Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie - Peter Hessler

Kup ebooka

43.90 zł
33.80 zł (28,54 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kalendarium arabskiej wiosny w Egipcie

Neheh

Okres rządów Sisiego

(8.06.2014 do chwili obecnej)

Piąta rocznica arabskiej wiosny w Egipcie; Giulio Regeni znika w Kairze, później zostaje znaleziony martwy (25.01.2016) Bomba podłożona przez ISIS wybucha w samolocie linii Metrojet nad Synajem, giną 224 osoby (31.10.2015) Początek pierwszych po zamachu wyborów do parlamentu (18.10.2015) Egipt przyjmuje ustawą szeroką definicję terroryzmu (16.08.2015) Oficjalne otwarcie Nowego Kanału Sueskiego (6.08.2015) Mursi skazany na śmierć (wyrok został później uchylony) (16.05.2015) Minister budownictwa ogłasza, że Egipt zbuduje nową stolicę na wschód od Kairu (13.03.2015) Prezydent Sisi na rozpoczęciu prac przy budowie Nowego Kanału Sueskiego (5.08.2014) Sisi obejmuje urząd prezydencki (8.06.2014)

Drugi Okres Przejściowy

(3.07.2013-7.06.2014)

Początek wyborów prezydenckich (26.05.2014) Sisi ogłasza, że będzie kandydował na prezydenta (4.03.2014) Trzecie referendum konstytucyjne po arabskiej wiośnie - ponad 98 procent głosów za nową konstytucją (25.01.2014) Egipt uznaje Bractwo Muzułmańskie za ugrupowanie terrorystyczne (25.12.2013) Mursi po raz pierwszy staje przed sądem (4.11.2013) Siły porządkowe masakrują w Kairze zgromadzenia zwolenników Mursiego (14.08.2013) Sisi ogłasza dymisję Mursiego (3.07.2013)

Okres rządów Mursiego

(30.06.2012-3.07.2013)

Wojsko stawia Mursiemu 48-godzinne ultimatum (1.07.2013) Miliony ludzi przyłączają się do protestu ruchu Tamarrud (30.06.2013) Powstaje ruch Tamarrud zbierający podpisy pod petycją przeciwko Mursiemu (28.04.2013) Drugie referendum konstytucyjne po arabskiej wiośnie - ponad 63 procent poparcia dla nowej konstytucji (22.12.2012) Mursi odwołuje duże podwyżki podatków (10.12.2012) Mursi ogłasza duże podwyżki podatków (9.12.2012) Zwolennicy Mursiego atakują demonstrantów pod pałacem prezydenckim (5.12.2012) Mursi ogłasza dekret prezydencki, przyznając sobie prerogatywy, których nie może ograniczyć władza sądownicza (22.11.2012) Mursi mianuje Abd al-Fattaha as-Sisiego ministrem obrony (12.08.2012) Muhammad Mursi obejmuje urząd prezydenta (30.06.2012)

Pierwszy Okres Przejściowy

(12.02.2011-29.06.2012)

Początek ostatniej tury wyborów prezydenckich (16.06.2012) Rozwiązanie parlamentu przez Sąd Najwyższy (14.06.2012) Bractwo Muzułmańskie ogłasza, że wystawi kandydata w wyborach prezydenckich (31.03.2012) Pierwsza sesja nowego parlamentu (23.01.2012) Początek pierwszych po arabskiej wiośnie wyborów do parlamentu (28.11.2011) Demonstracje na ulicy Muhammada Mahmuda (18.11.2011) Nazwisko Mubaraka usunięte z miejsc publicznych (16.04.2011) Pierwsze referendum konstytucyjne po arabskiej wiośnie - ponad 77 procent poparcia dla nowej konstytucji (19.03.2011) Bractwo Muzułmańskie informuje, że nie wystawi kandydata w wyborach prezydenckich (12.02.2011) Najwyższa Rada Sił Zbrojnych ogłasza, że będzie patronować przejściu do cywilnej formy rządów (12.02.2011)

Rewolucja 25 stycznia

(25.01.2011-11.02.2011)

Rezygnacja Husniego Mubaraka (11.02.2011) Pierwsze demonstracje arabskiej wiosny w Egipcie na placu At-Tahrir (25.01.2011)

W serii ukazały się ostatnio:

Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 2)

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 2)

Anna Sulińska Olimpijki

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Albert Jawłowski Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej

Piotr Lipiński Kroków siedem do końca. Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela (wyd. 2 zmienione)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci Republiki. O Algierczykach we Francji

Peter Robb Sycylijski mrok (wyd. 2)

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń (wyd. 2)

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (wyd. 2)

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 2)

Tomasz Grzywaczewski Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci (wyd. 2)

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier (wyd. 2)

Birger Amundsen Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 4)

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii (wyd. 2)

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji (wyd. 2)

Ewa Stusińska Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Łukaszenka. Niedoszły car Rosji (wyd. 2 zmienione)

Dawid Krawczyk Cyrk polski

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju (wyd. 2 zmienione)

Peter Hessler Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Thomas Orchowski Wyspa trzech ojczyzn. Reportaże z podzielonego Cypru

Haruki Murakami Podziemie. Największy zamach w Tokio

Kalendarium dziejów Egiptu1

Dżet

Republika Egiptu

(1953 - do chwili obecnej)

Zaczyna się arabska wiosna w Egipcie (25 stycznia 2011) Zabójstwo Sadata, prezydentem Husni Mubarak (1981) Anwar as-Sadat zostaje prezydentem po śmierci Nasera (1970) Gamal Abdel Naser zastępuje Nagiba na stanowisku prezydenta (1954) Muhammad Nagib jako pierwszy od 186 p.n.e. rodowity Egipcjanin obejmuje władzę w kraju (1953)

Protektorat brytyjski

(1914-1952)

Wolni Oficerowie dokonują rewolucji 23 lipca; abdykacja króla Faruka (1952) Założenie Bractwa Muzułmańskiego (1928)

Okres osmański (1517-1914)

Początek brytyjskiej okupacji (1882) Budowa Kanału Sueskiego (1859-1869) Muhammad Ali zostaje paszą Egiptu (1805) Napoleon Bonaparte najeżdża Egipt (1798)

Okres mamelucki (1250-1517)

Imperium arabskie i kalifaty (641-1250)

Język arabski staje się językiem urzędowym (706)

Okres bizantyjski (395-641)

Pierwsza armia arabska dociera do Egiptu (grudzień 639) Imperium perskie okupuje Egipt (619-629)

Okres rzymski (30 p.n.e. - 395 n.e.)

Do 300 n.e. w Egipcie upowszechnia się chrześcijaństwo

Okres ptolemejski

(332-30 p.n.e.)

Rządy Kleopatry (51-30) Zostaje pokonany Anchunnefer, ostatni rodowity Egipcjanin, który ogłosił się faraonem (186) Aleksander Wielki podbija Egipt (332)

Okres późny

(664-332 p.n.e.)

Trzeci Okres Przejściowy

(dynastie XXI-XXV,

ok. 1069-664 p.n.e.)

Nowe Państwo

(dynastie XVIII-XX,

ok. 1550-1069 p.n.e.)

Budowa świątyni Setiego I, dokończonej prawdopodobnie przez Ramzesa II (po ok. 1279) Zaczyna się budowa Amarny (ok. 1346)

Drugi Okres Przejściowy

Hyksosi (na północy), dynastia tebańska (na południu), dynastia z Abydos (środkowy Egipt) (ok. 1650-1600)

Średnie Państwo

(dynastie XI-XIV,

ok. 2055-1650 p.n.e.)

Długi podziemny grobowiec zbudowany przez króla Senusereta III (XII dynastia, ok. 1870-1831)

Pierwszy Okres Przejściowy

Stare Państwo

(dynastie III-VIII,

ok. 2686-2160 p.n.e.)

Wielka Piramida w Gizie zbudowana przez króla Chufu (IV dynastia, ok. 2589-2566) Piramida Schodkowa w Sakkarze zbudowana przez króla Dżesera (III dynastia, ok. 2667-2648)

Okres wczesnodynastyczny

(dynastie I i II, ok. 3000-2686)

Szunat az-Zabib w Abydos zbudowana przez króla Chasechemuiego (II dynastia)

Ok. 3300

Najwcześniejsze znane hieroglify w Abydos

Przypisy końcowe

Wydarzenia opisane w tej książce są dwojakiego rodzaju: jedne obserwowałem bezpośrednio albo rozmawiałem osobiście z ich uczestnikami, drugie przytaczałem za innymi źródłami. Źródła te wymieniam poniżej, wraz z odniesieniami do różnych faktów i danych statystycznych przedstawionych w książce. W przypadku wywiadów z oficjelami, naukowcami lub politykami podaję datę spotkania.

Przy niektórych zdarzeniach z historii Manu byłem obecny, później zaś, w latach 2016-2018, odbyliśmy wiele rozmów - bezpośrednich i telefonicznych - w Egipcie i w Niemczech. Z Sajjidem widywałem się regularnie od końca 2011 do lata 2016 roku, kiedy wyjechaliśmy całą rodziną z Kairu, a później w 2017 i 2018 roku, kiedy przyjeżdżałem do egipskiej stolicy. Przeważnie spotykałem się z nim i z jego rodziną sam, ale od czasu do czasu organizowałem bardziej formalne rozmowy z udziałem tłumacza, żeby wyjaśnić rzeczy, których nie rozumiałem. Dzieje rodziny Rif'ata i jego osobistą historię poznałem częściowo na naszych zajęciach z arabskiego, ale oparłem się też na rozmowach z jego rodzeństwem - Raf'atem, Tarikiem i Wardijją - przeprowadzonych po jego śmierci, od 2016 do 2017 roku.

Nie zmieniłem kolejności wydarzeń i z nielicznymi wyjątkami podaję prawdziwe imiona. Zmieniłem imię Tarika, przyjaciela Manu, ze względu na polityczny aspekt jego związku z Bractwem Muzułmańskim. Zmieniłem też imiona siostry Sajjida oraz jej dzieci na prośbę "Lejli". W rozdziale ósmym, w opisie tego, jak towarzyszyłem Sajjidowi w zbieraniu śmieci na Zamalku, zmieniłem imiona mieszkańców, od których odbieraliśmy odpadki.

Kalendarium dziejów Egiptu

1?Daty dotyczące starożytności podaję na podstawie: Ian Shaw, The Oxford History of Ancient Egypt, New York: Oxford University Press, 2003. Pisząc o wydarzeniach od okresu bizantyjskiego do czasów współczesnych, opieram się na: Jason Thompson, A History of Egypt. From Earliest Times to the Present, New York: Anchor Books, 2009.

Część pierwsza. Prezydent

2?Toby Wilkinson, Powstanie i upadek starożytnego Egiptu. Dzieje cywilizacji od 3000 p.n.e. do czasów Kleopatry, przeł. Norbert Radomski, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2019, s. 198.

Rozdział 1

3?Z Laurel Bestock rozmawiałem i korespondowałem w październiku i listopadzie 2018 roku. Więcej szczegółowych informacji o wykopaliskach zob. tejże, Brown University Abydos Project. Preliminary Report on the First Two Seasons, "Journal of the American Research Center in Egypt" 2012, vol. 48, s. 35-79.

4?David O'Connor, Abydos. Egypt's First Pharaohs and the Cult of Osiris, Cairo: American University in Cairo Press, 2009, s. 160.

5?David Batty, Alex Olorenshaw, Egypt protests - as they happened, "Guardian", 29.01.2011, theguardian.com, bit.ly/3aUzp0f.

6?David O'Connor, Abydos, dz. cyt., s. 143.

7?Z mojego wywiadu z Adamsem, który odbył się 24 marca 2015 roku.

8?Podczas naszego spotkania 27 lutego 2013 roku Ragab opowiedział mi, jak robił to pudło i jak patrolował okolicę.

9?O dżet i neheh zob. W. Raymond Johnson, The Setting: History, Religion, and Art [w:] Pharaohs of the Sun. Akhenaten, Nefertiti, Tutankhamen, eds. Rita E. Freed, Yvonne J. Markowitz, Sue H. D'Auria, London: Thames & Hudson, 1999, s. 38-40.

10?Erik Hornung, Conceptions of God in Ancient Egypt. The One and the Many, trans. John Baines, Ithaca: Cornell University Press, 1983, s. 183.

11?W. Raymond Johnson, The Setting..., dz. cyt., s. 38.

12?Swoje koncepcje dotyczące związku pustyni z dżet i doliny rzecznej z neheh Johnson przedstawił w rozmowie ze mną 31 marca 2014 roku.

13?Odwiedziłem Adamsa i jego ekipę w lutym i marcu 2013 roku, kiedy badali doły splądrowane w 2011 roku. Zob. także: Matthew Douglas Adams, In the Footsteps of Looters. Assessing the Damage from the 2011 Looting in the North Cemetery at Abydos, "Journal of the American Research Center in Egypt" 2015, vol. 51, s. 5-63.

Rozdział 3

14?Charles Mohr, Trapped Egyptian Force Seen at Root of Problem, "New York Times", 26.10.1973, nytimes.com, nyti.ms/2WAzvWK.

15?Byłem świadkiem kradzieży w meczecie Omara Makrama 20 listopada 2011 roku.

16?Pogrzeb w meczecie Omara Makrama obserwowałem 22 listopada 2011 roku o godzinie czternastej.

17?Zob. obszerniejszą relację o wypowiedziach szajcha Mazhara Szahina: David D. Kirkpatrick, Egyptian Islamists Rally to Protest Military Rule, "New York Times", 18.11.2011.

