Rozpoznanie bojem
Trzej żołnierze zgłaszają się na ochotnika do misji przedostania się na nieprzyjacielskie pozycje i wycięcia w zasiekach przejść, co ułatwi natarcie ich kolegom. Zadanie jest bardzo niebezpieczne, właściwie samobójcze, a każdy ochotnik przystępuje do niego z innych pobudek... Znany motyw kina wojennego, w którym straceńcy jednoczą siły i zapominają o dzielących ich antagonizmach, a często poświęcają życie dla swych towarzyszy broni lub dla sprawy, za którą walczą. Nie inaczej jest też w Zasiekach, bo mowa tu o filmie w reżyserii Andrzeja Piotrowskiego z 1973 roku. Scenariusz napisał Janusz Przymanowski, twórca kultowego dzieła polskiej kultury popularnej - Czterech pancernych i psa[1]. Zasieki także opowiadają o żołnierzach idących ze Wschodu, lecz wymowa tego filmu jest inna. Przede wszystkim okazuje się, że pułkownik Przymanowski napisał scenariusz do "półkownika" - jak nazywano dzieła odsyłane na półkę przez cenzurę. Film o 1 Dywizji Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki i bitwie pod Lenino zrealizowany w 1973 roku otrzymał zakaz emisji w kinach i na swą premierę musiał czekać aż dziesięć lat. Dlaczego?
Przymanowski przedstawił historię dywizji kościuszkowskiej daleką od serwowanej wówczas propagandy. Oparł ją zresztą na własnych doświadczeniach żołnierza września '39, więźnia zmuszonego między innymi do katorżniczej pracy w sowieckim kamieniołomie bazaltu, szeregowca piechoty morskiej Armii Czerwonej, który trafił następnie do wojska Berlinga. Wprawdzie nie brał udziału w bitwie pod Lenino, bo w Sielcach nad Oką znalazł się już po niej, w listopadzie 1943 roku, ale dwóch głównych bohaterów Zasieków, Andrzeja (Olgierd Łukaszewicz) i Pawła (Damian Damięcki), obdarzył własnymi przeżyciami wojennymi.
Obaj są wrześniowcami wziętymi do niewoli przez Armię Czerwoną. Andrzej, chorąży Wojska Polskiego, na zesłaniu zmuszony jest do pracy w kamieniołomie, a Paweł zostaje wcielony do Armii Czerwonej, w której szeregach walczy z Niemcami po ich inwazji na Rosję w czerwcu 1941 roku, i z niej przychodzi do dywizji kościuszkowskiej. Andrzej po układzie Sikorski-Majski trafia do armii generała Andersa, lecz w chwili ewakuacji zapada na tyfus i musi pozostać na "nieludzkiej ziemi". W Sielcach ukrywa swój stopień chorążego (Paweł go nie wydaje), ale nie tai swych przeżyć z katorgi ani wrogości do komunizmu. Znamienną jest scena, gdy wychodzi z ziemianki podczas pogadanki oficera politycznego[2]. Można stwierdzić, że w dywizji Berlinga pozostaje żołnierzem generała Andersa. Trzecim żołnierzem jest Ernest (Andrzej Wojaczek, brat poety Rafała) - Ślązak siłą wcielony do Wehrmachtu, który dobrowolnie oddał się Sowietom do niewoli i wybłagał u nich odesłanie do polskiej dywizji. Widać więc, że spośród trzech żołnierzy tylko jeden - Paweł - jest w miarę politycznie wiarygodny. Zresztą Informacja Wojskowa ma tego świadomość, gdyż ich dowódca (Andrzej Kopiczyński) jest naciskany, by jeszcze raz dokonał wyboru żołnierzy. Ten jednak nie ulega. Sama bitwa pod Lenino także ukazana jest bez propagandowego retuszu. Widzimy polskie T-34 tonące w bagnach Mierei, piechotę idącą do szturmu jak na defiladzie (z braku wyszkolenia), a także słyszymy, jak Niemcy puszczają przez megafony polskie melodie i po polsku nawołują do przechodzenia na ich stronę, by wspólnie "bić bolszewika".
Drugim filmem (chronologicznie pierwszym - premiera w 1970 roku), który dość rzetelnie oddaje losy żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego, a przy tym stanowi arcydzieło kina wojennego, jest Jarzębina czerwona Ewy i Czesława Petelskich. To reżyserskie małżeństwo, podobnie jak pułkownik Przymanowski, miało uzasadnioną opinię beniaminków włodarzy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej[3]. Jednak nawet najwięksi krytycy wyborów politycznych Petelskich nie odmawiają im talentu artystycznego, a Jarzębina czerwona ukazująca bitwę o Kołobrzeg wiosną 1945 roku jest ich szczytowym osiągnięciem. Mimo upływu czasu to wciąż jeden z najlepiej zrealizowanych filmów wojennych polskiego kina, który można bez obawy zestawiać z wybitnymi dziełami tego gatunku, powstającymi wówczas na Zachodzie czy Wschodzie. Nie ma w tej produkcji propagandowych tonów - tak charakterystycznych dla filmów wojennych nakręconych w Polsce po marcu 1968 roku, kiedy to wpływ na wymowę i kształt kina tego gatunku miał Mieczysław Moczar i jego "partyzanci"[4]. W Jarzębinie czerwonej żołnierze kompanii podporucznika Wiktora Kotarskiego (Andrzej Kopiczyński) nie przemawiają sloganami o dobrodziejstwach władzy ludowej - nie mają na to czasu i okazji pod morderczym ogniem nieprzyjaciela. Nie jest też dla nich wzorem dzielny oficer polityczny, gdyż dowodzą nimi doświadczony, ale przemęczony do granic wytrzymałości podporucznik Kotarski i akowiec - porucznik Gorczyński (Andrzej Łapicki). Już sam wybór zdobywania Kołobrzegu na temat filmu był ryzykownym posunięciem. Wprawdzie potyczka zakończyła się zwycięstwem, ale było ono okupione ogromnymi stratami. Żołnierze - co stanowiło niechlubną tradycję frontu wschodniego - zostali rzuceni do walki w mieście bez rozpoznania, bez planu działania, wedle sowieckiej koncepcji kampanii wojennej, w której każde miasto należało zdobyć niezależnie od ponoszonych ofiar, by zaspokoić ambicje generałów i zasłużyć na salut armatni w Moskwie...[5]
Aby więc uniknąć kontrowersji wokół błędów strategicznych sowieckiego i polskiego dowództwa, Petelscy i współscenarzysta Waldemar Kotowicz[6] skupili się na losach jednej kompanii, mającej radiowy kryptonim wywoławczy "Jarzębina czerwona"[7]. Ukazanie bitwy z "perspektywy okopu" - żołnierzy, którzy musieli metr po metrze zdobywać Festung Kolberg - powodowało i powoduje do dziś, że widz jest autentycznie poruszony i solidaryzuje się z bohaterami[8].
