Sen nocy Krzywej Wieży
Nie ma to jak w Ząbkowicach.
Prezydent Bronisław Komorowski
- Witam sąsiada! Cóż tam, panie, w polityce?
- Panie, kurwie syny banderowcy pracę Polakom zabierają!
Ot Wyspiański naszych czasów. Stary grzyb trzyma za rękę zasmarkanego wnuka, klnąc na cały chodnik, tak aby wszyscy słyszeli. Cały jestem w nerwach, zaraz mu nagadam. Albo może lepiej odpuszczę, bo szkoda strzępić języka. Stary jest głupi i tylko tlen zużywa.
Ząbkowice Śląskie, zaraza...
Coś w tym jednak jest. Kiedy rok temu szefowa rządu tłumaczyła w Parlamencie Europejskim, że Polska nie przyjmie syryjskich uchodźców, ponieważ w Polsce pracuje milion uchodźców z Ukrainy, opinia publiczna uznała jej słowa za kpinę i przejaskrawienie. Jakby tego było mało, Ukraińcy nabzdyczyli się za nietrafne ich zdaniem określenie "uchodźcy". Bo choć nie lubię rozmawiać o polityce i nie cierpię polityków, jednakowoż wydaje mi się, iż wiele się nie pomyliła. Dziś bowiem odgłosy rozmowy w języku ukraińskim czy rosyjskim - w zależności od tego, z której części Ukrainy kto przyjechał - nie zwracają szczególnej uwagi pozostałych pasażerów wrocławskiego wagonu tramwajowego. Oni są wszędzie - w sklepach, centrach handlowych, hotelach, restauracjach, magazynach, na taśmach, na budowach i jest ich już ponad dwa miliony, a za jakiś czas, gdy ta powieść zostanie wydana, zapewne znów będziemy mogli ciskać w stronę Brukseli nowymi liczbami.
Nawet w takim grajdole jak Ząbkowice Śląskie, w miasteczku na skraju cywilizacji. Oto stoję w Biedronce w kolejce do kasy, przede mną para emerytek roztrząsa temat dnia - co trzeba dorzucić do pięćdziesięciu złotych, żeby dostać dwie naklejki na te pluszowe zabawki z gazetki. Dalej kolega ze szkoły - ciekawe, kto mu podbił oko? Natomiast w osobie następnej rozpoznaję Piotra, z którym kiedyś pracowałem. Stoi w towarzystwie sobie podobnego ziomka. Jego charakterystyczną fizjonomię rozpoznam zawsze i wszędzie - wielgachny nos, spurpurowiałe policzki, kaszkiet na bladej glacy oraz czarna, znoszona, bandycka kurtka ze skóry. Ukraińcy szturmują Biedronki grupkami, nigdy w pojedynkę. Wychodzą z nich obładowani foliowanymi reklamówkami, co najmniej po dwie na rękę, zupełnie jakby gromadzili zapasy na czas wojny, co bardzo wyróżnia ich z tłumu. Tak zaopatrzeni wracają do pustych mieszkań socjalnych, gdzie cisną się niczym w karcerze, byle czynsz rozdzielić na jak największą liczbę głów. A i tak mówią, że lepiej im tutaj niż w Ukrainie.
Stojąca za mną kobieta, szeroka na całe przejście do kasy, popycha mnie w kierunku przebranej na zielono ekspedientki. Od pięciu minut próbuje skrócić czas oczekiwania, by zdążyć na swój ulubiony serial. Daje od niej perfumami jak z Rossmanna. Widząc, jak wyrywam ze zwartej masy ludzkiej, natychmiast pruje do przodu, by zająć moje miejsce, zapomniawszy, że i tak ją zaraz stamtąd przegonię, bo zostawiłem na taśmie zakupy. A zresztą, czy ktoś mnie goni? Nie widziałem Piotra ładnych parę miesięcy.
- Siema! - Moja ręka z ciężkim plasknięciem ląduje na jego zahartowanym barku.
- Sieś! - pada raźna odpowiedź. Chyba nigdy nie nauczy się wymawiać tego słowa poprawnie.
A jaki zdziwiony, że mieszkamy na tym samym osiedlu! Bandycka twarz promienieje w szerokim uśmiechu, a twarde oblicze natychmiast łagodnieje. Oni - czytaj: Ukraińcy - nie mają zwyczaju uśmiechania się, chyba że pojawi się ku temu konkretny powód.
Był z niego pracowity chłopak, typowy budowlaniec. Dwa razy dziennie pojawiał się u mnie na kawie; jedną pił o dwunastej, drugą o osiemnastej. Bywało, że ja dopiero przychodziłem do pracy, a on już pracował; ja kończyłem zmianę, Piotr nadal kuł ściany i wstawiał regipsy. Pracę w Polsce nagrała mu agencja pośrednicząca, której zapłacił dwieście dolarów, czyli ponad miesięczną wypłatę w Ukrainie. Powiedzieli mu, że Ząbkowice Śląskie leżą gdzieś pod Krakowem, a gdy Piotr znalazł się na miejscu, zastała go noc. Nie znał języka, zupełnie nie rozumiał alfabetu, nie potrafił nawet poprawnie wymówić nazwy Ząbkowic Śląskich, ponieważ samogłoski nosowe są w słowiańszczyźnie dystynktywną cechą języka polskiego. Dopiero następnego dnia złapał na autostradzie okazję do Wrocławia, a tam jakiś dobry człowiek posadził go w busie do Kudowy-Zdroju, zaś ten po siedemdziesięciu minutach jazdy zatrzymał się na przystanku przy ulicy Wrocławskiej, bo przecież dworzec autobusowy w tym mieście jest tylko dla ozdoby. I gdyby nie fart, że kierowca również był Ukraińcem, zabłąkany Piotr niechybnie nie wysiadłby w porę i wylądował na czeskiej granicy.