18?Muslim Brotherhood Tops Egyptian Poll Result, Al-Dżazira, 22.01.2012, aljazeera.com, bit.ly/2ws5iyL.

19?David D. Kirkpatrick, Islamists Win 70% of Seats in the Egyptian Parliament, "New York Times", 21.01.2012, nytimes.com, nyti.ms/2WM6lEf.

20?Z Muhammadem Baltagim spotkałem się 30 grudnia 2011 roku.

Rozdział 3

Pod koniec listopada, kiedy skończył się okres spokoju na scenie politycznej i demonstranci wrócili na plac At-Tahrir, prawie codziennie się tam wyprawiałem. Idąc wzdłuż wschodniego brzegu wyspy, przechodziłem pod mostem 6 Października, za którym ciągnęły się nad Nilem małe parki i ogrody. Droga do mostu Kasr an-Nil zabierała mi blisko pół godziny. Zbudowano go w latach trzydziestych, za panowania króla Fuada, który nadał mu imię swojego ojca. Po rewolucji 1952 roku, kiedy Naser ze swoimi towarzyszami obalił monarchię, most przemianowano na "Pałac Nilu".

Wielu ważnym miejscom i obiektom w Kairze nadano nazwy związane z pamiętnymi wydarzeniami XX wieku (albo je odpowiednio pozmieniano). Nawet apolityczny Zamalek to zbiorowisko dat historycznych: główną arterią jest ulica 26 Lipca - to data abdykacji króla Faruka, a most 15 Maja upamiętnia początek wojny izraelsko-arabskiej 1948 roku. Most 6 Października nazwano tak, by uczcić egipską ofensywę na Synaju w 1973 roku. Według oficjalnej wykładni były to wszystko chwalebne wydarzenia, ale przeważnie lepiej się zaczynały, niż kończyły. Wojna izraelsko-arabska okazała się dla Arabów katastrofą, działania wojenne na Synaju w 1973 roku skończyły się okrążeniem egipskiej Trzeciej Armii przez Izraelczyków14. Osiem lat później, także 6 października, zamordowany został prezydent Sadat, a powodem zamachu była w znacznej mierze jego gotowość do negocjacji z Izraelem. Nigdy nie mieszkałem w miejscu upamiętniającym tak wiele wydarzeń historycznych, które w najlepszym wypadku można uznać za ambiwalentne.

Most Kasr an-Nil rozciągał się nad szeroką odnogą Nilu, jego jezdnia prowadziła prosto na plac At-Tahrir. Ściślej rzecz biorąc, nie był to plac w pełnym tego słowa znaczeniu, a raczej rondo, którego środek okrążał niekończący się potok samochodów. Dookoła stały budynki w różnorakim stylu, jakby zbiegły się w tym miejscu, przybywając z wielu kierunków. Mogamma', ogromny kompleks urzędów państwowych, miała nijaką modernistyczną fasadę, a położone nieopodal prywatne kamienice - balkony z kolumnami i oszklonymi drzwiami. Muzeum Egipskie z kopułą na dachu i łukowymi oknami było w ciemnopomarańczowym kolorze włoskiego palazzo. Nie brakowało Hardee's i KFC. Znajdował się tu również meczet Omara Makrama z eleganckim minaretem i oknami przesłoniętymi typową dla architektury islamu kamienną koronką.

Kiedy listopadowe demonstracje przybrały na sile, rondo wyłączono z ruchu, a wszystkie restauracje się pozamykały. Moje spacery przez most upodobniły się do przekraczania granicy. Za sobą zostawiałem brzegi wyspy pełne drzew i kwiatów, przed sobą miałem wysokie budynki wznoszące się nad placem. Nawet powietrze po drugiej stronie rzeki było inne. Demonstranci rzucający kamieniami i cegłami wznosili kurz, a na At-Tahrir śmierdziało gazem łzawiącym.

Dotąd mogłem poznać egipską rewolucję wyłącznie z telewizji, gdy w Kolorado oglądałem jej wczesne stadium. Wzruszyły mnie uroczyste sceny towarzyszące rezygnacji Mubaraka i na pierwsze wyprawy na At-Tahrir ubierałem się elegancko. Wkładałem uprasowane spodnie i koszule zapinane z przodu na guziki, ale szybko zdałem sobie sprawę, że nikt się tak nie nosi. Za dużo kurzu, za dużo chaosu. Lepiej się było nie wyróżniać. Kiedy po raz pierwszy wybrałem się na plac, padłem ofiarą kieszonkowca, który ukradł mi portfel. Wciśnięty w tłum, porwany przez ludzką masę, nie mogłem powstrzymać ręki, która plądrowała mi kieszeń. Miałem szczęście - w portfelu nie było zbyt dużo pieniędzy - i dostałem nauczkę. Takie zasady panowały na At-Tahrir: nie strój się, nie noś przy sobie portfela, nie stawaj na podwyższeniach.

Za drugim razem, kiedy poszedłem na At-Tahrir, zobaczyłem złodzieja przyłapanego na gorącym uczynku koło meczetu Omara Makrama15. Do przestępstwa doszło podczas południowej modlitwy, kiedy większość mężczyzn zebranych w meczecie stała w rzędach twarzą do mihrabu. Meczet znajduje się w południowo-zachodnim rogu placu. Tamtego dnia drzwi i okna były otwarte, z zewnątrz dobiegał ryk tłumu. Był jak głos oceanu - nieustający, lecz wciąż zmienny, od czasu do czasu wznosił się w crescendo, jak ogromna fala uderzająca o brzeg. Ilekroć głos się nasilał, zastanawiałem się, co się tam dzieje. Może w ludzi ciśnięto pojemnik z gazem łzawiącym, a może wynoszą właśnie z pierwszej linii kolejnego zranionego nastolatka.

Złodziej przypuszczał zapewne, że w całym tym zamieszaniu nikt nie zwróci uwagi na telefon podłączony do ładowarki. Podkradł się i schował do kieszeni aparat, którego właściciel się modlił. Ale z tyłu przyuważył go stary szajch z długą siwą brodą. Kiedy skończyły się modły, szepnął kilka słów stojącym w pobliżu mężczyznom; był wśród nich student, który zaprosił mnie do meczetu. Gdy druga grupa modlących się zaczęła głośno powtarzać: Allahu akbar! Allahu akbar!, mężczyźni otoczyli złodzieja. Stanąłem za nimi, obserwując całe wydarzenie.

Przyparli go do ściany sali modlitewnej. Oddał telefon bez walki. Kiedy szajch zapytał, dlaczego go ukradł, złodziej odparł, że jego własną komórkę ktoś mu dzisiaj zabrał.

- Pokaż dowód - zażądał student.

Złodziej odparł, że jest za młody, żeby mieć taki dokument. Był bardzo chudy, o ziemistej, niezdrowej cerze, nosił brudne ubranie. Prawe oko miał zaczerwienione - gaz łzawiący wywołał stan zapalny albo ktoś go uderzył. Wielu ludzi na placu miało tego dnia czerwone oczy.

- To haram! - powiedział szajch. "Zakazane!" - Moglibyśmy wezwać policję, żeby cię aresztowali.

W rzeczywistości żaden glina nie miał zamiaru się zbliżyć w takim dniu do meczetu Omara Makrama, sprawiedliwość musiała więc wymierzyć grupa mężczyzn. Kiedy student przeszukiwał kieszenie chłopaka, ciało złodzieja zwiotczało, wyrzucił ręce w górę jak marionetka. Znaleziono zapalniczkę i opakowanie ventolinu, lekarstwa na astmę, które lekarze ochotnicy rozdawali ofiarom gazu łzawiącego. Student podał te rzeczy szajchowi, który nachylił się do złodzieja i pouczał go przez bardzo długą minutę. Mówił spokojnie, zresztą nikt z grupy podczas całego zajścia nie podniósł głosu. Kiedy do mężczyzny dotarło, że puszczają go wolno, na chwilę zastygł w miejscu, jakby uczucie ulgi go przytłoczyło. Potem szybko, ze spuszczoną głową podszedł do drzwi meczetu. Nie oglądając się za siebie, zniknął we wrzawie panującej na placu.

Trudno ustalić, dlaczego właściwie zaczęły się rozruchy. Trzy dni wcześniej Bractwo Muzułmańskie zorganizowało protest przeciw tymczasowym władzom wojskowym, tak zwanej Najwyższej Radzie Sił Zbrojnych. Zanosiło się na to, że wojskowi mogą dłużej rządzić. Niektórzy się obawiali, że generałowie planują odroczenie pierwszych w Egipcie wolnych wyborów do parlamentu, zapowiadanych na koniec listopada.

Protest Bractwa był w gruncie rzeczy ostrzeżeniem. Pokojowe zgromadzenie na placu At-Tahrir miało przypomnieć Najwyższej Radzie, że każda próba zakłócenia procesu przejścia do demokracji napotka opór. Po jednym dniu bracia muzułmanie odeszli z placu, zadowoleni, że ich przesłanie dotarło, gdzie należy. Część liberalnych aktywistów została tam jednak przez noc, a następnego dnia weszli w konflikt z policją. Utrzymywali, że gliniarze, choć niesprowokowani, ich zaatakowali. Inni twierdzili, że to młodzi ludzie zantagonizowali siły porządkowe. Tak czy inaczej, atmosfera była napięta, nawet niewielka sprzeczka szybko przeradzała się w poważniejsze starcie. Kiedy wieść rozeszła się w mediach społecznościowych, młodzi ludzie reprezentujący wszystkie nurty polityczne tłumnie pospieszyli na plac, zaniepokojeni, że wojskowi mogą zawłaszczyć ich ciężko wywalczone zwycięstwo nad Mubarakiem.

Do trzeciego dnia protestów zginęło ponad dwadzieścia osób[5]. Większość poniosła śmierć na ulicy Muhammada Mahmuda odchodzącej od południowo-zachodniego skraju placu i prowadzącej do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ministerstwo było oficjalnym centrum policji i stało się celem rozgniewanych demonstrantów. Młodzi mężczyźni uzbrojeni w kije i kamienie co rusz szturmowali jego mury, a policjanci w rynsztunku do tłumienia demonstracji odpierali ich gazem łzawiącym, gumowymi kulami i śrutem. Tamtego ranka, kiedy poszedłem na At-Tahrir, tłum liczył dziesiątki tysięcy, a na samym placu panował jeszcze względny spokój. Ludzie byli jednak podminowani. Co jakiś czas ta czy inna grupa bez widocznego powodu wpadała w panikę i zaczynała uciekać z ulicy Muhammada Mahmuda, jakby zbliżali się policjanci. Z początku mogło to być tylko czterech czy pięciu mężczyzn, ale panika była zaraźliwa i zaraz przez plac biegły już pędem setki - po czym wszystko zatrzymywało się tak nagle, jak się zaczęło. W tym rytmie, podobnie jak we wrzawie na placu, było coś, co przypominało falowanie wody, a widok ludzi zaczynających nagle biec i równie nagle stających w miejscu sprawiał niesamowite wrażenie.

Podczas jednego z takich przypływów zauważyłem młodego człowieka o łagodnym wyrazie twarzy, który stał z boku, przypatrując się spod przymkniętych powiek temu, co się działo na placu. Rzadko widywało się w tym tłumie kogoś tak spokojnego. Odezwałem się do niego swoją kiepską arabszczyzną, po czym przeszliśmy na angielski. Był studentem ostatniego roku farmakologii na Uniwersytecie Ajn Szams. Powiedział mi, że uczestniczył w styczniowych i lutowych demonstracjach, a teraz wrócił na plac, aby się upewnić, że nie porzucono marzeń o demokracji.

Gdy tak rozmawialiśmy, z meczetu Omara Makrama rozległo się wołanie na południową modlitwę. Student zapytał, czy chciałbym tam z nim pójść. Odparłem, że nie jestem muzułmaninem.

- Nie szkodzi. Każdy może tam wejść.

Ze wszystkich budynków i instytucji otaczających plac tylko meczet Omara Makrama pozostał otwarty na rewolucję. W sali modlitewnej lekarze ochotnicy zorganizowali punkt medyczny, gdzie opatrywano rannych, a z łazienek i toalet korzystać mogli wszyscy. Kiedy wszedłem ze studentem do meczetu, zobaczyłem dziesiątki ludzi ładujących telefony komórkowe. Niektórzy spali pod ścianami.

Od tej pory po codziennej wędrówce przez most Kasr an-Nil zatrzymywałem się w meczecie. Wkrótce spędzałem tu już większość czasu podczas pobytu na At-Tahrir. Sam plac robił przytłaczające wrażenie. Sceny walk były tak chaotyczne, że nie byłem w stanie zrozumieć, co się właściwie dzieje. Wewnątrz meczetu czuło się jednak, że panuje tu porządek. Szajchowie prowadzili modlitwy, a młodzi aktywiści ochotniczo pełnili funkcje lekarzy, aptekarzy i ochrony. Zorganizowali biuro rzeczy znalezionych, gdzie przynoszono różne przedmioty pogubione przez demonstrantów na placu. W normalnych warunkach główna sala modlitewna była zastrzeżona dla mężczyzn, ale teraz w wejściu dla kobiet urządzono szpital, tak więc pozwolono im przechodzić przez męską część do wydzielonej dla nich części meczetu.

