XV. Dojdziemy do Polski
(...)
W małym cichym domu przy ulicy Czapajewa przesiadywałam całymi godzinami z ambasadorem Kotem oraz polskimi oficerami i żołnierzami. Opisywali mi położenie, w jakim się znaleźli po ataku niemieckim na Związek Sowiecki i nie musieli używać wielkich słów, ani dramatyzować swoich opowieści. Z powodów strategicznych i politycznych Związek Sowiecki oraz Polska w jednej chwili stali się sojusznikami. Sowieci ogromnie potrzebowali teraz poparcia ze strony polskiej ludności, znajdującej się pod niemieckim jarzmem, i mogli uzyskać to poparcie tylko na drodze oficjalnego porozumienia z polskim rządem. Z drugiej strony, Polacy byli gotowi okazać solidarność każdemu na świecie, kto walczył przeciwko Niemcom. W sojuszu ze Związkiem Sowieckim widzieli szansę na położenie kresu minionym walkom między Rosjanami i Polakami w taki sposób, który pozwoli na odrodzenie się po wojnie silnej, niepodległej Polski. Traktat podpisany w Londynie przez sowieckiego ambasadora pana Iwana Majskiego i rząd polski na uchodźstwie skutkował przybyciem do Moskwy w dniu 6 sierpnia 1941 roku polskiego generała Szyszko-Bohusza, który przyleciał z Anglii, by omówić z szefem Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, marszałkiem Borysem M. Szaposznikowem, zawarcie umowy wojskowej między obydwoma krajami.
Niewiele było w historii takich konferencji między nowymi sojusznikami, na których ciążyłby taki bagaż cierpienia, przemocy i nienawiści. To, co polski generał miał do powiedzenia marszałkowi Armii Czerwonej - nie słowami, lecz w domyśle - brzmiało mniej więcej tak:
Jestem tutaj, żeby ustalić, co się stało z Polakami, mężczyznami, kobietami i dziećmi, w liczbie ponad miliona, których wasi ludzie aresztowali w 1939 roku, a następnie wywieźli w głąb Rosji i których od tamtego czasu trzymaliście w obozach jenieckich, obozach pracy i więzieniach wszelkiego rodzaju.
Jestem tutaj, żeby dopilnować, aby ci ludzie, w liczbie ponad miliona, odzyskali wolność.
Jestem tutaj, żeby dopilnować, aby tym ludziom pozwolono dobrowolnie wstąpić do wojska - tak, żeby Armia Polska, wyciągnięta z sowieckich obozów pracy, mogła wkrótce stanąć do walki z Niemcami.
Około dziesięciu procent polskich więźniów - ponad sto tysięcy osób - stanowili jeńcy wojenni: oficerowie i żołnierze. W tej grupie odsetek oficerów był bardzo wysoki. Wśród tych jeńców było dwa tysiące lotników. Pierwsze porozumienie zawarte przez sowieckich i polskich przywódców wojskowych przewidywało przeszkolenie dwóch polskich dywizji, liczących po jedenaście tysięcy żołnierzy. Rozpoczął się werbunek. Napływ ochotników od razu był tak wielki, że do września 1941 roku zaciągnęło się trzydzieści trzy tysiące. Następnie ta liczba wzrosła do czterdziestu pięciu tysięcy. Wkrótce zaczęto rozważać powołanie trzeciej dywizji - a potem czwartej. Do grudnia uzgodniono podniesienie liczby dywizji do sześciu i postanowiono, że cała Armia Polska, która dotychczas reorganizowała się w różnych obozach regionu nadwołżańskiego pod dowództwem generała Władysława Andersa, wspomaganego przez generała Mieczysława Borutę-Spiechowicza i generała Michała Tokarzewskiego, zostanie przeniesiona do sowieckich republik: kazachskiej (Turkiestan) i uzbeckiej, gdzie łagodniejszy klimat uczyni szkolenie mniej uciążliwym. Polscy cywile także mieli być stopniowo przenoszeni do tego samego regionu i zakwaterowani w miejscowych kołchozach. Miasto Taszkient miało się stać punktem zbornym dla tej nowej polskiej "kolonii".
Ten plan był teraz wcielany w życie. Ogromna liczba polskich mężczyzn i kobiet już teraz pracowała w kołchozach na południu, razem z Rosjanami, zaś prawie wszystkie polskie pułki zostały przeniesione znad Wołgi i zaczęły budować obozy w Turkiestanie. Ten układ miał tymczasowo rozwiązać ogromny problem, nabrzmiały od żalu i rozgoryczenia.
Jakże dramatycznie wyglądały jednak nadal relacje rosyjsko-polskie oglądane nie na papierze, ale w surowej i ludzkiej rzeczywistości! Sowiecki "transfer" ludności (mówiąc łagodnie), obejmujący milion lub nawet więcej Polaków, miał tak okrutne i dalekosiężne konsekwencje, że nie można ich było "wyprostować" w ciągu tygodni lub miesięcy, nawet przy dobrej woli zarówno ze strony byłych więźniów, jak i byłych strażników więziennych. Pierwszą trudność stanowiło po prostu odnalezienie wszystkich Polaków - cywilów i żołnierzy - którzy zostali wywiezieni. Rosjanie rozproszyli ich po rozmaitych miejscach, rozciągających się od północnej części europejskiej Rosji po Syberię i Tybet. Niektórzy z tych więźniów byli internowani na wyspach arktycznych: na Ziemi Franciszka Józefa, na Nowej Ziemi, na północ od Uralu. Innych wywieziono nad chińską granicę, koło Ałma Aty.