Jarzębina czerwona i Zasieki są więc filmami, które w obiektywny sposób starają się ukazać losy i walkę żołnierzy idących do Polski ze Wschodu. Zarówno Przymanowski, jak i Petelscy mieli na sumieniu wiele dzieł nacechowanych propagandowo - można nawet stwierdzić, że większość - lecz w tych dwóch filmach uczciwe przedstawienie doświadczeń własnych i innych żołnierzy wzięło górę nad propagandą. Andrzej, Paweł i Ernest, porucznicy Kotarski i Gorczyński oraz inni bohaterowie tych filmów mieli swych odpowiedników w rzeczywistości - to nie papierowe figury. Ludzie ci w okresie PRL nie mogli opowiadać całej prawdy o swych frontowych przeżyciach, a po 1989 roku wcale nie było lepiej. Albo przypięto im etykietę "utrwalaczy władzy ludowej", albo najzwyczajniej przemilczano, by jedynie od czasu do czasu, najczęściej przed wyborami parlamentarnymi lub prezydenckimi, półgębkiem przyznać, że krew żołnierzy przelewana pod Lenino, w Kołobrzegu czy nad Odrą ma taką samą wartość jak ta, która zrosiła pola bitwy pod Narwikiem, Monte Cassino czy Falaise. A później zapadała cisza o krwawych bitwach i jeszcze głośniej wołano o "polskojęzycznych oddziałach Armii Czerwonej"...
W czasie spotkań z weteranami z 1 i 2 Armii Wojska Polskiego - niestety jest już ich coraz mniej wśród żyjących - wyczuwa się nutę goryczy i poczucie krzywdy wynikające z tego, że stali się nagle "bohaterami drugiej kategorii", że zastosowano wobec nich odpowiedzialność zbiorową, choć nie kierowali się ideologią, do wojska trafiali z łagru, Armii Krajowej lub poboru na terytorium Polski Lubelskiej, a szli do krwawych bitew z taką samą wiarą jak żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
Żołnierze 1 i 2 Armii byli również ofiarami totalitaryzmu i jałtańskich ustaleń aliantów zachodnich. Andrzej Rey był podchorążym Armii Krajowej, który jesienią 1944 roku został aresztowany przez NKWD i otrzymał alternatywę - albo Syberia, albo wstąpienie do 1 Armii. Wybrał to drugie i dowodził plutonem w 3 Dywizji Piechoty imienia Romualda Traugutta na Wale Pomorskim, podczas bitwy o Kołobrzeg i w czasie forsowania Odry, a szlak bojowy zakończył w Berlinie. Po wojnie udało mu się zdobyć warunkowe zwolnienie z wojska i poszedł na studia architektoniczne. Uniknął więc udziału w walkach z niepodległościowym podziemiem, w których na Lubelszczyźnie brał udział jego 9 Pułk Piechoty. W swych wspomnieniach opublikowanych w "Karcie" Rey tak opisywał swe frontowe rozterki:
Miałem się bić za ludową ojczyznę, żeby nie rąbać syberyjskiej tajgi. Ta ojczyzna, ludowa czy jaka, ale moja, została już daleko za mną, a ja w jakimś dziwnym, ani polskim, ani sowieckim wojsku lezę wciąż wpieriod, na zapad, nieść Niemcom ruską zemstę i zdobywać cudzy kraj, żeby Sowieciarze mieli co rabować. Pcham się więc w te Niemcy z ruskim karabinem, w niemieckim hełmie i portkach ściągniętych z trupa, na czele plutonu prawosławnych Białorusinów i już zapominam mówić po polsku, bo w tym wojsku mało kto ten język rozumie, a już najmniej oficerowie, którzy nami dowodzą. Już nawet do Ciebie, Panie mój, w myślach zaczynam mówić "Hospody, Spaże", tak jak co dzień mówię z moimi żołnierzami, jeśli tylko Niemcy na to pozwalają. Nie daj mi, Panie, zginąć za Stalina i za zwycięstwo światowego komunizmu na tej wrażej ziemi, jak bezdomnemu psu, bez ratunku ani chrześcijańskiego pogrzebu[9].
