Podlaska mozaika. Reportaże z raju - krainy błota i mgły - Ewa Zwierzyńska

Kup ebooka

30.99 zł

-
Proszę czekać

Intro

Intro

Gdy­bym chciała sfo­to­gra­fo­wać Pod­la­sie tak, by oddać jego duszę, inspi­ro­wa­ła­bym się obra­zami impre­sjo­ni­stów. Nie robi­ła­bym zdjęć w sło­neczny dzień lata ani w mroźny śnieżny pora­nek, cho­ciaż oczy­wi­ście i takie tu bywają. Foto­gra­fo­wa­ła­bym w dzień lekko pochmurny, kiedy deli­kat­nie roz­pro­szone świa­tło przy­ga­sza ostre kolory, a kon­tury miękną, robią się nie­ostre. Wszystko spo­wite wil­go­cią po desz­czu i lekką mgiełką plą­czącą się mię­dzy kło­sami zbóż, koro­nami polnych drzew i pta­kami, które z rzadka odzy­wają się - raz bli­żej, raz dalej - mię­dzy nie­śmia­łym cyka­niem świersz­czy.

Bo nasze pod­la­skie świersz­cze to nie są tro­pi­kalne cykady, które dniem i nocą piłują do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści, wwier­ca­jąc się w czaszkę niczym świ­der. Nasze ptaki to nie jaskrawe papugi, któ­rych wrzask roz­dziera powie­trze i uszy, prze­sad­nie zuchwałe w swo­jej obec­no­ści.

Na wsi.

Nasze świersz­cze cykają deli­kat­nie, jakby gdzieś z oddali, mamiąc obiet­nicą speł­nie­nia, które ni­gdy nie nad­cho­dzi. I masz ochotę cza­sem zawo­łać: "No śpie­waj­cież gło­śniej, moc­niej, abym mógł nasy­cić się w końcu!". Zbli­żasz się, pod­cho­dzisz, wycią­gasz dłoń po wię­cej, a one milkną. Już pra­wie ich dotkną­łeś i... chwy­tasz ciszę, a one znów cykają gdzieś dalej i dalej.

Pod­la­sie to kra­ina, w któ­rej jest się tuż przed świ­tem, gdy po prze­bu­dze­niu przy­wo­łu­jesz nie­ja­sne strzępy snów. Odla­tują w nie­pa­mięć, choć tak bar­dzo pra­gniesz je zatrzy­mać. Pod­la­sie to zmierzch, gdy świat powoli gaśnie i cich­nie, dzieci nie mają siły już bie­gać, choć jesz­cze nie poszły spać, a psy szcze­kają raczej od nie­chce­nia.

Nasze ptaki są zazwy­czaj nie­po­zorne i szare, tak by łatwo mogły się sto­pić z tłem gleby na zaora­nym polu, znik­nąć pomię­dzy brą­zo­wymi pniami drzew i w bru­nat­nej jesien­nej tra­wie. Stłu­miony krzyk żurawi docho­dzi z oddali, z bagien, do któ­rych dostępu strzegą duchy lasu.

Nasza złość to nie wygra­ża­nie pię­ścią, to jedy­nie moc­niej zaci­śnięte usta. Nasz śmiech to nie gło­śna radość, to raczej uśmiech zza firanki, za którą znika cień. Jesz­cze nie zdą­ży­łeś wejść, a już jesteś po dru­giej stro­nie drzwi.

Bia­ło­wie­skie łąki.

Drażni nie­któ­rych ta nie­do­okre­ślo­ność. "Kimże, do cho­lery, jesteś?" - pytają, ocze­ku­jąc jasnych dekla­ra­cji. Rze­czy­wi­stość poukła­dana z kloc­ków o okre­ślo­nej bar­wie i okre­ślo­nym kształ­cie, gdzie każdy z nich pasuje do odpo­wied­niej dziurki, tutaj traci rację bytu. Zała­muje się. Roz­pły­wają się i zle­wają gra­nice, podob­nie jak przed­mioty, gdy zapada zmrok.

Bo nawet nasza mgła nie jest nie­prze­nik­niona. To raczej deli­katna mgiełka, która przy­cho­dzi i odcho­dzi nie­po­strze­że­nie, zasnuwa oczy i spo­wija duszę deli­kat­nym koko­nem. Przy­my­kasz oczy, ale nie śpisz. Jesteś i nie ma cię jed­no­cze­śnie.

Raj

Raj

Wysiadł z samo­chodu i nagle zaczął krzy­czeć: "Raj! Raj!". Zbie­gli się miesz­kańcy wio­ski, żeby zoba­czyć, co się dzieje. Czy ktoś rozum postra­dał zacza­dzony nad­mia­rem świe­żego powie­trza, czy ktoś kogoś mor­duje, że tam­ten świat poza­gro­bowy zoba­czył? Oka­zało się, że krzy­czał tury­sta z War­szawy, który, prze­jeż­dża­jąc przez wio­skę, nie zdo­łał opa­no­wać ogar­nia­ją­cych go emo­cji. War­sza­wiak wyja­śniał, że on tu pierw­szy raz, ale widzi, że oni tu w raju miesz­kają. Cisza, spo­kój, życie siel­skie, aniel­skie.

Wieś Ozie­rany, gmina Krynki, powiat sokól­ski, woje­wódz­two pod­la­skie. Nie­ła­two tu dotrzeć, odna­leźć wła­ściwą drogę wśród tych polnych, pro­wa­dzą­cych doni­kąd. Raj mogą obej­rzeć tylko wybrańcy, któ­rzy wyka­zali się deter­mi­na­cją i wytrwa­ło­ścią. Nagle zza pagórka dane im będzie zoba­czyć sło­mianą strze­chę sta­rej sto­doły, kilka drew­nia­nych domów, płot chy­lący się ku upad­kowi. Za pło­tem stoją słupki gra­niczne, za słup­kami - Bia­ło­ruś. Na Bia­ło­rusi oprócz chasz­czy i lasów - już nic. A we wsi, pośród kwit­ną­cych sadów i bzów pach­ną­cych tak, że aż kręci się w gło­wie, doj­rzą czło­wieka. Żywego.