Wyłuskiwanie Polaków, ponowne łączenie ich rodzin, zapewnienie opieki słabym, chorym, dzieciom i starcom, przetransportowanie wszystkich ocalonych do Turkiestanu oraz posłanie ich do pracy, czy to w armii, czy na roli, było zadaniem wymagającym wiele miesięcy wysiłków i tak naprawdę mogło nigdy nie zostać doprowadzone do samego końca. Na każdym kroku pojawiały się bolesne pytania, na które nie było natychmiastowej odpowiedzi. Polacy mieli na przykład listę pięciu tysięcy oficerów, o których wiedzieli na pewno, że znaleźli się wśród internowanych. W całej Rosji nie udało się odnaleźć jakiegokolwiek śladu po nich i sowieccy biurokraci zapewne byli szczerzy, gdy mówili z widoczną bezradnością: "Po prostu nie wiemy, gdzie oni są". W ogólnym zamęcie wojny zgubili pięć tysięcy osób, tak jak gubi się igłę w stogu siana. Ta konkretna zagadka oczywiście ogromnie martwiła Polaków, gdy byłam w Kujbyszewie.
Młody Polak przydzielony do ambasady powiedział mi, że właśnie przemierzył ogromne terytoria Związku Sowieckiego, wędrując od jednego miasta do drugiego, od jednego obozu do drugiego, w poszukiwaniu swych zaginionych rodaków. Pokazał mi na mapie swoją zdumiewającą trasę. Jego praca nie polegała jednak tylko na sprawdzaniu list nazwisk w towarzystwie rosyjskich urzędników. Na własną rękę prowadził rozpoznanie, które - chociaż dla mnie to brzmiało beznadziejnie, gdy mi to opisywał - dawało niezwykłe rezultaty. Opowiadał mi:
Kiedy tylko przybywałem do jakiegoś miasta, najpierw wykonywałem rutynową pracę z urzędnikami miejscowej administracji. Czasami mówiono mi, że w danym miejscu nie było w rejestrze żadnych Polaków. Następnie wychodziłem na ulice i po prostu chodziłem i chodziłem, całymi kilometrami, godzinami, po jednej ulicy, potem po następnej i z powrotem. Na płaszczu miałem bardzo dobrze widoczną naszywkę z polskim białym orłem. Jeden człowiek w łachmanach, potem jeszcze jeden i kolejny - albo kobieta lub dziecko - podchodzili do mnie i nieśmiało zwracali się do mnie po polsku. Pytałem wtedy: "Czy są tu jeszcze jacyś Polacy?". I prawie zawsze odpowiedź brzmiała: "Tak - jest nas dwudziestu albo pięćdziesięciu w takim i takim miejscu!". Pewnego dnia czystym przypadkiem dowiedziałem się w ten sposób, że na pobliskiej stacji kolejowej pozostawiono trzystu Polaków. Sprawdziłem tę informację i znalazłem moich Polaków bez problemu. Więc uratowałem tamtych trzystu.
Kiedy już Polaków odnalezieniono, uwolniono i zorganizowano, pierwszym problemem, jaki się pojawiał, było zapewnienie im wyżywienia i ubrania. Rosjanie dawali swoim "gościom" i nowym sojusznikom takie same racje żywnościowe, jakie sami dostawali: minimum czterysta gramów chleba dla cywilów i do ośmiuset gramów dla wojskowych, plus niewielkie ilości mięsa, cukru oraz kaszy. Wielu żołnierzy otrzymało również od Rosjan fufajki (pikowane spodnie i kurtki), wojskowe buty, futrzane czapki i bieliznę. Regulaminowe wyposażenie wojskowe - mundury oraz broń - miały przybyć z Wielkiej Brytanii i musiało trochę potrwać, zanim wolno płynące statki dostarczą battle-dressy.
Tymczasem Rosjanie dostarczyli pewną ilość broni i amunicji jednej z polskich dywizji (Piątej) dla celów szkoleniowych. Polacy postanowili jednak rozdzielić to uzbrojenie między wszystkie swoje dywizje, żeby w każdej jednostce można było prowadzić jakieś szkolenie do czasu, gdy wystarczająca ilość zaopatrzenia zostanie przysłana z Anglii. Uzgodniono, że co najmniej dwie polskie dywizje, po wyposażeniu i przeszkoleniu, zostaną przerzucone na Bliski Wschód, gdzie miały stanowić bardzo pożądane wzmocnienie dla sił brytyjskich i imperialnych. (Ostatecznie ten plan zostanie później rozszerzony i większość polskich sił w Rosji, podobnie jak wielu uchodźców cywilnych, przekroczy granicę Persji).