Przybysz z zewnątrz czuł się tu swobodnie. Zawsze przedstawiałem się jako amerykański dziennikarz, a ludzie chętnie ze mną rozmawiali. Czasami filmowałem to, co się działo w meczecie, żeby później obejrzeć materiał w asyście tłumacza. Moi rozmówcy często podkreślali, że meczety są otwarte dla innowierców, ponieważ islam uznaje wszystkie religie. Byli uprzejmi - przynajmniej w pierwszych dniach demonstracji - nawet dla tych, którzy łamali zasady. Grupa mężczyzn łagodnie obeszła się ze złodziejem telefonu, ponieważ znajdowali się w świętym miejscu, ale również dlatego, że wierzyli w rewolucję rozgrywającą się na zewnątrz.

Piątego dnia protestów byłem świadkiem, jak do meczetu Omara Makrama przyniesiono zwłoki jednego z demonstrantów. Pogrzeb zaczął się jak kolejna fala dźwięku: najpierw słychać było stłumiony gwar na zewnątrz świątyni, który potem przerodził się w głośną wrzawę16. Siedziałem w kącie sali modlitewnej, kiedy przez frontowe drzwi wdarł się tłum. Na jego czele sześciu mężczyzn niosło na ramionach otwartą trumnę.

Położyli ją przed mihrabem, niszą na przodzie meczetu wskazującą kierunek na Mekkę. Mężczyznom towarzyszyła grupka ubranych na czarno kobiet. Była wśród nich matka zabitego, która trzymała paszportowe zdjęcie syna. Kilka osób próbowało ją zatrzymać, krzycząc, że to haram, kobiety bowiem nie powinny znajdować się tutaj podczas pogrzebu, ale matka potrząsała fotografią - w jej rękach ten maleńki wizerunek miał moc pałki. Mężczyźni szybko odstąpili i kobiety pozostały w sali modlitewnej przez cały krótki obrządek.

Jeden z tych, którzy szli przy trumnie, powiedział mi, że zmarły miał zaledwie dwadzieścia pięć lat i że uzyskał dyplom z turystyki. Zginął ubiegłej nocy. Kiedy zapytałem, jak to się stało, mężczyzna bez słowa sięgnął do kieszeni i wyjął dwie łuski po nabojach. Ludzie biorący udział w starciach pod Ministerstwem Spraw Wewnętrznych zbierali czasem takie rzeczy na dowód, że władze zaczęły używać ostrej amunicji.

Młody demonstrant był jednym z ponad trzydziestu, którzy do tej pory zginęli. Szajch, stojąc obok zwłok, opowiedział historię Hamzy, stryja proroka, który w VII wieku, kiedy rodził się islam, poległ w bitwie z mekkańczykami. Potem przeszedł do protestów.

- Wiedzcie, że uznajemy tego człowieka za męczennika, który trafił do boskiego raju! - mówił, podnosząc głos. - Przysięgamy Bogu, że to nie pójdzie na marne! To szlachetna krew! Została przelana za sprawiedliwy świat! Słuchajcie mnie, ludzie Boga! Będziemy demonstrować, zostaniemy tutaj, aż pomścimy męczenników!

Ktoś z tłumu dołączył:

- Boże, daj nam umrzeć za naszą sprawę! Boże, daj nam umrzeć za naszą sprawę!

- Allahu akbar! Allahu akbar!

Krzycząc, naciągali na twarze kominiarki i przepychali się do wyjścia, żeby znów przyłączyć się do walki. Kilku z nich wyniosło trumnę. Matka zabitego zawodziła, a stojąca obok niej kobieta głośno potępiała okrucieństwo policji:

- Haram! Haram! To lekcje zbrodni!

- To rządy wojskowych, kobieto - wtrącił się jeden z mężczyzn. - To nam daje wojskowy reżim.

Kiedy trumna znalazła się na zewnątrz, a fala hałasu ustąpiła, w sali modlitewnej zrobiło się bardzo cicho. Część ludzi w jej tylnej części przespała cały obrządek. Młody farmaceuta ochotnik, Ahmed Salim, pracował w tymczasowym punkcie medycznym koło mihrabu. Dobrze mówił po angielsku. Kiedy wspomniałem o pogrzebie, mrugnął i stwierdził, że był zbyt zajęty, żeby zwrócić na to uwagę. Pracował od dwóch dni, prawie nie śpiąc. Powiedział, że większość leków, które wydaje, to ventolin i farcolin, łagodzące skutki użycia gazu łzawiącego, a także mnóstwo kropli do oczu z alkoholem poliwinylowym. Podłoga była zasypana opakowaniami po lekach, fiolkami, butelkami i innymi rzeczami. Podczas naszej rozmowy farmaceuta nadepnął na strzykawkę i rozciął sobie stopę. Schylił się i opatrzył ranę z obojętnym wyrazem twarzy, jakby podrapał swędzące miejsce. Był boso. W meczecie Omara Makrama podchodzono elastycznie do wielu zasad, ale jednej nigdy nie naruszano: nikt w środku nie nosił butów.

Szóstego dnia demonstracji Salimowi Abd as-Salimowi skradziono sandały firmy Nike, kiedy modlił się w meczecie. Al-hamdulillah! - przywitał się ciepło, gdy się spotkaliśmy w tylnej części sali modlitewnej. "Chwała Bogu!" Wspomniał o kradzieży dopiero po kilkuminutowej pogawędce. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak wyjdzie boso na plac, ale Abd as-Salim nie tracił humoru. Dozorca ochotnik znalazł dla niego w końcu parę zapasowych kapci.

Kilkunastu młodych rewolucjonistów obecnych w meczecie zaproponowało, że pomogą mi przy relacjonowaniu demonstracji. Większość nie mówiła po angielsku, po tygodniu zatrudniłem więc tłumacza, żeby mi towarzyszył w wyprawach na At-Tahrir. Często siadaliśmy razem z jednym z ochotników, Walidem, chudym mężczyzną o bystrym spojrzeniu. Przybył z dalekiego przedmieścia Kairu i jak wielu aktywistów nie wziął ze sobą nic oprócz tego, co miał na sobie. Codziennie nosił ten sam biały sweter, z każdym dniem coraz brudniejszy. Nocą spał w meczecie. Kiedy zrobiło się tłoczno, krążył po sali, rozdając koce, jedzenie i inne rzeczy z darów.

Samoorganizacja była znakiem szczególnym tej rewolucji. Nawet podczas pierwszej fali protestów, kiedy Mubaraka zmuszono do ustąpienia, nie wyłoniło się jasno określone przywództwo ruchu. Większość uczestników stanowiła młodzież - ponad połowa ludności Egiptu liczy najwyżej dwadzieścia pięć lat. Aktywiści często z dumą wspominali, że nie mają liderów ani partii; według nich świadczyło to o tym, że są bardziej demokratycznym pokoleniem. Powodem do dumy była też energia, jaką inwestowali właśnie w nieformalną samoorganizację. Podczas starć nastolatki na motocyklach ewakuowały rannych lub oszołomionych gazem łzawiącym, a studenci medycyny i farmacji obsadzili szpitale polowe. Znalazły się nawet grupy młodych ludzi z dłutami i ciężkimi młotami, którzy rozbijali płyty chodnikowe wzdłuż ulicy Muhammada Mahmuda, żeby demonstranci mieli czym rzucać w policjantów.

Meczet Omara Makrama pełnił jeszcze jedną funkcję: stał się mianowicie głównym ośrodkiem wymiaru sprawiedliwości na placu At-Tahrir. Atmosfera względnej pobłażliwości, jaką zaobserwowałem podczas mojej pierwszej wizyty w tym miejscu, z czasem ulegała zmianie. Teraz każdego przyłapanego na przestępstwie prowadzono od razu do sali modlitewnej. Jeśli przewinienie było poważne, wiązano mu ręce i zamykano go w jednym z bocznych pomieszczeń. Ochotnicy decydowali o tym, czy zostanie uwolniony, czy doprowadzony na posterunek policji poza placem. Zapytałem Walida, jak podejmują decyzje.

- To zależy od wagi przestępstwa.

Pytałem przez tłumacza o szczegóły, ale Walid odmówił wyjaśnień. W końcu wstał i zza stołu, przy którym siedzieli ochotnicy, wyjął dwie duże plastikowe torby. Wysypał na blat ich zawartość - kilkadziesiąt portfeli, kluczy i dowodów osobistych.

- To są zgubione i znalezione rzeczy - powiedział. - Wiele skonfiskowano złodziejom. Sam widzisz, że to poważny problem. Musimy surowo traktować tych, których przyłapiemy.

Po tygodniu protestów grupa prominentnych szajchów z Al-Azharu, najszacowniejszej muzułmańskiej instytucji w Egipcie, wynegocjowała tymczasowe zawieszenie broni pod Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Podczas rozejmu wojsko przysłało żołnierzy, którzy zagrodzili główne wejścia do ministerstwa betonowym murem zwieńczonym drutem kolczastym[6]. W tym czasie aktywiści wciąż nie mieli przywództwa, które mogłoby wysunąć sprecyzowane żądania. Bractwo Muzułmańskie odmówiło powrotu na plac. Część młodszych braci błagała swoich zwierzchników, żeby się włączyli do protestów, choćby po to, by wprowadzić jakąś dyscyplinę, która mogłaby ograniczyć przemoc. Ale przywódcy byli nieugięci - nie uważali, żeby zaangażowanie się w tak chaotyczne wydarzenia przyniosło jakąś korzyść. Na początku demonstracji egipski rząd tymczasowy zaproponował, że poda się do dymisji, co jednak nie osłabiło gniewu protestujących.

Mury się sprawdziły. Zanim je wzniesiono, fale demonstrantów były nieustępliwe: szturmowały ministerstwo, wycofywały się pod naporem policji, przegrupowywały się i znów szarżowały. Kiedy jednak mury wytrąciły atakujących z rytmu, stało się tak, jakby hipnotyzer pstryknął palcami: młodzi ludzie, nie mając wyraźnego celu, stracili orientację, ich energia rozproszyła się w różnych kierunkach. Nastąpiło nagłe wzmożenie ochotniczych stróżów bezpieczeństwa, a wokoło placu namnożyło się punktów kontrolnych. Ilekroć szedłem z tłumaczem od mostu Kasr an-Nil, siedem lub osiem razy zatrzymywali nas i legitymowali jacyś młodzi ludzie.

Tłumacz miał na imię Muhammad, ale znano go pod przydomkiem Manu. Przed arabską wiosną pracował w jednym z kairskich call center, wykorzystując znajomość angielskiego do odpowiadania na pytania użytkowników telefonów komórkowych z Dubaju. Potem zatrudnił się w holenderskiej firmie budującej nowy ośrodek turystyczny na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Kiedy zaczęła się rewolucja, firma zarzuciła projekt, a pracowników zwolniono. Manu podłapywał różne prace, jakie się tylko nadarzyły w okolicach placu At-Tahrir, gdzie zawsze byli zagraniczni dziennikarze i fotoreporterzy potrzebujący tłumaczy. Przyjmował wszystko ze spokojem - w ciągu jednego roku przeszedł od dubajskich komórek do holenderskiej turystyki, by skończyć na pomaganiu cudzoziemcom w zrozumieniu wydarzeń politycznych w Egipcie.

Manu, przystojny trzydziestolatek, miał ogoloną głowę i oczy przysłonięte opadającymi powiekami. Jedno z moich pierwszych spostrzeżeń dotyczących Egipcjan było takie, że mają wyraziste twarze, ale Manu trudno było rozgryźć. Nie uśmiechał się zbyt często i z początku niewiele mówił o swoim życiu. Zachowywał spokój, nawet kiedy ochotnicy na punktach kontrolnych w pobliżu At-Tahrir zrobili się agresywni. Po takich konfrontacjach często się zatrzymywał, zanim weszliśmy do meczetu, i zapalał viceroya blue. To samo robił, kiedy wychodziliśmy. Zawsze głęboko się zaciągał, jak gdyby w sali modlitewnej wstrzymywał oddech. Pewnego razu poprosiłem, żeby powiedział mi szczerze, co myśli o tym miejscu.

- Nie lubię meczetów - odparł.

- Nie jesteś religijny?

- Nie.

Wyjaśnił, że jako chłopiec często brał udział w piątkowych modłach, ale z biegiem lat przestał. Kiedy odbywał służbę wojskową, chodził do meczetu w bazie, żeby się zdrzemnąć.

- To było jedyne miejsce, gdzie mogłem być sam.

- Nie lubiłeś wojska?

- Nie.

- Ale bardziej niż meczetu?

Uśmiechnął się.

- To prawda. W meczecie przynajmniej można było pospać.

Zapytałem, czy się nie obawiał, że drzemka w meczecie w mundurze może zostać uznana za brak szacunku dla tego miejsca. Zakładałem, że to, co widziałem w meczecie Omara Makrama, gdzie ludzie co chwilę wyciągali się na podłodze, było anomalią związaną z rewolucją.

- Nie - powiedział Manu. - Idź do jakiegokolwiek meczetu w upalny dzień. Prawie zawsze zobaczysz kogoś śpiącego. Ale ta cała reszta nie jest normalna.

Zatoczył ręką szerokie koło - chodziło mu o meczet, plac, starcia, punkty kontrolne.

Manu brał udział w niektórych demonstracjach na samym początku rewolucji i bardzo się ucieszył z upadku Mubaraka. Teraz jednak, jak mówił, panowała inna atmosfera. Wielu ludzi z meczetu miało takie same spostrzeżenia. Nauczyciel Koranu szajch Sami wyjaśnił mi:

- W styczniu klasa wyższa i średnia domagały się sprawiedliwości społecznej i równości. Ale teraz jest to rewolucja dla biednych ludzi. To są tacy, którzy niczego nie posiadają.

