Podróż do Lhasy - Alexandra David-Néel

Kup ebooka

45.00 zł
24.75 zł (24,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WPROWADZENIE

Ośmiu miesięcy wędrówki w niezwyczajnych warunkach, poprzez niezbadane w większości regiony, nie da się opowiedzieć na dwustu lub trzystu stronach. Prawdziwy dziennik z tej podróży musiałby składać się z kilku opasłych tomów. Czytelnik znajdzie więc tutaj jedynie zwięzłą opowieść o wydarzeniach, które, jak przypuszczam, będą mogły go szczególnie zainteresować i dać mu jakieś pojęcie o kraju, z którym mocno się zżyłam wcielając się w rolę tybetańskiej żebraczki.

Zresztą ta wyprawa do Lhasy w przebraniu żebrzącej pątniczki to tylko jeden z epizodów moich długich, bo rozciągających się na kolejnych czternaście lat, podróży na Wschód. Opisanie początku tych wypraw wykracza poza ramy niniejszego wstępu, niemniej poczuwam się do udzielenia kilku wyjaśnień dotyczących wyboru takiego osobliwego przebrania, kiedy udawałam się do Lhasy.

Miałam już za sobą jeden pobyt w Azji, kiedy w 1910 roku otrzymałam z Ministerstwa Szkolnictwa polecenie ponownego udania się do Indii.

W roku następnym, przebywając w pobliżu Madrasu, dowiedziałam się, że władca Tybetu, Dalajlama, uciekł ze swojego kraju, zbuntowanego wówczas przeciwko Chinom, i rezyduje w Himalajach.

Tybet nie był mi tak zupełnie obcy. W College de France byłam uczennicą profesora Edouarda Foucaux, uczonego, tybetologa, miałam też nieco pojęcia o literaturze tybetańskiej. Rzecz jasna, że nie mogłam pominąć takiej wyjątkowej okazji; musiałam zobaczyć lamę-króla i jego dwór.

Ale być przyjętą przez Dalajlamę to nie taka łatwa sprawa. Odmawiał on bowiem uparcie udzielania audiencji kobietom cudzoziemkom. Przeczuwając kłopoty, zaopatrzyłam się w listy polecające od wybitnych osobistości świata buddyjskiego. Te listy, przetłumaczone na użytek władcy Tybetu, musiały go widać zaintrygować, bo oświadczył niezwłocznie, że z przyjemnością ze mną porozmawia.

Tego mnicha-króla otaczał dziwny dwór złożony z duchownych, ubranych w ciemnoczerwone szaty z samodziałowej tkaniny, przyozdobione żółtym atłasem i złocistym brokatem, którzy opowiadali fantastyczne historie rozprawiając o tej wręcz baśniowej krainie. Oczywiście słuchając ich zdawałam sobie dobrze sprawę z tendencji do przesady, typowej dla ludzi Wschodu, ale mimo to wyczuwałam instynktownie, że za tymi zalesionymi zboczami, nad którymi wznosiły się w oddali ośnieżone ostre szczyty, znajdował się kraj naprawdę inny od wszystkich pozostałych. Czyż muszę dodawać, że niemal od razu zawładnęło mną pragnienie przedostania się tam?

Nareszcie w czerwcu 1912 roku, po dłuższym pobycie wśród Tybetańczyków, spojrzałam po raz pierwszy na Tybet. Już sama powolna wspinaczka ku wysokim przełęczom była cudowna, ale potem, nagle, roztoczył się przede mną ten niezwykły bezmiar tybetańskich płaskowyży, kończących się gdzieś w oddali niewyraźnym widokiem skalnych bloków, sinawo-oranżowych, przybranych śnieżnymi czapami.

Co za widok! Przykuł mnie na zawsze swoim czarem. Mój zachwyt budził jednak nie tylko zewnętrzny aspekt Tybetu. Ten kraj przyciągnął mnie również jako orientalistkę.

Postanowiłam zgromadzić podstawowe dzieła tybetańskie, chciałam, żeby to były oryginały, które nie figurują w zbiorach Kandżuru i Tendżuru, składających się, jak wiadomo, z tłumaczeń. Nie przepuściłam żadnej okazji rozmowy z wykształconymi lamami, mistykami czy uznawanymi za wybitnych adeptami ezoterycznych doktryn i starałam się dotrzymywać im towarzystwa.

Te pasjonujące badania umożliwiły mi wniknięcie w świat ludzi po stokroć bardziej tajemniczych aniżeli tybetańskie pustkowia, w świat samotników i czarowników żyjących w ukryciu pośród zaśnieżonych grani.

Błędem byłoby sądzić, że Tybet był zawsze tą ziemią zakazaną i ściśle strzeżoną, jaką stał się w naszych czasach. Choć trudno w to uwierzyć, strefa zakazana powiększyła swój obszar. Na himalajskich szlakach, łatwo dostępnych jeszcze piętnaście lat temu, ustawiono posterunki uniemożliwiające dostęp nie tylko do samej granicy, ale już na odległość pięćdziesięciu kilometrów od niej. Tak więc turyści pragnący zwiedzić Sikkim musieli się zaopatrzyć w specjalne pozwolenie, na którym znajdowała się adnotacja, że użytkownik tego dokumentu "nie ma prawa wejścia na teren Nepalu, Bhutanu ani Tybetu, nie wolno mu zwiedzać żadnych miejsc ani podróżować bądź usiłować podróżować innymi drogami niż te, które są wymienione w niniejszym pozwoleniu". Do przestrzegania powyższych warunków każdy posiadacz musiał się zobowiązać własnoręcznym podpisem.

Granicę chińsko-tybetańską Chińczycy pozostawili wolną, natomiast regiony, które niedawno zostały wyłączone spod ich kontroli objęto zakazem wstępu. A zatem nie wolno było poruszać się po kraju, który podróżnicy jeszcze nie tak dawno przemierzali wedle swojego upodobania i gdzie w czasach dawniejszych osiedlali się misjonarze.

Chciałabym tu wymienić, spośród wielu innych, naszego rodaka, uczonego pana Jacquesa Bacot, który przemierzał prowincję Carong i zwiedzał Mengon w 1909 roku, angielskiego kapitana F. Kingdona Warda1 podróżującego po tych samych miejscach w 1911 i 1914 roku, a także kapitana (obecnie już pułkownika) Baileya, również Anglika, który w 1911 roku sporządził mapę części Carongu. Wspomnę również, że około 1860 roku Societé des Missions Etrang?res w Paryżu miało tu swoje posiadłości, wyłączywszy prowincję Carong.

Interesujących szczegółów dostarczył na ten temat Anglik Edmund Candler2, który wchodził w skład ekspedycji brytyjskiej wysłanej do Lhasy w 1904 roku.

"Trzeba pamiętać, że Tybet nie zawsze był zamknięty dla cudzoziemców... Aż do końca XVIII wieku jedynie przeszkody wynikające z ukształtowania kraju i jego klimatu (physical obstacles), utrudniały drogę do stolicy".

Jezuici i kapucyni docierali do Lhasy, spędzali tu dłuższy czas, zachęcani do tego nawet przez rząd tybetański. Pierwsi Europejczycy3, którzy udali się do Lhasy i pozostawili autentyczne relacje ze swoich podróży, to ojcowie Grueber i d'Orville; dotarli oni do Tybetu z Chin drogą przez Sining i przebywali w Lhasie dwa miesiące.

W 1715 roku przybyli do Lhasy jezuici, ojcowie Desideri i Freyere. Desideri spędził tu trzynaście lat. W 1719 roku przybył z kolei Horacy de la Penna i misjonarze kapucyni. Wybudowali tu kaplicę, przytułek, a także nawrócili wiele osób. Kapucynów ostatecznie wypędzono, ale nastąpiło to dopiero w 1740 roku4.

Holender Van der Putte był pierwszym świeckim, który dotarł do stolicy Tybetu. Przybył tu w 1720 roku i pozostał przez kilka lat.

Po tej dacie nie istnieją żadne relacje odnoszące się do Europejczyków odwiedzających Lhasę, aż do roku 1811, kiedy miał tu dotrzeć Thomas Manning, pierwszy z Anglików. Manning przybył w orszaku generała chińskiego, którego spotkał w Phari Dzong5, i który był mu wdzięczny za opiekę lekarską, jako że Manning był medykiem. Przebywał w stolicy przez miesiąc... Ostrzeżony, że jego życie jest w niebezpieczeństwie, powrócił do Indii tą samą drogą, jaką tu przybył"6.

W 1846 roku ojcowie lazaryści Huc i Gabet zamknęli listę podróżników, którzy dotarli do Lhasy. Od tej pory wszyscy badacze będą musieli zawracać z drogi. Zdarzało się jednak, że niektórzy, zanim zostali zatrzymani podczas wędrówki, docierali w pobliże stolicy poruszając się wzdłuż brzegów Namco Czimo (jezioro Tengri), jak to było w przypadku Bonvalota, towarzyszącego księciu Henrykowi Orleańskiemu, czy Dutreuila z Rhins, podróżującego razem z panem Fernandem Grenard w 1893 roku. Obecnie niemożliwością jest, ażeby cudzoziemiec mógł poruszać się swobodnie po tych terenach.

Około 1901 roku, po stłumieniu powstania bokserów, w Lhasie wywieszono oficjalne pisma, w których rząd chiński oświadczał, że Tybet jest otwarty dla cudzoziemców i zachęcał Tybetańczyków do udzielania im gościny. Faktycznie, w naszych czasach wszystkie części terytorium tybetańskiego pozostające pod nadzorem Chin są dostępne dla podróżujących.

Kilka lat po moich pierwszych wyprawach na płaskowyże południowego Tybetu złożyłam wizytę Taszilamie7 w Szigace. Przyjął mnie niezwykle serdecznie. Zachęcał do kontynuowania studiów tybetańskich i, żeby mi to ułatwić, ofiarowywał gościnę w sąsiedztwie swojej siedziby.

Otrzymałam również pozwolenie na korzystanie z tamtejszych bibliotek i prowadzenie badań z pomocą wykształconych lamów. Była to wyjątkowa okazja, ale niestety nie dane mi było z niej skorzystać.

W następstwie mojej wizyty u Taszilamy mieszkańcy wioski oddalonej o jakieś dziewiętnaście kilometrów od domku, w którym mieszkałam, musieli zapłacić rezydentowi brytyjskiemu, i to bezzwłocznie, karę pieniężną w wysokości dwustu rupii za to, że nie poinformowali go o moim odjeździe. Rezydent, który obciążył ich tą karą, nie wziął w ogóle pod uwagę faktu, że ci ludzie nie mogli wiedzieć gdzie się poruszam, ponieważ wyruszyłam z klasztoru położonego na terytorium tybetańskim, a oddalonego o trzy lub cztery dni drogi od ich wioski. Mieszkańcy gór zemścili się na mnie, stosownie do swojej mentalności nieoświeconych gwałtowników, plądrując mój domek. Na próżno składałam skargę. Odmówiono mi sprawiedliwości i nakazano opuścić kraj w przeciągu dwóch tygodni.

To postępowanie, niegodne ludzi cywilizowanych, obudziło we mnie pragnienie zemsty, zemsty wyszukanej, właściwej duchowi Paryża, miasta, z którego przecież pochodzę. Musiałam jednak wykazać cierpliwość.

Kilka lat później, kiedy podróżowałam po Khamie (wschodnim Tybecie) rozchorowałam się. Postanowiłam udać się do Bathangu, gdzie mieścił się szpital misyjny, którym kierowali lekarze angielscy lub amerykańscy. Bathang jest ważnym miastem tybetańskim, pozostającym pod kontrolą Chin, podobnie jak Kardze, w pobliżu którego wówczas się znajdowałam.

Oddziały wojskowe z Lhasy, które od niedawna zawładnęły częścią tego kraju, stacjonowały między tymi dwoma miastami i Bathang był niedostępny dla obcokrajowców.

Na posterunku granicznym tybetański oficer zapytał mnie przede wszystkim, czy mam pozwolenie od konsula angielskiego rezydującego w Tacienlu8, a nazywał go "ważnym człowiekiem" z Tacienlu. Jeżeli będę miała to pozwolenie, wyjaśnił, będę mogła poruszać się swobodnie po Tybecie, natomiast bez niego nie mogę przekroczyć granicy.

Udało mi się jednak powędrować dalej, a on w tym czasie wysłał kuriera do swojego przełożonego z zapytaniem o dalsze rozkazy. Kilka dni później zostałam zatrzymana przez innego oficera i znowu usłyszałam o tym "ważnym człowieku" z Tacienlu. Widać, jakiś nowy święty Piotr dzierżący klucze od Krainy Śniegu.

Podczas tej podróży choroba nasiliła się. Przedstawiłam moją sytuację Tybetańczykom, szczerze mi współczuli, ale lęk przed "ważnym człowiekiem" nie pozwalał tym zastraszonym funkcjonariuszom okazać mi wrodzonej dobroci i pozwolić na kontynuowanie wędrówki do szpitala. Musiałam zrezygnować z obranego celu, lecz odmówiłam zawrócenia z drogi, do czego chciano mnie nakłonić, i oświadczyłam, że skoro nie mogę iść do Bathangu, udam się do Dziekundo.

Dziekundo jest małym miastem położonym na drodze do Lhasy, poza strefą podbitą i pozostającą pod kontrolą Chin. Domyślałam się, że wędrówka przez terytorium, które na nowo znalazło się pod zwierzchnictwem Lhasy może być interesująca z wielu powodów.

Dni upływały na negocjacjach. Oficerowie siedzieli w namiocie, przed którym powiewała flaga Tybetu: karmazynowa z wyhaftowanym lwem. Dookoła obozowali żołnierze, a wśród nich dwóch muzyków "uzbrojonych" w proste trąbki. Moi ludzie i ja, bez flagi i trąbek, zajmowaliśmy dwa namioty ustawione w pewnej odległości od namiotu Tybetańczyków. Nieszczęśni drokpowie9, których zły los przywiódł w te strony musieli płacić baranami, masłem, mlekiem i serem w tej rozgrywającej się komedii. To oni żywili aktorów tego spektaklu. Taki jest zwyczaj w Tybecie. Przemowy następowały jedne po drugich, na romantycznym i spokojnym tle starego królestwa Derge. Kiedy mówcy, zachrypnięci i wycieńczeni milkli wreszcie, zabierano się do jedzenia.

Ostatecznie wszyscy zrozumieli, że chyba muszą mnie pozbawić życia, jeżeli chcą mi przeszkodzić w wędrówce do Dziekundo i ustąpili.

Moje nadzieje się spełniły, wędrówka przez ten region była ciekawa i w efekcie błogosławiłam przygodę, która sprowadziła mnie do Dziekundo, ponieważ pobyt w tej okolicy stał się okazją do nowej serii wspaniałych podróży.

Kiedy przebywałam w Dziekundo pojawił się tam pewien Duńczyk powracający z Czang Nagczuki, gdzie zatrzymano go na drodze w kierunku Lhasy. Nie mogąc dotrzeć do celu swojej wyprawy postanowił wrócić do Szanghaju, dokąd wzywały go interesy. A bezpośrednia droga wiodła właśnie tym szlakiem, na którym ja stoczyłam batalię w lecie ubiegłego roku. Zanim jeszcze Duńczyk zdołał dotrzeć do strefy zakazanej, już czekali nań żołnierze i zmusili go do zawrócenia z drogi. Nieszczęsny podróżnik na próżno tłumaczył im, że zrezygnował już z wędrówki po interiorze Tybetu, że zmienił już kierunek swojej trasy i chce tylko dostać się do głównej drogi, aby powrócić do Chin. Nie słuchano go, przymuszono do obrania drogi na północ, przez pustynne tereny, gdzie grasowały bandy rozbójników. W tej sytuacji, rzecz jasna, musiał jeszcze zorganizować specjalną karawanę, aby zabrać żywność i bagaże na przynajmniej miesięczną podróż. Po tym czasie, oddalając się znacznie od zamierzonego celu podróży, znalazł się w Siningu na terytorium Gansu, skąd wiele miesięcy wcześniej wyruszył w drogę mając nadzieję dotrzeć do Lhasy. A z Siningu miał jeszcze dwa miesiące drogi do Szanghaju. Gdyby pozwolono mu udać się główną drogą, miałby szansę podróżować w lektyce i nocować w oberżach na każdym etapie drogi, nie mówiąc o tym, że cała podróż trwałaby o połowę krócej.

