Pierścień z krwawnikiem
ROZDZIAŁ I. KARAWANA Z PRZEŁĘCZY CZETANG.
Mała karawana, złożona z trzech zaledwie wielbłądów i dwóch kosmatych i ponurych jaków jucznych stanęła na szczycie - przełęczy Czetang. Od zachodniej jej strony ciągnęły się majestatyczne wierchy Himalajów i we wrześniowym słońcu skrzyły się lodowatymi szczytami, uchodzącymi coraz dalej i dalej, tam, gdzie strzelały ku niebu białe, martwe piramidy Everestu, Gaurizankaru, Kang-czendżungi i Dawalagiri. Te olbrzymy górskie podnosiły swoje głowice w białych zawojach śnieżnych zbyt daleko, aby je widzieć z przełęczy, na której stanęła znużona ciężkim przejściem karawana. Za to zębaty wierch Kulhakangri, otulony w tej chwili ciężką, szarą chmurą, panował nad całym południowo-wschodnim Tybetem.
Mongoł, zapewne przewodnik, zszedł z wielbłąda i rozejrzał się dokoła. Po chwili wyciągnął rękę ku północy tam, gdzie w przerwie pomiędzy górami niby rzucona na ziemię klinga szabli błyszczała wstęga rzeki.
- Jaro-Tsungro! - mruknął, przypomniawszy sobie ciężką przeprawę na chwiejnym promie tybetańskim.
W tym samym kierunku pobiegły też oczy dwóch jego towarzyszy. Byli oni zupełnie niepodobni do olbrzymiego Mongoła, stojącego przed nimi. O ile ten miał niemal potwornie szerokie bary i potężne kabłąkowate nogi, okrągłą, płaską, ospą pooraną twarz, o tyle jego towarzysze byli małego wzrostu, zwinni i ruchliwi. Wąskie, inteligentne o cienkich rysach twarze ich o lekkoskośnych oczach zdradzały japońskie pochodzenie obu.
- Patrz, Iwari! - wskazał jeden z nich na połyskujące w oddali zakole rzeki. - To przecież Brahmaputra!
- Widzę! - uśmiechnął się starszy Japończyk. - Widzę i przypominam sobie, jakeś drżał wczoraj o nasze wielbłądy, Sumbaro, kiedy prom na środku rzeki przechylił się, natrafiwszy na kamień.
- Ha! - wzruszył ramionami Sumbara. - Myślałem, że cała nasza wyprawa weźmie w łeb! Tam za Tanglą nigdzie nie znaleźlibyśmy wielbłądów, bo wszystkie spędzono do Lhasy i Taszi-lumpo, pułkowniku. Poza tym byłem zły na Tybetańczyków. Bęcwały! Dobre dwa tysiące lat w tym samym miejscu przepływają rzekę i nie wiedzą, gdzie są kamienie...
Iwari zachichotał cichutko i chytrze.
- Tybetańczycy znają dokładnie łożysko Brahmaputry, ale zna go też ktoś inny... - mruknął zagadkowym głosem.
- Czyżbyś myślał, że to on namówił przewoźników? - spytał Sumbara z niepokojem. - Czyżby już podejrzewał?
- Nie twierdzę tego, ale... czyż jest to tak niemożliwe, majorze? - pytaniem na pytanie odpowiedział Iwari i ześlizgnął się z wielbłąda. - Musimy wyprostować nogi!
Po chwili podeszli obaj do Mongoła. Z wyrazu szacunku z jakim patrzyli na niego można byłoby wywnioskować, że ten olbrzymi człowiek o brzydkiej, ordynarnej, a jednocześnie dumnej twarzy jest czymś więcej niż zwykłym przewodnikiem przez "dach świata", jak Tybetańczycy nazywają swoją niedostępną, tajemniczą, górzystą krainę.
Rzeczywiście obejrzawszy się dokoła Iwari powiedział:
- Dostojny kapłan dokonał prawdziwego cudu! W tak krótkim czasie i prawie bez przeszkód zrobiliśmy ten przebieg z Dołon-Nor aż do granicy Tybetu!...
Mongoł uśmiechnął się wyniośle i mruknął:
- Nie podejmuję się rzeczy, których wykonać nie mogę! Panowie widzieli, że zielony kamień mego pierścienia otwiera przede mną bramy klasztorów i usta ludzi, powtarzających trzy razy dziennie imię boskiego Buddy-Gotamy... teraz pozostaje nam jeszcze jedna próba, najcięższa bodaj próba...
