Patożycie. Z notatnika kuratora sądowego - Piotr Matysiak

Kup ebooka

49.99 zł
22.50 zł (22,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

Zaw­sze in­te­re­so­wało mnie to, co spra­wia, że lu­dzie sta­czają się na dno. Czemu funk­cjo­nują na mar­gi­ne­sie spo­łe­czeń­stwa, czemu chleją, po­peł­niają prze­stęp­stwa, sto­sują prze­moc wo­bec in­nych. Dla­czego, za­miast wy­rwać się z bez­na­dziej­no­ści swo­jego ży­cia, po­wie­lają sche­maty lub trwają w nich, w ogóle nie my­śląc o zmia­nie. Co nimi kie­ruje? Jaką mają mo­ty­wa­cję i dla­czego, do kurwy nę­dzy, jest ich tak dużo, mimo że prze­ciętny czło­wiek wi­dzi tylko czu­bek góry lo­do­wej.

Bo - nie oszu­kujmy się - nie lu­bimy pa­trzeć na pa­toli. Gar­dzimy nimi, gdyż nie żyją tak, jak po­winni, a przy­naj­mniej nie we­dług na­szych norm. Wkur­wiają nas swym rosz­cze­nio­wym po­dej­ściem, wiecz­nym "bo mi się na­leży" i tym, że ro­dząc ko­lejne "bom­belki", nie mar­twią się o ich przy­szłość, a wy­cho­wa­nie mylą z ho­do­wa­niem, na które pań­stwo po­winno ło­żyć pie­nią­dze. I jest w tym tro­chę prawdy.

Przez wiele lat pracy jako ku­ra­tor są­dowy (wcze­śniej spo­łeczny, a póź­niej za­wo­dowy) na­oglą­da­łem się kom­bi­na­tor­stwa, le­ni­stwa, oszu­ki­wa­nia nie tylko mnie, lecz także pra­cow­ni­ków so­cjal­nych, urzęd­ni­ków czy in­sty­tu­cji cha­ry­ta­tyw­nych. Wi­dzia­łem, jak pra­cu­jący do­ryw­czo czło­wiek pi­sze oświad­cze­nie, w któ­rym twier­dzi, że nie ma żad­nego do­chodu, tylko po to, by otrzy­mać do­dat­kowy za­si­łek w wy­so­ko­ści kil­ku­set zło­tych, i śmieje się z cie­bie, że za­ra­biasz na eta­cie mniej niż on w ciągu ty­go­dnia. Nie ma żad­nych skru­pu­łów, by kła­mać, i nie przej­muje się tym, czy po­nie­sie ja­kieś kon­se­kwen­cje, bo w tym kraju jesz­cze ni­kogo nie ska­zano za nie­praw­dziwe oświad­cze­nie zwią­zane z wy­łu­dze­niem za­siłku w wy­so­ko­ści kil­ku­set zło­ci­szy (albo ja o tym nie sły­sza­łem).

Za­sta­na­wia­łem się też, dla­czego lu­dzie żyją jak w chle­wie, wśród śmieci, syfu, ple­śnie­ją­cego je­dze­nia i na do­da­tek w tym bru­dzie wy­cho­wują po kil­koro dzieci, nie zwa­ża­jąc na za­tę­chły smród wy­do­by­wa­jący się z po­miesz­czeń, w któ­rych skon­cen­tro­wali swój byt. Dla­czego nie chcą zro­bić tak pro­za­icz­nych czyn­no­ści, jak wy­rzu­ce­nie śmieci czy umy­cie pod­łogi? Nie wspo­mi­nam już o ich sza­ro­brud­nych cia­łach.

Z bie­giem lat uod­por­ni­łem się w tym za­wo­dzie. Nie na krzywdę dzieci, ale na pa­tolę i ich tryb ży­cia. Skoro je­steś do­ro­sły, to chlej, ćpaj, żyj w sy­fie albo na dworcu. To w su­mie twój wy­bór, a ja je­dy­nie mogę ci po­wie­dzieć, że można ina­czej. Nie ko­rzy­stasz z rad - to żyj po swo­jemu, a jak po­sta­no­wisz się zmie­nić, to wtedy bę­dziesz sam szu­kał po­mocy. Ale je­żeli pro­wa­dząc taki tryb ży­cia, masz pod opieką dzieci - za­biorę ci je. I zro­bię to z prze­pięk­nym uśmie­chem na ustach i sa­tys­fak­cją, bo wiem, że twoje dzieci, które ho­du­jesz, do­staną szansę na inne ży­cie. Czy z niej sko­rzy­stają? Nie wiem, ale przy­naj­mniej będą miały wy­bór.

Książka, którą trzy­masz w ręku, to zbiór hi­sto­rii, ja­kie przy­tra­fiły mi się w ży­ciu za­wo­do­wym. Su­biek­tyw­nie opo­wie­dziane, wi­dziane mo­imi oczyma. Ich głów­nym te­ma­tem są dzieci i śro­do­wi­ska, w ja­kich żyją. To Pol­ska wi­dziana z in­nej strony - nie z przy­jem­nych osie­dli oto­czo­nych wy­so­kim pło­tem, do któ­rych trzeba się do­stać, prze­cho­dząc przez dwie bramy i wstu­ku­jąc kod do­mo­fonu. To nie świat klu­bów, cen­trów du­żych miast, gdzie kró­luje blichtr i pie­niądz, a o sta­tu­sie ma­jąt­ko­wym świad­czy sa­mo­chód i dro­gie ubra­nie.

Mój świat za­wo­dowy to po­pe­ge­erow­skie wsie, brudne dziel­nice i stare ka­mie­nice, gdzie normą jest bez­zębna trzy­dzie­sto­latka z pię­cior­giem dzieci i ko­lej­nym tym­cza­so­wym part­ne­rem, któ­rego roz­rywką jest pi­cie - naj­le­piej za cu­dze pie­nią­dze. Świat al­ko­ho­li­ków - za­równo tych jesz­cze nie­znisz­czo­nych wie­lo­let­nim chla­niem, któ­rzy trwa­jąc w swo­ich na­ło­gach, jed­no­cze­śnie uno­szą się na po­wierzchni ży­cia w po­zo­rach nor­mal­no­ści, jak i ostat­nich me­neli - ży­ją­cych w szo­pach czy ru­de­rach, któ­rzy je­dze­nie wy­mie­niają na bu­telkę naj­tań­szego bełta, bo gdy nie piją, do­stają pa­daczki al­ko­ho­lo­wej. To także świat roz­wod­ni­ków wal­czą­cych i chwy­ta­ją­cych się wszel­kich spo­so­bów na to, by udo­wod­nić, komu na­leżą się dzieci. Nie ba­czą oni na skutki swej walki i to­pią dzie­siątki ty­sięcy zło­tych w ko­lej­nych spra­wach są­do­wych i u ad­wo­ka­tów.

W książce tej na­zy­wam lu­dzi i sy­tu­acje po imie­niu - "pa­tol", "kurwa", "dziwka", "me­nel" to okre­śle­nia, z któ­rymi się spo­tkasz, bo one funk­cjo­nują w po­tocz­nej mo­wie. Tu po­czu­jesz smród za­szcza­nej pie­lu­chy, usły­szysz brzę­cze­nie mu­chy, która ko­łuje nad nie­opróż­nio­nym z gówna noc­ni­kiem w "dzie­cię­cym" po­koju. Po­czu­jesz lep­kość nie­my­tej po­rę­czy w sta­rej ka­mie­nicy, a w szcze­gól­no­ści usły­szysz krzyk - krzyk dzieci ska­za­nych na zmar­no­wane ży­cie.

