Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji - Piotr Milewski

Kup ebooka

31.50 zł
26.15 zł (22,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

1

W sobotni wieczór w połowie lutego stałem przy wyjściu ze stacji kolejowej w centrum Tokio i obserwowałem przelewający się tłum. Byłem tu umówiony z właścicielem agencji pośrednictwa pracy, który zadzwonił dwa dni wcześniej z informacją, że ma dla mnie ofertę. Miał do nas dołączyć przedstawiciel firmy K., który chciał mnie poznać i przeprowadzić ze mną rozmowę kwalifikacyjną.

Rosły, ogolony na głowie do samej skóry mężczyzna, na oko pięćdziesięciopięciolatek, pojawił się punktualnie co do minuty, a mimo to zaczął rozmowę od przeprosin za spóźnienie. Na jego twarzy rysował się naturalny uśmiech. Gdyby nie garnitur i neseser, można by go wziąć za buddyjskiego mnicha.

Udaliśmy się do malutkiej restauracji serwującej mięso z grilla. Mieściła się ona w niskim, jednopiętrowym budynku przy wąskiej alejce. Na wprost biegła betonowa estakada miejskiej autostrady.

Gdy tylko weszliśmy do środka, mężczyzna stanął naprzeciwko mnie, wykonał ukłon i wręczył mi trzymaną w obu dłoniach i obróconą w moją stronę wizytówkę.

- Nazywam się I. z firmy K. - powiedział. - Bardzo mi miło.

- Hajimemashite! Mirefusuki Piotoru to m?shimasu. Yoroshiku onegai shimasu! (Widzimy się po raz pierwszy! Nazywam się Piotr Milewski. Miło mi pana poznać!) - wyrecytowałem na jednym oddechu formułę powitania i wykonując nieco głębszy ukłon niż on, wręczyłem mu swoją kartę wizytową, własnoręcznie wykonaną i skromniejszą niż jego.

- Pan I. jest dyrektorem działu sprzedaży w firmie K. - odezwał się pośrednik, przekazując informację, którą odczytałem już z otrzymanej wizytówki. - Firma K. to bardzo duże i poważne przedsiębiorstwo, jedno z największych na świecie w swojej branży.

Po wymianie grzeczności usiedliśmy przy stoliku. Odtąd pan I. był gospodarzem wieczoru, ja gościem, a pośrednik kimś, kto miał zapewnić dobrą atmosferę podczas spotkania i w razie jakichkolwiek nieporozumień znaleźć wyjście z sytuacji. W praktyce zaś jego zadanie polegało na zachwalaniu moich przymiotów, choć właściwie zupełnie mnie nie znał. Tydzień wcześniej wysłałem mu swój życiorys i spotkaliśmy się raptem przed dwoma dniami na krótką pogawędkę o pogodzie i jedzeniu.

- Piotoru-san ma niezwykłe doświadczenie. Jest solidny, wiarygodny, pilny i pracowity. Zjeździł prawie cały świat. Zna biegle tyle języków obcych, że sam już nie potrafię wymienić wszystkich. Od dwóch i pół roku mieszka w Japonii i w tak krótkim czasie zdołał opanować nasz trudny język. - Pośrednik przedstawił mnie tak, że prawie nie rozpoznałem się w jego słowach.

Przyniesiono kufle z piwem i wznieśliśmy toast.

- Za spotkanie! - zawołał pośrednik.

- Za spotkanie! - zawtórował mu tubalnym głosem pan I.

- Za spotkanie - dołączyłem do nich i stuknęliśmy się kuflami.

Zapadła cisza.

- Jesteś żonaty? - zapytał mnie niespodziewanie pan I.

- Tak - odpowiedziałem zbity z tropu.

- Masz dzieci? Ile? Syn? Córka? W jakim wieku? Gdzie się urodziły? - Pan I. zasypał mnie gradem pytań, które zdawały się nie mieć nic wspólnego ze stanowiskiem, o które się ubiegałem: specjalisty zagranicznego w dziale sprzedaży.

- Żona jest w ciąży i została u rodziców na Hokkaido - odpowiedziałem.

- Żona jest z Hokkaido? - upewnił się.

- Tak.

Pan I. dolał mi alkoholu, wyraźnie zadowolony z tego, co usłyszał, po czym zadał kolejną serię pytań:

- Podoba ci się w Japonii? Pijesz japoński alkohol? A jedzenie? Co smakuje ci najbardziej?

Wydawało mi się, że zupełnie nie zwraca uwagi na to, co mówię, zajęty uzupełnianiem płynów w szklankach i grillowaniem mięsa, ale słuchał mnie jednak uważnie, bo gdy między słowami rzuciłem, że lubię japoński ryż, od razu położył mi na talerzu najsmaczniejszy plasterek mięsa i zapytał:

- Czy myślisz, że mógłbyś jeść ryż do końca życia?

- Chyba tak - odpowiedziałem po chwili, domyślając się, że nie o ryż tu chodzi, lecz o coś więcej.

Pan I. uśmiechnął się szeroko.

- Centrala naszej firmy mieści się w prefekturze, gdzie uprawiany jest najlepszy ryż w całej Japonii. Mamy tam również najznakomitsze sake - powiedział wyraźnie uradowany i napełnił moją czarkę specjalnie zamówionym trunkiem.

Odtąd atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Na stole lądowały kolejne półmiski z kiszonkami i surowym mięsem, które pan I. opiekał na grillu i rozdzielał po równo na trzech talerzach. Wznosiliśmy kolejne toasty za pomyślność naszych krajów, zdrowie bliskich i pokój na świecie, a ja bezskutecznie próbowałem bronić się przed kolejnymi porcjami alkoholu. W końcu pan I. zaproponował herbatę, a gdy sączyliśmy ciepły napój, dyskretnie poprosił o rachunek i zapytał, czy nie zgodziłbym się złożyć wizyty w firmie K.

- Oczywiście pokryjemy koszty podróży - dodał, właściwie nie czekając na odpowiedź, po czym na swojej wizytówce podkreślił adres tokijskiego biura. - Widzimy się zatem w najbliższy poniedziałek o godzinie dziesiątej - powiedział i pożegnał się ze mną oraz z pośrednikiem.

 

2

Dwa dni później, kwadrans po dziewiątej rano, wyszedłem z tokijskiego dworca i szeroką aleją, obsadzoną po obu stronach miłorzębami, ruszyłem pod wskazany adres. Biuro mieściło się na parterze dziewięciopiętrowego budynku. Wchodziło się do niego prosto z ulicy przez szerokie przeszklone drzwi.

O dziewiątej pięćdziesiąt pięć stanąłem przed wejściem. Przez szybę ujrzałem niezbyt duże pomieszczenie, w którym przy biurkach siedziało kilku mężczyzn ubranych w ciemne garnitury i białe koszule, w kapciach na nogach. Wpatrywali się w ekrany laptopów lub rozmawiali przez telefon.

Poprawiłem krawat i nacisnąłem klamkę.

- Ohay? gozaimasu! O-jama shimasu! (Dzień dobry! Przepraszam, że przeszkadzam!) - zawołałem, przeciągając głoski.

- Ohay? gozaimasu! - Przywitała mnie elegancko ubrana pięćdziesięciokilkuletnia kobieta z trwałą ondulacją i mocnym makijażem, jak się domyśliłem, pełniąca funkcję sekretarki. Ruchem dłoni przywołała mnie do środka i poprosiła, bym chwilę poczekał.

Niebawem z wnętrza biura wyłonił się pan I.

- Ohay?! (Witaj!) - Powitał mnie szerokim uśmiechem i klepnięciem po plecach, jakbyśmy znali się już od dawna, a potem zaprowadził do drugiego pomieszczenia, w którym stały kanapa, dwa fotele i niski stolik. Na ścianie wisiała biała tablica magnetyczna oraz kalendarz ze zdjęciem fabryki i logo firmy K.

Usiadłem na kanapie, a pan I. przystąpił do omówienia szczegółów kontraktu. W pierwszej kolejności uzgodniliśmy wysokość pensji. Właściwie to potwierdziliśmy kwotę, którą pośrednik ustalił ze mną kilka dni wcześniej, a sobotniego popołudnia w restauracji - delikatnie zasugerował panu I. Suma ta miała być podzielona na dwanaście równych części wypłacanych co miesiąc oraz dwie wyższe wypłacane w połowie oraz na koniec roku - jako premia letnia i zimowa. Umówiliśmy się też, że pracę zacznę w pierwszy poniedziałek kwietnia, który jest w Japonii nie tylko pierwszym miesiącem roku fiskalnego, ale także tym, w którym japońskie przedsiębiorstwa przyjmują w swoje szeregi nowych pracowników. Dobrze się składało - w połowie marca miał przyjść na świat mój syn. Będę miał czas, by towarzyszyć żonie przy porodzie, a następnie spędzić z dzieckiem pierwsze tygodnie jego życia. Zdążę nacieszyć się śnieżną zimą na Hokkaido, bo kto wie, kiedy będzie następna okazja. I wreszcie bez pośpiechu przygotuję wszystko, co potrzebne do pracy - nowy garnitur, białe koszule, krawaty, buty i aktówkę. Ustaliliśmy także, że pierwsze sześć miesięcy w pracy spędzę na szkoleniu w centrali firmy, na północ od Tokio, a od października przeniosę się do biura w stolicy.

Wszystkie te informacje pan I. zapisywał w punktach czarnym markerem na tablicy. Na koniec dopisał jeszcze mój obecny adres i numer telefonu, a także adres centrali firmy oraz numer telefonu do pracownika, który miał się mną zająć na miejscu. Wreszcie nacisnął przycisk i podłączona do tablicy drukarka wypluła wydruk zapisanej treści.

Pan I. wyglądał na bardzo zadowolonego. Uśmiechał się szeroko i chwalił moją znajomość japońskiego. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

- Tylko ubierz się ciepło na wyjazd - powiedział z troską w głosie. - O-ki wo tsukete, ne! (Uważaj na siebie!) - pożegnał się ze mną.

Zanim wyszedłem, odprowadzany wzrokiem przez pracowników, sekretarka, nisko się kłaniając, wręczyła mi elegancką kopertę, w której znajdowały się dwa bilety na pociąg.

- Itterasshai! (Szerokiej drogi!) - powiedziała, delikatnie się uśmiechając.

- Ittekimasu! (Do zobaczenia po powrocie!) - odpowiedziałem.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.