Fot. PAP/Stach Leszczyński
Krzysztof Ziemiec: nie jestem duchowym prymusem
(ur. 1967) - dziennikarz telewizyjny i radiowy, prowadzący "Wiadomości" TVP, autor kilku książek, ale przede wszystkim ojciec, który wyratował własne dzieci z pożaru, a potem sam poparzony walczył, by podnieść się z łóżka i zacząć normalnie żyć. Dla nich.
Nie obawiasz się, że możesz kiedyś zostać panem od cierpienia, człowiekiem jednej historii?
- Obawiam się. Kiedy dzwoniłeś do mnie z prośbą o wywiad, to sam ci powiedziałem, że chyba go nie chcę, bo całkiem niedawno o tym mówiłem gdzie indziej. I trochę się obawiam, że ta rozmowa będzie taka sama. A ja nie chciałbym być specjalistą od jednego tematu, nawet jeśli jest to temat tak fascynujący - jak ujmując rzecz metaforycznie - zmartwychwstanie do nowego życia. Robię w życiu wiele innych rzeczy i nie chciałbym być postrzegany jedynie przez pryzmat tego, co mi się kiedyś w życiu przydarzyło.
Ale ludzie potrzebują takich historii.
- Zdaję sobie z tego sprawę, i dlatego wydałem książkę "Niepokonani". Opisuję w niej historie ludzi, którzy dali sobie radę z nieszczęściem i uznali, że coś, co było złem, może zrodzić dobro i stać się inspiracją do pomocy innym. Oni są dla mnie wzorem, bo i ja, teraz już przecież zdrowy, co jakiś czas walę pięścią w stół albo głową w mur, że coś nie wychodzi, nie jest tak, jak być powinno, że mam dość, że nie mam na nic czasu, nie mówię o hobby, ale o obowiązkach czy o ogarnięciu wszystkiego i pójściu na rower z dziećmi. I jestem sfrustrowany, a w bohaterach mojej książki nigdy takich uczuć nie widziałem.
Siebie znasz, a ich nie...
- Zgoda, ale widziałem w nich wewnętrzny spokój, który jest - w jakimś stopniu - i we mnie. Dzięki temu, co przeżyłem, jest we mnie taki spokój, który odzywa się nawet wówczas, gdy się zdenerwuję i przypomina mi: stary, wyluzuj, to nie jest problem.
Myślisz, że to jest związane z tym, co przeżyłeś?
- Myślę, że tak. Dla wielu osób, które wciąż pędzą, mają poczucie, że nie ma rzeczy ważniejszych niż praca i odebranie dzieci ze szkoły, bo na wychowanie nie starcza już czasu, takie wydarzenia jak moje wymuszają postawienie pytania: po co to wszystko?
A po co?
- To już pytanie do każdego z nas. Bez wątpienia po coś. Czasem dla rzeczy bardzo prostych, żeby przy spotkaniu z kumplami rozmawiać nie o długonogich blondynkach, tylko o czymś ważniejszym, o tym, po co żyjemy...
...faceci nie spotykają się z kumplami, żeby rozmawiać o sensie życia.
- Nie wiem, bo dawno nie spotykam się z kumplami, nie mam na to czasu, a do tego mam poczucie, że niewiele z tego wynika. I dlatego ja, jeśli bym miał godzinę wolną, to wolałbym spędzić ją z żoną i dziećmi w domu, niż stracić na spotkanie przy piwie.
Ale mężczyzna potrzebuje - poza żoną i dziećmi - także męskiej przyjaźni.
- Zgadzam się, ale nie wiem, czy ty się ze mną zgodzisz, że niezwykle trudno ją zachować w życiu dojrzałym. Ja miałem taką grupę przyjaciół jeszcze od podstawówki i harcerstwa, ale ona się rozpadła, gdy znaleźliśmy swoje drugie połowy i poszliśmy każdy w swoją zawodową stronę. A potem pojawiły się rozwody, które sprawiły, że się podzieliliśmy na rozmaite strony. Szkoda, bo niewątpliwie prawdziwej męskiej przyjaźni bardzo mi brakuje, szczególnie, że w dorosłym wieku trudno ją zawrzeć.
Dlaczego?
- Czasy są takie, że pędzimy, co nie sprzyja głębokim relacjom. A do tego różnice poglądów są tak wielkie, że w relacjach męskich zaczyna się unikać trudnych tematów, co sprawia, że tracą one całkowicie sens i szkoda na nie czasu.
Zamieniłbyś się na inne życie, życie bez poparzenia, wypadku?
- Nie zamieniłbym, bo to było coś, co nas absolutnie buduje...
...nas, czyli rodzinę?
- O tym nie myślałem, ale też. Miałem na myśli nas, czyli gatunek ludzki. Każde doświadczenie, i złe i dobre, i wspaniałe chwile, gdy wspominamy jak z bukiecikiem kwiatów biegliśmy do sympatii, i te straszne, takie jak moje wspomnienia związane z pożarem, budują nasze ludzkie doświadczenie. Dla mnie poparzenie było - a tego się nie kupi za żadne pieniądze - jakby zjechaniem do piekła i liźnięciem ognia piekielnego. Nikt z nas nie chciałby tego - na własne życzenie doświadczyć - a mnie było dane doświadczyć męczarni, które są jakoś analogiczne do mąk piekielnych, do przypalania za złe uczynki. Ale doświadczyłem też głębokiego upokorzenia, bólu i cierpienia, ale także pełnej pokory, która jest ludziom współczesnym mało dostępna. Ta pełna pokora to jest przyjmowanie tego, co nas spotyka, ze spokojem, akceptacją. Ja szybko, po paru dniach, a nawet godzinach, przyjąłem - i to nie wiedząc, co będzie dalej - to, co mnie spotkało. Od samego początku wiedziałem, że to jest po coś, że to jest sprawdzian, doświadczenie, które wzbogaci moje życie, niezależnie od tego, jakie ono będzie później.
I to wszystko tak od razu?
- Tak. Nawet ksiądz, który mnie odwiedził w pierwszych dniach szpitalnych, był zaskoczony, że - niemal od razu - to moje bardzo przecież poważne cierpienie ofiarowałem za mojego, nieżyjącego już ojca. On był zaskoczony, że sam na to wpadłem, i że byłem duchowo na to gotowy.
Czyli byłeś jak Hiob...
- Nie chcę takich wielkich słów...
...ale mnie chodzi tylko o to, że on też ani na moment nie zwątpił.
- Rzeczywiście nie miałem zwątpienia. Nie wiem, dlaczego. Może to było zaufanie Opatrzności. Pamiętam, że byłem spokojny już w karetce. Wielu rzeczy nie pamiętam, ale pamiętam, że żartowałem z ratownikami, którzy wieźli mnie owiniętego w folię i ułożonego w specjalnych plastikowych noszach, które miały chronić mój kręgosłup. Ale może było też tak, że miałem nadzieję, że to tylko na chwilę, że zaraz z tego wyjdę i z tego brał się mój spokój? Nie potrafię teraz odpowiedzieć na to pytanie. Ale i to mnie nie martwi, bo warto mieć w życiu takie rzeczy, których nie rozumiemy, i które możemy powierzyć Bogu i czekać na ich zrozumienie po drugiej stronie.
Cierpienie uszlachetnia?
- Bez wątpienia. Każdego człowieka. A dla osób wierzących jest doskonałym elementem poznania prawd wiary, siły naszej wiary. To jest osobisty egzamin z wiary. Tak jak byśmy stali na maturze przed stołem z suknem, a naprzeciw nas stoi Bóg, który egzaminuje nas z siły wiary, zaangażowania. I jeśli nasza wiara nie jest powierzchowna, to cierpienie bardzo zbliża nas do tego, co działo się z Chrystusem w czasie Wielkiego Tygodnia. Jeśli czasem cierpimy, narzekamy czy doświadczamy bólu, to zbliża to nas do świadomości, jak wielkie musiało być Jego cierpienie. I to jest bardzo ważne, bo zbliża do Boga.
Od początku tak myślałeś?
- Od początku byłem spokojny i miałem w sobie ufność, nie poddawałem się panice. Gdybym zaczął panikować, i to już w czasie wypadku, to straty byłyby o wiele większe i może nie moglibyśmy ze sobą rozmawiać, a gdyby zabrakło mi tej ufności, to później bym sobie ze sobą nie poradził, nie przeszedłbym rehabilitacji. A to ona jest w pewnym sensie najważniejsza, bo można przeżyć wypadek, a potem na własne życzenie nie wyjść ze szpitala przez rok, by na koniec wylądować na wózku. Uwierz mi, wiem, o czym mówię, bo widziałem takie przypadki, w których ludzie nie widzieli sensu w walce o zdrowie, o siebie. Nie chcą walczyć z bólem, z cierpieniem, niedogodnościami, bo nie widzą sensu życia. Ja ten sens widziałem wtedy i widzę teraz, ja wiedziałem, że muszę nie tylko żyć, ale i wstać, bo ja mam dla kogo żyć, bo muszę zatańczyć na weselu córki. Dla ojca małych dzieci nie ma innego wyjścia, niż wstać i brać się do działania, bo jest robota do wykonania. Wiedziałem, że jestem żonie i dzieciom potrzebny, i że nie mogę się nad sobą użalać. Nie wiedziałem tylko wtedy, jak to będzie trudne i jak długo będzie trwało.
Determinację zawdzięczasz dzieciom?
- Absolutnie tak. Gdy wyszedłem do domu ze szpitala, okazało się jak bardzo jestem niepełnosprawny, obolały, niezdolny do życia bez pomocy innych. Dzieci mi wtedy przynosiły posiłki, żona mnie karmiła, myła, ubierała, co po jakimś czasie stało się nie do wytrzymania. Ale do działania zmobilizowały mnie dzieci, które w pewnym momencie zaczęły mnie traktować jak paprotkę, która wprawdzie jest żywa, i którą trzeba podlewać, ale nic poza tym z tego nie wynika, bo ona przecież nie uczestniczy w normalnym życiu, nie je z nimi posiłków, nie angażuje. Pamiętam, że któregoś dnia, kiedy żona nie miała sił czytać im przed snem, a one wciąż o to prosiły, to ja przesuwając się pośladkami po podłodze, jakimś takim ruchem robaczkowym, doczołgałem się do ich pokoju i powiedziałem, że będę im czytał. Zdziwiły się, były początkowo nieufne, ale potem widziałem radość w ich oczach. To były kolejne Rysy, na które wchodziłem, które pozwoliły mi w końcu osiągnąć Mount Everest normalnego życia.
Pytałeś kiedyś Boga, dlaczego akurat ty?
- Sam się nad tym zastanawiałem, dlaczego mnie to spotkało. Dla ludzi obojętnych, niewierzących, czy przynajmniej słabo praktykujących, taki wypadek może być "ostatnim dzwonkiem", wezwaniem do nawrócenia. I wielu tak je traktuje, zmieniając swoje życie, przestając zdradzać żonę, chodzić na piwo czy zaczynając się modlić. Ja tego nie musiałem robić, więc ta zmiana była - w pewnym stopniu - trudniejsza, bo łatwiej jest poprawić się z trójki na czwórkę, a zadaniem dla mistrza jest przeskoczyć z czwórki na piątkę. Ale wiedziałem, że jeśli już wszystko zostało mi dane na nowo, to jest to jakiś znak. Do dziś nie wiem jednak do końca jaki, ale myślę, że rozumiem to coraz lepiej.
Podniosłeś się z czwórki na piątkę?
- (śmiech) Tego nie wiem, ale wiem, że to wydarzenie było po coś, i że wszystko co wydarzyło się później, także to, że teraz ze sobą rozmawiamy, ktoś to przeczyta, zastanowi się i może zmieni swoje życie, jest jakimś elementem Bożej układanki mojego życia. Przecież gdyby to przytrafiło się komuś innemu, dajmy na to, motorniczemu tramwaju, to nie robiłbyś z nim wywiadu, nawet gdyby jego cierpienie było o wiele większe.
Krzyczałeś kiedyś na Boga?
- Chyba nie. Z pełną pokorą przyjąłem nawet bardzo niesprawiedliwy wyrok śmierci na mojego tatę, który umarł bardzo szybko, to trwało niespełna rok, na nowotwór w wieku sześćdziesięciu sześciu lat. I ja obserwowałem jego agonię, przechodzenie od stanu pełnej aktywności do odchodzenia, ale nawet wtedy, choć prosiłem, błagałem o zdrowie dla niego, pogodziłem się z tym, że moje prośby nie zostały wysłuchane. Nie przyszło mi do głowy, by powiedzieć Bogu, że ja Go prosiłem, chodziłem do ołtarza jasnogórskiego w katedrze, a On mnie nie wysłuchał. Tamten wyrok przyjąłem z pokorą, tak jak mój wypadek.
A jak rozmawiasz z Bogiem?
- Nie potrafię wciąż z Nim rozmawiać, wciąż się tego uczę. Ja, jak takie grzeczne dziecko, przyjmuję od Ojca każdy wyrok i przystosowuję się do niego.
Jesteś takim duchowym prymusem?
- Nie, bo gdybym bym był prymusem, to co roku bym był na pielgrzymce na Jasną Górę, a ja nigdy na niej nie byłem.
Może byłeś gdzie indziej?
- Na pieszej nie, chociaż już po maturze, pomyślałem sobie, że powinienem to zrobić, ale wciąż jest to przede mną.
Powiedziałeś, że nie umiesz się modlić, ale czy próbujesz modlić się codziennie?
- Mobilizują mnie do tego dzieci. My wieczorem z dziećmi najpierw czytamy, a później jest modlitwa. I wiesz często jest tak, że choć ja jestem strasznie zalatany, mam masę spotkań, nie mam na nic czasu i nawet niekiedy w czasie czytania im książki myślami jestem gdzie indziej, to jednak, gdy próbuję wyjść bez modlitwy, to natychmiast słyszę, że jeszcze trzeba się pomodlić. "Tata, bez modlitwy nie śpimy" - mówią. Dzieci są kapitalną kotwicą, kiedy my dorośli zapominamy o tym, co najważniejsze. Ale nie mam wątpliwości, że modlę się za mało, za mało rozmawiam z Bogiem. Zazdroszczę modlitwy Janowi Pawłowi II, który potrafił już jako papież zamknąć się w składziku ze szczotkami, by tam choć chwilę się pomodlić. Ja tego nie robię, nie wiem, czy o tym nie myślę, nie pamiętam, czy może nie czuję takiej potrzeby. Ciężko mi też rozmawiać z Bogiem w kościele. My katolicy często narzekamy na naszą liturgię, że ona taka, w porównaniu ze wschodnią uboga, skromna, ale ja nie jestem w stanie się skupić nawet, gdy ktoś obok mnie śpiewa, bo zawsze jakąś wadę w tym śpiewie znajdę. I sam nie wiem, jakiej bym chciał liturgii. Skromnej czy porywającej.
A w samochodzie się nie modlisz? To bardzo męski sposób modlitwy, bo pozwala łączyć dwie rzeczy i modlić się bez poświęcania dodatkowego czasu. Jeden z moich znajomych księży twierdzi wręcz, że najgorszym dniem dla modlitwy mężczyzn jest sobota, bo wtedy zazwyczaj nigdzie się nie jeździ...
- Pełna zgoda. Ten typ modlitwy w samochodzie jest dla zabieganego człowieka czymś niesamowitym. Ja sam, gdy gdzieś jadę, często rozmawiam sam ze sobą, rozmyślam, a także odmawiam pokutę. Kiedyś zadzwonił do mnie kolega i zapytał, co robię. Ja mu na to, że jadę samochodem i że odmawiam Anioł Pański. - To ja zadzwonię później - odpowiedział zaskoczony, ale uspokoiłem go, że już się kończy, i że mogę rozmawiać. Był, nie ma co ukrywać, trochę zaskoczony.
Koronkę i różaniec też w samochodzie odmawiasz?
- Nie. Ale zdarza mi się je odmawiać dzięki dzieciom, bo one czasem w październiku czy maju mają takie zadanie albo powinny pójść na nabożeństwo do kościoła, i wtedy tak. Ale samodzielnie bardzo rzadko. Dzieci są więc - i powtórzę to jeszcze raz - mocną kotwicą duchową.
To jak dzieci dorosną to będzie dramat...
- Może wtedy będę miał mniej pracy i więcej czasu na odpoczynek i skupienie na rzeczach duchowych.
Czas na odpoczynek - jak mawia pewien mój znajomy ksiądz - to będzie w grobie.
- Ale nasz wspólny znajomy wciąż powtarza, że trzeba znaleźć czas na odpoczynek i podsuwa mi ciekawe rekolekcje.
I pojechałeś?
- Nie. Ale myślę, że on tak mówi, bo ma dorosłe dzieci i już zapomniał, jak to jest mieć małe dzieci. Wtedy naprawdę brak czasu, bo one potrzebują nieustannej opieki, dowiezienia, przewiezienia. To jest masa obowiązków, których nasi rodzice nie mieli.
Może sami niepotrzebnie je na siebie wzięliśmy?
- Może i tak. Ale też wtedy, gdy my byliśmy mniejsi, wszystkie rzeczy były w zasięgu ręki. Trzy minuty na piechotę. A teraz szkoła tu, harcerstwo tam, wszystko daleko od siebie. I w ciągłej pogoni ojciec musi je wszędzie dowieźć.
Lubisz być ojcem?
- Bardzo lubię, ale jest to obecnie dla faceta ogromne wyzwanie. Mama opowiadała mi o moim dziadku, że on nigdy nie miał w domu obowiązków i to, mimo że miał czwórkę dzieci. Był lekarzem, ale gdy przychodził do domu, to jego obowiązkiem było to, żeby tam być. W domu to on poczytał gazetę, porozmawiał. I nic więcej. A teraz ojciec musi być i ojcem, i nianią, i nauczycielem, i kierowcą, i zaopatrzeniowcem. Jeszcze mój tato rzadko robił zakupy, a mnie byłoby teraz głupio widzieć moją żonę z siatami. Wszystko to sprawia, że bycie mężczyzną jest dziś o wiele bardziej wymagające, niż to było jeszcze trzydzieści lat temu.
Ojciec musi pracować na kilka etatów, jak dawniej pracowała kobieta?
- Tak, staliśmy się takimi współczesnymi matkami Polkami w męskim wydaniu. Jeśli mężczyzna chce się realizować w roli męża i ojca, to musi się stać ojcem Polakiem, zakasać rękawy i zrobić masę rzeczy w sytuacji, w której nie ma na nie czasu, bo musi pracować o wiele dłużej niż jego rodzice. Mój tato wracał z pracy o 17, a dzisiaj wielu mężczyzn wraca o wiele później. I w weekend próbują nadrobić stracony czas.
Nie idealizujesz trochę? Jak się słucha feministek, to można mieć wrażenie, że takich mężczyzn, o jakich opowiadasz, prawie nie ma.
- Ależ oni są, ale nie opowiadają o sobie. Ja, tak jak i ty, trochę jeżdżę po Polsce, i wciąż spotykam ludzi, którzy mi mówią: "ale pan normalny, panie redaktorze". I w ten sposób chcą mi przekazać, że mijam się ze stereotypem człowieka mediów, jaki funkcjonuje w naszym kraju. Otóż taki dziennikarz jak ja powinien być - według ich wyobrażeń - nieprzyzwoicie bogaty, nieprzyzwoicie zachowujący się, po pięciu rozwodach i z pięcioma kochankami. A przecież takich ludzi jest w mediach kilkoro, i choć to o nich wciąż opowiada kolorowa prasa, to większość pracowników każdej telewizji to zupełnie normalni, skromni ludzie. I podobnie jest z facetami. Jest kilku takich, o których się wciąż czyta, że się rozwiedli, związali z nową, a do tego zostawili dzieci, ale większość mężczyzn próbuje być dobrymi ojcami. Nie zawsze im to wychodzi. Mnie też nie zawsze wychodzi, czasem zaciskam zęby i jestem na skraju wyczerpania nerwowego, mam ochotę cisnąć talerzem o ziemię...
...polecam plastikowe.
- Wiesz, o czym mówię. Kiedy dzieci w domu jest więcej niż przepisowa dwójka, to zaczyna się problem. Wszystkie nagle czegoś chcą, a rodziców jest dwoje. I nagle człowiek nie wie, co zrobić i pęka jego wytrzymałość.
A jednak idealizujesz. Pamiętam taką rozmowę w jednej ze szkół, gdzie opowiadałem o tym, jak ważną rolę ma do odegrania ojciec w domu. I po tym spotkaniu podszedł do mnie nauczyciel i zadał mi proste pytanie: czy wiem, ile z tych dzieci ma w domu ojca? Myślałem, że przynamniej połowa, a on uświadomił mi, że dwoje. Reszta ojców albo porzuciła matki, albo nigdy ich nie było, albo wyjechała w poszukiwaniu pracy, albo ma problemy z alkoholem... Jednym słowem tych ojców brak, i kto wie, czy właśnie brak ojców nie jest największym naszym współczesnym problemem.
- Zgoda. Jest wielu niedojrzałych mężczyzn, ale sporo jest też takich, o jakich mówię ja. Widzę takich ojców na podwórku, na które wychodzę z dzieciakami. Tam są mężczyźni tacy jak ja, którzy starają się, choć nie zawsze im wychodzi. Najważniejsze jest, żeby próbować i nie poddawać się. Takich ludzi naprawdę nie brakuje, choć może czasem ich nie widać.
O tym coraz częściej mówią kobiety, że tych mężczyzn nie widać...
- Kiedy jeżdżę metrem do pracy, to zaczynam sobie uświadamiać ten problem. Otóż młodzi mężczyźni, którzy nim jeżdżą, są albo jacyś tacy brudni, nieatrakcyjni albo tak niemęscy i nijacy, że młoda kobieta może mieć naprawdę problem, by znaleźć sobie partnera. Jedni są bowiem zniewieściali, wyglądający jak lalki, a drudzy są byle jacy. Mężczyźni zatem, także w Polsce, trochę się pogubili.
Tylko młodzi?
- Nie tylko. Czasem kiedy widzę tatusiów w moim wieku, czyli czterdzieści plus, ubranych w krótkie spodenki i kolorowe koszulki, to też mam poczucie, że to taki syndrom Piotrusia Pana, do którego dzieci są tylko dodatkiem. Dodatkiem, który przeszkadza w realizowaniu pasji do sportów ekstremalnych. Ale dość narzekania. Będę się trzymał tezy, że jest jednak nadal wielu mężczyzn, którzy walczą o swoje ojcostwo i naprawdę się starają.
A ty, jak znajdujesz na to wszystko czas. Dzieci, ich szkoły, lekcje, modlitwa, zakupy, praca, pisanie książek, spotkania z czytelnikami, jak to godzisz?
- Sam się nad tym zastanawiam. Ogromną zasługę ma w tym moja żona. To ona pozwala mi na takie zawodowe zaangażowanie. Dzięki jej świetnemu zorganizowaniu wiele rzeczy jakoś się układa. W rodzinie z trójką dzieci to konieczne. Tu czas nie może przeciekać między palcami, bo wszystko się zawali. Lodówka będzie pusta, dzieci nieodebrane, lekcje nieodrobione, a o pacierzu nie byłoby mowy.
Czyli to żona wszystkiego pilnuje?
- Taki mamy system. Tradycyjny, że żona nie pracuje, a jest w domu. I dzięki temu mamy prawdziwy dom.
Nie pracuje zawodowo...
- Oczywiście, bo w domu pracuje za trzech. Ma etat pani domu, korepetytorki, niani i jeszcze zaopatrzeniowca, a niekiedy kierowcy.
Zniewoliłeś i ubezwłasnowolniłeś własną żonę - by posłużyć się cytatem z Magdaleny Środy.
- Nie, bo to był jej osobisty wybór, z którego się bardzo cieszy. Ona sama podkreśla, że gdyby musiała pójść do pracy i cała lub większa część jej pensji musiała pójść na opiekunkę czy pomoc do dzieci, to by to nie miało sensu. I ja się z tym całkowicie zgadzam. Gdy zmęczony wracam do domu wieczorem, gdy widzę w naszych oknach lampkę, to serce mi radośnie bije. A nasz dom dzięki temu wyborowi żyje.
Taki wybór jest jednak coraz mniej popularny.
- I dlatego jestem za niego mojej żonie szczególnie wdzięczny, bo gdyby ona była człowiekiem bardziej skupionym na samorealizacji, to ja bym połowy tych rzeczy, które robię, nie był w stanie wykonać. Nie byłbym też, gdyby nie taka jej decyzja, tak spokojnym człowiekiem. Nie mam wątpliwości, że bez jej zaangażowania ani nasz dom nie byłby taki jaki jest, ani nasze dzieci nie odebrałyby takiego wychowania. Trzeba mieć świadomość, że pewnych rzeczy się nie da pogodzić. Nie można być atrakcyjną bizneswoman na szpilkach, matroną w domu i jeszcze świetną matką. Z pewnych rzeczy trzeba rezygnować, by inne wykonywać lepiej. Na wszystko nie starczy nam czasu.
Tyle że to, co mówisz, oznacza, że kobieta musi zrezygnować z tego, co nasz świat uznaje za miarę sukcesu, że musi to poświęcić rodzinie.
- W dużej mierze tak. Ale dlaczego uznać, że sukcesem jest wyłącznie kariera zawodowa. Nie wiem, dlaczego większym sukcesem ma być bycie menedżerem w dużej firmie, niż menedżerem w domu. Mam świadomość, że bycie zarządzającym domowego ogniska jest nawet większym wyzwaniem. Kobieta, która wie, jak dobrze zorganizować pracę w domu, tak żeby w domu był obiad z kompotem, żeby dzieci były zadowolone i szczęśliwe, to jest najwyższy stopień MBA.
Jeden z psychologów, specjalistów od zarządzania, stwierdza wręcz, że rodzice rodzin wielodzietnych mają ten typ umiejętności społecznych, których nie da się nigdzie nauczyć.
- Pełna zgoda. Nie wiem tylko, czy obecnie pracodawcy są w stanie to docenić. Gdyby ktoś taki, jak moja żona, chciał teraz pójść do pracy, to pracodawca powinien ją przyjąć na złotym dywanie, bo ona ma takie umiejętności, których nie ma dziewczyna po dwóch fakultetach.
Pięknie mówisz o swoje żonie, ale czy myślałeś kiedyś o rozwodzie?
- Chyba nie. Oczywiście były takie sytuacje, kiedy trafiał mnie szlag i chciałem pójść z domu i nie wracać. Ale to było głupie, chłopięce myślenie, dodajmy chwilowe, które było skutkiem złych, narastających emocji, a nie jakieś poważne zamiary.
A kłócicie się?
- Kiedyś trochę, a dzisiaj niemal wcale, bo nie ma na to nawet czasu i siły. Kłótnia jest zresztą stratą czasu, czego nauczyła mnie moja żona, mówiąc otwarcie o pewnych sprawach. Ale mamy oczywiście czasem takie okresy nadąsania, kiedy idziemy spać bez pogodzenia się. Nawet przez dwa dni.
Czym jest dla ciebie miłość?
- Do miłości się dorasta. I ja po moim wypadku niezwykle dojrzałem w tych sprawach. Po tym, ile dobra dostałem od mojej żony, która niezwykle się mną opiekowała, zrozumiałem, że miłość jest absolutnym poświęceniem siebie drugiej osobie. To nie zawsze jest proste, i opiekowanie się mną też takie nie było. Nie jest łatwo zajmować się kimś, kto jest jedną wielką raną, kto brzydko pachnie, bo nie może się myć. Ona to robiła, i to mnie bardzo wiele nauczyło.
A miłość małżeńska?
- Ona też się zmienia. Dziś, gdy mamy już trójkę dzieci, jest ona o wiele bardziej dojrzała, niż gdy mieliśmy jedno. Wtedy czasem sobie myślałem, że rodzina i dom jest takim związaniem na siłę, a teraz wiem, że to jest wspaniałe związanie się na dobre i na złe.
Jak mawiał pan Zagłoba "i Herkules d..., kiedy ludzi kupa".
- Dokładnie tak. A zatem jest to wzajemne wspieranie się, pocieszanie, ale i radowanie się z sukcesów. Nigdy nie można jednak zapominać o odświeżaniu miłości, o randce małżeńskiej. U nas to nie jest łatwe, ale wiem, że trzeba o to walczyć, żeby męsko-damska miłość nie umarła.
Dokąd idziesz?
- Jak każdy chrześcijan staram się zmierzać ku zbawieniu, nie narzucając nikomu swojego myślenia. Staram się to robić, nie krzywdząc innych, a nie zawsze jest to proste. A krótkoterminowo chciałbym rozwijać się zawodowo i jednocześnie być jak najlepszym wzorem człowieka dla moich własnych dzieci. Chciałbym więc cieszyć się dobrym zdrowiem, żeby móc pracować, tak długo jak będzie to możliwe, ale też, żeby móc służyć swoim dzieciom pomocą.
A można być katolikiem w mediach?
- Moim zdaniem tak, choć oczywiście są miejsca, w których jest to mało prawdopodobne. W redakcji tygodnika "Nie" nie ma pewnie dla katolików miejsca.