Z kolei odzianie uwolnionych z obozów cywilów okazało się problemem, który wydawał się prawie niemożliwy do rozwiązania. W Związku Sowieckim nie było możliwości zakupu żadnych ubrań, za żadne pieniądze i pomoc musiała nadejść z zewnątrz. Kobiety, które od razu zaciągnęły się do służby pomocniczej nowej armii, miały najwięcej szczęścia; po krótkim czekaniu otrzymały pięć tysięcy mundurów produkcji brytyjskiej. Pozostałe kobiety musiały na razie chodzić w tym, co miały na sobie w obozach pracy. Niewiele miało pożyczone lub podarowane przez kogoś ubrania. Kiedy ambasador Kot urządził dla mnie "herbatkę", poznałam kilka Polek, które pracowały teraz w ambasadzie, w tej lub innej roli. Były ubrane w skromne, ale porządne sukienki. Mówiły mało i często się uśmiechały. Mogłabym uwierzyć, że były to po prostu "miłe kobiety, pracujące ochotniczo w ambasadzie". I tak faktycznie było, ale zanim wylądowały w Kujbyszewie, niektóre z nich spędziły całe dwa lata w obozach pracy na Syberii.
Pewnego wieczoru, gdy rozmawiałam z ambasadorem, wezwano go do innego gabinetu na parterze. Po chwili wrócił, żeby mi powiedzieć: "Musi pani to zobaczyć. Młody człowiek, znany polski pisarz uwolniony z obozu internowania, przybył tutaj właśnie w tej chwili. Szedł na piechotę całą drogę ze swojego obozu do Kujbyszewa. Zainteresuje panią".
Przeszliśmy do pokoju prasowego, gdzie nowo przybyły rozmawiał z członkami personelu ambasady. Widok, jaki sobą przedstawiał, był tak zapierający dech w piersiach, że ledwo mogłam się do niego odezwać lub zadać mu jakieś pytanie. Po prostu siadłam i patrzyłam w milczeniu na tego człowieka. Był chudy, nieogolony, brudny i wyglądał na wyczerpanego. Jego zapadnięte policzki, zaczerwienione od gorączki, świadczyły o poważnych problemach z płucami. Jego ubranie - o ile to jest właściwe słowo - mógłby zaprojektować jakiś hollywoodzki reżyser dla aktora odgrywającego rolę żebraka pozbawionego środków do życia. Składało się z samych dziur, między którymi było niewiele materiału. Trzy lub cztery różne rodzaje łachmanów zwisały, niczym żałosne frędzle, z tego niedożywionego ciała chorego człowieka, który palił teraz drogiego papierosa, wręczonego mu przed chwilą.
Nikt nie mówił za wiele. W Rosji, wśród tych wskrzeszonych do życia Polaków, uczyłam się niezwykłego rodzaju powściągliwości. Ludzie, którzy przeżyli tak straszną niedolę, przetrwali i z własnej woli postanowili dołączyć do swoich niedawnych strażników więziennych w walce przeciwko Niemcom, nie oczekiwali od okazjonalnego przypadkowego widza komentowania ich ledwo przebytych nieszczęść. Przypuszczam, że uznaliby to za nietaktowne. Czuli, że tylko oni mogą najlepiej osądzić, jaki powinien być obecny stosunek Polaków do Rosji. Postanowili milczeć. Postanowili walczyć ramię w ramię z żołnierzami Armii Czerwonej, skoro w ogóle okazało się to wykonalne, i okazać pełną lojalność wobec tego nowego partnerstwa. Od swoich przyjaciół i rodaków, którzy nie doświadczyli takich cierpień, oczekiwali, że ci okażą - znacznie mniejszym kosztem - taką samą godność i takie samo męstwo, jakie okazali oni.
I tak siedzieliśmy w pokoju prasowym ambasady z owym mężczyzną w łachmanach, prawie bez słowa. W końcu ambasador zaczął od żartobliwego podsumowania sytuacji. Usiłował w ten sposób ukryć przed uwolnionym więźniem wrażenie, jakie zrobił na nas jego wygląd ciężko chorego. Ambasador wyliczał: "Pomyślmy, mój drogi - niewielkim wysiłkiem powinniśmy doprowadzić cię do porządku. Musimy ci znaleźć parę butów - gdzie, tego nie wiem, ale będziemy musieli wycisnąć je od kogoś. No i jeszcze spodnie. Oczywiście nie możesz chodzić bez spodni. No i płaszcz - daj nam ze dwa dni, a przysięgam ci, że zrobimy z ciebie całkowitego dżentelmena - zaczynając, że tak powiem, od zera!...".
Temu choremu człowiekowi najwyraźniej ulżyło, że nadmiernie nie dramatyzowaliśmy z powodu straszliwej tragedii, jaką przeżył od 1939 roku. Natychmiast podchwycił ton i powiedział prawie przepraszająco: "Och, panie ambasadorze, pewnie pan pamięta: wyjechałem z Warszawy dość pośpiesznie - i miałem na sobie tylko strój do tenisa".
Tego samego dnia spotkałam w ambasadzie młodego polskiego oficera o nazwisku Grzybowski w brytyjskim battle dresie. Służył w Wojsku Polskim od września 1939 roku. Jego jednostka była spychana przez Niemców, aż w końcu została wzięta do niewoli przez Rosjan. Zesłano go do Wołogdy w północnej Rosji; następnie był przenoszony kolejno do czterech innych obozów. W obozie, w którym przebywał najdłużej, razem z nim siedziało czterystu polskich oficerów. Jego zdaniem, nie byli źle traktowani. On i jego towarzysze organizowali koncerty i przedstawienia w czasie owych niekończących się miesięcy bezczynności. Rosjanie również zapewniali im rozrywkę, urządzając wykłady na temat ewentualnego utworzenia Polskiej Republiki Sowieckiej. Owych wykładów słuchała wielce sceptyczna widownia złożona z około czterdziestu polskich oficerów: pozostałych trzystu sześćdziesięciu po prostu w nich nie uczestniczyło.
