Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2022 - Anna Reid

Kup ebooka

59.90 zł
46.71 zł (46,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

NOWA JE­RO­ZO­LIMA: KI­JÓW

Ale naj­wspa­nia­lej ja­śniał biały elek­tryczny krzyż w rę­kach ol­brzy­miego Wło­dzi­mie­rza na Wła­dy­mir­skiej Gó­rze.

MI­CHAIŁ BUŁ­HA­KOW, 1925.

Nazwę "Ukra­ina" można by do­słow­nie prze­tłu­ma­czyć jako kraj na skraju albo na po­gra­ni­czu i byłby to prze­kład nie­zwy­kle bli­ski rze­czy­wi­sto­ści. Kra­ina ta - ży­zna, a przez to nad­zwy­czaj ku­sząca dla wszyst­kich na­jeźdź­ców - nie­mal od za­wsze była dzie­lona mię­dzy pań­stwa ościenne: Ro­sję i Pol­skę od po­łowy XVII do końca XVIII wieku, Ro­sję i Au­strię przez cały XIX wiek, a wresz­cie Zwią­zek So­wiecki, Pol­skę, Cze­cho­sło­wa­cję i Ru­mu­nię w la­tach mię­dzy­wo­jen­nych XX stu­le­cia. Aż do upadku Związku So­wiec­kiego w 1991 roku Ukra­ina ni­gdy nie była nie­pod­le­głym pań­stwem.

Po­ło­że­nie "na po­gra­ni­czu" miało dwie kon­se­kwen­cje. Po pierw­sze, przez lata swo­jej hi­sto­rii Ukra­ińcy na­wy­kli do prze­mocy. "Re­be­lie, wojna do­mowa, po­gromy, głód, czystki, Ho­lo­kaust - wy­mie­nił jed­nym tchem któ­ryś z mo­ich przy­ja­ciół, prze­glą­da­jąc pu­dełko pełne fi­szek, które ze­bra­łam pod­czas przy­go­to­wań do pi­sa­nia tej książki. - A gdzie roz­dział trak­tu­jący o po­koju i do­bro­by­cie?" Po dru­gie, Ukra­ińcy jako na­ród ni­gdy tak na­prawdę nie mieli oka­zji wy­ro­bić w so­bie sta­bil­nego i jed­no­znacz­nego po­czu­cia toż­sa­mo­ści na­ro­do­wej. Choć bun­to­wali się przy byle oka­zji, te nie­liczne okresy, gdy uda­wało im się uzy­skać ja­kiś sto­pień sa­mo­sta­no­wie­nia - jak choćby czas po­wstań ko­zac­kich w XVII wieku, wojny do­mo­wej w la­tach 1918-1920, czy też ko­niec oku­pa­cji hi­tle­row­skiej - oka­zy­wały się ra­czej cha­otyczne, pełne bru­tal­no­ści, a przede wszyst­kim nad­zwy­czaj krót­kie. Do­piero cał­kiem nie­dawno są­sie­dzi Ukra­iny za­częli ją w ogóle po­strze­gać jako od­rębne pań­stwo, a sa­mych Ukra­iń­ców jako od­rębny na­ród. Dla Ro­sjan była to za­wsze część Ro­sji; dla Po­la­ków - część Pol­ski. Także wielu Ukra­iń­ców, pod­da­wa­nych przez stu­le­cia ob­cego pa­no­wa­nia ru­sy­fi­ka­cji albo po­lo­ni­za­cji, my­ślało w ten sam spo­sób. Trudno się do­prawdy dzi­wić, że ma­jąc tak schi­zo­fre­niczną hi­sto­rię, w któ­rej mo­menty chwały i ra­do­ści były ty­leż nie­liczne, co bar­dzo od sie­bie od­le­głe, a przy tym sły­sząc bez­u­stan­nie od swo­ich są­sia­dów, że w ogóle nie ma cze­goś ta­kiego jak "dzieje Ukra­iny", sami Ukra­ińcy wciąż nie są do końca pewni, kim tak na­prawdę są ani jak do­kład­nie wy­obra­żają so­bie swój kraj.

