PETERSBURG. AGORAFOBIA
Minęła północ. Okolice dworca przy Kanale Obwodowym toną w ciemnościach. Po jednej stronie jest woda: mroczna i prawie nieruchoma liże stromy betonowy brzeg. Dookoła pustka: szkielety starych fabryk, garaże, zardzewiałe, prowadzące donikąd bramy. Tylko pędzące pewnie po szerokiej jezdni samochody dobrych marek zdradzają, że dojechaliśmy do centrum dużego miasta, do metropolii, w której jedni są biedni, a inni sporo zarabiają, prowadzą nocne życie, właśnie wracają do swoich loftów i podmiejskich rezydencji. Parking, na którym z głośnym sykiem zatrzymuje się autobus, oddzielają od budynku więzienne kraty - żeby się dostać do środka, trzeba przejść przez wąską furtkę. W obszernej hali brzęczą jarzeniówki. Pomieszczenie jest sterylne, wyłożone płytkami. Wszystkie okienka pozamykane, pierwszy autobus odjeżdża dopiero za cztery godziny. Wychodzę na zewnątrz. Znajomy, który miał mnie odebrać, najwyraźniej się spóźnia. Myślę z niepokojem, że miałabym w tym miejscu długo na kogoś czekać. Inni pasażerowie mają więcej szczęścia: po nich już ktoś przyjechał, w pośpiechu opuścili nieprzyjazny dworzec, który być może celowo tak wygląda, aby nikt nie spędzał tutaj zbyt dużo czasu.
W Petersburgu mówi się, że okolice Obwodowego są przeklęte. Ośmiokilometrowy kanał jest najdłuższy w tym mieście, w którym wszystko łączy się z wodą. Powstawał etapami, pierwszy odcinek wykopano jeszcze w latach sześćdziesiątych XVIII wieku. Dobrze, że wciąż mamy rok 2022. W styczniu 2023 powróci tutaj klątwa, w którą petersburżanie święcie wierzą: jeśli rok kończy się na cyfrę trzy, to kanał znowu przyciągnie setkę samobójców. Tragiczna legenda sięga 1923 roku, kiedy sowiecka władza zdecydowała o zniszczeniu znajdującego się nad kanałem przedchrześcijańskiego cmentarza z XI wieku. Płyty nagrobne wykorzystano do budowy prospektu Ligowskiego. Od tego czasu kanał przyciąga nieszczęśników, którzy rzucają się w jego brudną toń. W 1923 roku odnotowano 89 utonięć, w 1933 roku było ich już 107. Do dziś Petersburg przoduje w tragicznych statystykach samobójstw w Rosji. Prawdopodobnie bardziej od kanału winna jest pogoda - trzeba mieć wielkie szczęście, żeby zobaczyć tu słońce, przeciętnie w roku bywa tylko 60 dni słonecznych. Przez pozostałych trzysta jest wietrznie, chmurno i deszczowo. Tak jak teraz. Fiodor Dostojewski, który w Petersburgu spędził większość dorosłego życia, pisał, że klimat tego miasta jest przygnębiający i że potęguje samotność. Patrzę w niebo, ale nie ma na nim ani jednej gwiazdy.
Ze zmęczenia robi mi się zimno. Słyszę szmery. To pewnie szczury - w okolicy jest ich pełno. Wreszcie ciemności rozjaśnia biała terenówka. Wstrzymuję oddech. Oby to był Sława, na którego czekam, żeby zabrał mnie stąd w lepsze miejsce. Auto hamuje brawurowo. Wysiada z niego energiczny czterdziestolatek w okularach. Macha do mnie i od razu przejmuje mój plecak. Z radością mu go oddaję. Mężczyzna demonstracyjnie nim podrzuca, dla niego jest lekki jak piórko.
- Tylko tyle? Na podróż do Magadanu? A ja specjalnie wziąłem większe auto. - Sława wydaje się rozczarowany. Zna moje plany, bo jego żona, Dina, wykupiła mi bilet lotniczy na Kołymę. Strona internetowa Aerofłotu, podobnie jak wielu innych rosyjskich przedsiębiorstw, jest w Polsce niedostępna. To efekt sankcji nałożonych na Rosję przez Unię Europejską. W ogóle logistycznych problemów jest wiele. O jednym z nich wspominała Dina nieśmiało w ostatnim mejlu:
Na pewno chcesz ten bilet, tak? Nie boisz się latać Aerofłotem? Nie masz żadnych lęków?