- Próba? Tak już blisko jesteśmy granicy Assamu... - wtrącił niespokojnym głosem Iwari.
Mongoł rozwiązał szeroki pas i rozpiął długi kożuch barani. Ukazały się fałdy szerokiej szaty kapłańskiej z żółtego jedwabiu. Na tej wspaniałej tkaninie widniały liczne plamy i uszkodzenia - ślady dalekiej i ciężkiej snadź podróży.
Ślady jej odnaleźć można było również na twarzach i rękach podróżników, a nawet na wielbłądach.
Skóra ludzi opalona na węgiel przez mroźne wichry i odbite od śnieżnych pól promienie słońca, miała głębokie pęknięcia na wargach, nozdrzach i koło paznokci. Oczy o nadmiernie rozszerzonych źrenicach były przekrwione i otoczone zaczerwienionymi powiekami. Ruchy nawet u małych, szczupłych Japończyków odznaczały się niezwykłą dla tego ludu powolnością i ociężałością, nabytą na wielkich wysokościach, gdzie byle gwałtowniejsza praca mięśni powodowała krwotoki z nosa i uszu lub nawet nagłe omdlenie.
Wielbłądy, oszerszeniałe i okryte szronem, stały z nisko opuszczonymi łbami, ciężko robiąc bokami; z pysków ich i z chrapów zwisały długie sople zamarzniętej śliny i krwi. I tylko na jakach-sarłykach o końskich ogonach i zawsze wściekłych oczach nie znać było długiego i ciężkiego niewymownie marszu.
- Dostojny kapłan zna tu wszystkie drogi, ścieżki i przełęcze tak dokładnie, jak gdyby podróżował po swoim kraju Czacharów - odezwał się major Sumbara, zapalając cienką fajeczkę. - Bez mapy, kompasu i zegara nie omylił się wielki kapłan ani razu!
- Długo mieszkałem w klasztorze Taszi-lumpo i z polecenia świętobliwego Panczen-Lamy zwiedziłem wszystkie "kure", to jest klasztory i pustelnie wschodniej połaci Tybetu - odpowiedział. - Przed dziesięciu laty nie spotkalibyśmy tu bodaj żadnego człowieka, który nie znałby Dżałhandzy-hutuhty..., czyli przeora klasztoru lub starszego lamy - kapłana świątyni lamaickiej. Z całego kraju napływały do mnie tłumy chorych...
- Tak, tak! - zawołał Iwari. - Słyszałem dziwne opowieści o waszej wiedzy lekarskiej, hutuhto! Ale pozwoli dostojny kapłan, że powtórzę mu moje pytanie. Jakiej jeszcze nowej próby musimy oczekiwać?
Lama spojrzał na słońce i zamruczał, zawijając się w poły kożucha.
- Gdy słońce przygasać pocznie na śnieżnym wierchu Kulhakangri, trafimy na drogę karawanową. Biegnie ona do klasztoru Tassgong. Tam czeka na nas próba...
Oczy Mongoła błysnęły dziwnym ogniem.
- Klasztor Tassgong? - powtórzył Sumbara. - Mamy informacje, że rządzi tam pundita Eher-balan... człowiek pewny, nasz...
Dżałhandzy zmrużył oczy i wydął wargi.
- Eher jest pewnym człowiekiem, oddanym sprawie, lecz przy nim jak cień nieodstępny tkwi ktoś inny... ktoś inny...
- O kim mówi dostojny kapłan? - spytali Japończycy.
Hutuhta jeszcze bardziej zmrużył oczy. Przez ledwie dostrzegalną szparę pomiędzy nabrzmiałymi powiekami, niby dwie niezagasłe, nikłe iskierki świeciły się z jakiejś niezbadanej głębiny drapieżne źrenice.
- Mówię o turdzy-lamie imieniem Bujuk - szepnął.
- Bujuk? Nie znam tego nazwiska! - zdumiał się Iwari.
Hutuhta pokiwał głową i machnął ręką.
- Tak też myślałem! - uśmiechnął się samymi tylko oczyma. - Opowiem o nim panom, ale przed tym spełnijmy przepis mojej wiary. My, lamaici na wszelkich niebezpiecznych miejscach musimy składać ofiary bogom i duchom. Na przełęczy Czetang włodarzy zły duch Puryn. Musimy uczcić i ułaskawić go ofiarami!
To mówiąc oczami wskazał na złożoną na spychu górskim kupę suchych gałęzi. Było to tak zwane "obo", najprostszy na świecie ołtarz bóstwa.
Mongoł zeszedł trochę niżej, gdzie w głębokich szczelinach płaszczyły się tuż przy piargach zaczajone modrzewie niziutkie, chociaż o grubych, straszliwie wykoszlawionych i powyginanych pniach i gałęziach. Zrąbawszy dużym nożem trzy gałązki, rzucił je na "obo" a potem, uchyliwszy połę kożucha, oddarł od podołu żółtej szaty pasemko jedwabnej tkaniny i zawiesił je na wystających ze stosu prętach.
- Ofiarujcie Purynowi soli i prosa... po garści! - powiedział podchodząc do towarzyszy.
Sięgnęli do "terkyłów", skórzanych worów, zawieszonych na siodłach wielbłądzich, i pogrzebawszy w nich poczęli się zbliżać do "obo".
- Stójcie! - zawołał Dżałhandzy. - Nie wolno rzucać ofiar na ziemię, trzeba je stawić w naczyniu.
- Mamy po jednej tylko miseczce... - zauważył major.
- Oddajcie je Purynowi! - poradził lama. - Wieczorem w Tassgong kupimy nowe miseczki u kupców chińskich mających swoją osadę pod murami klasztoru.
Gdy ofiary zostały umieszczone przed ołtarzem złego ducha przełęczy, hutuhta powiedział:
- Posilmy się prażonym prosem na sucho! - i wydobywszy z torby garść ziaren zaczął żuć je mocnymi, żółtymi zębami, przyglądając się sępowi, który z jękliwym kwileniem zataczał nad przełęczą coraz to węższe i węższe koła.
W pewnej chwili drapieżnik jak kamień spadł na jednego z wielbłądów, zatrzepotał nad nim potężnymi skrzydłami i, zanim Mongoł zdążył nadbiec, wyszarpnął nieszczęśliwemu zwierzęciu kawał mięsa z rany, natartej przez twarde siodło. Wielbłąd zatoczył się i wydał żałosny ryk.
- Wczoraj opadły go czarne wrony z czerwonymi dziobami, a dziś znów sęp! - zamruczał lama z troską w głosie. - Ten wielbłąd długo już nie pociągnie... Będziemy zmuszeni kupić nowego w Tassgongu, jeżeli tylko mnisi zechcą go nam sprzedać.
- Dlaczego by nie zechcieli? Zapłacimy złotem! - zauważył Iwari.
- Wszystko będzie zależało od turdzy-lamy Bujuka - warknął Mongoł.
Zapanowało milczenie.
Japończycy oczekiwali obiecanych im wyjaśnień i kładąc sobie do ust małe szczypty prosa przeżuwali je ostrożnie. Nagle Sumbara przypomniał coś sobie i wstał.
- Dam obrok zwierzętom - powiedział.
- Nie trzeba! - potrząsnął głową hutuhta. - Na takiej wysokości nawet sarłyki jeść nie będą.
Japończyk usiadł na odłamku skały i znowu w milczeniu żuł ziarnka prosa.
Mongoł zaspokoiwszy głód, otarł usta, wyszeptał jakąś modlitwę i zaczął swe opowiadanie, kołysząc się całym ciałem, co stało się nawyknieniem jeźdźca.
- Wiecie przecież, że Mongolia miała swego cesarza, z którym, nie uznając go oficjalnie, liczyły się jednak Chiny i Rosja?...
- A jakże! Był nim Żywy Budda, bogdochan, przeor klasztoru w Urdze - odpowiedzieli natychmiast Japończycy. - Ale Żywy Budda nie żyje! W roku 1926 zabili go bolszewicy, zająwszy stolicę Mongolii... - odpowiedział pułkownik.
Dżałhandzy potakiwał im ruchem głowy, a, gdy zamilkli, zamruczał:
- Bolszewicy nigdy by się nie odważyli zamordować Żywego Buddy, lecz podjął się tego przekupiony przez nich Bujuk. Piastował on wówczas straszliwą godność wśród lamów ze świty arcykapłana. Był turdzy-lamą!...
- Cóż to za godność? - spytał Iwari obcierając dłonie o poły kożucha.
- Turdzy-lama oznacza kapłana-truciciela! - szepnął Mongoł. - Wielcy arcykapłani z Lhasy, Taszi-lumpo i Urgi zwykle mają przy sobie turdzy-lamów.
- Po co?
- Na rozkaz kierowników naszej wiary usuwają oni niedogodnych, niebezpiecznych i buntowniczych ludzi - objaśnił hutuhta. - Bujuk użył swej wiedzy przeciwko osobie arcykapłana, po czym bolszewicy z łatwością już zagarnęli ojcowiznę wielkiego Dżengiza-chana - Mongolię!
- W jakiż sposób ten zdrajca mógł pozostać przy życiu?! - zawołał oburzony Sumbara.
- Tego nikt nie wie! - ze smutkiem odparł lama. - Dopiero w tym roku dowiedzieliśmy się przypadkowo, że pod przybranym nazwiskiem przebywa on w klasztorze Tassgong i ma tam ogromne wpływy.
- Bujuk przecież o nas nic nie wie, więc z tej strony nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo - wtrącił Iwari i spojrzawszy na hutuhtę dodał: - Chyba, że pozna was, kapłanie...
- Bujuk nie zna mnie! - przecząco potrząsnął głową Dżałhandzy. - Za czasów turdzy-lamy nie bywałem na dworze Żywego Buddy, gdyż nie zgadzałem się z wrogą względem Chin polityką arcykapłana i pomiędzy Urgą a klasztorem moim w Dołon-norze doszło w końcu do rozłamu.
Japończycy słuchali uważnie.
Hutuhta ciągnął dalej:
- Miałem sposobność przekonać się, że Bujuk ma długie ręce i długie uszy...
- Co to znaczy?
- Znaczy to, że ma swoich ludzi wszędzie i dokładnie wie, co się dzieje w naszym kraju. Była chwila, że bolszewicy zamierzali uczynić go arcykapłanem w Urdze! Bujuk - arcykapłanem w Urdze! - ze zgrozą w głosie powtórzył Dżałhandzy.
- Dlaczegóż nie zrobili tego? - spytał Sumbara. - Było by to dla nich wygodne i korzystne?
- Ach! - zaśmiał się hutuhta. - Bolszewicy poczęli wówczas właśnie wykorzeniać u siebie wszelkie religie, więc nie mogli już narażać się swoim komunistom uznaniem nowego arcykapłana!
Japończycy uśmiechali się chytrze i kiwali głowami.
Rozmowa się urwała.
Wszyscy myśleli o tym, co czeka ich w tajemniczym klasztorze Tassgong, gdzie miała siedzibę najsłynniejsza na cały Tybet, Mongolię, Sin-Kiang, Chiny, Birmanię i Indie szkoła kształcąca niezrównanych lekarzy tybetańskich, i gdzie zaczaił się morderca Żywego Buddy, lekarz-truciciel - nieuchwytny i podstępny.
Podróżnicy siedzieli w milczeniu patrząc przed siebie.
Ku wschodowi ni to grzebieniasty tułów potwornego smoka, ni to fale bijące w wiszary nadbrzeżne i nagle skamieniałe uchodziły w mglistą dal coraz to niższe uskoki Himalajów, by tam, gdzieś przed doliną Mekongu powiązać swoje gałęzie z zawiłą siecią grzbietów indochińskich. Poniżej przełęczy widniały fałdy szybko opadających spychów. Tam i sam pomiędzy ich graniami odcinały się od śniegu i szarych osypisk piargowych granatowoczarne plamy lasów modrzewiowych. O jakieś dwieście kroków od "obo" widniał szkielet wielbłąda. Padł tu zapewne niedawno, gdyż na kościach jego pozostały jeszcze szmaty rudej skóry i czarnego mięsa, którego sępy nie zdołały poszarpać i pożreć.
Nagle rozległ się głośny tupot.
Na tej wysokości, w nieruchomym, stężałym powietrzu tupot wydał się niezwykle głośnym, tymczasem to tylko poruszyły się wielbłądy, przestępując z nogi na nogę.
- Wsiadajmy! - zawołał Mongoł. - Wielbłądy wypoczęły trochę i mogą już iść dalej. Zanieśmy raz jeszcze modły duchowi gór!
Poszli do "obo" i nie zwrócili uwagi, że jeden z jaków raz po raz potrząsał brodatym łbem, boczył się i parskał. Gdy stali przy stosie gałęzi, narzuconych tu przez podróżnych, czekając aż Dżałhandzy skończy dość długą modlitwę i zaklęcia, spoza zachodniej krawędzi przełęczy wyślizgnął się jakiś człowiek a, śmignąwszy wśród głazów i złomisk, podczołgał się do wielbłądów i wprawnym ruchem ręki wbił im coś w obsady kopyt. Zanim hutuhta z towarzyszami powrócili do zwierząt, człowiek ów zniknął już w głębokiej rozpadlinie, ukrył się w niej i wsiąknął w szarzyznę skał, jak złowróżbny duch przełęczy, nienawidzący ludzi - Puryn.
Mongoł i Japończycy słyszeli jękliwe zawodzenia wielbłądów, lecz przecież nieraz już ryczały tak żałośnie, znużone daleką i niewymownie ciężką drogą. Dosiedli swoich dwugarbnych wierzchowców i puściwszy naprzód juczne sarłyki, ruszyli w dalszą drogę.
Przez dłuższy czas nie spostrzegali, że za nimi niby szkarłatne kwiaty maku na śniegu czerwieniły się gorące plamy krwi. Jeden krok wielbłądów i dwanaście nowych plam! Dopiero, gdy jedno ze zwierząt obchodząc sterczącą skałę potknęło się nagle i uklękło tak niespodziewanie, że major Sumbara stoczył się z siodła - Mongoł mruknął podejrzliwie i pytająco:
- Wielbłąd potknął się na stromym spychu?
Zatrzymał swego wierzchowca i zeskoczył na ziemię. Jednego rzutu oka starczyło mu, by zrozumieć, co się stało. Na śniegu szkarłatnymi znakami ktoś nieznany - człowiek czy duch - wypisał wyrok dla karawany. Hutuhta nic nie mówiąc pochylił się nad kopytem swego wielbłąda i wyciągnął długi kolec jakiejś rośliny.
- Sodzy-bajana! - szepnął w przerażeniu.
- Sodzy-bajana? - powtórzyli za nim Japończycy nazwę trującego krzewu. - Sodzy-bajana!... Co robić?...
Mongoł przykucnął przed wielbłądem, namyślając się. Wahał się widać i nie śmiał powziąć stanowczej decyzji. Wreszcie wyjął nóż z pochwy i począł go ostrzyć na kamieniu, popluwając na klingę. Po chwili powiedział:
- Wyciągnijcie kolec, wbity w lewe przednie kopyto! Przygotujcie rzemienie!
Błyskawicznym ruchem noża przeciął żyłę na nodze wielbłąda, a potem zrobił to samo innym, mrucząc:
- Niech odpłynie krew... To pomaga... No, a teraz przeciągnijcie wielbłądom nogi rzemieniami, żeby więcej nie krwawiły. Muszą dojść do Tassgongu... muszą!...
Skończywszy opatrunek ruszyli w dalszą drogę. Wielbłądy szły porykując przeciągle i postękując, niby żaląc się i błagając o ratunek.
Dżałhandzy, wpatrzony w coraz bardziej mglistą dal, szeptał jak gdyby jakieś zaklęcie potężne jedno i to samo słowo:
- Tassgong!... Tassgong!...
Rozumiał, co się stało. Nie wątpił już od dawna, że karawana jest śledzona bacznie i że ktoś jak cień, sunie za nią nawet w miejscach najdzikszych i najniebezpieczniejszych. Chociaż wyczuwał to instynktem nomada i wrodzonym mu darem jasnowidzenia, jednak jakaś również potężna a wroga siła nie pozwalała mu przeniknąć tajemnicy, od której zależał los całej wyprawy.
Dżałhandzy przypominał sobie różne wypadki.
Zaczęły się one od chwili, gdy prowadzona przezeń karawana wyruszywszy z Dołon-Noru weszła do górzystej krainy Ała-Szań. Tam wykrył studnię, do której nieznany wróg wrzucił rozkładający się kadłub barana i na trzy dni ludzi i zwierzęta pozbawił wody. Wkrótce po tym, gdy przechodzili wąską, głęboką dolinę w górach Wzun-Mo-Lun ktoś zrzucił na nich głazy i lawinę piargową ze zboczy Pao-Linu, lecz zaledwie raz jeden spostrzegł na piasku, przy jakiejś rzece ledwie widzialne ślady stóp ludzkich, ale tak nikłe, że nie był zupełnie przekonany, czy tędy przechodził człowiek.
A teraz znów na przełęczy Czetang!
Gdy Japończycy tamowali puszczoną krew wielbłądom, hutuhta obszedł całe siodło przełęczy, lecz nic podejrzanego nie spostrzegł.
Zmysłami jasnowidza uświadamiał sobie, że musi stanąć w Tassgongu, że lama-truciciel jest już uprzedzony o zbliżającej się karawanie i o jej przewodniku, czuł też, że w klasztorze - niedawno jeszcze najbardziej oświeconym i sławnym w świecie lekarzy azjatyckich - spotka kogoś, kto będzie miał wpływ na podjętą w Dołon-Norze sprawę.
Szeroko rozwarte i w tej chwili zasnute jakąś ruchomą mgłą oczy przeora widziały tego człowieka.
Zdumienie nie opuszczało hutuhty, gdyż majaczył przed nim biały człowiek.
Skądże się znalazł w klasztorze tybetańskim ten wysoki, barczysty, młody człowiek o jasnych lekko wijących się włosach, szarych oczach i śmiałej, ogorzałej twarzy, na której nigdy nie gasnął wesoły, trochę szyderczy uśmiech? Widział oczami duszy inne jeszcze postacie: strasznego, chociaż pozornie skromnego, przygarbionego Bujuka, jakiegoś Mongoła z blizną na czole i obciętym uchem, przeora - młodego, ale poważnego i dostojnego - punditę Eher-balana, chociaż nigdy się z nim nie spotykał; rozróżniał jeszcze innych ludzi, lecz wszystkich przysłaniała sobą młoda, roześmiana twarz białego człowieka.
Karawana schodziła powolnie ze zboczy górskich.
Wielbłądy kulejąc i porykując głucho szły jeden za drugim, zwyczajem swoim wpatrzone w daleki horyzont. Uosobienie dążenia! Powolne jaki zgrzytając twardymi racicami na piargu i osypiskach drobnych kamieni szli przodem, wbijając ślepia w ziemię.
Znikły niebawem ostatnie plamy śniegu na szarobrunatnej kamienistej glebie.
Za głazami, od strony południowej tu i tam błyskały czerwienią i żółcizną jakieś kwiaty do krokusów podobne. Wyżej już podnosiły swe gałęzie ciemne modrzewie. Trochę niżej wybijały się spomiędzy kamieni kępy szarej, twardej jak druty trawy, a jeszcze dalej ścieżka wić się poczęła pomiędzy krzakami kwitnących różaneczników. Coraz częściej śmigały myszy i jaszczurki, z haszczy z łopotem skrzydeł wylatywały połyskliwe bażanty i czarne indyki górskie. Nad strumykiem biegnącym przez gąszcz krzaków czatował na pstrągi siedzący na gałęzi zielono-złocisty zimorodek, nieruchomo wpatrzony w zimną i wartką strugę.
Ociepliło się znacznie.
Pułkownik Iwari zrzucił futro pozostawszy w długiej bluzie zamszowej ściągniętej szerokim pasem skórzanym.
Hutuhta, zdjąwszy uszatą czapkę wilczą, wycierał czerwoną chustką okrągłą, podgoloną czaszkę, lecz oczy jego pełne były zdumienia i dręczących go obaw.
Wkrótce karawana minęła kopulaste "obo", noszące ślady architektury birmańskiej. Wielbłądy szły coraz wolniej, co chwila potykały się, a nawet przystawały, dysząc ciężko i chrapliwie.
- Nie ma rady, musimy zsiąść! - zamruczał Mongoł i zeskoczył na ziemię.
Ledwie zdążyli zejść z siodeł i ruszyć dalej, gdy spostrzegli lasek modrzewiowy, nad którym rozrzucały szeroko swe złociste gałęzie sosny o nierównych, powykręcanych pniach, okrytych szarymi porostami. Na jego skraju paliło się ognisko, a dwóch ludzi rzucało do płomieni suche gałęzie.
Mongoł podszedł do obozowiska i pozdrowił nieznajomych imieniem Buddy