Moja opo­wieść o Ukra­inie - jako po­gra­ni­czu, polu bi­tew­nym, jako nowo po­wsta­łym pań­stwie sta­ra­ją­cym się two­rzyć swoją toż­sa­mość na­ro­dową - za­czyna się w Ki­jo­wie. Kiedy tam przy­le­cia­łam mroźną zi­mową nocą 1993 roku, w hali przy­lo­tów na lot­ni­sku bro­dziło się po kostki w ja­kiejś grud­ko­wa­tej brą­zo­wej brei. Na­sze wa­lizki przy­wie­ziono na pace cię­ża­rówki marki Ka­maz. Zo­stały z niej bez­ce­re­mo­nial­nie zrzu­cone na jedną wielką stertę, a każdy z pa­sa­że­rów mu­siał na­stęp­nie do­ko­py­wać się do swo­jego ba­gażu, prze­rzu­ca­jąc jedna po dru­giej ko­lejne torby. Droga do mia­sta - jak się póź­niej do­wie­dzia­łam, je­dyna czte­ro­pa­smówka na ca­łej Ukra­inie - to­nęła w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach: żad­nych la­tarni ulicz­nych, żad­nych ba­rie­rek od­bla­sko­wych, żad­nych bia­łych pa­sów na jezdni. Moi to­wa­rzy­sze po­dróży roz­ta­czali woń sta­rych wil­got­nych ubrań i nie­zbyt świe­żego je­dze­nia, a w cha­rak­te­rze ba­gażu trzy­mali ja­kieś dziwne pa­kunki o nie­re­gu­lar­nych kształ­tach, owi­nięte sznur­kiem, z wy­sta­ją­cymi ka­wał­kami drewna słu­żą­cymi za rączki. Wy­siadł­szy na ja­kimś opusz­czo­nym placu po­środku nie­wi­dzial­nego mia­sta, na­tych­miast uda­łam się na po­szu­ki­wa­nie budki te­le­fo­nicz­nej. W końcu zna­la­złam coś na kształt odra­pa­nego alu­mi­nio­wego daszka z przy­cze­pioną do niego sta­ro­świecką słu­chawką z ba­ke­litu - ni­g­dzie żad­nych in­struk­cji ani książki te­le­fo­nicz­nej, ani na­wet świa­tła. Nie wzię­łam ze sobą ukra­iń­skich pie­nię­dzy, ale jak się oka­zało, nie miało to więk­szego zna­cze­nia. Ze względu na sza­le­jącą in­fla­cję mo­nety i tak wy­szły z obiegu, a przy tym Ukra­ina nie uży­wała już so­wiec­kich ru­bli, do któ­rych przy­sto­so­wane zo­stały uliczne au­to­maty te­le­fo­niczne, te­raz więc wszyst­kie po­łą­cze­nia były dar­mowe. Na­gle po­czu­łam, że świat wo­kół mnie stał się tro­chę bar­dziej przy­ja­zny, tro­chę bar­dziej oswo­jony - tak wła­śnie za­częła się moja po­dróż przez Ukra­inę.

Lu­dzie od­wie­dza­jący Ki­jów zwy­kle da­rzą to mia­sto nie­zbyt cie­płymi uczu­ciami, ale sami jego miesz­kańcy nie­mal za­wsze osta­tecz­nie się do niego prze­ko­nują. Klatka scho­dowa w bloku, w któ­rym zaj­mo­wa­łam jed­no­po­ko­jowe miesz­kanko, śmier­działa wpraw­dzie uryną i zgniłą ka­pu­stą, ale już na ze­wnątrz miło było po­pa­trzeć na na­stro­szone czarne wrony ska­czące po ga­łę­ziach to­poli i strzą­sa­jące grudki zmar­z­nię­tego śniegu na prze­jeż­dża­jące do­łem tram­waje. Po­do­bały mi się bru­ko­wane ulice, a także sto­jące wzdłuż nich ka­mie­nice z prze­łomu wie­ków, przy­ozdo­bione wy­szu­ka­nymi stiu­ko­wymi wy­koń­cze­niami, tak już zmur­sza­łymi ze sta­ro­ści, że wła­dze miej­skie za­bez­pie­czały spody bal­ko­nów siat­kami ochron­nymi, by od­ry­wa­jące się ka­wałki tynku nie spa­dały prze­chod­niom na głowy. Po­do­bały mi się usy­tu­owane na wznie­sie­niach parki z wy­ło­żo­nymi ce­głą alej­kami i pa­wi­lo­nami z ku­tego, mocno już za­rdze­wia­łego że­laza. La­tem zwy­kle były miej­scem scha­dzek dla ob­ści­sku­ją­cych się par na­sto­lat­ków, a zimą słu­żyły za do­sko­nałe górki do zjeż­dża­nia na san­kach gro­ma­dom dzieci w wiel­kich fu­trza­nych czap­kach.

Po­do­bały mi się zwy­cza­jowe roz­grywki sza­chowe mię­dzy star­szymi pa­nami na ław­kach ota­cza­ją­cych pod­świe­tlone na ró­żowo fon­tanny na placu Nie­pod­le­gło­ści. Po­do­bali mi się męż­czyźni wra­ca­jący wie­czo­rami do do­mów z węd­kami na ra­mie­niu i tor­bami wy­peł­nio­nymi ry­bami zło­wio­nymi w ciągu dnia w Dnie­prze, albo lu­dzie wy­pro­wa­dza­jący psy w nie­dzielne po­ranki, wy­mie­nia­jący ry­tu­alne za­chwyty nad mi­ja­nymi "Pu­siami" czy "Pusz­kami", gładko przy­strzy­żo­nymi i ide­al­nie za­dba­nymi. Po­do­bał mi się roz­brzmie­wa­jący set­kami gło­sów i wy­peł­niony dzie­siąt­kami go­łębi uliczny targ pod pro­wi­zo­rycz­nym za­da­sze­niem, na któ­rym pra­wie każda z licz­nych wie­śnia­czek na­zy­wała ko­lej­nych klien­tów swoim słon­kiem albo swoją pta­szyną i spie­szyła dać im na spró­bo­wa­nie odro­binę miodu albo śmie­tany.