Za tą troską kryła się informacja ściśle strategiczna, która w formie nie do końca zweryfikowanych doniesień właśnie rozchodziła się po świecie. Część samolotów Aerofłotu zaczęła od pewnego czasu pełnić funkcję tak zwanych choinek, czyli maszyn uziemionych, które poświęca się na części. Ponad połowa rosyjskiej floty to import z zagranicy. Oficjalnych danych nie ma, ale według przecieków z wczesnej jesieni 2022 roku kilka airbusów zostało już w Rosji rozebranych na kawałeczki. Martwy samolot zasila inne, żeby mogły w miarę bezpiecznie latać. Taki powietrzny kanibalizm czasów wojny i sankcji.
Sława zamyka klapę bagażnika i otwiera mi drzwi samochodu.
- Pięknie pachnie, nowością - mówię, a mój komplement wyraźnie mu się podoba. Ruszamy z piskiem opon.
Pędzimy wzdłuż kanału, sprawdzając możliwości nowego auta na pustej ulicy. Zostawiamy za nami ponure okolice Obwodowego. Skręcamy w lewo, gdzie połyskuje rozświetlona Newa. Powinniśmy zjechać od razu przy moście Aleksandra Newskiego, ale na moją prośbę Sława jedzie okrężną drogą. Kierujemy się na most Litiejny, ten sam, który ponad dekadę temu zasłynął politycznym graffiti: młodzi aktywiści z grupy artystycznej Wojna wymalowali na nim sześćdziesięciometrowego fallusa. Kiedy most się podniósł, powstał także i penis, groźnie mierząc w pobliską siedzibę Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Jadąc terenówką Sławy, mam naiwną nadzieję, że stanie się cud i za chwilę znowu pokaże się to pamiętne graffiti o tytule Хуй в плен у ФСБ (Chuj w niewoli FSB). Most jednak jest opuszczony, nic się nie wydarzy. Bo i grupy artystycznej Wojna już nie ma. Po wielokrotnych zatrzymaniach, aresztowaniach i grzywnach jej założyciel Oleg Worotnikow wyjechał z kraju. Z emigracyjnego oddalenia ogłosił się zwolennikiem Putina. Oleg ma żonę i dwoje dzieci. Swój głos poparcia dla Kremla oddał już po zagadkowej śmierci innego aktywisty Wojny - Leonida Nikołajewa, zwanego Szalonym Lenią, który we wrześniu 2015 spadł z drzewa i zmarł w szpitalu. Przed śmiercią nie odzyskał przytomności, nigdy więc się już nie dowiemy, co się wydarzyło, kiedy Lenia przycinał drzewa...
W Petersburgu nie byłam od 2006 roku. Wtedy w mieście roiło się od turystów z Zachodu. W porcie cumowały wielkie białe statki rejsowe ze Skandynawii z bogatymi emerytami chcącymi w bezpieczny sposób poznać Rosję. Przez wiele lat do odwiedzenia Petersburga wystarczała e-wiza, którą można było wyrobić przez internet. W ten sposób władza sama zachęcała gości z Zachodu do odwiedzin grodu nad Newą. Powstał jako wizytówka nowoczesnej Rosji według szalonego pomysłu cara Piotra Wielkiego.
Władca zapragnął mieć u siebie kopię Amsterdamu. Holandią zachwycił się podczas europejskich wojaży. Nic dziwnego, wtedy był to najbogatszy i najpotężniejszy kraj w Europie, choć zamieszkiwały go tylko dwa miliony mieszkańców. Źródłem bogactwa był handel z krajami zamorskimi. Kanały, statki, mosty i spichlerze wydawały się obietnicą złotego snu o potędze. Kiedy rosyjski monarcha przybył do Amsterdamu latem 1697 roku i ujrzał wszechobecną wodę, a także ruch w porcie i na targowiskach, zapragnął całym sercem mieć coś takiego u siebie. Przybywał incognito, ale jak się ma ponad dwa metry wzrostu i charakterystyczną fizjonomię, trudno o anonimowość. Podpatrywał utalentowanych rzemieślników, snuł własne marzenia i projekty. Wszystkiego chciał dotknąć i wszystko zbadać. Zakasywał rękawy, brał się do roboty w stoczniach i manufakturach. W ten sposób nauczył się zegarmistrzostwa, szkutnictwa, tkania jedwabiu, a nawet innej przydatnej sztuki - bezbolesnego wyrywania spróchniałych zębów. Ta historia musi imponować obecnemu władcy kraju, który też lubi pokazywać swoją wszechstronność i chętnie pokazuje się na koniu, na polowaniu czy w kostiumie płetwonurka. Piotr I jako wzór do naśladowania dla współczesnego cara: imperator i reformator. Człowiek silnej ręki.