Pamiętam również, jak w październiku zeszłego roku wybraliśmy się z ojcem na "Wołyń" Wojtka Smarzowskiego. Następnego dnia wszyscy jak co dzień wstawaliśmy do pracy. Wstałem także ja, wstał i Piotr. Spojrzałem na niego - wciąż ten sam kaszkiet, ta sama kurtka skórzana i wyraz twarzy tak hardy, jakby lada moment miało się rozpętać piekło. Łudząco przypominał któregoś z filmowych banderowców. Przybiłem mu piątkę, wypiłem z nim kawę i zająłem go pogawędką. Gadaliśmy zdecydowanie dłużej niż zwykle, głównie o dziewczynach, imprezach i awanturniczym życiu nocnym. Zawsze dobrze mi się z nim rozmawiało. Dobry z niego chłopak.
Myślę więc, rozkminiam i wtem myśli moje burzą skrzek i pretensje chudej blondynki w zielonym przebraniu. Wygląda na to, że przepadła mi kolejka, a wypachniona prukwa już drze koty, że cena pomidorów się nie zgadza. Dzieje się dzisiaj w Ząbkowicach. Pytam więc Piotra, czy nie wpadnie później na zamek. Będą koncerty, trochę ludzi, pogadamy, napijemy się, sprzeda mi parę nowinek z Ukrainy... Ale mówi, że nie. Zmęczony jest. Poza tym co nowego może dziać się w Ukrainie? Wojna, której końca nie widać.
Przekłada reklamówkę z ręki do ręki, łypiąc na kolegę, z którym przyszedł. Tamten w spojrzeniu ma tępotę, na głowie czerwone plamy, trądzik czy inne paskudztwo, a jego bliznowata twarz wyraża stłumiony niepokój. Dorosły facet, ze czterdzieści lat na karku, rozgląda się po sklepie nieporadnie niczym dziecko. Pewnie nawet nie wie, że o nim rozmawiamy.
- Mój szwagier - informuje Piotr, nieszczególnie obniżywszy głos. Dziś o wiele lepiej mówi po polsku, tylko czasem brakuje mu słowa, czym się zdradza. - Ja go specjalnie do Polski na roboty ściągnąłem. On dwa lata w Donbasie był. Na kontrakcie, sam zgłosił się. On ochotnik był. On za wolną Ukrainę chciał bić się, ale w końcu kryszu jomu snesło.
- Co mu się, co? - dopytuję.
- Zdurniał. On nie może spać, nocą budzi się, rękami wymachuje i myśli, że do niego strzelają.
Cieszę się, że nad Polskę wreszcie wyszło słońce. Mamy pełnię lipca, miesiąca wprawdzie nie tak pięknego jak maj czy czerwiec, ale na pewno znośniejszego aniżeli miesiące jesienne i zimowe. Na przedmieściach w Jaworku pachnie bez i przyjemnie jest spacerować ścieżkami, które kiedyś w dzieciństwie wydeptywaliśmy, a które dziś coraz bardziej zarastają. Zimą bywa tu paskudnie, naprawdę przygnębiająco. Zimą Ząbkowice skąpane są w tumanach smogu, toną w trującej mgle, w szarych, dławiących oparach, które zatruwają nam mózgi. Po dwudziestej drugiej, gdy rośnie wilgotność powietrza, miasto śmierdzi niczym kotłownia. Wracam do domu cuchnący, przesiąknięty duszącym smrodem, jakbym wracał z kopalni. Wredny śmieciowy smród, odór palonych opon, nasiąka moje ubranie, tak że po jednym wieczornym spacerze cała odzież nadaje się do prania. Nie ma czym oddychać. Węgiel jest drogi, ludzie palą w piecach wszystko, co uznają za stosowne do spalenia, w powietrzu zaś unosi się swąd emalii, gdy wracając późną porą z pracy, brnę przez szarą breję niczym przez śnieżne zaspy, opatulony chustą, byle nie łykać tego świństwa, byle nie wyhodować sobie nowotworu. Smog jest nieodłącznym elementem życia w tym mieście. Co starsi zarzekają się, że był tu od zawsze i tylko dziś nie wiedzieć czemu zaczęliśmy zwracać na niego uwagę. Nie wierzę im jednak. Z kominów kamienicznych na Ziębickiej dymi się, jakby wciąż wybierano nowego papieża.
Po godzinie dwudziestej pierwszej w mieście zapada głucha cisza. Jest tak cicho, iż w każdym jego zakątku słychać upiorny stukot wagonów cargo przejeżdżających nasypem przez park. Powietrze tężeje od zimna, ściana chłodu w świetle lamp wydaje się tak gęsta, jakby można ją było kroić nożem. Po północy centrum życia kulturalnego w Ząbkowicach stanowią stacje benzynowe, gdzie pojedynczy ludzie czekają przed okienkiem, aż stróżówka zje bułkę albo skończy toaletę i sprzeda im piwo po przebitce. Jedna stacja znajduje się na osiedlu Słonecznym, druga na wylocie w stronę Wrocławia i jeszcze jedna w stronę Kłodzka, ale do tej ostatniej trochę daleko na piechotę. W parku przed stadionem chwieją się na wierzchołkach drzew stada kruków, zawodząc straszliwie, jak umierający w szpitalu, jakby gdzieś w pobliżu mordowano ludzi. Jest ich wiele, że choć drzewa od dawna pozbawione są liści, sprawiają wrażenie, jakby miały czarne korony. Właśnie takie są Ząbkowice Śląskie zimą.
Ale dziś nareszcie mamy lato, nareszcie świeci słońce. Dziś jest super dzień. Dziś jak co roku burmistrz zaprasza elektorat na koncerty na plantach ruin średniowiecznego zamku. Dziś mamy okazję razem zaśpiewać: "Wszyscy mamy źle w głowach". Na osiedlu Dwudziestolecia wraz z chłopakami zbieramy ekipę i zamierzamy wyjść większą grupką. Cóż, przynamniej ja jeden, ponieważ dziś jest jeden dzień w przeciągu trzystu sześćdziesięciu pięciu, kiedy w Ząbkowicach coś się dzieje. Jednak ząbkowiczanie nie przestają kręcić. Ten wypruty po robocie, tamten rano wstaje do roboty, trzeci nie idzie, bo czwarty nie idzie...
- Chłopaki, ruszcie się, bo to jest patologia, co wy robicie! - zaczynam spokojnie, lecz im dłużej spotykam się z odmową, tym bardziej rośnie we mnie zniecierpliwienie. - Całymi dniami przerzucacie paczki w Amazonie i ani przez moment nie nachodzi was refleksja, żeby zmienić coś w swoim życiu. Jeden dzień w roku, kiedy w tym mieście coś się dzieje, a wy nie macie siły. To jest patologia! Bo patologia jest nie tylko wtedy, kiedy ojciec pije i tłucze żonę krzesłem... Może byś odłożył na chwilę ten telefon?
- Co? - Robiąc nieprzyjemną minę, odzywa się ten, który cały czas skroluje coś w smartfonie. - Co ty chcesz?
- Jak to co? Idziemy na ten zamek czy nie? Stoisz naprzeciwko mnie, mówię do ciebie, a ty skrolujesz telefon! Może byś wreszcie coś powiedział?
- Nie chce mi się nigdzie iść. Zmęczony jestem. O czwartej wstaję na autobus do roboty.
- Jesteście wszyscy beznadziejni! Ja też jestem zmęczony. Myślisz, że skoro ja rzuciłem pracę, to mam nadmiar wolnego czasu?
- Stary, przecież nic takiego nie powiedziałem! Dlaczego jesteś zdenerwowany?
- Nie jestem zdenerwowany...
- Przecież widzę, że jesteś zdenerwowany!
- Wcale nie jestem zdenerwowany...
- Stary, przecież jesteśmy przyjaciółmi! Weź na wstrzymanie! O co ci chodzi?
- Chodzi mi o to miasto.
- Co z nim nie tak? Patrz, jak ładnie park odnowili...
- Miasto to nie parki, ulice ani chodniki. Miasto to nie historia ani zabytki. Miasto jest tym, co dzisiaj. Miasto to ludzie. Jeśli z ludźmi jest problem, żadna nowa restauracja, żaden odnowiony park, odremontowana jezdnia ani ekskluzywny hotel go nie zmienią.
- Roboty jest multum...
- Tak, w Amazonie. Nie macie za grosz ambicji, żyjecie od pierwszego do pierwszego, pracujecie po dwanaście godzin na pełnym gazie, każdego dnia tracicie kolejne trzy na dojazd w jedną i drugą stronę, wciąż przerzucacie jakieś durne paczki, popołudniami oglądacie seriale, ekspicie, zarywacie nocki przy laptopach, całą flotę przewalacie na prochy i nowe telefony...
- Miasto jest znane. Chłopak z Ząbkowic gra w reprezentacji...
- Tak, ale bardziej znane było w styczniu, kiedy typ napastował swoją byłą za to, że nie chciała do niego wrócić. Afera na całą Polskę! Rozpruł ją od głowy w dół, poderżnął gardło, powyrywał włosy, a zmasakrowane ciało porzucił na klatce schodowej w kałuży krwi. Jak zwierzę. Policjanci, którzy ją znaleźli, mało nie rozbeczeli się jak niemowlęta. Wiecie co? Róbcie, jak chcecie! Ja stąd idę. Nara!
Odchodzę. Rozsadza mnie dojrzewająca od ładnych paru miesięcy frustracja. Chłopaki nie rozumieją. Odprowadzają mnie przymrużonymi spojrzeniami, szepcząc między sobą. Są debilami i irytują mnie. Irytuje mnie ich nieświadomość własnej małości.
Godzina robi się późna. Smukła, biała wieża ratuszowa z przypalanym wierzchołkiem odbija kolory zachodzącego słońca. Resztki promieni wyłapuje jedna z czterech okalających rynek pierzei. Trzy z nich pamiętają poprzednich gospodarzy miasta, czwarta natomiast - ta północna - komunistów, u których wszystko musiało być szare, wielkie i kwadratowe. Dziarskim krokiem żołnierza piechoty morskiej sunie wzdłuż kostki brukowej ryży i rozkudłaczony Wojtek Grabka, jak co dzień spieszący dokądś w ważnych sprawach. Jego twarz wyraża determinację i gotowość do działania. Pewnie pokazuje grabę wszystkim przechodniom na chodniku, zarówno tym, których zna, jak i tym, których nie zna w ogóle. Względną ciszę przecina spazmatyczny wrzask rozwydrzonego dziecka. Gdy odwracam wzrok w kierunku, z którego ten wrzask doleciał, stwierdzam, że jednak nie dziecko, tylko Jujek. Znowu mu dali jakiś materiał i teraz robi sceny w ogródkach piwnych, próbując wyrwać coś z rąk dziewczyn obsługujących ludzi pod parasolami. Dalej przygarbiona staruszka, ostrzegająca nieświadomych, aby nie wpadli przypadkiem w jedną ze śluz kanalizacyjnych, co może skończyć się nieszczęściem. Rozjątrzone małolaty wyklinają, dlaczego banan kosztował aż dwa czterdzieści. Są już na wysokości parku, w pobliżu miejsca, gdzie stała kiedyś rotunda ku pamięci poległych żołnierzy niemieckich z pierwszej wojny światowej oraz Steindenkmal Horsta Wessela naprzeciw niej. Nie wyprzedzę ich, bo idą moim tempem, i nie zwolnię, gdyż od dziecka jestem nauczony szybko przebierać nogami. A nawet jeśli, niewiele to pomoże, ponieważ laski mają sporo powietrza w płucach i w promieniu co najmniej stu metrów wszyscy już wiedzą, że jeden banan w Żabce kosztuje dwa czterdzieści. Pozostaje więc tylko założyć słuchawki. W ostatnim czasie praktycznie się z nimi nie rozstaję, aż uszy bolą przy zasypianiu i chciałoby się raz na zawsze zerwać z muzyką. Jedzie srebrne bmw, a w nim najbogatszy z nas wszystkich. Nie pracuje nigdzie, bo pracować mu się nie chce. Schludny i zadbany, buja się najlepszą furą w mieście, pod pachami adidas, na grzbiecie markowe ciuchy, nie tak jak my - lumpeks od stóp do głów. Wszyscy wiemy, że uczciwy chłopak z niego jest.
Krótko mówiąc, Ząbkowice.
Spotykam znajomego. Nie widziałem go kawał czasu. Wiem tylko, że się ożenił i od niedawna ma dziecko.
- Siema, stary! - Promienieję na jego widok. - Kopę lat! Co tam słychać?
- W porządku - odpowiada on, niemal już biegnąc w przeciwną stronę. - Spieszę się, wiesz. Muszę wracać do żony i dziecka.
Jak raz uderza we mnie fala frustracji.
- Stary, ty swoją żonę i dziecko widzisz codziennie. Mnie nie widziałeś parę lat. Nie możesz poświęcić mi dziesięciu minut?
I zanim jeszcze mówię to ostatnie, zaczynam zdawać sobie sprawę, jak wiele pretensji jest w moim głosie.
- Naprawdę nie mam czasu - odpowiada ze spokojem, pod którym jak pod plastikową osłoną kryje się gniewne zniecierpliwienie. - Odezwę się do ciebie na Facebooku.
Żegnam go zrezygnowanym machnięciem ręki, ale on już tego nie widzi. Jest zbyt zajęty. Temat rzeka, nie mam na to teraz nastroju. Mężczyzna, gdy się żeni, to tak jakby umierał dla świata, choć na weselu nikt nie płacze, a wszyscy klaszczą i wiwatują. A takimi byliśmy przecież kolegami. Nawet przegapiłem ten moment, w którym wziął ślub. Pod wpływem presji ze strony rodziców pozapraszał na uroczystość wujów dziesiąta woda po kisielu, których nigdy na oczy nie widział, podczas gdy dla kolegów, z którymi spędził całe dzieciństwo, sześć lat podstawówki, trzy lata gimnazjum i trzy liceum, nie mówiąc już o studiach, miejsca musiało zabraknąć. Cofnęliśmy się do czasów średniowiecza, gdy o tym, kim ktoś był, decydowały nie czyny, lecz urodzenie.
Droga z rynku na zamek prowadzi w dół ulicy Armii Krajowej. Kolory wczesnego wieczoru zaczynają zalewać zszarzałe elewacje poniemieckich kamienic i pochylającą się nad nimi Krzywą Wieżę, zapomnianą gwiazdę trwającego święta. Dzień wprawdzie ma się ku końcowi, jednak noc dopiero się rozpoczyna. Znudzone oglądaniem seriali emerytki wiszą od niechcenia na parapetach, milcząco zaczepiając przechodniów wścibskimi spojrzeniami. Ze sklepów, wprost na popękany chodnik i wysłużoną jezdnię, wylewają się ludzie stojący w kolejkach po alkohol. Wszyscy piją przed wejściem. Widząc przejeżdżający radiowóz, pozdrawiają funkcjonariuszy gestami uniesionych dłoni. Ząbkowice to małe miasto, tutaj prawie wszyscy się znają.
Zatrzymuję się pod sklepem, rozpoznawszy przed zatłoczonym wejściem kilka znajomych twarzy, ale niedługo jest mi dane cieszyć się dobrym towarzystwem. Mówią, iż nie ocenia się ludzi po wyglądzie, a to guzik prawda, bowiem wygląd wiele o nas mówi. Otóż podchodzi do nas zataczający się gościu, mający wyraz twarzy tak tępy, jakby pił od trzech dni, a na garbie nosi niebieską kurtkę z New Yorkera. On również rozpoznaje tego i owego, jednak zrządzeniem losu to właśnie mnie postanawia opowiedzieć historię swojego życia. Pewnie dlatego, że jestem dość empatyczny i ludzie wyczuwają emanujące ode mnie - jak by to nazwać - pozytywne neurony.
- Ziomuś, ja z Holandii wróciłem! Pół roku tam przesiedziałem - mówi do mnie, cuchnąc jak otwarte piwo, które cały dzień leżało na słońcu. - Czterdzieści kafli ze sobą przywiozłem. Ścigacza sobie chcę kupić albo nową beemkę, albo jedno i drugie. Na wszystko mnie stać, rozumiesz? Ja tam w Holandii mam takie znajomości, że jestem w stanie wszystko załatwić.
Próbuję go zignorować, ale on obejmuje mnie i chucha prosto w twarz. Z kieszeni wypadają mu przetarta karta płatnicza i banknoty zrolowane jak rurki z bitą śmietaną, przy czym nie ma w nich śmietany.
- Kolego, ale ja ciebie nie znam i nie interesuje mnie historia twojego życia - odpowiadam rozdrażniony, odwracając wzrok.
- A ty masz jakiś problem? - słyszę w odpowiedzi.
Nagle łapią go od tyłu za kaptur, ciągnąc nieomal bezwładne ciało w przeciwną stronę.
- Paweł, Paweł! - wołają. - Co ty robisz? Chodź, chodź, idziemy!
- Ale on się do mnie coś sadzi!
I zanim zdąży jeszcze raz dobrze się rozejrzeć, nie ma mnie już pod sklepem. Idę stąd. Nie mam dzisiaj weny na słuchanie zakompleksionych emigrantów zarobkowych, którzy najpierw rozwalili sobie życie, a teraz próbują wmówić wszystkim, że jest inaczej. Taki jeden z wielu, a ma się za nie wiadomo jaki oryginał. Pierwszy raz widzę człowieka na oczy, a od razu wiem, że to prostak, ćpun i kawał szmaty.
Na Botwina trwa piątkowa sjesta. Tędzy wąsacze w klapkach ze skarpetkami zagradzają swoimi jajowatymi brzuchami wąskie przejście w dół, ku Dolnośląskiej. Rozmawiają o rodzinie, o możliwościach zarobkowych w Norwegii oraz braku pracy dla Polaków w Wielkiej Brytanii w związku z brexitem. Dzieciaki biegają bez koszulek za piłką przy śmietnikach, bezlitośnie ostrzeliwując słupki, między którymi w ciągu dnia suszy się pranie, a które popołudniami zamieniają się w stadionowe bramki. Głębiej w zaułku mieszkańcy wylegują się na kanapach i fotelikach, paląc czerwone elemy, pijąc puszkowane piwo i słuchając piosenek Marcina Millera przez radyjko z prowizoryczną antenką. Psy leżą pośrodku ścieżki w kierunku przejścia na Kłodzką, która styka się z Kamieniecką, gdzie na rogu tych dwóch ulic straszy swym wyglądem opuszczony budynek dawnego niemieckiego gimnazjum dla dziewcząt. Na tamtejszym betonie rozbijały sobie kolana i wychowywały się kolejne pokolenia niespełnionych ząbkowickich piłkarzy. Do czasu, aż złomiarze rozkradli bramki, a samo miejsce zarosło buszem, podobnie jak ścieżki polne przed Jaworkiem.
Szary socrealistyczny klocek ginie z wolna w cieniu zwartej zabudowy nostalgicznego śródmieścia. Drzwi od klatki schodowej oblepiają wlepki z obrońcami kultury europejskiej. Kłaniam się jednookiemu i natychmiast zmykam po schodach do góry. Na pierwszym piętrze unosi się zapach rosołu. Na półpiętrze zaczyna się rozmywać, żeby zginąć do reszty na piętrze drugim, gdzie wzdłuż korytarza ciągnie się intensywna woń Polaków - woń pralni i niemieckich detergentów - tak jakby ci ludzie wstydzili się zapachów, które sami wydzielają.
- Idziesz na zamek? - mówi do mnie ojciec w miejsce pospolitego powitania, gdy tylko moja noga przestępuje próg mieszkania, które kiedyś było moim domem rodzinnym.
- Później. Zaczekam, aż impreza się rozkręci. Będzie trochę ludzi. Ty idziesz?
- A przestań! Igrzyska dla plebsu. Bród, smród i disco polo.
Ojciec podaje kolację, chleb z szynką, pomidorem i cebulą, najwięcej jednak cebuli. Herbata gorzka, bo oszczędza na cukrze. Te same pstrokate kubki i te same pożółkłe talerze, które pamiętam z dzieciństwa, kiedy rodzice żyli jeszcze razem. Nie przestając nastawać na motłoch, puszcza mi "Ciemną stronę księżyca" Pink Floyd na wysłużonym odtwarzaczu DVD. Jakość kiepska, obraz się zacina, dźwięk jest przygłuszony i co chwilę pojawiają się białe paski na ekranie. Muzyka dobra, chociaż progres nigdy dobrze mi nie robił na samopoczucie.
- Czego ty tam ostatnio słuchasz? - zwykł pytać ojciec za każdy razem, gdy przychodzę, tak jakbym raz na tydzień zmieniał upodobania.
- Amerykańskiego southern rocka - odpowiadam więc jak zwykle.
- A przestań! - kwituje. - Kiedy wreszcie zaczniesz słuchać jazzu?
- A znasz, ojciec, takie przysłowie: De gustibus non est disputandum?
- Już się nie popisuj. Myślisz, że to taka prosta sprawa nauczyć się siedmiu języków jak ja? A twoi znajomi czego słuchają? Czego słucha dzisiaj polska młodzież?
Śmieję się w myślach. To zbyt proste, by nie odpowiedzieć złośliwie.
- Disco polo - mówię pół żartem, pół serio.
- Weź poszukaj sobie nowych znajomych...
I znów wyciąga którąś ze swoich licznych płyt, i znowu będzie mi pokazywał wielką muzykę. A gdy opowiada, robi to z pasją. Dziesiąty raz muszę słuchać, jak pojechał do Krakowa na Genesis i przez cały koncert padał deszcz, a potem cały przemoknięty i przeszczęśliwy wracał pociągiem do Ząbkowic.
- Puszczę ci teraz swojego największego idola. Kto jest moim największym idolem?
- Phil Collins? - odpowiadam pytaniem na pytanie i poziewuję, udając znudzonego.
- On też. Ale największym moim idolem jest Miles Davis.
Wystarczy pięć minut słuchania jakiejś zaplutej trąbki, żeby rzec: "Miles Davis jest nudny". O Boże, on jest taki nudny...
- Nie znasz się na muzyce - drwi mój ojciec. - Jak można mówić, że Miles Davis jest nudny? W tenisa nie grasz, jazzu nie słuchasz, sportu nie oglądasz... Czy ty naprawdę jesteś moim synem? - Potem znów powiada: - Baby to nie potrafią śpiewać. No, może poza Billie Holiday i Lisą Gerrard. I jeszcze taka polska piosenkarka kiedyś była... Nie pamiętam już nazwiska, ale też pięknie śpiewała. To było jeszcze za PRL-u.
Zaczyna mnie nudzić ta rozmowa. Zmęczenie materiału. Pogadajmy o filmie.
- Masz jakiś fajny film z Johnem Wayne'em, którego jeszcze nie widziałem? - zapytuję z lekkim przekąsem. Dobrze wiem, jaka będzie reakcja.
- Filmy z Johnem Wayne'em to chała - odpowiada bez chwili namysłu, co nie zmienia faktu, że na półce ma ich ze dwadzieścia. - Westerny to przede wszystkim włoskie kino. Sergio Leone, Sergio Corbucci, Clint Eastwood... Puszczę ci taki świetny australijski western...
- Aha, szmatławiec, nie western. Już go widziałem. Okrutny, brutalny, pełen gwałtów, mordowania, krwi, znowu gwałtów...
- Bo takie jest niestety życie.
Guzik prawda. Film ma być ucieczką od rzeczywistości i dlatego końska opera tak bardzo przypadła mi do gustu. Główny bohater jest odważny, przystojny, czysty, trzeźwy, a dobro zawsze zwycięża, nie tak jak w prawdziwym świecie. Spaghetti westerny są dobre, ale nie są w stanie nauczyć mnie niczego dobrego.
- Film ma być ucieczką od rzeczywistości - mówię - i dlatego John Wayne wymiatał. Widziałeś, jak na scenie emanował patosem i heroizmem, jaki był charyzmatyczny? W jego filmach dobro zawsze zwyciężało.
- O, tak. I uważał, że wojna w Wietnamie jest potrzebna. Wszystkie filmy z jego udziałem są takie same. We wszystkich tych filmach gra tę samą postać.
No i wreszcie puenta wieczoru:
- Gdzie ty jedziesz? - pada pytanie retoryczne. - W domu siedź, dobrze tu masz! Mieszkanie ci załatwiłem, pracę ci załatwiłem, żonę tylko sam musisz znaleźć. A w tej Anglii to sami terroryści teraz żyją. Zabiją cię tam, zobaczysz.
- Może - odpowiadam od niechcenia, po czym odbija mi się cebulą.
Kłamię, mówiąc, że jadę do Birmingham. Ojciec zawsze bał się, że stąd wyjadę, tam gdzie funty leżą na chodnikach, a domy są ze szkła, i nigdy już nie wrócę. Jak cała reszta. Z Ząbkowic wyjechali prawie wszyscy, zostaliśmy tylko my, szaleni. Paru niedobitków śniących o normalności, nawet nie o edenie, lecz po prostu o zwykłości. Nie troska, a strach przemawia przez usta ojca. Powiedziałbym, dokąd tak naprawdę się wybieram, ale nie chcę, żeby wygadał wszystko babci. Nie zniosłaby tego.
Boczna uliczka prowadząca na planty zamkowe nazywa się Ciasna. Róg, gdzie łączy się z ulicą Armii Krajowej, obrzygany jest z obu stron, wręcz symetrycznie. Trzeba przyznać, że ten ktoś miał precyzję. Po kocich łbach, pamiętających jeszcze Hitlera, walają się puste butelki, folie po czteropakach, rozdarte reklamówki, śmieci wszelkiego rodzaju, bynajmniej jednak nie puszki, ponieważ aluminium bardzo się ceni. Dresiarze zerują flaszkę przy ogrodzeniu szkoły, klną, sikają między słupki, potem znów klną i ruszają w kierunku, z którego słychać zniekształcone uderzenia perkusji, żeby "poszukać coś do poruchania". Zapowiada się długa noc.
Chciałoby się rzec, jedyny weekend, kiedy w Ząbkowicach coś się dzieje, więc wszyscy są na miejscu i miło spędzają czas. Nie, nic bardziej mylnego. Wszystkie ekipy się posypały, wszyscy mają jakieś obowiązki, choć mimo wieku do dorosłości jeszcze im daleko. Ręce opadają. Ci, którzy zostali, zbierają się na zamkowym wzgórzu. Jest druga w nocy. Ciemno i chłodno, a impreza przycichła dawno temu. Zabytkowe ściany błyszczą w świetle lamp, z wolna zaczynając zachodzić śródnocną mgłą. Chłopaki, odwróceni przodem do trzynastowiecznych murów miejskich, gdzie wszyscy zawsze sikają, a tyłem do zsypu, przestępują z nogi na nogę i skitrani pod kapturami, jakby okoliczne drzewa miały oczy, pociągają nosami jeden po drugim, precyzyjnie, niby do rytmu piosenki, ale nijak nie poprawia im to samopoczucia. Słowo daję, poukręcam im kiedyś te nosy. W dole niecki dumnie wije się wśród zakoli Budzówka, nasz ząbkowicki Nil.
- Przestań! - mówi jeden. - Te Ząbkowice to powinni zaorać i buraki posiać!
- Stary - odpowiadam i chwytam butelkę z wódką, bo moja kolej - we Włoszech po godzinie dwudziestej wszyscy ludzie są w restauracjach, bo wszyscy albo pracują w restauracjach, albo tam jedzą. Ulice są pięknie oświetlone, nawet w prowincjonalnych miasteczkach. Wszędzie widać spacerowiczów, ludzi przemieszczających się od lokalu do lokalu. Dlaczego tego nie ma u nas?
- U nas nie ma nic - wtrąca drugi, wytarłszy nos tak, aby nic się nie zmarnowało. - U nas po dwudziestej, jak zrobi się ciemno, to albo cię okradną, albo w ryj dostaniesz.
- Ludzie nie mają pieniędzy, żeby jeść w restauracjach - słusznie zauważa trzeci. - Nie ma pracy, nie ma strefy przemysłowej. Był FAEL, co zatrudniał trzy tysiące osób, ale go sprywatyzowali i sprzedali.
- Gdyby Ząbkowice nie były miastem powiatowym - twierdzi czwarty - wymarłyby szybciej, niż myślisz, bo wszyscy są zatrudnieni albo w urzędach, albo w marketach.
- Wszystko prywatyzują i sprzedają - mówię dalej, nie odpuszczam. Czuję po mrowieniu w żyłach, jak wóda rozrzedza mi krew. - Nas samych też kiedyś. Stary, oni wszystko sprzedają zachodnim kapitałom, stocznie w Szczecinie i Gdańsku. Pamiętasz? Tam po dziesięć tysięcy ludzi robiło.
Trzecia nad ranem. Jesteśmy już zagotowani. Kończymy z powagą, zaczynają iść sprośne kawały, warcholskie śmiechy i słowa, które nie nadają się do druku. Robi się trzoda. Ktoś szuka problemów, ktoś inny napina szyję do walki. Nie rzucaj tym tak, jakby to były paczki w Amazonie! Znamy się? Ej, frajer, ty do mnie to mówisz? Znamy się? Dobra, znamy, znam te mordy. Ty robiłeś ze mną w Paczkowie. Ej, spokojnie, oni są ze mną! Który pierwszy frajer do mnie? Ja trzy dni temu wyszedłem z pierdla! Daj spokój, stary, daj spokój! Skąd jesteś? Ja się na Dolnośląskiej wychowałem! Znasz kogoś? Po co takie głupie gadanie? Głupi to ty jesteś! Zostaw, puść! Zobaczysz, dojadą cię chłopaki z Pierzei! Pożałujesz! Stary, on jest zajechany! Więcej koksu proponuję, ty kurwo jebana!
Nie pamiętam, jak się tu znaleźliśmy, ale jesteśmy teraz na Wrocławskiej. Brzydkie i bezgwiezdne jest niebo dzisiejszej nocy. Czuć po zapachu powietrza, że rano spadnie deszcz. Siedzi taka jedna na ławeczce na wysokości kliniki, sama i pogrążona w rozmyślaniach. Trochę późna pora, żeby zapłakana dziewczyna samotnie przesiadywała sobie na ławeczce przy chodniku w takim mieście jak Ząbkowice, w miejscu, gdzie nawet światło latarń ledwo dociera. Dlaczego ona tu tak siedzi? Podchodzimy we czterech albo sześciu... A nie, tamci dwaj skręcili w stronę osiedla. Wszyscy w kapturach, z łapami schowanymi po kieszeniach, przerzucający jądra z lewa na prawo. Aż dziwne, że nie zrywa się z miejsca i nie wieje gdzie pieprz rośnie. Te nasze ząbkowickie dziewczyny to jednak niczego się nie boją. Ma szczęście, my jesteśmy normalni. Przyjaciółka ją wystawiła, miała podjechać samochodem o drugiej, ale coś nie pyknęło. Telefon rozładowany, na piechotę do Ciepłowód za daleko, tragedia po prostu. Dostaje do ręki samsunga, dzwoni i się zaczyna. "Przyjedź po mnie", mówi drżącym głosem, "bo telefon mi padł, tragedia po prostu! A ta pizda może mi naskoczyć! Lachociąg. Nie, nie mamy nawet o czym rozmawiać, bezwzględny koniec przyjaźni. Szymon jest z nią tylko po to, żeby mieć co rżnąć".
Mięciutki jestem jak tafta. Włączam autopilota i wolnym tempem przemieszczam się wzdłuż Żeromskiego do kawalerki, którą wynajmuję na Słonecznym. Rozmawiam sam ze sobą, na bardzo ciekawe tematy rozmawiam - o wynalezieniu pisma przez starożytnych Sumerów, o bizantyjskim wodzu Belizariuszu, o podobieństwach pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem, o tym że Bandera był draniem. Często tak robię, często gadam sam ze sobą, a gdy mnie ktoś nakryje, jest mi wstyd. Nie wiem, dlaczego tak robię. Pewnie dlatego, że mam podobne zainteresowania.
Duszę się w tym miejscu, potrzebuję wolności. Niedobrze sypiam, miewam lęki. Zbyt często nie mogę zasnąć. Często łapię się za serducho i liczę tętno. Boję się czegoś, nie mam pojęcia czego. Leżę, co chwilę otwierając oczy, by popatrzeć na znajome cztery ściany. Nogi mam jak z waty, czuję w nich dziwne mrowienie. Zasypiam dopiero nad ranem, budzę się w zasadzie po paru godzinach, idę do pracy i cały następny dzień boli mnie głowa. Brakuje mi wolności, ale wolności prawdziwej - wolności od ludzkich opinii, roszczeń, od bycia wykorzystywanym przez innych. Bo każdy wie, co dla mnie najlepsze, nikt obcy wprawdzie nie siedzi pod moją skórą, a jednak każdy ma dla mnie gotowy scenariusz życiowy. I ta pretensja - kiedy ty się nareszcie ustatkujesz, znajdziesz sobie żonę, stałą pracę, kupisz fajny samochód, weźmiesz kredyt na mieszkanie? Kiedy? A, żegnam was, ciule! Jutro wyjeżdżam do Rosji. Jestem wrogiem wszystkiego, co pospolite. Wasze problemy są tak przyziemne, że szkoda na nie nocy!
Czy świat jest naprawdę aż tak zepsuty? Jestem szczery i naiwny, a jednak noszę głęboko w sercu pewne sprawy, których przed nikim nie odkryję. Skoro więc ja, taki szczery i naiwny człowiek, skrywam pewne sekrety, których przed nikim nie odkryję, jak wiele wy, wszyscy pozostali, ukrywacie przede mną? Bądźmy zatem szczerzy, nie wszystko powinno ujrzeć światło dzienne. Ci, którzy są szczerzy wobec ludzi we wszystkim, znajdują się pod specjalnym nadzorem w zakładach psychiatrycznych, a jeśli dotąd ich tam nie ma, to znaczy tyle, że dopiero pracują na swój bilet w jedną stronę. Właśnie tam, ponieważ wzięto ich za wariatów i odmieńców, a oni zwyczajnie nie chcieli niczego zatajać.
Muszę uciec od tego miejsca, od tych ludzi, którzy ciągle czegoś ode mnie oczekują, oraz od ich niekończących się problemów. Potrzebuję się wyrwać, być może na zawsze i być może właśnie wcale nie powinienem wracać. A byli już tacy, którzy tak robili - uciekali i nie wracali, i społeczeństwo do dzisiaj nie może im tego zapomnieć. Muszę uciec, zanim zwariuję i wykrzyczę wszystko, co ciśnie się na usta, po czym zamkną mnie w Stroniu, dołączę do tamtych pozostałych szczerych, a tego bym nie przeżył, gdyż od siedzenia w klatce, w celi więziennej albo szpitalnej izolatce, pęknie mi serce. Sto razy gorsze to niż śmierć.
Jestem rozczarowany ludźmi, ponieważ mówią wiele, ale nie potrafią słuchać. Nie słuchają mnie ani nikogo innego, a wszystko, co do nich się mówi, jak krew w piach. Przede wszystkim jestem rozczarowany tym, co mówią, i w jaki sposób to robią, jak próbują narzucić innym swoje racje, jak kłócą się z rodziną i przyjaciółmi. Czasami każe się nam nauczyć na egzamin przez jedną noc, poznać reguły obowiązujące w nowej firmie przez choćby tydzień, ale to wszystko jest niemożliwe, skoro nie potrafimy znaleźć wspólnego języka z ludźmi, pomimo iż obcujemy z nimi, odkąd matka wydała nas na świat. Od lat roztrząsam sprawy, które w ogóle mnie nie tyczą, sprawy innych ludzi, tych nieszczęśliwych i pokrzywdzonych.
Jestem jak Faust, znudzony życiem starzec, rozgoryczony rzeczywistością i wszystkimi tymi dotychczasowymi osiągnięciami, nic nie wartymi, powierzchownymi, zabiegający o szacunek, zaniedbujący zaś życie i przyjemności. Jestem Gregorem Samsą, żyjącym wyłącznie dla innych, pod bezustanną presją ludzką. Jestem wreszcie niczym Hauke Haien, pragnący dla swoich bliskich jak najlepiej, wkładający mnóstwo energii, by było im dobrze, jednocześnie zewsząd atakowany przez bezmyślne otoczenie i bezsilny w chwili największej próby, gdy bezlitosna wielka fala pochłania wszystko, co kocha, a sam mogący jedynie się temu przyglądać ze szczytu grobli. Niemiecka literatura ma w sobie moc, przemawia do mnie, jest taka podniecająca, pachnie buntem. Chcę być taki jak Faust, rzucić to wszystko na śmietnik przeszłości i zaprzedać duszę diabłu. Niech uczyni mnie królem teraźniejszości, rozliczymy się po śmierci. Bo czasem rozsądek nie ma nic wspólnego z trzeźwym umysłem.
Przeklęte miasto, przeklęte...
Idąc chodnikiem, doganiam leniwie maszerującego, tłustego, czarnego psa. Zwierzę ciężko dyszy, fałdy brzuszne przelewają mu się z boku na bok, szurając bezdźwięcznie po kostkowanej nawierzchni. Pyska wprawdzie nie widzę, widzę natomiast oczyma wyobraźni, jak cieknie z niego wściekła piana, a z ogromnych, pustych oczodołów wystrzeliwują ogniste języki. W mojej głowie rozlega się wrzask piekielnego roju ohydnych sukkubów. To on, to on! Wytykam go palcem, nie mając już cienia wątpliwości, że sam Mefistofeles przybył do mnie z intratną propozycją. W jednej chwili samoistnie uruchamia mi się mój ulubiony monolog Heinricha Fausta:
Chcesz tu społem ze mną żyć,
Radzę ci, pudlu, przestań wyć,
Szczekaniu daj sobie pokój raz;
Komornika-wichrzyciela
Nie ścierpię ja, nie ścierpi ta cela,
Jeden lub drugi z nas
Musi ustąpić z tego proga,
Drzwi otwarte, wolna droga,
Wbrew woli depcę przywilej gości.
- Ależ... to nadprzyrodzone dzieje:
Czy to kształt cienia, czy rzeczywistości?
Ten pudel rośnie, grubieje,
Rośnie, rosnąc miarę traci;
Nie - to żadna z psich postaci;
Tom ja... coś tam, coś tam... do alkowy.
Już zgrubiał, jak koń Nilowy,
Oczy skrzą się - to ohyda,
Paszcz straszliwa! Znam cię, ptaszę,
Na półdiable rody wasze
Salomona klucz się przyda[1].
Śmiało postępuję w krok za rozbujanym niczym statek na morzu psem, wypowiadając magiczne formułki i kreśląc w powietrzu jakieś nierozumne znaki, ale czarny stwór za nic sobie to wszystko ma.
Na odcięcie tej chimery
Zakląć trzeba, wszystkie cztery:
Niech się Kobold pracą zdźwiga,
Salamandra w ogniach miga,
Niech Undena się wywinie,
Sylfa zaginie.
Komu obca, niepojęta
Moc natury utajona,
Jej przymioty i znamiona.
Jakimi tchną elementa,
Niech przechwałką się nie plami,
Że jest mistrzem nad duchami.
Pies dokądś skręca, tłusty tułów znika za krzewiastym winklem, za nim przewalają się krótkie tylne łapy i równie krótki ogon. Pora robi się wczesna, niebo ma już kolor niebieski, kształty stają się rozpoznawalne, a jednak w swej ambiwalencji mrocznieje mi przed oczyma, jakby lada moment miała zapaść zupełna ciemność, a mnie opuścić świadomość.
Giń w płomykach,
Salamandro!
Płyń w strumykach,
Undeno!
Meteoru światłem graj
Sylfo!
Nad domem w zastępie staj,
Incubus, Incubus!
Wejdź, a błogi koniec daj.
[1] Ten i kolejne cytaty za: J.W. Goethe, Faust, Warszawa 2001, s. 44-45.