Po­do­bały mi się pary w piąt­kowe desz­czowe po­po­łu­dnia tań­czące przy dźwię­kach akor­de­onu w prze­cie­ka­ją­cych przej­ściach pod­ziem­nych - i to nie dla pie­nię­dzy, a po pro­stu dla wła­snej przy­jem­no­ści. Po­do­bało mi się ku­po­wa­nie od ulicz­nych sprze­daw­ców kwia­tów, po­ja­wia­ją­cych się przy wyj­ściu z me­tra wraz z pierw­szymi ozna­kami wio­sny, bu­kie­ci­ków prze­bi­śnie­gów, przy­bra­nych ga­łąz­kami blusz­czu i spię­tych zie­loną gumką. A je­sie­nią po­do­bały mi się mi­ja­jące mnie na ulicy wszyst­ko­wie­dzące ba­buszki, które ni­gdy nie omiesz­kały mi przy­po­mnieć, bym do­pięła płaszcz i za­ło­żyła czapkę, bo prze­cież spadł już pierw­szy śnieg. Co wię­cej - a to już na­prawdę oznaka tego, że "na­wró­ci­łam się" na to mia­sto - za­częło mi się na­wet po­do­bać ku­po­wa­nie i je­dze­nie sała, czyli gru­bej na cztery palce sło­niny, któ­rej pla­stry kła­dzie się tu na pajdy czar­nego chleba, do­pra­wiw­szy ca­łość ob­fi­cie solą i czosn­kiem; ten praw­dziwy przy­smak na­ro­dowy jest za­ra­zem przed­mio­tem licz­nych żar­tów, w tym tych na­wią­zu­ją­cych do rze­ko­mego przed­kła­da­nia przez ukra­iń­skich męż­czyzn spo­ży­wa­nia sała nad upra­wia­nie seksu.

Tak czy owak, Ki­jów był mia­stem peł­nym me­lan­cho­lii. Tym, co je na­prawdę okre­ślało, były jego nie­do­statki, za­uwa­żalne braki. Nie­które z nich były dość oczy­wi­ste: tylko je­den su­per­mar­ket (za­płata wy­łącz­nie w do­la­rach), nie­liczne pry­watne sa­mo­chody (sześć na jed­nym skrzy­żo­wa­niu to już był pra­wie ko­rek), nie­ist­nie­jące w prak­tyce usługi pocz­towe (aby mieć pew­ność, że list doj­dzie do ad­re­sata, naj­le­piej było udać się sa­memu na sta­cję ko­le­jową i zna­leźć osobę zdą­ża­jącą we wła­ści­wym kie­runku, po czym wrę­czyć jej prze­syłkę do prze­wie­zie­nia). Inne zaś da­wało się od­czuć do­piero po pew­nym cza­sie. Przy nie­mal cał­ko­wi­tym braku za­sił­ków i eme­ry­tur, tylko ele­men­tar­nej opiece zdro­wot­nej (za wszyst­kie le­kar­stwa trzeba było pła­cić z wła­snej kie­szeni, a le­ka­rzom wrę­czać ła­pówki) i nie­ist­nie­ją­cym sys­te­mie ubez­pie­czeń (po­ja­wiło się wpraw­dzie kilka firm pry­wat­nych, ale nikt nie ufał im na tyle, by po­wie­rzyć im wła­sne pie­nią­dze), ki­jo­wia­nie żyli w sta­nie nie­pew­no­ści ju­tra, któ­rej nie znano na Za­cho­dzie, ry­zy­ku­jąc utratę wszyst­kiego z po­wodu tak bła­hego jak cho­roba czy zwy­kła ro­dzinna sprzeczka. Można to było ła­two wy­czy­tać z ich su­ro­wego wy­glądu, z ich na­pię­tych twa­rzy i czuj­nych spoj­rzeń, cha­rak­te­ry­stycz­nych dla cza­sów kry­zysu; były to twa­rze lu­dzi, któ­rzy ra­dzili so­bie jako tako dzięki ta­niej wódce i za­tę­chłym pa­pie­ro­som, w pełni świa­domi tego, że mu­szą za­dbać sami o sie­bie, bo nikt inny tego za nich nie zrobi.

Jesz­cze inne braki i nie­do­statki miały cha­rak­ter czy­sto fi­zyczny. Choć Ki­jów za­cho­wał się w lep­szym sta­nie niż wiele by­łych so­wiec­kich miast, na każ­dym kroku stra­szyły tu du­chy prze­szło­ści. A to opusz­czona sy­na­goga, a to znów pu­sta sko­rupa po nie­gdyś wspa­nia­łym ho­telu Lipsk, pod­upa­dłym wsku­tek za­nie­dbań sko­rum­po­wa­nych władz miej­skich. Na stra­ga­nach ulicz­nych można było ku­pić chwy­ta­jącą za serce cie­niutką bro­szurkę za­ty­tu­ło­waną Utra­cone po­mniki ar­chi­tek­tury w Ki­jo­wie, w któ­rej wy­szcze­gól­niono wszyst­kie cer­kwie i mo­na­styry zbu­rzone w cza­sach sta­li­now­skich - św. Mi­chała Ar­cha­nioła o Zło­tych Ko­pu­łach, św. Ba­zy­lego, św. Bo­rysa i Gleba, św. Olgi i wiele, wiele in­nych. Przy tak licz­nych bra­kach, przy tylu wy­rwach w ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści, po­szu­ki­wa­nie śla­dów mi­nio­nych cza­sów wy­ma­gało nie­le­d­wie per­wer­syj­nego en­tu­zja­zmu, a przy tym god­nej ar­che­ologa spo­strze­gaw­czo­ści, wy­czu­le­nia na każdy szcze­gół i każde pu­ste miej­sce.

