzmocni stanowisko tych, którzy domagają się - z obawy przed napływem nędzarzy - wprowadzenia dużo bardziej restrykcyjnych przepisów imigracyjnych. Herzl rzecz jasna właśnie chciał mówić o tych dwóch sprawach, przed poruszaniem których Rotszyld go przestrzegał. Jednocześnie ogromnie mu zależało, by zdobyć przychylność lorda do syjonizmu nastawionego bardzo niechętnie - czyż bowiem on sam nie był żywym dowodem na to, że Żyd jak najbardziej Anglikiem może być?
Kartka z życzeniami na żydowski Nowy Rok, wydrukowana w 1901 r. w typografii Haltera na Nalewkach w Warszawie, z portretami Teodora Herzla i sułtana Abdula Hamida. Nad portretem sułtana znajduje się werset "Serce króla jest w ręku Pana" (Hiob 12:10), a nad portretem Herzla "Niech ci błogosławi Pan z Syjonu" (Ps. 128:5).
Herzl postanowił pójść na kompromis. Jeszcze w Der Judenstaat rozpatrywał Argentynę na równi z Palestyną jako obszar możliwej żydowskiej kolonizacji, a w swym dzienniku zastanawiał się też nad innymi opcjami terytorialnymi: w Afryce, Ameryce czy na Cyprze. Spytał lorda Rotszylda, czy miałby coś przeciwko skierowaniu fali żydowskiej imigracji na Cypr właśnie lub na Synaj i nadaniu jej obecności tam statusu prawnego. Lord Nathaniel z początku zaproponował Ugandę, ale nie oponował przed innymi miejscami: oba proponowane przez Herzla terytoria również były pod brytyjską kontrolą, więc bez trudu dałoby się tam przenieść obecnych i przyszłych imigrantów żydowskich. Cudzoziemscy nędzarze zniknęliby z ulic Londynu, a ponieważ Żydzi nie twierdzą przecież, że z Cyprem czy Synajem łączy ich narodowa więź, to rozwiązanie takie nie godziłoby w angielskość brytyjskiego żydostwa. Pomysł niewiele się różnił od brytyjskiej emigracji do Kanady czy Australii. Dla Herzla z kolei liczyło się bezpośrednie rozwiązanie rozpaczliwej sytuacji wschodnioeuropejskich Żydów i fakt, że oba terytoria osadnicze były blisko Palestyny. Gdy imperium otomańskie, o czym był głęboko przekonany, wreszcie się rozpadnie, będzie można wykonać następny ruch.
"Jeśli uważacie, że oni są tu niechciani - mówił przed komisją o losie żydowskich imigrantów Herzl - to trzeba znaleźć jakieś miejsce, do którego mogą się przenieść, nie stwarzając problemów, z jakimi tu muszą się mierzyć. Te problemy nie pojawią się, jeśli znaleziony zostanie dla nich dom, który prawnie zostanie uznany za żydowski". "Ja mam czas na negocjacje - dodał - ale mój naród nie. Oni głodują". Brytyjski minister kolonii Joseph Chamberlain słuchał z zainteresowaniem. Cypr - powiedział - nie wchodzi w grę, ale może Egipt? "Nie - odparł Herzl. - Już tam byliśmy". Zaproponował okolice Al-Arisz, na granicy z Palestyną. Brytyjczycy po namyśle postanowili sprawę zbadać. Ale to, co w Londynie budziło zainteresowanie, w Kairze wywołało protest. Zarówno brytyjski reprezentant w Egipcie, jak i egipski premier byli przeciwni, co rychło wyszło na jaw podczas rozmów, jakie Herzl przeprowadził z nimi w Kairze. Choć opinie ekspertów były pozytywne, Kair odrzucił projekt, powołując się na brak wody pitnej. W rzeczywistości ani Egipcjanin, ani Anglik nie życzyli sobie po prostu na swoim terytorium żydowskiej enklawy. Herzl poniósł kolejną klęskę. Był w rozpaczy.
Anglicy nie zakładali jednak rąk. Imigrantów ze wschodu nadal przybywało, a społeczeństwo brytyjskie w równym stopniu im współczuło, co miało ich serdecznie dość. W drodze powrotnej z Kairu Herzl zatrzymał się w kwietniu 1903 roku w Londynie i odbył rozmowy z Chamberlainem. Ten był szczerze zmartwiony kairskim fiaskiem i pragnąc pocieszyć Herzla, zaczął mu opisywać uroki Ugandy, którą odwiedził podczas swych kolonialnych podróży. "Na wybrzeżu jest gorąco, ale w interiorze klimat dla Europejczyków jest znakomity - zachęcał. - Pomyślałem sobie: oto kraj w sam raz dla doktora Herzla. Ale nie, on musi mieć Palestynę, i sprowadzi się tylko tam albo w pobliże". "Tak, muszę" - odpowiedział Herzl.
Ale zaledwie w miesiąc później w Kiszyniowie doszło do krwawego pogromu: czterdziestu pięciu Żydów zostało zamordowanych, a 1,5 tysiąca żydowskich domów złupiono. Herzl zrozumiał, że los żydostwa rosyjskiego zawisł na włosku i że jakieś miejsce schronienia musi zostać znalezione natychmiast. Napisał do Chamberlaina, że wyśle do Afryki Wschodniej komisję, by zbadała na miejscu sytuację w Ugandzie; odpowiedź z Londynu była zachęcająca. Nordau jednak był bardziej sceptyczny. Herzl przekonywał go, że przecież nie rezygnują z Palestyny jako strategicznego celu, a przyjmując brytyjską ofertę, zaskarbiają sobie dobrą wolę Londynu i zyskują być może kartę przetargową w dalszych rozmowach z sułtanem, któremu będą mogli pokazać, że na jego dobrą wolę nie są skazani. Co najważniejsze zaś, znajdą tymczasowe rozwiązanie dla dramatycznej sytuacji rosyjskiego żydostwa.
Ta sytuacja zaś pogarszała się coraz bardziej. W czerwcu carski minister spraw wewnętrznych graf von Plehwe praktycznie zabronił prowadzenia w Rosji działalności syjonistycznej. Antysemityzm stał się oficjalną polityką carskiego rządu, który miał nadzieję skierować narastające rewolucyjne wrzenie przeciwko Żydom, a nie przeciwko władzom. Herzl postanowił udać się do Petersburga, by podjąć z władzami próbę negocjacji. W rozmowie z nim von Plehwe stwierdził, że władze wprawdzie nie mają nic przeciwko emigracji "niedającej się zasymilować" części Żydów, lecz represje przeciwko syjonistom spowodował swą działalnością Aszer Ginsberg, znany pod pseudonimem literackim Achad ha-Am - Jeden z Ludu. W swych esejach postulował utworzenie w Palestynie nie państwa, lecz "żydowskiego ośrodka duchowego", a jako cel syjonizmu upatrywał ponowne rozbudzenie ducha narodowego wśród Żydów na całym świecie, niezależnie od tego, czy zamierzają wyjechać do Palestyny, czy też nie. Ale w Rosji, według Plehwego, rozbudzać można było jedynie rosyjskiego, nie żydowskiego ducha. Działalność Achada ha-Ama była więc wywrotowa - zupełnie jakby mało było już problemów z rewolucyjnymi wichrzycielami.
Herzl dostrzegł szansę. Przecież - szczerze tłumaczył Plehwemu - ruch syjonistyczny nie ma z socjalizmem nic wspólnego; on sam był przerażony pojawieniem się na kongresie rosyjskich socjalistów. Mało tego - syjonizm, kierując uwagę Żydów poza granice Rosji, odciąga ich od rewolucyjnej działalności. To samo rozumowanie miał w przyszłości powtórzyć Stalin, by wyjaśnić, ku wielkiemu żalowi lewicowych syjonistów, że syjonizm jest z samej natury reakcyjny i kontrrewolucyjny. Zaintrygowany Plehwe powiedział, że porozmawia o tym z carem.
Być może jakąś rolę we wspólnej antypatii obu do Achada ha-Ama odegrał fakt, że rosyjski syjonista niedawno zmieszał z błotem właśnie opublikowany Altneuland Herzla. Wizja państwa żydowskiego tam przedstawiona - dowodził - wcale nie jest żydowska. Herzl zbyt mało się interesuje Żydami, a zbyt przejmuje się tym, co sobie goje o nich pomyślą. Z odsieczą Herzlowi, który w odróżnieniu od swego polemisty rzeczywiście nie znał hebrajskiego i nie interesował się zbytnio żydowską kulturą, pospieszył Nordau, który z kolei zarzucił krytykowi, że woli nietolerancję od żydowskiej tradycji, i dla dobrej miary dodał, że Achad ha-Am nie jest syjonistą. Gwałtowna polemika zapowiadała już i intensywność, i tematykę sporów, jakie miały głęboko podzielić ruch syjonistyczny w przeszłości. "Czytałem, jak zniszczyłeś Achada ha-Ama - pisał potem do Nordaua bardzo czuły na tle swej literackiej reputacji Herzl. - To zdumiewające, że już musimy toczyć takie bitwy. Jedyne możliwe wyjaśnienie: że już jesteśmy w Państwie Żydowskim, choć niewielu się tego póki co domyśla".
Zapowiedziana rozmowa Plehwego z carem zakończyła się pierwszym chyba od zwołania I Kongresu całkowitym triumfem Herzla. Wszystkie ograniczenia w działalności syjonistów zostały zniesione. W kolejnej rozmowie z Herzlem Plehwe przyznał, że sytuacja Żydów w Rosji faktycznie jest straszna i że on sam, gdyby był Żydem, byłby przeciwko rządowi. Ale Żydów jest za dużo, a problem jest zbyt wielki i nic się zrobić nie da. Rosja zamierza zasymilować najlepszych - rzucił minister Herzlowi na odchodne - a co do reszty, to popiera utworzenie niepodległego państwa żydowskiego zdolnego wchłonąć miliony. Po raz pierwszy jakieś mocarstwo, choć trudno powiedzieć, na ile poważnie, wyraziło poparcie dla ostatecznego celu syjonizmu, po serii klęsk w próbach zdobycia choć cienia poparcia dla celów cząstkowych.
Herzl wracał na Zachód jak tryumfator; po drodze dziesiątki tysięcy Żydów w Wilnie zgotowały mu gigantyczną owację. Ale zmiana kursu rosyjskiej polityki wobec Żydów okazała się krótkotrwała. Po śmierci Plehwego (zginął rok później w zamachu) wszystko miało wrócić do krwawej normy. Co więcej, wyrażając w imieniu ruchu syjonistycznego poparcie dla antysocjalistycznej polityki Plehwego, Herzl zawarł pakt z diabłem i dalece wykroczył poza swe uprawnienia; poalejsyjoniści nigdy mu tego nie wybaczyli. Gdy tydzień po powrocie z Rosji Herzl stanął na trybunie VI Kongresu, zamiast spodziewanych słów wdzięczności usłyszał od rosyjskich delegatów gorzką krytykę, którą z oburzeniem odrzucił. Przywódca ruchu miał jednak do zakomunikowania delegatom coś jeszcze ważniejszego: zgodę władz brytyjskich na zbadanie możliwości żydowskiej kolonizacji Ugandy. "Syjon to to nie jest i nie będzie - mówił - to jedynie środek doraźny". Sekundował mu wcześniej sceptyczny Nordau, który ugandyjski projekt określił jednym słowem: Nachtasyl, schronienie na noc, noclegownia. Obaj przekonywali delegatów, by poparli plan.
Na sali na początku zapanował entuzjazm: oto po raz pierwszy jakiś kraj, zamiast przeganiać Żydów, oferuje im kawałek kontrolowanego przez siebie terytorium. Przywódca rosyjskich syjonistów Szmarjahu Lewin wspomina w autobiografii, że zmówił, jak doktor Lippe otwierając I Kongres, błogosławieństwo. Ale klimat wnet się zmienił po wystąpieniu innego wybitnego syjonisty rosyjskiego, Jechiela Czlenowa. "Przepaja nas niewysłowiona radość - zaczął - że wielkie europejskie mocarstwo, po raz pierwszy od zburzenia Świątyni, uznało tą ofertą narodowe dążenia narodu żydowskiego. Ale wiąże się z tym wielki smutek, że musimy odrzucić tę propozycję, bowiem nasze potrzeby możemy zaspokoić jedynie w Palestynie!". Na sali wybuchło piekło, padały oskarżenia o zdradę. Do Nordaua podbiegł podekscytowany rosyjski delegat i jął tłumaczyć, że z Palestyny zrezygnować nie można, bo w syjonizmie "chodzi nie o Żydów, lecz o judaizm". "Judaizm bez Żydów! - odparł tamten. - Znam cię, urocza maseczko. Idź ty z tym zdaniem na kółko spirytualistyczne". Także i ten spór - czy chodzi o bezpieczeństwo, czy choćby wygodę ludzi, czy też raczej o ideologiczną treść - miał odtąd prześladować ruch syjonistyczny.