Ku­ra­tor to też czło­wiek - z krwi i ko­ści, od­dy­cha­jący, my­ślący, ma­jący su­mie­nie i swoje od­czu­cia. To istota tłam­szona przez prze­pisy prawne, która w me­dial­nym prze­ka­zie ob­wi­niana jest za całe zło nie­wy­dol­no­ści sys­temu. Książka ta po­ka­zuje, czym jest praca ku­ra­tora od środka, jak musi się on mie­rzyć z bez­sen­sow­nymi spra­wami, kon­tro­lami i de­cy­zjami sę­dziego. Do­wiesz się z niej także, jak praca ta jest lek­ce­wa­żona, a drobne po­tknię­cie wy­ko­rzy­sty­wane do tego, by zro­bić z ku­ra­tora ko­zła ofiar­nego, chro­niąc tym sa­mym tych, któ­rzy na gó­rze wy­dają de­cy­zje.

Czy je­steś, czy­tel­niku, go­towy na Pol­skę "C", gdzie krzyw­dzone dziecko jest sta­ty­styką i pro­ble­mem dla służb, a ko­lejny pa­tol prze­stał wzbu­dzać już ja­kie­kol­wiek emo­cje?

Bóg jest mądrością

Patrzy na mnie swo­imi obłą­ka­nymi oczami, jakby kom­plet­nie nie ro­zu­miała, co do niej mó­wię. Ja sta­ram się jej wy­tłu­ma­czyć, co to nad­zór ku­ra­tora są­do­wego, co to ogra­ni­cze­nie wła­dzy ro­dzi­ciel­skiej, a ona cią­gle: "Je­zus wi­dzi", "Je­zus spra­wie­dliwy". Fa­na­tyczka. Chora fa­na­tyczka z uro­je­niami, nie­zdia­gno­zo­waną jesz­cze schi­zo­fre­nią pa­ra­no­idalną.

Jak prze­ko­nać ko­goś, że po­wi­nien się le­czyć? Jak zmu­sić go do le­cze­nia?

Cała hi­sto­ria za­częła się stan­dar­dowo: szkoła za­wia­do­miła sąd, że Irena nie kon­tak­tuje się z pla­cówką, do któ­rej uczęsz­cza jej pięt­na­sto­let­nia córka. Wy­ka­zano, że matka Mar­tyny kilka razy wi­dy­wana była pod szkołą, gdzie za­cze­piała uczniów, pra­wiąc mo­rały o Bogu, Je­zu­sie i tym po­dobne hi­sto­rie. Do tego do­szło także za­cho­wa­nie Mar­tynki, która za­częła wy­ka­zy­wać nie­zdrowe za­in­te­re­so­wa­nie pewną sektą, któ­rej na­zwy nie wy­ja­wię, by nie zdra­dzać miej­sca wy­da­rzeń.

Wy­wiad u Ireny wy­glą­dał w ten spo­sób:

- Pani Ireno, ja­kie ma pani wy­kształ­ce­nie?

- Ja mam wy­kształ­ce­nie dane od Boga, Bóg daje nam ro­zum, Bóg nami kie­ruje...

- Ale jaką pani szkołę skoń­czyła, pani ostat­nia szkoła?

- Bo­ską szkołę skoń­czy­łam, li­ceum skoń­czy­łam, bo Bóg tak chciał...

- Ma pani śred­nie wy­kształ­ce­nie, tak?

- Mam śred­nie, mam, ale to nie jest źle, prawda?

W ma­łym miesz­ka­niu, na nie­spełna trzy­dzie­stu pię­ciu me­trach kwa­dra­to­wych ra­zem z Ireną i jej córką mieszka sie­dem ko­tów i trzy psy. Łażą do­słow­nie wszę­dzie, miau­czą prze­raź­li­wie i szwen­dają się po sto­łach, me­blach, nie zwa­ża­jąc na nic wo­koło. Psy są spo­koj­niej­sze - to przy­gar­nięte kun­dle śpiące na fo­telu i tap­cza­nie.

Irena jest brudna. Śmier­dzi od niej mo­czem. Spod bluzki z roz­cią­gnię­tym de­kol­tem co chwilę uka­zuje się naga, brudna pierś, którą nie­zdar­nie pró­buje po­pra­wiać pod­czas roz­mowy ze mną. Z jej ust czuć nie­przy­jemny od­dech i gdy Irena na­chyla się w moją stronę, mi­mo­wol­nie od­su­wam głowę, by go nie czuć. Brud­nymi pal­cami co chwila do­tyka mo­jego ze­szytu, py­ta­jąc, co tam na­pi­sa­łem.

- Jest pan spra­wie­dliwy?

- Słu­cham?

- Bóg dał panu mą­drość?

- Pani Ireno, ja za­pi­suję wszystko, co pani po­wie, ja je­stem obiek­tywny.

- Pan mnie nie skrzyw­dzi, prawda?

Cóż od­po­wie­dzieć ko­bie­cie, która wpa­trzona we mnie, nie do końca ro­zu­mie, co się dzieje do­okoła. Jak jej tłu­ma­czyć, co ją czeka, gdy pil­nie nie za­cznie się dia­gno­zo­wać i nie po­dej­mie le­cze­nia.

- Pan mi nie za­bie­rze Mar­tynki?

- Nie je­stem po to, by za­brać Mar­tynę. Mu­szę po pro­stu wie­dzieć, czy pani się nią do­brze zaj­muje.

- Dla­czego pan są­dzi, że źle się zaj­muję?

- W szkole po­wie­dziano, że pani mało się nią in­te­re­suje, że przy­cho­dzi pani pod bu­dy­nek i za­cze­pia inne dzieci, mu­szę wie­dzieć dla­czego.

- A czy to źle mó­wić o Bogu?

Naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest to, że jej wy­po­wie­dzi są bez emo­cji. Cią­gle ten sam tembr głosu, ta sama in­to­na­cja, to cią­głe prze­świad­cze­nie, że to, co do mnie mówi, jest naj­więk­szą ob­ja­wioną prawdą. Te bez­na­miętne oczy, pa­trzące na mnie pra­wie bez mru­gnię­cia. Kurwa mać, wi­dać w nich ten obłęd.

- Czy pan ko­cha Boga?

- Z czego się pani utrzy­muje?

- Bóg nas oceni.

- Otrzy­muje pani rentę, świad­cze­nia ro­dzinne, ali­menty?

- ...

- Otrzy­muje pani?

- Tak.

- Ile pani otrzy­muje?

- Bóg daje mi siłę do ży­cia.

- Dla­czego ma pani tyle zwie­rząt? Skąd te zwie­rzęta?

- Każde zwie­rzę jest stwo­rze­niem bo­skim. Ja im po­ma­gam, nie dam skrzyw­dzić żad­nego zwie­rzę­cia. Nie za­bie­rze mi pan Mar­tynki?

Ma­sa­kra. Istna ma­sa­kra. Kon­takt lo­giczny z tą ko­bietą jest ogra­ni­czony do pra­wie mi­ni­mum. Cią­gle Bóg, Bóg, Bóg... Pró­buję do­wie­dzieć się cze­goś o Mar­ty­nie. Jak - we­dług matki - funk­cjo­nuje w domu, jak so­bie we dwie tu­taj żyją. W końcu chcę po­roz­ma­wiać z Mar­tyną.

- Mar­tyna jest nie­do­bra.

- Dla­czego tak pani mówi?

- Nie słu­cha się mnie, dla niej Bóg nie ist­nieje.

- Ale niech mi pani opo­wie, w ja­kich sy­tu­acjach się nie słu­cha...

- Sza­tan ją opę­tał.

Kurwa.

- Co to zna­czy, że ją sza­tan opę­tał?

- Ona się znęca nade mną.

Kurwa. Kurwa.

- Jak się znęca?

- Ona mi krew za­biera.

What the mo­ther­fuc­ker fuck? Kurwa.

- Za­biera, w ja­kim sen­sie?

- Ude­rzyła mnie i krew mi z nosa po­le­ciała.

Ufff. Przy­naj­mniej nie wy­sysa. Już so­bie wy­obra­zi­łem Mar­tynkę wbi­ja­jącą się w szyję Irenki i chłep­czącą, jak ten ko­tek mleko z mi­seczki, krew ma­muni. Kurwa, po­je­bane to wszystko.

Irena po­pra­wiła swo­imi brud­nymi rę­koma de­kolt. Kot prze­biegł mi koło nogi, a je­den z psów pod­niósł łeb i spoj­rzał w moim kie­runku. W od­dali ty­ka­nie ścien­nego ze­gara, przej­mu­jący chłód. Ja­koś nie­swojo mi się zro­biło. Za­czą­łem za­sta­na­wiać się nad tym, co bym zro­bił, gdyby ta schi­zo­fre­niczka rzu­ciła się na mnie? Wa­lił­bym chyba pro­sto w łeb, nie pa­trząc na żadne oko­licz­no­ści. Ja­kie to na­tu­ralne, że czło­wiek czuje strach przed cho­rymi psy­chicz­nie. Być może to świa­doma obrona or­ga­ni­zmu przed nie­prze­wi­dy­wal­no­ścią ich za­cho­wań? A może to po pro­stu strach przed no­wym, przed czymś, czego nie znamy? Może in­stynkt, który każe uni­kać lu­dzi, zdol­nych (przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie) wy­rzą­dzić nam krzywdę? Chu­jowa sy­tu­acja.

- Pani Ireno, czy kie­dy­kol­wiek le­czyła się pani psy­chia­trycz­nie?

- Ja nie je­stem chora. Wszy­scy mó­wią, że je­stem chora, ale ja się mo­dlę i Bóg w mo­dli­twie mi po­wie­dział, że ja nie je­stem chora.

- Czyli ni­gdy nie była pani u le­ka­rza?

- Pan jest mą­dry. Bóg pana ko­cha. Ja nie po­trze­buję się le­czyć. Mar­tynka musi się na­wró­cić. Ona musi gło­sić ze mną chwałę Pana. Bo ją sza­tan za­bie­rze i ją stracę.

Na­gle Irena wstała od stołu i po­de­szła do szafki ku­chen­nej. Wy­pro­sto­wa­łem się i, nie tra­cąc jej z pola wi­dze­nia, spią­łem wszyst­kie mię­śnie, przy­go­to­wu­jąc się na atak czy inne nie­prze­wi­dziane za­cho­wa­nie. Zła­pała ła­żą­cego po szafce kota i zrzu­ciła go na pod­łogę. Kot miauk­nął z nie­za­do­wo­le­nia i zwiał do po­koju obok.

- Kto jest oj­cem Mar­tyny?

- Ni­komu nie mó­wi­łam, by­łam gwał­cona. Mar­tynka jest z gwałtu. Ona o tym nie wie.

Ale ja wiem, że to nie­prawda. Kon­ku­bent zo­sta­wił Irenę wiele lat temu, bo praw­do­po­dob­nie nie mógł znieść jej po­stę­pu­ją­cych dzi­wactw. A to, że zo­sta­wił jej córkę, nic z tym nie ro­biąc, to inna bajka.

Prze­pisy w Pol­sce są tak skon­stru­owane, że ja jako ku­ra­tor nie mogę wy­stą­pić o prze­ba­da­nie Irenki przez le­ka­rza psy­chia­trę na­wet pod przy­mu­sem. Może zro­bić to sąd na wnio­sek naj­bliż­szej ro­dziny albo Ośrodka Po­mocy Spo­łecz­nej. Dziwne, prawda? Po­dob­nie sy­tu­acja wy­gląda z al­ko­ho­li­kami - to Gminna lub Miej­ska Ko­mi­sja Roz­wią­zy­wa­nia Pro­ble­mów Al­ko­ho­lo­wych może zgło­sić do sądu wnio­sek o przy­mu­sowe le­cze­nie. Ja nie­stety nie. Na szczę­ście do­brze żyję z OPS i taki wnio­sek o prze­ba­da­nie Irenki przez bie­głego są­do­wego zo­staje skie­ro­wany.

Po kilku ty­go­dniach Irena prze­cho­dzi ba­da­nie psy­chia­tryczne. Le­karz psy­chia­tra orzeka, że Irenka co prawda jest chora, ale nie wy­maga le­cze­nia sta­cjo­nar­nego (szpi­tal­nego). Wspa­niale, kurwa jego mać.

Cią­gle bu­jam się z tą Ireną i nie wiem, co z nią zro­bić. Umó­wi­łem się z pe­da­gożką szkolną ("pe­da­gożka" brzmi mniej wię­cej tak jak "mi­ni­stra"), że do niej pod­jadę i po­roz­ma­wiamy o tym, jak Mar­tynka funk­cjo­nuje w szkole. Co tu ukry­wać, chcę i mu­szę cze­kać na ja­kieś szcze­gólne i po­ważne za­nie­dba­nia, ja­kieś sy­gnały świad­czące o tym, że Mar­tyna musi być z dala od matki. W mię­dzy­cza­sie na­mie­rzy­łem już ciotkę i wujka Mar­tyny, umó­wi­łem się na­wet z nimi na roz­mowę - przy­garną dzie­ciaka, gdyby matkę trzeba było przy­mu­sowo umie­ścić w psy­chia­tryku czy za­brać córkę, kiedy palma Irence tak od­bije, że bę­dzie świ­ro­wać.

Za­czy­namy po­lo­wa­nie.

Bez obaw. Cały czas sta­ram się na­mó­wić Irenę, żeby po­ło­żyła się do szpi­tala. Roz­ma­wiam te­le­fo­nicz­nie z ro­dziną i py­tam, czy mogą na nią wpły­nąć. Na­wet pe­da­gożka z dy­rek­torką wy­brały się do jej domu, żeby po­roz­ma­wiać. Nic. Kurwa, jak gro­chem o ścianę, bez efektu. Irena twier­dzi, że jest zdrowa, nic jej nie jest, była ba­dana przez le­ka­rza i ni­kogo wię­cej do domu nie wpu­ści. Chuj bombki strze­lił.

Na­dal po­luję. Czaję się jak my­śliwy, który upa­trzyw­szy zwie­rzynę, po­dąża jej tro­pem, i roz­glą­da­jąc się, idzie za po­strzał­kiem zna­czą­cym drogę ucieczki farbą. Żoł­nierz ma cel. Li­kwi­duje cel, któ­rym jest czło­wiek. O wiele ła­twiej my­śleć, że zli­kwi­do­wało się cel, nie czło­wieka. Bo za li­kwi­da­cją czło­wieka stoi tra­ge­dia ro­dziny - może miał dzieci, żonę, chorą matkę, któ­rej za­pew­niał le­kar­stwa? Może był je­dy­nym ży­wi­cie­lem ro­dziny? Żoł­nierz li­kwi­duje cel i ma nie my­śleć o nim w in­nych ka­te­go­riach. U my­śli­wych zwie­rzęta nie krwa­wią - one pusz­czają farbę. Brzmi ła­god­niej, prawda?

Z jed­nej strony je­stem em­pa­tyczny i niosę po­moc. Mam po­ma­gać. Mam wpły­wać na ro­dzinę tak, aby zmie­niło się u niej na lep­sze. Mó­wię miłe słowa, po­cie­szam, wzmac­niam, pod­bu­do­wuję. Z dru­giej - bez­względ­nie mu­szę pod­jąć de­cy­zję o tym, co zro­bić z dziec­kiem, gdy jest co­raz go­rzej. Nie zwa­żać na prośby, na la­menty, na cią­głe obiet­nice po­prawy. Nie zwa­żać na prze­stra­szone buźki pa­trzące w moją stronę i za­da­jące py­ta­nia: "Czy przy­szedł nas pan za­brać?".

Irena. Cze­kam na ja­kieś po­ważne za­nie­dba­nie, na sy­gnał, że dziecko nie chce wra­cać do domu. Roz­ma­wiam z pe­da­gożką - Mar­tynka jest wy­co­fana, ma mało ko­le­ża­nek, cza­sami jest brudna, ma znisz­czone rze­czy. Lecz wszyst­kie pod­ręcz­niki i ze­szyty ma, za­wsze jest przy­go­to­wana, taka czwór­kowa uczen­nica. Matka, co prawda, ostat­nio olewa kon­takty ze szkołą, ale to norma, po­łowa ro­dzi­ców ma na to wy­lane i po­ka­zuje się w pla­cówce raz w roku lub rza­dziej. Pe­da­gożka zo­bo­wią­zała się brać Mar­tynkę na ja­kieś roz­mowy po lek­cjach, coś a la so­cjo­te­ra­pia, żeby dziew­czynkę tro­chę wzmoc­nić, pod­bu­do­wać, a jed­no­cze­śnie przyj­rzeć się, czy wszystko w po­rządku. Ja­kieś pi­smo do po­radni psy­cho­lo­gicz­nej też pój­dzie, żeby prze­ba­dali dzie­ciaka pod ką­tem roz­woju emo­cjo­nal­nego. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy nadano je w ro­dzin­nym ośrodku dia­gno­styczno-kon­sul­ta­cyj­nym - nie pa­mię­tam już, a może nie­do­kład­nie spraw­dzi­łem?

Pe­da­gożka jest młoda. Cał­kiem nie­zła, szczu­pła, wy­soka, od dwóch czy trzech lat pra­cuje w szkole. Żeby uspraw­nić wy­mianę in­for­ma­cji w tak trud­nej sy­tu­acji, prze­ka­za­li­śmy so­bie pry­watne nu­mery ko­mó­rek, aby nie­po­trzeb­nie nie szu­kać się po biu­rach czy nie wy­dzwa­niać po in­nych nu­me­rach sta­cjo­nar­nych. No i naj­waż­niej­sze - nie ma ob­rączki, cho­ciaż aku­rat w spra­wie Mar­tyny ta in­for­ma­cja jest nie­ważna. Po­łowa lu­dzi w związ­kach zdra­dza i bę­dzie zdra­dzać. To ta­kie oczy­wi­ste. W du­żej mie­rze praca ku­ra­tora to te­le­fon, a zdo­by­cie nu­meru ko­mór­ko­wego od mło­dych, za­an­ga­żo­wa­nych w zba­wia­nie świata urzęd­ni­czek nie jest żad­nym pro­ble­mem.

Po raz ko­lejny od­wie­dzam swoją nad­zo­ro­waną. I po raz ko­lejny wi­dzę ten sam ob­ra­zek. Ona za­nie­dbana, brudna i zwie­rzęta ła­żące z kąta w kąt. I ta sama roz­mowa o Bogu, że jest mą­dro­ścią i kie­ruje na­szym lo­sem i że on wie, co dla nas naj­lep­sze. No niby tak.

Mar­tynka jest w po­koju. Sie­dzi na tap­cza­nie i bacz­nie mnie ob­ser­wuje. Uśmie­cham się do niej, py­tam, jak w szkole, czy ma ko­le­żanki, co lubi ro­bić w cza­sie wol­nym. Przy każ­dej od­po­wie­dzi spo­gląda na matkę. Mówi do mnie nie­pew­nie, a Irena co chwilę pró­buje za nią od­po­wie­dzieć. De­li­kat­nie mó­wię jej, że prze­cież córka umie mó­wić i nie po­trze­buje jej po­mocy.

Py­tam o zwie­rzęta: co je­dzą, czy są szcze­pione, czy zdrowe. Wtedy Irena mniej mówi o Bogu, kon­cen­truje się na nich i opo­wiada mi o tru­dach zaj­mo­wa­nia się nimi. Bie­rze ki­cię do ręki, głasz­cze. Każe Mar­tynce wziąć na ko­lana jed­nego kotka. Jaka wspa­niała, ko­cha­jąca się ro­dzina.

Za­sta­na­wia mnie, jak miesz­ka­nie tak mło­dej dziew­czyny z tak chorą matką wpływa na jej psy­chikę. Ja­kie spu­sto­sze­nie w główce dzie­ciaka wy­wo­łuje cho­roba psy­chiczna matki co­dzien­nie funk­cjo­nu­ją­cej w ten spo­sób. I, do cho­lery, jak roz­wią­zać tę pa­tową sy­tu­ację?

Któ­re­goś dnia sie­dzę w pracy i sły­szę dźwięk ko­mórki. Pa­trzę na wy­świe­tlacz - pe­da­gożka. Już dawno prze­sze­dłem z nią na "ty", co by nie two­rzyć ba­rier we współ­pracy, a ta mi traj­ko­cze w słu­chawkę, że Mar­tynka przy­nosi do szkoły pie­nią­dze i ubrana jest w lep­sze ciu­chy, bran­so­letki, kol­czyki i ma po­ma­lo­wane pa­znok­cie. Pe­da­gożka zro­biła wy­wiad i oka­zało się, że Mar­tynka wraz z ma­mu­sią cho­dzi na spo­tka­nia ja­kiejś grupy "re­li­gij­nej", a dziecko przy­znało się jej, że jest tam bar­dzo faj­nie, bo śpie­wają pio­senki, tań­czą i wszy­scy są dla sie­bie mili, a w do­datku po­znała star­sze ko­le­żanki. Wy­cią­gnęła od Mar­tynki in­for­ma­cję, że tań­czą wo­kół ja­kie­goś po­sągu...

Ja pier­dolę, kurwa mać. Jesz­cze ja­kaś sekta mi po­trzebna, jak­bym nie miał in­nych zmar­twień. Tyle się czło­wiek na­słu­cha, że sek­cia­rze po­tra­fią być bez­względni i nie lu­bią, jak ktoś im grze­bie w ich ko­ciołku i zbyt do­kład­nie przy­gląda się, czym tak na­prawdę się zaj­mują.

Trzeba za­cząć dzia­łać.

* * *

Mrauuu. Uwią­zany kot na sznurku spoj­rzał na mnie swo­imi świe­cą­cymi śli­piami, gdy na­ru­szy­łem jego do­mowy mir, wcho­dząc z im­pe­tem do miesz­ka­nia Ireny przez drzwi, które były otwarte na oścież. Hau. Usły­sza­łem głos psiaka, który za­nie­po­ko­jony dał znać, że ktoś obcy wszedł na jego te­ry­to­rium, a on, bie­dak za­mknięty w po­koju, nie mógł za­re­ago­wać w inny spo­sób swoją psią wście­kło­ścią. Miau­uuu. Po­now­nie od­głos wy­dany przez kota przy­po­mniał mi, że nie je­stem kimś, na kogo w tym domu cze­kają.

- Dzień do­bry. - Z uśmie­chem spoj­rza­łem na naj­ja­śniej­szą schi­zo­fre­niczkę, która sto­jąc ty­łem, zmy­wała coś w zle­wie, roz­chla­pu­jąc wodę na pod­łogę i przy­le­głe szafki pa­mię­ta­jące lata wcze­snego Gierka, a może i póź­nego Bie­ruta. Myła ja­kieś pu­ste po­jem­niczki po mar­ga­ry­nie i in­nych ser­kach. Cały ich rzą­dek, po­zmy­wany i schnący, le­żał na stole, dum­nie pre­zen­tu­jąc swe pla­sti­kowe wnętrz­no­ści. Po jaki chuj jej one po­trzebne?

- Dzień do­bry - po­wtó­rzy­łem, bo za­pewne za­głu­szył mnie szum wody z kranu. Irena szyb­kimi ru­chami ście­reczką wy­dłu­by­wała resztki za­war­to­ści znaj­du­jące się w pla­sti­ko­wych pu­de­łecz­kach.

Nic. Zero od­zewu. Jak gro­chem o brudną i za­grzy­bioną ścianę. Sta­ną­łem na środku kuchni i ro­zej­rza­łem się po po­miesz­cze­niu. W ką­tach było jesz­cze wię­cej ta­kich pu­de­łe­czek, pod sto­łem też, na wi­szą­cych szaf­kach także. Coś po­nad setkę. Po cho­lerę jej to?

W swo­jej pracy nie­raz wi­dzia­łem lu­dzi, któ­rzy mieli ma­nię zbie­rac­twa. Zno­szą wtedy naj­prze­róż­niej­szy syf do cha­łupy, który gnije i śmier­dzi ku utra­pie­niu są­sia­dów i in­nych oko­licz­nych miesz­kań­ców. Je­śli miesz­kają w dom­kach, to całe po­dwórka są za­gra­cone i za­śmie­cone wszel­kiego ro­dzaju zło­mem i in­nym gów­nem, nie mó­wiąc o ro­bac­twie, które lę­gnie się po­tem w tym sy­fie. Irena, jak wi­dać, wy­spe­cja­li­zo­wała się w po­jem­nicz­kach. Pla­sti­ko­wych, jed­no­ra­zo­wych po­jem­nicz­kach, które z taką pie­czo­ło­wi­to­ścią szo­ro­wała w zle­wie. Przy­naj­mniej są czy­ste i nie śmier­dzą.

- Halo! - krzyk­ną­łem, aż Irena wzdry­gnęła się, wy­pusz­cza­jąc z rąk ście­reczkę i jakże uży­teczny dla niej ku­be­czek po jo­gur­cie. Od­wró­ciła się w moją stronę i...

"O fuck..." - po­my­śla­łem swoim su­per­hi­pe­rin­te­li­gent­nym mó­zgiem, a im­pulsy elek­tryczne pły­nące mo­imi neu­ro­nami i neu­ro­prze­kaź­ni­kami do­pro­wa­dziły mnie do in­te­lek­tu­al­nego or­ga­zmu. "O kurwa" - mi­mo­wolny skurcz mię­śni twa­rzy spo­wo­do­wał przy­kurcz ką­ci­ków ust, uno­sząc je, cał­ko­wi­cie bez­wol­nie i bez wpływu mo­jej dia­bel­nie sil­nej woli ku gó­rze. "O ja pier­dolę..." - ko­tło­wa­nina my­śli w mo­jej czaszce osią­gnęła apo­geum i mu­siała zna­leźć uj­ście wła­śnie za po­śred­nic­twem otworu gę­bo­wego, który - jak pa­mię­tam z lek­cji bio­lo­gii - był na sa­mym po­czątku układu po­kar­mo­wego. Tym ra­zem mo­jego układu.

Przede mną w peł­nej oka­za­ło­ści stała Irena. Stała jak stała, ubrana jak zwy­kle, ale wzrost ak­tyw­no­ści mo­jego mó­zgu spo­wo­do­wało coś in­nego. Z uszu Irenki wy­sta­wały... po­skrę­cane ka­wałki li­gniny lub ja­kiejś chu­s­teczki jed­no­ra­zo­wej, ku­pio­nej za­pewne na wy­prze­daży w Bie­dronce lub ap­tece. Prze­ko­miczny wi­dok.

Irena szyb­kim ko­cim ru­chem zła­pała te dwa wy­sta­jące z ucha cu­deńka i wy­cią­gnęła je, do­pusz­cza­jąc do uszu i swo­jej po­krę­co­nej głowy dźwięki wy­do­by­wa­jące się z mo­ich ust.

- Dzień do­bry - od­po­wie­działa w moją stronę, trzy­ma­jąc te wa­ciki w dło­niach. - Nie sły­sza­łam, jak pan wszedł.

- Co się stało, ma pani za­pa­le­nie uszu? - za­py­ta­łem, z wielką mocą sta­ra­jąc się ukryć ba­nana, który rósł na mej twa­rzy, a na­leży pa­mię­tać, że rósł on bez­wol­nie, spo­wo­do­wany po­tężną dawką im­pul­sów elek­trycz­nych, na które nie mia­łem wpływu.

- Nie, nie, to tylko tak... - za­częła mó­wić, lecz nie do­koń­czyła, bo z im­pe­tem do kuchni wpa­dła Mar­tynka, trzy­ma­jąca na rę­kach kota. Po­de­szła do matki i prak­tycz­nie rzu­ciła tym bied­nym zwie­rzę­ciem w jej stronę, od­wra­ca­jąc się na pię­cie i za­my­ka­jąc po­now­nie w po­koju. Cie­kawy wi­dok, nie ma co.

- To co z tymi uszami ma pani? - po­no­wi­łem py­ta­nie, bę­dąc lekko zszo­ko­wa­nym wi­do­kiem, jaki za­sta­łem przed chwilą.

- Ja po pro­stu mu­szę, tak le­piej się czuję - od­po­wie­działa, pa­trząc prze­ni­kli­wie na moją fa­cjatę, aż mnie ciary po ple­cach prze­szły. Wy­glą­dała jak ja­kaś opę­tana czy cho­lera wie co.

- Niech pan usią­dzie, za­raz wy­trę - za­pro­siła mnie, wska­zu­jąc roz­kle­ko­tane krze­sło, i szyb­kim ru­chem ze­brała ze stołu po­jem­niczki, które zo­sta­wiły na ku­chen­nym bla­cie nie­małe ka­łuże. Wrzu­ciła te pla­stiki do zlewu i brudną szmatą starła wodę z ce­raty. Wy­cią­gną­łem ze­szyt i za­czą­łem no­to­wać.

- Mar­tynka się mnie nie słu­cha, ją chyba coś opę­tało - od­po­wie­działa na moje py­ta­nie, jak so­bie ra­dzi z wy­cho­wa­niem córki. Kurwa jego mać, jesz­cze mi tu ja­kie­goś Lu­cy­fera, który dzieci opę­tuje, po­trzeba. Do­brze, że jej nikt nie opę­tał i, do cho­lery ja­snej, jak ją zmu­sić do wi­zyty u le­ka­rza? W są­dzie już leży wnio­sek o przy­mu­sowe ba­da­nie psy­chia­tryczne, ale to wszystko wy­maga czasu, a ja mam go co­raz mniej.

- Jak to jest z tą Mar­tyną, dla­czego się pani nie słu­cha? - do­py­tuję schi­zolkę, żeby do­wie­dzieć się prawdy i póź­niej zwe­ry­fi­ko­wać to w roz­mo­wie z na­sto­latką.

- Ona robi, co chce, nie słu­cha się, stra­szy mnie, nie wie­rzy w Boga. - Irenka kie­ruje swoją li­ta­nię w moją stronę, a ja wszystko skru­pu­lat­nie no­tuję w swoim ka­pow­niku, by nie uro­nić żad­nego cu­dow­nie cen­nego słówka z jej opo­wie­ści.

- Ale niech pani opi­sze jej za­cho­wa­nie, wy­zywa pa­nią, bije, kłóci się... - sta­ram się na­pro­wa­dzić Irenkę na wła­ściwe tory, lecz słabo mi to wy­cho­dzi.

- Ja wie­rzę, że Bóg jest spra­wie­dliwy, że to oceni. Mar­tynka jest z gwałtu, on tu przy­cho­dzi, ja się boję...

Yyyy. Kurwa, kto, co, po co i dla­czego... Kurwa! Kto przy­cho­dzi?

- Ale kto przy­cho­dzi? Nie ro­zu­miem. Niech mi pani po­wie, kto przy­cho­dzi? - do­py­tuję co­raz bar­dziej zdzi­wiony opo­wie­ścią. - Duch przy­cho­dzi, oj­ciec? Kto?

- Tak, on przy­cho­dzi. Ale ja nie po­zwolę za­brać Mar­tynki. On mnie nie na­stra­szy. Mar­tynka jest do­bra. Mam w niej opar­cie. Bóg mi ją dał. Ja kie­dyś by­łam w skle­pie, bo ja sta­ram się oszczęd­nie żyć, mi star­cza, ja w ogródku po­ro­bię, kurki na­kar­mię, ja po­tem się le­piej czuję, ale Mar­tynka nie za­wsze to do­ce­nia, bo ja cho­ruję, na nogę cho­ruję, ja rentę mam na tę nogę, ale ja się mo­dlę i mogę pra­co­wać. Mar­tynka do szkoły cho­dzi i ona do­brze się uczy...

Sło­wo­tok. Każde zda­nie na inny te­mat i wą­tek, aż sam się po­gu­bi­łem w jej opo­wie­ści. Szcze­rze, to nie chce mi się roz­wa­żać każ­dego słowa, ja­kie wy­po­wie­działa w mo­jej obec­no­ści. I tak to ni­czego nie zmieni. Po­wie­dzia­łem Ire­nie, że idę po­roz­ma­wiać z Mar­tyną na osob­no­ści. Ta nie wi­dzi pro­blemu. Wcho­dzę do po­koju o po­wierzchni około dwu­na­stu me­trów kwa­dra­to­wych. Ja­kiś dy­wan, łóżka dwa, stara me­blo­ścianka. Brak te­le­wi­zora, brak kom­pu­tera. Na­wet ra­dia nie ma. Mar­tyna sie­dzi osten­ta­cyj­nie roz­wa­lona w fo­telu i prze­gląda ulotki z po­bli­skiego hi­per­mar­ketu.

- Jak ci się z matką mieszka? - za­py­tuję.

- W po­rządku.

- Mama skarży się, że jej nie słu­chasz?

- Słu­cham.

- Je­steś już pra­wie do­ro­sła i nie ukry­wam, że za­cho­wa­nie mamy jest tro­chę dziwne. Co ty o tym my­ślisz?

- Ona za­wsze taka była.

- A po­mię­dzy tobą a mamą do­cho­dzi do awan­tur? Wy­zy­wa­cie się, kłó­ci­cie?

- Nie, jest do­brze.

- A były ta­kie sy­tu­acje, że na przy­kład oba­wia­łaś się mamy, że może coś ci zro­bić, albo za­cho­wy­wała się w ten spo­sób, że so­bie mo­głaby coś zro­bić? - sta­ram się do­ciec.

- Nie.

Kurwa jego mać. Siel­sko aniel­sko można by po­wie­dzieć w tym domu mle­kiem i mio­dem pły­ną­cym. Szu­kam da­lej punktu za­cze­pie­nia, jak nie dziś, to ju­tro może.

Kilka dni póź­niej, z rana, ja­dąc do pracy, prze­jeż­dżam obok cha­łupy nad­zo­ro­wa­nej Irenki. W su­mie to mi­ną­łem już jej dom, lecz mnie tknęło. Za­pewne ten duch, który opę­tał Mar­tynkę i Irenę, do­cze­pił się te­raz mnie i świ­druje mój mózg i kłę­biące się w nim my­śli. Jaki był nu­mer do Gho­st­bu­ster­sów? Na­stęp­nym ra­zem so­bie za­pi­szę. Po kil­ku­set me­trach za­wró­ci­łem i wje­cha­łem swoim no­wiu­sień­kim (bo dwa­dzie­ścia lat temu z sa­lonu ode­bra­nym) sa­mo­cho­dem na po­dwórko. Za­zgrzy­tały sprę­żyny od amor­ty­za­to­rów na kilku dziu­rach, które za­pewne wy­ko­pane były przez wa­łę­sa­jące się wo­koło psy, i za­trzy­ma­łem się prak­tycz­nie pod sa­mymi drzwiami miesz­ka­nia. Za­uwa­ży­łem, że ostat­nio w ogóle zro­bi­łem się wy­godny i naj­chęt­niej wpier­do­lił­bym się do miesz­ka­nia swym au­tem i, nie wy­sia­da­jąc, prze­pro­wa­dził swoje jakże szla­chetne czyn­no­ści są­dowe. Czło­wiek z wie­kiem robi się wy­godny. A i wię­cej trzeba się na­sta­rać, by młod­szą la­skę po­de­rwać. Jesz­cze tro­chę i zo­sta­nie mi tylko szpa­no­wa­nie kasą, któ­rej na do­da­tek nie mam za wiele. Sta­rość nie ra­dość. Trzeba się bę­dzie kie­dyś ustat­ko­wać, lecz jesz­cze nie te­raz. Za rok albo dwa. Wo­je­wódzki to ja nie je­stem, nie mam po­rsche i wła­snego pro­gramu w te­le­wi­zji. A tak w ogóle to po­zdra­wiam, pa­nie Wo­je­wódzki, je­śli to czy­tasz. Pana Krzysz­tofa Ibi­sza też. Taaa, czy­tają. Nie­po­prawny opty­mi­sta ze mnie.

Pu­kam do drzwi. Nikt nie otwiera, więc my­ślę, że może rze­czy­wi­ście ni­kogo nie ma. W oknie obok po­ru­szyła się fi­ranka. Może to kot albo pies. Nie wiem. Za­glą­dam przez szybę.

W mo­men­cie gdy zbli­ży­łem swe oczęta do szyby, za­sła­nia­jąc ręką od­bi­ja­jące świa­tło sło­neczne, oczom moim uka­zała się fa­cjata Mar­tyny, zer­ka­jąca przez po­żół­kłą fi­rankę.

- Otwórz, Mar­tyna.

Otwo­rzyła drzwi, a ja wsze­dłem do środka.

- Jest mama?

- Nie ma, gdzieś po­szła i nie wró­ciła.

- Tak wcze­śnie wy­szła?

- Od wczo­raj jej nie ma.

- Jak to od wczo­raj? Sama je­steś?

- Tak.

- Ale jak, jak długo sama je­steś?

- Od wczo­raj rano.

- I ni­komu nie po­wie­dzia­łaś, że two­jej mamy nie ma?

- Nie, ona cza­sami tak wy­cho­dzi i wraca na drugi dzień.

Oczy­wi­ście za­py­ta­łem o te­le­fon do matki i o to, czy ma ja­kąś ro­dzinę itp. I kon­takt do niej. Cały ura­do­wany po­le­cia­łem w te pędy do sądu, ka­żąc na­sto­latce cze­kać w domu, bo ma­mu­sia może wró­cić. Szybko spi­sa­łem no­tatkę, że dzie­ciak bez opieki, po­zo­sta­wiony w domu od wczo­raj, nikt się nim nie in­te­re­suje itp. W mię­dzy­cza­sie te­le­fon do OPS. Sę­dzia wy­daje po­sta­no­wie­nie, by w try­bie pil­nym umie­ścić dzie­ciaka w pla­cówce, lecz OPS szybko prze­ko­nuje ciotkę i wujka, któ­rzy we­zmą na­sto­latkę do sie­bie, dzięki czemu unik­nie bi­dula.

I tak, dro­dzy czy­tel­nicy, za­koń­czyła się hi­sto­ria z Ireną i jej schi­zo­fre­nią. Z tego co wiem, Irena tra­fiła w końcu do psy­chia­tryka. Po jego opusz­cze­niu chciała, by Mar­tynka wró­ciła do niej, lecz jej córka wo­lała zo­stać u wu­jo­stwa.

Zupa

Wcho­dzę. Wcho­dzę do bloku po­pe­ge­erow­skiego, gdzie le­żąca na klatce scho­do­wej psia kupa nie robi na ni­kim wra­że­nia, a kłę­biące się wo­kół niej mu­chy wy­dają jed­no­stajne bzy­cze­nie w eks­ta­zie spo­wo­do­wa­nej smro­dliwą ucztą. Omi­jam tę kupę, co by w nią nie wdep­nąć i nie wy­pa­sku­dzić swo­ich bu­tów, tu­dzież no­ga­wek spodni ku­pio­nych w skle­pie na pro­mo­cji. Po­woli idę scho­dami do góry, uwa­ża­jąc, by nie do­tknąć po­rę­czy, po­nie­waż mam nie­od­parte wra­że­nie, że to gówno nie jest je­dy­nym zmar­twie­niem osób dba­ją­cych tu o czy­stość.

Gdy staję pod drzwiami miesz­ka­nia w ta­kich blo­kach, za­wsze wi­dzę to samo: zsza­rzałe od brudu, uje­bane drzwi - wrota do kró­le­stwa pa­to­lo­gii, które rzą­dzi się swo­imi pra­wami. Nie po­zo­staje mi nic in­nego, jak pu­kać, pu­kać i jesz­cze raz pu­kać, w na­dziei, że dykta uchyli swe cze­lu­ści, a ja do­stą­pię ła­ski wkro­cze­nia do kom­nat ludz­kiego upadku.

Po co tam idę? Miesz­ka­nie zaj­muje me­nelka wraz z me­ne­lem. Kie­dyś uro­dziło im się dwoje dzieci, które obec­nie prze­by­wają w bi­dulu gdzieś w Pol­sce, za­pewne wie­rząc w to, że ma­mu­sia z ta­tu­siem przyjdą i je za­biorą. Me­nelce z me­ne­lem tak się wspa­niale zda­rzyło, że po­wili nowe dzie­ciątko i za­po­mi­na­jąc o dwóch po­przed­nich, za­jęli się wy­cho­wy­wa­niem swo­jego no­wego bej­biątka. A jako że ro­bili to dość nie­po­rad­nie, na co pra­cow­nik so­cjalny przy­my­kał oko, dzie­ciątko w wieku trzech lat wy­glą­dało na pół­to­ra­roczne - le­dwo sie­działo na swoim wą­tłym tyłku, nie mó­wiąc o sa­mo­dziel­nym je­dze­niu czy sy­gna­li­zo­wa­niu po­trzeb w po­staci kupki czy siku.

Inna hi­sto­ria jest o tym, jak tra­fi­łem do tej ro­dziny. Kie­dyś by­łem u jed­nej z nad­zo­ro­wa­nych, gdzie pro­wa­dzi­łem tzw. nad­zór oso­bi­sty. Kiedy wsze­dłem do miesz­ka­nia, na­tkną­łem się na re­la­tyw­nie młodą ko­bietę, na­je­baną jak szpa­del, która na mój wi­dok ze­rwała się z krze­sła i spier­do­liła z miesz­ka­nia. Szybko do­wie­dzia­łem się, kto to był i że ma na wy­cho­wa­niu dzie­ciaka. Sam so­bie na­ro­bi­łem ro­boty, skła­da­jąc na­stęp­nego dnia wnio­sek do wy­działu ro­dzin­nego w moim są­dzie o skon­tro­lo­wa­nie tej ro­dzinki. Tak oto je­stem u nich.

W końcu, po moim in­ten­syw­nym pu­ka­niu, drzwi się otwie­rają. Uj­rza­łem znaną mi już me­nelkę, która trzeźwa i od­wa­lona w dżinsy oraz bluzkę z ko­ronką, przy­wi­tała mnie bez­zęb­nym uśmie­chem i za­pro­siła do środka. W ko­ry­ta­rzu przy­wi­tał mnie pan me­nel, po­da­jąc rękę i przed­sta­wia­jąc się szar­mancko. Co by się da­lej nie roz­pi­sy­wać, pań­stwo me­ne­lo­stwo za­pew­niało mnie, że oni al­ko­holu nic a nic nie piją, żyją so­bie skrom­nie, wy­cho­wu­jąc ma­łego Kajtka, a to, że im dzieci kie­dyś tam za­brano, to było po­mó­wie­nie i nie­po­ro­zu­mie­nie, bo raz im się zda­rzyła im­prezka w domu, a tu pe­chowo przy­je­chała po­li­cja i za­brała im dwójkę wcze­śniej­szych dzieci. Oczy­wi­ście za­rze­kają się, że gdy tylko skoń­czą re­mont miesz­ka­nia, złożą wnio­sek do sądu, by dzieci do nich wró­ciły, ale te­raz pie­nię­dzy mało, farby dro­gie, me­ble trzeba wy­mie­nić i za­dłu­że­nie za miesz­ka­nie spła­cić. Ale już na wio­snę będą się za to brali i znów będą szczę­śliwą ro­dzinką.

Ga­dał tak me­nel i ga­dał, wkur­wia­jąc mnie swoją gadką. Wkur­wie­nie osią­gnęło szczyt, gdy po­sta­no­wi­łem spraw­dzić, gdzie jest dziecko i obej­rzeć je cho­ciaż z ze­wnątrz. Zo­sta­łem za­pro­wa­dzony do po­koju, w któ­rym w wózku dla nie­mow­la­ków, tak, kurwa, w wózku (!!!), z pod­ku­lo­nymi no­gami spał trzy­la­tek!!! Trzy­la­tek bar­dzo chudy, z za­wi­nię­tym pam­per­sem na wą­tłej dupci. Nie po­wiem, wkur­wiło mnie to nie­mi­ło­sier­nie i naj­nor­mal­niej w świe­cie za­czą­łem je­bać pa­toli, bo prze­cież ta­kie dziecko po­winno mieć łóżko i tym po­dobne sprawy. Fi­nał tego był taki, że za­częli się tłu­ma­czyć, że oni tylko usy­piają w wózku, a dziecko śpi na tap­cza­nie. W domu był tylko je­den tap­czan, więc ko­lejna wąt­pli­wość, jak oni się w trójkę na nim miesz­czą. Wtedy to pan me­nel rzekł do mnie:

- Bo ja to śpię na fo­telu, a żona z dziec­kiem.

Wy­my­ślił so­bie na po­cze­ka­niu. Py­tam, dla­czego ma­luch nosi pam­persa. "Bo dziecko mówi nie­wy­raź­nie i nie na­uczyło się wo­łać" - ko­lejne gów­niane tłu­ma­cze­nie. Py­tam, czy dziecko cho­dzi. - "Pró­buje, ale on taki sła­biutki" - tłu­ma­czy mi matka. Mó­wię, by mi po­ka­zała, czym go karmi. Pro­wa­dzą mnie do kuchni i otwie­rają lo­dówkę. Mar­ga­ryna, ka­wa­łek sera i nic wię­cej. Mimo że go­dzina po­po­łu­dniowa, to nie wi­dać na­wet, czy jest przy­go­to­wy­wany ja­kiś obiad.

- Co dziecko ja­dło na obiad? - py­tam już pod­nie­sio­nym gło­sem.

- Zupę - od­po­wiada matka.

- To gdzie ta zupa? Gdzie na­go­to­wana?

- Zupkę chiń­ską - uści­śla, a mi witki opa­dają.

Py­tam o ksią­żeczkę zdro­wia dziecka. Pa­tolka za­czyna szu­kać wśród ja­kiś szpar­ga­łów, lecz nie znaj­duje. Py­tam, kto jest le­ka­rzem ro­dzin­nym. Mówi mi o le­ka­rzu, który przyj­muje w naj­bliż­szej przy­chodni. Ostatni raz była tam z dziec­kiem ja­kiś rok temu.

Jadę do przy­chodni. Chcę usta­lić, dla­czego to dziecko jest ta­kie chude i dla­czego jego roz­wój jest ewi­dent­nie opóź­niony. Za ladą wita mnie pie­lę­gniarka, któ­rej wy­łusz­czam w skró­cie po­wód mo­jej wi­zyty. Mu­szę przy­znać, że le­karka sta­nęła na wy­so­ko­ści za­da­nia, za­po­znała mnie z kartą zdro­wia dziecka i po­twier­dziła, że rze­czy­wi­ście nie wi­działa chłopca od roku, a już pod­czas ostat­niej wi­zyty dała ro­dzi­com wiele za­le­ceń do­ty­czą­cych zdro­wia dziecka. Od tam­tego czasu się nie po­ka­zali, a ona nie jest w sta­nie pa­mię­tać o wszyst­kich pa­cjen­tach.

Na­pi­sa­łem w spra­woz­da­niu dla sę­dziego, że ist­nieje za­gro­że­nie ży­cia dziecka. Zbyt dziw­nie wy­glą­dało ono w tym łó­żeczku, jego skóra była szara, było prze­raź­li­wie chude, nie cho­dziło, pra­wie nie mó­wiło i na do­da­tek nie wiem, jak było ży­wione. Po­sze­dłem do sę­dziny i na­kre­śli­łem pro­blem. De­cy­zja była tylko jedna.

Chło­piec tra­fił do po­go­to­wia ro­dzin­nego. Roz­ma­wia­łem z pro­wa­dzącą tę pla­cówkę. Po­wie­działa mi, że w swo­jej dłu­go­let­niej ka­rie­rze nie wi­działa tak za­nie­dba­nego dziecka. Po­dej­rze­wano u niego głu­chotę, upo­śle­dze­nie i pro­blemy tra­wienne. Po­nie­waż chło­piec nie był od­po­wied­nio od­ży­wiany, miał ja­kieś przy­kur­cze. Nie pa­mię­tam już szcze­gó­łów, a na­wet gdy­bym je pa­mię­tał, nie po­dał­bym ich, by nie zdra­dzić jego toż­sa­mo­ści. Na po­cie­sze­nie po­wiem, że po kilku mie­sią­cach więk­szość jego cho­rób znik­nęła, na­brał masy ciała i za­czął przy­po­mi­nać nor­mal­nego chłop­czyka.

A pa­tole? Żyją i mają się do­brze. W Pol­sce za ta­kie za­nie­dba­nia nie grozi ci kara. Co naj­wy­żej za­biorą ci dziecko.

Pa­to­ży­cie. Z no­tat­nika ku­ra­tora są­do­wego

Piotr Ma­ty­siak

? for the Po­lish edi­tion: Wy­daw­nic­two RM, 2024 All ri­ghts re­se­rved.

Wy­daw­nic­two RM, 03-808 War­szawa, ul. Miń­ska [email protected]

Żadna część tej pracy nie może być po­wie­lana i roz­po­wszech­niana, w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób (elek­tro­niczny, me­cha­niczny) włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.Wszyst­kie na­zwy han­dlowe i to­wa­rów wy­stę­pu­jące w ni­niej­szej pu­bli­ka­cji są zna­kami to­wa­ro­wymi za­strze­żo­nymi lub na­zwami za­strze­żo­nymi od­po­wied­nich firm od­no­śnych wła­ści­cieli.Wy­daw­nic­two RM do­ło­żyło wszel­kich sta­rań, aby za­pew­nić naj­wyż­szą ja­kość tej książce, jed­nakże ni­komu nie udziela żad­nej rę­kojmi ani gwa­ran­cji. Wy­daw­nic­two RM nie jest w żad­nym przy­padku od­po­wie­dzialne za ja­ką­kol­wiek szkodę bę­dącą na­stęp­stwem ko­rzy­sta­nia z in­for­ma­cji za­war­tych w ni­niej­szej pu­bli­ka­cji, na­wet je­śli Wy­daw­nic­two RM zo­stało za­wia­do­mione o moż­li­wo­ści wy­stą­pie­nia szkód.

ISBN 978-83-8151-818-5 ISBN 978-83-7773-382-0 (ePub) ISBN 978-83-7773-405-6 (mobi)

Edy­tor: Ju­styna Mro­wiec Re­dak­tor pro­wa­dząca: Bar­bara Ramza-Ko­ło­dziej­czyk Re­dak­cja: Ju­styna Mro­wiec Ko­rekta: Marta To­ma­szew­ska, Mag­da­lena Przy­byl­ska Pro­jekt gra­ficzny książki:na pod­sta­wie pro­jektu Do­liny Li­te­rek Edy­tor wer­sji elek­tro­nicz­nej: To­masz Zajbt Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mar­cin Fa­bi­jań­ski We­ry­fik­cja wer­sji elek­tro­nicz­nej: Ju­styna Mro­wiec

W ra­zie trud­no­ści z za­ku­pem tej książki pro­simy o kon­takt z wy­daw­nic­twem: [email protected]