"Bangladesze"
W sali ślubów Urzędu Miasta Zakopane rozmawiam z Martą Gratkowską, kierowniczką Biura Planowania Przestrzennego, prywatnie żoną reportera "Tygodnika Podhalańskiego".
Pytam, ile samowoli budowlanych stoi w trzech newralgicznych punktach: na Gubałówce, pod stacją kolejki na Gubałówkę i pod skocznią narciarską na Wielkiej Krokwi. Odpowiedź brzmi, że nikt nie jest w stanie tego policzyć. Budki z pamiątkami i oscypkami - "bangladesze", jak nazywają je sami kupcy - czasami wyrastają z dnia na dzień. Ktoś przywozi w nocy budkę, a rano już z niej sprzedaje.
Gratkowska szacuje, że nawet 90 procent stoisk może być samowolą. Twierdzi przy tym, że góralska mentalność z lat dziewięćdziesiątych jest w odwrocie. A miasto ma plan, jak stragany ucywilizować: najpierw trzeba przygotować modułowy projekt, aby sprzedający mogli go powielać. Kiedy to nastąpi? "Trwają rozmowy urzędników z kupcami" - zapewnia mnie Gratkowska.
O tym, że stoiskowy handel przynosi krocie, świadczą ceny dzierżawy legalnych miejskich budek pod Gubałówką i tak zwanych fasiągów na Krupówkach. Dzierżawą obiektów o powierzchni 1,5 metra - 2 metrów kwadratowych w eksponowanych rejonach zakopiańskiego deptaka zawiaduje Zakopiańskie Centrum Kultury, wyniki przetargów publikuje urząd miasta.
Kiedy otwarto koperty od oferentów zamierzających od 1 lipca 2019 roku wydzierżawić na dwanaście miesięcy stoiska pod Gubałówką, zapanowała konsternacja. Ktoś zadeklarował, że za stoisko numer 3 zapłaci 22 802 złote miesięcznie, ktoś inny za stoisko numer 1 dawał 21 004 złote. Magiczną granicę 20 tysięcy złotych przekroczono jeszcze w dwóch przypadkach, w kolejnych dwóch - 15 tysięcy.
Na Gubałówce panuje chaos nieporównywalny z niczym innym w Polsce. Droga, z której turyści podziwiają tatrzańską panoramę, zamiast stać się reprezentacyjną promenadą, zamieniła się w śmietnik reklam, przypadkowych budek z paździerza stawianych bez projektów, zaparkowanych na wieczny odpoczynek zdezelowanych przyczep obitych plastikiem i drewnem oraz "atrakcji turystycznych": parku linowego, strzelnicy, wypożyczalni skuterów, kebabiarni, ścianki wspinaczkowej, fliperów, maszyn do wyciągania pluszaków, cymbergajów, ustrojstwa mierzącego siłę uderzenia w bokserską gruszkę, automatów z grzańcem w jednorazowych kubeczkach. Do tego słodki smród przypalonych gofrów i disco polo na cały regulator.
Gdy halniak wieje mocniej, na Gubałówce wszystko fruwa. Regały z pamiątkami lądują jeden na drugim. A lokalni dziennikarze robią zdjęcia i rozpisują się, że następnym razem "może dojść do tragedii".
Najsilniejszy halny, jak wspominał Apoloniusz Rajwa, pracownik Wysokogórskiego Obserwatorium Meteorologicznego, odnotowano 6 maja 1968 roku w rejonie Kasprowego Wierchu. Wiatr duł - czyli po góralsku: wiał - z prędkością 288 kilometrów na godzinę. Prawdopodobnie w porywach osiągał nawet 300 - choć tego nie wiadomo na pewno, bo zabrakło skali. Łamał połacie tatrzańskich lasów, przewracał wszystko, co stało mu na drodze.
Tutejsi dziennikarze mają rację - każdy lokalny szczyt albo stok narciarski, gęsto zastawiony straganiarskimi samowolkami i oblegany przez turystów, może w trakcie wichury stać się miejscem kolejnej tragedii.
Od czego i kiedy zaczęła się samowolna zabudowa Gubałówki?
Żenujący żart o tym, że prawo budowlane na Podhalu się nie przyjęło, trąci myszką. Paliwem partyzanckiej budowlanki był znaczący wzrost ruchu turystycznego po II wojnie światowej.