Raj obwoźny

Znie­nacka ciszę nie­biań­ską prze­rywa gwał­towny dźwięk samo­cho­do­wego klak­sonu. Na bru­ko­waną ulicę wta­cza się dostaw­czy busik. Kie­rowca z roz­ma­chem otwiera bla­szane drzwi, uka­zu­jąc wnę­trze wypchane od pod­łogi do sufitu. Na nie­zli­czo­nych półecz­kach ciastka, kisiele, sery, kieł­basa, mąka, cukier i przy­prawy. Czego tylko chcesz! Cho­ciaż wio­ska maleńka, bus zawsze zatrzy­muje się na obu koń­cach, aby starsi ludzie nie musieli iść za daleko. Z dom­ków wysy­puje się na ulicę kilka postaci z koszycz­kami. Kie­rowca i sprze­dawca w jed­nej oso­bie ładuje do nich chleb (krom­ko­wany), mleko (pół­tłu­ste), ogórki (szklar­niowe), bułki (wro­cław­skie), pomi­dory (import z Włoch). Wszyst­kich zna po imie­niu i oni go znają. Cze­kają na niego przez wszyst­kie te dni, w które nie przy­jeż­dża. Młody chło­pak, a taki sym­pa­tyczny. Pogada, pożar­tuje i odje­dzie. Wtedy znów nastaje cisza. Znów wycze­ki­wa­nie klak­sonu.

- Pani kochana, tu wszystko jest! Po co krowy trzy­mać? Paść, kar­mić, doić, siano na zimę kosić? W bla­sza­nej przy­cze­pie jest mleko z nakrętką czer­woną i z nakrętką żółtą. Raj. Prawda - i krowy miały swoje zalety. Gdy rano się wypę­dzało na pastwi­sko, to nogi przy­naj­mniej w rosie się umyły. Tych krów tyle tu było, że pastwisk nie star­czało. Gnać je musieli cza­sem trzy kilo­me­try, aż pod Kru­szy­niany, a cza­sem jesz­cze dalej. Teraz we wsi żad­nej krowy nie ma. Świ­nia jedna - u soł­tysa. I tyle. Eme­ry­tury mają. Wystar­cza.

Kie­dyś Ozie­rany można było nazwać mia­stem, tak wiel­kie były. Domów ponad sześć­dzie­siąt, mło­dzieży mnó­stwo. I śmie­chu, i pła­czu, i ślu­bów, i krzy­ków dzieci. W dzień świą­teczny wszy­scy wyle­gali na ulicę, taki tłum! Zabawa, plotki, śpiewy. I krowy ryczały, i owce beczały, i koguty piały. Teraz tylko klak­son.

Jak umiera Raj

Soł­tys liczy na pal­cach: trzy, cztery, pięć, sie­dem, dwa­na­ście i jesz­cze sześć - w sumie osiem­na­ście osób zamiesz­kuje wieś.

- Domów zostało ze dwa­dzie­ścia, w tym ponad połowa stoi pusta. Ludzie umie­rają jak muchy. Spod jedynki Luba już rok będzie, jak umarła. Była baba jesz­cze aktywna, wszystko robiła, przy­jeż­dżały do niej dzieci, szum na podwórku był, a potem nagle cho­roba ją zło­żyła i koniec. Cisza. W marcu sąsiadka przez płot zmarła i syn jej też zmarł. Chaty tylko pozo­sta­wały. Kuła­ko­wej chata pusta, Zagrzyw­co­wej tak samo, Kli­mowa, Cit­kowa, Kaczy­ry­sina, Jan­kowa... wszyst­kie puste.

Znów wyli­czanka na pal­cach:

- W Ozie­ra­nach Małych jesz­cze gorzej. Sześć osób tam mieszka, ale część z nich wyjeż­dża zimo­wać do mia­sta. Przez okrą­gły rok sie­dzą tylko trzy.

Kapliczka w Ozie­ra­nach.

Mło­dzi ucie­kają z Raju

- Jedna rodzina roz­wo­jowa we wsi pozo­stała. Na końcu wsi miesz­kają, troje dzieci jest, naj­młod­sze ma roczek. Gospo­da­rują na tych kilku hek­ta­rach, żyją z rol­nic­twa. Dzieci do Kry­nek do szkoły wożą. Reszta mło­dych wyje­chała. Dla­czego? Bo tu trzeba było całe życie pastu­chem być, haro­wać, a mło­dzież lżej­szego chleba szuka. W Ozie­ra­nach ślepa uliczka: doje­chał dotąd i koniec, gra­nica bia­ło­ru­ska stoi, dalej ani drogi nie ma, ani warun­ków do życia, ani przy­szło­ści żad­nej - mówi soł­tys. - Jesz­cze za komuny to przy­naj­mniej można było sprze­dać, co się wyho­do­wało. W Kryn­kach dwa dni w tygo­dniu skup świń był. Pod­jeż­dżały cię­ża­rówki i po sto świń każ­do­ra­zowo brali. Jesz­cze trzeci dzień dawali dodat­kowo, jak nie wystar­czało. A dzi­siaj co? Wie­ziesz tą swoją świ­nię aż pod Sokółkę, a tam przy­jeż­dża facet z zakładu gdzieś aż spod Turo­śni Kościel­nej i z łaski weź­mie lub nie. Zboże swoje aż do Gródka powiózł, a tam nikt go nie chce kupić, wra­casz, wątrobę tylko w trak­to­rze wytrzę­siesz, a za ropę musisz zapła­cić. Taki to inte­res.