Te słowa Rey zapisał na kwaterze pod Berlinem, kiedy kilka godzin wcześniej wpakował cały magazynek swego zdobycznego parabellum w sołdata, który chciał zgwałcić Polkę. Okazało się, że dziewczyna po powstaniu warszawskim została wywieziona na roboty do Niemiec. Rey odprowadził ją z żołnierzami do konwoju, który wracał do Polski, i na pożegnanie podarował jej kilka złotych monet znalezionych przez jego ludzi w ruinach Kołobrzegu. W tym samym czasie natknął się na oficerów przedwojennego wojska, wyzwolonych z oflagu i wracających do kraju: "Reakcja - pisał - tych ludzi, do których podszedłem z prostego odruchu serca, zmroziła mnie i uderzyła w moją godność. Potraktowali mnie jak zdrajcę. Bóg z nimi, poszli swoją drogą"[10]. Rey, przy wszystkich swych wątpliwościach, czuł więc i gorycz, kiedy jego rodacy w mundurach przedwojennego wojska nim wzgardzili - frontowym żołnierzem po Wale Pomorskim, Kołobrzegu, Odrze...
Czułem tę gorycz u bohaterów z 1 i 2 Armii, z którymi miałem zaszczyt porozmawiać. Jeśli pisałbym scenariusz do filmu wojennego, to rozpocząłbym go od współczesnej sceny spotkania z ludźmi u kresu swego życia, którzy mimo swych przeżyć i zasług dla kraju zostali skrzywdzeni i z tego powodu są nieufni wobec osób proszących ich o wojenne wspomnienia. Jedni na początku odmawiali , drudzy nie chcieli odpowiadać na pytania albo stosowali język ezopowy. Rozmówca musiał wykazać się taktem, cierpliwością i zrozumieniem, by z czasem, po kilku spotkaniach wreszcie zdobyć zaufanie i poznać historię ludzi, którzy przechodzili kolejne kręgi piekła.
Henryk Leopold Kalinowski, Adela Żurawska, Andrzej Nusbek, Feliks Osiński, Marian Fuks, Franciszek Tokarz, Eugeniusz Praczuk, Józef Koleśnicki, Eugeniusz Kuklis, Mieczysław Wieruszewski, Kazimierz Lachiewicz, Eugeniusz Jasiński, Eugeniusz Skrzypek, Czesław Lewandowski, Marcin Kus, Tadeusz Kiełbowski - zapisałem nazwiska weteranów w tej kolejności, w jakiej ich poznawałem i odwiedzałem. Historie Bogusława Borkowskiego, Aleksandra Jackowskiego, Mateusza Lacha, Wacława Feryńca, Jana Turka i Edwarda Flisa poznałem dzięki ich rodzinom lub korespondencji oraz dokumentom, na które natrafiłem w swych badaniach[11]. A przecież to kropla w morzu bezimiennych żołnierskich losów... Każde z tych spotkań mogłoby być kanwą długiego filmu dokumentalnego lub fabularnego. Można by też zebrać je wszystkie w serial - każdy odcinek poświęcić jednej z tych postaci. Tu zróbmy inaczej, jak w filmie nowelowym: krótka impresja, "szybki montaż", kilka frontowych epizodów, cięcie i kolejna historia. Do przeżyć niektórych z wymienionych bohaterów będziemy bardziej szczegółowo wracać w następnych rozdziałach.
Saper i dziewczyna
Drogą jeden za drugim sunęły czołgi - w kurzu i dymie spalin widać było jedynie ich zarysy. Plutonowy Henryk Leopold Kalinowski chciał zobaczyć, co to za maszyny. Kalinowski, potomek starego rodu szlachty wołyńskiej herbu Kalinowa z Krzemieńca, partyzant i weteran walk z ukraińskimi nacjonalistami wstąpił do 1 Armii w maju 1944 roku i poszedł w ślady ojca - przedwojennego sapera. Przydział otrzymał do 6 Samodzielnego Zmotoryzowanego Batalionu Pontonowo-Mostowego. Odkąd w lutym 1945 roku batalion oddano do dyspozycji sowieckiej 2 Armii Pancernej Gwardii, napatrzył się już na czołgi niemal z całej koalicji antyniemieckiej, bo prócz sowieckich T-34 tankiści używali amerykańskich "zapalniczek", jak pieszczotliwie nazywano shermany, brytyjskich valentine (te Sowieci cenili najbardziej ze wszystkich czołgów, jakie otrzymali w ramach ustawy Lend-Lease), a nawet zdarzało się zobaczyć powolne matildy, niezgrabne churchille i amerykańskie lee - te miały najgorszą opinię, co dobrze oddawała nazwa, jaką ochrzcili je ich sowieccy załoganci: "trumna siedmiu braci". Młody wołyniak złapał motoryzacyjnego bakcyla w batalionie, który był wyposażony także w wozy produkcji amerykańskiej. Saperzy jeździli jeepami i studebakerami. Jeszcze w styczniu 1945 roku, wyzwoliwszy oflag Woldenberg pod Gorzowem Wielkopolskim, wyfasowali z tamtejszych magazynów przedwojenne mundury Wojska Polskiego, więc wszyscy świetnie się prezentowali w rogatywkach z orzełkami w koronie, bryczesach i oficerkach kawaleryjskich. Niemieccy cywile, widząc te mundury i samochody, brali ich nawet za Amerykanów.
Kalinowski oddalił się od miejsca postoju swego oddziału o jakieś pięćdziesiąt metrów i stanął nieopodal lasu, skąd lepiej było widać przejeżdżającą kolumnę pancerną. Próbując rozeznać sylwetki czołgów, nie zauważył, że spomiędzy drzew wyszło trzech czerwonoarmistów. Usłyszał nagle szczęk przeładowywanych pepesz i jeden z nich warknął do niego:
- Ściągaj tego orła z czapki, bo jak nie, to my ci go zestrzelimy!