W końcu, gdy głosowano nad propozycją skierowania do Ugandy komisji, rezolucja przeszła niewielką tylko większością oddanych głosów. Ruch syjonistyczny po raz pierwszy został głęboko podzielony. Część delegatów opuściła salę i przegłosowała w swoim gronie wniosek odrzucający możliwość jakiegokolwiek kompromisu w kwestii Palestyny. W końcu dla uspokojenia nastrojów przegłosowano, że taka sama jak do Ugandy komisja zostanie skierowana także do Palestyny. Rozłamu to jednak nie powstrzymało. Dwa miesiące później z inicjatywy mieszkającego w Palestynie rosyjskiego syjonisty Menachema Usyszkina w Charkowie zwołano konferencję w obronie Palestyny, która wystosowała do Herzla ultimatum z żądaniem, by zrezygnował z Ugandy i wyrzekł się autorytarnych metod kierowania ruchem. Uczestniczyli w niej głównie syjoniści rosyjscy, a więc ludzie, z myślą o których ugandyjska propozycja powstała. Ale oni od lat związani byli z osiedleńczą działalnością rosyjskich praktycznych syjonistów w Palestynie i odrzucali wszystko, co mogłoby odwieść od niej energię ruchu. Większość była też orientacji lewicowej i nie mogła Herzlowi wybaczyć paktu z Plehwem. W ich oczach dopuścił się podwójnej zdrady.
W odpowiedzi na zachodzie Europy zaczęli się mobilizować obrońcy Herzla; konflikt zataczał coraz szersze kręgi, a stanowiska zajęte wówczas długo jeszcze w ruchu syjonistycznym sobie pamiętano. Pod koniec roku, na balu chanukowym w Paryżu, do Nordaua, którego poparcie dla projektu ugandyjskiego było skądinąd dość umiarkowane, podszedł 27-letni student Chaim Zelig Lubań, jak się później okazało, psychicznie niezrównoważony. Wyciągnął pistolet i ze słowami: "Śmierć Nordauowi Wschodnioafrykańczykowi!", wypalił. Chybił, kula trafiła przyjaciela Herzla w nogę. Po raz pierwszy w ruchu syjonistycznym pojawiła się krew żydowska przelana przez Żyda.
Herzlowi udało się w końcu w kwietniu 1904 roku załagodzić konflikt. W ferworze walki nie zauważono nawet, że Anglicy w międzyczasie jęli wycofywać się z całego pomysłu: protesty już mieszkających w Ugandzie angielskich kolonistów, przerażonych wizją żydowskiej inwazji, przeważyły szalę. Herzl zapewnił swych krytyków, że ani sam do Ugandy nie pojedzie, ani nie będzie wywierał nacisku na realizację swego pomysłu; komisja w końcu nigdy nie została wysłana. W zamian przywódca ruchu zażądał jednoznacznego opowiedzenia się praktycznych syjonistów, zwolenników kolonizacji drobnymi krokami, za prymatem syjonizmu politycznego, który dąży do uzyskania międzynarodowego uznania dla żydowskiego osadnictwa. On sam - po swej jedynej wizycie - do Palestyny ponownie się nie wybierał, a pomysł osiedlenia tam jeszcze dziesięciu czy stu dziesięciu żydowskich rodzin uważał za stratę czasu. Co to zmieni bez międzynarodowych gwarancji? - pytał. Palestyna nie stanie się przez to ani o cal bardziej żydowska. A co nam dał polityczny syjonizm? - pytali w odpowiedzi jego krytycy. Oprócz tego, że płacimy składki i chadzamy na zebrania, nasze życie nie odmieniło się o włos. W końcu Komitet Wykonawczy Agencji Żydowskiej przegłosował dla Herzla wotum zaufania. To był już jego ostatni triumf.
Jeszcze pod koniec maja przyjął go w Watykanie Pius X, o co syjonistyczny przywódca od dawna zabiegał. Herzl zauważył, że od początku spotkania papież był poirytowany; być może dlatego, że jego gość nie pocałował przy powitaniu papieskiego pierścienia. Po krótkiej prezentacji przez Herzla celów syjonizmu przywódca Kościoła odpowiedział: "Nie możemy sprzyjać temu ruchowi. Nie możemy uniemożliwić Żydom udawania się do Jerozolimy, lecz popierać ich nigdy nie będziemy mogli. Święta ziemia Jerozolimy została uświęcona życiem Jezusa... Żydzi nie uznali Pana Naszego i dlatego nie możemy uznać narodu żydowskiego".
Twórca syjonizmu usiłował przekonać papieża, że jego ruch nie zamierza zawładnąć chrześcijańskimi miejscami świętymi; był bowiem przekonany, że niepokój Kościoła budzi właśnie ta kwestia, a nie ruch syjonistyczny jako taki. Już w Der Judenstaat zapewniał, że "co do chrześcijańskich miejsc świętych, można by przystać na formę eksterytorialności zgodnie z prawem międzynarodowym. Utworzymy straż honorową wokół tych miejsc świętych, własnym istnieniem gwarantując spełnienie tego obowiązku". Pius X nie był jednak zainteresowany gwarancjami. "Albo ci Żydzi, którzy nadal przywiązani są do swej wiary - wyjaśniał cierpliwie gościowi - nadal czekają na Mesjasza, który dla nas już przybył. W takim przypadku zaprzeczają boskości Jezusa i nie możemy im pomóc. Albo udają się do Jerozolimy bez jakiejkolwiek wiary, i wówczas tym bardziej nie możemy być z nimi". Rozmowa zakończyła się źle: papież na pożegnanie wygłosił słynne zdanie o księżach i kościołach, które będą na Żydów czekać w Palestynie, "żeby ich wszystkich ochrzcić". Kolejna klęska.
Dwa miesiące później, 4 lipca 1904 roku, Teodor Herzl zmarł na serce w wieku czterdziestu czterech lat. Jego pogrzeb odbył się w Wiedniu, gdzie chciał być pochowany obok ojca, "do czasu, gdy naród żydowski przeniesie moje szczątki do Palestyny". Jego ostatniemu życzeniu stało się zadość 16 sierpnia 1949 roku. Został pochowany w Jerozolimie, na wzgórzu noszącym odtąd jego imię.
Zmarł w porę. Ugandyjskie fiasko obnażyło całą daremność jego zabiegów o jakąś formę międzynarodowego uznania żydowskich dążeń: w ostatecznym rozrachunku Żydzi nie mieli nic do zaofiarowania w zamian. Herzl, mistrz public relations i nowoczesnej polityki, z niczego utkał iluzję, za którą poszły tysiące i która zawróciła w głowach wielu politykom, przekonanym, że za całym tym szumem musi się kryć coś konkretnego. Ale wybuch emocji, jaki towarzyszył jego ostatniemu kongresowi, pokazał, że syjonistyczni działacze lepiej rozumieli realia swego ruchu: za gromkimi deklaracjami nie stała realna siła. Herzl obiecał swemu narodowi, że wyprowadzi go z diaspory, lecz w końcu miał mu do zaoferowania jedynie diasporę gdzie indziej.
Zarazem ten wybuch słabości pokazał narodziny siły, której sam Herzl chyba nie doceniał. On nie tylko przekonał swój naród, że wyprowadzi go z diaspory - ale że jest narodem i że ma ojczyznę. Przed nastaniem wieku demokracji przeświadczenie takie nic by Żydom dać nie mogło: ich zbiorowy głos liczył się jeszcze mniej niż głos pozostałych królewskich poddanych. Ale w wieku mas, kartki wyborczej i rewolucyjnego buntu zbiorowość świadoma, że jest zbiorowością, że ma wspólną tożsamość i cel, zdolna jest wpływać na bieg zdarzeń. Po śmierci swego przywódcy syjoniści mieli przed taką właśnie stanąć próbą.