Nadszedł dzień, w którym Hitler zaatakował Związek Sowiecki. Polscy oficerowie o mało nie oszaleli ze szczęścia i padli sobie w objęcia - nie w nadziei, że Rosja zostanie ukarana za to, co im zrobiła, ale w nadziei, że Hitler przegra. Grzybowski opowiadał mi: "prawie od razu nasze relacje z Rosjanami uległy poprawie, ponieważ codzienne wiadomości tak samo ściskały za serce ich i nas - chociaż byliśmy jeńcami".
Ten młody człowiek został wkrótce potem uwolniony i zaciągnął się do polskiej 6. Dywizji, która szkoliła się pod Buzułukiem przed przeniesieniem jej na południe. Opowiadał mi, w jakich warunkach Polacy budowali swoją nową armię. Dwa tysiące żołnierzy i oficerów z jego jednostki mieszkało pod namiotami w czasie straszliwych zimowych mrozów. Musieli wkopywać się w śnieg i w ziemię, czasami nawet prawie na dwa metry, żeby jak najbardziej okopać swoje namioty i w ten sposób osłonić je przed wiatrem. Grzybowski wydawał się wiedzieć wszystko o paleniu w piecu w namiocie i nie podpalić go, jak się szybko umyć i ogolić pod gołym niebem zanim woda w miednicy zamarznie i zlodowacieje. Opowiadał mi, z jakim entuzjazmem byli polscy więźniowie przyjmowali surową dyscyplinę i twardą musztrę. Jedynym marzeniem zarówno oficerów, jak i żołnierzy, było pójście na front - "na jakikolwiek front prowadzący do Polski". Polska ziemia, ich ojczyzna, przyciągała tych patriotów jak magnes.
Spytałam: "A dlaczego akurat dzisiaj przyjechał pan do Kujbyszewa?".
"Och, to długa historia - odparł Grzybowski, który nagle wydał się bardzo przejęty. - Mam dać tu koncert. Tak... widzi pani, w czasach pokoju byłem pianistą. Otrzymałem nagrodę na konkursie imienia Chopina w Warszawie, kilka lat temu[10]. Pomyśleliśmy, że to byłby dobry pomysł, by zorganizować pierwszy publiczny koncert z udziałem polskich oddziałów w Rosji. Miałem okropne trudności ze znalezieniem w tym mieście porządnego pianina i ćwiczę jak szalony, żeby rozruszać palce. Oczywiście pobyt spędzony w pięciu obozach i teraz pod namiotem, na tym diabelnym zimnie, odbił się na moich dłoniach. Mam jednak nadzieję, że dam dobry występ".
Ten jeden raz dostrzegłam grunt do porozumienia między odwiecznymi wrogami - Rosjanami i Polakami. Fakt, że ten człowiek walczył na wojnie, spędził prawie dwa ponure lata w obozach jenieckich, skąd wydostał się, aby przejść ciężki okres szkolenia na śniegu i po tych wszystkich przejściach najbardziej martwiło go, jak zagra scherzo Chopina dla alianckiej widowni, złożonej zarówno z Rosjan, jak i Polaków, to było właśnie to, co Rosjanie mogli zrozumieć - ponieważ oni także wiedzieli, jak walczyć, jak znosić niedostatek oraz jak o nim zapomnieć - i bez względu na tragiczne okoliczności, jak włożyć całe swoje serce w muzykę.
W Kujbyszewie zaprzyjaźniłam się z kilkoma innymi Polakami służącymi w wojsku. To, co najbardziej uderzało mnie w czasie rozmów z nimi, to niewzruszoność ich determinacji, identyczność ich reakcji. Kiedy rozmawiało się z jednym, to tak, jakby rozmawiało się ze wszystkimi. W czasach pokoju ci moi półrodacy potrafili popełniać najpoważniejsze błędy polityczne. Kiedy jednak nadeszło zagrożenie, wojna i inwazja, patriotyzm, niczym niezawodny kompas, powiódł ich we właściwym kierunku: w stronę wielkości. Wojna wydobyła z nich szlachetność i bohaterstwo, podobnie jak z Rosjan. W Związku Sowieckim, jak wcześniej w Libii i w Szkocji, mogłam się przekonać, co mała armia o wspaniałej odwadze i ścisłej dyscyplinie może zdziałać dla chwały zniewolonego kraju. Mogłam dostrzec, jak Polacy stopniowo zapewniali swojej ojczyźnie ważne miejsce w kręgu aliantów, chociaż w obecnym czasie nie było ani centymetra wolnego terytorium Polski.
Byłoby absurdem udawać, że coś na kształt przyjaźni ma szansę rozwinąć się w Związku Sowieckim między Rosjanami i uwolnionymi Polakami. Zaszły pewne ponure fakty, które tylko czas jest w stanie przykryć zasłoną zapomnienia. Jak sądzę, istnieje jednak wzajemny szacunek - jednego wojownika wobec drugiego. Polacy szanowali Rosjan za to, jak walczą, zaś ludzie z Armii Czerwonej, którzy widzieli, jak Polacy zaczęli głośno domagać się broni i amunicji, kiedy tylko wyszli z więzień, nabrali pewności, że tacy ludzie będą walczyć z Hitlerem do samego końca. Chociaż wiele punktów w stosunkach rosyjsko-polskich stwarzało zagrożenie w przyszłości, chociaż, na przykład kwestia powojennych granic Polski już wywołała trudne dyskusje między dwoma sąsiadami i sojusznikami, był tylko jeden obszar, w którym Polska oraz Związek Sowiecki mogły na sobie nawzajem polegać i był to obszar samej wojny.