Zdarzenia tego rodzaju stanowiły prawdziwą prowokację wobec podróżujących, a ja nie potrafiłam pozostać obojętnym świadkiem. Zatrzymana w Dziekundo postanowiłam więc, podobnie jak duński podróżnik, nie udawać się na północ, lecz spróbować przedostać się przez zakazaną krainę aż do brzegów rzeki Saluin i zwiedzić ciepłe doliny Carongu i Całarongu.

Ale czy dotrę do Lhasy? Wydawało się to niemożliwe, ale nie z całą pewnością; zresztą, nie dysponowałam na ten temat żadną konkretną wiedzą.

Opuściłam Dziekundo pod koniec zimy, towarzyszył mi jeden ze służących. Większość przełęczy górskich była jeszcze niedostępna i nasza wędrówka w śniegu przypominała dramat. Mój towarzysz i ja przezwyciężyliśmy jakoś wszystkie realne przeszkody, przeszliśmy niezauważeni obok posterunku granicznego, tuż pod oknami funkcjonariusza odpowiedzialnego za ochronę granicy, i kiedy już zbliżaliśmy się do brzegów Saluinu zostaliśmy zatrzymani.

Nie, nie zostaliśmy rozpoznani. Przyczyna wpadki była zupełnie inna.

Uważałam, że w podróży tego rodzaju, kiedy się przemierza prawie nieznany kraj, dobrze byłoby, oprócz indywidualnych poszukiwań, zbierać materiały, które mogą zainteresować innych.

Mój przybrany syn, lama Jongden, szedł za nami w odległości kilku dni marszu, towarzyszył mu służący, prowadzili siedem mułów. Nasze spotkanie miało nastąpić na dalszym odcinku drogi. W podróżnych torbach, które miał ze sobą, znajdowały się aparaty fotograficzne, kilka przyrządów, trochę papieru na sporządzenie zielników etc. Oczywiście, wszystkie te rzeczy przyciągnęły uwagę funkcjonariusza, który przeglądał bagaże, a ponieważ wiedział o mojej obecności w Dziekundo, domyślał się, że muszę być gdzieś w okolicy. Nie pozwolił wędrować dalej małej karawanie i wysłał żołnierzy na wszystkie strony, aby mnie odszukali. Żołnierze znaleźli mnie i taki był koniec tej całej przygody.

Koniec, ale tylko w tym przypadku. Daleka byłam od uznania siebie za pokonaną. Zawsze kierowałam się zasadą, żeby nie akceptować porażki, bez względu na jej rodzaj i tego, komu ją zawdzięczam.

To właśnie wtedy mój zamiar dotarcia do Lhasy, nieco chwiejny do tej pory, ugruntował się na dobre. Żadna rekompensata nie wchodziła w grę. Wiedziałam, że muszę zrealizować swój zamiar za wszelką cenę. Złożyłam nawet odpowiednią przysięgę i to naprzeciwko posterunku granicznego, do którego mnie odprowadzono.

Chęć pomszczenia własnej porażki nie była jednak moim jedynym celem. O wiele bardziej zależało mi na zwróceniu uwagi na zjawisko, osobliwe w naszych czasach, jakim stały się tereny zakazane.

I nie chodzi tu tylko o Lhasę. Blokada szlaków komunikacyjnych w Azji rozciąga się w przybliżeniu od 78° do 99° długości i od 27° do 30° szerokości geograficznej.

Gdybym mówiła o tych sprawach mając na względzie swoje niepowodzenia, niektórzy byliby skłonni sądzić, że popycha mnie do tego doznana uraza. Należało więc najpierw odnieść sukces, dotrzeć do samej Lhasy i w ten sposób wykreślić interes osobisty. I tak właśnie postąpiłam.

Zanim zakończę, pragnę jeszcze uspokoić moich licznych angielskich przyjaciół, że krytykując postępowanie ich rządu w Tybecie, nie kieruje mną żadne uczucie antypatii wobec narodu angielskiego. Wręcz przeciwnie. Już w dzieciństwie, kiedy spędzałam wakacje na wybrzeżach Kentu, spontanicznie polubiłam Anglików i ich zwyczaje. A później, podczas moich długich pobytów na Wschodzie, moja sympatia względem nich jeszcze wzrosła. Do tego wypada dołączyć moją szczerą wdzięczność za serdeczne przyjęcia, jakie spotykały mnie w tylu angielskich rezydencjach, których gospodarze robili co mogli, ażebym czuła się u nich jak u siebie w domu.

W Anglii, podobnie jak w moim kraju, czy zresztą w każdym innym, polityka prowadzona przez rządy odzwierciedla w niewielkim stopniu najlepsze strony charakteru ich obywateli. Przypuszczam, a nie sądzę, abym się bardzo myliła, że obywatele Wielkiej Brytanii i dominiów podzielają niewiedzę obywateli innych mocarstw na temat praktykowanych w ministerialnych kuluarach manipulacji sprawami kolonii czy dalekich protektoratów.

Moje relacje wzbudzą zapewne zdziwienie wielu czytelników, a zwłaszcza chrześcijańskich misjonarzy, którzy mają prawo zapytywać, jak to się dzieje, że naród, który mieni się chrześcijańskim, zakazuje Ewangelii i tym, co ją głoszą broni wstępu do tego czy innego kraju, a jednocześnie swobodnie wysyła tam swoje wojska i sprzedaje broń.

Chciałabym jeszcze wyjaśnić kwestię ortografii wyrazów tybetańskich. Podaję je w pisowni fonetycznej, ażeby czytelnik miał możliwość wymówić je w sposób zbliżony do wymowy Tybetańczyków. Wyjątkowo, kilkakrotnie napisałam ph, żeby odróżnić jedno z trzech p w alfabecie tybetańskim, jak w przypadku słowa philing (cudzoziemiec), które należy wymawiać pi line que. Dźwięk f nie istnieje w języku tybetańskim. Trzecie p i trzecie t, zapisywałam jako b i d, zgodnie ze zwyczajem przyjętym przez orientalistów, jakkolwiek te litery odpowiadają dźwiękom b i d tylko wtedy, kiedy poprzedza je niewymawiana litera - przedrostek.

Ortografia tybetańska, bardzo skomplikowana, jest również niezwykle myląca dla tych, którzy nie potrafią odczytywać słów zapisanych literami tybetańskimi. Dla przykładu słowo wymawiane jako naldżor pisze się: rnal 'byor; słowo wymawiane jako dolma jest zapisane: sgrol ma etc.

Co do nazwy Tybet, warto wiedzieć, że jest terminem nieznanym dla Tybetańczyków. Jej pochodzenie pozostaje niejasne. Tybetańczycy nazywają swój kraj Pojul lub, w sposób poetycki, literacki: Gangjul (Kraj Śniegów). Sami określają siebie jako Popa. Niektórzy odnajdują pochodzenie terminu Tybet w dwóch słowach tybetańskich: tod bod (stod bod) wymawianych: to po. To oznacza wysoki. Nazwę Wysoki Tybet stosuje się niekiedy na określenie Tybetu Środkowego, natomiast prowincje wschodnie są określane jako Dolny Tybet. Jednakże gdybyśmy chcieli uznać pochodzenie pierwszej sylaby słowa Thibet, "thi" od to (stod), wymagałoby to odwrócenia kolejności miejsc przyznawanych przez gramatykę tybetańską rzeczownikom i przymiotnikom. Zgodnie z regułami tej gramatyki przymiotnik umieszczony jest po rzeczowniku. A zatem, Po-to czyli Tybet Wysoki, Po-me czyli Tybet Dolny.

Jak już wcześniej wyjaśniłam, jedynie zachowanie ścisłego incognito dawało mi szansę na dotarcie do Lhasy. Nie mogłam nosić w torbie żebraczki aparatu fotograficznego, gdyż ani Jongden, ani ja nie mogliśmy zostać schwytani w trakcie fotografowania... Większość fotografii zamieszczonych w tej książce to zdjęcia z moich poprzednich wypraw do Tybetu. Te zaś, które odnoszą się do Lhasy i jej okolic, nabyłam od miejscowych fotografów.

Po przybyciu do Lhasy, zarówno mój przybrany syn, jak i ja, zrezygnowaliśmy z roli żebraków, awansując do nieco wyższej warstwy społecznej, co pozwoliło nam przyznać się do posiadania jakichś pieniędzy. Dzięki temu mogliśmy płacić za usługi tutejszych fotografów. A tych, zarówno zawodowych jak i amatorów, w Tybecie nie brakowało.

Przypisy:

1 Ponownie udał się on do Tybetu, do krainy Pemakoczen, w 1924 roku. Został tam wysłany bądź uzyskał pozwolenie na wyjazd od rządu angielskiego. Kapitan Kingdon Ward był biologiem, pisał ciekawe relacje ze swoich podróży.

2 The unveilling of Lhasa (Lhassa dévoilée) Edmunda Candlera.

3 Przypuszcza się, że ojciec Oderyk z Pordenone wyprawił się do Lhasy w 1325 roku, ale autentyczność jego relacji budzi wątpliwości (notatka Edmunda Candlera).

4 Autor pisze w jednej z notatek, że kiedy przebywał w Lhasie, natrafił w Dżokhangu na dzwon noszący napis: Te deum laudamus, który najprawdopodobniej należał do kapucynów.

5 Oznacza to, że swobodnie dotarł do tego miejsca, co obecnie stało się niemożliwe.

6 Do tej listy należy jeszcze dodać Bogle'a w 1774 roku i Turnera w 1783, którzy udali się nie do Lhasy, lecz do Szigace jako posłowie Warrena Hastingsa, gubernatora Indii, wysłani do Taszilamy.

7 Inny, stosowany dawniej przez Europejczyków, a pochodzący od nazwy klasztoru Taszilhunpo, tytuł odnoszący się do Panczenlamy (przyp. red.).

8 Tacienlu (obecnie Darcedo, chiń. Kangding - przyp. red.) tybetańskie miasto, ważny ośrodek handlu położony we wschodniej części Khamu, należy do prowincji Sichuan (Chiny).

9 Drokpa (tyb. 'brog pa - przyp. red.), dosłownie 'ludzie z pustkowia, koczownicy'. Pasterze mieszkający pod namiotami; żyją z hodowli, nie uprawiają ziemi.

ROZDZIAŁ I

Żegnaj, ojcze!... Na zakręcie drogi odwracam się, żeby raz jeszcze spojrzeć na naszego życzliwego gospodarza, który kilka dni temu, nie znając nas zupełnie, przyjął z taką serdecznością Jongdena i mnie, kiedy poprosiliśmy o gościnę.

Stojąc teraz w drzwiach budynku Misji wielebny ojciec M. odprowadza nas wzrokiem, ale w jego uśmiechu czai się jakiś niepokój. Nie dał się zwieść naszym mglistym planom, które przed nim roztaczaliśmy; cel naszej podróży, przedsięwziętej w tak szczególnych warunkach, musiał być dla niego zagadkowy. Dokąd zmierzamy, sami, pieszo, bez bagaży? Stawia sobie te pytania, ale nie znajdując odpowiedzi przeczuwa chyba jakieś ryzyko związane z naszą wyprawą i jestem przekonana, że imiona tych tajemniczych podróżnych, którzy przez kilka nocy spali pod jego dachem, wypowie w swoich modlitwach. Niech mu Bóg błogosławi za to ciepło i serdeczność, z jaką nas przyjął, tak pokrzepiające przed wyruszeniem w drogę do lamaistycznego Rzymu!

Żegnaj!... Ścieżka skręca, dom Misji znika z pola widzenia. Zaczyna się przygoda.

Piąty już raz wyruszam w drogę do zamkniętej strefy Krainy Śniegu. Oj, różne były te "wyjścia" na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat.

Niektóre radosne, pośród śmiechu domowników, brzęku dzwoneczków zawieszonych na szyjach mułów, w atmosferze zgiełku i zaaferowania, może nieco rubasznego, ale pełnego tej wesołości, jaka cechuje narody środkowej Azji. Inne znowu poważne, prawie uroczyste: ubrana w strój lamy, z ciemnej purpury i złotego brokatu, udzielałam pożegnalnego błogosławieństwa mieszkańcom wioski i drokpom zgromadzonym po raz ostatni, ażeby pozdrowić tę cudzoziemską khandromę1.

Pewnego dnia wyruszyłam w dramatycznej scenerii spowodowanej huraganem, który zerwał się nieoczekiwanie w momencie, gdy szykowałam się do drogi. Na niebie, rozsłonecznionym kilka chwil wcześniej, pojawiły się ogromne ciemne chmury, kłębiące się wokół wierzchołków, niczym pośród monstrualnych fantastycznych potworów. Posępny ołowiany koloryt rozpostarł się nad okolicznymi górami, przekształcając nieskalany majestat wysokich szczytów w ponury i przerażający krajobraz piekieł. Rozpętała się burza śnieżna, a ja, oblepiona śniegiem, drżąca i oślepiona, szłam, podobna do rozbitka miotanego nawałnicą.

Dwukrotnie wyruszałam po kryjomu, o pierwszym brzasku dnia, prowadząc moją małą karawanę przez niezmierzone tybetańskie pustkowia, suche bądź pokryte trawą, zatopione w ciszy, dzikie, nietknięte zbocza, fascynującą krainę marzeń i tajemnic... Ale dzisiaj, na ciemnobłękitnym niebie świeci gorące słońce chińskiej jesieni, góry i wiecznie zielone lasy zdają się nas zapraszać, a my wyglądamy jakbyśmy naprawdę wybierali się na zwykłą wycieczkę. Zresztą to właśnie oświadczyliśmy zacnym ludziom z wioski, którą dopiero co opuściliśmy: że idziemy w góry zbierać zioła. Nasza wyprawa jest jednak na serio, dlatego też nie mogę zlekceważyć żadnej z przeszkód, jakie mogą się pojawić na naszej drodze.

Na razie pozostawiliśmy ostentacyjnie nasze bagaże w wiosce, co miało zapobiec ewentualnym podejrzeniom co do naszych projektów. Ale wyruszyć samej z Jongdenem dźwigając wielki tobół, jak to robiliśmy w Tybecie, było niemożliwością. Takie zachowanie, sprzeczne ze zwyczajami cudzoziemskich podróżników, zachęciłoby miejscowych do śledzenia mnie, chcieliby bowiem poznać powody takiego dziwnego postępowania. Byłam więc zmuszona wynająć dwóch tragarzy i teraz wędrując drogą, odtwarzałam sobie w pamięci rozmaite fortele wymyślone w poprzednich dniach, które pozwolą mi pozbyć się tych ludzi w określonym momencie. A ten zbliżał się nieubłaganie, ponieważ nazajutrz powinniśmy dotrzeć do początku drogi prowadzącej na Kha Karpo2 naprzeciwko wioski Londre; tam właśnie zamierzałam wymknąć się, ażeby nocą dotrzeć do używanego przez pielgrzymów szlaku otaczającego tę świętą górę. Jeżeli mój plan nie powiedzie się, podróż do Lhasy będzie narażona na poważne ryzyko.

Niepokoiła mnie jeszcze jedna rzecz. Obaj tragarze, jakkolwiek nie uginali się pod ciężarem bagaży, to jednak musieli odczuwać ich ciężar. W jaki więc sposób mój młody towarzysz i ja, których siła na pewno nie dorównywała sile tragarzy, będziemy w stanie, obarczeni takim ciężarem, wspinać się na wysokie zbocza napotykane po drodze?

Nasz ekwipunek był skompletowany pracowicie, choć w sposób budzący zastrzeżenia. Z uwagi na wyjątkowe okoliczności, w jakich odbywać się będzie nasza podróż po Tybecie, zabrałam na długą trasę od Gobi do Yunnanu tylko te rzeczy, bez których nie sposób się obyć. Tymczasem w sytuacji, kiedy mieliśmy wędrować pieszo, bez środków transportu, należało jeszcze usunąć z bagaży, i tak już zredukowanych, niektóre przedmioty pierwszej potrzeby.

Wybierając się w drogę w październiku musieliśmy wziąć wygodny namiot, ciepłe pledy, a z braku łóżek polowych grubą matę rozkładaną na nieprzemakalnej tkaninie, ubrania i buty na zmianę. Ale jeszcze bardziej niezbędne aniżeli wszystkie te rzeczy, jakkolwiek użyteczne, były produkty żywnościowe, których trzeba było zabrać niemało.

Podjęłam decyzję, że będę wędrować nocą, a w dzień ukrywać się, aż do momentu, kiedy dojdę na tyle daleko, że nikt nie będzie mógł określić w sposób pewny miejsca, z którego przybyłam i dróg, którymi się poruszałam.

Realizacja tego planu wymagała zabrania żywności na dwa lub trzy tygodnie, bez potrzeby kupowania czegokolwiek u okolicznych mieszkańców. Chcąc jednak wziąć więcej artykułów spożywczych, należało zostawić pledy i ubrania na zmianę.