Raj zdra­dzony

- Pracy dla mło­dych tu nie ma. To jest tra­ge­dia. Wszystko przez Soli­dar­ność. Przy­szła i Pol­skę wyprze­dała. Co było, roz­wa­liła - cią­gnie soł­tys. - Dwie huty w Bia­łym­stoku oddali w obce ręce. Fabryka Przy­rzą­dów i Uchwy­tów padła. Cukrow­nia w Łapach, naj­więk­sza w kraju, zli­kwi­do­wana. Bia­ło­stoc­kie Fasty prze­stały ist­nieć, a nawet gar­bar­nia w Kryn­kach... Cóż to była za gar­bar­nia! Woda tu dosko­nała do płu­ka­nia skór, gar­bar­nia na całą oko­licę słynna, trzy­sta osób zatrud­niała... nie ma. PGR kryń­ski pod wzglę­dem wiel­ko­ści drugi w kraju, sie­dem i pół tysiąca hek­ta­rów ziemi. To był kom­bi­nat! Czter­dzie­ści kom­baj­nów w pole wyjeż­dżało. Jak wyj­dziesz za sto­dołę, żeby popa­trzeć na te kom­bajny, to cho­dziły po polach całymi sta­dami jak, nie przy­mie­rza­jąc, gęsi jakieś. Dzi­siaj cicho i głu­cho, na hek­ta­rach las wyra­sta. Zostało tych kilku eme­ry­tów we wsi. I na nas nie­długo czas przyj­dzie.

Czas wiecz­no­ści, czas nie­waż­ko­ści. Dzi­siaj święto cer­kiewne - Mikoły.

- Zna pani Miko­łaja jakie­goś? Chęt­nie by za jego zdro­wie wypili. Bo co tu robić?

Na pod­ło­dze stoi pla­sti­kowa butelka po napoju gazo­wa­nym. Do połowy już opróż­niona. Tutej­szy wyrób, super­eko­lo­giczny. Na zaką­skę kromka chleba, ale nie­ko­niecz­nie. Roz­mowy nie­do­koń­czone, myśli zawie­szone w próżni. Zawie­dzione nadzieje, plany, które wzięły w łeb.

Kotka się oko­ciła, po domu wędruje dzie­więć małych kociąt. Po łóż­kach, stole, piecu kaflo­wym. Cała radość.

Raj według cara i Unii Euro­pej­skiej

A prawda - jeden wró­cił. Z Bia­łe­go­stoku. Bez­ro­botny tam był, więc przy­je­chał. Wiej­skie jutro zawsze pew­niej­sze niż miej­skie. Plan mieli, car Alek­san­der II ich natchnął i Unia Euro­pej­ska. W 1905 car nadał wsi ser­wi­tuty - wspólne pastwi­sko do wypasu koni, krów, owiec. Unia Euro­pej­ska za eko­lo­gię płaci, po dwa i pół tysiąca od hek­tara za ochronę der­ka­cza. A tu za pło­tem der­kają one jak najęte przez całe lato. Cho­dzi o to, żeby do sierp­nia łąki wspól­no­to­wej nie kosić, kiedy małe się wyklu­wają. Skrzyk­nęli się miej­scowi eko­lo­dzy, połą­czyli siły i grunta. W nowych cza­sach, sprzy­ja­ją­cych pry­wat­nej ini­cja­ty­wie, zła­pali wiatr w żagle, nowa nadzieja w nich wstą­piła. A jed­nak da się, na prze­kór całemu światu! Pięt­na­stu udzia­łow­ców, jak w praw­dzi­wej demo­kra­cji, po jed­nym gło­sie dostało, nie­za­leż­nie od wiel­ko­ści udziału. "Jest to przy­kład demo­kra­cji ide­al­nej na naj­niż­szym pozio­mie lokal­nym" - napi­sali. I jesz­cze: "Uzy­ski­wane z dopłat pie­nią­dze prze­zna­czane będą na roz­wój wsi, tj. budowę tablic infor­ma­cyj­nych i krzyży, wiaty, festyny, izbę pamięci, stronę inter­ne­tową. Pra­gniemy utrwa­lić pamięć wsi i ludzi, zwłasz­cza że ta wieś liczy ponad 500 lat!".

Wystar­czył rok, by świe­tlane plany wzięły w łeb. Jak to w spół­kach bywa, poszło o podział pie­nię­dzy z unij­nych dopłat. I o poda­tek, który trzeba zapła­cić Agen­cji Nie­ru­cho­mo­ści Rol­nych. Dzi­siaj wszy­scy są pokłó­ceni. Nikt nie chce na ten temat roz­ma­wiać. Łąki nikt kosić w tym roku nie będzie. Dzia­łal­ność gospo­dar­cza jest w likwi­da­cji.

Samot­ność w Raju

- Ot, dobrze, że pani przy­je­chała, choć było do kogo gębę otwo­rzyć, pośmiać się.

Moi roz­mówcy wstają z ławki i pod­no­szą koszyczki pełne zaku­pów z dostaw­czego busa.

- I co z tymi Ozie­ra­nami będzie? - pytam na odchodne.

- Pani kochana, zaro­sną zupeł­nie, tylko ta droga może jesz­cze osta­nie się. Za 10 lat spy­chacz przy­je­dzie i wszyst­kie te cha­łupy z zie­mią zrówna. Zaorzą nas.

- E tam, głu­poty ple­ciesz! - sąsiadka aż wstała z ławeczki. - Tu w Ozie­ra­nach nie­długo mia­sto będzie! Przy­jadą mia­stowe i powy­ku­pują domy na dacze. Już trzy wyku­pili. W środku wsi altankę budują, kutym ogro­dze­niem oto­czyli, tabliczkę na wjeź­dzie z nazwą "Ojco­wi­zna" przy­bili. Przy­jeż­dżają na dzień, dwa. Odpo­czy­wają, gril­lują, ryby łowią i wra­cają do sie­bie, do Bia­łe­go­stoku. Daczo­wi­sko tutaj będzie jak, nie przy­mie­rza­jąc, w Kru­szy­nia­nach.