Pewien polski generał powiedział mi w Kujbyszewie: "Rosjanie zawsze twierdzili, że zajęli wschodnią Polskę w 1939 roku wyłącznie z powodów strategicznych, aby ochronić swoje kluczowe miasta przed zbliżającą się agresją niemiecką. Załóżmy, że to prawda. Uznajmy nawet, że w poprzednich latach Polska popełniła głupie błędy, cofając się przed ewentualną współpracą wojskową ze Związkiem Sowieckim. To daje nam pewne wskazówki, jakie powinny być nasze relacje w przyszłości. Najprawdopodobniej Rosjanie nadal myślą kategoriami stosunkowo słabej i małej Polski na swojej granicy zachodniej. Jeśli nasza wspólna walka doprowadzi do większego zaufania między naszymi przywódcami i naszymi narodami - a do nas wszystkich należy działanie w tym kierunku - to tę rosyjską koncepcję będzie można zmodyfikować. Polska i Rosja mają tego samego wroga na zachodzie: Niemcy. Byłoby więc z największą korzyścią dla Rosji, żeby między sobą i Niemcami miała silną Polskę. Mówiąc nie jako ideolog, ale jako żołnierz, który uważa, że zawsze - nawet w najlepiej urządzonym świecie - może dojść do wojny, oceniam po prostu, że potężna Polska mogłaby automatycznie dać Rosji dodatkowe sześć miesięcy na zmobilizowanie jej armii w przypadku nowego ataku niemieckiego".
Cóż za nieprawdopodobna sytuacja - siedzieć w mieście nad Wołgą, gdy Armia Czerwona wypierała coraz dalej Niemców, i dyskutować bardzo poważnie z polskim generałem o następnej wojnie!
Lecz wszystko, co dotyczyło Polaków w Rosji, było niesamowite - a teraz można opowiedzieć tylko część ich historii. Niesamowitym wydarzeniem było zostać zaproszonym przez polskiego ambasadora do uczestnictwa we mszy odprawianej przez polskiego księdza katolickiego, właśnie zwolnionego z sowieckiego obozu, mszy, do której wszystkie potrzebne naczynia liturgiczne pożyczono z miejscowej Cerkwi prawosławnej - od mojego dobrego znajomego biskupa Pitirima, którego wcześniej odwiedziłam. Niesamowity był fakt, że armia jednego z najbardziej katolickich krajów w Europie - jedynego całkowicie katolickiego kraju walczącego w tej wojnie po stronie Narodów Zjednoczonych - miała się odrodzić w kraju komunizmu oraz ateizmu i że ta eksplozja wiary, żarliwej pobożności, miała towarzyszyć formowaniu nowych polskich pułków w Związku Sowieckim. Kilku oficerów opowiadało mi o pierwszych mszach odprawianych w obozach wojskowych, w czasie których ci ludzie, jeszcze wychudzeni i wyczerpani życiem w obozach pracy, płakali jak dzieci, ponieważ Bóg znowu wyciągał do nich swą litościwą dłoń.
Jednym z najbardziej pobożnych Polaków, jakich spotkałam w czasie mojej podróży, był oficer w średnim wieku o melancholijnym wyrazie twarzy i niedzisiejszym wyglądzie z powodu długich, czarnych obwisłych wąsów. Należał do polskiej arystokracji i wśród krewnych miał jednego z panujących obecnie królów europejskich. Przed wojną był bogatym człowiekiem: posiadał wielki majątek ziemski i kierował koncernem przemysłowym w Warszawie. Rosjanie aresztowali go w 1939 roku. To był już drugi raz, gdy miał do czynienia z Sowietami: w młodości był adiutantem wielkiego księcia Mikołaja i znał niezwykłe historie o pierwszych miesiącach rewolucji rosyjskiej widzianych z Kaukazu, jak również o końcowym pożegnaniu wielkiego księcia z jego kozackimi oddziałami.
Rok 1939 zawiódł go do sowieckiego więzienia, gdzie jego współwięźniami byli Rosjanie, ewidentnie ich działania uznano za niedostatecznie "po linii" partii. Poznał niektórych z nich. We własnym gronie byli szczerymi komunistami - stalinistami, nie trockistami - i w żaden sposób nie kojarzyli własnego aresztowania z możliwością, że w doktrynie sowieckiej mógłby tkwić jakiś błąd. Sedno ich rozumowania można było streścić następująco: "Zdarzyło się nam trafić do więzienia, ale to nie ma żadnego związku z faktem, że komunizm i tak jest słuszny". Dzień po dniu mój polski znajomy był karmiony przez swoich rosyjskich współwięźniów komunistyczną propagandą. Kiedy wracał do swojej celi, padał na kolana i modlił się do Najświętszej Marii Panny i Jezusa.