Malutki namiot z cienkiej bawełny, żelazne paliki, sznury, płat niegarbowanej skóry - produkt tybetański - do podzelowania butów, kawałek grubego płótna, który miał chronić od wilgoci i zimna gołej ziemi, na której przyjdzie nam spać, a także mała siekierka, o wielorakim przeznaczeniu, podstawowy sprzęt każdego podróżującego po Tybecie (nam służyć będzie przede wszystkim jako topór drwala), były jedynymi ciężkimi przedmiotami, jakie należało zatrzymać. No tak, ale masło, campa3, nieco suszonego mięsa też składały się na znaczną liczbę kilogramów, nie dziw zatem, że moje wątpliwości co do udźwignięcia tego ciężaru, kiedy będziemy przemierzać nocą, i to dość szybkim krokiem, strome zbocza Kha Karpo, niepokojąco wzrastały.

I tak rozważając i powtarzając w myślach komedię, którą przyjdzie mi odegrać wobec moich naiwnych tragarzy, dotarłam do prawego brzegu Mekongu. Wyruszyliśmy po południu i nie było już dzisiaj szans na dalszą drogę.

Nasze obozowisko, czyli lilipuci namiot, rozłożyliśmy na małym płaskowyżu, skąd roztaczał się widok na główny szczyt Kha Karpo.

Odnoszę wrażenie, że dzieła natury posiadają swój własny język, pojmowalny dla wszystkich wrażliwych samotników, którzy żyją w ich pobliżu bądź, mówiąc prościej, ci ostatni potrafią odczytywać myśli i sekretne uczucia gór, lasów i wód obserwując ich nieodgadniony wygląd.

Majestatyczny Kha Karpo wznoszący wysoko ku niebu swoje lodowce - w świetle pełni księżyca nabierały błękitno-sinawego odcienia - jawił mi się tego wieczoru nie jako nieustępliwy strażnik jakiejś nieprzekraczalnej strefy, lecz raczej jako czcigodne i dobrotliwe bóstwo, stojące na progu mistycznych samotni, gotowe przyjąć i strzec tę nieco zuchwałą podróżniczkę wiedzioną miłością do Tybetu.

Przyszłe wydarzenia miały potwierdzić moje prorocze wrażenie.

Następną noc spędziłam u podnóża czerwonawej skały, przy wejściu do dzikiego wąwozu, skąd wypływał szeroki, huczący potok, który wpadał do Mekongu. Od Londre, miejsca, gdzie obmyślona przeze mnie strategia, mająca na celu pozbycie się tragarzy, miała zostać poddana decydującej próbie, dzieliła nas już niewielka odległość. Za kilka godzin nastąpi pierwszy rzut kostką w tej grze. Komu przyniesie zwycięstwo?

A potem, kiedy ci dwaj natręci już sobie pójdą, czy położenie wioski, co do której miałam tylko jakieś mgliste informacje, będzie sprzyjało nocnej ucieczce przez górski masyw? Czy zdołam dotrzeć do drogi uczęszczanej przez pielgrzymów, czy znajdę jakąś bezpieczną kryjówkę przed wschodem słońca? Te i inne niepokojące pytania kłębiły się w mojej głowie. A jednak kiedy wyciągnęłam się już na chropowatej ziemi pod maleńkim namiotem, jakieś zupełnie szczególne doznania - zadowolenia, uwolnienia, głębokiej równowagi, jakich dostarczał mi zawsze pobyt na odludziu - nasyciły mnie swoją błogością i spokojna zasnęłam.

Następnego ranka pożegnałam się z moim zaprzyjaźnionym Mekongiem, u brzegów którego przeżyłam niejedną przygodę. Potem skręciłam w kierunku zachodnim i zagłębiłam się w wąwozie prowadzącym do Londre. Wkrótce przekształcił się on w wąską równinę, po której płynęły wody rzeczki, jasne i spokojne, aż do momentu, gdy nagle rwącym strumieniem wpadały do wielkiej rzeki. Ciągnąca się wzdłuż równiny ścieżka prowadziła z jednego brzegu na drugi przez prymitywne drewniane mostki. Słońce dodawało uroku naszej wędrówce.

Dwaj tybetańscy kupcy minęli nas na drodze, i choć nie zwrócili na nas uwagi, to pierwsze spotkanie, poprzedzające tyle następnych, w których moje incognito będzie zapewne narażone na niebezpieczeństwo, było dla mnie przeżyciem.

Tuż przed południem dotarliśmy w okolice Londre.

Gdybyśmy wtedy byli z Jongdenem sami, moglibyśmy łatwo uniknąć przechodzenia przez wioskę, ukrywając się w lesie aż do zapadnięcia zmroku. Zbocze Kha Karpo, cel naszej wspinaczki, wznosiło się tuż obok, po prawej stronie, oddzielone od naszej ścieżki rzeką, nad którą wznosił się szeroki most. No tak, ale bez względu na trudności wiążące się z powrotem, bez względu na naszą chęć uniknięcia spojrzeń tubylców, absolutnie niemożliwym było zrobienie tu postoju - nagle, bez konkretnej przyczyny, po stosunkowo niedługiej wędrówce, gdyż takie zachowanie wzbudziłoby podejrzenia mężczyzn, którzy nam towarzyszyli. Nie mówiąc o skierowaniu się od razu na Kha Karpo, co było jeszcze bardziej nierealne. Naszym tragarzom powtarzaliśmy ciągle, że udajemy się do Luce Kjangu, by tam zbierać rośliny, wobec czego nie mogliśmy teraz zrezygnować tak otwarcie z przyjętego planu i wybrać drogę prowadzącą ku granicy Tybetu, nie narażając się na niebezpieczne komentarze z ich strony.

I tak wewnętrznie skłócona, odwrócona plecami do drogi, którą powinnam pójść, świadoma, że każdy krok oddala mnie od celu i przysparza trudności związanych z przyszłą ucieczką, szłam dosyć znużona za dwoma góralami, którzy mieli nam wskazać miejsce na obozowisko - około dwudziestu kilometrów stąd, na zalesionym i pięknym, jak utrzymywali, płaskowyżu.

Nasze przejście przez wioskę Londre prawie nie zostało zauważone, zgodnie zresztą z naszym najgłębszym życzeniem. Ani jeden z rzadko mijanych wieśniaków nie zainteresował się nami. Tę szczęśliwą okoliczność zawdzięczaliśmy prawdopodobnie temu, że pewien uczony amerykański przyrodnik przebywał w tym samym czasie w Luce Kjangu, gdzie zatrudnił dużą liczbę ludzi przy zbiorze roślin i nasion. Nasze chińskie ubiory, mocno już sfatygowane, wprowadzały w błąd mijanych wieśniaków, którzy zapewne sądzili, że należymy do ekipy wynajętej przez amerykańskiego badacza.

Po przejściu paru kilometrów uświadomiłam sobie, że oddalając się od Kha Karpo pozwalamy sobie na nieostrożność. Rozsądek nakazywał minąć Londre przed zapadnięciem nocy i w ten sposób zapewnić sobie czas niezbędny na długi marsz aż do świtu. Wtedy bowiem powinniśmy dotrzeć do drogi uczęszczanej przez pielgrzymów. Jeżeli nawet, mimo podjętych środków ostrożności, zostaniemy zauważeni, będzie można powiedzieć, i to w sposób wysoce wiarygodny, że przybywamy z któregoś z południowych rejonów Tybetu, który akurat wyda nam się wygodny, i wmieszać się w tłum pielgrzymujących. Ci ostatni bowiem, jako przybysze z bardzo odległych nieraz terytoriów, należący do różnych plemion, prezentowali wielką różnorodność typów; ich dialekty, podobnie jak nakrycia głowy czy ubrania wdziewane na pielgrzymkę, były bardzo zróżnicowane. Ta okoliczność dawała nadzieję, że moja fizjonomia, ubiór czy sposób mówienia, choć odmienne od miejscowych, nie zwrócą niczyjej uwagi.

Miejsce, do którego dotarliśmy, znajdowało się wysoko nad równiną, a Londre znajdowało się właśnie u jej wejścia. Pokrywały ją jedynie cierniste krzewy, tworzące gęste zarośla. Przejaśnienia na niebie pozwalały dostrzec rzeczkę, którą mijaliśmy rankiem. Wąska dróżka pod naszymi stopami schodziła teraz prawie prostopadle w dół, prowadząc od drogi aż do tej odludnej dżungli. Pomyślałam, że oto nadarza się okazja, by uwolnić się od tych dwóch osobników, niepodejrzewających bynajmniej kłopotów, jakich mi przysparzają.

- Mam spuchnięte i obtarte stopy - powiedziałam. - Nie dam rady iść dalej. Zejdźmy tylko nad brzeg rzeki, zrobimy herbaty i tam się zatrzymam.

Poczciwi wieśniacy nie okazali żadnego zdziwienia. Moje chińskie sandały wykonane z plecionych sznureczków poraniły mi nogi, zresztą mężczyźni widzieli jak obmywałam pokrwawione stopy w strumyku. Zeszliśmy po stoku i rozstawiliśmy namiot na maleńkiej polance. Bliskość wody i ochrona od wiatru, jaką dawały otaczające zarośla, pozwalały wyjaśnić w rozsądny sposób wybór tego miejsca, w przypadku gdyby nasi tragarze lub jakiś przechodzący przypadkowo tubylec zapytali o powody zatrzymania się w tak osobliwym miejscu.

Rozpaliliśmy ogień i przygotowałam obfity posiłek dla obu mężczyzn. Jongden i ja z trudem przełknęliśmy kilka kęsów; niepokój i obawa, że nasze plany mogą spełznąć na niczym, skutecznie odbierały nam apetyt. Kiedy już nasi dzielni górale najedli się, wysłałam jednego z nich, by na zboczu góry nazbierał drew, ponieważ drobne gałązki z okolicznych krzewów dawały kiepski płomień, niewystarczający, jak mu tłumaczyłam, do ogrzania nas w nocy.

Gdy tylko pierwszy tragarz zniknął z pola widzenia, powiedziałam temu drugiemu, że moje poranione stopy nie pozwalają mi na dłuższy marsz i że postanowiłam zatrzymać się tutaj, w pobliżu Londre, na tydzień, by bez pośpiechu badać miejscowe zioła, zanim udam się do Luce Kjangu. Tak więc jego usługi nie będą mi teraz potrzebne, a kiedy ponownie wyruszę w drogę, z łatwością znajdę w wiosce innego tragarza. Przyjął to wszystko w sposób naturalny, zaś hojne wynagrodzenie, jakie mu wręczyłam za trzy dni pracy, wyraźnie go uradowało. Oddalił się od razu wracając do siebie drogą, którą wcześniej szliśmy razem, przekonany, że drugi tragarz, zajęty teraz zbieraniem drew, będzie nam służył pomocą.

Gdy ten powrócił, powtórzyłam mu dokładnie to samo co pierwszemu, dodając tylko, że ponieważ nie mogę teraz udać się do Luce Kjangu, chciałabym, by zaniósł tam ode mnie list i paczuszkę. Moją intencją było uniemożliwienie mu obranie tej samej drogi, którą poszedł już pierwszy tragarz. Moje bezpieczeństwo wymagało, aby ci dwaj Tybetańczycy nie spotkali się przed upływem kilku dni. Wiedziałam bowiem, że z Luce Kjangu można wrócić do wioski, z której wyruszaliśmy, drogą prowadzącą bezpośrednio przez masyw górski, który my okrążaliśmy. Drugi góral na pewno wybrałby tę właśnie drogę i żeby mu w tym przeszkodzić, wysłałam go przezornie do miejsca, w którym ta droga brała swój początek.

List i paczuszka były zaadresowane do pewnego misjonarza. Wiedziałam, że przebywa w Luce Kjangu, aczkolwiek jego samego na oczy nie widziałam, a i ja byłam mu absolutnie nieznaną osobą.

Pośpiesznie napisany list nie zawierał żadnych informacji co do moich planów. W paczuszce z kolei znajdował się drobny przedmiot, z rodzaju tych, których musieliśmy się pozbyć, by zmniejszyć ciężar naszych bagaży, pozostawiając również, co wspominam z bólem serca, grubą matę, którą tak chcieliśmy zatrzymać, żeby nie musieć się kłaść spać bezpośrednio na ziemi, błotnistej lub zamarzniętej podczas zimy.

Drugi tragarz nie widział niczego nadzwyczajnego w poleceniu, którym go obarczyłam. Oddalił się, również zadowolony z otrzymanej zapłaty i przekonany, że jego towarzysz, nieobecny w tym momencie, został wysłany do wioski po jakieś zakupy, wróci przed nocą i pozostanie z nami przez najbliższy tydzień odpoczynku.

Wyobrażam sobie, jak zabawne byłoby móc usłyszeć, co ci dwaj mężczyźni sobie powiedzą po kilku dniach, kiedy już się spotkają, okrążywszy tę samą górę, jeden od północy, drugi od południa, niestety, tego nie dowiem się nigdy.

"Wszystko, co należało uczynić, zostało spełnione".

To zdanie, często powtarzane w buddyjskich sutrach, nawiązujące do spełnienia nakazu natury bardziej transcendentnej niż zabawna sytuacja, która nam się przytrafiła, wyrażało tak dokładnie moje odczucia, że odżyło w pamięci mimowolnie.

Staliśmy tak na tym pustkowiu, Jongden i ja, i patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nadzwyczajność sytuacji była nieco oszałamiająca. Prawdę mówiąc, oboje byliśmy zmieszani. Przez ponad dwa lata - od czasu moich pierwszych zatargów z władzami tybetańskimi na terytorium Khamu - młody lama i ja dyskutowaliśmy niestrudzenie na temat sposobu "zniknięcia", uwolnienia się od otoczenia i zatarcia za sobą śladów, co umożliwiłoby nam zmianę osobowości. Podczas długiej wyprawy od południowego krańca trawiastej pustyni aż po pierwsze mongolskie obozowiska na obszarze Gobi, podobnie jak na drogach, które przywiodły nas nad granicę yunnano-tybetańską, ten szczególny temat powracał bez przerwy w naszych rozmowach, mącił myśli i zakłócał sen.

I oto teraz to, co uważaliśmy, i słusznie, za tak trudne do osiągnięcia, znalazło się w zasięgu ręki: za kilka godzin wyruszymy w stronę przełęczy Dokar, która znajduje się na granicy tego Tybetu, do którego wstęp jest teraz zakazany.

Pośpiesznie podsyciłam ogień. Jongden poszedł po wodę do rzeki, przyrządziliśmy herbatę na sposób tybetański, co oznacza, że po zagotowaniu jej wrzuciliśmy do wrzątku nieco masła i soli - aczkolwiek w wersji uproszczonej, przeznaczonej dla biednych podróżników, którzy nie mogą sobie pozwolić na luksus zabierania ze sobą specjalnego naczynia - rodzaju maselnicy - do mieszania tego napoju.

Liczba naszych przyborów kuchennych była zredukowana w tym samym stopniu co garderoba. Ich wykaz jest krótki. Mieliśmy jeden garnek, dwie miseczki, jedną drewnianą, drugą aluminiową, którą można było w razie potrzeby postawić na ogniu i służyła jako garnuszek, dwie łyżki i chińskie etui zawierające długi nóż i dwie pałeczki. To wszystko. Nie mieliśmy zamiaru sporządzać wyszukanych dań. Żywiliśmy się jak ludzie prości, czyli campą namoczoną w herbacie lub spożywaną na sucho, zagniecioną z masłem. Wyjątkowo, kiedy okoliczności po temu sprzyjały, gotowaliśmy zupę.

Wypiliśmy herbatę i Jongden oddalił się. Godziny mijały, nadeszła noc. Siedziałam przy ogniu, ale nie miałam odwagi go rozpalać z obawy, że nadmierny blask mógłby być widoczny z daleka i zdradzić moją obecność. Resztka herbaty, niczym ostatni lek wzmacniający przed wymarszem, gotowała się powolutku na czerwieniejących drwach, bulgocząc monotonnie. Światło księżyca nadawało tej dzikiej i melancholijnej równinie błękitne i rudawe odcienie. Dookoła pustka i cisza...

O czym mogłam myśleć? Że wdaję się w jakąś kolejną szaloną przygodę? Przypominam sobie te poprzednie, pamiętam o straszliwym zmęczeniu, grożących niebezpieczeństwach, godzinach, w których ocierałam się o śmierć. A może teraz czeka mnie coś jeszcze gorszego? Jaki będzie koniec? Czy zatriumfuję, czy dotrę do Lhasy, śmiejąc się z tych wszystkich, co usiłowali zamknąć Tybet? A może zatrzymają mnie podczas drogi, pokonają raz na zawsze, może skończę gdzieś w przepaści, zginę od kuli jakiegoś rozbójnika, albo padnę chora pod drzewem lub w jakiejś norze niczym dzika bestia? Któż to może wiedzieć?