Bo­daj naj­ła­twiej jest dziś od­two­rzyć w wy­obraźni tę część hi­sto­rii Ki­jowa, która zwią­zana była z roz­kwi­tem tego mia­sta jako tęt­nią­cego ży­ciem ośrodka han­dlo­wego wy­ro­słego na ma­so­wym ob­ro­cie cu­krem jesz­cze przed okre­sem re­wo­lu­cji. Po­wie­ścio­pi­sarz Alek­sandr Ku­prin, pi­szący w dru­gim dzie­się­cio­le­ciu XX wieku, od­ma­lo­wał mia­sto pełne do­ke­rów i piel­grzy­mów, ży­dow­skich do­mo­krąż­ców, nie­miec­kich dam, za­bie­dzo­nych ro­syj­skich ofi­ce­rów, stu­den­tów, na­mięt­nych gra­czy w karty, mi­ło­śni­ków cy­gar i ta­niego szam­pana. Znaczna część za­cho­wa­nej do dziś sta­rówki Ki­jowa - po­tężny gmach opery, bru­ko­wane bul­wary czy nie­zwy­kły Dom z chi­me­rami, zwień­czony de­ko­ra­cjami z żab, je­leni i no­so­roż­ców, a kie­dyś bę­dący swo­istą re­klamą pierw­szej w mie­ście fa­bryki ce­mentu - wy­wo­dzi się wła­śnie z tych cza­sów, a w cie­płe let­nie wie­czory na jej uli­cach wciąż czuć - jak w cza­sach Ku­prina - za­pach "ku­rzu, bzu i roz­grza­nego ka­mie­nia"; wciąż też sły­chać od­głosy sy­ren stat­ków pły­wa­ją­cych po Dnie­prze i wi­dać męż­czyzn po­pi­ja­ją­cych kwas chle­bowy pro­sto ze sło­ików po dże­mie, ku­po­wany w ma­łych bud­kach pod kasz­ta­now­cami. Przy Zjeź­dzie św. An­drzeja - krę­tej i stromo opa­da­ją­cej ulicy, bie­gną­cej od ro­ko­ko­wej cer­kwi św. An­drzeja wznie­sio­nej przez Ka­ta­rzynę II aż do placu Kon­trak­to­wego, nie­gdyś gosz­czą­cego wiel­kie do­roczne targi miej­skie - mie­ści się pewne mu­zeum, w któ­rym można obej­rzeć na­stro­jowy ze­staw pa­mią­tek z tam­tej epoki: czarno-białe fo­to­gra­fie uka­zu­jące umun­du­ro­wa­nych ka­de­tów sto­ją­cych w tro­chę nie­dba­łych po­zach, parę bia­łych za­mszo­wych rę­ka­wi­czek, wie­lo­barwną pa­ra­solkę, fi­gurki słoni wy­ko­nane z ko­ści sło­nio­wej, ste­reo­skop, wy­szu­kaną kasę skle­pową, ele­gancki płaszcz ope­rowy de­ko­ro­wany pió­rami stru­sia.

Ale to wcale nie ów krzy­kliwy okres na­głego roz­kwitu Ki­jowa jako ośrodka han­dlo­wego z prze­łomu wie­ków na­daje mu rys nie­zwy­kło­ści, który ka­zał pi­sa­rzowi Mi­cha­iłowi Buł­ha­ko­wowi my­śleć o nim po pro­stu jako o Mie­ście, a śre­dnio­wiecz­nym kro­ni­ka­rzom opi­sy­wać go jako "Ra­dość Świata". Część hi­sto­rii od­po­wie­dzialna za ta­kie wła­śnie po­strze­ga­nie Ki­jowa ro­ze­grała się mniej wię­cej ty­siąc lat temu. Po­cząw­szy od X wieku aż po wiek XIII, Ki­jów był bo­wiem sto­licą pierw­szej wiel­kiej cy­wi­li­za­cji lu­dów wschod­nio­sło­wiań­skich - Rusi Ki­jow­skiej. I wła­śnie od tego czasu roz­po­czyna się walka Ukra­iny o swoją toż­sa­mość. Całe po­ko­le­nia uczo­nych prze­ści­gały się w po­pu­la­ry­zo­wa­niu ko­lej­nych teo­rii, pod­szy­tych wza­jem­nymi pre­ten­sjami i obe­lgami, jak do­szło do po­wsta­nia Rusi, jak była ona rzą­dzona, a na­wet jak zy­skała swoją na­zwę. Ale naj­więk­szy spór to­czył się od za­wsze o to, do kogo wła­ści­wie na­leżą tra­dy­cja i pa­mięć o Rusi. Czy cy­wi­li­za­cja Rusi Ki­jow­skiej roz­prze­strze­niła się na­stęp­nie na wschód, na te­reny Mo­skwy i za­miesz­ki­wane przez Ro­sjan, czy też wciąż po­zo­staje zwią­zana z te­ry­to­rium Ukra­iny? Stare ro­syj­skie przy­sło­wie głosi: "Je­śli Mo­skwa jest ser­cem Ro­sji, a Sankt Pe­ters­burg jej głową, to Ki­jów jest jej matką". Sami Ukra­ińcy twier­dzą na­tu­ral­nie, że Ki­jów nie ma nic wspól­nego z Ro­sją, a je­śli już jest czy­jąś matką, to tylko i wy­łącz­nie Ukra­iń­ców.

Za­ło­ży­ciele Rusi Ki­jow­skiej nie byli tak na­prawdę ani Ro­sja­nami, ani Ukra­iń­cami. Byli to ci sami Skan­dy­na­wo­wie - znani w róż­nych czę­ściach świata jako wi­kin­go­wie, Wa­re­go­wie, Nor­ma­no­wie czy Lu­dzie Pół­nocy - któ­rzy w wie­kach IX i X pod­bili Is­lan­dię oraz część An­glii, Ir­lan­dii i Fran­cji. Je­śli wie­rzyć Po­wie­ści mi­nio­nych lat, naj­wcze­śniej­szej kro­nice Rusi, to przy­byli oni na te­reny wschod­nio­sło­wiań­skie w od­po­wie­dzi na za­pro­sze­nie ze strony wo­ju­ją­cych ze sobą ple­mion osia­dłych wzdłuż po­ro­śnię­tych la­sami rzek na po­łu­dnie od Za­toki Fiń­skiej: "I nie było wśród nich spra­wie­dli­wo­ści, i po­wstał ród prze­ciw ro­dowi, i były u nich zwady, i po­częli wo­jo­wać sami ze sobą. I rze­kli so­bie: "Po­szu­kajmy so­bie knia­zia, który by wła­dał nami i są­dził we­dle prawa". I po­szli za mo­rze ku Wa­re­gom, ku Rusi (...) Rze­kli Rusi Czu­do­wie, Sło­wie­nie, Kry­wi­cze i We­so­wie: "Zie­mia na­sza wielka jest i ob­fita, a ładu w niej nie ma. Przy­chodź­cie więc rzą­dzić i wła­dać nami""[1].

Moż­liwe, że au­tor Po­wie­ści... prze­ce­nia nieco zna­cze­nie lu­dów skan­dy­naw­skich w tej hi­sto­rii. Nie­któ­rzy ba­da­cze uwa­żają, że przy­by­szy stam­tąd było zbyt nie­wielu, by mo­gli wy­wrzeć na­prawdę zna­czący wpływ; są też i tacy, we­dług któ­rych to jedno z lo­kal­nych ple­mion - a kon­kret­nie osia­dli nad brze­gami Dnie­pru wschod­nio­sło­wiań­scy Po­la­nie - jesz­cze przed przy­by­ciem Skan­dy­na­wów zbu­do­wało pod­wa­liny pań­stwa ru­skiego. Tak czy ina­czej, fak­tem jest, że z Pół­nocy przy­byli nie tyle władcy, ile kupcy po­dą­ża­jący wzdłuż szlaku han­dlo­wego łą­czą­cego Mo­rze Bał­tyc­kie z Mo­rzem Czar­nym z wy­ko­rzy­sta­niem rzeki Dniepr. W VIII wieku usta­no­wili oni swoją pierw­szą pla­cówkę han­dlową nad je­zio­rem Ła­doga, w po­bliżu dzi­siej­szego Sankt Pe­ters­burga, a w 830 roku - we­dług przy­wo­ły­wa­nej już Po­wie­ści... - po­że­glo­wali swo­imi dłu­gimi ło­dziami o dzio­bach ude­ko­ro­wa­nych smo­czymi gło­wami w dół rzeki, by na jej wy­nio­słym brzegu, po­nad piasz­czy­stymi skar­pami, za­ło­żyć nie­wielką drew­nianą osadę, która miała stać się za­ląż­kiem Ki­jowa.

Bi­zan­tyj­ski ce­sarz Kon­stan­tyn VII Por­fi­ro­ge­neta, pi­sząc me­mo­ran­dum do­ty­czące za­rzą­dza­nia pań­stwem w X wieku, wspo­mi­nał o ło­dziach wy­peł­nio­nych nie­wol­ni­kami, fu­trami, wo­skiem i mio­dem, na któ­rych każ­dej wio­sny spły­wały w dół Dnie­pru da­niny dla władcy ce­sar­stwa wschod­nio­rzym­skiego. Po po­wro­cie do Ki­jowa - z uży­ciem ża­gli i wio­seł - ło­dzie te po­now­nie za­ła­do­wy­wano, by w czerwcu mo­gły raz jesz­cze za­wi­tać nad brzeg Mo­rza Czar­nego z ko­lejną par­tią to­wa­rów. Po­je­dyn­cze sztuki z ca­łych sto­sów srebr­nych mo­net, które Skan­dy­na­wo­wie otrzy­my­wali jako za­płatę, wciąż jesz­cze znaj­duje się raz na ja­kiś czas na te­re­nach od Ukra­iny aż po Szwe­cję. Sam szlak han­dlowy był nie­zwy­kle trudny i nie­bez­pieczny, zwłasz­cza jego ostat­nie 400 ki­lo­me­trów przed do­pły­nię­ciem do celu, jako że z po­wodu licz­nych prze­ło­mów rzeki trzeba było wie­lo­krot­nie roz­ła­do­wy­wać ło­dzie i prze­cią­gać je lą­dem, co na­ra­żało kup­ców na nie­bez­pie­czeń­stwo ata­ków ze strony dzi­kich no­ma­dów z ple­mion Pie­czyn­gów.