Na Boże Narodzenie Polak zaprosił trzech komunistów do swojej celi. Od wielu dni pracował nad malutką choinką, którą uformował z kawałków chleba i posypał cukrem imitującym śnieg. Razem z owymi trzema komunistami urządzili coś na kształt kolacji wigilijnej, w bardzo przyjaznym nastroju, wokół maleńkiej choinki z chleba. Późnym wieczorem czterej więźniowie nagle ukryli twarze w dłoniach i zapłakali.
Mój znajomy opowiadał mi o złożonych w więzieniu ślubach, że jeśli kiedykolwiek wróci do Polski i ujrzy znowu swoją rodzinę, podaruje małemu kościółkowi w swojej wiosce najpiękniejszy obraz Zwiastowania Pańskiego, jaki uda mu się zdobyć. "I wie pani, co się stało? - mówił mi. - Kiedy wyszedłem na wolność, dołączyłem oczywiście do nowej polskiej armii, która formowała się w Związku Sowieckim. Jednego z pierwszych dni mojej służby, w pewnej rosyjskiej wiosce, zdarzyło mi się pracować przy opróżnianiu starej szopy, pełnej drewna i śmieci. I co znalazłem pod tymi na wpół spróchniałymi gratami? Może pani wierzyć lub nie, ale był tam obraz Zwiastowania Pańskiego - całkiem ładny, chociaż w duchu i stylu rosyjskiego prawosławia. Powiedziano mi, że do nikogo nie należał, więc go wziąłem. To jest pierwszy krok, rozumie pani: już znalazłem obraz - chociaż jeszcze nawet nie odbiłem mojego kościoła i mojej wioski w Polsce".
W czasie mojego pobytu w Rosji nigdy nie zapominałam przeczytać tygodnika "Polska", wydawanego oficjalnie przez ambasadę polską dla byłych internowanych, cywilów i żołnierzy. Każdy, kto umiał czytać i to czytać między wierszami, na tych ośmiu stronach gazetowych mógł wyczytać całą tragedię Polski - z jej epickim rozmachem i niewiarygodnymi cierpieniami. Długie kolumny, wydrukowane drobną czcionką, przeznaczano na ogłoszenia poszukujące Polaków zaginionych w Rosji. Pod tytułem "POSZUKIWANIA RODZIN" można było przeczytać: "Spis poniższy zawiera nazwiska osób poszukiwanych na terytorium ZSRR, zgłoszonych do Ambasady w pierwszej kolejności. W nawiasach podane są nazwiska osób poszukujących"[11].
Poniżej znajdowały się setki nazwisk zaginionych osób. Pod jedną z takich list znalazłam następujące ogłoszenie: "500 DZIECI POLSKICH, SIEROT, przyjmą Indje. Prosimy podawać wiadomości o sierotach polskich, gdziekolwiek się one znajdują, wraz ze wszystkimi możliwymi wiadomościami i szczegółami"[12].
Następna strona przynosiła wieści z ojczyzny: przejmujące opowieści o niemieckich prześladowaniach i rozdzierające serce zdjęcia przeszmuglowane z okupowanych miast oraz wiosek, pokazujące Polaków wieszanych, rozstrzeliwanych i torturowanych przez wroga - jak również straszliwe traktowanie polskich Żydów. Następnie były doniesienia o polskich żołnierzach walczących na całym świecie, noszące takie tytuły, jak: "POLACY BOMBARDUJĄ NIEMCY", "NASI W TOBRUKU" lub "Z NASZEJ KWATERY GŁÓWNEJ W LONDYNIE"[13]. Wyglądało na to, że w szalonym chaosie tej wojny Polacy rozlali się po całej kuli ziemskiej.
Widziałam dwustronicowy artykuł zatytułowany "ŻOŁNIERSKIE DNI", o niedawnej wizycie generała Sikorskiego w Rosji i ukazujący go w czasie przeglądu jego wojsk. Znajdujące się w lewej części strony zdjęcie maszerującego batalionu nosiło podpis: "Ci, co już mają broń, ale jeszcze stare mundury", zaś zdjęcie obok: "Ci, co już mają nowe mundury, ale jeszcze nie dostali broni". Jak stwierdzano w artykule, ich umundurowanie budziło osobliwe wrażenie: "Płaszcze angielskie z guzikami ozdobionemi w heraldyczne godła Wielkiej Brytanii kojarzyły się dziwnie z olbrzymiemi czapami futrzanemi - darem innego alianta"[14]. Na zdjęciach widać było generała Sikorskiego dokonującego inspekcji broni, wygłaszającego przemówienie i rozmawiającego nieformalnie z nowymi rekrutami oraz ochotniczkami. Sowiecki pisarz Ilja Erenburg napisał długi artykuł na ten temat. Oto jak opisywał dni spędzone z Armią Polską:
Byłem przez tydzień wśród Polaków. [...] Jest to wspaniała armja i Niemcy wkrótce odczują na własnej skórze zawziętość polskich dywizyj.
Oto maszerują one po śniegu. General Sikorski przyjmuje tę niezwykłą defiladę. [...] Przechodzą ludzie, którzy przeszli wielkie cierpienia. Z oczu każdego z nich wyziera dramat ludzki. Oni stracili wszystko. Ale z dumą ściskają karabiny. [...]
Siwi, wąsaci żołnierze razem z podrostkami całowali karabiny. Działa obejmowali rękoma z taką radością, z jaką obejmuje się ukochaną kobietę...[15].