Nie mogłam jednak pozwolić, aby te ponure myśli mną zawładnęły. Bez względu na to, jaka przyszłość mnie czeka, nie cofnę się ani o krok.

"Zatrzymajcie się! Nie idźcie dalej!..." Oto przedziwny rozkaz, który grupa zachodnich polityków podających się za rząd Chin narzuciła naukowcom, uczonym, misjonarzom, orientalistom z całego świata, wszystkim za wyjątkiem swoich agentów, którzy mogli swobodnie przemierzać ten kraj określany teraz jako "ziemia zakazana". Jakim prawem wznieśli te bariery wokół terytorium, które nigdy do nich prawnie nie należało? Wielu podróżników wybierających się do Lhasy musiało zawrócić z drogi, ustąpili akceptując swoją porażkę, ale ja... cóż, ja podjęłam wyzwanie.

"Nie idź tędy!..." Słyszałam to już dwukrotnie4 i śmieję się teraz na to wspomnienie, siedząc tu sama pośród pustkowia. "Nie idź tędy, nie wolno!..." Naprawdę? A jednak znajdzie się kobieta, która tędy przejdzie.

Siedziałam pogrążona w tych myślach, kiedy nagle spośród zarośli wynurzył się Jongden. Światło księżyca upodabniało go teraz do jakiegoś ducha gór, który zjawił się nagle, by złapać mnie za słowo.

Młodzieniec złożył mi pokrótce relację ze swojej wycieczki. Chcąc uniknąć przejścia przez wioskę Londre musimy dostać się do doliny rzeki i przekroczyć rzekę po dwóch drewnianych kłodach tworzących prymitywną kładkę. W ten sposób przedostaniemy się na drugi brzeg, aż do miejsca, w którym widzieliśmy już wcześniej podnóża góry Kha Karpo. Można by zrezygnować z tego długiego obejścia idąc bezpośrednio korytem rzeki, tuż pod zabudowaniami kilku gospodarstw znajdujących się nad samą wodą. Jednakże mój zwiadowca nie mógł podejść wystarczająco blisko rzeki, by sprawdzić głębokość wody, ponieważ w pobliżu pracowali wieśniacy.

Zresztą, bez względu na wybór drogi i tak będziemy zmuszeni minąć ostatnie chaty wioski, ponieważ sąsiadują one z dużym mostem, po którym musimy przejść, by znaleźć ścieżkę prowadzącą do drogi, którą poruszają się pielgrzymki. Gdzie dokładnie zaczynała się ta ścieżka? Jongden nie umiał powiedzieć. Jak wyjaśniał, zakosy ścieżki prowadziły wysoko w górę, ale nie był w stanie dostrzec jej początku.

Musiałam poprzestać na tych informacjach.

Wyruszyliśmy w pośpiechu. Było już późno i zbyt długa zwłoka mogłaby wszystko popsuć.

Czy bagaż ciążył mi na ramionach, a rzemyki wpijały się boleśnie w ciało? Z pewnością tak. Odczułam to dopiero później, w tamtej chwili wszystkie doznania fizyczne jakby zniknęły. Zawadziłam o ostrą skałę, poraniłam sobie dłonie i twarz ciernistymi krzewami, ale nawet tego nie zauważyłam, szłam nieczuła, zahipnotyzowana wolą zwycięstwa.

Przez kilka godzin błądziliśmy po dolinie. Uznaliśmy, że przejście przez rzekę nie wchodzi w grę i zaczęliśmy szukać kładki. Wielokrotnie gubiliśmy się w gąszczu krzaków, ślady pozostawione przez zwierzęta kręcące się na brzegu rzeki, które widział mój młody towarzysz w świetle dnia, teraz, przy świetle zamglonego księżyca, były niedostrzegalne.

Po przedostaniu się na przeciwległy brzeg odnaleźliśmy wąską drogę między masywem góry a rzeką. Szło się nawet wygodnie, ale liczne zakosy opóźniały nasz marsz. Wreszcie dostrzegliśmy zabudowania wioski.

Zatrzymaliśmy się na chwilę, wypiliśmy po łyku zimnej wody, każde z nas połknęło granulkę strychniny, która miała pobudzić siły przed czekającą nas wspinaczką.

Naprzód!...

Docieramy do małego mostku prowadzącego do Londre. Przechodziliśmy już po nim rankiem. Przyśpieszamy kroku i jesteśmy już po drugiej stronie. Mijamy ostatnie chaty, przechodzimy przez drugi most... Hurra! Jesteśmy już na skraju lasu. Przed nami wznosi się góra, pustynna i dzika, święta góra, a na niej wije się wąska ścieżka, która ma nas doprowadzić do innych ścieżek, a one do następnych i jeszcze następnych, aż do samego serca Tybetu, do tego tajemniczego Rzymu świata lamów.

Szczekanie psa, jakieś zduszone, ledwo słyszalne, kiedy przechodzimy wzdłuż zabudowań ostatniego gospodarstwa nad rzeką. Tylko jeden pies! I to w tej wiosce, dookoła której kręci się zapewne w nocy wielu jego współbraci, wojowniczych i hałaśliwych... Przychodzą mi na myśl stare legendy hinduskie, opisujące nocną ucieczkę "synów z dobrych rodów"5, którzy opuszczali swoje siedziby w poszukiwaniu "ostatecznego wyzwolenia". Powtarzało się tam zdanie nawiązujące do boskiej pomocy, która miała im ułatwić porzucenie domów: "To bogowie sprawili, że ludzie posnęli, a psy ucichły". Odczuwałam to samo i w sercu dziękowałam tym niewidzialnym przyjaciołom strzegącym mego odejścia. W pośpiechu minęliśmy małe osuwisko ziemne, zresztą zbyt słabe oświetlenie i tak uniemożliwiłoby dostrzeżenie początku ścieżki, którą powinniśmy się posuwać, wobec czego skierowaliśmy się do doliny. Ta jednak wkrótce mocno się zwęziła, przybierając formę gigantycznej szczeliny w masywie góry. Żadna ścieżka nie mogła tędy prowadzić - same ostre, pionowo sterczące skały... Musieliśmy zawrócić.

Straciliśmy przynajmniej pół godziny, a położone na tarasowym wzniesieniu Londre ciągle było w zasięgu wzroku, toteż obawialiśmy się, że ktoś z mieszkańców mógłby wyjść przypadkiem z chaty i nas dostrzec. Nieco później, kiedy już wreszcie trafiliśmy na właściwą ścieżkę, okazała się tak stroma i piaszczysta, że mimo wszystkich naszych wysiłków poruszaliśmy się bardzo powoli, uginając się pod ciężarem bagaży i zatrzymując często dla zaczerpnięcia oddechu. Nasza sytuacja robiła się mocno niepokojąca. Mały zegarek, który nosiłam schowany pod suknią, wskazywał trochę po północy, kiedy rozpoczynaliśmy wspinaczkę, należało więc spieszyć się, jednak przekraczało to nasze siły. Moje samopoczucie można było porównać do koszmarnego snu, kiedy śpiący czuje się napastowany przez morderców, chce uciekać, ale nie jest w stanie nawet poruszyć nogą.

Noc dobiegała kresu, my zaś dotarliśmy do miejsca, w którym nasza ścieżka zapuszczała się pod wielkie drzewa, zaś ich obfite listowie tworzyło rodzaj wąskiego tunelu. Dołem, między omszałymi kamieniami i zbutwiałymi liśćmi sączyła się powoli woda z jakiegoś źródełka. Wilgotna ziemia wydzielała przenikliwy zapach zgnilizny. Posuwając się tym tunelem, budziliśmy drzemiące na gałęziach ogromne ptaszyska, które ulatywały z wielkim hałasem.

Gardła wysychały nam z pragnienia, toteż podzielałam życzenie Jongdena, by zatrzymać się na herbatę. Jednocześnie wzdragałam się na myśl o pozostaniu dłużej w tym miejscu, jakkolwiek było to dotychczas jedyne miejsce, gdzie natrafiliśmy na wodę od czasu opuszczenia doliny. Kłopot w tym, że do tego wodopoju mogły też przychodzić dzikie zwierzęta, a okolica słynęła z licznie występujących tu panter. Co prawda nie bałam się spotkania z tymi zwierzętami, ale też nie zależało mi specjalnie na szukaniu z nimi kontaktu. Najgorszą udręką była jednak myśl, że tracimy cenny czas. Ścieżka wiła się zakosami, wobec czego ciągle byliśmy widoczni z wioski Londre. Oczywiście, z tej odległości nie można było rozpoznać naszych twarzy, ale można było dostrzec dwie ciemne sylwetki podróżników zmierzających w kierunku drogi dla pielgrzymek, ja zaś bardzo nie chciałam pozostawiać za sobą jakichkolwiek, nawet tak mglistych, wskazówek co do mojej marszruty. Gdybym była sama, wolałabym raczej cierpieć tortury niż zatrzymywać się choćby na moment, a nie mając sił do marszu byłabym gotowa czołgać się na kolanach. Ale biedny lama był tak wyczerpany, że zmęczenie wyraźnie wzięło w nim górę nad ostrożnością. Raczej upadł niż usiadł na wilgotnym listowiu, więc zabrałam się do zbierania drew na ogień.

Tuż obok odkryłam strumyk. Wartko płynąca woda uwolniła nas od konieczności skorzystania z tej, która sączyła się wśród butwiejących liści. Gorąca herbata z dużą ilością masła pokrzepiła nas wielce, ale to uczucie zadowolenia sprawiło, że mój towarzysz zapadł w sen. O mało co nie rozpłakałam się z rozpaczy. Każda zmarnowana minuta zmniejszała moje szanse na sukces. Wiem jednak z doświadczenia, że potrzebie snu nie sposób się oprzeć. Cóż, pozwoliłam więc Jongdenowi pospać, lecz po niecałej godzinie obudziłam go i wyruszyliśmy w drogę.

Świadomość, że jesteśmy tu zupełnie sami ośmielała nas i kontynuowaliśmy naszą wspinaczkę jeszcze długo po wschodzie słońca. Kiedy nieoczekiwanie usłyszeliśmy jakieś głosy dochodzące z wyższej partii góry, przejęci panicznym strachem, owładnięci jedyną myślą, by nikt nas nie dostrzegł, nie zamieniając ani słowa, uskoczyliśmy ze ścieżki w gęste zarośla, niczym spłoszona zwierzyna. Po tym zaskoczeniu nie mieliśmy już odwagi kontynuować drogi za dnia. Mogli nas spotkać zarówno drwale i pasterze bydła schodzący do wioski Londre, jak i mieszkańcy Luce Kjangu zmierzający ku przełęczy Dokar, a dostrzegając coś osobliwego w naszym wyglądzie, być może zechcieliby podzielić się tym wrażeniem w wiosce, którą niedawno opuściliśmy lub opowiadać o tym po drugiej stronie przełęczy... Lepiej było nie narażać się na takie niebezpieczeństwo.

Ale znaleźć jakąś kryjówkę też nie było łatwo. Znajdowaliśmy się na stromym zboczu, bez piędzi płaskiego terenu. Jedyne, co mogliśmy zrobić, to wydostać się z tego piargu i skulić gdzieś pod drzewami na solidnej ziemi. W takiej oto niewygodnej pozycji, nie mogąc nawet poruszyć się ze strachu przed stoczeniem się w dół po pochyłości, spędziliśmy pierwszy błogosławiony dzień naszej wymarzonej wyprawy.

Monotonię upływających godzin umilały nam rozrywki, bez których mogłabym świetnie się obyć. Nasłuchiwaliśmy głosów niewidzialnych pasterzy, prowadzących nad nami swoje również niewidzialne dla nas stada. Natomiast w zasięgu naszego wzroku pojawił się jakiś drwal; nucąc wesołą melodię układał drwa w stos. Z pewnością nie podejrzewał, że jego obecność napędza tyle strachu biednej cudzoziemskiej orientalistce. Gęste listowie skrywało nas całkowicie, a czerwonawy odcień naszych ubrań wtapiał się idealnie we wczesnojesienny koloryt pejzażu, jednak lęk przed dostrzeżeniem przez tego człowieka lub przez przechodzących nad nami pasterzy podsuwał mi czarne myśli. Niepokoiłam się, że oto czeka mnie jakaś nowa porażka i że na próżno przywędrowałam aż tutaj, od krańców Turkiestanu przez całe Chiny.

Wkrótce po zachodzie słońca rozpoczęliśmy naszą nocną marszrutę.

Ostatnia wspinaczka po jeszcze bardziej stromym zboczu doprowadziła nas do małego czortenu6, a to oznaczało miejsce, w którym nasza ścieżka zbiegała się z drogą pielgrzymów. Droga była niezła choć wąska, szło się w miarę łatwo i przyjemnie. Fakt, że dotarliśmy tutaj nie napotykając nikogo stanowił nader szczęśliwą okoliczność i jeżeli ten stan rzeczy miał się utrzymać, pozwalając nam przejść w podobny sposób przełęcz Dokar, mogłabym być niemal pewną sukcesu.

Umęczeni pragnieniem, i to jeszcze bardziej dotkliwym niż poprzednio - spędziliśmy prawie dobę bez picia - dotarliśmy wreszcie w pobliże dużego potoku, którego białe spienione wody płynęły z hukiem wąskim korytem wśród ostrych skał.

Wycieńczony pragnieniem Jongden chciał natychmiast schodzić nad brzeg wody. Robiłam co mogłam, żeby go odwieść od tego zamiaru. W tych ciemnościach nie było widać niebezpieczeństw, jakie mogły skrywać grube warstwy zwiędłych liści. Upadek groził nieuchronnym ześlizgnięciem się do potoku, zaś rwący nurt mógłby porwać nieszczęśnika. Młodzieniec był jednak uparty. Woda występuje rzadko w tej okolicy - twierdził - trzeba z tego skorzystać i ugasić pragnienie; jeśli tego nie zrobimy, będziemy cierpieć jeszcze przez wiele godzin.

Owszem, miał sporo racji, ale byłam skłonna wierzyć, że lepiej cierpieć pragnienie niż się utopić, wobec czego surowo nakazałam mojemu przybranemu synowi porzucenie tego zamiaru i niezwłoczne przejście przez mostek, który znajdował się naprzeciwko nas.

Drugi brzeg był zdecydowanie mniej urwisty. Zauważyliśmy kilka zaczernionych kamieni otoczonych popiołem, a obok nich ślad ścieżki umożliwiającej względnie łatwe zejście. Kamienie wskazywały, że tu zatrzymywali się pielgrzymi na posiłek.

Czas naglił, ale ja ciągle marzyłam o zatrzymaniu się i zrobieniu herbaty, gdy nagle z ciemności dobiegł nas czyjś głos. Znieruchomieliśmy. Ktoś tu był, z kimś rozmawiał. No tak, Jongden i ja rozmawialiśmy po angielsku, co więcej, robiliśmy to bardzo głośno. Czy ten niewidzialny człowiek słyszał nas? Czyżby specyficzne brzmienie języka, który nie był ani chińskim, ani tybetańskim, podsunęło mu myśl, że jacyś cudzoziemcy kręcą się po lesie?

Z tego co mówił nie można było odgadnąć kim jest. Chciał nam dać rozżarzone polano, żebyśmy mogli rozpalić ogień; zaproponował też kubek gorącej herbaty, zanim nasza będzie gotowa. Takie zachowanie należało do zwyczajnej uprzejmości tybetańskich podróżników wobec osób przechodzących obok ich obozowiska.

Zaskoczeni, nie odpowiedzieliśmy od razu. Drugi osobnik zapytał zatem:

- Kim jesteście? Dlaczego podróżujecie nocą?

Nadal nie byliśmy w stanie dojrzeć tych ludzi, ale głosy dochodziły wyraźnie z ogromnego drzewa. Domyśliłam się, że drzewo musiało być puste w środku i służyło teraz podróżnym za miejsce noclegu.

- Jesteśmy pielgrzymami - odpowiedział Jongden - drokpami z Amdo. Źle znosimy upały w tym regionie, kiedy idziemy w słońcu, łapie nas gorączka. Dlatego korzystamy z nocnego chłodu, żeby okrążyć świętą górę.

Tak, to mogła być wiarygodna przyczyna naszego dziwnego zachowania. Wydawało się, że usatysfakcjonowała pytającego, ale teraz zadał pytanie lama:

- A wy, kim jesteście?