W 1965 roku Zakopane odwiedziły ponad dwa miliony ludzi. Na początku lat siedemdziesiątych liczba turystów przekroczyła trzy miliony. Z turystyki utrzymywała się największa część aktywnych zawodowo zakopiańczyków: 3696 z 13 888 pracujących w mieście o populacji liczącej nieco ponad 27 tysięcy. Wyrastały prywatne pensjonaty, budowano hotele. Opisał to profesor Jerzy Kochanowski w książce Wolne miasto. Zakopane 1956-1970.
Do PRL-owskiego Zakopanego coraz śmielej wkraczali inwestorzy. Nieruchomości pod Giewontem, zwłaszcza domy jednorodzinne, postrzegali jako lokatę kapitału. Byli nimi miejscowi i ich rodziny ze Stanów Zjednoczonych, ale nie tylko. Służba Bezpieczeństwa odnotowywała, że zjeżdżali tu "antyludowcy" i "antysocjaliści" o bogatej przeszłości politycznej. "Zakopane stało się miastem, gdzie na jednego mieszkańca ukształtował się największy w kraju wskaźnik posiadanej gotówki. Chęć lokaty posiadanych kapitałów przez wielu obywateli w indywidualne budownictwo i rzemiosło doprowadziła do korupcji niektórych pracowników administracji państwowej. Gwałtowna chęć wzbogacenia się niektórych tutejszych sportowców pchnęła ich na drogę przestępczą".
Udział prywatnej inicjatywy rósł także w gastronomii. W połowie 1957 roku prywatne bary i restauracje stanowiły 38 procent miejscowej branży. Po domach produkowano na dużą skalę pamiątki. Nieoficjalnie w pamiątkarstwie pracowały setki, a potem tysiące ludzi, w tym inteligencja. Wytwory ich rąk sprzedawano na straganach, w tym nielegalnych.
Profesor Kochanowski zgromadził przykłady ówczesnych samowoli budowlanych. Wśród nich wymienił jeden symboliczny - kapliczkę na Gubałówce.
Ciepłe czerwcowe popołudnie. Budka kryta blachą falistą, z różowym napisem: "Donuts. Świeże, ciepłe, małe pączusie". Na okiennicach ze sklejki parzenice. Od frontu dwie drewniane beczki, reklama wycieczek na quadzie, zaparkowana przez kogoś e-hulajnoga. Obok spory kontener z tarasem widokowym oferuje "pizzę, zapiekanki, lody, gofry, kawę, napoje i piwo". Trochę obity drewnem, trochę banerami, z parasolami w piwnym ogródku.
Między tymi biznesami lawiruje dwójka turystów z kijkami do nordic walkingu. Klękają przed drewnianą kaplicą Matki Boskiej Różańcowej ("msze święte w niedziele o godz. 11.30").
Mijam drewnianą bramę, schodzę po stopniach z kostki brukowej. Za kratami, w drzwiach kaplicy, jest pulpit, na którym płoną elektryczne świeczki. Wrzucam kilka złotych do skarbonki, zapalam jedną.
Historię miejsca opisano na tablicy w drewnianej ramce, za szkłem. "Kaplica jest dziękczynnym wotum za uratowanie życia w czasie II wojny światowej. Inicjatywa i fundusze na jej zbudowanie pochodziły od Władysława i Marianny Bachledy-Księdzularz".
Naiwnie zauważam, że słowo "samowola" w ramce nie pada.
Przy kapliczce stoi dom, w którym mieszkali fundatorzy. Oboje już nie żyją. Przed wejściem spotykam ich córkę.
- Mamy rodzinną kronikę - zaczyna Halina Bachleda-Staszel (nazwisko po mężu).
Kronika to zeszyt. Marianna prosiła, żeby córka spisała w nim historię kapliczki. Słaba już była, prawie chodzić nie mogła. Jak przypominała sobie o czymś, obie siadały wieczorem przy stole, przy nocnej lampce, i matka dyktowała. Halina notowała. Czasem dopisywała na karteczkach, które dokładała do kroniki. Są w niej nawet podobno zdjęcia z wizyty Karola Wojtyły na Gubałówce. Kardynał pobłogosławił rodzinie.
Halina nie może znaleźć zeszytu, ale dużo pamięta.
- Dom wybudowali rodzice w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim roku. Tutaj, gdzie dziś rośnie trawa i stoi kościółek (jak nazywa kapliczkę), rósł wtedy gęsty las. Nasz dom był jedyny na Gubałówce, dopiero potem powstało schronisko przy kolejce - opowiada.
Jej relacja jest niezbyt dokładna. Kolejka jeździła od 1938 roku, na szczycie Gubałówki stało kilka zabudowań, o czym świadczą plany miasta, mapy i zdjęcia zrobione przez Niemców w czasie wojny. Można jednak przyjąć, że dom Bachledów-Księdzularzy był jednym z pierwszych.
- No pustka, tylko kamienista droga polna. I drzew pełno wszędzie!
Ojciec Haliny wypasał owce, robił oscypki, zbierał w lesie grzyby. W przydomowym barze, otwartym po wojnie, rodzina sprzedawała grzybową z ziemniakami. Czasem się kurę ubiło i oskubało na rosół. Były ziemniaki, zsiadłe mleko, świeży koperek. Turyści przystawali po latach pod oknami, wspominali obiady z drewnianego domu na Gubałówce.
- Podczas wojny tata ukrywał się w tym samym miejscu, gdzie teraz jest kościółek. Przychodzili partyzanci, te bandy i Niemcy. Przez dom przewlekło się różnych ludzi i każdy brał, co chciał, do jedzenia. Co rodzice mieli, to im zabierali. No i zginąć zawsze można było.
Od frontu był pokoik, więc przez szybę widziano, że ktoś idzie z drogi.
- Wtedy mama mówiła tacie: "uciekaj!". Z tyłu było wyjście przez oborę. Potem czołgał się zaraz przez ten gęsty las. I ci Niemcy bali się tam wchodzić.
Jednego dnia w oborze ukryli się AK-owcy ścigani przez Niemców, którzy dziabali w słomę widłami. Mama Haliny tylko czekała, aż któregoś trafią w rękę albo w nogę. Nie wierzyła, że nie jękną pod ciosem. Ale Niemcy wyszli z niczym, bo AK-owcy skutecznie ukryli się w oborze między zwierzętami. A ojciec zdążył uciec do lasu tylnym wyjściem.
- Tata się tam ukrywał przez całą wojnę. A mama zostawała w domu, żeby pilnować. Tym, co przychodzili, mówiła, że jest sama i nie ma dużo jedzenia. Chowała je, żeby jak przyjdą następni, też mieć co im dać. Partyzantom chętnie się dawało, ale te bandy...
- Bandy? - dopytuję.
- Pod przykrywką AK-owców bandy chodziły po domach. Mówili, że walczą i że trzeba dać im jeść.
- Mama mówiła, kto przychodził w tych bandach?
- No mówiła. - Halina ścisza głos. - Ogień. Był tutaj, mama się go zawsze bała jak nie wiem co.
Ogień, czyli Józef Kuraś. Postać, która do dziś wzbudza olbrzymie kontrowersje. Według prawicy żołnierz wyklęty, ale inni przypominają, że jego partyzancki oddział dopuszczał się zbrodni na tle antysemickim. Po wojnie, w maju 1946 roku, w Krościenku zmasakrował grupę kilkunastu Żydów, którzy chcieli wyjechać z Polski. Ogień o tym wiedział, ale nie wyciągnął konsekwencji wobec podkomendnych, co obciąża go jako dowódcę.
Marianna Bachleda-Księdzularz nie chciała mieszać w kronice historii kaplicy z polityką. O Ogniu prawie z nikim nie rozmawiała, bała się. "Co moje słowo przeciw jakimś ludziom, co się liczą w Zakopanem?" - mówiła.
Skąd pomysł na kapliczkę?
- Rodzice przyrzekli sobie, że jeśli tylko przeżyją wojnę, pobudują kościółek. No ale trudne były czasy. Żeby wybudować, trzeba było mieć pieniądze, nie? Trzeba było coś mieć, żeby zacząć. Mama stale mówiła: "Zacznijmy", ale tata mówił: "No ale z czego, jak nie mamy? Musimy mieć jakiś fundusz. Drzewa uszykujemy". Bo lasu mieliśmy dużo, nawet z tej strony. - Halina zatacza w powietrzu ręką. Gospodarstwo, jak wyliczyła obserwująca rodzinę bezpieka, miało powierzchnię 3,28 hektara. - Tata trochę wyciął, coś tam uzbierali, ale do tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego drugiego roku im zeszło. Poprzedził to ciekawy sen taty. W nocy przyszedł i mówi do mamy: "Musimy postawić tę kaplicę, bo Bóg się upomina. Przyszedł - mówił tak - z otwartymi rękami. Jak po tych gwoździach".
- Chrystus?
- Tak. Mówił: "Obiecałeś! Obiecałeś mi i co?".
Władysław Bachleda-Księdzularz już tamtej nocy nie zasnął. Stwierdził, że muszą z żoną zaraz zbudować kapliczkę, bo nie da rady tak żyć.
- "Jak go widzę na oczach, jak on stanął przy mnie i mówi: "Obiecałeś!". A ja wiedziałem, co obiecałem". I postanowił, że wybudują taką cztery na pięć metrów, maleństwo. Ale okazało się, że jeszcze tych funduszy będzie mało. I wzięli pożyczkę na kurnik.
- Od państwa?
- Tak. I wybudowali taką, jak chcieli, z drzewa, małą kapliczkę, przykrytą. Bez wieżyczki, bo to miał być kurnik. Msze święte tam były i nabożeństwa.
O kurnik długo nikt nie pytał. Urzędnicy rzadko zaglądali na Gubałówkę, nie sprawdzali wymiarów budynku. Nikt też nie pytał, po co kurnik w lesie, daleko od domu, gdzie jeszcze jakiś lis mógłby się zakraść i kury podusić. Zza urzędniczego biurka wszystko wyglądało w porządku. Nadszedł jednak dzień, w którym rodzina musiała ratować samowolę budowlaną szybką przeprowadzką.
- Komuniści przysłali pismo jednego dnia, a nazajutrz rano mieli przyjść. I sprawdzić, czy kapliczka jest rozburzona.
Z pomocą sąsiadów przeniesiono ją do obory: z jednej strony krowy, pośrodku kaplica, a z przodu, tam gdzie wejście było zaszalowane deskami, stały owce. Ludzie poznosili deski. Takie, żeby wyglądały na stare. I całą noc pracowali.
Przyszli inspektorzy, obeszli dom dookoła, zrobili zdjęcia. Ale kapliczka była już za bramą obory.
Została tam na prawie siedem lat.
W tym czasie na świat przyszła Halina. Pamięta, jak z matką chodziła się modlić. Oborę odwiedzali duchowni, odprawiali msze.
W sierpniu 1963 roku SB odnotowała, że Władysław Curzydło, w latach 1965-1989 proboszcz zakopiańskiej parafii przy Krupówkach, wokół której toczyło się życie społeczno-polityczno-religijne miasta, stanowczo zaprzecza, iż kaplica została poświęcona. Twierdzi wręcz, że nie powstała w porozumieniu z kościelną władzą i "nie chce dokładać ręki do czyjejś samowoli".
Bezpieka uparcie usiłowała rozpracować górali, zwłaszcza tych z "silnie sklerykalizowanego" Związku Podhalan, najważniejszej organizacji społecznej w regionie, cieszącej się w dodatku licznymi kontaktami we wrogich ideologicznie Stanach Zjednoczonych. "Nasilanie się tych kontaktów przeszczepia na nasz grunt mentalność burżuazyjno-kapitalistyczną i tworzy nimb dobrobytu wokół sytuacji ekonomicznej USA" - raportowano w połowie lat siedemdziesiątych, wskazując na Chicago jako główny ośrodek góralskich kontaktów za oceanem. Osobą, która w tym kontekście mogła sprawić mnóstwo kłopotów, był według SB właśnie Curzydło. Na dwudziestopięciolecie jego kapłaństwa latem 1967 roku wierni zorganizowali procesję bez zezwolenia władz. Gdy w 1981 roku ksiądz starał się o wyjazd do Stanów Zjednoczonych, przeprowadził z nim rozmowę major Mikołaj Topuziak.
"Pozostaje [...] w bardzo dobrych stosunkach z papieżem Janem Pawłem II - napisał w notatce, a jednocześnie zwrócił uwagę na coś innego: - [Proboszcz] Wspomniał np., że bardzo cenił sobie spotkania z b. wojewodą Lechem Bafią - już od czasu, gdy ten był Naczelnikiem Zakopanego. Według ks. Curzydły panu Bafii wyrządzono ogromną krzywdę, rozliczając go za niewłaściwe postępowanie, a szczególnie wyburzenie nielegalnie wybudowanych domów w Zakopanem".
Bafia to na Podhalu symbol komunistycznych represji. W latach siedemdziesiątych siał postrach wśród miejscowych, bo nakazywał rozbierać samowole budowlane. Niektórym góralom do dziś łzy stają w oczach na dźwięk jego nazwiska. Wojewoda miał plecy, jego brat Jerzy był prezesem Sądu Najwyższego i ministrem sprawiedliwości.
Agenci w swoich raportach nie kryli, że szukali szansy na osłabienie pozycji księdza zarówno wśród parafian, jak i w Kościele. Powoływali się na informatorów, którzy twierdzili, między innymi, że wierni zdenerwowali się na swojego proboszcza, gdy ten "nie dopuścił do święceń kapłańskich wywodzącego się z ich grona kleryka". Doszło ponoć do tego, że ciotka kleryka zebrała ponad trzysta podpisów pod petycją krytykującą poczynania Curzydły. W Instytucie Pamięci Narodowej zachowała się karta ewidencyjna tajnego współpracownika zakopiańskiej bezpieki, zwerbowanego w listopadzie 1979 roku mężczyzny o pseudonimie "Władysław góral". Do karty bezpieka wpisała, że był nim ksiądz Curzydło. Tyle że, co istotne, brakuje teczki współpracy TW Władysława.
Co zawiera karta? Informację, że TW "Władysław góral" spotkał się z SB przez blisko dziesięć lat pięćdziesiąt siedem razy. I otrzymywał wynagrodzenie "rzeczowe". Umarł jako TW, a współpraca zakończyła się po jego śmierci.
Obecny proboszcz parafii Najświętszej Rodziny w Zakopanem nie chciał ze mną rozmawiać o kontaktach Curzydły z bezpieką. W e-mailu ksiądz Bogusław Filipiak napisał, że nawet o uszy mu się to nie otarło. "Jeśli nie ma teczki współpracy, to po co rozgrzebywać niepewne informacje, tym bardziej że ks. Curzydło nie żyje już ponad 30 lat" - pytał.
Halina Bachleda-Staszel wspomina starania ówczesnego proboszcza w kwestii kościółka. Kiedy w 1972 roku kapliczka wróciła na swoje miejsce pod lasem, ksiądz Curzydło zaproponował, żeby ją powiększyć i dobudować wieżyczkę.
- Mówił, że jest coś spokojniej. Już ci komuniści nie są tacy przez tego Gierka. Jak on jest, to jest lepiej w Polsce. No i wtedy żeśmy sobie narobili bałaganu. Przyszli i mówią, że co to jest? Przecież to był kurnik, a teraz świątynia. Tata przez miesiąc dzień w dzień chodził i tłumaczył, jak wybudowali tę kaplicę, z jakiego powodu. W kółko to samo. Pani notowała, a dwóch panów się pytało. Musiał chodzić na godzinę ustaloną na milicję. Jak bandziora go przesłuchiwali.
Bachledowie-Księdzularzowie przez lata zainwestowali w remonty kapliczki mnóstwo pieniędzy. Czasem trzeba było sprzedać jałówkę, żeby kupić deski. Innym razem ksiądz Curzydło pomógł naprawić fundament, który powoli się sypał. A potem organizował adwokatów. Pisali odwołania.
Ksiądz Bogusław Filipiak nie chciał mi także udostępnić dokumentów dotyczących kapliczki na Gubałówce. Uważa, że to "dokumenty wrażliwe" (czasem mówi o nich "wewnętrzne"). Obiecał podesłać mi przynajmniej część e-mailem, ale tego nie zrobił, mimo kilkukrotnych próśb. W trakcie naszej rozmowy na plebanii chlapnął tylko, że są wśród nich, między innymi, "listy do Lecha Bafii".
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.