Sparaliżował go potworny strach, choć był już starym frontowcem, zahartowanym w ogniu pod Warszawą, Czelinem i nad Odrą. Nie poruszył się, nie sięgnął do czapki. Patrzył w oczy sołdatów. Drugi z nich odezwał się do tego, który zażądał od Polaka ściągnięcia orzełka z czapki:
- Po co go pytasz? Zdejmę go bez próśb! - I pociągnął serią jakieś piętnaście centymetrów nad głową Kalinowskiego.
Posypało się na niego sosnowe igliwie i kora, ale ani drgnął. Na szczęście sołdaci nie chcieli go zabić, tylko zabawić się jego kosztem - przerazić go i upokorzyć. Być może, gdyby zaczął wołać swoich kolegów lub uciekać w ich stronę, strzeliliby mu w plecy, lecz patrzył im w oczy, więc nie mieli odwagi i jak się pojawili, tak znikli między drzewami. Może należeli do osłony czołgów - desantu jadącego na pancerzu, a może to byli maruderzy, jakich pełno wałęsało się za linią frontu. To była najgorsza swołocz - rabusie, gwałciciele i mordercy. Niebezpieczni nawet dla swoich, a co dopiero dla cywilów na zdobytych terenach - bękarty wojny...
Plutonowy zupełnie stracił ochotę do rozpoznawania przejeżdżających czołgów. Nie przyznał się kolegom do przygody, jaką przed momentem przeżył, zresztą nie było czasu, batalion dostał rozkaz ruszenia w drogę, by budować przejazdy dla czołgów na kolejnych kanałach hamujących natarcie na Berlin. To zdarzenie przypominało koszmar - gdyby ten bandyta w mundurze strzelił, nikt nigdy by się nie dowiedział, w jak niedorzeczny sposób zginął Kalinowski...
Kolejne podobne zdarzenie miało miejsce w Oranienburgu, gdzie polscy żołnierze z 2 Dywizji Piechoty wyzwolili tamtejszy obóz koncentracyjny - KL Sachsenhausen 22 kwietnia 1945 roku. Gdy nieopodal obozu saperzy zbudowali dla czołgów most przez kanał, Kalinowski dostrzegł na drodze prowadzącej do mostu dziewczynę. Szła w tumanach kurzu wzbijanych przez przejeżdżające niebezpiecznie blisko niej czołgi i samochody pancerne. Plutonowy zauważył, że wcale przed nimi nie uciekała, wręcz przeciwnie - podchodziła prawie pod ich gąsienice i machała rękami.
Fotografia przedstawia kontrolne zaoranie kilku pasów rozminowanego przez saperów pola. Oracze zażądali, by pierwszy zaprzęg poprowadził oficer saper... Tym oficerem był kapitan Henryk Leopold Kalinowski. Pułtusk, 1946 rok. Z archiwum Henryka Leopolda Kalinowskiego
- To wariatka - powiedział do siebie Kalinowski.
Pomyślał, że jeśli nie zmiażdży jej czołg, to wciągną ją w końcu na pancerz sołdaci z desantu, a wtedy biada jej... Nie zastanawiając się dłużej, podbiegł do dziewczyny i usłyszał wyraźnie, jak krzyczy jedno słowo:
- Paryż!
Kalinowski zapytał ją po niemiecku, co tutaj robi. Dziewczyna znała tylko kilka słów w tym języku, ale to wystarczyło, by się dowiedział, że jest byłą więźniarką i chce wrócić do rodzinnego Paryża. Prosiła o podwiezienie czerwonoarmistów, nie zdając sobie sprawy, co ryzykuje. Kalinowski wiedział aż za dobrze - wieści o gwałtach na Niemkach, a także przymusowych robotnicach czy więźniarkach co chwila dochodziły do batalionu. Niestety okazywało się, że sprawcami byli nie tylko Sowieci, ale czasem i polscy żołnierze...
Plutonowy zaczął się gorączkowo zastanawiać, jak pomóc Francuzce, i oświeciło go, kiedy zauważył, że nieopodal pośród zrujnowanych domów stoi jeden cały i wygląda na zamieszkany. Wziął dziewczynę pod ramię i podeszli pod drzwi. Otworzył im właściciel - starszy Niemiec. Kalinowski rozkazał mu przyjąć dziewczynę i przetrzymać ją przez dziesięć dni, nim front nie przewali się dalej. By mieć pewność, że Niemiec spełni polecenie, wypisał na kawałku papieru treść rozkazu, który podpisał z datą i wręczył gospodarzowi. Wiedział, że Niemcy to formaliści, a dodatkowo zagroził, że po wojnie wróci i sprawdzi, czy rozkaz został wypełniony. Niemiec odpowiedział krótko:
- Jawohl.
Przy pożegnaniu dziewczyna podeszła do krzewu obsypanego pąkami kwiatów, zerwała gałązkę i podarowała Kalinowskiemu wyraźnie wzruszona.
Jeszcze jedno wymowne zdarzenie, które utkwiło w pamięci żołnierza, miało miejsce 4 maja - dwa dni po kapitulacji Berlina, kiedy batalion wycofano z centrum miasta na jego dalekie przedmieścia, do jednej z willowych dzielnic. Saperzy mogli chwilę odpocząć przed powrotem za Odrę, a kwaterowali w sąsiedztwie czerwonoarmistów, których także wycofano spod Reichstagu. Kalinowski akurat stał w bramie swej kwatery, gdy ulicą przechodziło dwóch sowieckich sierżantów, prowadząc między sobą piękną Niemkę. Od razu domyślił się, że wzięli sobie jasyr w wiadomym celu. Gorączkowo myślał, co zrobić, ale rozwiązanie przyszło ze strony samych sołdatów. Jeden z sierżantów kiwnął na niego ręką i zapytał:
- Znasz niemiecki?
- Trochę rozmawiam - odparł.
- To pomóż nam sojuszniku. Bierzemy ją na przesłuchanie. Wczoraj w komendanturze zeznawała jej matka, a dziś ją mamy zaprowadzić. Wytłumacz jej.
Plutonowy, przekonawszy się, że Rosjanie nie rozumieją po niemiecku, bez żadnych ceregieli postanowił ostrzec dziewczynę przed niebezpieczeństwem. Nie wiedział tylko, jak wymówić po niemiecku słowo "gwałt", więc powiedział:
- Oni chcą z tobą spać. - I nim dziewczyna zdążyła zareagować, poinstruował: - Powiem im, że nie masz przy sobie dokumentów i musisz wrócić do domu.
Dziewczyna okazała się bystra i zaczęła powtarzać:
- Ich muss zurück, um die Papiere zu holen.
- Co ona mówi? - zapytał sierżant.
- Powiedziała, że zostawiła w domu dokumenty, że musi po nie wrócić - przetłumaczył Kalinowski.
- Chrzanić jej dokumenty, może iść bez nich!
I w tym momencie Kalinowski wytoczył sprawdzony argument:
- No nie, towarzyszu sierżancie, a jak was Smiersz albo NKWD zapyta, gdzie papiery dziewczyny... Lepiej niech ona ma je przy sobie.
Sierżant spojrzał na Polaka badawczo, ale jego rada przemówiła mu do rozumu, bo odparł:
- Zgoda. Wracamy po dokumenty.
Uszli kilka ulic i zatrzymali się przed kamienicą, z której Sowieci zgarnęli dziewczynę. Na szczęście dla Kalinowskiego kazali mu iść z Niemką, a oni czekali pod budynkiem. Lepiej nie mogło się ułożyć. Kiedy saper z dziewczyną weszli do bramy, ten chwycił ją za rękę i zamiast do mieszkania pobiegli na drugą stronę domu, wpadli w bramę kolejnego i zatrzymali się dopiero na jego czwartym piętrze. Kalinowski obserwował ukradkiem z okna pozostawionych na dole "towarzyszy". Po chwili jeden z nich krzyknął:
- Ej, sojusznik!
Odpowiedziała im cisza, więc popatrzyli po sobie i wbiegli do bramy. Minęło kilka chwil i wypadli z powrotem, klnąc, a następnie poszli, skąd przyszli, kłócąc się między sobą.
Niemka była roztrzęsiona. Odczekali jakiś czas i saper odprowadził ją do domu. Na pożegnanie powiedziała:
- Nawet nie wiem, jak mam panu dziękować.
Kalinowski nie mógł zasnąć po tym zdarzeniu, a rano po apelu pobiegł od razu do domu młodej Niemki. Siedziała dosłownie sparaliżowana strachem:
- Oni tu wrócą. Wiedzą, gdzie mieszka moja matka, bo brali ją na przesłuchanie...
- Spokojnie.
Kalinowski starał się pocieszyć dziewczynę i samego siebie. Wyciągnął z kabury pistolet i położył na stole.
Intuicja Niemki nie zawiodła. Minęło kilkanaście minut, a do mieszkania weszli obaj znajomi sierżanci i na widok Kalinowskiego poczerwienieli ze złości:
- Ty swołocz, nie sojusznik! My tiebia...!
Zaczęli ściągać z ramion pepesze. Ale Kalinowski był szybszy, odbezpieczył pistolet i siląc się na spokój, stwierdził:
- Chwila, towarzysze, moje rańsze. Byłem pierwszy!
Gdyby chcieli, sołdaci mogli jego i dziewczynę roznieść na strzępy ze swych pepeszy, ale nie zdecydowali się na to. Być może wzięli pod uwagę fakt, że dziewczyna była siostrą pułkownika, o którego pytało NKWD.
- Plewat?!
Splunęli pod nogi i wyszli. Na szczęście dla Kalinowskiego cała kompania, do której należeli sierżanci, dostała rozkaz wymarszu, a saperzy zostali, by pilnować przepraw przez kanały, którymi wracały czołgi. Kalinowski jednak już więcej nie spotkał dziewczyny. Został mu po niej tylko klucz do bramy, podarowany przy pożegnaniu. To było jego jedyne trofeum z Berlina.
Akowiec u Berlinga
Kazimierz Lachiewicz podobnie jak Henryk Leopold Kalinowski pochodził z Wołynia, a dokładnie z Wólki Sadowskiej - niewielkiej wioski leżącej nieopodal traktu Łuck-Włodzimierz Wołyński. W domu Lachiewiczów kwaterował wraz z żoną podporucznik Zygmunt Rumel - znakomity poeta i komendant bechowskiego Okręgu Wołyń. Rumel był wielkim orędownikiem porozumienia polsko-ukraińskiego i jako ludowiec wierzył, że uda mu się zapobiec wybuchowi konfliktu między obiema nacjami na Wołyniu. Niestety przypłacił to śmiercią z rąk ukraińskich nacjonalistów w lipcu 1943 roku. Po śmierci Rumla krwią spłynęła także Wólka Sadowska - banderowcy zamordowali około osiemdziesięciu mieszkańców wsi.
Dwudziestoletni Lachiewicz znalazł się wśród tych szczęśliwców, którzy uniknęli śmierci. Wraz ze swym starszym bratem, plutonowym przedwojennej armii i obrońcą Lwowa z 1939 roku, należał do samoobrony, która następnie weszła w skład 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Jako żołnierz 24 Pułku Piechoty "Krwawa Łuna" został bohaterem partyzanckiej epopei, która swą kulminację miała pod koniec kwietnia 1944 roku w lasach szackich, podczas wyrywania się z niemieckiego kotła pod stacją kolejową w Jagodzinie. Większości dywizji udało się uciec, lecz batalion "Liska" - bo taki pseudonim nosił w AK Lachiewicz - był akurat w straży tylnej i tuż przed skokiem na drugą stronę torów został odcięty przez pociąg pancerny i czołgi. Akowcy zalegli w lesie, by odczekać nawałę i ponownie spróbować przejść tory. Najpierw jednak, po wycofaniu się czołgów i pancerki, należało uporać się z bunkrami ubezpieczającymi stację kolejową. "Lisek" z racji tego, że był najniższy, a przy tym wysportowany, dostał zadanie podczołgania się pod bunkry i poprzecinania kabli telefonicznych, by przerwać im łączność.
Około północy Lachiewicz wysunął się przed główną tyralierę, oczekującą sygnału do ataku, i podczołgał się pod bunkry. Nie miał nożyc, nie mógł więc szybko i bezszelestnie poprzecinać kabli. Musiał je piłować kozikiem, który szybko się stępił. Nagle niebo rozświetliła rakieta i "Lisek" z przerażeniem zobaczył, jak blisko wylotów bunkra się znajduje - wyraźnie zarysowały mu się lufa cekaemu i sylwetki obsługujących go żołnierzy. Jeśli on ich zobaczył, to oni jego także! Skoczył w najbliższą bruzdę i w tym momencie usłyszał terkot cekaemu. Seria poszła po plecaku, który osłonił mu plecy i wystawał nad ziemią. Nie dosięgła go żadna kula, więc kiedy karabin maszynowy ucichł, żołnierz rzucił się do tyłu, by dołączyć do chłopaków. Wtem któryś z Niemców rzucił granat. Jego odłamki poraniły Lachiewiczowi głowę. Dostał też postrzał karabinowy, lecz w tym momencie akowcy ruszyli do szturmu i załogi bunkrów uciekły. Kocioł został przerwany.
"Lisek" był w szoku. Zrobiło mu się tak gorąco, że zrzucił z siebie gruby wojskowy płaszcz. Prawie nie czuł bólu, tylko ten palący żar i coraz większą duchotę, a krew chlupotała mu w butach... Kiedy odeszli dalej od bunkrów, fale gorąca zostały zastąpione przez dreszcze i zimno - teraz żałował, że pozbył się płaszcza. Opatrzono mu rany, a jeden z kolegów podarował chłopakowi zdobyczną niemiecką kurtkę. Posadzono go na konia i kazano jechać do przodu, by nie tracił sił i nie wykrwawił się w marszu. Wyprzedził więc oddział prawie o kilometr i nagle na horyzoncie zauważył jakąś kurzawę - czołgi! Zawrócił, a dowódca batalionu kapitan Kazimierz Rzaniak "Garda" na wieść o pancernym zagonie rozkazał ustawić rusznice przeciwpancerne. "Liskowi" polecił odjechać w tył i przeczekać ewentualne starcie w lesie. Ranny zanurzył się więc w gęstwinę i po dłuższej chwili jazdy postanowił odpocząć. Konia uwiązał do drzewa i jak tylko usiadł na ziemi, to momentalnie zasnął. Gdy się obudził, zobaczył wielką kulę czerwonego słońca zachodzącą za drzewa - przespał cały dzień. W tym czasie zniknął koń. Została po nim jedynie złamana gałąź, do której był przywiązany. Lachiewicz wyszedł na drogę i po śladach, jak tropiciel, szukał swoich. Na szczęście nie odeszli daleko, po trzech godzinach natknął się na ich obozowisko, akurat szykowali kolację.
Do walki z czołgami nie doszło, ale "Garda" nie nawiązał łączności z resztą dywizji. Nie wiedział, że jej główne siły w tym czasie przeprawiały się już przez Bug. To była całkowita zmiana pierwotnego planu i kierunku marszruty, gdyż akowcy mieli iść ku Prypeci, by tam szukać kontaktu z Armią Czerwoną. Batalion do końca maja przedzierał się przez bagna i kiedy w końcu dotarł do Prypeci, dostał się w ogień krzyżowy Niemców i Sowietów, choć do tych drugich wcześniej wysłano patrol, który miał ich ostrzec, że zbliżają się sojusznicy[12]. Dopiero kiedy przedarło się do nich kilku kolejnych żołnierzy, Sowieci przenieśli ogień wyżej, w kierunku niemieckich pozycji. Batalion w tym czasie doszedł do brzegu szeroko rozlanej rzeki i wtedy okazało się, że większość żołnierzy nie potrafi pływać. Kapitan "Garda" rozkazał wszystkim ściągnąć pasy główne i spiąć je razem, by za pomocą tego "węża" ubezpieczać się przed wartkim nurtem wody i głębinami. Niestety podczas przeprawy zbyt wielu ludzi naraz weszło do wody i pasy się rozerwały. Powstał chaos. Akowcy zaczęli tonąć i próbowali się ratować. "Garda" znalazł się wśród tych, którzy rzekę przeszli, ale na drugim brzegu zaginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach[13].
Ci, którym udało się przepłynąć rzekę i przejść pas pola minowego, byli od razu zgarniani przez sołdatów i zamykani w dużej oborze. Znalazł się wsród nich również "Lisek". Niewątpliwie budynek był już wcześniej do tego szykowany, bo jego klepisko wyścielono świeżą słomą. Oborę odgrodzono też od reszty zabudowań drutem kolczastym. Kapitan Lachiewicz wspominał po latach: "Najstarszym szarżą wśród nas był porucznik "Zając" [porucznik Zygmunt Górka-Grabowski - PK], z którym Sowieci i wysłannicy generała Berlinga rozmawiali. My, jako szeregowi żołnierze, nie znaliśmy szczegółów tych pertraktacji, tylko po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że pojedziemy do Kiwerców, gdzie stacjonuje polska armia. Tam mieliśmy być umundurowani i wcieleni do jej poszczególnych jednostek. Dobrze też wiedzieliśmy, co nas czeka w wypadku odmowy - Syberia. A tu była możliwość dalszej walki na froncie z Niemcami. Z bronią w ręku i w polskim mundurze, a nie w sowieckiej kufajce rąbania zmarzniętej tajgi. Zresztą miałem przykład swego stryjecznego brata, który spędził na tak zwanych białych niedźwiedziach pięć lat. Wrócił do kraju jako wrak człowieka".
Kiedy akowcy pod dowództwem "Zająca" przyjechali do Kiwerców, byli strasznie wymęczeni i głodni. Ustawiono ich w dwuszeregu i wówczas wyszedł do nich generał Berling ze swym adiutantem. Wygłosił przemówienie, z którego wyczerpani partyzanci niewiele zrozumieli i zapamiętali. Gdy skończył, z szeregu wystąpił Lachiewicz. Zameldował się i powiedział:
- Panie generale, jeśli chcecie zrobić z nas wojsko, powinniście nas najpierw dożywić...
"Lisek" sam był zaskoczony, skąd miał tyle śmiałości, by to powiedzieć. "Berling - wspomina - popatrzył na mnie uważnie i zwrócił się do adiutanta krótko: "Zapisać". Na drugi dzień dostaliśmy makaron okraszony gęsto tuszonką z konserw". Grupa porucznika "Zająca" trafiła do 3 Dywizji Piechoty i poszła na front. Najpierw były przyczółki - warecko-magnuszewski i czerniakowski, następnie Warszawa, Wał Pomorski, Kołobrzeg, forsowanie Odry i na koniec operacja berlińska. Kazimierz Lachiewicz został kolejny raz ranny na Czerniakowie. Znalazł się w szpitalu w Otwocku, w prawdziwej umieralni. Nie nadążano z opatrywaniem rannych, panował niewyobrażalny upał i w ranach lęgły się robaki. Przy pierwszej nadarzającej się okazji uciekł na front. Dla żołnierza, zwłaszcza tego, który wcześniej służył w AK, na froncie było o wiele znośniej niż na tyłach, gdzie węszyła Informacja Wojskowa, czyli Smiersz.
Moriak
Mieczysław Wieruszewski stanął przed komisją poborową w Stalingradzie. Szósta Armia Polowa generała Friedricha Paulusa jeszcze maszerowała stepem do Wołgi, ale nad miastem walczyło już lotnictwo. W dużej sali za stołem siedzieli przedstawiciele wojsk lądowych, lotnictwa i marynarki oraz strojbatalionów - batalionów roboczych. Wieruszewski zauważył, że jeśli ktoś pochodził spoza Związku Sowieckiego, szczególnie z Polski - tak jak on - to od razu trafiał do strojbatalionu. Nie chciał za żadne skarby iść do budowy magazynów, dróg lub linii kolejowych. Kiedy więc przyszła jego kolej i stanął przed komisją, bez żadnych wstępów zadeklarował:
- Proszę o wcielenie mnie do jednostki czynnej. Ja chcę bić się z Niemcami, by pomścić śmierć rodziców w ukochanej Polsce...! I nie tylko ich.
Oficerowie popatrzyli po sobie, a tym, który odpowiedział na ten apel, był kapitan marynarki:
- Dawajcie tego chłopca do mnie.
I tak młody polski Żyd został moriakiem. Inna rzecz, że morza nigdy nie zobaczył, bo wcielono go do artylerii przeciwlotniczej. Niedługo potem granatowy mundur zmienił na zielony, ale nie z czerwoną gwiazdką na furażerce, lecz z piastowskim orłem na rogatywce. Został na własną prośbę przeciwlotnikiem w polskim 1 Korpusie stacjonującym w Sielcach nad Oką. Miał już wtedy za sobą niezwykle długą i dramatyczną drogę. Niewielu żołnierzy w korpusie, nawet tych żydowskiego pochodzenia, wiedziało, co oznacza zamknięcie w niemieckim getcie. On wiedział.
W Kaliszu wojenną atmosferę czuć było na długo przed 1 września 1939 roku. Wieruszewski i większość jego gimnazjalnych kolegów zamiast się cieszyć wakacjami, kopało rowy przeciwczołgowe razem ze starszymi mieszkańcami miasta. Tuż przed wybuchem wojny ojciec wysłał go do Błaszek, sztetlu oddalonego od Kalisza jakieś trzydzieści kilometrów, gdzie mieściła się filia ich sklepu elektrotechnicznego. Około południa 1 września od strony Wielunia nadjechała niemiecka szpica - motocykle z przyczepami, na których ustawione były karabiny maszynowe. Motocykliści objechali wkoło rynek, strzelając w górę, a za nimi nadjechały kolejne motocykle i ciężarówki. Wieruszewski natychmiast zamknął sklep i te trzydzieści kilometrów wrócił do Kalisza pieszo. Gdy dotarł do domu, nie było w nim nikogo - rodzice wraz z jego starszym bratem starali się uciec do Łodzi. Brat miał stary samochód, lecz nie ujechali nim daleko przez zatarasowaną uchodźcami drogę. W końcu samochód wylądował w rowie, a oni wrócili do Kalisza piechotą. W mieście byli już Niemcy. Ich rządy zaczęły się od komunikatów przez megafony. W języku polskim i niemieckim obwieszczano, że wszyscy Żydzi mają pozostać na miejscu, a kiedy już pozwolono im wyjść, to zobowiązani zostali do noszenia opasek z gwiazdą Dawida i kłaniania się każdemu mijanemu Niemcowi.
Wieruszewscy[14] w centrum Kalisza mieli wspomniany sklep elektrotechniczny, który postanowili mimo wszystko otworzyć. Nie trwało to jednak długo. Któregoś dnia, gdy Wieruszewski był z ojcem w sklepie, do środka wszedł oficer niemiecki z żołnierzem. Obejrzał wnętrze i zażądał kluczy. Następnie zaprowadzili obu do budynku magistratu i wtrącili do piwnicy zmienionej na areszt. Tam było już sporo Żydów kaliskich, których po kolei wywoływano na przesłuchanie. Wielu z nich wracało pokrwawionych. Wreszcie przyszła kolej na ojca Wieruszewskiego. Wrócił bez śladów krwi, ale widać było, że go pobito. Na szczęście Wieruszewski senior miał w magistracie przyjaciela, Niemca, z którym zdołała się skontaktować pani Wieruszewska. Wybłagała, by wstawił się za mężem i synem u władz, i prawdopodobnie dzięki niemu wyszli na wolność.
W listopadzie wszyscy trafili do getta i tu zaczęło się piekło. Z każdym kolejnym dniem było coraz więcej trupów leżących w ulicznych rynsztokach. Getto zorganizowano w olbrzymiej hali handlowej. Jeden jej kwartał Niemcy przeznaczyli na stajnie dla koni, a w pozostałej części upchnęli sześć, może nawet siedem tysięcy ludzi. Warunki sanitarne... były żadne. Tłum stał, siedział i spał na gołym betonie, bez żadnych sienników czy chociażby słomy. Po kilku dniach takich młodych chłopców jak Wieruszewski zaangażowano do wynoszenia fekaliów. Cały teren wokół hali otoczono drutem kolczastym. O ucieczce nie było mowy. Do zasieków podchodzili czasem Polacy i po kryjomu przerzucali jedzenie - groziła za to śmierć, gdyż niemieccy żandarmi mieli rozkaz strzelać do takich śmiałków bez ostrzeżenia.
Szczęśliwie dla Wieruszewskich znaleźli się oni w grupie Żydów, którą Niemcy przeprowadzili na ulicę Franciszkańską i zamknęli w tamtejszym kościele i klasztorze. Tam nie było drutów kolczastych, więc udało im się uciec. Dotarli do zaprzyjaźnionego rolnika pod Kaliszem. Przenocował ich. W czasie tej nocy doszli do wniosku, że to dopiero początek koszmaru i że muszą się rozdzielić, bo wówczas zyskają większe szanse na przeżycie. Ojciec i matka Wieruszewskiego mieli dostać się do Łasku pod Łodzią, gdzie mieszkała ich rodzina, natomiast on z bratem wyruszyli na wschód, na ziemie okupowane przez Sowietów. "Byłem zdziwiony - wspominał Mieczysław Wieruszewski - że rodzice wysyłają nas do Sowietów, którzy w Polsce nie mieli przecież opinii przyjaciół. A plan był prosty, bo wówczas "pół Polski" wiedziało, jak to się robi. Trzeba było dostać się do Warszawy i stamtąd pojechać do Małkini. Tam znaleźć przewodnika, który przeprowadzał za opłatą chętnych przez Bug. Rodzice ucięli wszelkie wątpliwości stwierdzeniem: "Wy jesteście młodzi, nie macie jeszcze dwudziestu lat, życie przed wami. Na pewno sobie poradzicie"".
Rankiem na najbliższej stacji kupili sobie bilety: chłopcy do Warszawy, a ich rodzice do Łasku. Wsiedli do tego samego pociągu. W Łasku ojciec z matką wysiedli i pomachali synom na pożegnanie - wtedy ostatni raz bracia widzieli rodziców żywych[15]. Bez żadnych trudności chłopcy dojechali do Warszawy, gdzie przesiedli się także bez kłopotów na pociąg do Małkini. "Tam - relacjonuje Mieczysław Wieruszewski - zupełnie otwarcie wypytywaliśmy się o przewodnika na wschód. Odniosłem wrażenie, że wszyscy wszystko wiedzą i że to praktycznie pół jawny proceder. Co więcej, podejrzewam, że niemiecka straż graniczna była weń wciągnięta i czerpała z tego zyski. Najtrudniejsza w tym wszystkim była aura - bo to już był grudzień. Musieliśmy przejść przez bród lodowatego Bugu. Woda sięgała nam po pierś. Po drugiej stronie rzeki przewodnik po prostu wskazał światła na horyzoncie i powiedział: "Idźcie w ich stronę. To wioska, gdzie was przyjmą i przenocują". Tak też się stało. Gospodarze mieli już doświadczenie z takimi jak my. Wysuszono nas, nakarmiono i rano wskazano najbliższą stację kolejową".
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.