- W Kru­szy­nia­nach meczet jest i tatar­skie jadło, nawet książę Karol tam przy­je­chał! A u nas co? Piach tylko ten i kamie­nie. - Soł­tys swoje wie. - Pani, tu za Ozie­ra­nami kilo­metr wieś Jama­sze kie­dyś była. Sie­dem­na­ście rodzin w niej miesz­kało. Dzi­siaj żad­nego domu tam nie ma. Ani studni, ani ławeczki nawet. Teraz krzaki tam rosną. Tak i tutaj będzie. Ozie­ran nie będzie. Ani Wiel­kich, ani Małych. Nazwa tylko zosta­nie.

2013

Pieśń

Pieśń

- A pamię­tasz, jak poje­cha­ły­śmy kie­dyś na Sie­mia­nówkę? - zapy­tała moja przy­ja­ciółka Basia.

- Ach, rze­czy­wi­ście! - fakt wynu­rzył się nagle z głę­bin mojej poza­krę­ca­nej istoty sza­rej. To było tyle lat temu, że dawno o tym zapo­mnia­łam.

Nosi­łam wów­czas dżinsy o dwa numery mniej­sze i byłam wolna jak wiatr hula­jący w trzci­nach Jeziora Sie­mia­now­skiego. O czym myśli taka dziew­czyna pod­czas waka­cji? Głów­nie o tym, co zro­bić ze swoim cza­sem. Tego dnia posta­no­wi­ły­śmy z kole­żanką urzą­dzić grilla nad zale­wem. Pole­wane coca-colą kieł­ba­ski skwier­czały, chłopcy prę­żyli opa­lone ciała odziane jedy­nie w kąpie­lówki, a w oddali krzy­czały mewy. Reasu­mu­jąc: dzień był bajeczny, ale pora pako­wać grilla do bagaż­nika i obrać kurs na dom.

Kolę­do­wa­nie w Par­ce­wie.

Jakoś się pogu­bi­ły­śmy w dro­dze powrot­nej. Klu­czy­ły­śmy, zawra­ca­ły­śmy, odnaj­do­wa­ły­śmy i gubi­ły­śmy lokalne drogi. Wszyst­kie wyglą­dały tak samo. Laski, pia­ski i sosnowe zagaj­niki. Zna­ków dro­go­wych i ludzi - brak. Tylko gzów pod dostat­kiem. Pamię­tam narze­ka­nie mojej matki wywie­zio­nej przez ojca na wycieczkę w owe strony - mieli wtedy zwie­dzić wschod­nią część zalewu Sie­mia­nówka:

- Istny koniec świata! Tylko bagna i gzy. Chmary gzów wiel­kich jak krowy! Z Bia­ło­rusi na pewno ta zaraza przy­la­tuje, bo już gra­nicę widać.

Po godzi­nie błą­dze­nia nagle dostrze­gamy przy­bli­ża­jącą się postać. Zgar­biona sta­ruszka w chu­stce na gło­wie idzie, pod­pie­ra­jąc się sęka­tym kijem. No naresz­cie jakiś czło­wiek na tym pust­ko­wiu! Otwie­ram okno i pytam:

- Bab­ciu, jak doje­chać do Tar­no­pola? Bab­cia uśmie­cha się przy­jaź­nie i opiera łokieć o otwarte okno. Zaczyna tłu­ma­czyć, a ja staję się Leste­rem z Ame­ri­can Beauty patrzą­cym na tań­czącą che­er­le­aderkę. Świat się zatrzy­muje, a bia­ło­ru­ska gwara, którą posłu­guje się sta­ruszka, wpro­wa­dza mnie w stan głę­bo­kiej hip­nozy. To nie język ani słowa, to melo­dia. Śpiew­ność mowy bia­ło­ru­skiej, jej mięk­kość i lek­kość spo­wi­jają, koły­szą i utu­lają. Słu­cha­łam jej, a czas prze­stał ist­nieć. Bab­cia długo tłu­ma­czyła, kij­kiem wyma­chi­wała, obja­śniała. Mimo że dobrze znam język bia­ło­ru­ski, nie potra­fi­łam wychwy­cić sensu jej słów. Sły­sza­łam tylko muzykę.

- No więc jak mamy jechać? - pyta­nie Basi bru­tal­nie spro­wa­dziło mnie na zie­mię. Basia nie rozu­miała wschod­nio­sło­wiań­skich gwar.

- To było takie piękne, że... kom­plet­nie nie słu­cha­łam, o czym ona mówi!

2013

Eko­tony

Eko­tony

"Ależ odkry­łam cudowne miej­sce!" - napi­sa­łam do Grze­sia, mojego kolegi z Face­bo­oka. I to gdzie? Kil­ka­set metrów od mojego domu. Żyjemy, wozimy dzieci do szkoły, jeź­dzimy do pracy, po zakupy, do gale­rii, do kina, cho­dzimy sta­łymi, dobrze zna­nymi i wydep­ta­nymi ścież­kami, i nie mamy żad­nego powodu, by zaprze­stać odpra­wia­nia naszej codzien­nej litur­gii wygod­nej jak zno­szone buty. A wystar­czy skrę­cić w boczną drogę, tam, gdzie krzaki, gdzie nikt - albo mało kto - nie cho­dzi, bo błoto, bo nie po dro­dze, bo po co. I voila! Oto Narnia. Macie­rzanka mruga fio­le­to­wym oczkiem, a ten świerk! Ma nie­sa­mo­wite gałę­zie. Potężne pomni­kowe sosny, jałowce ogromne jak lodo­wiec. A prze­cież nie ma tam żad­nego rezer­watu, parku kra­jo­bra­zo­wego, nic! Jak to moż­liwe, że ten wyjąt­kowy kawa­łek przy­rody nie jest w ogóle chro­niony? I jak to moż­liwe, że chmiel rośnie na świerku? Prze­cież obie te rośliny przy­na­leżą do zupeł­nie innych śro­do­wisk.

"To eko­ton" - poin­for­mo­wał mnie Grześ, który na przy­ro­dzie zna się lepiej ode mnie.

Eko - co? Na pomoc przy­cho­dzi Wiki­pe­dia. "Eko­ton - eko­sys­tem, który sta­nowi strefę przej­ściową mię­dzy co naj­mniej dwoma eko­sys­temami". Efekt styku. Pogra­ni­cze. Koń­czy się jeden świat, zaczyna drugi. Eko­tonem jest skraj lasu, wybrzeże, mie­dza. Tutaj, pod Nowo­dwor­cami, nali­czy­łam co naj­mniej cztery strefy: las sty­kał się z roz­le­głymi nad­rzecz­nymi łąkami, a tereny bagni­ste z piasz­czy­stymi wydmami. Na jed­nej z takich wydm nasi pra­sz­czu­ro­wie urzą­dzili sobie obo­zo­wi­sko. Było to około dzie­się­ciu tysięcy lat temu po ustą­pie­niu lądo­lodu i poja­wie­niu się lasów przy­po­mi­na­ją­cych tajgę. W latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku na wydmie pro­wa­dzono bada­nia arche­olo­giczne. Potwier­dziły one, że ten teren zamiesz­ki­wali łowcy reni­fe­rów posłu­gu­jący się krze­mien­nymi narzę­dziami. Miesz­kańcy wsi dono­szą, że do dzi­siaj wydma wyrzuca z sie­bie kamienne ostrza strzał.

Wydma, podob­nie jak cenne przy­rod­ni­czo tereny wokół niej, nie jest chro­niona ani zabez­pie­czona. Dewa­stują ją ludzie jeż­dżący na quadach, a pro­cesy wywie­wa­nia pia­sku zmniej­szają jej powierzch­nię. O zabez­pie­cze­niu wydmy mówi się od lat - i od lat nic się w tej spra­wie nie dzieje. Ostat­nie lata badań wyka­zały, że podob­nych wydm jest w oko­licy wię­cej, kil­ka­na­ście, a może nawet kil­ka­dzie­siąt. Wiele z nich było zamiesz­ka­nych. Grześ prócz tego, że zna się na przy­ro­dzie, jest pale­on­to­lo­giem ama­to­rem pene­tru­ją­cym dolinę Wisły. Ze swo­ich wypraw przy­wozi a to żebro mamuta, a to ząb noso­rożca wło­cha­tego, a to topo­rek krze­mienny. Jego eks­po­naty prze­stają się już mie­ścić w pudłach usta­wia­nych w pokoju, kuchni, na stole i pod sto­łem.

Nad Bugiem.

Wróćmy jed­nak do eko­to­nów. Są to nie­by­wale piękne i cenne przy­rod­ni­czo sie­dli­ska. Przej­ście mię­dzy stre­fami zacho­dzi na pew­nej prze­strzeni - śro­do­wi­ska zmie­niają się płyn­nie, bez ostro zazna­czo­nych gra­nic. Prze­ni­kają się, sta­no­wiąc mie­sza­ninę form cha­rak­te­ry­stycz­nych dla obu stref, a także wytwa­rzają struk­turę spe­cy­ficzną tylko dla sie­bie. Poja­wiają się tam rośliny i zwie­rzęta, które jedy­nie w takich miej­scach odnaj­dują dogodne warunki do życia. To decy­duje o nie­zwy­kłym bogac­twie gatun­ko­wym eko­to­nów, ich wie­lo­war­stwo­wej struk­tu­rze i zróż­ni­co­wa­niu.

Eko­tony są szcze­gól­nie ważne, bowiem sta­no­wią bufor chro­niący prze­ni­ka­jące się śro­do­wi­ska i utrzy­mują je w sta­nie rów­no­wagi dyna­micz­nej. Ostre cię­cia są sztuczne i nie­zdrowe. Otwie­rają wraż­liwe wnę­trze na dewa­stu­jące wpływy. Obszary wyraź­nie od sie­bie oddzie­lone, jak na przy­kład zaorane pola pod lasem, są naj­czę­ściej dzie­łem czło­wieka. Natura z jakie­goś powodu nie wytwa­rza wyra­zi­stych gra­nic. Pogra­nicza zawsze mnie fascy­no­wały. Jest w nich meta­fi­zyka. Styk róż­nych świa­tów, war­to­ści, kul­tur. Spo­tka­nie dwóch bie­gu­nów, plusa i minusa, rodzi napię­cie, poja­wia się dyna­mika, zaczyna pły­nąć prąd. W pogra­niczach drze­mie poten­cjał nie­zwy­kłej kre­atyw­no­ści. Na styku dwóch fron­tów atmos­fe­rycz­nych powstają bły­ska­wice. Podobno z takich wyła­do­wań wykluło się życie.

Nazwa eko­ton wywo­dzi się z greki. Oikos ozna­cza dom, a tonos - napię­cie. A więc tam, gdzie obok sie­bie stoją dwa domy, nie wszystko układa się har­mo­nij­nie. Eko­ton przy­po­mina styk dwóch płyt tek­to­nicz­nych. Płyty odda­lają się od sie­bie i zbli­żają, napie­rają jedna na drugą, ule­gają koli­zjom, zde­rze­niom, by znów szu­kać punktu rów­no­wagi, dosto­so­wa­nia. Tam, gdzie płyty tek­to­niczne sąsia­dują ze sobą, drży zie­mia, wybu­chają wul­kany. Pogra­ni­cza eks­plo­dują wie­lo­ścią gatun­ków i form.

Bogac­two gatun­kowe eko­to­nów przy­ciąga wiele gatun­ków zwie­rząt, na przy­kład dra­pież­ców, któ­rzy żywią się niż­szymi ogni­wami łań­cu­cha pokar­mo­wego - ale nie tylko. Oka­zuje się, że takie sie­dli­ska są też nie­zwy­kle atrak­cyjne dla ludzi. Z tego punktu widze­nia wyjąt­kową rolę od zawsze odgry­wał styk śro­do­wisk lądo­wych i wod­nych, a szcze­gól­nie mor­skich. W książce W dziką stronę Łukasz Łuczaj przy­wo­łuje hipo­tezę ewo­lu­cji czło­wieka opra­co­waną kil­ka­dzie­siąt lat temu przez oce­ano­grafa Ali­stera Hardy'ego. Badacz ten zane­go­wał zało­że­nie, iż ojczy­zną gatunku ludz­kiego była sawanna, i ukuł wła­sną teo­rię "wod­nej małpy". O tym, że u zara­nia dzie­jów mie­li­śmy być wod­nymi mał­pami, mają świad­czyć szcząt­kowe błony pławne mię­dzy pal­cami, gru­czoły łzowe jak u zwie­rząt wod­nych, umie­jęt­ność pły­wa­nia i kon­tro­lo­wa­nia odde­chu. A może zasie­dla­li­śmy wła­śnie styk sawanny i morza? Dla wszyst­ko­żer­nego czło­wieka moż­li­wość pene­tra­cji róż­nych śro­do­wisk - lądo­wego, które dostar­cza pokarmu zwie­rzę­cego i roślin­nego, oraz mor­skiego boga­tego w ryby, owoce morza i wodo­ro­sty - sta­no­wi­łaby naj­ko­rzyst­niej­sze połą­cze­nie.

Bada­nia nad zasie­dle­niem obu Ame­ryk przez gatu­nek ludzki potwier­dzają hipo­tezę Hardy'ego. Rdzenni miesz­kańcy Ame­ryki zamiesz­ki­wali wła­śnie eko­tony: brzegi mórz, jezior i rzek sty­ka­jące się z tere­nami zale­sio­nymi i otwar­tymi. Roz­po­czy­na­jąc od Ala­ski i cie­śniny Beringa, opa­no­wali wkrótce cały kon­ty­nent i wszyst­kie jego śro­do­wi­ska (tajgę, lasy liścia­ste, stepy, pół­pu­sty­nie, lasy zwrot­ni­kowe), ale naj­pierw poru­szali się jedy­nie wzdłuż brzegu oce­anu. Żywili się mał­żami, rybami, żół­wiami, nad­mor­skimi pta­kami i ich jajami, jed­no­cze­śnie upra­wia­jąc zbie­rac­two i łowiec­two na lądzie. Rdzenni miesz­kańcy wybrzeża Pacy­fiku jako pierwsi mieli czas, by odda­wać się dzia­łal­no­ści przy­po­mi­na­ją­cej sztukę. A wszystko dzięki ławi­com łososi wpły­wa­ją­cym z oce­anu do rzek Gór Ska­li­stych. To w eko­to­nach po raz pierw­szy wystą­piło zja­wi­sko seden­ty­zmu, czyli osia­dłego trybu życia. Korzy­sta­nie z kilku róż­no­rod­nych źró­deł poży­wie­nia dawało moż­li­wość prze­rzu­ca­nia się z jed­nego pokarmu na inny w zależ­no­ści od pory roku i innych czyn­ni­ków. Wyma­gało to tylko zmiany źró­dła, z któ­rego było pozy­ski­wane jedze­nie, nie zaś wędro­wa­nia w jego poszu­ki­wa­niu.

Ludy Ame­ryk żyjące w głębi lądu pro­wa­dziły już odmienny, zbie­racko-łowiecki styl życia koczow­ni­ków, co wymu­szało życie w dużo więk­szym roz­pro­sze­niu. Przy­ję­cie osia­dłego trybu życia sprzy­jało udo­mo­wie­niu roślin i zwie­rząt, roz­wo­jowi rol­nic­twa oraz hodowli. Pierw­sze osady, wsie i pro­to­mia­sta powsta­wały w del­tach wiel­kich rzek: sta­ro­żytny Sumer mie­ścił się w doli­nach Eufratu i Tygrysu, Egipt w del­cie Nilu, gęsto zalud­nione były doliny Indusu i Żół­tej Rzeki. Pierw­sze duże osady powsta­wały nie na suchym ste­pie, lecz na mokra­dłach, a szcze­gól­nie w ujściach wiel­kich rzek do morza. Ich coroczne wylewy użyź­niały glebę i umoż­li­wiły roz­wój rol­nic­twa iry­ga­cyj­nego, a osta­tecz­nie - roz­wój cywi­li­za­cji.

Wydma pod Nowo­dwor­cami.

"Wszy­scy­śmy z eko­to­nów!" - chcia­łoby się zakrzyk­nąć, sto­jąc pod Nowo­dwor­cami. Za ple­cami las, przed oczami zaba­gniona dolina Supra­śli, a pod nogami pia­sek wydmy. To sąsiedz­two piasz­czy­stych łach i czar­nych bagien, suchych pagór­ków poro­śnię­tych sosen­kami i pod­mo­kłych tor­fo­wisk, to sąsiedz­two skraj­no­ści i brak upodo­ba­nia do wywa­żo­nego środka - to cecha cha­rak­te­ry­styczna Pod­la­sia. Tak jakby nie można tu być tylko tro­chę, w poło­wie, w uprzej­mej obo­jęt­no­ści, w umiar­ko­wa­nej racjo­nal­no­ści. Poru­sza­jąc się po skraju, po gra­nicy, trzeba uwa­żać, gdzie się sta­wia stopę. Chwila nie­uwagi, a przy­ja­zna dróżka zamie­nia się w zdra­dliwą jamę.