Nawet najbardziej bezbarwne depesze - te o charakterze oficjalnym - w ogóle nie były bezbarwne, gdy pamiętało się, jakie było ich tło, kiedy wyobraziło się sobie Polaka, byłego więźnia lub internowanego, czytającego z zadowoleniem na przykład to:
Nazajutrz w godzinach wieczornych nastąpiło pierwsze spotkanie polskiego Premjera i Naczelnego Wodza z Przewodniczącym Rady Komisarzy Ludowych ZSRR - Stalinem. Przeszło dwugodzinna rozmowa miała miejsce na Kremlu. Prócz generała Sikorskiego i J. W. Stalina uczestniczyli w niej ze strony sowieckiej wicepremier Mołotow, a ze strony polskiej ambasador Kot oraz generał Anders. Rozmowa dotyczyła wszystkich spraw polskich, które w obecnym okresie są najważniejsze, przede wszystkiem zaś wojska i spraw ludności cywilnej. [...]
Na drugi dzień miała być podpisana wspólna deklaracja obu Rządów. Władze sowieckie uważały za stosowne nadać jej szczególnie uroczysty charakter. W historycznych salach Kremla odbyło się wieczorne przyjęcie na cześć polskiego Premiera i Naczelnego Wodza. [...] Podczas przyjęcia gospodarze sowieccy wznieśli szereg toastów w ręce wszystkich obecnych przedstawicieli Armiji Polskiej, witając naszych oficerów w szczególnie serdeczny sposób. Po bankiecie zebranie towarzyskie przedłużyło się do późnej nocy i zostało zakończone podpisaniem wspólnej deklaracji Rządów[16].
A zatem nasz polski generał Anders - ten odważny, twardy i romantyczny przywódca - znalazł się wśród tych, którzy byli witani "w szczególnie serdeczny sposób" przez gospodarzy Kremla... Mogłam już sobie wyobrazić, jak w swój szczery, żołnierski sposób odpowiadał na pozdrowienia. Przypomniałam sobie wieczór, jaki spędziłam z generałem Andersem - wysokim mężczyzną o całkowicie ogolonej głowie i surowej twarzy pooranej głębokimi zmarszczkami. Na wpół żartobliwym tonem, jaki przyjmowali w tamtych dniach Polacy, którzy wycierpieli zbyt wiele, żeby odczuwać żal lub gniew, opisał mi, jak wyglądała jego egzystencja w ciągu minionych dwóch lat:
Dowodziłem pewną jednostką w Polsce we wrześniu 1939 roku - już drugi raz w moim życiu walczyłem z Niemcami. W 1914 roku byłem młodym oficerem carskiej dywizji, która bardzo dobrze spisywała się na polu bitwy i wzięła do niewoli wielu Niemców, w tym generała. Tym razem jednak, w 1939 roku, zostałem raniony przez Niemców i omal nie umarłem. Leżałem w szpitalu we Lwowie z ośmioma ranami, kiedy z kolei Armia Czerwona nadeszła ze wschodu. Trafiłem do niewoli. Rosjanie przetransportowali mnie do innego szpitala, a potem kolejno do kilku więzień. To było nieprzyjemne. W więzieniu dochodziło do nas niewiele wieści. Całkiem przez przypadek dowiedziałem się, że Paryż wpadł w ręce Niemców, ponad dwa miesiące po fakcie. Pewnego letniego dnia 1941 roku - to było w więzieniu na Łubiance w Moskwie - usłyszałem bomby. Oczywiste było, że trwa wojna. Inna wojna. Ale z kim? Niektórzy więźniowie byli gotowi się zakładać, że to wojna między Anglią i Rosją. Inni wierzyli, że między Niemcami i Rosją. I ja też tak sądziłem. Nie wiedziałem, że wtedy, gdy ja siedziałem w więzieniu, toczyły się negocjacje w Londynie między władzami polskimi i sowieckimi w sprawie wziętych do niewoli oficerów, takich jak ja. Pewnego pięknego poranka - 4 sierpnia 1941 roku - dyrektor więzienia przyszedł do mojej celi i oznajmił z uśmiechem: "Generale Anders, począwszy od tego ranka jest pan wolny - i proszę mi pozwolić pogratulować panu, bo został pan właśnie mianowany przez wasz rząd na uchodźstwie dowódcą sił polskich w Związku Sowieckim". Przed drzwiami czekała sowiecka limuzyna. Zabrała mnie razem z moim prawie nieistniejącym bagażem do hotelu, gdzie zarezerwowano dla mnie luksusowy apartament. Natychmiast zacząłem werbować moich ludzi.
Krążyła plotka - tylko plotka! - iż w czasie "historycznego" spotkania w Moskwie Stalin zapytał generała Andersa o warunki panujące w rosyjskich więzieniach - i że generał flegmatycznie podzielił się z sowieckim przywódcą swoimi naocznymi obserwacjami: takie i takie więzienie było całkiem przyzwoite. To z kolei było okropne. To było kiepskie, ale nie takie znowu złe, itd.
Tego rodzaju epizody realistycznie myślący obserwator mógłby uznać za jakąś ponurą farsę. Lecz taki realistycznie myślący obserwator popełniłby również poważny błąd w swojej ocenie, gdyby przeoczył czynniki, które czyniły z nowego sojuszu rosyjsko-polskiego skuteczną więź: po pierwsze, ten sojusz był absolutną koniecznością dla obu stron - a konieczność jest dobrym doradcą; po drugie, rosyjski patriotyzm i polski patriotyzm, dwa równie gwałtowne uczucia, pracowały teraz równolegle - przeciwko najeźdźcy z zachodu. Rosjanie i Polacy równie cierpieli z rąk Niemców i równie nienawidzili Niemców. Pomimo burzliwych relacji między tymi dwoma narodami, miały one zasadniczo takie samo podejście wojownika do walki z wrogiem, którego oba dobrze znały.
Gdybym obszernie opisała okrutne i paradoksalne aspekty stosunków rosyjsko-polskich, naprawdę można by na tej podstawie upierać się - bez prezentowania nieuczciwie różowego obrazu sytuacji - przy doniosłym fakcie: nawet Związek Sowiecki i Polska, ci byli wrogowie, byli teraz partnerami w szeregach Narodów Zjednoczonych. Nawet Polska i Związek Sowiecki były w stanie zawrzeć w końcu 4 grudnia 1941 roku porozumienie stwierdzające, że "niemiecki imperializm hitlerowski" jest "najgorszym wrogiem ludzkości" i "żaden kompromis z nim nie jest możliwy", dlatego te dwa narody "będą prowadzić wojnę aż do zupełnego zwycięstwa i ostatecznego zniszczenia niemieckich najeźdźców"[17].
Tamtego dnia generał Sikorski nadał temu wydarzeniu właściwe proporcje i właściwą doniosłość, gdy mówił za pośrednictwem moskiewskiego radia:
Gdy oba narody znalazły się w obliczu zagłady, grożącej im ze strony tego samego wroga, żołnierze polscy bić się będą bohatersko razem z wami o wyzwolenie swej Ojczyzny. Tym bardziej, że Rosja Sowiecka zrozumiała, iż silna Polska, która będzie się rządziła w przyszłości zgodnie z duchem czasu i w myśl tradycji własnej, jest czynnikiem nieodzownym trwałej równowagi europejskiej. A zadzierzgnięte braterstwo broni, powstające po raz pierwszy w historii, będzie miało znaczenie przełomowe dla przyszłości obu państw i narodów, jako podstawa odmiennych niż dotąd, bo przyjaznych, stosunków wzajemnych. Obydwie strony są gotowe zapomnieć wszystko, co je dzieliło w przeszłości. Wierzymy natomiast że narody sowieckie zapamiętają to, iż stanęliśmy u ich boku w najcięższym dla nich momencie i uprzytomnią sobie, czym jest dla nich mocna i przyjazna Polska, zwrócona frontem przeciw Niemcom. [...]
Z Niemcami dzisiejszymi nie ma ani porozumienia, ani kompromisu.
Przyszłe pokolenia muszą zrozumieć, że zbrodni bezkarnie popełniać nie wolno. Prawa barbarzyńskiej ideologii muszą być wytępione ogniem i żelazem.
Hitler zjednoczył kontynent europejski w znaczeniu odwrotnym od zamierzonego. Zjednoczył on Polaka z Czechem i Słowakiem, z Jugosłowianinem, Grekiem, Norwegiem, Belgiem, Holendrem i Francuzem, a nas wszystkich razem - z Brytyjczykiem i Rosjaninem, w walce z największym złem, jakie znały dzieje. [...]
Jest nas zjednoczonych w ten sposób na kontynencie ponad 180 milionów ludzi. Jest to armia potężna, a tym groźniejsza, że tworzy front na tyłach wroga. Front ten jest na razie podziemny i głuchy, lecz groźny dla przeciwnika nie mniej od nowoczesnego lotnictwa, dywizji pancernych i marynarki wojennej[18].
Pamiętałam, co generał Sikorski powiedział mi w Teheranie, po swoim powrocie z Moskwy: "Tylko jedna rzecz się liczy - zwycięstwo, które wyzwoli Polskę". Pamiętałam słowa generała Andersa - tego samego Andersa, który miał osiem ran zadanych przez Niemców i dopiero co wyszedł z rosyjskiego więzienia - gdy przy innej okazji powiedział mi: "Dojdziemy do Polski. Oczywiście nie wszyscy. Ale Polska będzie żyć".
Takie jasne deklaracje odbijały się w mojej pamięci tysięcznymi echami: była to logiczna i szlachetna kontynuacja historii Polski. Przez dziesięciolecia, przez stulecia dusza Polski niewiele się zmieniła. Raz za razem ten niezniszczalny kraj znikał z mapy, ponownie się na niej pojawiał i znowu znikał, niczym pływak na przemian płynący na powierzchni wody i pod nią. Lecz za każdym razem, gdy jakiś Polak zaczerpnął oddechu swobody i mówił prosto z serca, zawsze - z największym uporem - mówił to samo...
Dlatego więc poeta Adam Mickiewicz w pierwszych wersach Pana Tadeusza pisał:
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił...
I dlatego polski bohater narodowy Ludwik Narbutt, w czasie powstania 1863 roku, umierał na polu bitwy z uśmiechem na ustach, szepcząc: "O, jak słodko umierać za Ojczyznę".
I dlatego oto dzisiaj generał raniony przez jednego z sąsiadów swego kraju i uwięziony przez drugiego - generał, który zaraz po odzyskaniu wolności w kraju swego wygnania szykował się do dalszej walki, potwierdzał swoją wiarę tymi trzema krótkimi słowami: "Dojdziemy do Polski".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki