DROGA PRZEZ LAS
Za oknem jest ciemna noc bez gwiazd. W oślepiającym kręgu lampy leżą rozrzucone białe karty, pracowicie zapisane dziecięcym pismem. Pochylam się nad nimi i wydobywam z nich opowieść prostą, prawie melodramatyczną, a przecież nieskłamaną ani jednym słowem.
Działo się to w małym miasteczku w Wielkopolsce, jesienią trzydziestego dziewiątego roku. Sprawdzałem na mapie: miasteczko to nie leży nad żadną ważną rzeką, ani nad historycznym jeziorem. Było ono podobne do wszystkich innych miast i miasteczek w całej Polsce. Bo we wszystkich miastach i miasteczkach Polski jesienią trzydziestego dziewiątego roku stacjonowały załogi niemieckie.
W miasteczku, o którym opowiem, przed biało tynkowaną szkołą powszechną stał rozstawiwszy nogi nieruchomy żołnierz niemiecki w lśniącym, polerowanym hełmie i czarnym, obcisłym mundurze ozdobionym srebrną trupią główką na kołnierzu. Połowę szkoły zajmowali młodzi telegrafiści niemieccy. W drugim skrzydle uczyły się dzieci niemieckie: parę miejscowych, reszta zaś synowie przyjezdnych urzędników, przesiedlonych na stałe do miasteczka dostojników partyjnych i gestapowców.
Ani umorusany Staszek, syn węglarza z domu za wędliniarnią, ani jego kolega, autor wypracowania, z którego korzystam, nigdy nie mogli przejść spokojnie obok tej szkoły. Najpierw patrzyli wartownikowi w oczy "nienawistnie", potem ogarniali wzrokiem otwarte okna swojej klasy Vc, pełnej dziecięcego gwaru. Obaj do swojej szkoły nie mieli wstępu. Dawny przyjaciel Staszka, Walter Jeschonek, którego matka dawniej miała pralnię, a teraz, jak przyszli Niemcy, dostała w zarząd parę sklepów, chodził do tej szkoły, ponieważ ojciec jego podał się za volksdeutscha. "Wtedy pobiliśmy się z Walterem, a jak tylko przechodziliśmy koło tej niemieckiej szkoły, to spluwaliśmy z obrzydzenia, oczywiście nieznacznie".
"Nienawidziliśmy wszyscy tej szkoły - pisze dalej przyjaciel Staszka - i baliśmy się jej jak więzienia. Niemcy chcieli nas zagnać do niej, ale kto mógł to najpierw udawał chorego, a potem to i tak Polaków wysiedlali. W klasie, w której uczyli się Polacy, było bardzo zimno, gdyż bez względu na pogodę nie wolno było zamykać okien. Potem dla rozgrzewki mieliśmy ostrą musztrę, urozmaiconą policzkowaniem i trzciną, a dziewczynom za nieposłuszeństwo nauczyciel obcinał warkocze. O Polsce uczył nas tyle tylko, że Polacy są narodem ostatniego gatunku. Mieliśmy wtedy jesienią swoją polską szkołę we wsi za miasteczkiem, bo w mieście nie było wolno. Droga do tej szkoły wiodła przez las".
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.