- My też pielgrzymujemy.

- Ach tak, no to bywajcie! - odpowiedziałam, żeby zakończyć rozmowę. - My idziemy jeszcze dalej i zatrzymamy się, jak natrafimy na wodę. Dziękujemy za herbatę, ale nie chce się nam teraz pić.

I to wcale nie było kłamstwem. Napięcie, jakie odczuwaliśmy, sprawiło, że zapomnieliśmy o naszych wyschniętych gardłach i marzyliśmy tylko o tym, by oddalić się naszych rozmówców, zwłaszcza, że nie mogliśmy ich zobaczyć.

Tak zakończyło się pierwsze spotkanie w trakcie naszej podróży do Lhasy. Winszowaliśmy sobie, że nie nastąpiło wcześniej, kiedy znajdowaliśmy się jeszcze na drodze wychodzącej z Londre. Ten incydent, na pozór mało ważny, był dobrą lekcją. Zrozumieliśmy, że sam fakt podróżowania nocą nie daje całkowitej gwarancji bezpieczeństwa, że ciągle musimy być przygotowani do udzielania wyjaśnień i to w sposób niebudzący podejrzeń co do naszych zachowań. Od tego zdarzenia aż do naszego przybycia do Gjance używaliśmy tylko języka tybetańskiego.

Wiele godzin upłynęło zanim natrafiliśmy na jakiś strumyczek. Byliśmy skrajnie wyczerpani, szliśmy automatycznie, na wpół śpiąc. W końcu nie dawaliśmy już rady przebierać nogami. Zmęczenie, głód, pragnienie i potrzeba snu powaliły nas.

Miejsce, w którym zatrzymaliśmy się, absolutnie nie nadawało się na postój. Ścieżka była bardzo wąska i przebiegała tuż obok urwiska. Położyliśmy się na ziemi o nierównym kamienistym podłożu, starając się zachować nawet w tym stanie półsnu świadomość, że znajdujemy się na krawędzi przepaści.

Jeszcze przed nastaniem świtu Jongden i ja dźwignęliśmy nasze toboły, które służyły nam jako poduszki i znowu pomaszerowaliśmy przez las. Przyspieszaliśmy kroku w miarę naszych możliwości, chcieliśmy dotrzeć do jakiegoś strumienia zanim będziemy musieli ukryć się w zaroślach i siedzieć tam do końca dnia.

Wkrótce doszło do swoistego wyścigu między nami a słońcem. Jemu spieszyło się wznieść ponad wierzchołki gór, które zasłaniały jego promienie, my zaś przyspieszaliśmy, żeby przebyć jak największą odległość zanim jego światło stanie się zbyt intensywne. Zwycięzcą w tym wyścigu okazał się jednak słoneczny bóg. Pojawił się nad szczytem, który przesłaniały nam korony wielkich drzew, pod którymi szliśmy, a wkrótce, wznosząc się na niebie, oświetlił i ogrzał całe poszycie lasu. Uznaliśmy, że najwyższa pora, byśmy zeszli z drogi. Ludzie, z którymi rozmawialiśmy w nocy, mogli nas dogonić, wywiązałaby się z pewnością długa rozmowa, setki pytań, i co najgorsze, bylibyśmy widziani w pełnym świetle dnia.

Za opasanym modlitewnymi flagami doczo7 rozpościerała się mała polana. Wślizgnęliśmy się między krzaki tak, że byliśmy całkowicie ukryci przed spojrzeniami osób wędrujących drogą pielgrzymów. To była dobra kryjówka. Ale wody jak nie było, tak nie było. Spoglądając niżej, w kierunku dna doliny, dostrzegłam między drzewami jakiś błękitnawy dymek, a do moich uszu doszedł daleki plusk wody. Musieli tam przebywać jacyś podróżni albo drwale spożywający śniadanie. Myśl, że ci ludzie tam jedzą i piją, zwielokrotniała udrękę naszych pustych żołądków. Jongden nie wytrzymał, chwycił nasz rondel i nie bacząc na ryzyko przypadkowego spotkania na drodze, poszedł po wodę. Kiedy zostałam sama, ukryłam nasze torby podróżne pod suchymi liśćmi, sama zaś położyłam się na wznak przysypując ubranie liśćmi. Gdyby ktoś przechodził przypadkiem przez las, mógłby mnie minąć zupełnie niczego nie zauważając. Sam Jongden, wracając z wodą, miał kłopoty z odnalezieniem mnie.

Wyruszając w podróż oboje z Jongdenem włożyliśmy te same chińskie ubrania, które nosiliśmy podczas naszej wędrówki przez całe Chiny. Nie przyciągały niczyjej uwagi, a w moim przypadku, nawet jeśli ktoś mnie wcześniej widział lub rozpoznał jako cudzoziemkę, nie mógł na tej podstawie powziąć podejrzeń co do moich zamiarów. Większość cudzoziemców mieszkających w odległych częściach Chin nosiła ubiór rdzennych mieszkańców.

Jeśli chodzi o rejony, do których dotarliśmy, mogliśmy mieć wszelkie podstawy, ażeby sądzić, że odtąd będziemy spotykać na naszej drodze wyłącznie ludzi absolutnie nam obcych: tybetańskich pielgrzymów. A zatem najlepiej byłoby wmieszać się w ich tłum, a zwłaszcza w grupę zwaną potocznie ardżopami.

Ardżopami nazywa się pielgrzymów, w większości mnichów, podróżujących pieszo ze swoimi bagażami, przemierzających Tybet i odwiedzających rozmaite tradycyjne miejsca kultu.

Wśród nich znajduje się wielu prawdziwych biedaków, ale też i wielu fachowych żebraków, zachowujących powierzchowność pielgrzymów, co zapewnia im hojniejsze jałmużny. Większość ardżopów posiada swoje domostwa, tudzież jakieś środki utrzymania w swoich regionach, niemniej ich dochody pozostają zbyt niskie, by mogli sobie pozwolić na luksus podróżowania inaczej niż pieszo.

Postanowiłam zatem uchodzić za ardżopę, ponieważ uznałam to za najlepszy sposób przemieszczania się bez przyciągania czyjejś uwagi. Jongden, autentyczny lama, człowiek wykształcony, będzie doskonały w swojej własnej roli, ja zaś, jego stara matka, niezwykle religijna, która też wyruszyła na długą pielgrzymkę, powinnam wydawać się osobą wzruszającą i sympatyczną.

Takie właśnie rozważania wpłynęły w dużej mierze na mój wybór. Ale, muszę to wyznać, doskonała wolność ardżopy - osoby uwolnionej od kłopotów ze służącymi, końmi i dużymi bagażami, która może spać każdej nocy gdzie jej się podoba, nawet pod gołym niebem - bardzo mnie pociągała.

Teraz, po dziesięciu miesiącach doświadczeń8, kiedy mogę ocenić zarówno radości, jak i wyrzeczenia czy trudy tego malowniczego życia, uważam że najcudowniejsze, jakie tylko można sobie wymarzyć i najszczęśliwsze, jakie tylko można przeżyć, były w moim życiu te dni, kiedy z nędznym tobołkiem na plecach przemierzałam we wszystkich kierunkach cudowną Krainę Śniegu.

* * *

Po zjedzeniu obfitego posiłku, na który składały się: campa, suszone mięso i herbata z masłem, przywdzialiśmy tybetańskie ubrania. Nie mogę powiedzieć, że się przebraliśmy. Jongden założył ponownie swój strój lamy, który nosił przecież od młodości, ja zaś i tak przez całe lata nosiłam się "po tybetańsku". Jedyną nowością było zamierzone ubóstwo naszych obecnych strojów.

Trochę kłopotów miałam z nakryciem głowy. Wyruszając z Amdo nie zabrałam tybetańskiego kapelusza. Liczyłam, że kupię takowy w Atunce, ale okoliczności sprawiły, że wybrałam inną trasę i żadnego sklepiku z takim artykułem już nie napotkałam.

Na razie stary czerwony pas musiał zająć miejsce kapelusza. Kiedy owinęłam go wokół głowy, przypominał nieco turbany kobiet z Luce Kjangu. Zastąpienie czerwonym kolorem zwyczajowego błękitu przeznaczonego dla wdowy po ngagpie9, a za taką się podawałam, nie powinno chyba wywoływać żadnych uwag.

Buty z niską cholewką o lekko zakrzywionym do góry czubku, kupione w Khamie, podobnie jak tkanina mojej sukni, wyrabiana w tej prowincji, wskazywały region kraju, z którego przybywamy i służyły mi za świadectwo narodowości.

Kilka lat temu obcięłam włosy. Z chwilą, kiedy zdecydowałam się podróżować w świeckim ubraniu zapuściłam je ponownie, ale moim warkoczom wciąż jeszcze było daleko do długości wymaganej przez tybetańską modę. Z tym samym problemem borykały się też same Tybetanki, postanowiłam więc skorzystać z ich sposobu radzenia sobie z nim. Długie włosy z sierści jaków przedłużyły moje własne, chcąc zaś upodobnić brązowy kolor moich warkoczy do czarno-granatowego ubarwienia jaków, pocierałam je lekko zwilżoną pałeczką chińskiego tuszu.

Do radykalnej zmiany mojej fizjonomii doskonale przyczyniły się grube kolczyki, a dla całości efektu upudrowałam10 twarz mieszaniną sproszkowanego zwęglonego drewienka i odrobiny kakao z jedynego opakowania, jakie posiadaliśmy. Przyznaję, że ten kosmetyk był bardzo osobliwy, niestety, zaopatrzeniowcy z branży teatralnej, u których mogłabym nabyć bardziej wyszukany specyfik do makijażu twarzy, nie otworzyli jeszcze swoich sklepików w tybetańskich lasach.

Wyruszyliśmy we mgle, ukrywszy przedtem w zaroślach nasze chińskie ubrania, ponieważ postanowiliśmy je zostawić.

* * *

Następnego dnia rano szukaliśmy miejsca na odpoczynek po nocnym marszu. Znaleźliśmy tylko jakieś wilgotne miejsce położone prawie na poziomie małej rzeczki. Spożyliśmy trochę campy i masła; z powodu bliskości drogi nie mieliśmy odwagi rozpalić ognia, toteż piliśmy lodowatą wodę o odrażającym zapachu stęchlizny.

Po tym skąpym posiłku zapadłam w głęboki sen. Kiedy się obudziłam, pierwsze co ujrzałam to jakiś stojący mężczyzna w tybetańskim stroju i kapeluszu z miękkiego filcu, jaki noszą żołnierze stacjonującej pod stolicą armii rządu w Lhasie.

W ułamku sekundy w mojej otępiałej jeszcze od snu głowie pojawiły się tysiące myśli: "Tybetański żołnierz!... Czy został przysłany znad granicy, żeby nas śledzić?... Czy władze tybetańskie otrzymały jakąś informację, że zmierzamy ku przełęczy Dokar?..." Za wszelką cenę musiałam go zmylić, przekonać, jeżeli to jeszcze było możliwe, że jestem autentyczną Tybetanką. A najlepszym tego sposobem było wysmarkanie się przy pomocy palców. A więc, do dzieła! Ruch spowodowany chęcią wykonania tego gestu wyrwał mnie z półsnu, w jakim trwałam do tego momentu. Żołnierz znikł. Pionowo stercząca skała tudzież otaczające ją gałęzie wywołały to przywidzenie. Dziwaczne urojenie przestraszyło mnie tak dalece, że nie miałam ochoty na śmiech, co gorsza, drżałam na całym ciele, a to nie pozostawiało wątpliwości co do skutków naszego dłuższego postoju w tym niezdrowym miejscu: miałam gorączkę.

Spojrzałam na zegarek, dochodziła trzecia. Nieco zbyt wcześnie, by wyruszyć w drogę, ale księżyc w swojej fazie malejącej ukazywał się teraz dopiero o północy, zaś odcinek drogi, jaki moglibyśmy przebyć przy jego świetle nie był na tyle długi, żeby posunąć nas znacznie do przodu. Trzymanie się kurczowo naszego postanowienia o podróżowaniu wyłącznie nocą stawało się coraz bardziej nierealne, ponieważ opóźniało dotarcie do granicy, co z kolei narażało nas na liczne niebezpieczeństwa.

Późnym wieczorem przybyliśmy do wyjątkowo urokliwego miejsca. Była to rozległa półkolista polana otoczona gęstwiną krzaków. Kilka potężnych drzew, podobnych do gigantycznych kolumn, prężyło tu swoje ogromne pnie i rozpinało rozłożyste konary. Pod obfitym listowiem panowały nieprzeniknione ciemności budzące jakiś religijny lęk. Odnosiłam wrażenie, że oto znalazłam się w jakiejś świątyni, gdzie odprawia się tajemne i straszliwe rytuały.

W wielu miejscach dało się zauważyć to, co Tybetańczycy zwą midosa11, a co wskazywało na to, że zatrzymują się tu liczni pielgrzymi.

Niektórzy z tych pobożnych podróżników byli, widać, na tyle wygodni, że rozkładali dookoła ognisk sosnowe gałęzie, służące im za maty. Te okrągłe ciemnozielone plamy odcinające się od złotawego tła suchych liści wyglądały teraz jak aksamitne dywaniki i potęgowały jeszcze pierwsze wrażenie tajemniczego sanktuarium, w którym każdy z grona dostojników odbywających tajemne narady, ma swoje wyznaczone miejsce.

Wszędzie leżały ogromne porąbane pnie drzew, toteż wystarczyło tylko przyciągnąć część drew do midosy, którą wybraliśmy i już chwilę później ogrzewaliśmy się przy płomieniach ogniska.

W spowitych mrokiem zaroślach kręciły się niewidoczne dla nas zwierzęta; słyszeliśmy trzask gałązek łamiących się pod ich łapkami. Niekiedy kroki zatrzymywały się bardzo blisko, a czworonożny spacerowicz zapewne przyglądał się naszym poczynaniom, nie mogliśmy go jednak dojrzeć przez ciemności, które zalegały polanę i zasłaniały jej krańce.

Spaliśmy tylko kilka godzin, chcieliśmy wyruszyć przed wschodem słońca, ale światło księżyca będącego w ostatniej fazie, nie było w stanie przeniknąć przez gęste listowie drzew, toteż nie udało się nam odnaleźć drogi przez las i wróciliśmy do miejsca postoju, by tam doczekać świtu.

* * *

W miarę jak wchodziliśmy coraz wyżej na świętą górę, las zmieniał swój wygląd, stawał się ciemniejszy i groźniejszy aniżeli w okolicach Londre. Dziwne zjawiska zaczęły towarzyszyć naszym nocnym marszom, jakbyśmy wkroczyli do królestwa jakiegoś czarnoksiężnika. Ruch obłoków, blaski świateł, gorączka wywołana zmęczeniem tudzież inne tajemnicze przyczyny sprawiały, że przed nami pojawiała się jakaś fantastyczna sceneria. Pod wysokimi drzewami tańczyły ogniki, w szczelinach skalnych dostrzegaliśmy blaski płomieni, na tle których poruszały się jakieś cienie, do naszych uszu dochodziły, jakby z oddali, przedziwne melodyjne dźwięki. W pewnym momencie, a szłam wtedy pierwsza, ujrzałam nagle dwie ludzkie sylwetki, bardzo wysokie, zmierzające w moją stronę.

Zawróciłam w miejscu i czołgając się po ziemi, by nie być widzianą, dopadłam Jongdena i pociągnęłam go w stronę wyschniętego koryta jakiegoś potoku, wciśniętego między dwie skalne ściany. Przesiedzieliśmy tam resztę nocy, ukryci między głazami i suchymi liśćmi, obserwując na powierzchni nieco oddalonej skały migające odblaski płomieni z niewidocznego ogniska.

Na krótko przed wschodem słońca - a jest to pora, kiedy Tybetańczycy wyruszają w drogę - Jongden i ja zaczęliśmy uważnie nadsłuchiwać, chcąc wyłowić jakieś odgłosy ludzi bądź zwierząt, ale nic nie zakłócało głębokiej ciszy lasu. Wszystko to zaintrygowało mnie do tego stopnia, że chcąc zaspokoić swoją ciekawość zboczyłam nieco z drogi, by przyjrzeć się miejscu, w którym znajdowała się owa dziwna skała. Otaczały ją cierniste zarośla i kilka uschniętych drzew. Nie było to miejsce odpowiednie na postój. Na powierzchni skały można było dostrzec pochodzące z bardzo dawnych czasów wyobrażenie Padmasambhawy, wyryte w skale oraz kilka mistycznych formuł, jakie spotkać można w wielu miejscach Tybetu. Wszystko porastał mech, a resztki wizerunku zatarł już czas. Żadnych śladów ognia, spalonego drewna czy popiołu.

Zauważyłam natomiast wąską i długą szczelinę między skałą a ziemią i w tym miejscu skała wydawała się zaczerniona przez dym; byłam skłonna uwierzyć, że to jej naturalny koloryt. Chcieliśmy jednak z Jongdenem upewnić się, toteż szukaliśmy przez ponad godzinę i to we wszystkich kierunkach, jakiegoś przejścia, które mogłoby prowadzić do groty lub pieczary pod skałą. Niestety, natrudziliśmy się tylko niczego nie znajdując.

W trakcie naszych pilnych poszukiwań nadleciało kilka czarnych ptaków i usadowiło się na pobliskiej gałęzi, sprawiając wrażenie jakby śledziły z rozbawieniem nasze ruchy, potrząsały przy tym małymi główkami i wydawały krótkie piski.

Odgłosy te były tak nieprzyjemne, że Jongden się zdenerwował.

- Oj, nie podobają mi się te czarne bestyjki - odezwał się do mnie. - Te złośliwe mimajiny12, które chcąc opóźnić nasz wymarsz niepokoiły nas w nocy odblaskami ognia i melodyjnymi dźwiękami, mogły teraz przyjąć formę ptaków i zapewne szykują jakiś nowy podstęp.

Taki koncept wywołał u mnie uśmiech, ale mój towarzysz raczej nie żartował. W prawnuku lamy-czarownika cieszącego się niegdyś sporym uznaniem odezwała się, widać, krew przodka-cudotwórcy. Zaczął recytować zung13, wykonując przy tym odpowiednie rytualne gesty. Ku mojemu zaskoczeniu ptaki uleciały przestraszone, wydając rozdzierające krzyki.

- A widzisz! - zatriumfował Jongden. - Byłem tego pewien. Ruszamy! Niedobrze byłoby pozostać tu dłużej.

Uśmiechnęłam się ponownie. Oczywiście należało się pośpieszyć, co do tego byłam zgodna z młodym człowiekiem. Mieliśmy nadzieję, że tego wieczoru przekroczymy granicę dzielącą nas od zakazanego kraju.

* * *

Wczesnym rankiem zatrzymaliśmy się na posiłek w dolinie całej białej od szronu. W miarę zbliżania się do przełęczy pejzaż stawał się jeszcze bardziej dziki, po naszej lewej stronie wznosiło się skaliste wzgórze, którego nieregularna linia grzbietowa zdawała się dźwigać warowne zamki. Okna, bramy, wieżyczki, balkony - niczego im nie brakowało. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś klasztor zbudowany w tym miejscu dla oddających się kontemplacji lamów, ale wkrótce pojęłam, że jedynym architektem i budowniczym tych okazałych, a zarazem wdzięcznych budowli była natura.

Bardzo żałowałam, że z uwagi na bliską już odległość do granicy i wysiłek, jaki muszę włożyć w to, by nie zostać zauważoną, nie mogę zatrzymać się w tym miejscu. Och, jak bardzo chciałabym móc oddać się poszukiwaniom dojścia do tych baśniowych pałaców. Znając Tybet i jego zwyczaje, zadawałam sobie pytanie, czy przypadkiem jakiś eremita nie wybrał tego miejsca na swoją siedzibę.

Podążaliśmy w kierunku grani, która zdawała się być wierzchołkiem przełęczy, i wszędzie napotykaliśmy źródła krystalicznej wody, spadającej kaskadami po małych naturalnych uskokach. Ślady obozowisk wskazywały, że latem przebywały tu wędrujące trzody, ale o tej porze roku było tu zupełnie pusto.

Nasze złudzenia co do odległości od Dokar la14 nie trwały długo. Kiedy przybyliśmy do miejsca, z którego mieliśmy nadzieję rozpocząć schodzenie po drugiej stronie przełęczy, okazało się, że mamy jeszcze do pokonania rozległą pustynną dolinę, wznoszącą się ku odległym stromym i pustym zboczom. Przykre było to zaskoczenie. Stwierdziliśmy jednak, że nie będziemy zapuszczać się w świetle dnia na tak pustynny teren, gdzie bylibyśmy doskonale widoczni ze wszystkich sąsiednich szczytów, gdyż byłoby to nadmiernym ryzykiem, i zdecydowaliśmy się raczej na utratę cennych godzin.

Szczęśliwie dla nas w pobliżu znajdowało się rumowisko bloków skalnych, skutek jakiegoś dawnego osunięcia się skały, które mogło nam posłużyć za schronienie. Mimo znacznej wysokości, między głazami rosło kilka małych świerków; rozłożyliśmy się zatem w cieniu ich gałęzi.

Z mojej kryjówki widać było jeszcze krańce owych naturalnych zamków, które tak mnie zachwyciły. Teraz znajdowałam się wyżej niż tamten skalisty grzbiet, przy którym były one ulokowane i zorientowałam się, że do tego grzbietu można z powodzeniem podejść od zbocza, które właśnie ukazało się moim oczom.

Wiele lat spędziłam u podnóża wiecznych śniegów, żyłam też na trawiastych pustkowiach w okolicach wielkich jezior, znam niezwykłe i cudowne życie tybetańskich anachoretów, a wszystko co się do nich odnosi budzi natychmiast moje zainteresowanie. Kiedy przyglądałam się skalnym pałacom, powolutku ugruntowywało się we mnie przekonanie podpowiadane przez intuicję - tam musi ktoś być... Docierało do mnie jakieś tajemnicze przesłanie, skryci przed swoim wzrokiem, nawiązywaliśmy bezsłowny kontakt. Zresztą, to w końcu mało ważne, czy na tej górze przebywała jakaś istota ludzka podobna do mnie. Dobiegający mnie głos był echem tysiącletnich idei, do których bezustannie powraca myśl Wschodu, a które zdają się czynić ze szczytów Tybetu jedną ze swoich fortec.

Było już dobrze po południu, kiedy wyruszyliśmy w przekonaniu, że o tej porze nikogo już nie spotkamy na drodze. Tybetańczycy bowiem wyruszają na przejście przełęczy najpóźniej w południe, ponieważ to daje im sporo czasu na zejście jak najniżej po przeciwległej stronie i pozwala uniknąć zimna i braku opału podczas następnej nocy.

Tyle że my nie byliśmy zwykłymi podróżnikami, zwyczaje dyktowane ostrożnością musiały być niejednokrotnie przez nas odrzucane, ponieważ nasz kodeks sprowadzał się w zasadzie do jednego artykułu: uniknąć rozpoznania. Co do reszty, musieliśmy polegać na naszej krzepie i silnej woli.

Podczas krótkiego postoju przed ostatnią już wspinaczką zauważyliśmy w oddali prowadzącego konia mężczyznę, który dotarł właśnie do owej wysoko położonej równiny i usiadł w pobliżu miejsca, gdzie my spędziliśmy znaczną część dnia. Potem, kontynuując naszą wędrówkę, straciliśmy go z oczu.

Wydało mi się oczywiste, że jeżeli nie tego samego wieczoru, to najdalej następnego dnia podróżny powinien nas dogonić, ponieważ między urwistymi szczytami nie było żadnej innej ścieżki poza tą dla pielgrzymów, a ponadto rozmaite okoliczności mocno opóźniały naszą marszrutę. Ale ten człowiek nie pokazał się już nam więcej. Pierwsi pielgrzymi minęli nas dopiero nazajutrz. Pytałam ich o tego człowieka, ale zapewniali mnie, że nikogo nie spotkali na swojej drodze. To potwierdzałoby w pewnym stopniu moje przeczucia, co do obecności eremity w najbliższym sąsiedztwie. Mężczyzna prowadzący konia mógł być dżindagiem15 lub posłańcem przywożącym żywność.

Widocznie po krótkim wypoczynku mężczyzna ten zboczył z drogi, by dotrzeć do siedziby eremity i, być może, spędzić z nim kilka dni. Fakt, że majestatyczny wygląd i piękno tego miejsca nakłoniły jakiegoś pustelnika do osiedlenia się w tym zakątku, nie powinien budzić zdziwienia. Mistycy tybetańscy mają swoje siedziby w miejscach o wiele bardziej odludnych niż to napotkane przez nas.

* * *

Przełęcz Dokar wznosi się już przed nami, przecinając imponującą sylwetę wznoszącą się na tle szarawego zmierzchowego nieba. Jest to takie miękkie wgłębienie w ogromnej, jakby cyklopowej ścianie skalnej, której ostra grań zapadła się w tym miejscu, na podobieństwo grubych lin rozwieszonych nad rzekami, a służących za mosty. Świadomość tego, że przełęcz oznacza granicę, od której zaczyna się strefa zakazana, potęguje jeszcze jej surowy wygląd.

Teren przylegający do przełęczy jest zazwyczaj poświęcony rozmaitym bóstwom. Tybetańscy pielgrzymi wznieśli tutaj bardzo wiele małych ołtarzyków zbudowanych z trzech kamieni ustawionych pionowo oraz czwartego, ułożonego na nich na kształt daszku, pod którym są składane małe ofiary dla bóstw.

Na samej przełęczy i sąsiadujących graniach powiewają liczne chorągiewki z mistycznymi napisami - modlitewne flagi. Słabe światło szybko ubywającego dnia nadaje im wygląd żywych istot, wojowniczych i groźnych. Można by pomyśleć, że to jacyś wojownicy wdzierający się na szczyty, broniący dostępu do granicy, gotowi zaatakować każdego zuchwalca, który ośmiela się zapuszczać na szlak wiodący do świętego miejsca.

Ponieważ dotarliśmy do najwyżej położonego kopczyka kamieni - a to oznaczało szczyt masywu - powitał nas ostry podmuch wiatru: gwałtowny i lodowaty pocałunek surowej krainy, której twarde piękno zdołało mnie już oczarować przed wielu laty i gdzie teraz powracam.

Wykonałam kolejno pokłony w kierunku czterech stron świata, zenitu i nadiru, powtarzając buddyjskie błogosławieństwo: "Niech wszystkie istoty żyją w szczęściu" i zaczęliśmy schodzić na dół.

W tym momencie nad skalnym masywem rozpętała się burza, czarne chmury przetaczały się we wszystkich kierunkach, a wkrótce zaczął padać mokry śnieg. Przyśpieszaliśmy kroku w miarę naszych możliwości, chcąc dotrzeć przed nocą do podnóża spadzistego zbocza, na którym się znajdowaliśmy.

Wkrótce spowiły nas zapadające ciemności, spotęgowane jeszcze złą pogodą. Zgubiliśmy wąską ścieżkę wijącą się wśród skalnego osuwiska i ślizgaliśmy się teraz, z szybkością nie do wyhamowania, po kamyczkach uciekających spod naszych stóp. Wreszcie, kiedy z wielkim trudem udało nam się zatrzymać, każde z nas wbiło swój okuty kij głęboko w ziemię, by posłużył za oparcie dla jednej z nóg, a potem, trzymając się wzajemnie dla większego bezpieczeństwa, z tobołami przytwierdzonymi do pleców, siedzieliśmy skuleni pod padającym śniegiem.

Śnieg padał od ósmej wieczór do drugiej nad ranem. Wtedy dopiero ukazał się między chmurami melancholijny księżyc w swojej ostatniej kwadrze i mogliśmy kontynuować zejście w kierunku zadrzewionego terenu.

Gdy odpoczywaliśmy na skraju rozległej przestrzeni, gdzie zniszczone pożarem drzewa zastąpiła gęsta trawa i karłowate zarośla, nagle zobaczyłam parę zwierząt o wydłużonym ciele i intensywnie świecących ślepiach. Czworonogi pospacerowały sobie odległą ścieżką poniżej nas i w końcu zniknęły gdzieś w nadbrzeżnych zaroślach.

Pokazałam je Jongdenowi, a ten zaczął z uporem twierdzić, że są to daniele, mimo że ich wydłużone ciała i szczególny blask ślepi wskazywały na dzikie drapieżniki.

Odczekałam nieco, by uniknąć niepożądanego spotkania, po czym znowu ruszyliśmy w drogę.

Byliśmy już mocno wyczerpani, kiedy dotarliśmy do brzegu jakiejś dużej rzeki. Nie mogliśmy przewidzieć, czy znajdziemy wkrótce inne źródło wody, ponieważ rzeka wpadała do wąwozu, a nasza ścieżka pięła się po zboczu góry. Mając nadzieję, że zwierzęta, które napotkaliśmy zostawią nas w spokoju, o ile przebywają jeszcze w tej okolicy, rozpaliliśmy ogień, by nastawić wodę na herbatę.

Przygotowując lekki posiłek usłyszeliśmy jakieś hałasy w zaroślach, ale jako że przywykliśmy już do przechadzek dzikich zwierząt wokół naszego obozowiska, nie przywiązywaliśmy do tego zbytniej wagi. Jongden spokojnie zasnął, ja zaś usiłowałam czuwać, bezskutecznie walcząc z opadającymi powiekami. Zapadłam w drzemkę, gdy nagle obudziło mnie jakieś przytłumione prychanie. Kilka kroków od nas stało jedno z tych zwierząt o świecących oczach i patrzyło teraz na mnie. Zwierzakmiał wydłużoną szyję, węszył coś w powietrzu, widziałam wyraźnie jego cętkowaną sierść. Nie był duży, pomyślałam, że to młody lampart lub pantera.

Nie budziłam Jongdena. To nie było moje pierwsze spotkanie z osobnikami tego gatunku; rzadko atakują człowieka, chyba że zostały sprowokowane lub zranione, ja zaś miałam zawsze wewnętrzne przekonanie, że uszanują mnie i tych, co są ze mną.

- Mój mały - wyszeptałam patrząc na wdzięczną sylwetkę zwierzaka - widziałam już z bliska większego od ciebie księcia dżungli, więc idź spać i żyj szczęśliwie.

Wątpię, czy "mój mały" coś z tego zrozumiał. Niemniej, po kilku minutach, kiedy zaspokoił już swoją ciekawość, odszedł dostojnym krokiem.

Nie mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy wypoczynek. Dzień wstawał, była już pora, by pójść w ślady naszych nocnych gości i poszukać jakiegoś schronienia w zaroślach. Obudziłam lamę i wyruszyliśmy. Ledwie zrobiliśmy kilka kroków, Jongden wskazał końcem kija na coś pod drzewami i powiedział:

- A oto i one!

Stała tam para naszych cętkowanych przyjaciół. Dwie głowy odwróciły się w naszą stronę, popatrzyły przez chwilę i zniknęły w gęstwinie nad rzeką, a my powędrowaliśmy dalej naszą ścieżką.

W miarę jak posuwaliśmy się naprzód, wygląd lasu się zmieniał. Nie był już taki zwarty; wędrujące po niebie słońce oświetlało poszycie leśne, a poprzez listowie rzadziej już rosnących drzew można było dostrzec poniżej przeciwległy brzeg rzeki. Ku naszemu zdumieniu sprawiał on wrażenie uporządkowanego, ale uporządkowanego w jakiś przedziwny sposób, który nadawał mu bardziej wygląd parku możnowładcy niż zwyczajnych nadbrzeżnych pól.

Poranek był cudowny, a nasza wędrówka tak wspaniała, że kontynuowaliśmy ją jeszcze grubo po godzinie, w której zazwyczaj umykamy do lasu.

Nieprzewidziany zakręt rzeki - a szliśmy powyżej jej biegu - sprawił, że znaleźliśmy się naprzeciwko jakiejś wioski zbudowanej na zboczu góry. Kilka pojedynczych domów było usytuowanych blisko nas, na skraju drogi.

Nie mieliśmy pojęcia co to za wioska. Nie było jej na żadnej z map, a i mieszkańcy tego kraju, których wypytywałam przed wyjazdem o ten region, nigdy o niej nie wspominali. Jej architektura w niczym nie przypominała wiejskich chat. Zamiast chłopskich gospodarstw i chat krytych słomą dostrzegaliśmy wille i miniaturowe pałacyki otoczone ogrodami, które pomimo niewielkich rozmiarów zwracały uwagę imponującym wyglądem.

Ta dziwna miejscowość była skąpana jasnozłocistym światłem. Nie dobiegały z niej żadne głosy, ani ludzi, ani zwierząt. Jedynie od czasu do czasu dochodził do naszych uszu ledwie słyszalny dźwięk srebrnego dzwonu.

Patrzyliśmy jak osłupiali. Czy byliśmy w Tybecie, czy może w jakiejś zaczarowanej krainie?

Mimo wszystko nie mogliśmy bez końca trwać w kontemplacji. Mogli nadejść ludzie. Za żadną cenę nie powinniśmy dać się zobaczyć tutaj, w pobliżu posterunków granicznych. Ostrożność nakazywała odłożyć do wieczora podziwianie tego osobliwego miejsca.

Ścieżka pięła się po stoku, niełatwo było z niej zboczyć. Znajdowaliśmy się między przepaścią a prawie prostopadłym zboczem góry. Z trudem wdrapywaliśmy się po zboczu, pokonując głazy i przewrócone drzewa, a kiedy już wreszcie przestaliśmy być widoczni z drogi, osunęłam się na miękki mech między głazami i zapadłam w gorączkowy sen pełen majaków.

Niecierpliwość ponownego zobaczenia tej fantastycznej wioski, obawa że będziemy musieli przechodzić, nawet nocą, przez zamieszkały teren, a także chęć znalezienia drogi, która by pozwoliła uniknąć tego ryzykownego przedsięwzięcia, wygnały nas na ścieżkę jeszcze przed zachodem słońca.

Ale gdzie, u licha, podziały się te wdzięczne wille, te malutkie pałacyki z pięknymi ogrodami? Przed nami rozciągał się las, ciemny i pustawy, a ostry i świszczący w gałęziach wiatr z północy zastępował teraz melodyjne dźwięki srebrnych dzwonków.

- Chyba się nam przyśniło - powiedziałam do Jongdena. - Niczego nie widzieliśmy dziś rano, to wszystko musiało pojawić się w naszych snach, kiedy zasnęliśmy.

- Przyśniło! Mówisz, że to się nam przyśniło!- wykrzyknął lama. Ciekawe, jakim cudem? W dodatku oboje musielibyśmy śnić ten sam sen! Dziś rano, kiedy ty podziwiałaś tę cudowną wioskę, ja wyryłem na kamieniu metalowym końcem mojego kija sungpo16, ażeby żadne bóstwa czy demony nie opóźniały naszej podróży do Lhasy. Zaraz ci pokażę.

Lama rozglądał się przez chwilę. Chwilę potem, patrząc na płaski kamień u podnóża wielkiej sosny, wykrzyknął z triumfem w głosie:

- O, tam. Popatrz!

Rzeczywiście, na płaskim kamieniu widniał wyryty metalowym czubkiem kija znak sungpo. Zamilkłam, nie wiedząc co powiedzieć.

- Mój synu - odezwałam się wreszcie do Jongdena, zbierając się do drogi - cały wszechświat jest tylko snem i wobec tego...

- Wiem, wiem - przerwał mój towarzysz - a jednak sungpo i ngag17 rozproszyły skutecznie tamto złudzenie... Nie ma wątpliwości, że są to działania istot, które chcą opóźnić naszą wędrówkę lub przeszkodzić w osiągnięciu celu naszej podróży.

- Podobnie jak te czarne ptaki? - zażartowałam. - I może jeszcze te młode lamparty?

- Właśnie, jak te czarne ptaki, na pewno - potwierdził Jongden. Widać było, że jest urażony. - Co do lampartów, tego nie wiem. Wyglądały na poczciwe zwierzaki. Tak czy owak, wkrótce wyjdziemy z lasów Kha Karpo i zamiast urojonych zamków staniemy naprzeciwko prawdziwych wiosek, ludzi z krwi i kości, żołnierzy i urzędników, a nie jakichś mimajinów. I wtedy zobaczymy, czy uda się nam wybrnąć z kłopotów równie łatwo, jak to mi się udało z istotami z innego świata.

- Nie obawiaj się - odpowiedziałam z powagą - to moje zadanie.

- A jak się do tego zabierzesz? - zapytał młody człowiek.

- Rzucęna nich czary i będą oglądać jakieś fatamorgany, tak samo jak to zrobiły mimajiny z nami.

I rzeczywiście. Kilka dni później sprawy przybrały taki właśnie obrót.

* * *

Cud, który pozwalał nam wędrować przez cały tydzień po drodze uczęszczanej przez pielgrzymów, nie napotykając żadnej żywej duszy w ciągu dnia, ani nie natrafiając na żadne obozowisko podczas nocnych marszów, nie mógł trwać bez końca. Kiedy dochodziliśmy do jednej z pomniejszych przełęczy, przez którą przebiegała droga do Aben, usłyszeliśmy nagle za sobą dźwięk dzwonków: zbliżała się gromada pielgrzymów, mężczyźni i kobiety oraz dwa konie obładowane bagażami. Zamieniliśmy kilka grzecznościowych zdań, po czym każde z nas obeszło w nabożnym skupieniu lace18 ozdobione pionowo powtykanymi chorągiewkami z napisami i formułami magicznymi. Nasi pielgrzymi, nieobciążeni tobołami, zeszli po zboczu szybciej niż my i kiedy dotarliśmy na małą śliczną polankę obfitującą w źródełka krystalicznej wody, oni już siedzieli i popijali herbatę.

Teraz należało się wykazać praktyczną znajomością roli pielgrzyma i zadaniu temu podołaliśmy. W myśl zwyczajów tybetańskich nie do pomyślenia byłoby przejść tamtędy nie zatrzymując się na posiłek, zwłaszcza że nadeszła pora na caphog19.

Miałam właśnie iść po suche gałęzie na rozpalenie ognia, kiedy zacni pielgrzymi, przez szacunek dla lamy, zaprosili nas do wspólnego picia herbaty. Byłam zachwycona mogąc nadal spokojnie siedzieć i rozkoszować się dostojeństwem otaczającego nas pejzażu.

Na tle spiętrzonych łańcuchów górskich pokrytych lasami, gigantyczny Kha Karpo, cały biały i lśniący, wznosił swój spiczasty wierzchołek prosto ku świetlistemu tybetańskiemu niebu. W obliczu tego kolosa nasza kręcąca się po trawie gromadka wydawała się chmarą maleńkich owadów. Ten przygniatający kontrast mógł stanowić dobrą lekcję pokory i wielu innych rzeczy, ale zacni pielgrzymi nie zastanawiali się nad tym. Odwróceni plecami do majestatycznej siedziby bogów, którym chcieli oddać cześć przybywając z daleka, skupiali teraz swoją uwagę wyłącznie na jedzeniu.

Tymczasem ja trwałam w zachwycie zapominając, że moje zachowanie może wydawać się dziwne. Pielgrzymi dostrzegli to w końcu i zapytali dlaczego nic nie jem.

- Matka przebywa teraz w otoczeniu bogów - odpowiedział Jongden i postawił przede mną kubek gorącej herbaty, co miało mnie sprowadzić na ten świat.

Jedna z kobiet nie rozumiejąc sensu tej wypowiedzi zapytała lamę ponownie:

- Czy twoja matka jest pamo20?

Przez moment byłam przerażona, że mój towarzysz nie powstrzyma się od śmiechu słysząc taką koncepcję, ale on odrzekł z powagą:

- Mój zmarły ojciec był ngagpą21, a matka była jego sangjum22.

Wszyscy spojrzeli na mnie z szacunkiem, a szef tej nabożnej gromadki przysunął mi kawałek suszonego mięsa. Do tego momentu częstowano nas tylko campą, lecz moje nowo przybrane wcielenie zasługiwało w oczach prostodusznych Tybetańczyków na godniejszy poczęstunek. Każdy ngagpa uchodził za niebezpiecznego czarownika z powodu przypisywanych im tajemnych mocy i narażanie się na nieprzychylność ze strony ich samych bądź ich bliskich było uważane za poważne ryzyko. Fakt, że mój małżonek już nie żył, niczego nie zmieniał. Groźne, niewidzialne duchy, które były mu uległe za sprawą magicznych zaklęć, nadal otaczały jego żonę i syna i opiekowały się nimi.

Nic zatem dziwnego, że wesołość pielgrzymów przygasła, przybrali poważne miny, podarowali nam jeszcze trochę masła oraz campy na drogę i pośpiesznie odeszli, pragnąc opuścić jak najszybciej nasze czcigodne acz niebezpieczne i dość ryzykowne towarzystwo, słowem uczynili dokładnie to, czego sobie najbardziej życzyliśmy.

Następnego dnia dotarliśmy do skraju ogromnych lasów pokrywających masyw Kha Karpo. Z jednego z wierzchołków dostrzegliśmy wieś Aben położoną na brzegu rzeki Lhakhangry. Ta wioska, gdzie niegdyś Chińczycy utrzymywali swoich żołnierzy, stała się, jak mi wcześniej mówiono, wojskowym posterunkiem tybetańskim.

Od tej chwili nie chodziło już o poruszanie się w pustawych lasach, lecz o przejście przez wioskę rozciągającą się ze swymi polami i oddalonymi niekiedy gospodarstwami, na przestrzeni wielu kilometrów.

Nasza dawna metoda wędrowania nocą nie mogła być już kontynuowana. Psy, które znalazłyby się na naszej drodze, mogły okazać się groźne, zwłaszcza nocą, a poza tym narobiłyby wiele hałasu. Nie mogliśmy liczyć, że cuda zdarzą się na każdym kroku. Do tej pory podróżowaliśmy w niezwykle sprzyjających okolicznościach, rozwaga nakazywała więc przewidywać ewentualne zagrożenia i nie wymagać za wiele od opiekunów, niezależnie od ich postaci, wspomagających nasze zamierzenia.

Teraz bowiem, gdyby ktoś zobaczył nas szwendających się po nocy, przysporzyłoby to nam niewątpliwie kłopotów: wszczęto by śledztwo, badając zarówno nas samych, jak i nasze zamiary, i to właśnie byłoby najgorsze. Wobec tego uznaliśmy, że najlepszym rozwiązaniem będzie przejście przez wioskę Aben przed wschodem słońca. Wykorzystamy fakt, że nie będzie jeszcze zbyt jasno, a ponieważ Tybetańczycy mają zwyczaj wyruszać w drogę o świcie, nawet jeśli ktoś nas zauważy, nasze zachowanie wyda mu się całkiem naturalne.

Przyjrzeliśmy się dolinie - na tyle, na ile mogliśmy to uczynić z tej wysokości - by móc skierować się tam jutro przed świtem. Z obawy, że dotrzemy do wioski zbyt wcześnie, pozostaliśmy w naszym miejscu nieco dłużej i w rezultacie - a droga okazała się dłuższa niż to oceniliśmy - zapadła noc zanim dotarliśmy do doliny.

Po raz pierwszy od czasu opuszczenia Londre, przytrafiła nam się tak fatalna pogoda. Zimny wiatr przeszywał na wylot nasze ubrania, a burzowe chmury zwiastowały śnieg. Straciliśmy orientację, gdzie dokładnie znajduje się wioska. Gęste zarośla i ciemności jakby sprzysięgły się na naszą zgubę. Wielokrotnie siadaliśmy na ziemi wyczerpani zmęczeniem, pokonani sennością. Nie mieliśmy jednak odwagi uwolnić się od naszych tobołów, co zapewniłoby nam chociaż godzinę pokrzepiającego snu. Przede wszystkim należało wytyczyć drogę do Lhakhangry, by zyskać pewność, że gdy trzeba będzie pośpiesznie przejść przez wioskę Aben, nie będziemy musieli szukać właściwej drogi. Niestety, nie udało nam się tego dokonać. Pogubiliśmy się na skrzyżowaniach ścieżek, dotarliśmy w pobliże kilku chat i tu musieliśmy się zatrzymać.

Zaczął padać śnieg, ale nie mogło być mowy o rozpostarciu nad nami naszego małego namiotu, chociażby w formie ochronnej narzuty. Gdybyśmy bowiem otworzyli nasze torby, nie zdołalibyśmy za nic spakować ich potem właściwie, a do tego moglibyśmy w nocy pogubić jakieś kompromitujące nas przedmioty. Nie pozostawało nic innego jak przespać kilka godzin pod padającym śniegiem, z głową na tobołku. Obudziliśmy się na długo przed wschodem słońca, przemarznięci, zdrętwiali od zimna i niewygody, ale natychmiast ruszyliśmy w drogę. Bez trudu dotarliśmy do centrum wioski, a tam, na odgłos rozmowy prowadzonej we wnętrzu chaty, ogarnęła nas taka panika, że mijając narożnik następnego domostwa zaczęliśmy biec prosto przed siebie aż znaleźliśmy się znowu na polach. I tu czekała nas nie lada niespodzianka. Pierwsze promienie słońca uświadomiły nam, że w tej panice pomyliliśmy kierunki i biegliśmy w górę rzeki zamiast w dół jej nurtu.

To oznaczało koniec naszego skrupulatnie obmyślonego planu. Nie było rady, musieliśmy przejść przez Aben w pełni dnia. Widać już było wieśniaków podążających do swojej roboty. W środku wioski nie było żadnego miejsca, gdzie mogliśmy się schronić, zaś każda minuta zwłoki pogarszała naszą sytuację.

Zawróciliśmy. Znowu musieliśmy przejść pod oknami tej chaty, skąd dochodziła rozmowa, która wprawiła nas w takie przerażenie. Ludzie we wnętrzu rozmawiali nadal, okiennice były otwarte, dostrzegłam nawet płomień znad paleniska. Szczęśliwcy, będą zaraz pić gorącą herbatę, a my... Nie dość, że ostatni raz jedliśmy wczoraj w południe, to jeszcze nie pomyśleliśmy o tym, że można było zrobić dzisiaj małą przerwę na posiłek.

Na razie wszystko szło dobrze, podążaliśmy właściwą drogą. Pospiesznie przeszliśmy przez wioskę, ale to jeszcze nie był koniec miejscowości Aben. Następne skupisko domów było usytuowane na wzgórzu, a jego wysunięta skalista ostroga dotykała naszej drogi. Ścieżka ciągnęła się u podnóża tych skał, a potem schodziła do wąwozu, którego wąskie gardło wypełniała rzeka.

Sprowadzając mimowolnie moje europejskie doświadczenia na grunt kraju, w którym raczej nie powinny one mieć racji bytu, pomyślałam sobie jednak, że posterunek straży powinien znajdować się na tym wysuniętym skalnym cyplu, a kiedy dostrzegłam mały budyneczek, z którego można było obserwować szmat drogi w kierunku Lhakhangry, nie miałam już wątpliwości, że właśnie stamtąd wartownicy obserwują wszystkich przechodzących.

Rzecz jasna postanowiłam to bezzwłocznie sprawdzić. I chociaż usychałam z pragnienia, nie przystanęłam, by napić się wody ze źródełka wypływającego pod gankiem tego budyneczku. Szłam z taką prędkością, jakbym chciała ulecieć.

Zazwyczaj to Jongden szedł przede mną; w ten sposób mijający nas ludzie mogli mu się napatrzeć do woli, ja zaś skrywałam się za tobołem, który on niósł na plecach. Tym razem poleciłam Jongdenowi, by szedł za mną, ponieważ niebezpieczeństwo, o ile takowe istniało, będzie znajdować się za nami.

Szliśmy zatem jedno za drugim, bardzo blisko, by ktoś, kto będzie nas obserwował od strony Aben, dostrzegał jedynie swojski tybetański widok, a mianowicie wielki tobół dźwigany na plecach, pod nim nogi przykryte podniszczonym czamthabem23, zaś u góry charakterystyczne nakrycie głowy noszone przez lamów.

Pomijając niepokój, który psuł nam trochę nastrój, wędrowało się wyśmienicie. Jesień w tym kraju stroiła się teraz w młodzieńcze uroki wiosny. Poranne słońce otulało krajobraz różowawym światłem wypełniającym radością wszystko od mieniących się jasnozielonych wód rzeki aż po skaliste zbocza, na których pojedyncze świerki pięły się triumfalnie ku niebu. Każdy kamyczek na ścieżce zdawał się rozkoszować ciepłem dnia i chrzęścił zabawnie pod naszymi stopami. Krzewy rosnące na poboczu dróżki nasycały powietrze intensywną wonią.

Był to jeden z takich poranków, kiedy przyroda rzuca na nas swój zwodniczy czar, kiedy wypełnia nas błogość i radość życia.

* * *

Odległość między Aben a Lhakhangrą nie była zbyt duża, a nie chcąc być widzianymi w tej okolicy, podjęliśmy na nowo metodę wędrowania nocą - po zapadnięciu zmroku bądź przed świtem. Tym samym nie brakowało nam czasu na leniuchowanie. Za zakrętem doliny natrafiliśmy na duży potok wypływający z poprzecznie usytuowanego wąwozu i zatrzymaliśmy się przy tym źródle wody, za skupiskiem skał. Nie mieliśmy wyrzutów sumienia; nasza poprzednia bieganina była dosyć wyczerpująca i postanowiliśmy odzyskać siły.

Sytuacja była dość szczególna, teraz bowiem, kiedy przekroczyliśmy już przełęcz Dokar i znaleźliśmy się w zakazanej strefie Tybetu, pielgrzymi, którzy podczas pierwszego tygodnia naszej podróży zdawali się być nieobecni, zaczęli obficie napływać, jak to ma miejsce o tej porze roku. Ukryci za skalnym ekranem obserwowaliśmy malowniczą procesję mężczyzn i kobiet z różnych regionów wschodniego i północnego Tybetu, śpieszących się, ażeby dotrzeć w miarę wcześnie do Lhakhangry i znaleźć miejsce w skromnych oberżach otaczających Lhakhang24.

Z nadejściem wieczora przeszliśmy na lewy brzeg rzeki i ujrzeliśmy całkiem inny krajobraz. Znaleźliśmy się w ciasnym wąwozie ujętym w ogromne skalne, prawie czarne ściany i tylko u ich szczytu można było dostrzec maleńki skrawek nieba. Ale ten wąwóz, mimo surowego i dzikiego wyglądu, nie był ani smutny, ani przerażający. Panowała w nim atmosfera jakiegoś podniosłego spokoju, co miało swoje źródło w namalowanych bądź wyrytych wizerunkach zdobiących ściany tego ciemnego korytarza. Religijni artyści pozostawili tutaj liczne wizerunki Buddów, Bodhisattwów i sławnych lamów z minionych stuleci. Wszystkich uwieczniono w tej samej pozie: oczy wpółprzymknięte, niewzruszeni, pogrążeni w medytacji. Te setki oczu niezatrzymujących się absolutnie na przechodzących pielgrzymach, patrzących "do wewnątrz", miały w sobie coś fascynującego. Były zaabsorbowane kontemplacją innej procesji, większej i ponadczasowej, procesji istot krążących od życia do śmierci i od śmierci do życia, oraz rozważaniem tajemnicy tamtego świata, gdzie znużony pielgrzym zatrzymuje się wreszcie przerywając drogę pielgrzymki.

Pokryty dachem menthang25, który dostrzegliśmy o zmierzchu, mógł nam posłużyć za schronienie, ale stwierdziliśmy, że do wioski jeszcze daleko i wypada kontynuować naszą wędrówkę. Przeszliśmy więc ponownie na drugi brzeg rzeki, a niespodziewany zakręt wąwozu sprawił że znaleźliśmy się w Lhakhangrze.

Zapadała noc, nie mieliśmy odwagi zawrócić: mogli nas przecież już zauważyć, a ominięcie tej miejscowości przez pielgrzymów, za których chcieliśmy uchodzić, mogłoby się wydać dosyć dziwne.

I znowu nasz plan legł w gruzach. Zresztą zaczęliśmy się już do tego przyzwyczajać. Dzisiejszy ranek kosztował nas tyle emocji, że jej źródło jakby chwilowo w nas wyschło. Jongden, podobnie jak ja, zaakceptował tę sytuację ze spokojem: spędzimy noc w wiosce, nawet pośród innych podróżnych, o ile nie uda się od nich uwolnić.

Na cyplu wznoszącym się nad rzeką Saluin siedziała wokół dużego ogniska grupka ludzi. Zamieniliśmy z nimi kilka słów i dowiedzieliśmy się, ku naszej wielkiej radości, że w okolicznych oberżach nie ma już miejsc. Ta radosna okoliczność pozwalała nam udać się do jakiejś niewielkiej groty, która miała nam dać schronienie, gdyby zaczął padać śnieg, jak to było poprzedniej nocy.

Zebrałam to, co znalazłam na drodze, jakieś patyki, resztki suchych odchodów zwierząt, skradłam kilka gałązek z ogrodzeń sąsiednich pól, rozpaliliśmy ogień i napiliśmy się herbaty z masłem i nieodłączną campą.

Skoro znaleźliśmy się w osadzie, a ciemności nie dozwalały dojrzeć wyraźnie naszych rysów i ubioru, Jongden stwierdził, że nadarza się okazja, aby uzupełnić nasze zapasy żywności. Do tej pory żywiliśmy się głównie tym, co zabraliśmy opuszczając ośrodek misyjny, ale upłynęło już dziesięć dni i nasze torby świeciły pustkami.

Rozwiązałam pasek u sukni i owinęłam się nią tak, jak to robią ubogie Tybetanki niemające żadnej derki do okrycia. Udawałam, że śpię, chcąc w ten sposób uniknąć zbędnych rozmów z przechodzącymi obok osobami. Mój towarzysz skierował się tymczasem w stronę domów.

Pierwszy, do którego Jongden wszedł, okazał się być domem lamy26, opiekuna tutejszego lhakhangu. Jongden został miło przyjęty w swojej podwójnej roli kolegi po fachu i klienta, ponieważ lama do swoich zarobków opiekuna świątyni dodawał jeszcze dochód, jaki przynosił mu mały sklepik, w którym pielgrzymi mogli nabyć artykuły żywnościowe i różne dewocjonalia: kadzidełka, flagi modlitewne itp.

Obaj lamowie byli wyznawcami tego samego odłamu religijnego i, co za ciekawy zbieg okoliczności, opiekun świątyni pochodził z południowego regionu Tybetu, gdzie spędziliśmy wspólnie z Jongdenem wiele czasu, co więcej, Jongden biegle mówił tamtejszym dialektem. Ten zbieg okoliczności sprawił, że obaj mężczyźni zaprzyjaźnili się od pierwszej chwili. Ale na tym nie koniec.

Rozglądając się po pomieszczeniu Jongden zauważył księgi leżące na etażerce, a ponieważ podróżując razem zawsze poszukiwaliśmy ciekawych prac, zapytał czy może je przejrzeć. Lama wyraził zgodę, więc Jongden otworzył jedną z ksiąg i przeczytał głośno kilka linijek.

- Ależ ty świetnie czytasz! - zachwycił się lama. - I jesteś w stanie czytać każdą księgę?

- Każdą - potwierdził mój towarzysz.

I wtedy, zmieniając nieoczekiwanie temat, nowy znajomy zaproponował Jongdenowi nocleg w swoim domu, proponując nawet, że osobiście przyniesie bagaże młodego lamy. Jongden odmówił, ale ponieważ lama bardzo nalegał, Jongden musiał wyznać, że podróżuje wraz z matką. Ta okoliczność bynajmniej nie ostudziła dobrych intencji gościnnego Tybetańczyka. Miał miejsce również dla matki. Mój młody towarzysz z trudem przekonał upartego opiekuna, że matka jest już pogrążona we śnie i lepiej będzie zostawić ją w spokoju.

Wówczas, nie wiedząc jak zapewnić sobie powodzenie planu, który powziął, kunjer27 poczuł się zmuszony ujawnić, że jego żarliwa gościnność nie jest tak zupełnie bezinteresowna.

- Lamo - zwrócił się do Jongdena - wczoraj było u mnie kilku wieśniaków zza Gjalmo Ngulczu28, prosili o odprawienie nabożeństwa żałobnego, ponieważ zmarł ich krewny. To są bogaci ludzie, chcieli zwrócić się do swojego lamy, przełożonego tamtejszego klasztoru, ale on był wtedy w Lhasie. Z powodu jego nieobecności zwrócili się do mnie... miałbym z tego jakiś dochód... Tylko widzisz, ja nie jestem taki wykształcony, nie potrafię poprawnie recytować właściwych modlitw, mógłbym popełnić jakieś błędy przy rytuale składania ofiar. Ty, jak widzę, jesteś bardziej uczony w tych sprawach i prawdopodobnie znasz odpowiednie modlitwy...

- Tak, znam - oświadczył Jongden.

- A zatem, proszę cię o wyświadczenie mi tej przysługi i pozostanie tu przez trzy dni. Będę was żywił, ciebie i twoją matkę, dam wam też trochę żywności, kiedy będziecie stąd odchodzili. Twoja matka mogłaby recytować mani29 u wrót świątyni, a gospodarze z tamtej wioski na pewno ofiarują jej kilka miarek campy.

Jongden był zmuszony odrzucić tę kuszącą propozycję wyjaśniając, że jesteśmy w grupie pielgrzymów, którzy poszli już dalej, nie chcemy opóźniać ich wędrówki i musimy pilnie do nich dołączyć, aby razem wracać w nasze strony.

Kiedy powrócił przynosząc trochę żywności i opowiedział mi rozmowę z opiekunem świątyni, bardzo żałowałam, że bliskość granicy zmusza nas do pośpiechu. Miałam ogromną ochotę recytować mani u wrót świątyni!

Jak się okazało było to tylko odroczenie sprawy. Przyszłość zarezerwowała dla mnie jeszcze wiele okazji, które pozwolą mi doświadczać równie zabawnych sytuacji. Nie umiem zliczyć, ile razy recytowałam śpiewnie mani, zarówno na zewnątrz, jak i w środku tybetańskich domów. Nabrałam nawet pewnej umiejętności w tej specyficznej sztuce i zdarzało mi się otrzymywać komplementy za urozmaicenia melodyczne, jakie wprowadzałam do recytacji świętych tekstów. Poza tym, do wielu łask doznanych w Tybecie muszę jeszcze zaliczyć i tę, która pozwala mi lepiej dostrzegać "klejnot spoczywający w sercu lotosu".

Zapobiegliwy lama przyszedł nazajutrz rano, bardzo wcześnie, rozmawiał z Jongdenem i próbował odwieść go od podjętej decyzji.

Nie chciałam, by przyglądał mi się z bliska i to przez dłuższy czas, więc pozostawiłam obu sprytnych lamów pogrążonych w rozmowie i przez prawie godzinę spacerowałam wokoło małej świątyni z różańcem w ręku.

Ta poranna nabożna przechadzka była zupełnie zbyteczna dla kogoś, kto przemierza pieszo i to codziennie wiele kilometrów, ale nie znajdowałam innego sposobu, żeby się wymknąć, aczkolwiek i tak nie uniknęłam kilku chwil rozmowy z opiekunem świątyni, który podszedł do mnie wracając do swego domu.

Przypisy:

1 Khandroma (tyb. mkha' 'gro ma, odpowiednik sanskryckiego słowa dakini - przyp. red.) czyli 'wędrująca w przestworzach'. Rodzaj wróżki (czarodziejki) ukazującej się na ogół w postaci starszej kobiety. Tybetańczycy nazywają ją "matką". Wymawiane khandruma lub khandroma.

2 Łańcuch górski w północno-zachodnim Yunnanie, o ostrych szczytach pokrytych wiecznym śniegiem, popularne miejsce pielgrzymek Tybetańczyków.

3 Mąka sporządzona z prażonego jęczmienia, główne pożywienie Tybetańczyków; jest w Tybecie tym, czym chleb we Francji.

4 Nieoczekiwanym rezultatem innych moich podróży do tej zakazanej ziemi, mimo że nie przebiegły one zgodnie z moimi zamierzeniami, było poznanie wyjątkowo ciekawych regionów i przyjrzenie się sytuacji rdzennych mieszkańców wschodniego Tybetu, od momentu ustanowienia nad nim władzy rządu w Lhasie.

5 W dawnych tekstach hinduskich to wyrażenie oznaczało członków kasty kszatriów (wojowników).

6 Rodzaj małego pomnika w Tybecie (jego odpowiednikiem w Indiach jest stupa) mieszczącego przedmioty kultu religijnego lub prochy wielkich lamów.

7 Spotykany na drogach i w innych miejscach kopczyk usypany z kamieni na cześć bogów. Doczo (tyb. rdo mchom - przyp. red.) znaczy 'ofiara z kamieni'.

8 Na które składa się osiem miesięcy ostatniej podróży do Lhasy oraz dwa miesiące podróży po Tybecie wschodnim.

9 Ngagpa - lama czarownik (tyb. sngags pa - właśc. jogin, tantryk; przyp. red.).

10 Uczyniłam tak, ponieważ kobiety z regionów, którymi miałam wędrować mają cerę ciemną jak Cyganki, natomiast w prowincjach U i Cang spotyka się wiele pięknych kobiet o jasnej cerze i zaróżowionych policzkach.

11 Midosa (tyb. mi sdod sa - przyp. red.) dosłownie 'miejsce, gdzie przebywają ludzie'. Są to kamienie ułożone w taki sposób, ażeby mogły podtrzymywać kociołek nad ogniem. Midosa jest umieszczana przy uczęszczanych szlakach bądź w miejscach, gdzie zazwyczaj zatrzymywali się podróżni.

12 Tyb. mi ma yin - dosłownie: 'który nie jest istotą ludzką'; jedna z sześciu kategorii istot uznawanych przez Tybetańczyków.

13 Zung (tyb. gzungs - przyp. red.) - magiczna formuła (w sanskrycie dharani).

14 La - przełęcz; wg angielskich map przełęcz Dokar znajduje się na wysokości 5412 metrów. Dla porównania wysokość szczytu Mont Blanc wynosi 4810 metrów.

15 Dżindag (tyb. sbyin bdag - przyp. red.) to ten, kto troszczy się o sprawy materialne eremity (sponsor - przyp. red.).

16 Sungpo (tyb. srung po, dosł. 'ochrona', 'strażnik', 'znak ochronny' - przyp. red.) - znak magiczny.

17 Ngag (tyb. sngags - mantra; przyp. red.) - zaklęcie magiczne.

18 Lace (tyb. la rtse - przyp. red.) kopczyk z kamieni usytuowany na wierzchołku góry na cześć miejscowych bogów. Podróżni, którzy dotrą do tego miejsca, dokładają kamień wołając: Lha gjalo! De tamcze pham! (tyb. lha rgyal lo 'dre thams cad pham - przyp. red) czyli 'Bogowie zwyciężają! Demony zostały pokonane!'.

19 Caphog(tyb. tsha phog - przyp. red.) - postój podczas podróży, około południa.

20 Pamo (tyb. dpa' mo - przyp. red.) - kobieta-medium, nawiedzana przez bóstwa, demony i duchy zmarłych, które przez nią mówią, dosł. bohaterka, wojowniczka. Mężczyzna-medium nazywa się pało (tyb. dpa' bo - przyp. red.).

21 Ngagpa (tyb. ngags pa - przyp. red.) rodzaj groźnego czarownika, który wedle wierzeń Tybetańczyków może rozkazywać demonom, a także zabijać na odległość.

22 Sangjum (tyb. gsang yum - przyp. red.) dosłownie 'zaufana matka', 'sekretna matka'. Jest to pełen szacunku tytuł nadawany małżonkom lamów należących do sekt tantrycznych. Kobiety te przechodziły odpowiednie wtajemniczenie, zyskując prawo celebrowania rytuałów ezoterycznych wraz z mężami.

23 Czamthab - szeroka spódnica stanowiąca część religijnego stroju lamy.

24 Lhakhang - dosłownie 'dom boży', 'świątynia' (tyb. lha khang - przyp. red.). Lhakhangra - znaczy tyle co teren zabudowań otaczających ów dom boży.

25 Menthang (tyb. ma ni thang - przyp. red.) - niski mur kamienny, na którym są wyryte teksty świętych Pism oraz mistyczne sentencje.

26 Prawo do tytułu lamy posiadają tak naprawdę tylko następujące grupy: tulku (tyb. sprul sku - przyp. red.), których cudzoziemcy nazywają niewłaściwie "żyjącymi Buddami"; khempo (tyb. mkhan po - przyp. red.), którzy stoją na czele szkół działających w wielkich klasztorach; oraz duchowni, którzy uzyskali stopień uniwersytecki tak zwani gesze (tyb. dge bshes - przyp. red.). Wszyscy pozostali mnisi są określani jako trapa (tyb. grwa pa - przyp. red.) czyli 'uczniowie'. Jednocześnie szeroko stosowany jest zwyczaj grzecznościowego nazywania lamą każdego wzbudzającego szacunek mężczyzny noszącego ubiór mnicha.

27 Kunjer - opiekun świątyni (tyb. sku gnyer lub dkon gnyer - 'osoba opiekująca się świętymi wizerunkami' lub 'osoba opiekująca się [trzema] klejnotami; Buddą, Dharmą i Sanghą' - przyp. red.).

28 Gjalmo Ngulczu (tyb. rgyal mo dngul chu - przyp. red.) - tybetańska nazwa rzeki Saluin.

29 Rytualna formuła, znana i zazwyczaj źle tłumaczona: Om mani padme hum hri! Om jest świętą zgłoską zapożyczoną z Indii, gdzie oznacza wiele rzeczy, zwłaszcza Brahmana (nie mylić z bogiem Brahmą czy kastą braminów), który jest absolutem. Mani padme oznacza 'klejnot w lotosie'; hum i hri mają rozmaite znaczenia, egzoteryczne bądź ezoteryczne.