PRZEMYŚL-DROHOBYCZ
W Przemyślu podróżnik mógł wysiąść z kolei Karola Ludwika i jechać dalej "pierwszą" koleją węgiersko-galicyjską, która miała w składzie wagony pierwszej i drugiej klasy jadące bezpośrednio do Budapesztu. Trasa przecinała lekko pofalowaną wyżynę wokół Przemyśla i wiodła dalej na południe z biegiem rzeki Wiar, w stronę przedgórza karpackiego; koło Niżankowic pociąg odbijał w boczną dolinę Wyrwy i po niespełna trzydziestu kilometrach docierał do okręgowego miasta Dobromil, znanego z uzdrawiających słonych źródeł w pobliskich górach.
W dawniejszych wiekach Dobromil znajdował się we władaniu hrabiów Herburtów, którzy założyli w miasteczku drukarnię; przygotowano w niej druk pierwszych sześciu ksiąg kroniki Jana Długosza (1415-1480): Annales seu cronicae incliti Regni Poloniae (Annały lub kroniki słynnego Królestwa Polski) - jednego z najpiękniejszych dokumentów średniowiecznej literatury łacińskiej w Polsce. Ruina zamku tkwiła na stożkowatym wzgórzu na południe od miasta.
Ponad połowę czterech tysięcy mieszkańców Dobromila stanowili Żydzi. Austriacka statystyka nie traktowała ich jako osobnej narodowości, tę bowiem definiowało wyłącznie używanie "języka potocznego". Przeważająca większość pośród sześciuset tysięcy Żydów, którzy około 1900 roku żyli w Galicji Wschodniej, mówiła wprawdzie w jidysz, ale w oczach urzędu nie uchodził on za język, który warto by odnotowywać w statystyce; nawet zasymilowani Żydzi rzadko byli skłonni uznawać jidysz za osobny język - Karl Emil Franzos na przykład nazywał go okropnym "niemieckim żargonem", który jest obrazą dla uszu; mianem "żargonu" określali go też z całą pogardą "Polacy wyznania mojżeszowego". W ten sposób biurokracja austriacka zaliczała Żydów galicyjskich do Polaków, Niemców lub, rzadziej, Rusinów: był to błąd, który najwyraźniej nie przeszkadzał specjalnie nawet samym zainteresowanym, ci bowiem mieli inne troski. Bez reszty pochłaniało ich mianowicie pytanie, jak przeżyć w zacofanym i zubożałym społeczeństwie agrarnym, które ledwo ledwo dreptało ku epoce przemysłowej. Wielu Żydów utrzymywało się z handlu, zwłaszcza ze zbytu zbóż i innych produktów rolnych, jako drobni pośrednicy, domokrążcy, których tygodniowy "obrót" ograniczał się często tylko do kopy jaj i kilku kur. Pracowali też jako rzemieślnicy, krawcy, szewcy, piekarze, tkacze tałesu; jako dzierżawcy szynków, które należały do polskich właścicieli ziemskich (w każdej wsi galicyjskiej był przynajmniej jeden taki szynk), jako robotnicy najemni. Według nieoficjalnej statystyki około 1900 roku wśród ośmiuset dziesięciu tysięcy Żydów ogółem było w Galicji: sto pięćdziesiąt tysięcy szynkarzy, sto tysięcy zatrudnionych w "bliżej nieokreślonym handlu", to znaczy domokrążców, czterysta tysięcy "handlarzy" i dziesięć tysięcy rzemieślników oraz robotników najemnych. Polska biurokracja zamykała przed Żydami drogę do urzędów, a rosnący w siłę ruch spółdzielczy chłopów rusińskich wypierał ich z handlu wiejskiego i z szynków. Życie Żydów galicyjskich było niewypowiedzianie żałosne. Gall-izia, mawiał Reuben Mehler, drobny rzemieślnik z Dobromila, Gal-icja wzięła swoją nazwę stąd, że życie tutaj jest takie gorzkie. Gorzkie jak galas[2].
Dziesiątki tysięcy szukało szczęścia na emigracji: wabiły ich zamieszczane w gazetach ogłoszenia agencji okrętowych; elokwentni agenci ciągnęli od sztetla do sztetla i wychwalali blaski złotych gór w ziemi obiecanej za oceanem: w Ameryce. Pośrednicy ci pracowali dla agencji okrętowych, które szukały ludzi do przewozu parowcami; od każdego pasażera była premia. Niektórzy pisali z Ameryki, że nie wszystko tam jest ze złota i trzeba ciężko pracować, żeby utrzymać się przy życiu; ale Ameryka kusiła.
Także syn Reubena Mehlera z Dobromila, nieposiadający majątku domokrążca, na początku dwudziestego stulecia spakował nieliczne manatki, zabrał ze sobą rodzinę i wyruszył w podróż do Ameryki; dotarłszy na miejsce, Mehlerowie niebawem przyjęli nazwisko "Miller", ale wciąż jeszcze mówili w jidysz, wtrącając jednak coraz więcej wyrażeń z języka swojej nowej ojczyzny. Wnuk Reubena Mehlera, Saul Miller, spisał dla swoich dzieci wspomnienia ze sztetla nad Wyrwą. Młodzi mieli się dowiedzieć, jak ciężko mieli starzy "tam, w kraju", jakie wszystko było zacofane i mizerne. Któż w Ameryce mógłby to sobie wyobrazić?
Gewen is dos schtetl in a tol, arumgeringlt mit schene hojche grine berg, mit fruchtn un blumen gertner, a schmekende gute frische luft. Nor ejn sach hot gefelt: parnose. Dos schtetl hot gehot a schenes skwer. Gerufen hot men es ringplaz. In mitn fun skwer hot a hojche schtodt-zejger ojsgeklingen jeder fertl schu, holbe, drej-fert un ganze schu'n, asoj as jeder hot gewist di richtige zejt. Un dort, in jener hojcher gebejde is ojch gewen dos "rat-hojs" fun di schtodtischer-ferwalterschaft, der biro fun dem burgermejster, der polizej-agentur, der arestplaz, wen emezer hot sich epes fersindigt entgegn di ongenumene schtodtische gesezn, un die militerische komisie, geschikt fun der estrejcher regirung, un de fejerlescher, wos baschtanen fun asa pomp-maschin un zwej ferd, ejngeschpant far jeder sekund, zum lojfn leschn. Dobromil hot ch'mat jedn tog in woch gebrent.
Nischt wejt fun'm plaz senen geschtonen die jidische balagules gewart ojf emezn zu firn zum bahn-schtanzie far funf grejzer. Arum dem ring-plaz senen gewen schene brejte schtejnerne trotuarn (sejd-woks), fun drej sejtn senen gewen jidische storikes, kremer, gewelber, welche hobn gewart ojf ejn tog in woch, a montog, far konis, wejl der tog hot gedarft gebn parnose far der ganzer woch, nebich. Montog flegn dos bojerntum fun arum der gegend kumen, far sich ejnkojfn farschidene nojtige hojsbaderfenischn far der woch. In der selber zejt flegn sej brengen zum farkojfn in schtodt arejn gens, katschkes, hiner, kelber, chusrim, ferd, kih, wegner mit holz un asoj wejter. [...] In di ferte sejt is gewen a schene aptejk, der post-ofis, dos gericht-hojs un arejnfir-hojs (di schtodtische kretschma). Nit wejt fun der aptejk is gewen a weg zum brik, wo a schmol, klejn weserl hot geschtromt, un jidn flegn sumer sich mechaje sejn. Is gekumen ejner, wos hot gehot a woser-mil un durch ferschidene politische kunzn (triks) opgeschnitn dem tejl fun woser far sejn mil, un dan is gewen ojs mitn sumerdign bodn sich. [...] Arum 1905 hot Dobromil schtark progresirt in bezug zum balejchtn dos schtetl, ser grojser forschrit gemacht. Men hot nebn dem rat-hojs awekgeschtelt a gas-lamp, welche men hot gedarft jedn farnocht arunterlosn mit a schtrik, anfiln mit gas un antun a wejse mentele. Ojb m'hot es ongezundn hot es gegebn a blojlechn kolir fun licht un a polizej-man hot gehot dem grojsn kibud sich esk zu sejn mitn dem nejen lamp. Bejm mejn ferlosn Dobromil senen schojn gewen zwej aselche lampn.
Saul Miller, Dobromil
Sztetl leżał w dolinie, w otoczeniu pięknej, wysokiej, zielonej góry, ogrodów owocowych i kwiatowych, a powietrze było w nim pyszne i świeże. Jednego tylko brakowało: parnose.
Skwer w miasteczku był piękny. Wołano na niego rynek. Zegar na wysokiej wieży pośrodku skweru bił co kwadrans, pół godziny, trzy kwadranse, godzinę, tak że każdy wiedział, jaka jest pora. A w owym wysokim budynku był też "ratusz" administracji miejskiej, biuro burmistrza, agencja policji, areszt dla kogoś, kto zbroił coś przeciw przyjętemu prawu miejskiemu, komisja wojskowa, przysłana przez rząd austriacki, i straż pożarna, co składała się z pompy oraz dwóch koni w zaprzęgu, każdej sekundy gotowych biec do pożaru. W Dobromilu paliło się niemal każdego dnia.
Niedaleko placu stali żydowscy balagules i czekali, aby za pięć grajcarów zawieźć kogoś na stację. Wokół rynku były piękne, szerokie, brukowane trotuary (sejd-woks), z trzech stron żydowskie storikes, kramarze, rzemieślnicy, którzy czekali na jeden dzień w tygodniu, poniedziałek: czekali na klientów, bo ten dzień mógł dać parnose na cały nieszczęsny tydzień. W poniedziałki przyjeżdżają chłopi z okolicy, aby na cały tydzień kupić sobie potrzebne rozmaitości do domu. A przywożą też na sprzedaż w mieście gęsi, kaczki, kury, cielaki, chusrim, konie, krowy, drewno na wózkach i tak dalej. [...] Z czwartej strony była piękna apteka, post-ofis, sąd i arejnfir-hojs (miejska karczma). Niedaleko od apteki szła droga do mostu, gdzie płynęła wąska rzeczka, w której Żydzi sobie używali. Aż zjawił się taki, co miał młyn i dzięki różnym politycznym sztuczkom (triks) odciął po części wodę dla swojego młyna; tak skończyły się letnie kąpiele. [...] Około 1905 roku Dobromil zrobił wielki postęp: bardzo poszedł do przodu w sprawie oświetlenia sztetla. Obok ratusza postawiono lampę gazową, którą co wieczór trzeba było ściągać za pomocą sznura, wypełniać gazem i okrywać białym kloszem. Jeśli się ją zapaliło, świeciła niebieskawą barwą, a policjant miał ten wielki zaszczyt zajmowania się nową lampą. Kiedy opuszczałem Dobromil, były tam już dwie takie lampy.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.