Kiedy Piotr I wrócił z Europy do Rosji, od razu zarządził zmiany. Zażyczył sobie, żeby bojarowie zgolili brody, a na terenach u ujścia Newy, które właśnie odebrał Szwecji, miał powstać drugi Amsterdam. Delta rzeki, liczne wysepki i mokradła rzeczywiście przypominały krajobraz Holandii. Do prac projektowych zaangażowano architektów z Zachodu. Ciężka robota fizyczna spadła natomiast na chłopów pańszczyźnianych, którzy harowali od wschodu do zachodu słońca. Szeregi robotników dziesiątkowały szkorbut i dyzenteria. Wielu próbowało ucieczki, choć kara dla złapanych zbiegów była okrutna - obcięcie nosa. Podczas realizacji amsterdamskiego marzenia Piotra Wielkiego śmierć poniosło prawdopodobnie kilkaset tysięcy osób. Wciąż odkrywane są zbiorowe mogiły robotników z czasów wielkiej budowy, miasto faktycznie zostało zbudowane na szkieletach. Taka była cena europeizacji małego kawałeczka Rosji... Budowa Petersburga to jednocześnie ważna lekcja, którą odebrało rosyjskie społeczeństwo: władza w tym kraju sięga po wszystko, co jej się zamarzy. Bez względu na koszt i cierpienie podwładnych.
Petersburg miał zostać, i został, hołdem złożonym carowi. W mieście do dziś stoi trzydzieści pomników Piotra I. W rosyjskiej telewizji ciągle lecą filmy kostiumowe o wielkim carze, idolu współczesnych dyktatorów. Może to nie przypadek, że w założonym przez niego mieście przyszli na świat zarówno Władimir Putin, jak i Dmitrij Miedwiediew.
Markiz de Custine w listach z Rosji, niezwykle przenikliwej relacji, która zawiera wiele niezwykle cennych obserwacji, już w 1839 roku pisał, że w tym kraju despotyzm jest silniejszy niż natura. "Cesarz w Rosji jest nie tylko przedstawicielem Boga" - pisał Francuz - ale "samą potęgą twórczą: potęgą rozleglejszą niż boska, bo Bóg tworzy tylko przyszłość, podczas gdy cesarz przetwarza przeszłość. Prawo nie działa wstecz, natomiast kaprys despoty działa". Od pierwszej połowy XIX wieku wiele się w Rosji zmieniło, ale te słowa brzmią niepokojąco znajomo. De Custine mógłby je żywcem przepisać do nowego wydania swojej bestsellerowej książki.
Kontrast pomiędzy tym, jak puste są teraz ulice Petersburga, a tym, co zapamiętałam z mojej ostatniej wizyty, zapewne potęguje pogoda. Wtedy był czerwiec, białe noce. A dziś październik, w powietrzu wisi wilgotny chłód z Karelii.
Dzielę się tą uwagą ze Sławą. Mówię, że Rosja jest coraz dalej od Europy. Mężczyzna wzrusza ramionami:
- Nie przesadzajmy. Jesteście po prostu zastraszeni. Zastraszeni przez zachodnią propagandę. Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego turyści przestali przyjeżdżać do Petersburga. Zobacz, jakie to piękne miasto!
Akurat z piskiem opon rusza koło nas luksusowe auto z przyciemnionymi szybami. W Petersburgu mieszka oficjalnie ponad pięć milionów ludzi, nieoficjalnie - około ośmiu. Nie jest tu bezpiecznie. Złą sławą cieszą się kibice Zenitu, klubu piłkarskiego, którego właścicielem jest Gazprom. Kilka lat temu cały świat pisał o skandalu na stadionie, kiedy oburzeni włączeniem do drużyny czarnoskórego Brazylijczyka kibice wywiesili ironiczny transparent "dziękujemy działaczom za wierność tradycji", a potem wznosili rasistowskie okrzyki pod adresem nowego zawodnika. Nie był to pierwszy taki incydent. Petersburg bywa nazywany stolicą skinheadów. W 2007 roku ujęto członków grupy Lincoln-88, oskarżanych o morderstwa i napady na tle rasowym. Przestępcy atakowali ludzi o niesłowiańskich rysach twarzy. Większość z zatrzymanych wyszła już dawno na wolność.
Mówi się, że Petersburg ma w sobie coś ze swojego świętego patrona, Piotra, który trzy razy wyparł się Jezusa. Miasto trzykrotnie zmieniało tożsamość. Przed rewolucją październikową jego oficjalna nazwa brzmiała Sankt Petersburg, ale przymiotnik sankt, święty, drażnił rewolucjonistów. Przemianowano go na bardziej świecki i mniej kojarzący się z carem Piotrogród, a od 1924 - na jeszcze bardziej pasujący komunistycznemu państwu Leningrad.
Po rozpadzie ZSRR rozgorzała dyskusja, czy miasto powinno wrócić do starej nazwy. W 1991 roku zorganizowano w tej sprawie referendum, które mieszkańcy potraktowali z wielką powagą. Walka zwolenników starego i nowego była niezwykle zażarta. W końcu przy liczeniu głosów okazało się, że przewaga historycznego Petersburga nad sowieckim Leningradem była tylko jednoprocentowa, ale nazwę mimo wszystko zmieniono. Jednak do dziś słyszy się, że starsi mieszkańcy mówią po dawnemu - Leningrad. Młodsi używają natomiast swojskiego skrótu Piter. Przymiotnik sankt nie ma wzięcia.
Powoli dojeżdżamy ze Sławą do mojego bardzo europejskiego hotelu przy niepozornej i zaniedbanej ulicy Aleksandra Newskiego. Żegnamy się, wymieniamy uprzejmości. Wchodzę do środka. W drzwiach zauważam, że nazwa hotelu Kravt Nevsky zapisana jest alfabetem łacińskim, nie cyrylicą. Recepcjonistka nie mówi jednak w żadnym europejskim języku i bardzo się cieszy, że znam rosyjski.
Projektanci wnętrz musieli się niezwykle starać, żeby zrobić z hotelu miejsce światowe. Od razu zauważam, że meble są z Włoch, a na dnie umywalki połyskuje błękitny napis Paris. Jest już prawie druga w nocy, więc szybko zasypiam. Na łóżku zasłanym pościelą z IKEI.
Następnego dnia w Petersburgu wygrywa ponura pogodowa statystyka. Oczywiście jest pochmurnie. W hotelowej restauracji dostaję bardzo nierosyjskie śniadanie: francuskie tosty z awokado i latte z włoskiego ekspresu. Za posiłek niestety trzeba płacić osobno, i to słono, żałuję, że nie mam czasu się tym wszystkim delektować. Jem szybko, bo się spieszę i akurat pech - blokuje się kasa fiskalna. Młodziutka kelnerka, która musi mi wydać resztę, nie umie jej otworzyć. Stoję nad nią lekko zniecierpliwiona. Dziewczyna przeprasza, proponuje, żebym zapłaciła kartą, czego niestety zrobić nie mogę, bo wskutek sankcji płatności elektroniczne zachodnimi kartami zostały w Rosji zablokowane. Tłumaczę to kelnerce, która bezskutecznie ponawia próbę otwarcia kasy. Nagle staje się coś, czego się zupełnie nie spodziewałam: kelnerka wybucha płaczem. Jest to prawdziwy szloch. Dziewczyna wydaje się niepocieszona. Moje niezręczne pytanie, czy to może jej pierwsze dni w nowej pracy, tylko pogarsza sytuację.
- Jestem tu od roku! - zalewa się łzami kelnerka.
Proszę, jak umiem, żeby się nie przejmowała, przecież nic takiego się nie stało. Zerkam na zegarek i proponuję, że przyjdę po pieniądze później. Dziewczyna błaga jednak, żebym nigdzie nie odchodziła.
- Będę miała nieprzyjemności, proszę, niech pani zaczeka...
Siadam z powrotem przy stoliku. Kelnerka czyści głośno nos, a potem znowu wyciera łzy. Telefonuje, znika w toalecie. Wreszcie po kilku minutach pojawia się kolega w barowym uniformie, który w ciągu kilku sekund naprawia urządzenie. Z szufladki wyskakuje moja reszta. Kelnerka jeszcze raz przeprasza, pociera zaczerwienione oczy:
- Dziś rano się dowiedziałam, że wzięli na wojnę mojego chłopaka.
Zanim wyjdę do miasta, wracam do pokoju jeszcze dwa razy - po parasolkę i cieplejszą kurtkę, w hotelu będę dopiero późnym wieczorem. Po południu spotykam się z Leną, młodą nauczycielką rosyjskiego, która zgodziła się towarzyszyć mi w wędrówkach po mieście. Kiedy przechodzę przez szklane drzwi oddzielające zachodni luksus hotelu od ponurej rzeczywistości, mam przed oczami zapłakaną twarz kelnerki. Nie wiem, czy Rosjanie kiedyś odzyskają współczucie Europy i pewnie łzy tej dziewczyny powinny mnie w ogóle nie wzruszać. Ale wzruszyły. Chętnie bym teraz zapaliła papierosa, choć posmak emocjonalnego dyskomfortu raczej nie zniknąłby od dymu...
Idę do końca ulicą, mijam zapyziały spożywczy, zamknięty na głucho bar oraz sklep z artykułami dla myśliwych. Skręcam w prawo i perspektywa od razu się zmienia. Wchodzę na prospekt Newski, główną ulicę miasta. Znam tę nazwę jeszcze z czytanek, z podstawówkowych lekcji rosyjskiego. Przykleiła mi się w pamięci, jak wiele innych określeń, które wtedy, lata temu, wydawały się do niczego nieprzydatne. Chyba nawet powątpiewałam w ich istnienie, podobnie jak w realność legendarnego obozu dla pionierów w Arteku na Krymie, idealizowanym we wszystkich podręcznikach do ruskiego. Wtedy podejrzewałam, że malownicze wakacyjne scenki i obrazki mają odwrócić naszą dziecięcą uwagę od realiów typu Czarnobyl. Chyba się udawało, bo nawet jeśli się do tego głośno nie przyznawaliśmy, to przecież bardzo chcieliśmy pojechać nad Morze Czarne i spać w namiocie z pionierami ze wszystkich krajów socjalistycznych, zobaczyć skafander Jurija Gagarina i kopię łunochodu, łazika do badań powierzchni Księżyca...
Prospekt Newski istnieje naprawdę. Na chodnikach pełno ludzi, fasady budynków coraz okazalsze, środkiem pędzą samochody i autobusy. Kiedy spogląda się na plan miasta w Google Maps, widać, że ulica jest krzywa, a w miejscu załamania prostej znajduje się tuszujący tę nieregularność plac Powstania. Niemal wszystko w starym Petersburgu było wznoszone na szybko, siłami chłopów niewolników. Prospekt Newski budowano jednocześnie z dwóch stron - ze wschodniej i zachodniej. Robotnicy mieli się spotkać pośrodku, ale coś nie wyszło. Kiedy car się o tym dowiedział, wpadł w furię. Nie było jednak innej rady, jak po prostu ten błąd zatuszować. Plama łaty - placu, połączyła nieprzecinające się odcinki ulicy.
Im bardziej prospekt Newski zbliża się do rzeki Newy, tym bardziej pięknieje i rośnie. W okolicy mojego hotelu dopiero się zaczyna, rozpędza. Jeszcze nic nie przepowiada wspaniałości, które wkrótce ukażą się oczom przybysza.
Ulica miała być petersburską aleją Champs Élysées. I choć zabrakło tak cenionej w klasycyzmie symetrii, to jednak od początku przyciągała rezydujących w Rosji najszykowniejszych kupców i jubilerów, a po pierestrojce również i najbardziej luksusowe marki, tak pożądane przez rosyjskie elegantki symbole zgniłego Zachodu.
Są więc na Newskim sklepy Louisa Vuittona, Diora czy Prady. Teraz, w październiku 2022 roku - wszystkie pozamykane. W witrynach wiszą enigmatyczne informacje - "zamknięte z powodów technicznych", "czasowo zamknięte, zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej". Żadnej wzmianki o wojnie z Ukrainą, ani słowa o sankcjach. Na razie po prostu zniknął personel i znaczna część kolekcji, ale sklepy nie są zupełnie puste. Pewnie wciąż czekają, co się stanie, na którą stronę przechyli się szala zwycięstwa. Luksus nie lubi pośpiechu ani drastycznych zmian. Ile jest w Europie tak pięknych i reprezentacyjnych ulic? Na razie można po prostu przygasić światła i utrzymywać okno wystawowe w czystości. W ten sposób wzbudzać tęsknotę za dawnym porządkiem i jednocześnie nie zwalniać miejsca, na które pewnie już czają się konkurenci ze Wschodu, tacy jak sieć sklepów Mongolski Kaszmir czy też Białoruski Trykotaż, których butiki już są w okolicy. Widzę otwarty sklep Paula Smitha. W środku kilka osób. Drogerie Yves Rocher też działają w najlepsze. To nie ich wojna.
Chcę przejść do samego końca słynnej ulicy, ale to prawie pięć kilometrów. Jest zimno, zaczyna padać. Wsiadam do trolejbusu, żeby skrócić drogę. Za szybą migają sklepy, kawiarnie, kobiety z siatkami, dziecięce wózki, psy na smyczy. Z okien pojazdu wielkomiejskie życie Petersburga wydaje się zupełnie zwyczajne. Ale to tylko pozory. Przyglądam się moim współpasażerom. Oczywiście nikt nie patrzy mi w oczy. Mimo względnego tłoku ani jedna osoba nie zdecydowała się na to, żeby usiąść koło mnie. Wyglądam obco (zapewne przez wystające spod czapki dredy), jestem obca, a od obcych lepiej w niepewnych czasach trzymać się z daleka.
Wysiadam przy moście na Fontance. Stąd już niedaleko do najbardziej rozpoznawalnej części miasta: placu Pałacowego. Oprócz zielono-białego Pałacu Zimowego, siedziby carów, gdzie mieści się muzeum Ermitaż, stoi tam masywne gmaszysko Sztabu Generalnego oraz niemal pięćdziesięciometrowa kolumna Aleksandra. Dziewiętnastowieczne damy bały się jeździć wokół niej powozem. Nawet ja dziś mam nieprzyjemne uczucie, że ważący sześćset ton kolos może runąć. Dziwaczny pomnik sterczy na niemal pustym placu, ledwo widać, że tę kolumnę zwieńcza rzeźba przedstawiająca anioła z krzyżem w dłoni. Ta najwyższa tego typu konstrukcja na świecie ma w sobie coś niezwykle potężnego i absurdalnego. Tak jak wiele rzeczy w Rosji. Myślę, że w architekturze Petersburga, miasta zbudowanego pospiesznie, na pustkowiu, według imperialnego zamysłu cara, można się doszukiwać analogii do systemu władzy w tym kraju. Robił to wcześniej wspominany już przeze mnie markiz de Custine, któremu ciekawość i rozbudowana sieć kontaktów umożliwiły prawdziwie szpiegowską obserwację rządzonego przez cara państwa. Podobno Mikołaj I wpadł w wielki gniew, kiedy przejrzał cztery tomy dzieła de Custine'a i choć pożałował, że wpuścił Francuza na salony, z pasją wczytywał się w jego relację. Jest coś ekscytującego w byciu podglądanym, w analizowaniu tego, jak widzą nas inni.
Miejsce, w którym teraz stoję, wydaje się idealnym punktem obserwacyjnym. Kiedy do Petersburga przyjechał Kapuściński, też zadumał się nad pustką i potęgą placu Pałacowego. Jego zdaniem kompozycja placu uosabia prawdziwy charakter i strukturę władzy w Rosji:
"Jej formę najwyższą symbolizuje Pałac Zimowy - siedziba panującego. Natomiast jej prawym ramieniem, najważniejszym i jedynym, nie jest ani władza duchowa (nie widać tu cerkwi), ani władza przedstawicielska (nie widać tu budynku parlamentu), ale armia, wojsko, oręż (gmach Sztabu Generalnego)" - pisał w Imperium.
Jest jeszcze rzeka, która swoim pięknem dodaje placowi majestatu. Rozlewa się szeroko, Pałac Zimowy wydaje się dryfującą na niej wyspą. Pamiętam, jak wiele lat temu płynęłam po Newie turystyczną łódeczką. Był ciepły letni wieczór. Jeden ze współpasażerów, żołnierz w galowym mundurze, leciutko wstawiony, pomógł nam otworzyć butelkę piwa. Zrobił to bardzo sprawnie, wykorzystując jeden ze swoich licznych orderów. Nie wiem, jak zachowałabym się dziś w towarzystwie rosyjskiego wojskowego. Trudno byłoby zresztą spotkać teraz, kiedy trwa mobilizacja, zrelaksowanego mundurowego na przepustce. Zdobywcy orderów i odznaczeń zajęci są czym innym.
Zanim spotkam się z Leną, chcę odwiedzić pewną organizację, która - jak przypuszczam - ma w związku z mobilizacją mnóstwo roboty. Zerkam na plan miasta w komórce. Najszybciej dojadę metrem. Będzie tylko jedna przesiadka.
Znikam pod ziemią na stacji Gostinyj dwor. Stromy zjazd w dół może przerażać cierpiących na klaustrofobię. Petersburskie metro należy do najgłębszych na świecie kolei podziemnych. Rekord bije stacja linii numer pięć Admirałtiejskaja na głębokości 86 metrów. Dla porównania: warszawskie metro to najczęściej tylko jakieś pięć metrów w dół, a najgłębiej położona stacja londyńskiego Undergroundu to niecałe sześćdziesiąt.
Ruchome schody wydają się nie mieć końca. Mijam wpatrzonych we własne stopy pasażerów i reklamy specjalnej operacji wojskowej w Donbasie. Litera Z jest wszechobecna również pod ziemią.
Zjazd do petersburskiego metra może przerażać klaustrofobików. To jedna z najgłębszych na świecie kolei podziemnych.
Pociąg podjeżdża, udaje mi się usiąść koło staruszki, która na mnie nie patrzy, tylko pospiesznie się odsuwa. Muszę się dostać do stacji Dostojewskaja. Niedaleko jest siedziba Soldiers' Mothers, organizacji wspierającej rodziny żołnierzy oraz rekrutów, udzielającej pomocy na przykład w przypadkach diedowszcziny, czyli fali. Członkinie stowarzyszenia wielokrotnie wypowiadały się w zachodnich mediach, miewały nieprzyjemności. O Soldiers' Mothers opowiada w swojej świetnej książce Pandrioszka Krystyna Kurczab-Redlich. Tak się złożyło, że ta organizacja uratowała syna jej znajomej. Dzięki pomocy działaczek udało się upozorować śmierć dręczonego w koszarach chłopaka i w ten sposób umożliwić mu ucieczkę z wojska i ostatecznie z Rosji.
Przypuszczam, że zarząd Soldiers' Mothers może mieć teraz w związku z tak zwaną częściową mobilizacją poważne kłopoty. Instytucja mieści się w starej kamienicy w centrum, przy ulicy Razjezżaja. Nie udało mi się z nimi umówić. Telefon milczał, na mejle nie było odpowiedzi, poza enigmatyczną informacją, że prawdopodobnie nikogo nie będzie w biurze w terminie, kiedy jestem w Petersburgu. Rozumiem, że działaczki muszą zachowywać czujność. Zapewne nie przekonał ich mój wywód o książce, do której zbieram materiały. A może uznały, że spotkanie ze mną jest ryzykowne. Postanawiam jednak spróbować jeszcze raz, osobiście. Pojawię się na miejscu w godzinach dyżuru organizacji. Niestety drzwi są zamknięte. Dzwonię po raz kolejny, cisza. Stoję na korytarzu przez pół godziny, za każdym razem, kiedy otwierają się ciężkie drzwi wejściowe, mam nadzieję, że pojawi się w nich jedna z działaczek, ale jak na razie to tylko sąsiedzi z tego samego budynku. Tak jak i na ulicy - nikt nie patrzy w oczy, nikt o nic nie pyta, wszyscy zachowują bezpieczny dwumetrowy dystans. Kiedy do kamienicy wchodzi młoda kobieta w czerwonym płaszczu, przez chwilę mam cień nadziei, że mi pomoże. Zagaduję najuprzejmiej, jak potrafię, pytam, czy wie, kiedy ktoś z Soldiers' Mothers może się w kamienicy pojawić. Kobieta nawet się nie zatrzymuje. Nie patrząc mi w oczy, rzuca szorstko:
- Nie znam tej organizacji i nie mam z nią nic wspólnego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki