Plac Zgody. Wieczyście neutralna Szwajcaria - John McPhee

Kup ebooka

37.90 zł
29.18 zł (20,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W serii ukazały się ostatnio:

Taina Tervonen Grabarki. Długi cień wojny w Bośni

Katarzyna Kobylarczyk Ciałko. Hiszpania kradnie swoje dzieci

Jacek Hołub Beze mnie jesteś nikim. Przemoc w polskich domach (wyd. 2)

Anna Bikont Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji (wyd. 3)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 3)

Bartosz Żurawiecki Ojczyzna moralnie czysta. Początki HIV w Polsce

Kate Brown Czarnobyl. Instrukcje przetrwania (wyd. 2)

Amos Oz Na ziemi Izraela (wyd. 2)

Marta Wroniszewska Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce (wyd. 2)

Sam Knight Biuro przeczuć. Historia psychiatry, który chciał przewidzieć przyszłość

Katarzyna Kobylarczyk Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty (wyd. 2)

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 6)

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem (wyd. 2)

Derek Scally Najlepsi katolicy pod słońcem. Pożegnanie Irlandczyków z Kościołem

Kalina Błażejowska Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych (wyd. 2)

Murong Xuecun Śmiertelnie ciche miasto. Historie z Wuhanu

Bradley Hope Pokonać Kimów. Tajna misja przeciwko reżimowi

John Treherne Zbrodnia w raju. W poszukiwaniu utopii na Galapagos

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 3)

Bartosz Panek Zboże rosło jak las. Pamięć o pegeerach

Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji (wyd. 3 rozszerzone)

Wojciech Górecki Wieczne państwo. Opowieść o Kazachstanie

Mateusz Marczewski Pasażerowie. Ayahuasca i duchy Amazonii

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju (wyd. 3)

Katarzyna Bednarczykówna Masz się łasić. Mobbing w Polsce

Anna Maziuk Niedźwiedź szuka domu

Anna Malinowska Sosnowiec. Nic śląskiego

Anna Sawińska Przesłonięty uśmiech. O kobietach w Korei Południowej (wyd. 2 zmienione)

Adam Zadworny Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium (wyd. 2 rozszerzone)

Thomas Orchowski Wyspa trzech ojczyzn. Reportaż z podzielonego Cypru (wyd. 2)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 3)

Maciej Czarnecki Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice

Bartosz Józefiak Wszyscy tak jeżdżą (wyd. 2)

Aleksandra Boćkowska Gdynia. Pierwsza w Polsce

Anna Malinowska Od Katowic idzie słońce (wyd. 2)

Anna Bikont Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów

W serii ukażą się m. in.:

Marta Grzywacz Radość soboty. Archiwum życia i śmierci

Szwajcarzy nie toczyli wojny od niemal pięciuset lat i koniecznie chcą wiedzieć, co należy zrobić, żeby ten problem nadal ich nie dotyczył.

We Włoszech o armii szwajcarskiej mówią tak: "Nie wiedziałem, że w ogóle ją mają". Kiedy Włoch słyszy, że armia Szwajcarii zdecydowanie góruje nad włoską pod względem liczebności, odpowiada: "O to nietrudno".

Szwajcarska armia posłużyła za wzór narodom mniej ospałym. Jej kopią jest armia Izraela.

Szwajcaria ma obszar dwa razy większy niż stan New Jersey. W New Jersey jest zdecydowanie więcej mieszkańców. Mimo to do armii szwajcarskiej należy sześćset pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Większość z nich codziennie przechadza się ulicami po cywilnemu albo w strojach roboczych. To armia złożona z cywilów, wyszkolona i wyćwiczona milicja, stale gotowa do mobilizacji. Służba trwa trzydzieści lat. Każdy z tych sześciuset pięćdziesięciu tysięcy jest w stanie zameldować się w punkcie mobilizacyjnym i na stanowisku bojowym w niespełna czterdzieści osiem godzin.

Jeśli rozumiecie, jak działa New York Yacht Club, Cosmos Club, Metropolitan Club, Century Club czy Piedmont Driving Club, jasne będzie dla was działanie szwajcarskiej armii.

Niektóre z tych myśli przechodzą mi przez głowę, kiedy Section de Renseignements[1] 8 Batalionu 5 Pułku 10 Dywizji Górskiej szykuje się do patrolu sektora w górnym odcinku Rodanu. Batalionowi nakazano wymarsz, a żołnierze dostali zadanie jak najszybszego i jak najdokładniejszego ustalenia tego, co major chce wiedzieć o nowym sektorze, na przykład: Ilu ludzi zmieści się w wagonie kolejki górskiej do Riederalp? Gdzie na dolnych stokach powyżej Lax można dogodnie ulokować stanowisko dowodzenia? Ilu żołnierzy może nocować w stodole Schwarzenbacha? I co na to sam Schwarzenbach? Czy już rozmieszczono materiały wybuchowe - jak w tysiącach strategicznych miejsc kraju - niezbędne do wysadzenia mostu Nussbaum?

Patrole Section de Renseignements chodzą od miejsca do miejsca z notesami i ołówkami, penetrują okolicę, zadają pytania, zwracają uwagę na szczegóły, zapisują informacje, opisują ludzi i otoczenie, prowadzą rozpoznanie terenu, monitorują bieżącą aktywność i rejestrują wydarzenia z niedawnej przeszłości. Potem maszerują z powrotem, aby pod presją czasu streścić, uporządkować i przedstawić, co widzieli i słyszeli. Wszystko to mieści się w znaczeniu słowa renseignements.

Darzę Section de Renseignements bezgraniczną empatią. Dowódcą drugiego dzisiejszego patrolu jest Luc Massy, który służy w armii od dziesięciu lat, właściwie ciągle w tej samej roli. Ma sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, jasne włosy oraz orli nos - jest szczupłym, zuchwałym trzydziestolatkiem. Pozostali członkowie patrolu to Jean-Bruno Wettstein, Denis Schyrr, Pierre Pera i Jean Reidenbach. Każdy ma wysokie buty, getry, fińską czapkę z wełnianymi nausznikami oraz broń - fusil d'assaut[2], wystrzeliwujący w osiem sekund dwadzieścia cztery pociski i znany również (tu dodatkowo jest onomatopeja) jako Sturmgewehr. Massy nosi buty nabijane ćwiekami. Większość pozostałych żołnierzy jest młodsza, a gdy wstąpili do armii, przydzielono im buty na gumowej podeszwie, z której zamiast ćwieków sterczą szwajcarskie krzyże. Massy mówi, że czuć wiatr z północy, więc pogoda utrzyma się przez trzy, sześć albo dziewięć dni. Mnie powietrze wydaje się nieruchome - jest jasny, mroźny poranek pod koniec października w głębokiej dolinie w Alpach świeżo przysypanych śniegiem. Korzystając z kieszonkowych kalkulatorów i z map topograficznych, członkowie patrolu wytyczyli kierunki poszczególnych zadań - pod górę, w dół, pod górę, w dół - oraz oszacowali, że na ich realizację potrzeba jedenastu godzin. Dlatego każdy chowa do plecaka plastikową torebkę z lunchem i plastikową torebkę z obiadem: suszone owoce, świeże owoce, pieczywo, ser, pasztet, kiełbasę oraz batoniki z napisem "Militärschokolade, Chocolat Militaire".

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Zbigniew Parafianowicz Brutalna neutralność

Nie ma bardziej aktualnej definicji zwycięstwa w wojnie niż ta, którą przedstawił w Placu Zgody John McPhee, cytując generała Adriena Tschumy'ego. Polega ono na umiłowaniu nudy. Mieszczańskiej w Zurychu i Bernie. Lub wiejskiej z górskich łąk. "Najważniejszą bitwą jest niedopuszczenie do wojny. [...] cena wkroczenia musi być zbyt wysoka. Nie ma różnicy między obywatelami Szwajcarii a szwajcarską armią. Żadnej różnicy pod względem woli walki. Ekonomicznie, militarnie: tak samo" - przekonywał Tschumy. Amerykański pisarz i dziennikarz, analizując w 1984 roku, krótko przed upadkiem ZSRR, organizację szwajcarskiej armii, w zasadzie dociera do istoty mądrej polityki bezpieczeństwa. Zaczyna się ona całe lata przed wojną. Polega na pisaniu dobrego prawa, pozwalającego w parku narodowym blisko lodowca zbudować pas startowy dla myśliwców. Na benedyktyńskim organizowaniu obrony cywilnej i zapewnieniu obywatelom miejsca w profesjonalnym schronie, a nie w piwnicy, nad którą złoży się blok, przykrywając wszystko, co się pod nim znajduje. Wojna i skuteczna obrona, według McPheego, to lata żmudnej pracy. Szkoleń w górach. Ale też wola walki o wolność u dyrektora banku, który jest w stanie poświęcić każdą ilość czasu, aby co roku szkolić się w sztuce dowodzenia. I u prostego chłopaka czyszczącego chlew, który - podobnie jak menedżer ze sterylnego biura w Genewie - z własnej i nieprzymuszonej woli uczy się strzelectwa czy minowania terenu.

Wojna nie jest spektakularnym show. Jeśli już, to show ten trwa może tydzień. Na początku, gdy media są w wydarzeniowej ekstazie. Później zaczyna się brud. Tkwienie w błocie. Borykanie się z brakiem mokrych chusteczek, umożliwiających zachowanie higieny w warunkach polowych. Następnie wchodzą PTSD, morze wódki, amputacje, leczenie paliatywne i flagi powiewające w ilościach hurtowych na cmentarzach. Namacalny dowód ceny, którą państwa płacą za obronę swoich wartości. Ideą - jak pisze McPhee - szwajcarskiej neutralności jest spowodowanie, by etap brudu ograniczyć do zera lub do absolutnego minimum. Dlatego w głowach szwajcarskich planistów nie ma koncepcji wojny partyzanckiej. "Zamierzamy utrzymać jak największą część wolnego terytorium. Zdaniem niektórych powinniśmy szkolić się tylko do walki partyzanckiej. Byłaby to forma kapitulacji. [...] Nawet jeśli padniemy ofiarą szantażu nuklearnego, nigdy się nie poddamy" - przekonuje cytowany przez autora Tschumy. Zachowanie jak największego obszaru to minimalizowanie brudu wojny. Da się to zrobić tylko poprzez kluczowy niuans szwajcarskiej neutralności: "brutalną siłę militarną".

Paradoks szwajcarskiej neutralności polega na tym, że to spokojne z pozoru społeczeństwo najpewniej wymyśliło i dopracowało koncepcje, które z powodzeniem można zaaplikować w każdym państwie obawiającym się agresywnego sąsiada. Małe terytorium powoduje, że głębią strategiczną Szwajcarii są obrona cywilna i obywatele. Czy też obywatelska armia. Kontrolowany systemowo poziom agresji - broń i amunicja w domu każdego, kto ma za sobą wojsko - daje ludziom poczucie siły i sprawczości. Nie wikła Szwajcarów w rozważania o tym, co zrobią, gdy już przegrają. Państwo jest tu jak sprawny bokser, który szuka okazji do znokautowania przeciwnika. Nawet większego. W najlepszym razie oszukania go. Wprowadzenia w błąd. Uwikłania w grę pozorów. "Rycerze byli arystokratami, przywykłymi do starć turniejowych, a nie do wieśniaków atakujących z wyższych pozycji" - pisze o Szwajcarach McPhee.

Umiłowanie pokoju jest tu "zbrojne". Neutralizm ma charakter "agresywny". I raczej z "predyspozycją do wojny". Wynikająca z kantonalnego charakteru państwa wielokulturowość może być w wypadku Szwajcarii myląca. Konfederacja czerpie raczej z Hobbesa i Darwina niż z Fukuyamy czy z pochodzącego z Genewy Jeana-Jacques'a Rousseau. Cytowani przez McPheego wojskowi nie mają dobrych wiadomości dla agresora. "Bazylea? Nie do obrony? Niech no tylko ktoś spróbuje tu wejść. Do takiego miasta lepiej nie próbować wejść z armią zmechanizowaną. Byłoby dość paskudnie". "Z łatwością zablokujemy atak [...]. Duża szansa, że nie zaatakuje nas nikt, bo cena jest zbyt wysoka".

Szwajcaria wyłaniająca się z Placu Zgody daleka jest od mitu tego państwa. Poza radykalnym darwinizmem w polityce bezpieczeństwa pławi się ono w umiłowaniu militaryzmu, w którym kandydat do służby wojskowej musi mieć odpowiedni, określony przepisami obwód klatki piersiowej. Szwajcaria jest niczym Izrael z czasów Menachema Begina. Bycie sierżantem jest bardziej prestiżowe niż bycie burmistrzem czy księdzem. Stopień oficerski przynosi chlubę. Unikanie służby wojskowej czy odrzucenie przez armię okrywa rodziny wstydem, a w świecie biznesu zamyka różne drzwi.

"Są również tacy, którzy nie zgadzają się na służbę - co roku od dwustu do trzystu młodych mężczyzn odmawia pójścia do wojska, powołując się na religię lub sumienie - i przed nimi drzwi zamykają się w sposób bardzo wymowny: stają oni przed sądem i trafiają do więzienia. Wyroki wahają się od czterech do sześciu miesięcy. Szwajcarscy menonici, którzy odmawiali noszenia broni, wyemigrowali dawno temu do Iowa czy Pensylwanii" - pisze McPhee. Ci, którzy migają się od wojska, pracują z kozami w Gaskonii. Takiej Szwajcarii nie znamy z broszur i reklamy czekolad. Zimnej i brutalnej. Konserwatywnej i zmilitaryzowanej. Niepoprawnej politycznie, w której unikających służby określa się mianem "psychicznych" i wpisuje im się to do akt. Taka Szwajcaria istniała w latach osiemdziesiątych. I taka Szwajcaria istnieje dziś.

McPhee, czterokrotny finalista Nagrody Pulitzera, patrzy na ten kraj z nieeuropejskiej perspektywy. Podobnie jak w jego najbardziej znanym reportażu, wydanym w 1976 - Coming into the Country [Wkraczając w kraj] - widzi swój "obiekt" na wielu poziomach. W Coming... jest to Alaska. Miejska, wiejska i ruralna. W Placu Zgody rozkłada na części pierwsze wielowymiarowość Szwajcarii. To nie jest książka tylko o wojsku i doktrynach. To również doskonałe studium małego narodu, którego nie można porównać do żadnego innego na świecie. Tu państwo i naród są równocześnie armią. Ze wszystkimi - jak mawiał klasyk - plusami dodatnimi i ujemnymi tego zjawiska.

Konkluzje - mimo że pisane w czasach Związku Sowieckiego - okazują się ponadczasowe. A Szwajcaria ani na milimetr nie zmieniła swojego stosunku do pojęcia siły i słabości. Po 24 lutego 2022 roku, czyli po pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę, nawet przeniosła swoją debatę o polityce bezpieczeństwa o kilka poziomów wyżej. Pojawił się pomysł odstąpienia od neutralności. Pójścia ścieżką sojuszy, bo własny model obrony w przyszłości może się okazać niewystarczający.

Radykalnym krokiem w kierunku odejścia od neutralności było przystąpienie do sankcji na Rosję i Białoruś w lutym i marcu 2022 roku. Do tej pory Berno unikało jednoznacznego zaangażowania. Sankcje dotyczyły handlu i finansów. Zabroniono importu towarów wytworzonych z gumy, drewna, żelaza, stali i cementu. Instytucjom finansowym zakazano wsparcia dla inwestycji w tych krajach, udzielania kredytów czy akceptowania depozytów. Ograniczeniami objęto transakcje z bankami centralnymi obydwu państw. Część banków odłączono od międzynarodowego systemu rozliczeń SWIFT. Berno próbowało lawirować, aby całkowicie nie rozjuszyć Kremla. Na listę ograniczeń wciągnięto zaledwie kilku oligarchów. Rosja mimo to uznała, że szwajcarska neutralność jest przeszłością, i zaliczyła Szwajcarię do państw nieprzyjaznych.

W marcu 2023 roku minister obrony, a aktualnie również prezydent kraju Viola Amherd złożyła wizytę w kwaterze głównej NATO. Spotkała się z ówczesnym sekretarzem generalnym Jensem Stoltenbergiem i z ambasadorami państw członkowskich. Po raz pierwszy w historii przedstawiciel Konfederacji uczestniczył również w posiedzeniu Rady Północnoatlantyckiej. Podczas spotkania ważne były trzy kwestie: udział Berna w budowanym przez Zachód systemie sankcji na Rosję, realna rola Szwajcarii w stabilizacji Bałkanów Zachodnich i zgoda na reeksport szwajcarskiej broni na Ukrainę. Strategicznym tematem było jednak przekonywanie Szwajcarów przez Stoltenberga do nieratyfikowania uchwalonego podczas Konferencji ONZ w 2017 roku Traktatu o zakazie broni jądrowej. Oprócz sekretarza generalnego podobną "presję" na Berno wywierały Wielka Brytania, Francja i USA. Zachód budował front dyplomatyczny, który miał rozwiązać mu ręce w kwestii zbrojeń i modernizacji arsenałów atomowych. Dla Szwajcarii niepodpisywanie Traktatu oznacza wejście w jeszcze bardziej jednoznaczną politykę niż przystąpienie do sankcji. I niemal rezygnację z pryncypialnej neutralności.

Jeszcze większym odejściem od niej było dążenie do opracowania indywidualnego planu współpracy z Sojuszem, między innymi w kwestii cyberbezpieczeństwa i obrony cywilnej. Z kolei liberalny ośrodek analityczny Avenir Suisse postulował nie tylko zbliżenie z NATO, ale i współpracę z PESCO, czyli unijnym filarem wspólnej polityki bezpieczeństwa. AS pisał o neutralności "bardziej pragmatycznej i zorientowanej na współpracę międzynarodową". Jego analitycy argumentowali, że neutralność nie jest naruszana, "dopóki Szwajcaria nie bierze udziału w międzynarodowym planowaniu wojskowym i nie ma zobowiązań, by udzielać pomocy wojskowej. Drugim biegunem debaty był NGO Women in International Security Switzerland. Jego szefowa, Julia Hofstetter, przekonywała, że brak granicy z Rosją wymusza zachowanie umiaru i skupienie się na walce z wpływami Kremla w sferze dezinformacji i cyberbezpieczeństwa, a nie na militaryzacji państwa.

W sierpniu 2024 roku ministerstwo obrony Konfederacji postawiło kropkę nad i, publikując analizę, w której rekomenduje bliższą współpracę z NATO. Dokument zakładał udział we wspólnych ćwiczeniach z żołnierzami Sojuszu i zgrywanie się z nimi na wypadek wojny. Opracowanie ministerstwa było próbą znalezienia balansu między całkowitą rezygnacją z neutralności - jak w przypadku Szwecji - a zachowaniem absolutnego niezaangażowania. Równolegle do tego władze w Bernie dały jasno do zrozumienia, że nie zamierzają odstępować od swojej polityki dystansowania się od przekazywania Ukrainie broni, którą Szwajcaria sprzedała za granicę. To, co kiedyś było szwajcarskie, ma mieć swojego tak zwanego ostatniego użytkownika poza Ukrainą.

Wiosną 2022 roku zaledwie dwadzieścia cztery procent Szwajcarów uważało, że definicja neutralności ich państwa jest nienegocjowalna. Taki był wynik sondażu Tamedia opublikowanego przez swissinfo.ch. Debata jak dotąd nie ma jednoznacznej konkluzji. Konfederacja lawiruje. Z jednej strony chce bezpieczeństwa. Z drugiej elity w Bernie dostrzegają, że wojna na Ukrainie wchodzi w fazę turbo-Donbasu. Czyli powolnego przymuszania Ukrainy do zaakceptowania rozbioru i ustalenia zasad zamrożenia konfliktu. To z kolei rodzi pytania, czy "militaryzacja" nie jest przejawem nadmiernej paniki.

Niezależnie jednak od tego, jakie będą konkluzje tej wewnątrzszwajcarskiej dyskusji, w porównaniu z czasami, w których powstawała książka Johna McPheego, Szwajcaria jest znacznie dalej w umiłowaniu siły. Istnienie Związku Sowieckiego nie rodziło tylu pytań i dylematów co czasy chaosu, z którego ma się dopiero wyłonić nowy porządek światowego bezpieczeństwa. Obecnie, gdy wojen nie nazywa się wojnami, tylko "operacjami specjalnymi", państwo w specjalny sposób podchodzi do pojęcia neutralności. Żeby nie przespać czegoś, co zrujnuje mieszczańską nudę. Walutę, która obok franka jest najcenniejszym atrybutem szwajcarskiej suwerenności.

listopad 2024