Szajch pochodził z delty Nilu, gdzie pracował w szkole religijnej. Kiedy zaczęły się listopadowe demonstracje, zamieszkał w meczecie i często prowadził modlitwy. Stwierdził, że wielu młodych ludzi walczących na ulicy Muhammada Mahmuda ma mętlik w głowie, ale zasługują na sympatię.

- Nie przyszli tu, żeby rozrabiać. Ciężko im się żyje i przepełnia ich gniew.

Wszystkie większe meczety w Egipcie są zarządzane bezpośrednio przez władze państwowe, które mianują imamów i wypłacają im pensje. Imamem meczetu Omara Makrama był szajch Mazhar Szahin, dobrze wypadający przed kamerą trzydziestolatek, który w talk-show i popularnych programach religijnych często przedstawiał stosunkowo liberalną interpretację zasad islamu. Na samym początku rewolucji stał się celebrytą, poparł bowiem ruch z placu At-Tahrir. Pierwszego dnia listopadowych demonstracji wygłosił w meczecie płomienne kazanie. "Chcemy obywatelskiego, demokratycznego państwa z islamską wizją, w którym ludzie będą mogli korzystać ze swoich praw i demokracji"17, mówił, zwracając się do tłumnie zgromadzonych aktywistów.

Ale po tym kazaniu nie widziałem już szajcha Mazhara w meczecie. Według prawa imam mianowany przez państwo powinien przebywać w meczecie między modlitwą o zachodzie słońca a modlitwą wieczorną. Ja i Manu często się tu zjawialiśmy właśnie o tej porze.

- Chciałbym, żeby tu był - powiedział szajch Sami. - Ktoś powinien kierować.

Imam nadal pokazywał się w telewizji, gdzie zaproponował publicznie, że może się podjąć mediacji między demonstrantami a policją. Ale poza tym nigdzie go nie widziano[7].

Dziesiątego dnia protestów do meczetu Omara Makrama przyprowadzono mężczyznę, przy którym znaleziono nożyczki. Był to przedmiot zakazany, ponieważ złodzieje używali ich do przecinania kieszeni. Niewielki tłum zaciągnął złapanego przez salę modlitewną do pomieszczenia służącego do ablucji i tam zaczął go bić. Manu i ja siedzieliśmy jakieś pięć metrów dalej, rozmawiając z Walidem. Mężczyzna tak krzyczał, że co jakiś czas musieliśmy przerywać rozmowę. Nieopodal klęczała grupa ludzi próbujących się modlić. Sweter Walida był już teraz całkiem szary. Wszyscy ochotnicy wyglądali podobnie: z każdym dniem ich ubrania były coraz brudniejsze, a twarze coraz bardziej napięte.

Zapytałem Walida, co mają zamiar zrobić z domniemanym złodziejem. Powiedział, że na jakiś czas go zwiążą. W meczecie, tak jak w innych miejscach na placu, pojawiło się nagle mnóstwo samozwańczych stróżów bezpieczeństwa. Przepytywali każdego, kto wydał im się podejrzany, często bili zatrzymanych, żeby wymusić zeznania. Niektórzy z nowo przybyłych zaopatrzyli się w watowane kamizelki używane przez adeptów sztuk walki, ozdobione motywem wschodzącego słońca. Przechadzali się boso po meczecie, który przypominał teraz szkołę taekwondo.

Kilku strażników zaczęło naciskać Manu, chcąc zebrać informacje na mój temat. W meczecie nie było już nikogo starszego wiekiem. Szajch Sami, który odniósł obrażenia, kiedy próbował rozdzielić walczących, wrócił do domu w delcie Nilu. Złodzieje i inni przestępcy stali się codziennym widokiem. Złapano młodego mężczyznę, który udawał lekarza w punkcie medycznym. Kilku ochotników zameldowało, że wyniesiono bez pozwolenia duże ilości lekarstw otrzymanych z darów, prawdopodobnie po to, żeby je sprzedać na czarnym rynku.

Kiedy dziesiątego dnia protestów wyszliśmy z meczetu, Manu, który jak zwykle zaciągnął się swoim viceroyem blue, stwierdził, że może będzie lepiej przez jakiś czas trzymać się z daleka od tego miejsca.

Następnego ranka zaczęły się wybory do parlamentu. W całym Egipcie przebiegały spokojnie, wzięła w nich udział ponad połowa uprawnionych do głosowania18. Spędziłem dzień, jeżdżąc po Kairze i odwiedzając lokale wyborcze. Wszędzie stały długie, ale zdyscyplinowane kolejki - jedna dla kobiet, druga dla mężczyzn. Pod pewnym lokalem na przedmieściu o nazwie Al-Ma'adi naliczyłem ponad tysiąc dwieście kobiet czekających cierpliwie na swoją kolej. To były pierwsze naprawdę wolne wybory w historii Egiptu.

Bractwo Muzułmańskie zdobyło ponad czterdzieści siedem procent miejsc19. Partia Nur, reprezentująca salafitów, czyli najbardziej konserwatywnych islamistów, zajęła, ku ogólnemu zaskoczeniu, drugie miejsce. Razem oba islamistyczne ugrupowania miały zdominować nowy parlament. Żadna lewicująca partia nie uzyskała dziesięciu procent mandatów[8].

Przywódcy Bractwa podjęli najwyraźniej sprytną decyzję polityczną. Nie przyłączając się do protestów na placu At-Tahrir, mogli się skoncentrować na ostatniej fazie kampanii wyborczej. Działacze, z którymi rozmawiałem, twierdzili, że władze umyślnie podburzyły demonstrantów, licząc na to, że przeszkodzą przejściu do demokracji. Kilku ważnych liderów Bractwa było jednak innego zdania. Muhammad Baltagi, który dostał się do parlamentu, kandydując z ubogiego okręgu we wschodnim Kairze, twierdził, że udał się na At-Tahrir i przeraziła go rozpowszechniona tam agresja.

- Zgadzam się z innymi działaczami Bractwa, że to była sztuczna sytuacja - powiedział mi podczas rozmowy w swoim biurze20. - Została stworzona, żeby odciągnąć ludzi od drogi wiodącej ku wyborom. Bractwo uznało, że jeśli jest to sztuczna sytuacja, powinniśmy trzymać się z dala. Ja uważam jednak, że należało tam być, ponieważ doszło do poważnego rozlewu krwi. Ktoś powinien tam, na miejscu, pokierować tymi młodymi ludźmi.

Przez jakiś czas usilnie próbowałem pogodzić ze sobą dwa zaobserwowane zjawiska. Z jednej strony widziałem w meczecie, jak się tworzy niewielka wspólnota i jak rozpada z powodu nieudolnego przywództwa. Widziałem też jednak przebiegające bez zakłóceń, pokojowe wybory - spełnienie marzenia o demokracji. Czasami wydawało mi się, że meczet był zbyt mały, żeby reprezentować zjawisko o większej skali, innym razem miałem poczucie, że rytuał wyborów był powierzchowny. Tak się jednak dzieje w miastach takich jak Kair: jest wiele stron w sporze i wiele punktów widzenia. Nawet pamiętne daty, od których nazwano mosty - 6 października, 15 maja - mogą dla różnych ludzi oznaczać coś zupełnie innego.

Tamtego roku często pracowaliśmy razem z Manu, relacjonując wydarzenia polityczne, czasami spotykaliśmy się też na gruncie towarzyskim. Lubił podrzędne lokale, w weekendy często bywał w śródmieściu, przesiadując w małych, podejrzanie wyglądających knajpach bez szyldów. Koło mojego domu znajdowało się miejsce, które nazywaliśmy "barem cieciów". Była to przerwa między dwoma budynkami, w której facet w tradycyjnej galabii ustawił kilka krzeseł i lodówkę pełną taniego egipskiego piwa Stella. Niektórzy z miejscowych dozorców popijali tutaj potajemnie, niewidoczni z ulicy.

Pewnego wieczora Manu zadzwonił z wiadomością, że chciałby mi coś powiedzieć w cztery oczy. Zaproponował, żebyśmy się spotkali w innym nieformalnym miejscu, na spokojnym północno-wschodnim skraju Zamalku. W tej części wyspy nie było sklepów ani restauracji; często zbierały się tam grupy młodych ludzi, którzy w zaparkowanych samochodach pili piwo i palili haszysz. Na ogrodzeniu nad Nilem siedziały pary trzymające się za ręce. Niektórzy z mieszkańców wysmarowali tę część ogrodzenia smołą, żeby przepłoszyć zakochanych, ale na ogół miejsce spotkań było tolerowane. Przypominało mi moje młodzieńcze lata na amerykańskim Środkowym Zachodzie, gdzie w małych miasteczkach zawsze był jakiś plac, na który młodzież zjeżdżała samochodami, żeby uciec od rodzinnej kontroli.

Znaleźliśmy z Manu puste miejsce pod płotem i otworzyliśmy przyniesione przeze mnie piwa. Niedaleko, w cieniu drzewa, stała przytulona do siebie para, rozmawiając po cichu. Kobieta miała na sobie hidżab i długą sukienkę do kostek. Wiele dziewczyn przychodzących tutaj ze swoimi chłopakami ubierało się w konserwatywnym stylu. Domyślałem się, że należą do grupy pośredniej: są na tyle liberalne, że chcą być z chłopcami sam na sam, ale nie na tyle, żeby się pokazać z nimi w restauracji lub innym miejscu publicznym. Nigdy nie widziałem, żeby piły alkohol.

Po chwili pogawędki Manu zwierzył mi się, że miał niedawno kłopoty z policją. Był przekonany, że problem się rozwiązał, ale chciał, żebym wiedział, że może się znów znaleźć na celowniku.

- Jestem gejem - rzucił. - Nie wiem, czy się domyśliłeś.

Nie domyśliłem się. Nigdy nie wspominał, żeby miał dziewczynę, ale młodzi mężczyźni w Kairze często są singlami. Nic w jego zachowaniu nie zwróciło mojej uwagi, ale teraz zdałem sobie sprawę, że dlatego tak trudno było go przejrzeć. Nauczył się ostrożności. Powiedziałem, że doceniam jego szczerość.

- Nie przeszkadza ci to? - zapytał.

Nie wiedziałem, czy ma na myśli swój homoseksualizm, czy też możliwe problemy z władzami. A może w Kairze te sprawy były nierozłączne?

- Nie - odparłem. - W żadnym wypadku.

Dodał, że najbliżsi przyjaciele wiedzą o jego orientacji. Zapytałem o rodzinę. Cmoknął językiem w charakterystyczny sposób, co w Egipcie oznacza stanowcze zaprzeczenie.

- Nie mogę im powiedzieć.

Dorastał w Port Saidzie, mieście położonym nad Kanałem Sueskim. Kiedyś mi się zwierzył, z jaką ulgą wyrwał się z życia na prowincji. Spytałem, do jakiego stopnia może w Kairze ujawniać, że jest gejem.

- Nie całkiem - powiedział. - Ale nie muszę się cały czas kryć. Są miejsca, do których mogę chodzić.

- Są tu bary dla gejów?

- Nie, ale jest kawiarnia, gdzie się zbierają. Są bary, do których chodzą młodzi ludzie o liberalnych poglądach, wśród nich być może też geje. Są w mieście także jeszcze inne miejsca.

- Czy to jest jedno z nich?

Wskazałem pary stojące w cieniu drzew. Manu znów cmoknął.

- Nie. Geje zbierają się na moście Kasr an-Nil. Albo na placu Ramzesa. Idą tam późnym wieczorem, jeśli chcą kogoś poderwać.

Zapytałem, czy most stał się miejscem spotkań gejów dzięki demonstracjom na At-Tahrir.

- Był nim już przed rewolucją. Nie wiem, odkąd geje tam przychodzą. Może od bardzo dawna.

Przez jakiś czas jeszcze rozmawialiśmy, po czym Manu wziął taksówkę i pojechał do śródmieścia na spotkanie z przyjaciółmi. Wróciłem spacerkiem do domu z pajęczynami. Przez cały czas myślałem, ile razy szedłem przez most o zmienionej nazwie, zupełnie nie podejrzewając, co się tu dzieje. Kiedy Manu mi to uświadomił, zacząłem zauważać wieczorami młodych mężczyzn na Kasr an-Nil. Jedni byli sami, inni w parach. Przechadzali się powoli nad płynącą przez noc rzeką.

W grudniu 2011 roku, po pierwszej turze wyborów do parlamentu, wybraliśmy się z Manu po raz ostatni do meczetu Omara Makrama. Zaczęła się przyjemna pora roku, egipska zima, niebo wznosiło się nad miastem jak idealna kopuła błękitu. Bryza z północy rozwiała kurz i zapach gazu łzawiącego. Większość demonstrantów się rozeszła, a na ulicy Muhammada Mahmuda już od dawna nie dochodziło do zamieszek. W sumie zginęło tu czterdzieści siedem osób[9]. Trudno stwierdzić, czy ruch z placu At-Tahrir coś istotnego osiągnął, ale Najwyższa Rada Sił Zbrojnych zgodziła się przeprowadzić wybory prezydenckie do końca czerwca.

Kiedy przyszliśmy z Manu do meczetu, okazało się, że imam jeszcze nie wrócił. Część młodych ochotników pozostała, ale nie zobaczyłem wśród nich Walida. Zapytałem o niego. Aktywista Muhammad Sultan tylko krótko, ironicznie się roześmiał:

- Walida nie ma.

I zrelacjonował, co się stało. Kilka dni wcześniej Walid zebrał od ludzi nocujących w meczecie kilkanaście telefonów komórkowych oraz równowartość trzystu dolarów, mówiąc, że przechowa je bezpiecznie do rana. Wtedy ostatni raz widziano telefony, pieniądze i brudny sweter. Jeden z okradzionych powiedział mi później, że musiał pożyczyć środki na powrót do domu. Sultan stwierdził, że powinienem napisać o protestach artykuł pod tytułem Oszust Walid.

Ale występek Walida, tak jak inne problemy na placu, nie podważyły wiary Sultana w arabską wiosnę[10]. Był zadowolony, że wziął urlop - pracował jako kierowca - żeby uczestniczyć w listopadowych protestach. Przyznał jednak, że ruch podupadł.

- Na początku kierowali nim prawdziwi mężczyźni - oświadczył. - Ale teraz są tu ludzie, którzy prowadzą do upadku rewolucji.

Ahmed Salim, młody farmaceuta, który w pierwszych dniach protestów rozciął sobie stopę, nastąpiwszy na strzykawkę, też nadal przebywał w meczecie. Podzielał ocenę Sultana. Jego zdaniem ludzie na placu byli pionkami w jakiejś większej grze, której nie rozumiał.

- Wciąż kręcimy się w kółko, tak jak w styczniu - stwierdził. - Może nie wiemy, jaki ma być następny krok. Jesteśmy młodzi. Starsze pokolenie nadal kieruje nami, jakby rozgrywało partię szachów. Jesteśmy teraz figurami na szachownicy - dodał z ponurym uśmiechem.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Rozdział 1

Dwudziestego piątego stycznia 2011 roku, pierwszego dnia arabskiej wiosny w Egipcie, w Abydos nic się nie działo. Nie było demonstracji, tłumy nie wyległy na ulice, nikt nie sprawiał kłopotów policji. Do tej pory podczas zimowego sezonu wykopalisk miało miejsce tylko jedno niecodzienne zdarzenie. Zespół archeologów Brown University natrafił na jamę, w której znajdowały się dwa niewielkie posążki Ozyrysa zrobione z brązu, mała figurka boga Horusa w postaci dziecka oraz dokładnie trzysta brązowych monet3.

Badacze prowadzili prace wykopaliskowe w grobowcach, które zostały zupełnie splądrowane jeszcze w czasach starożytnych. Nie mieli nawet cienia nadziei, że znajdą takie zabytki. Laurel Bestock, która kierowała wykopaliskami, w pierwszej chwili ogarnęły mieszane uczucia. Obok radosnego dreszczu towarzyszącego odkryciu przyszła fala nerwowości, ponieważ przed ekipą stanęło teraz zadanie zabezpieczenia znalezionych obiektów i uporania się z biurokracją. Miejscowi policjanci zawiadomili swoich przełożonych, przyjechał urzędnik z egipskiego Ministerstwa Starożytności. Trzeba było odwalić mnóstwo papierkowej roboty. Przez ileś dni Bestock i inni archeolodzy pracowali całymi godzinami, skrupulatnie czyszcząc, mierząc i fotografując każdą monetę i każdy posążek. Potem wszystko przewieziono do Sohagu [Sauhadżu][1], stolicy prowincji. Artefakty zamknięto w drewnianej skrzynce, którą położono na pace półciężarówki, a tę eskortowało pół tuzina policjantów uzbrojonych w karabiny.

Same przedmioty nie miały szczególnej wartości. Wysokość posążków nie przekraczała dwudziestu pięciu centymetrów. Wiezienie ich w takim konwoju - półciężarówka, policja, karabiny - wydawało się nieco komiczne. Monety pochodziły z połowy okresu ptolemejskiego, między III a II wiekiem p.n.e., według egiptologicznych standardów były więc stosunkowo nowe. Z punktu widzenia archeologów prawdziwa wartość tego odkrycia sprowadzała się do jego kontekstu, ponieważ obiekty zakopano prawdopodobnie przy odprawianiu jakiegoś starożytnego obrządku. Ale nie o tym rozprawiali mieszkańcy okolicznych wsi, gdzie alchemia plotek zmieniła brązowe monety w złote, a skromne posążki w zabytki równie cenne jak pośmiertna maska Tutanchamona. Byłby to najgorszy scenariusz, gdyby po odkryciu doszło do naruszenia porządku publicznego. Nie istniał jednak powód, żeby się spodziewać takiego rozwoju wydarzeń. Prezydent Husni Mubarak rządził Egiptem od prawie trzydziestu lat, a protesty w stolicy rzadko odbijały się echem w odległych rejonach kraju.

Dwudziestego szóstego stycznia 2011 roku, w drugim dniu arabskiej wiosny w Egipcie, w Abydos nic się nie działo.

Archeolodzy pracowali na zachód od znajdującej się tu osady, w starożytnej nekropolii nazywanej przez miejscowych Al-Madfuna, Pogrzebana[2]. W tym miejscu odkryto najdawniejsze znane groby królewskie, wznosi się tu również jedna z najstarszych w świecie budowli z cegły mułowej[3]. Pochodzi mniej więcej z 2660 roku p.n.e., a wysokie prawie na dwanaście metrów mury tworzą wielkie prostokątne ogrodzenie. Nikt nie jest pewny, czemu miało ono pierwotnie służyć. Ich lokalna arabska nazwa - Szunat az-Zabib, "skład rodzynek" - to jeszcze jedna tajemnica. W różnych epokach przypuszczano, że albo był to magazyn towarów, albo zagroda dla bydła. Francuski archeolog Auguste Mariette, który prowadził tu prace w połowie XIX wieku, sugerował, nie powołując się wszakże na żadne rzetelne źródła, że budowla była "czymś w rodzaju posterunku policji"4. Ta teoria wydaje się projekcją obaw Mariette'a przed rabusiami grobów, którzy od prawie pięciu tysięcy lat dawali się Abydos we znaki.

Dwudziestego ósmego stycznia 2011 roku, w czwartym dniu arabskiej wiosny w Egipcie, na kairskim placu At-Tahrir zgromadziły się dziesiątki tysięcy ludzi. Podpalono pobliską siedzibę Partii Narodowo-Demokratycznej Mubaraka5.

Pracująca w Abydos ekipa z Brown University wróciła tymczasem do kraju. Przyjechała nowa grupa archeologów z Institute of Fine Arts Uniwersytetu Nowojorskiego. Restaurowali oni części Szunat az-Zabib, czyli Szuny, jak potocznie określa się tę budowlę. Grupą kierował czterdziestoośmioletni Matthew Adams, o czerstwym wyglądzie człowieka z Zachodu, którego życie zawodowe upłynęło na Saharze. Miał czerwone uszy i policzki, a wycięcie koszuli zostawiło na jego szyi i piersi wypalony przez słońce ślad w kształcie litery V - hieroglif oznaczający egiptologa.

Kariera zawodowa Adamsa w Abydos przebiegała równolegle z historią reżimu Mubaraka. Amerykanin znalazł się w nekropolii po raz pierwszy jesienią 1981 roku jako student stażysta. Tuż po rozpoczęciu sezonu archeologicznego, w październiku, prezydent Anwar as-Sadat został zamordowany podczas defilady wojskowej w Kairze. Po zamachu Mubarak awansował z wiceprezydenta na najwyższe stanowisko w państwie, a w stolicy zapanował spokój. Jeśli nie liczyć zwiększonej obecności policjantów, nie miało to zauważalnego wpływu na Abydos. Adamsowi, jako stażyście, przydzielono proste zadanie posortowania tysięcy kawałków starożytnej ceramiki. Do tej pory wspomina jesień, kiedy zabito Sadata, jako najnudniejszy sezon, jaki kiedykolwiek spędził w Egipcie.

Owo doświadczenie wpłynęło na to, jak zareagował na pierwsze protesty na At-Tahrir. Kiedy administracja uczelni zaczęła napomykać o ewakuowaniu archeologów, Adams się sprzeciwił. Wiedział, że jeśli cudzoziemcy opuszczą swoją kwaterę w nekropolii, najprawdopodobniej zaczną się rabunki. Ale 1 lutego 2011 roku na placu At-Tahrir zebrało się co najmniej dwieście tysięcy ludzi. Policjanci uciekali z posterunków w całym kraju, a tłum wdarł się do kilku więzień. Z Wadi an-Natrun, położonego na pustyni, na północny zachód od Kairu, atakujący uwolnili setki kryminalistów, więźniów politycznych i islamistów, wśród których znalazł się działacz Bractwa Muzułmańskiego Muhammad Mursi[4].

Po rozbiciu więzień Adams zdecydował się na ewakuację. Trzy dni zajęło załatwianie samolotu czarterowego, który mógłby przewieźć ekipę bezpośrednio z Luksoru do Aten. W drodze na lotnisko archeolodzy próbowali zorganizować najazd na McDonalda, ale jednym ze skutków rewolucji okazał się brak mięsa w luksorskiej franczyzie.

Po ich wyjeździe rabusie pojawili się w Pogrzebanej w ciągu kilku godzin. Stacja archeologiczna zatrudniała prywatnych ochroniarzy, którzy w razie poważnych kłopotów zwykle kontaktowali się z władzami. Teraz jednak policja nie reagowała. Ochroniarze przegonili pierwszych złodziei. O drugiej w nocy zjawiła się większa grupa zamaskowanych mężczyzn z narzędziami do kopania. Ostrzegli strażników, że ich pozabijają, jeśli nie opuszczą stanowiska.

Stacją zarządzał Ahmed Ragab. Ten prawie czterdziestoletni, spokojny, ale rzutki mężczyzna pochodził z dalekiego południa, z Asuanu. Na egipskich terenach wykopalisk cudzoziemcy zatrudniają zwykle zarządców z innych części kraju, żeby nie ulegali naciskom swoich rodzin i plemion. Ahmed wiedział, że te same naciski gwarantowały mu bezpieczeństwo. Wielu rabusiów było uzbrojonych w karabiny, ale skoro pochodzili z Abydos, można się było spodziewać, że nie będą strzelać do nieuzbrojonych strażników terenu wykopalisk. Przybysze z innych stron mogliby się nie hamować aż do tego stopnia.

Ahmed nie bał się specjalnie o kradzież artefaktów - po tysiącach lat rabowania grobów i ponad stu latach profesjonalnych prac archeologicznych najłatwiejsze do znalezienia cenne obiekty zostały już dawno wywiezione z nekropolii. Rabusie tego jednak nie rozumieli i pospiesznie kopiąc pod osłoną mroku, mogli uszkodzić podziemne konstrukcje, których jeszcze dokładnie nie zbadano. Wielu złodziei z pewnością słyszało o niedawnym odkryciu posążków i monet, ponieważ skierowali się właśnie w miejsce, gdzie go dokonano.

Jedenastego lutego w telewizji publicznej pojawił się przedstawiciel rządu, który oznajmił, że Mubarak ustąpił ze stanowiska prezydenta. W tym samym mniej więcej czasie do Al-Madfuny zaczęli napływać ludzie z zewnątrz, po części zainspirowani magicznymi wierzeniami, które w Górnym Egipcie mają długą tradycję. Pewnego wieczora strażnicy schwytali i przesłuchali rabusia z miasta Nag Hammadi leżącego ponad godzinę drogi na południe. Młody człowiek powiedział, że według wróżby szajcha z jego wsi w Abydos można znaleźć skarb. Ahmed próbował zawiadomić policję, ale ta nie wykazała zainteresowania, rabusia więc puszczono wolno.

Ahmed był nie tylko utalentowanym zarządcą, umiał też posługiwać się młotkiem i piłą. Uznał, że może zrobić tylko jedno, żeby obronić teren. Zgromadził trochę desek, gwoździ, farby i zabrał się do pracy.

Starożytni Egipcjanie podzielili swój kraj na Górny i Dolny Egipt, co jest nieco mylące dla ludzi współczesnych, orientujących się według kompasu, a nie w odniesieniu do rzeki. Południe jest na górze, północ na dole: w tym kraju trzeba przestawić wyobraźnię.

Trudno określić, co się zasadniczo składa na tutejszy krajobraz. W Górnym Egipcie Nil wyżłobił głęboki wąwóz w północnoafrykańskim płaskowyżu. Żyje tutaj trzydzieści milionów ludzi, czyli więcej niż w Libanie, Jordanii, Izraelu i Libii razem wziętych. Ale wszyscy mieszkańcy Górnego Egiptu skupiają się w dolinie, która w wielu miejscach ma niespełna szesnaście kilometrów szerokości. Ten pas zieleni, podobny do rozciągniętej oazy, otacza pustynia o iście galaktycznych rozmiarach. Gdy w Abydos stanie się na brzegu Nilu i popatrzy na zachód, okaże się, że następna rzeka płynie w południowej Florydzie.

Al-Madfuna jest pierwszym krokiem w tę rozległą pustkę. Znajduje się na szerokim tarasie ponad polami uprawnymi, gdzie gleba przechodzi w piasek tak niespodziewanie, jakby w tym miejscu narysowano granicę. W nekropolii nie ma wsi, dosłownie nic tu nie rośnie, piaski i kamieniska ciągną się kilometrami do zachodniej ściany wąwozu. Skalne urwisko ma ponad sto pięćdziesiąt metrów wysokości, przecina je tylko jedno wadi, czyli kanion, który kończy się na północnoafrykańskim płaskowyżu. W czasach starożytnych wierzono, że wadi prowadzi na tamten świat: dusze podążały kanionem ku tajemnicom zachodzącego słońca.

Pierwsza dynastia królów, którzy zjednoczyli ten kraj, zbudowała sobie grobowce blisko ujścia wąwozu. Tu właśnie odkryto najstarsze znane w Egipcie teksty pisane, pochodzące mniej więcej z 3300 roku p.n.e.6. Inskrypcje hieroglificzne wyryto na tabliczkach z kości słoniowej, ponieważ w owych czasach słonie wciąż jeszcze przemierzały egipskie wzgórza. Na początku I dynastii, około 3000 roku p.n.e., królowie władali już z miejsca położonego w pobliżu dzisiejszego Kairu, skąd łatwiej było sprawować kontrolę nad Górnym i Dolnym Egiptem. Wracali jednak do Abydos, uznawanego za ojczyznę ich przodków, by budować tam grobowce i odprawiać obrządki. Ostatecznie nekropolia stała się celem pielgrzymek. Z całego Egiptu ściągali tu ludzie, by brać udział w święcie boga Ozyrysa urządzanym co roku przez ponad tysiąc lat. Starożytni Egipcjanie nazywali to miejsce Tarasem Wielkiego Boga. Leżało na uboczu, lecz było dostępne, tajemnicze, ale widoczne, bez śladów życia, lecz ożywione królewskim i boskim pierwiastkiem. Matthew Adams porównuje je do teatru. Al-Madfuna jest sceną, skały są tłem, a wioski - publicznością7. Pierwszymi zaś aktorami, którzy wkroczyli na tę scenę, byli królowie, którzy zdefiniowali, na czym polega władza polityczna.

W tygodniu, w którym Mubaraka zmuszono do dymisji, na dziedzińcu stacji Ahmed zbił z desek wielkie prostokątne pudło8. Miało prawie cztery metry długości, metr osiemdziesiąt wysokości, a od spodu było otwarte, jeśli nie liczyć kilku wewnętrznych rozpórek. Boki miało gładkie. Ahmed pomalował je na granatowo i czarno.

Jedna grupa rabusiów posunęła się w swej bezczelności do tego, że wjechała na teren Pogrzebanej buldożerem. Na jej południowym skraju znajdują się pozostałości ostatniej w Egipcie królewskiej piramidy. Złodzieje z buldożerem wykopali przed zrujnowanym zabytkiem rów głęboki na cztery metry. Inna szajka wydrążyła kilkumetrowy tunel u stóp urwiska od zachodniej strony, choć w pobliżu nie było żadnego miejsca pochówku. Może jakiś szajch im powiedział, że pod skałami znajdą skarb.

Prawie dziesięć kilometrów na wschód od Abydos leży Al-Baljana, ośrodek okręgu. Ahmed pojechał tam i kupił komplet podrobionych policyjnych kogutów. Zamontował je na drewnianym pudle razem z syreną. Strażnicy pomogli mu umieścić całą tę konstrukcję na jego daihatsu z napędem na cztery koła.

W ciemności pojazd łatwo było wziąć za transporter opancerzony, jakich pełno w Egipcie we wszystkich miejscach odwiedzanych przez turystów. Co noc Ahmed ze strażnikami objeżdżali teren Pogrzebanej fałszywym transporterem. Światła błyskały, syrena wyła. Wkrótce dowiedzieli się o krążących po okolicznych wsiach pogłoskach, że policja znowu działa. W dzień Ahmed ukrywał drewnianą konstrukcję w murach Szuny, wprowadzając wreszcie w życie teorię Mariette'a, jakoby budowla z cegły mułowej była posterunkiem.

Nie było innych pomysłów na ochronę terenu wykopalisk. Każdego wieczora odbywało się to samo: wjazd do Pogrzebanej, włączenie syreny i migających świateł. Przed świtem fałszywy transporter stawał w Szunie. Po zachodzie słońca wszystko zaczynało się od nowa. Kilka miesięcy później wielu Egipcjan, którzy brali aktywny udział w pierwszej fali arabskiej wiosny, podobnie opisywało swoje doznania. Wydawało się, że istnieje tylko teraźniejszość: nie było czasu na plany ani na wspomnienia. W końcu jednak przywrócono poczucie stabilizacji. W Kairze rada oficerów sformowała rząd tymczasowy i obiecała przeprowadzić demokratyczne wybory nowego prezydenta oraz do parlamentu. At-Tahrir świętował, skończyły się uliczne starcia. Pod koniec marca prawdziwi policjanci znów patrolowali Abydos. Gdy minęło napięcie, czas wrócił w dawne koleiny. Ludzie myśleli o tym, co się niedawno wydarzyło i co się może zdarzyć w przyszłości.

Starożytni Egipcjanie mieli określenia na dwa różne rodzaje czasu: dżet i neheh. Nie da się ich przetłumaczyć na inny język, umysł dzisiejszego człowieka zapewne nie zdoła tego pojąć. W naszym świecie czas jest linią prostą, jedno zdarzenie prowadzi do następnego, na historię składają się akumulacja tych zdarzeń oraz działania liczących się ludzi. Dla starożytnych Egipcjan czas nie miał linearnej natury, a wydarzenia - cheperut - były czymś podejrzanym. Osobliwością, zakłóceniami; naruszały naturalny porządek świata. Nie istniała historia w naszym pojęciu. Egipcjanie pisali w 3300 roku p.n.e., pisali nadal w 332 roku p.n.e., kiedy podbił ich Aleksander Wielki, ale przez te trzy tysiąclecia nie stworzyli nic, co można by uznać za pracę historyczną we współczesnym sensie.

Neheh to czas cykliczny9. Kojarzy się z ruchem słońca, przemijaniem pór roku, corocznym wylewem Nilu. Powtarza się, powraca, odnawia. Dżet to czas nieruchomy. Kiedy król umiera, przechodzi w dżet, czas bogów. Świątynie, piramidy, mumie, królewska sztuka - wszystkie są w czasie dżet. Czasami tłumaczy się ten termin jako "wieczność", ale opisuje on również stan dokonania czegoś i stan doskonałości. Coś w czasie dżet jest skończone, ale nie należy do przeszłości, funkcjonuje raz na zawsze w teraźniejszości.

Świat stworzony przez bogów nie jest stały. Jak się wyraził egiptolog Erik Hornung, jest wyspą "między nicością a nicością"10. Miejsce, w którym żyjemy, zniknie. Starożytni Egipcjanie nie mieli jednak obsesji na tle przepowiadania tej przyszłości, tak jak nie zaprzątali sobie głów analizowaniem i odtwarzaniem przeszłości. Może kiedy czas nie jest linearny, łatwiej się skupić na dniu dzisiejszym. Raymond Johnson z Uniwersytetu Chicagowskiego pisał, że starożytni Egipcjanie "postrzegali normalny czas jako koło, które opisuje powtarzającą się bez końca teraźniejszość"11. Jego zdaniem była to naturalna reakcja na ukształtowanie terenu ich kraju12. Koncepcję neheh zainspirowały cykle doliny rzecznej, w pojęciu dżet znalazła odbicie bezczasowość pustyni. Bliskość tych tak bardzo odmiennych krajobrazów - nagłe przejście od Pogrzebanej do pól uprawnych - sprawiła, że Egipcjanie wyobrazili sobie czas w dwóch postaciach. Wszędzie w Górnym Egipcie można jednym krokiem pokonać dystans między wiecznością a chwilą obecną.

Kiedy prawie dwa lata później Matthew Adams wrócił do Abydos z ekipą z Uniwersytetu Nowojorskiego, zajęli się archeologią rewolucji13. Złodzieje wykopali na terenie nekropolii ponad dwieście wielkich dołów, które po przywróceniu porządku władze pospiesznie zasypały. Teraz Adams i jego ludzie odkopywali na nowo prawie każdy z nich, dokonując pomiarów i mapowania za pomocą technologii satelitarnej. W ekipie było czterech archeologów, trzech konserwatorów, dwóch geodetów, dwóch architektów, fotograf, artysta plastyk i dwóch inspektorów z egipskiego Ministerstwa Starożytności. Zatrudnili ponad pięćdziesięciu miejscowych robotników. Wykonana na zamówienie drabina o wysokości czterech i pół metra umożliwiła fotografowi robienie zdjęć dołów z góry, jakby były miejscami zbrodni. Niekiedy znajdowano w nich łuski po nabojach, ponieważ złodzieje strzelali w powietrze, żeby zastraszyć strażników. Inne znaleziska były bardziej przyziemne.

- Tu są niedopałki papierosów.

- To najlepsze, co dziś znaleźliśmy.

- Z filtrem?

- Po filtrze sądzę, że nie mają stu lat.

- To jest okrągłe. Starożytni Egipcjanie nie budowali takich okrągłych rzeczy.

Kolisty mur z cegły był częściowo odkopany z piasku; starożytne groby nigdy nie miały takiego kształtu. Adams razem z młodą amerykańską archeolożką Kate Scott przyklękli, żeby się przyjrzeć cegłom. Oboje mieli na głowach kapelusze z szerokim rondem chroniące od słońca, które o ósmej rano już nieźle przypiekało.

- Przebili się przez górną część muru - powiedziała Scott. - Widać, że coś im przeszkodziło i że konstrukcja została naruszona. Ale nie wiadomo, co to za konstrukcja.

- To wypalane cegły.

- Bez wątpienia. To nie są cegły z czasów starożytnych.

- Rabusie zobaczyli mur, nie wiedzieli, co to takiego - zauważył Adams. - Trochę go naruszyli. Ale tutaj nie wydawali się szczególnie zdeterminowani.

Archeolog domyślał się, że mogła to być ściana pasterskiej chaty z lat pięćdziesiątych albo prowizorycznego domku wcześniejszego pokolenia archeologów. Widoczna ignorancja rabusiów oraz fakt, że kopali na chybił trafił, skłoniły Adamsa do podjęcia decyzji o zbadaniu zawartości dołów. W konsekwencji to złodzieje, chcąc nie chcąc, wytyczyli plan dalszych badań. Kopali w prawie całej nekropolii, więc archeolodzy, idąc po ich śladach, wszędzie mogli zauważyć podziemne konstrukcje. Te informacje będzie można pewnego dnia wykorzystać przy planowaniu przyszłych prac wykopaliskowych. Dzięki dołom wykopanym przez rabusiów dokonano już jednego ważnego odkrycia: część Al-Madfuny była wykorzystywana jako cmentarz dla elity w okresie Nowego Państwa, którego początek datuje się na XVI wiek p.n.e.

Na znacznej części tych terenów profesjonalne wykopaliska prowadzono już ponad sto lat temu, w początkach archeologii. Uczeni działali wtedy szybko, skupiając się na pozyskiwaniu eksponatów do muzeów i prywatnych kolekcji. Spisy prowadzono pobieżnie albo wcale. Dzisiaj archeolodzy skrupulatnie wszystko fotografują i mierzą, a miejsca wykopalisk zasypują z powrotem, ponieważ konstrukcje z czasów starożytnych są najbezpieczniejsze, kiedy znajdują się pod ziemią. Wiedzą, że kiedyś, w przyszłości, zjawi się inny badacz, wyposażony w lepsze możliwości techniczne, by odkryć to, czego nam się nie udało pojąć.

Na wielkiej scenie Al-Madfuny pierwszymi aktorami byli królowie, ale później niezliczeni inni ludzie także odgrywali swoje role. Jedno miejsce mogło zostać rozkopane kolejno przez starożytnych rabusiów, dziewiętnastowiecznych archeologów, współczesnych rabusiów i archeologów pracujących tu po wydarzeniach na placu At-Tahrir. Ludzie przychodzą i odchodzą, tak jak dynastie i reżimy. Piasek zostaje wydobyty, znów nasypany i ponownie usunięty.

Kiedy policja na nowo podjęła pracę, Ahmed rozebrał fałszywy transporter. Uznał, że nie będzie go już potrzebował, ale coś w tym przedsięwzięciu sprawiło, że znów zainteresował się stolarką. Matthew Adams, przybywszy pewnego roku do stacji archeologicznej, był przyjemnie zaskoczony widokiem dwóch nowych łóżek i szaf - piękna ręczna robota.

Pierwsze doświadczenia z rewolucją zmieniły tryb życia Ahmeda także pod innymi względami. W spokojniejszym okresie arabskiej wiosny ponownie pojechał do Al-Baljany, udał się do odpowiednich urzędów, wypełnił niezbędne formularze i dostał pozwolenie na zakup i posiadanie pistoletu.

Przypisy

[1] W kwestii pisowni imion, nazwisk, nazw i słów arabskich przyjęłam rozwiązanie kompromisowe. W przeważającej większości wypadków uwzględniam zasady uproszczonej transkrypcji stosowanej w przekładach literatury i publikacjach popularnonaukowych. Aby jednak oddać egipską specyfikę, którą tak podkreśla autor książki, niektóre imiona, nazwiska, nazwy miejscowości oraz zwroty w dialekcie zapisuję zgodnie z egipską wymową (chodzi przede wszystkim o głoskę "dż", w Egipcie wymawianą jak "g"). Wyjątek stanowią też nazwiska, których forma zapisu w alfabecie łacińskim jest już ustalona, ze względów zawodowych lub innych, a także te, które zadomowiły się w języku polskim, jak Gamal Abdel Naser [przyp. tłum.].

[2] Al-Madfuna jest skróconą wersją Al-Araba al-Madfuna, co znaczy "pogrzebany wóz" - tak brzmi pełna nazwa jednej z okolicznych wsi. Może się to odnosić do starożytnych wozów do transportowania zwłok, które zakopano pod ziemią.

[3] Według Toby'ego Wilkinsona istnieją dwie takie najstarsze budowle, obie wzniósł Chasechemui. Zob. tegoż, The Nile. Travelling Downriver Through Egypt's Past and Present, New York: Vintage Books, 2015, s. 170.

[4] Więzienie Wadi an-Natrun zaatakowano 30 stycznia 2011 roku. Wśród zbiegłych więźniów, oprócz Mursiego, było ponad trzydziestu działaczy Bractwa Muzułmańskiego. Ben Hubbard, Egypt Calls for New Look at Morsi Prison Escape in 2011, "New York Times", 11.07.2013, nytimes.com, nyti.ms/2vnu6XY.

[5] 21 listopada 2011 roku egipskie Ministerstwo Zdrowia oświadczyło, że zginęły co najmniej dwadzieścia trzy osoby. David D. Kirkpatrick, Liam Stack, Egypt's Civilian Government Submits Offer to Resign, "New York Times", 21.11.2011.

[6] Duchowni z Al-Azharu kilka razy próbowali wynegocjować rozejm. Zob. David D. Kirkpatrick, Anthony Shadid, Military Moves to End Clashes in Egyptian Square, "New York Times", 23.11.2011. Oficjalnie wszedł on w życie rano 24 listopada 2011 roku i wtedy wojsko zaczęło stawiać barykady. Zob. Heba Afify, Lindsey Parietti, Protestors Evacuate Mohamed Mahmoud Street as Some Confront Military at Barricade, "Al-Masri al-Jawm", 24.11.2011.

[7] Wspomniałem o nieobecności imama w swoim artykule o protestach - zob. Peter Hessler, The Mosque on the Square, "New Yorker", 19 i 26.11.2011, s. 46-57. Podczas redagowania tego materiału osoba sprawdzająca fakty skontaktowała się z asystentem szajcha Mazhara Szahina, który utrzymywał, że szajch zgodnie z prawem przebywał w meczecie codziennie między modlitwą o zachodzie słońca a modlitwą wieczorną. Było to sprzeczne z tym, co zaobserwowaliśmy razem z Manu w okresie protestów. Kiedy szajch Mazhar podważył nasze spostrzeżenia, powiedziałem, że możemy następnego dnia porozmawiać w meczecie między modlitwami. Przyszliśmy z Manu na spotkanie, ale imama znowu nie było.

[8] W wyborach do parlamentu na przełomie 2011 i 2012 roku najlepszy wynik spośród ugrupowań nieislamistycznych uzyskała partia Wafd, zdobywając osiem procent miejsc. Zob. Jeffrey Martini, Stephen M. Worman, Voting Patterns in Post-Mubarak Egypt, Santa Monica: Rand Corporation, 2013, s. 6.

[9] To najczęściej podawana liczba zabitych w starciach na ulicy Muhammada Mahmuda, choć nie do końca pewna. Państwowa gazeta "Al-Ahram" pisała o "około czterdziestu siedmiu". Zob. Police warn against 'aggression' on Mohamed Mahmoud clashes anniversary, Ahram Online, 17.11.2013, english.ahram.org.eg, bit.ly/2xrfqYm.

[10] Fakt kradzieży w meczecie potwierdziło wielu przebywających tam ochotników, a także matka jednej z ofiar, nastolatka, któremu skradziono telefon i pieniądze.

Rozdział 2

Przeprowadziłem się z rodziną do Kairu pierwszej jesieni po arabskiej wiośnie. Przyjechaliśmy w październiku 2011 roku, o tej porze, kiedy światło w mieście zaczyna się zmieniać. Dni były nadal upalne i zamglone, ale nocą często wiał przyjemny wiaterek z północy, stamtąd gdzie rzeka wpada do Morza Śródziemnego. W ciągu kilku tygodni powoli zmył z nieba jaskrawy blask lata i szczegóły miasta zarysowały się ostrzej. Cienie pod mostami na Nilu nabrały głębi, a jego kolor zmienił się z ciemnej, płynnej szarości w chłodniejsze odcienie błękitu i brązu. O zachodzie słońca nawet rozwalające się budynki połyskiwały złocisto. Im bardziej zbliżała się zima, tym lepsza stawała się widoczność. Były momenty, kiedy z wyżej położonych miejsc - z mieszkania na górnym piętrze albo z estakady - wyraźnie dostrzegałem piramidy na płaskowyżu w Gizie.

Zamieszkaliśmy przy ulicy Ahmeda Hiszmata na Zamalku, dzielnicy położonej na długiej, wąskiej wyspie na Nilu. Tradycyjnie osiedlały się tutaj kairskie rodziny z klasy wyższej i średniej. Wynajęliśmy rozległe mieszkanie na parterze budynku, który jak wiele innych przy naszej ulicy był piękny, ale zaniedbany. Domyślałem się, że musiał powstać w latach dwudziestych albo trzydziestych XX wieku, bo charakterystyczną cechą jego fasady były pionowe linie w stylu art déco. Od frontu kraty ogrodzenia z kutego żelaza przypominały pajęczynę.

Powtarzało się to w całym budynku. Czarne pajęczynki zdobiły nasze drzwi frontowe, taki kształt miały też balustrady balkonów i ganków. Przy mieszkaniu był ogródek, częściowo ogrodzony żelaznymi pajęczynami. Kiedy zapytałem właścicielkę, co znaczy ten motyw, wzruszyła ramionami i powiedziała, że nie ma pojęcia. Taką samą odpowiedź usłyszałem na pytanie o wiek budynku. Była Koptyjką, jak wielu właścicieli nieruchomości na Zamalku. Ich rodziny często nabyły domy w chaotycznym okresie po ostatniej egipskiej rewolucji w 1952 roku. Gamal Abdel Naser wprowadził wtedy elementy socjalistycznej polityki gospodarczej, a jego rząd wygnał z kraju znaczną liczbę przedsiębiorców. Właścicielka przekazała mi, że kamienica należy do jej rodziny od ponad pół wieku, ale nic nie wiedziała o jej pierwszych posiadaczach.

Na dolnych piętrach przeprowadzono trochę istotnych renowacji lub usprawnień. Winda miała chyba tyle samo lat, co dom. Wchodziło się do niej przez żelazną kratę z motywem pajęczyn. W ciemnym otwartym szybie jeździła w górę i w dół staromodna kabina z ciężkiego rzeźbionego drewna, przypominająca bizantyjski sarkofag. Otwory w kracie zamykającej wejście były tak wielkie, że przeszłaby przez nie ludzka głowa. Gdyby ktoś chciał, bez trudu dotknąłby przejeżdżającej windy. Niedługo po tym, jak się wprowadziliśmy, dziecku z górnego piętra utknęła w kracie noga. Chłopiec doznał tak poważnego złamania, że wysłano go na leczenie do Europy.

W starych kairskich dzielnicach troska o bezpieczeństwo nigdy nie zaliczała się do priorytetów, ale podczas arabskiej wiosny normy szczególnie się rozchwiały. Często wyłączano prąd, a co pewien czas przez cały dzień nie było wody. Przeważnie wszystko jednak jakoś funkcjonowało, choć nowo przybyłemu trudno było pojąć, jak ten system działa. Raz na miesiąc pukał do drzwi mężczyzna, uprzejmie prosił, żeby go wpuścić, spisywał stan gazomierza w kuchni i wystawiał rachunek do zapłacenia na miejscu. Inny mężczyzna zjawiał się okresowo po opłatę za elektryczność. Żaden z nich nie nosił uniformu ani nie pokazywał identyfikatora. Mogli się zmaterializować o dowolnej porze, od wczesnego ranka do późnego wieczora.

Jeszcze bardziej tajemniczy był proces odbierania śmieci. Właścicielka poinstruowała mnie, żeby wszystkie odpadki składać poza kuchnią, tam gdzie małe drzwiczki wychodziły na metalowe schody pożarowe. Nie było harmonogramu odbioru ani kontenera. Mogłem używać worków lub pudeł albo po prostu wysypywać wszystko luzem pod wspomniane drzwi. Śmieciami zajmował się mężczyzna o imieniu Sajjid, którego nie zatrudniało ani państwo, ani żadna prywatna firma. Kiedy zapytałem właścicielkę o wysokość miesięcznej opłaty, wyjaśniła, że sam powinienem to uzgodnić z Sajjidem.

Najpierw wcale go nie widywałem. Co dzień lub dwa wystawiałem na schody pożarowe worek, który szybko znikał. Mniej więcej po miesiącu świadczenia tej niewidzialnej usługi w kuchni rozległo się pukanie.

- Salamu alejkum - powiedział Sajjid, kiedy otworzyłem drzwi. Zamiast uścisnąć mi dłoń, podniósł łokieć, żebym mógł złapać go za koszulę. - Misz nazif - wyjaśnił z uśmiechem. "Nie jest czysta". Pokazał mi dłonie, całe w plamach, przypominające stary rzemień. Palce były tak grube, że wyglądały, jakby nosił rękawice.

Miał niewiele więcej niż metr pięćdziesiąt wzrostu, krótkie kręcone włosy i starannie przycięte wąsy. Był szeroki w barach, a kiedy wyciągnął ręce, zauważyłem nabrzmiałe żyły, jak u ciężarowca. Ubrany był w luźną niebieską koszulę, obszerne pobrudzone spodnie przewiązane pasem i wielkie skórzane buty, które kłapały jak u klowna. Później się dowiedziałem, że większość ubrań była na niego za duża, ponieważ wybierał je ze śmieci wyrzucanych przez wyższych i tęższych mężczyzn.

Mówiąc powoli, żebym mógł zrozumieć, wyjaśnił po arabsku, że przyszedł po comiesięczną opłatę. Zapytałem, ile się należy.

- Ile pan zechce zapłacić.

- A ile płacą inni?

- Jedni dziesięć funtów, inni sto.

- A ile ja powinienem zapłacić?

- Może pan dać dziesięć funtów. A może pan dać sto.

Nie targował się w pełnym tego słowa znaczeniu. Liczby się nie zmieniały. Wytyczył je jak linie bramkowe boiska, po czym zostawił mnie z całą tą pustą przestrzenią. Ostatecznie dałem mu czterdzieści funtów egipskich, równowartość sześciu i pół dolara. Wydawał się zadowolony. Z następnych rozmów z Sajjidem wyniknęło, że mieszkający nad nami korespondent Reutersa płaci tylko trzydzieści funtów miesięcznie, co poprawiło mi samopoczucie. To chyba logiczne, że dziennikarz pisujący długie artykuły do magazynu będzie wytwarzał więcej śmieci niż ktoś pracujący dla agencji prasowej.

Gdy już poznałem Sajjida, zacząłem go widywać w całej dzielnicy. Był na nogach już od pierwszych godzin rannych, targał wielkie brezentowe worki ze śmieciami, a około południa robił sobie przerwę i posilał się w kiosku o nazwie "Wolność" po drugiej stronie muru otaczającego mój ogród. Właściciel kiosku, poważny mężczyzna, miał na czole czarnofioletowe znamię, które powstaje czasami u pobożnych muzułmanów, uderzających czołem o podłogę podczas modlitwy. Kiosk stał tutaj od lat, ale po upadku Mubaraka właściciel nadał mu nową nazwę na cześć rewolucji. Zbierali się w nim mężczyźni z sąsiedztwa, a kiedy Sajjid się tam rozsiadał, często zaczepiał przechodniów. Wyglądało na to, że zna wszystkich mieszkańców ulicy.

Pewnego popołudnia zaczepił i mnie.

- Mówi pan po chińsku, prawda?

Przytaknąłem, choć nie miałem pojęcia, jak się o tym dowiedział.

- Chciałem panu coś pokazać.

- Co to takiego?

- Nie teraz - ściszył głos. - Lepiej pomówić o tym wieczorem. To coś w rodzaju lekarstwa.

Powiedziałem, że będę miał czas około ósmej.

Początek arabskiej wiosny zaskoczył mnie, jak wszystkich bez wyjątku. Przed przybyciem do Egiptu mieszkałem ponad dziesięć lat w Chinach, gdzie poznałem swoją żonę Leslie Chang, także dziennikarkę. Wywodziliśmy się z bardzo odmiennych środowisk: ona urodziła się w Nowym Jorku w rodzinie chińskich imigrantów, ja dorastałem w środkowym Missouri. Jednakże podobna niemożność usiedzenia na miejscu skłoniła nas do wyjazdu za granicę, najpierw do Europy, a później do Azji. Do 2007 roku, kiedy opuściliśmy Chiny, prawie całe dorosłe życie spędziliśmy w obcych krajach.

Ułożyliśmy sobie plan: aby się oderwać od miasta, przeniesiemy się w rolnicze okolice na południowym zachodzie Kolorado i pomyślimy o dziecku. Później zamieszkamy na Bliskim Wschodzie. Podobał nam się pomysł przeprowadzki w miejsce zupełnie nam nieznane. Oboje chcieliśmy się nauczyć nowego, bogatego języka. Miałem zamiar pojeździć po bliskowschodnich stanowiskach archeologicznych, ponieważ w Chinach zawsze fascynowała mnie głębia czasu, jaką się czuło w takich miejscach.

Wszystko to było w sferze abstrakcji: dziecko, nowy kraj. Może pojedziemy do Egiptu, a może do Syrii. Może urodzi się nam chłopczyk, a może dziewczynka. Co za różnica? Kiedy wspomniałem o przeprowadzce do Egiptu, nowojorski redaktor ostrzegł mnie, że po Chinach kraj ten może się wydać zbyt ospały.

- W Kairze nic się nie zmienia - powiedział.

Ale to mi się spodobało. Cieszyłem się na naukę arabskiego na pełnym luzie, w miejscu, gdzie nic się nie dzieje.

Nasz plan uległ pierwszemu zakłóceniu, kiedy jedno dziecko okazało się dwojgiem. W maju 2010 roku Leslie urodziła bliźniaczki, Ariel i Natashę. Były wcześniakami, więc chcieliśmy, żeby przez rok podrosły, zanim się przeprowadzimy. Wyobrażaliśmy sobie, że czas nie ma większego znaczenia: rok w życiu nowo narodzonego dziecka to okamgnienie w porównaniu z niezmieniającym się Kairem. Kiedy na placu At-Tahrir zaczęły się demonstracje, nasze dziewczynki miały osiem miesięcy, a w chwili obalenia Mubaraka dokładnie osiemnaście dni więcej.

Zwlekaliśmy i rozważaliśmy wszystko. W końcu postanowiliśmy sfinalizować plan przeprowadzki, ale sytuacja się zmieniła: teraz miałem pisać o rewolucji. Przed wyjazdem ukończyliśmy w Stanach intensywny dwumiesięczny kurs arabskiego. Wystąpiliśmy o polisy na życie, ale ich nie dostaliśmy. Towarzystwo ubezpieczeniowe przysłało krótki list z odmową z powodu "częstych podróży". Poszliśmy do prawnika i spisaliśmy testamenty. Opuściliśmy wynajmowany dom, rzeczy oddaliśmy do przechowalni, pozbyliśmy się samochodu. Niczego nie wysłaliśmy statkiem - to, co zabraliśmy do samolotu, miało być całym naszym dobytkiem.

W przeddzień wyjazdu wzięliśmy z Leslie ślub. Nigdy nie zawracaliśmy sobie głowy formalnościami i nie chcieliśmy urządzać wesela, ale dowiedzieliśmy się, że jeśli para cudzoziemców nie ma tego samego nazwiska, egipskie władze mogą czasami robić problemy z wydaniem wiz dopuszczających wspólne zamieszkanie. Pojechaliśmy więc do sądu okręgowego hrabstwa Ouray, gdzie dostaliśmy dokument wykaligrafowany staromodnym pismem, który potwierdzał, że "zostaliśmy połączeni świętym węzłem małżeńskim". Wepchnąłem go do bagażu. Następnego dnia razem z siedemnastomiesięcznymi bliźniaczkami wsiedliśmy do samolotu. Ani Leslie, ani ja nie byliśmy nigdy w Egipcie.

Punktualnie o ósmej rozległ się dzwonek u drzwi. Kiedy otworzyłem, Sajjid sięgnął do kieszeni i wyjął złote pudełeczko z czerwonymi, ozdobnymi literami.

Chiński tekst sformułowany był elegancko, ale wymijająco. Zawartość pudełeczka określono jako "produkt służący ochronie zdrowia", który "zapewnia rozwój i siłę". W środku znajdowały się blister tabletek i ulotka z instrukcją po angielsku. Na jej widok przypomniałem sobie, że Chińczycy bywają najbardziej wyraziści, kiedy posługują się kiepską angielszczyzną:

Dwie pigułki na jeden raz kiedy tylko konie konieczne

Przed ruchaniem uprawiać miłość 20 minut

- Skąd to masz? - zapytałem.

- Znalazłem w śmieciach. Po jednym panu, co umarł - odparł Sajjid.

Wyjaśnił, że pan był w podeszłym wieku, a jego synowie wyrzucili wszystko, czego nie chcieli zachować, w tym tabletki.

- Dużo tam było rzeczy misz kuejsa - dodał. "Niedobrych".

Zapytałem, co ma na myśli.

- Coś takiego. - Tu Sajjid nakreślił grubym palcem kształt w powietrzu, następnie wskazał poniżej pasa. - Elektryczne. Na baterie. Dla kobiet. To niedobra rzecz.

Ale rozprawiał o tym z wyraźnym upodobaniem. Szczerząc zęby, powiedział mi, że w śmieciach po starszym panu był też pokaźny zbiór pisemek pornograficznych. Nie zwierzył się, co z nimi zrobił. Zapytałem, gdzie pracował zmarły.

- Był ambasadorem.

Sajjid stwierdził to rzeczowym tonem, jakby z tym zajęciem wiązało się gromadzenie pornografii i chińskich tabletek na potencję. Nie byłem pewny, czy dobrze go zrozumiałem, więc poprosiłem o powtórzenie: safir.

- Był w ambasadach za granicą - wyjaśnił. - Bardzo bogaty, miał miliony dolarów. Miał na koncie cztery miliony czterdzieści cztery dolary.

Zwróciło moją uwagę, że podał tę sumę z taką dokładnością.

- Skąd wiesz?

- To było na listach z banku.

Zapisałem sobie w pamięci, żeby uprzedzić Leslie, by zachowała ostrożność przy wyrzucaniu różnych rzeczy. Sajjid chciał wiedzieć, jak stosować chińskie lekarstwo, a ja przetłumaczyłem mu łamaną arabszczyzną, jak tylko najlepiej potrafiłem, fragment o odczekaniu dwudziestu minut i uprawianiu miłości przed ruchaniem. Napomknął o sprzedaniu tabletek, ale ze sposobu, w jaki zadawał pytania, domyśliłem się, że raczej sam ich użyje. Popatrzyłem na skład: "biały żeń-szeń, wyciąg z poroża jelenia, epimedium wielkokwiatowe itd.". To "itd." było trochę niepokojące - jaki z logicznego punktu widzenia mógł być następny składnik? Ale takie leki powszechnie się w Chinach stosuje, uznałem więc, że prawdopodobnie niczym to nie grozi. Miałem wrażenie, że Sajjid nie po raz pierwszy zażywa coś, co znalazł w śmieciach.

Od tej pory zaczął regularnie wpadać do nas wieczorami. Następnym razem przyniósł aparat fotograficzny marki Kiev na filmy trzydziestopięciomilimetrowe. Został wyprodukowany na Ukrainie w czasach Związku Radzieckiego i był ciężki jak młot. Nigdy sobie nie wyobrażałem, że można użyć tyle żelastwa, żeby zrobić zdjęcie. Sajjid chciał się dowiedzieć, czy aparat działa i czy można za niego dostać pieniądze. Zostawił go przy wyprowadzce starszy wiekiem lokator.

Wiele najcenniejszych znalezisk Sajjida pochodziło z przedmiotów pozostałych po ludziach, którzy się wyprowadzili lub umarli. Cały czas coś odkrywał, bo sortował śmieci ręcznie, odkładając rzeczy nadające się do recyklingu i mające jakąkolwiek wartość. Działał na niemałym terenie - obsługiwał czterysta mieszkań w kilkunastu budynkach - ale pracował tak uważnie, że zawsze potrafił zidentyfikować lokatora po wyrzucanych odpadkach. Pewnego popołudnia nakarmiłem córeczki, pozmywałem i zostawiłem na schodach pożarowych worek pełen śmieci. Nie minęła godzina, jak ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem. Sajjid trzymał metalowy dziecięcy widelczyk.

- Był w ryżu - powiedział.

Mieszkańcy byli dla niego raczej hojni - z jednego przynajmniej powodu: Sajjid funkcjonował jako lokalne biuro rzeczy znalezionych. Kiedy ktoś się wyprowadzał albo umierał, było oczywiste, że rzeczy zostawione w śmieciach należą do Sajjida, ale w innych przypadkach dokładnie sprawdzał i pytał lokatorów, jeśli natrafił na coś podejrzanie cennego. Alarmował, kiedy w dzielnicy na coś się zanosiło, i był rzetelnym źródłem lokalnych informacji. Z czasem zapoznał mnie z różnymi ważnymi tutaj postaciami: jednookim dozorcą, siwym mężczyzną prowadzącym stoisko z dotowanym przez państwo pieczywem, przyjacielskim sprzedawcą herbaty, który chodził po ulicy z błyszczącą tacą.

Niektóre z tych osób były dla Sajjida nieformalnymi konsultantami. Jak ponad jedna czwarta Egipcjan był analfabetą i jeśli chciał poznać treść jakiegoś dokumentu, przychodził z nim do kiosku Wolność, którego właściciel umiał czytać. Kiedy wdał się w jakiś lokalny konflikt, zwracał się przeważnie do siwowłosego mężczyzny, który ze wszystkimi był w dobrych stosunkach, bo prowadził stragan z tanim chlebem.

Jako cudzoziemiec ja z kolei zostałem ekspertem od importowanych towarów, wyrobów farmaceutycznych, gadżetów erotycznych i alkoholu. Gdy Sajjid znalazł jakieś lekarstwo, czytałem ulotkę i mówiłem mu, na co to jest i ile tabletek powinno się zażywać. W przypadku takich przedmiotów jak aparat marki Kiev sprawdzałem w internecie, za ile mniej więcej można je sprzedać w Stanach Zjednoczonych. Na eBayu takie aparaty chodziły po czterdzieści dolarów, ale w Kairze Sajjid nie mógłby zażądać takiej sumy. Zawsze jednak chciał poznać amerykańską cenę. Najwyraźniej sprawiało mu przyjemność, kiedy się dowiadywał, że w innym miejscu, innym życiu mógłby dostać za dany przedmiot niezłe pieniądze.

Od czasu do czasu jakiś niestroniący od alkoholu muzułmanin dręczony poczuciem winy pozbywał się zawartości swojego barku. Sajjid zjawiał się wtedy u mnie, niosąc butelki zapakowane dyskretnie w czarny plastikowy worek. Miałem ocenić, za ile da się je odsprzedać. Można było przehandlować nawet ćwierć flaszki whisky, ponieważ Egipcjanie krępowali się wchodzić do nielicznych sklepów z alkoholem w różnych częściach miasta.

Sajjid był muzułmaninem. Kiedy się tylko poznaliśmy, powiedział mi, że w różnych wyborach, jakie się miały odbyć po wydarzeniach na At-Tahrir, zamierza głosować na kandydatów Bractwa Muzułmańskiego. Nie miał jednak formalnych związków z tym ugrupowaniem, a obowiązującego w islamie zakazu spożywania alkoholu nie traktował tak poważnie jak większość współwyznawców. Gdy zachodził do mnie po całym dniu ciężkiej pracy, często prosił o zimne piwo. Był jedynym z moich gości, który wynosił po sobie puste butelki, bo wiedział, że i tak będzie je musiał zabrać ze śmieciami.

Dom z pajęczynami był oddalony o prawie dwa i pół kilometra od placu At-Tahrir, ale wydawało się, że odległość jest większa. Opływająca Zamalek rzeka daje silne wrażenie, że jest się oddzielonym od reszty miasta, z którym dzielnicę łączy tylko kilka mostów. W czasie, kiedy tu mieszkaliśmy, w naszej części wyspy nie było stacji metra ani siedzib żadnych ministerstw. Żadnych ważnych placów, większych meczetów ani miejsc publicznych, które mogłyby przyciągnąć demonstrantów. Rewolucja była czymś, co rozgrywało się gdzie indziej.

Tak się złożyło, że przyjechaliśmy do Egiptu, kiedy sytuacja się na pewien czas uspokoiła. Minęło osiem miesięcy od zdymisjonowania Mubaraka, nie wyznaczono jeszcze terminu wyborów nowego prezydenta. Nie było jasne, kto kieruje arabską wiosną w Egipcie. Kraj nie miał stałej konstytucji ani władz ustawodawczych, choć planowano, że w zimie odbędą się wybory do parlamentu. W takiej chwili łatwo było przejść do porządku dziennego nad aktualnymi wydarzeniami. Minęło kilka tygodni, zanim wybrałem się po raz pierwszy na plac At-Tahrir.

Większość moich sąsiadów omijała to miejsce z daleka. Kiedy na scenie politycznej znów się zaczęło coś dziać, w kawiarniach na Zamalku często widywałem ludzi wyglądających na zamożnych, którzy oglądali rewolucję w telewizji, tak jakby jej obrazy transmitowano z jakiegoś dalekiego kraju. Sąsiedzi mówili mi w zaufaniu, żebym nie szedł na At-Tahrir. To nie miejsce dla cudzoziemca mającego w domu małe dzieci.

Sajjid też był sceptykiem, jeśli chodzi o politykę. Wywodził się z klasy społecznej, która teoretycznie mogła zyskać na rewolucji, ale najwyraźniej nie myślał w takich kategoriach. Opowiadał ku przestrodze historie o miejscowych postaciach, takich jak jednooki dozorca. Podczas jednej z demonstracji poszedł on z ciekawości na ulicę w pobliżu placu At-Tahrir i wszedł na wiadukt, żeby mieć lepszy punkt obserwacyjny. Był to błąd, bo kiedy egipska policja rozprasza tłumy, strzela przeważnie wysoko w powietrze. Trafiony śrutem, stracił oko.

- Nawet nie protestował. Mafisz fa'ida - stwierdził Sajjid. "Na nic by się to nie zdało". - Dlatego powinien się pan trzymać od tego z daleka.

Uświadomiłem mu, że moja praca polega między innymi na rozmowach z demonstrantami, ale obiecałem, że będę uważał.

- Ba'ollak e - odparł Sajjid. "Coś ci powiem".

Ten egipski zwrot stanowi przeważnie wstęp do udzielenia dobrej rady. W pierwszych miesiącach mojego pobytu bywała to często ostatnia rzecz, jaką rozumiałem, zanim rozmówca wdał się w długie, skomplikowane wyjaśnienia. Z uśmiechem przytakiwałem, słowa płynęły i płynęły, a ja się zastanawiałem, czy omija mnie jakaś zagmatwana tajemnica dotycząca przetrwania w Kairze. Ale radę Sajjida nietrudno było zrozumieć.

- Nie stawaj na żadnych podwyższeniach - powiedział.