Roz­pięta mię­dzy skraj­no­ściami pod­la­ska dusza wykrzy­wia się i zagina, wyje i mil­czy, wzla­tuje ku górze i spada w odrę­twie­nie. Asy­me­tria plą­cze kroki, utyka na jedną nogę, zata­cza nie­równe koła niczym spi­rala. Natura nie lubi syme­trii. DNA więk­szo­ści orga­ni­zmów na Ziemi składa się z podwój­nej helisy zwi­nię­tej w prawą stronę. Więk­szość muszli śli­ma­ków też jest pra­wo­skrętna, cho­ciaż zda­rzają się lewo­skrętne. W przy­ro­dzie zda­rza się nie­mal wszystko. Każdy wyją­tek, każda oso­bli­wość są moż­liwe. Natu­ralne eko­sys­temy bez inge­ren­cji czło­wieka ewo­lu­ują w kie­runku coraz więk­szego zróż­ni­co­wa­nia. Na jed­nym drze­wie w Ama­zo­nii nali­czono czter­dzie­ści jeden gatun­ków mró­wek - tyle, ile mieszka na wszyst­kich drze­wach w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Mno­żyć się, dzie­lić, róż­ni­co­wać, zaj­mo­wać wszyst­kie nisze, każdy ustęp, rów, wznie­sie­nie, być naj­le­piej dosto­so­wa­nym. W wyścigu o życie wygrywa naj­sil­niej­szy i naj­le­piej przy­sto­so­wany. Róż­ni­co­wa­nie, wie­lo­pię­tro­wość, wąska spe­cja­li­za­cja sprzy­jają powsta­wa­niu uni­kal­nych form. Natura w swo­jej nie­skrę­po­wa­nej kre­acji nie wytwa­rza wiel­kiej liczby osob­ni­ków jed­nego gatunku, raczej na odwrót - las natu­ralny to las bar­dzo wielu gatun­ków o sto­sun­kowo niewiel­kiej liczeb­no­ści. Docho­dzi nawet do sytu­acji, kiedy dany gatu­nek ma tylko kil­ku­set przed­sta­wi­cieli zamiesz­ku­ją­cych bar­dzo ogra­ni­czony obszar, cza­sem zale­d­wie jedno wzgó­rze.

Las natu­ralny to mozaika zło­żona z mnó­stwa kawa­łecz­ków, a każdy z nich ma inną funk­cję. To sta­nowi o bogac­twie, trwa­ło­ści i odpor­no­ści lasu. Gdy w wie­lo­pię­tro­wej budowli sple­cio­nej sie­cią wza­jem­nych zależ­no­ści powsta­nie wyrwa, zostaje szybko zabliź­niona i zajęta przez inne orga­ni­zmy. Struk­tura jako całość nie ponosi szkody, nawet gdy nie­które jej obszary są osła­bione czy ata­ko­wane.

Pusz­cza Bia­ło­wie­ska, ostatni las nizin euro­pej­skich o wyso­kim stop­niu natu­ral­no­ści, to nasza lokalna dżun­gla. Jej zróż­ni­co­wa­nie, a także wie­lo­pię­trowa struk­tura sta­no­wią o trwa­ło­ści i odpor­no­ści, mię­dzy innymi na szkod­niki. Gdy drzewa jed­nego gatunku, na przy­kład świerki, zostaną zaata­ko­wane przez kor­niki, inne drzewa, jak dęby, lipy, klony, mają się świet­nie. Znik­nię­cie świer­ków z pusz­czy nie spo­wo­duje uni­ce­stwie­nia całego lasu. Zresztą w lesie natu­ral­nym znik­nię­cie wszyst­kich świer­ków jest nie­moż­liwe, kor­niki ata­kują drzewa chore i osła­bione, a prze­cież w pusz­czy rosną świerki stare, młode i cał­kiem malut­kie. Ina­czej jest w lasach gospo­dar­czych, które sta­no­wią mono­kul­tury wybra­nych gatun­ków, na przy­kład sosen czy świer­ków w jed­na­ko­wym wieku. Atak kor­ni­ków może szybko dopro­wa­dzić do śmierci całego lasu. Mono­kul­tura jest struk­turą słabą, nie­od­porną na ciosy i wyzwa­nia. Mono­kul­tura jest nudna i smutna. Natura z jakie­goś powodu nie lubi mono­kul­tur i ich nie wytwa­rza.

Ist­nie­jące mono­kul­tury, zarówno przy­rod­ni­cze, jak i spo­łeczne, są naj­czę­ściej struk­tu­rami sztucz­nie stwo­rzo­nymi i siłą pod­trzy­my­wa­nymi przy życiu. Sta­ro­żytne impe­ria trwały setki, nie­kiedy tysiące lat. Wie­lo­kul­tu­rowe, wie­lo­re­li­gijne, otwarte na świat, wchła­nia­jące odrębne spo­łecz­no­ści bez stra­chu przed obcym lub żyjące z nim w sym­bio­zie, w wymia­nie, w ruchu. Siła I Rze­czy­po­spo­li­tej była siłą zamiesz­ku­ją­cych ją naro­dów i ich kul­tur: pol­skiej, ruskiej, litew­skiej, żydow­skiej, tatar­skiej, nie­miec­kiej. Czas wie­lo­na­ro­do­wych impe­riów skoń­czył się wraz z Wio­sną Ludów, a porzą­dek jał­tań­ski zadał im osta­teczny cios. XIX-wieczne sen­ty­menty naro­do­wo­ściowe wci­śnięte w za cia­sne gar­ni­turki pośpiesz­nie kro­jo­nych gra­nic szybko uni­fi­ko­wały toż­sa­mość i język. Stło­czone stadka, każde w swoim domku niczym w komórce pla­stra miodu, wyod­ręb­niały się i izo­lo­wały, oko­pu­jąc na swo­ich pozy­cjach. Z ojczy­zny znik­nął "inny" - został wygnany, wyje­chał lub z wła­snej woli scho­wał się pod stół. Inność nie była w cenie. Inny zaczął ozna­czać wroga. Piątą kolumnę. Obcego.