U po­cząt­ków Rusi Ki­jow­skiej le­gły za­tem przed­się­wzię­cia czy­sto han­dlowe, które jed­nak z cza­sem - jak miało się to póź­niej zda­rzyć rów­nież w in­nych re­jo­nach świata, na przy­kład nad Za­toką Hud­sona czy w przy­padku kom­pa­nii wschod­nio­in­dyj­skich - prze­obra­ziły się w struk­tury o cha­rak­te­rze po­li­tycz­nym. Pla­cówki han­dlowe prze­kształ­ciły się w wa­row­nie, na­stęp­nie zmie­niły się one w punkty po­boru da­nin, a punkty te - do końca X wieku - stwo­rzyły naj­roz­le­glej­sze kró­le­stwo w ca­łej Eu­ro­pie, roz­cią­ga­jące się od Bał­tyku aż po Kar­paty. W trak­cie tego pro­cesu pa­nu­jąca wtedy skan­dy­naw­ska dy­na­stia Ru­ry­ko­wi­czów przy­jęła miej­scowe zwy­czaje i ję­zyk, wże­nia­jąc się stop­niowo w lo­kalne klany i ze­sło­wiańsz­cza­jąc swoje imiona. Tak to Helgi stał się Ole­giem, In­gwarr - Igo­rem, a Wal­de­mar - Wło­dzi­mie­rzem.

Naj­wspa­nial­szą pa­miątką nie­gdy­siej­szej wiel­ko­ści Rusi jest ki­jow­ski so­bór Mą­dro­ści Bo­żej (So­fij­ski) wznie­siony w 1037 roku przez jed­nego z naj­wy­bit­niej­szych re­pre­zen­tan­tów dy­na­stii Ru­ry­ko­wi­czów, księ­cia Ja­ro­sława Mą­drego. Z ze­wnątrz nie od­róż­nia się on zbyt­nio od wielu in­nych ba­ro­ko­wych świą­tyń na Ukra­inie, jako że naj­star­sza jego część, z pła­skimi grec­kimi ko­pu­łami i mu­rami z ce­gły, zo­stała przy­kryta póź­niej­szymi war­stwami tynku i po­złoty. Ale wcho­dząc do środka, można z miej­sca po­czuć nie­zwy­kłą su­ro­wość i pro­stotę stylu bi­zan­tyj­skiego. Na fre­sku cią­gną­cym się wzdłuż ścian ma­sze­rują w rzę­dzie bla­do­licy święci odziani w szaty w bar­wach ochry i różu; po­nad nimi, na wiel­kiej mo­za­ice o ży­wych ko­lo­rach, gó­ruje gi­gan­tyczna po­stać Ma­ryi Dzie­wicy, sa­motna na zło­tym tle. Jej szata, we­dle opisu z lat trzy­dzie­stych XX wieku au­tor­stwa po­dróż­nika i pi­sa­rza Ro­berta By­rona, "mieni się tak nie­zwy­kle pro­mie­niu­ją­cymi od­cie­niami, że nikt, kto ją raz wi­dział, nie bę­dzie już w sta­nie za­po­mnieć (...) tego por­ce­la­no­wego błę­kitu, błę­kitu po­lnych dzwon­ków albo oczu sy­jam­skiego kota"[2]. Stopy Ma­ryi okry­wają pur­pu­rowe pan­to­fle bi­zan­tyj­skiej ce­sa­rzo­wej, a wielka in­skryp­cja, za­po­ży­czona z kon­stan­ty­no­po­li­tań­skiej świą­tyni Ha­gia So­fia, głosi: "Bóg prze­nika Ją całą; nie zo­sta­nie za­tem prze­nie­siona; Bóg wspo­maga Ją od po­ranka do po­ranka". Na bliź­nia­czych rzę­dach scho­dów wio­dą­cych na górną ga­le­rię spro­wa­dzeni z Gre­cji rze­mieśl­nicy od­ma­lo­wali sceny ze swo­jej oj­czy­zny - są to bo­daj je­dyne świa­dec­twa świec­kiego ży­cia w ce­sar­stwie bi­zan­tyj­skim, ja­kie za­cho­wały się do na­szych cza­sów. Czte­ro­konne ry­dwany (czy ra­czej ich frag­menty, które prze­trwały dzie­więt­na­sto­wieczne próby za­ma­lo­wa­nia) ści­gają się wzdłuż mu­rów, a z do­okol­nych okien i bal­ko­nów wi­wa­tują wi­dzo­wie, pod­czas gdy u bram hi­po­dromu tań­czy bła­zen, mu­zycy zaś grają na pisz­czał­kach, ta­ler­zach, fle­cie i in­nych in­stru­men­tach.

Wznie­siony dla uczcze­nia na­wró­ce­nia Wło­dzi­mie­rza, ojca Ja­ro­sława, na chrze­ści­jań­stwo, so­bór Mą­dro­ści Bo­żej za­pla­no­wany zo­stał jako bu­dowla o ogrom­nym zna­cze­niu po­li­tycz­nym i du­cho­wym, i tak też się dzieje do dziś. Za cza­sów car­skich cią­gnęły do niego mi­liony piel­grzy­mów. (Po­śród róż­nych graf­fiti z tam­tych cza­sów znaj­duje się i na­stę­pu­jące: "Prze­pi­łem wszyst­kie moje ubra­nia, kiedy tu by­łem")[3]. Bol­sze­wicy zde­sa­kra­li­zo­wali cer­kiew, ale ni­gdy nie od­wa­żyli się jej zbu­rzyć. W okre­sie pie­rie­strojki ukra­iń­scy na­cjo­na­li­ści de­mon­stro­wali pod mu­rami so­boru, a w 1993 roku człon­ko­wie sekty New Age opry­skali go pły­nem z ga­śnic, gro­żąc przy tym ma­so­wym sa­mo­bój­stwem. W 1996 roku pra­wo­sławni wierni usi­ło­wali - ła­miąc prawo, bo świą­ty­nia ma dziś sta­tus mu­zeum - po­cho­wać w jej mu­rach swo­jego pa­triar­chę, by osta­tecz­nie, po utarcz­kach z po­li­cją, za­do­wo­lić się roz­ko­pa­niem chod­nika bie­gną­cego pod mu­rami so­boru. Choć za jego ży­cia nie było jesz­cze, rzecz ja­sna, ani Ukra­iny, ani Ro­sji, Wło­dzi­mierz - w ję­zyku ro­syj­skim Wła­di­mir - stał się świę­tym pa­tro­nem za­równo dla Ukra­iń­ców, jak i dla Ro­sjan. Zo­stał upa­mięt­niony w nie­zli­czo­nych lu­do­wych po­da­niach i le­gen­dach oraz na wielu po­mni­kach, także poza gra­ni­cami obu tych kra­jów (miesz­kańcy oko­lic lon­dyń­skiego Hol­land Park z nie­ja­kim zdu­mie­niem spo­glą­dają za­pewne na jego ol­brzy­mią sta­tuę, wznie­sioną tam sta­ra­niem ukra­iń­skiej dia­spory).

Choć so­bór So­fij­ski po­wstał z po­rywu serca, to sama de­cy­zja o przy­ję­ciu chrze­ści­jań­stwa, na któ­rej pa­miątkę świą­ty­nię wznie­siono, wy­ni­kała z prze­sła­nek ści­śle prag­ma­tycz­nych. Jesz­cze za­nim Wło­dzi­mierz do­szedł do wła­dzy w 980 roku, chrze­ści­jań­stwo było już na Rusi obecne i co­raz bar­dziej za­uwa­żalne - na­wet Olga, babka księ­cia, kilka lat wcze­śniej przy­jęła w skry­to­ści chrzest. Na sa­mym po­czątku swo­jego pa­no­wa­nia Wło­dzi­mierz w pełni po­pie­rał jed­nak stron­nic­two po­gań­skie. Po­wieść mi­nio­nych lat po­daje, że "po­sta­wił bał­wany na wzgó­rzu (...) Pe­runa drew­nia­nego z głową srebrną i wą­sem zło­tym, i Chorsa, Dadź­boga i Strzy­boga, i Si­mar­gła, i Mo­ko­sza. I skła­dali im ofiary, na­zy­wa­jąc ich bo­gami, i przy­wo­zili syny swoje i córy na ofiarę bie­som (...)"[4]. Co gor­sza, jak do­no­szą da­lej świą­to­bliwi au­to­rzy kro­niki, Wło­dzi­mierz był "wielce chu­tliwy (...) a na­łoż­nic miał trzy­sta w Wy­szo­gro­dzie, a trzy­sta w Bia­ło­gro­dzie, a dwie­ście na Be­re­sto­wie (...) I był nie­syty roz­pu­sty, przy­wo­dząc do sie­bie mę­żatki i dzie­wice gwał­cąc. Był to bo­wiem lu­bież­nik taki sam, jak Sa­lo­mon"[5].

Mimo tak mało obie­cu­ją­cych po­cząt­ków Wło­dzi­mierz w któ­rymś mo­men­cie praw­do­po­dob­nie się zo­rien­to­wał, że aby do­trzy­mać kroku są­sia­dom, bę­dzie zmu­szony wpro­wa­dzić w swoim pań­stwie ja­kąś bar­dziej no­wo­cze­sną re­li­gię. Po­zo­stało tylko wy­brać tę wła­ściwą. Pierw­szymi, do któ­rych się zwró­cił, byli - po­now­nie we­dług Po­wie­ści... - mu­zuł­mań­scy Buł­ga­rzy: "Wło­dzi­mierz zaś słu­chał ich, al­bo­wiem sam lu­bił nie­wia­sty i mno­gie wsze­te­czeń­stwa, wy­słu­chi­wał więc ich z upodo­ba­niem. Jeno było mu nie­miłe ob­rze­za­nie człon­ków i nie­ja­da­nie świ­niny, a naj­bar­dziej - nie­pi­cie; rzekł: "Dla Rusi pi­cie jest we­se­lem, nie mo­żemy bez tego być""[6]. Po tym roz­cza­ro­wa­niu książę ro­ze­słał po świe­cie swo­ich lu­dzi, by wy­wie­dzieli się jak naj­wię­cej o in­nych re­li­giach. Ani Ży­dzi, ani ka­to­liccy Niemcy nie wy­warli na nich spe­cjal­nego wra­że­nia. "Wi­dzie­li­śmy w świą­tyni mno­gie na­bo­żeń­stwa od­pra­wiane - ra­por­to­wali z po­wro­tem emi­sa­riu­sze - a pięk­no­ści nie wi­dzie­li­śmy żad­nej"[7]. Za to już Ha­gia So­fia wpra­wiła ki­jo­wian w praw­dziwy za­chwyt: "I przy­szli­śmy do Gre­ków, i wie­dli nas, gdzie służą Bogu swo­jemu, i nie wie­dzie­li­śmy, w nie­bie li by­li­śmy czy na ziemi: nie ma bo­wiem na ziemi ta­kiego wi­do­wi­ska ni piękna ta­kiego, i nie wiemy, jak opo­wie­dzieć o tym, tylko to wiemy, że tam Bóg z ludźmi prze­bywa i na­bo­żeń­stwo ich jest naj­lep­sze ze wszyst­kich kra­jów"[8].

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZED­MOWA DO WY­DA­NIA Z ROKU 2023

Nin­iej­sza książka składa się z dwóch czę­ści. Pierw­szą z nich na­pi­sa­łam w po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku, ob­ser­wu­jąc pierw­sze kroki Ukra­iny po od­zy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści, w tym rów­nież jej za­paść go­spo­dar­czą i roz­pacz­liwe po­szu­ki­wa­nie na­ro­do­wej toż­sa­mo­ści. A po­nie­waż część ta sta­nowi swego ro­dzaju wgląd w kon­dy­cję Ukra­iny na wcze­snym eta­pie kształ­to­wa­nia się pań­stwa, nie zmie­niam w tek­ście ani prze­cinka, po­zo­sta­wia­jąc w nim na­wet za­czerp­nięte z ję­zyka ro­syj­skiego na­zwy miej­scowe, a także moje ów­cze­sne oceny i prze­wi­dy­wa­nia na przy­szłość.

Część druga była pi­sana i ak­tu­ali­zo­wana eta­pami, w re­ak­cji na trzy ko­lejne, co­raz bru­tal­niej­sze próby od­zy­ska­nia kon­troli nad Ukra­iną pod­jęte przez Ro­sję. Naj­pierw w 2004 roku Wła­di­mir Pu­tin usi­ło­wał bez po­wo­dze­nia usta­wić wy­bory pre­zy­denc­kie na Ukra­inie. Na­stęp­nie w roku 2014 za­jął Krym i część Don­basu. Wresz­cie w lu­tym 2022 roku zde­cy­do­wał się roz­pę­tać wojnę, która na­ru­szyła ist­nie­jący po­rzą­dek świata, a w chwili pi­sa­nia tych słów (lato 2022) nic nie wska­zuje na to, by miała się szybko za­koń­czyć. Tyle że za­miast zła­mać du­cha Ukra­iń­ców, agre­sja Ro­sji je­dy­nie wzmoc­niła w nich po­czu­cie wła­snej od­ręb­no­ści i dą­że­nia nie­pod­le­gło­ściowe. Do 2014 roku Ukra­ina stała się już na do­brą sprawę kra­jem zu­peł­nie in­nym od tego, w któ­rym mia­łam oka­zję prze­by­wać w po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Ostat­nia po­dróż uka­zała mi zaś wi­doki, ja­kich ni­komu nie dane było oglą­dać od za­koń­cze­nia dru­giej wojny świa­to­wej: du­żego eu­ro­pej­skiego pań­stwa de­mo­kra­tycz­nego, któ­rego oby­wa­tele chwy­cili za broń, by ode­przeć na­jeźdźcę wy­ka­zu­ją­cego wszel­kie oznaki fa­szy­zmu.

Za­szo­ko­wany i prze­ra­żony Za­chód po­ży­cza Ukra­inie pie­nią­dze i wy­syła jej co­raz wię­cej co­raz groź­niej­szego uzbro­je­nia. Han­del z Ro­sją na­dal jed­nak cał­ko­wi­cie nie ustał. Nie ma też szans na to, jak wy­ra­ził się ja­sno ame­ry­kań­ski pre­zy­dent Joe Bi­den, by NATO po­słało na Ukra­inę swoje woj­ska czy w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób za­an­ga­żo­wało się w ten kon­flikt bez­po­śred­nio. Nie zmie­nia to faktu, że re­ak­cja za­chod­nich rzą­dów była nie­ocze­ki­wa­nie twarda i szybka. Wspar­cie opi­nii pu­blicz­nej dla Ukra­iny może jed­nak już wkrótce osłab­nąć, w miarę jak bę­dzie tra­cił na zna­cze­niu czyn­nik współ­czu­cia, a zy­ski­wał wzrost cen za no­śniki ener­gii. Obec­nie wciąż sy­tu­uje się ono na re­kor­do­wym po­zio­mie, co prze­kłada się na kon­kretne dzia­ła­nia w po­staci ol­brzy­mich wy­sił­ków na rzecz po­mocy mi­lio­nom ukra­iń­skich uchodź­ców. Oby­śmy tylko zdo­łali utrzy­mać tę mo­bi­li­za­cję, oby­śmy byli w sta­nie po­wró­cić w tym kraju do stanu wol­no­ści, po­koju i do­bro­bytu. Wse bude Ukra­ina! - Ukra­ina bę­dzie cała!

Anna Reid

Lon­dyn, li­piec 2022