W naro­do­wej ojczyź­nie wszystko musiało być naro­dowe. Ofi­cjalna wer­sja jedy­nie słusz­nego "języka naro­dowego" depre­cjo­no­wała i usu­wała w cień lokalne gwary, narze­cza, odmiany i wyjątki. Stały się one powo­dem do wstydu, dowo­dem pro­win­cjo­nal­no­ści i braku wykształ­ce­nia. Zepchnięte do pod­zie­mia, funk­cjo­no­wały w domach, przy stole, z sąsia­dami. "Mów po pol­sku, uczysz się w pol­skiej szkole" - takie zda­nie sły­szały od nauczy­cieli dzieci mówiące gwa­rami wschod­nio­sło­wiań­skimi, kur­piow­skimi, mazo­wiec­kimi, ślą­skimi, mazur­skimi.

Mój ojciec nauczył się mówić po pol­sku wła­śnie w szkole. Jego pierw­szy język, ten, w któ­rym roz­ma­wiał z matką i kole­gami na podwórku, to jedna z odmian gwar wschod­nio­sło­wiań­skich uży­wa­nych mię­dzy Narwią a Bugiem. Do dziś języ­ko­znawcy spie­rają się, czy to gwara, czy język, a jeśli język - to jaki? Ukra­iń­ski? Bia­ło­ru­ski? A może dawny ruski? Nasze nowo­żytne poję­cia nijak nie chcą się wpa­so­wać w skom­pli­ko­waną naturę rze­czy. To nasz ludzki pęd do kla­sy­fi­ko­wa­nia, ozna­cza­nia, nazy­wa­nia, met­ko­wa­nia.

Pamię­tam dzień, gdy porząd­ko­wa­łam swoją biblio­tekę i przy­dzie­la­łam książki do odpo­wied­nich dzia­łów. W wypadku nie­któ­rych ksią­żek, a nawet znacz­nej czę­ści, wcale nie było to łatwe. Bo nagle się oka­zy­wało, że jest tro­chę z lewa, tro­chę z prawa, a pasuje co naj­mniej do trzech róż­nych dzia­łów, jak gdyby jakimś cudem doszły ją słu­chy o ist­nie­niu trzech płci. Kie­dyś dowie­dzia­łam się, że ist­nieje gatu­nek grzyba, który na wcze­snym eta­pie ewo­lu­cji, w dewo­nie, posia­dał aż cztery płcie. Moje książki wymy­kały się kla­sy­fi­ka­cji podob­nie jak ten grzyb - Biblia wita­min powinna stać w dziale reli­gia czy medy­cyna? A album foto­gra­ficzny z arty­stycz­nymi zdję­ciami uka­zu­ją­cymi pogań­skie obrzędy Pole­sia w dziale sztuka czy etno­gra­fia? Boż­nice Bia­ło­stoc­czy­zny do działu żydow­skiego czy pod­la­skiego? A lite­racki opis zauł­ków Rzymu to dział podróże czy lite­ra­tura piękna? I czy książka, która nie pasuje do żad­nej szu­fladki, jest bez­war­to­ściowa i zasłu­guje na wyrzu­ce­nie? Por­tal Nauka w Pol­sce donosi, że

w Ama­zo­nii rośnie 16 tys. gatun­ków drzew, samych zaś drzew jest ok. 390 mld. Połowa z nich należy do zale­d­wie 227 gatun­ków, co sta­nowi 1,4% ogól­nej ich liczby. Mode­lo­wa­nie mate­ma­tyczne dostar­czyło też infor­ma­cji nt. gatun­ków naj­rzad­szych. Zda­niem naukow­ców liczeb­ność około sze­ściu tysięcy gatun­ków drzew w Ama­zo­nii nie prze­kra­cza tysiąca sztuk, co auto­ma­tycz­nie kwa­li­fi­kuje je jako kan­dy­da­tów do Czer­wo­nej Księgi Gatun­ków Zagro­żo­nych IUCN (Mię­dzy­na­ro­do­wej Unii Ochrony Przy­rody). Jest jed­nak pro­blem - zazna­czają auto­rzy tek­stu w "Science". Wspo­mniane gatunki są tak rzad­kie, że w rze­czy­wi­sto­ści naukowcy mogą się na nie ni­gdy nie natknąć1.

Naukowcy sza­cują, że w ciągu roku na naszej pla­ne­cie ginie około dwu­dzie­stu tysięcy gatun­ków zwie­rząt, głów­nie owa­dów, w więk­szo­ści nie­zna­nych nauce. Jesz­cze nikt do nich nie dotarł, nie poli­czył ich, nie skla­sy­fi­ko­wał. Czy odczu­wamy jako stratę wymar­cie gatunku mró­wek, o któ­rych ist­nie­niu nawet nie wie­dzie­li­śmy? Na pewno przej­mu­jemy się śmier­cią żółwi mor­skich, słoni albo noso­roż­ców bia­łych. A prze­cież to nie­wi­dzialna sieć owa­dów, grzy­bów i mikro­or­ga­ni­zmów sta­nowi o sta­bil­no­ści eko­sys­temu, podob­nie jak nie­wi­doczne fun­da­menty wpły­wają na sta­bil­ność domu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki