Czym dzisiaj jest Kościół katolicki w Polsce? Ignacy Dudkiewicz zadaje to pytanie, a odpowiedź, pozornie oczywista, z każdym słowem jego rozmów-ców staje się trudniejsza. Wspólnotą? Hierarchią? Instytucją? Żadną z nich? Więc czym jest ta największa siła, której hegemonia, choć zachwiana, nadal rzuca potężny cień na życie każdego i każdej z nas? Bezładem? Emanacją dzielnicowego rozbicia w nowożytnym państwie? Ostatnią wspólną sprawą Polaków? Napisana z wewnątrz, z bólem, twarda, a jednocześnie czuła, ta książka winna stać się lekturą każdego, kto zadaje sobie pytania o Polskę z Kościołem i Polskę bez niego. Dla ateistów zaś, jak autor tych słów - przewodnikiem po tym zadziwiającym świecie.
Andrzej Leder, filozof, praktykuje też psychoterapię
Ignacy Dudkiewicz to człowiek bardziej szczery niż dyplomatyczny i taka też jest ta książka. Porusza on trudne tematy, pozostając na tyle neutralny, na ile pozwala na to dziennikarska uczciwość. Ta lektura pomoże zrozu-mieć to, jak, gdzie i dlaczego system przestał działać, a my wszyscy stali-śmy się tego ofiarami. To książka także o nadziei i tych, którzy w Kościele nie tyle ją widzą, ile ją tworzą.
Izabela Mościcka, założycielka Centrum Pomocy Siostrom Zakonnym
Ignacy Dudkiewicz stworzył studium rozkładu polskiego Kościoła, który mentalnie wciąż tkwi w czasach przedsoborowych, a niekiedy nawet w średniowieczu. Nikt przed nim nie opisał tego zjawiska tak trafnie, fachowo i kompleksowo. To encyklopedia grzechów naszego katolicyzmu. To diagnoza skostniałej i niedającej się zreformować instytucji w przed-dzień upadku w przepaść lub zderzenia ze ścianą. Dla wszystkich, którzy zamierzają Kościół atakować, opuszczać, bronić go albo naprawiać - lektura obowiązkowa!
Mirosław Wlekły, reporter
To książka dla wszystkich. Dla tych, którzy kochają Kościół, bo powinni rozu-mieć, jak działa. Tym, którzy go krytykują, też dostarczy wielu argumentów. Niezbędna jest też walczącym o zmiany, żeby wiedzieli, z czym się mierzą.
Zuzanna Radzik, publicystka, teolożka i działaczka społeczna
Tym, którzy obiecali, że przeczytają moją książkę, nie spytawszy o liczbę stron
Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami.
EWANGELIA WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA 10,42-43 (BIBLIA TYSIĄCLECIA)
KURIA 1
W sprawie Kani "niczego sobie nie zarzucam"
Na dużym stole stoi sernik. Obsługująca nas siostra zakonna proponuje kawę. W jadalni wiszą obrazy oraz zegar z wahadłem bijący w pełne godziny głębokim tonem.
Rezydencja emerytowanego arcybiskupa metropolity wrocławskiego Mariana Gołębiewskiego mieści się w willi na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu, tuż obok katedry. Dom jest piękny, piętrowy, jadalnia obszerna. Arcybiskup jest ubrany skromnie. Wymieniamy uprzejmości. Gdy mówię, że uczę w szkole, komentuje: - Tyle jest gadania o katechezie, ale głównie gadają ci, co ani godziny nie spędzili na uczeniu religii. Tylko siedzą i piszą.
- Jak się księdzu mieszka we Wrocławiu?
- Można Wrocław polubić.
* * *
Gołębiewski urodził się krótko przed II wojną światową. 24 czerwca 1962 roku został księdzem, ale na parafiach spędził tylko cztery lata. Biskup wysłał go na studia, najpierw na Katolicki Uniwersytet Lubelski, potem do Rzymu i Paryża. Po powrocie Gołębiewski wszedł w struktury diecezji włocławskiej jako członek rady kapłańskiej, sędzia sądu biskupiego, wykładowca oraz rektor seminarium.
Studia w Rzymie, doktorat, praca w kurii i seminarium - to droga często prowadząca do biskupstwa.
20 lipca 1996 roku została ogłoszona jego nominacja na biskupa diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Na biskupie zawołanie wybrał słowa: Ad imaginem Tuam.
Na obraz i podobieństwo Twoje.
* * *
To jedna z najbardziej wstrząsających ujawnionych spraw dotyczących pedofilii w Kościele oraz jej ukrywania przez hierarchów. To również jedna ze spraw najdokładniej opisanych przez media. By zrozumieć wydźwięk słów arcybiskupa z naszej rozmowy, trzeba ją jednak przypomnieć. W tym celu bazuję przede wszystkim na materiałach Jacka Harłukowicza i Marcina Kąckiego[1].
Były już ksiądz Paweł Kania w kilku procesach został skazany za posiadanie i tworzenie dziecięcej pornografii, molestowanie seksualne dzieci oraz gwałty. Wykorzystał wielu chłopców w kilku parafiach w dwóch diecezjach, także poza Polską. O stawianych mu zarzutach wiedziało co najmniej czterech biskupów ukaranych po latach przez Watykan. Wśród nich jest Marian Gołębiewski.
* * *
- Koszalin? To była trudna diecezja - wspomina Gołębiewski. - Upadły PGR-y, ludzie byli biedni. Wcześniej dużo było ludności napływowej. Po wojnie jednej pieśni nie mogli razem zaśpiewać, bo każdy znał inną melodię. Było też trochę nieciekawego elementu, bo tam jak na Dziki Zachód jechali, żeby się zagubić: rozwodnicy, kryminaliści...
Pytam, gdzie łatwiej było mu budować relacje z księżmi: w Koszalinie czy we Wrocławiu, do którego trafił jako arcybiskup metropolita w 2004 roku.
- We Wrocławiu diecezja była ugruntowana, były struktury. A tam ani kurii nie było, ani katedry, ciasnota straszna. Tu były budynki i warunki.
- A jak to się przekłada na relacje z księżmi? - wracam do tematu.
- We Wrocławiu kontakt z biskupem był rzeczą oczywistą. Były dekanaty, instytucje kurialne, w Koszalinie cały czas wszystko w stanie stawania się. Poszedłem do piwnic, a tam akta na szafach, na krzesłach, na stole. Pytam, co to jest. "Akta, które oddaje się do archiwum, ale nie mamy archiwum". Tak nie może być! Zamówiłem firmę, zamontowała regały i się zrobiło miejsce. To niby rzeczy drugorzędne, ale odgrywają rolę.
- Księże arcybiskupie, struktury, archiwum, budynki... Ale co jest najważniejsze w relacji między ordynariuszem a księżmi? - dopytuję.
- Dla biskupa to jest najważniejsza sprawa! - odpowiada Gołębiewski, niepomny, że przed chwilą opowiadał o aktach w piwnicy i kurialnych instytucjach. - Jak biskup nie będzie miał dobrych relacji z księżmi, to cóż sam znaczy?
* * *
Paweł Kania zostaje księdzem w 1996 roku, trafia na parafię w Oławie, a w 2002 roku do parafii pod wezwaniem Ducha Świętego we Wrocławiu. Opiekuje się ministrantami i uczy religii. To prawdopodobnie wtedy po raz pierwszy wykorzystuje seksualnie dziecko. Dwunastoletniego Karola zaprasza na plebanię, pozwala chłopcu grać na komputerze, wozi go samochodem, daje mu prezenty. Posuwa się coraz dalej - od sprośnych uwag przechodzi do niby przypadkowych dotknięć, by po kilku miesiącach ściągnąć mu majtki i włożyć sobie do ust jego penisa.
* * *
- Biskup musi przestrzegać prawa kanonicznego, musi wymagać od księży. Ale jednocześnie muszą czuć ojcostwo biskupa - mówi Gołębiewski. - Można nieraz księdza upomnieć, nawet ostro, niektórzy by ocenili, że wręcz po dyktatorsku. Ale jeśli księża wiedzą, że jest to umotywowane ich dobrem, to się nie obrażą. Raczej powiedzą: "Ale nam ksiądz biskup powiedział, aż nam poszło, ale to była prawda".
I dodaje: - Księża przeżywają krzywdę ze strony biskupa. Jak się kogoś za mocno potraktuje, to trzeba przeprosić, wziąć, żeby usiadł koło ciebie, żeby inni widzieli, że go nie odrzucasz.
* * *
Pierwszy raz Kania zostaje zatrzymany w 2005 roku. Przed sklepem spożywczym nagabuje kilku chłopców, proponując "łatwy zarobek". Chłopcy podejrzewają, że chodzi o seks. Dzwonią na policję. Funkcjonariusze skuwają Kanię i zawożą na komisariat. Podczas przeszukania we wrocławskiej parafii, gdzie pracuje, znajdują materiały z pornografią dziecięcą. Proboszczowi mówi, że został wrobiony. Ten mu nie wierzy - już wcześniej starał się izolować go od ministrantów. Informuje kurię o tym, co znalazła policja.
Wrocławska kuria kierowana przez Gołębiewskiego nie wszczyna postępowania. Nie informuje o sprawie Stolicy Apostolskiej, w ten sposób łamie watykańskie przepisy obligujące ją do tego od 2001 roku. Kania nie trafia do aresztu - poręcza za niego kardynał Henryk Gulbinowicz, wówczas już emerytowany biskup wrocławski, potężna postać polskiego Kościoła i życia publicznego.
Kania zamiast za kratki jedzie na urlop.
Kiedy w 2006 roku zaczął się proces związany z zatrzymaniem pod sklepem, ksiądz Paweł trafia do diecezji bydgoskiej. Biskupem diecezjalnym od 2004 roku jest tam Jan Tyrawa, wcześniej biskup pomocniczy diecezji wrocławskiej. Nie tylko zgadza się przyjąć znanego sobie księdza do diecezji mimo ciążących na nim zarzutów, lecz także kieruje go do opieki nad ministrantami w parafii pod wezwaniem Opatrzności Bożej oraz do uczenia religii w gimnazjum. W przeniesieniu istotną rolę odgrywa biskup Edward Janiak, wówczas biskup pomocniczy we Wrocławiu, później rządca diecezji kaliskiej.
* * *
Gołębiewski: - Przenoszenie księży to zawsze trudny moment. Ale nieraz przychodzą informacje z parafii, że tak dalej być nie może. Reakcja księdza będzie negatywna: "Jak tak można?". Ale jak jest winien, to się uspokoi.
- Czego winien?
- A że za dużo popija albo jakaś kobieta za bardzo opanowała parafię. Ludzie rozumieją, że ksiądz musi mieć pomoc na plebanii, ale w biurze chcą rozmawiać z proboszczem, nie z gospodynią. Ale czasem mogą przyjść kierowani impulsem, a nie mieć racji.
* * *
W Bydgoszczy Kania dalej "poluje". Rzuca jednoznacznie nacechowane uwagi w stronę ministrantów. Znów otacza troską chłopców, którym w domu brakuje uwagi i których rodziny znajdują się w trudnej sytuacji finansowej. Wielokrotnie zgwałcony przez niego Arek tak opowiada Harłukowiczowi: "Zawsze miał czas, żeby pogadać. Gdy słuchał, to z zainteresowaniem. W domu mi tego brakowało. Moi rodzice nigdy nie byli zbyt wylewni ani zainteresowani. (...) Nie widziałem nic złego w tym, że komplementował mój wygląd. Że zauważał, że rosną mi mięśnie. To mi imponowało"[2].
Kania bywa bardziej niż wcześniej cierpliwy. Pierwszy raz krzywdzi Arka po trzech latach.
* * *
Gołębiewski: - Trzeba być ostrożnym. Zajechałem do Koszalina, poszedłem pierwszy raz do biura, a tu czeka ogonek księży do rozmowy ze mną. Ja nowy, niezorientowany. Kanclerz tylko mi szepnął, że wszyscy żyją w konkubinatach. Więc mówiłem im: "Zbadam księdza prośbę i dam odpowiedź". Okazywało się, że nie można tych księży promować, bo ciągną się za nimi sprawy.
- To kogo warto promować?
- Jak ksiądz jest nawet na małej parafijce, ale z ludźmi żyje dobrze, pomagają mu, przynoszą jedzenie, ma pełną lodówkę. Takich warto. Ale oni często nie chcą iść do innej parafii.
* * *
Dorosły dziś Arek wspomina: "Zadzwonił, że jest ze znajomymi nad jeziorem. Że są tam dzieci, więc nie będę się nudził. Mama nie widziała w tym nic złego, ja też bardzo się ucieszyłem. (...) Na miejscu przez cały dzień bawiłem się z innymi dziećmi, dorośli siedzieli w swoim gronie. Był grill, jakiś alkohol. Do spania mieliśmy przyczepę kempingową. Było tylko jedno łóżko. Już pierwszej nocy poczułem, że mnie dotyka. Najpierw nieśmiało: to było jakieś delikatne smyranie po włosach, po plecach, potem po pośladkach. Spróbował dotykać mojego penisa, ale był jakby trochę przestraszony. Szybko zrezygnował. Nie wiedziałem, jak zareagować. Nie wiedziałem, co się dzieje. Rano - jak gdyby nigdy nic. A kolejnej nocy znowu to samo. Nie wyszedł wtedy jednak poza dotykanie. (...) Prosił, żeby o tym nie rozmawiać. "Tylko nie mów nikomu", mówił"[3].
* * *
Gołębiewski: - To Pan Bóg tym kieruje, ale posługuje się ludźmi. Są księża, którzy nawet na biednych parafiach potrafią zorganizować trochę grosza, wszystko dobrze działa, posługa duszpasterska też, ludzie dobrze o nich mówią. To chcę takiego dać gdzie indziej, żeby tam też to zrobił. A są parafie większe, zgrabne, a niemrawe, gdzie jest marazm. Dopiero jak się proboszcz zmieniał, to życie powstawało.
Dodaje: - Ale też trzeba zmieniać, żeby ktoś z małej parafii trafił do dużej, żeby nie mówili, że ci, co krążą między dużymi parafiami, mają względy u biskupa. Trzeba zauważyć zwykłego księdza i go wypromować: jako przykład, że warto.
* * *
Na Kanię narzekają rodzice w szkole. W bydgoskiej kurii skarży się dyrektorka gimnazjum. Interweniuje proboszcz parafii.
Paweł Kania wykorzystuje w tym czasie Klaudiusza, czternastolatka, którego samotnie wychowuje matka. Znów: kupuje mu prezenty, wzbudza zaufanie, zabiera na wycieczki. Wchodzi w rolę zastępczego ojca. Manipuluje. Krzywdzi.
W 2009 roku Tyrawa odsyła Kanię do archidiecezji wrocławskiej. Tam trafia na jedną z wrocławskich parafii, a później zostaje przeniesiony do kościoła pod wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu.
* * *
Gołębiewski: - Kanclerz kurii to musi być prawnik, bo dokumenty muszą być dopracowane. Nie może ulegać sugestiom, być niezrównoważony w sądach, musi być stateczny.
- Trudniejszy jest wybór rektora seminarium: tam musi być ktoś, kto ma wewnętrzny autorytet, żeby oddziaływał pozytywnie na kleryków. Ktoś może mieć wysoki stopień naukowy, ale trudny charakter, i się nie nadaje.
- A kto zostaje biskupem? - dopytuję.
- To musi być ksiądz, który rokuje, że będzie miał dobry odbiór u księży. Musi mieć dobre zdrowie fizyczne i psychiczne. Często biskupem zostaje rektor seminarium, ale teraz to się zmienia. Papież Franciszek powołuje też proboszczów czy nawet wybijających się wikariuszy.
* * *
W Miliczu Kania znów uczy religii w szkole. Ciągnie się za nim fama pedofila przeniesionego na kolejną parafię. Po kilku dniach próbuje wykorzystać szesnastoletniego Janka, opiekuna ministrantów. Ten idzie do księdza Radosława Bariasa, wikarego w tej samej parafii, który sprawdza, że na Kani ciąży nieprawomocny wyrok za posiadanie pornografii dziecięcej (to wspomniana sprawa z 2005 roku). Kania zaprasza ministrantów do siebie, kupuje im prezenty. Zarówno Janek, jak i ksiądz Barias interweniują u proboszcza. Bez skutku. Udają się do biskupa Edwarda Janiaka, który odpowiada w diecezji za sprawy kadrowe.
Proboszcz sztorcuje ich za robienie afery. W samochodzie księdza Radosława ktoś przebija oponę.
Kania zostaje w parafii. Ksiądz Barias zostaje przeniesiony.
* * *
Gołębiewski: - Zdarza się też, że ktoś coś załatwia za pomocą oskarżeń. Przyszedł raz ksiądz i gadał na dziekana. Niestworzone rzeczy: że ma syna, że był jego chrzest w Krakowie, że ma mieszkanie dla partnerki. Powiedziałem tylko: "Wszystko to sprawdzę". Zadzwoniłem do wójta w parafii, w której był ksiądz dziekan, i mówię: "Macie w komputerach wszystko, całą gminę, proszę sprawdzić takie i takie nazwisko, taki i taki adres". To wszystko była nieprawda.
* * *
W 2010 roku wyrok za posiadanie pornografii dziecięcej staje się prawomocny. Kania nie trafia do więzienia - dostaje wyrok w zawieszeniu. Pięć lat po zatrzymaniu przez policję Janiak zakazuje Kani uczenia w szkole i pracy z ministrantami.
W tym czasie ksiądz Paweł zdążył wykorzystać dzieci w trzech kolejnych parafiach.
Mimo wyroku sądów państwowych sprawa wciąż nie trafia do Watykanu. Kania nie przestaje być księdzem - zostaje kapelanem jednego z prowadzonych przez siostry zakonne Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego dla Dorosłych we Wrocławiu.
* * *
Według niektórych publicystów i księży, również biskupów, jedną ze struktur władzy w Kościele rzymskokatolickim jest wspierająca się koteria aktywnych homoseksualnie duchownych: "Sodoma", "lawendowa mafia", "układy homoseksualne". W Polsce jako jedno z centrów podobnych mechanizmów wskazywany jest Wrocław. Niektórzy przekonują, że tworzącą się wokół tych relacji - a także pieniędzy, kariery, wpływów, relacji heteroseksualnych - atmosfera tajemnicy, podwójnego życia i haków wpływała na sposób reagowania na przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci przez duchownych.
Pytam arcybiskupa Gołębiewskiego, co sądzi o podobnych tezach.
- Ja się z tym nie spotkałem. Byłem wychowany w normalnych warunkach, to było mi obce, nie miałem pojęcia, że tak może być, co to jest homoseksualizm. Ale jak byłem rektorem w seminarium, to bezwzględnie oczekiwałem, że klerycy będą dla dobra wspólnoty donosić mi o trzech rzeczach: nadużywaniu alkoholu, skłonnościach homoseksualnych oraz współpracy z władzami PRL. I bywało: jeden kleryk miał zdjęcia i podsuwał je pozostałym, inny diakon uwodził kleryka i wysłał mu list miłosny. Wywalałem z seminarium. To mi uświadomiło, że takie zjawisko jest. A posądzenia i plotki to zawsze chodziły.
- Chodzą także o biskupach w Polsce. Choćby o kardynale Gulbinowiczu - wtrącam.
- Dziewięć lat kardynał był tutaj ze mną, bo był moim poprzednikiem. Nie zauważyłem niczego, co by mi dało podstawę do myślenia o jego skłonnościach. Nieraz poszedłem porozmawiać, lubił plotki, wiedział dużo o Watykanie. Bawiło mnie to, choć niekoniecznie wierzyłem we wszystko. Był ciepły, inteligentny, humor miał. To, co mu zrobiono, jest nieludzkie. Ten dekret, który ktoś, nie wiem kto, nuncjusz czy Nycz, mu odczytał, kiedy już nie kontaktował... Nawet jeśli coś tam było, to miał szansę przeprosić Pana Boga. Żeby po 40 latach we Wrocławiu nie mógł być pochowany w katedrze... To mi się w głowie nie mieści. I mogę to powiedzieć i papieżowi, i nuncjuszowi, i każdemu.
* * *
Po wyjeździe z Bydgoszczy Kania nie zrywa kontaktu z wcześniejszymi ofiarami. Mieszkając u sióstr, wciąż zabiera Arka na wycieczki. Arek opowiada Harłukowiczowi: "W Warszawie wynajął dla nas pokój w Hiltonie. Najpierw zabrał do Muzeum Powstania Warszawskiego, potem do kina. A wieczorem po prostu zaczął się do mnie dobierać i brać penisa do ust. I jeszcze mówił - to pamiętam dobrze - że następnym razem wolałby, żeby nie było to takie jednostronne. Wtedy postanowiłem, że już nigdy nigdzie z nim nie pojadę"[4].
Kania obwinia Arka. Proponuje wyjazd na Fuerteventurę. Chłopak - miał wtedy 15 lat - nie chciał jechać. Łamie się, gdy Kania grozi, że zabierze jego młodszego brata.
Molestuje Arka każdej nocy. Gdy chłopiec się broni, gwałci.
* * *
- Jakie podejście dominuje wśród polskich biskupów w sprawie pedofilii wśród duchownych? - pytam Gołębiewskiego.
- Do pewnego czasu temat w Episkopacie nie istniał, bo jeszcze do nas nie dotarł, nie było to tak nagłaśniane. To się zaczęło w Ameryce, sądy nad diecezjami, bankructwa. Potem przeszło do Europy, najsilniejszy cios został wymierzony w Kościół w Irlandii. Aż doszło do nas. Byliśmy bezradni.
* * *
U sióstr Kania mieszka krótko. Widzą, że przyprowadza do siebie chłopców. W 2011 roku ksiądz Paweł trafia do domu księży emerytów.
Nie mogąc pracować z ministrantami i nie ucząc w szkole, wraca do taktyki z 2005 roku. Wystaje pod sklepami i upatruje sobie kolejnych ofiar.
W 2012 roku zaczepia Marcela, którego rodzice ledwo wiążą koniec z końcem. Marcel nie wie, że "wujek" jest księdzem. Kania zabiera go i jego młodszego brata Filipa na wycieczki. Daje im prezenty, robi zakupy do domu. Obmacuje chłopców, Marcela zmusza do seksu oralnego.
* * *
Gołębiewski: - Jak starzy biskupi są brani na dywanik do nuncjusza, to pytają: "Jak było zaradzić z takim księdzem? Co było robić?". Nigdy nie miało się absolutnej pewności, że to prawda. Gdzieś się dowiedziałem, ktoś mówi, wzywam księdza i on się wszystkiego wypiera. Jeden trzy godziny histeryzował, płakał jak dziecko, przysięgając, że jest niewinny. Bądź tu mądry!
- Na początku nie było żadnych mechanizmów. Teraz są diecezjalni księża wyznaczeni, są instytucje, wcześniej nic nie było. Działaliśmy po omacku. Gdybym miał pewność, że on ma to na sumieniu, to ciach, upomnienie kanoniczne, suspensa i koniec. Ale to nie jest tak łatwo.
Biskup się zamyśla.
- Niektórzy mówią: "Jak mogliście tak robić, to zaniedbania"... Tak to jest, jak się patrzy przez współczesne okulary na rzeczywistość, która była 25 lat temu.
* * *
W ciągu czterech ostatnich miesięcy 2012 roku Kania osiem razy przyjeżdża z Marcelem do tego samego hotelu we Wrocławiu. Nie melduje chłopca. Recepcjonistka i ratownik basenowy - świeżo po szkoleniu "Stop przemocy wobec dzieci" - reagują w ostatnich dniach grudnia. Dyrektor hotelu wzywa policję. Funkcjonariusze nie zastają nikogo w pokoju, ale znajdują kamerę i dziecięcą pornografię.
Do Kani dzwoni recepcjonistka. W ramach zasadzki mówi mu o włamaniu do pokoju. Nie ma go w hotelu, bo jeździ po podwrocławskich wsiach, odprawiając msze w zastępstwie za nieobecnych księży - to częsta praktyka w okresie świąt, ferii i wakacji. Ksiądz jest podejrzliwy. Prosi wożącego go organistę, by poszedł za niego do pokoju i przyniósł mu laptopa.
Organista prowadzi policjantów do samochodu. Kania zaczyna się szamotać, ukrywa w samochodzie pendrive'a. Policja ma za mało dowodów - Marcel nie zeznaje przeciwko księdzu. Po wyjściu z aresztu Kania dzwoni do organisty, prosi o przyniesienie pendrive'a, ale ten zanosi go na policję, która równolegle przeszukuje mieszkanie duchownego w domu księży emerytów. Znajdują setki filmów i zdjęć pedofilskich, również z udziałem Marcela.
Niektóre z materiałów pochodzą z pobytów Kani w Azji i Ameryce Łacińskiej. Tam również wykorzystywał - jak o nich mówił z ambony, gdy zbierał datki na pomoc - "biednych Indian".
* * *
- Uważa ksiądz, że to księdza spotkało? Spojrzenie ahistoryczne?
Gołębiewski: - Chyba tak. To były niejasne sprawy. Chodzi o trzech księży. Jeden nie żyje. Drugiemu zagroziłem upomnieniem kanonicznym, ale dowodów nie było. A trzeci to ten, co już nie jest księdzem, Paweł Kania. Ale czy to jest proporcjonalne, żeby za jednego zboczeńca ukarani zostali kardynał, Tyrawa, Janiak i ja? Pewno Watykan chce dla przykładu wobec mediów i świata ubić jednego czy drugiego biskupa emeryta, który jest już blisko końca życia. Dla Watykanu to niewielka rzecz.
- Być może jakaś frakcja się dorwała w Watykanie i steruje tym wszystkim. Papież jest z innego kręgu kulturowego, nie zna naszej sytuacji, trudno, żeby interesował się szczegółowo emerytem z Wrocławia czy Zielonej Góry. Odsunięto ludzi związanych z Janem Pawłem II na boczny tor. A to był wielki papież, zaistniał na świecie, był gwiazdorem. Niektórym to mogło się nie podobać, mogli zazdrościć. Bo wcześniej to zawsze Włosi byli najważniejsi.
- Ograniczenia nałożone przez Watykan są uciążliwe? - pytam.
- Niespecjalnie, mało się angażuję. Czasem jakieś bierzmowanie. Przynajmniej z diecezji mnie nie wyrzucili. Nie wiem, czy w Kodeksie prawa kanonicznego znalazłbym przepis, co na to pozwala. Były nuncjusz Kowalczyk zdecydowanie sprzeciwiał się takim decyzjom. A że mam prowadzić życie pokutne? Jakie inne prowadzi biskup emeryt?
- Zastanawiam się tylko, co robić, gdy umiera ktoś bliski, kolega, ksiądz... - zasępia się.
- Ostatnio zmarł biskup Janiak, także ukarany przez Watykan. Mimo zakazów pojechał ksiądz współprowadzić jego pogrzeb - podsuwam.
- "Umarłych pogrzebać"! To jeden z uczynków miłosierdzia wobec ciała. To dylemat rozstrzygany już w greckich tragediach. Zakaz, który nie pozwala prowadzić pogrzebu, nie mieści się w żadnych regułach prawnych. Które prawo jest ważniejsze? Naturalne czy stanowione? W innych sprawach szat nie rozdzieram, w życiu publicznym nie biorę udziału.
- A ma sobie ksiądz coś do zarzucenia w sprawie Kani?
- Nie. Wysłałem do Watykanu powiadomienie. Nie uzgadniałem jego wyjazdu do Bydgoszczy. Za wikariuszy był odpowiedzialny biskup Janiak, on to ustalał.
- Ale to ksiądz był ordynariuszem.
- Oczywiście jako metropolita zgodziłem się na ten wyjazd, więc ostatecznie odpowiedzialność spada na mnie. Ale niczego sobie nie zarzucam.
* * *
Po aresztowaniu i postawieniu Kani zarzutów molestowania trzech chłopców, którzy zdecydowali się zeznawać, historią zajmują się media. Dopiero wówczas - w 2013 roku, ponad siedem lat od zatrzymania księdza pod sklepem - arcybiskup Gołębiewski, przez cały ten czas ordynariusz wrocławski, wszczyna postępowanie kanoniczne i kieruje sprawę do Watykanu.
W 2015 roku Kania zostaje skazany na siedem lat pozbawienia wolności. Nigdy nie rozpoczął zasądzonej mu przymusowej terapii. Nie przyznał się do winy. Gdy za kilka dni miał trafić za kratki, napisał na Facebooku: "Zajęciem BOGA jest przebaczanie".
W 2019 roku, po premierze filmu "Tylko nie mów nikomu" Tomasza i Marka Sekielskich, kuria wrocławska poinformowała, że Paweł Kania nie jest już księdzem.
W grudniu 2020 roku sąd prawomocnie zasądził 300 tysięcy złotych odszkodowania dla Arka od kurii wrocławskiej i bydgoskiej. Uznał, że biskupi tych diecezji przez lata byli świadomi, że Kania krzywdzi dzieci, i gdyby nie ich działania, do krzywdy niektórych z ofiar by nie doszło. Harłukowicz pyta Arka: "Po twojej wygranej w sądzie ktoś ze strony kościelnej się do ciebie odezwał? Powiedział, że mu przykro? Przeprosił?". Arek odpowiada: "Nikt. Ani razu. Nie liczyłem na to zresztą. Wiem, że Kościół nie potrafi przyznać się do swoich własnych grzechów"[5].
* * *
- Mówił ksiądz o biskupie Janiaku. Jak go ksiądz wspomina?
Gołębiewski: - Bardzo operatywny i dyspozycyjny biskup. Nigdy nie doznałem, żeby mnie nie posłuchał. Naukowcem wielkim nie był, ale potrafił wiele spraw załatwić. Gdy szedł do Kalisza, życzyłem mu wszystkiego, co najlepsze, myślałem, że będzie mu tam dobrze. Nie umiem wyjaśnić, co się stało, że spotkał się z takim oporem, że nawet święceń kapłańskich nie mógł udzielić. Niektórzy mówią, że tam "tylko biskup się liczył". Nie zgadzam się, znałem go, wiem, ilu ludziom pomógł, na moje wyczucie to nawet za dużo.
- Media go dobiły, nie mam wątpliwości. Dobrze się trzymał, był odporny, to nie był szaraczek. Nosił w sercu żal, że jak chciał porozmawiać z prymasem, to ten nie chciał, tylko zgłosił sprawę do Watykanu...
- Wzięli go do szpitala i mówią, że alkohol miał w organizmie, ktoś usłużny doniósł "Wyborczej". A on nigdy nie przeholował, znałem go. Ale może z tego wszystkiego wypił więcej? Wykończyli go.
* * *
We wrześniu 2021 roku Kania opuścił zakład karny. Sąd nie uwzględnił wniosku prokuratury, by trafił do ośrodka dla szczególnie niebezpiecznych przestępców w Gostyninie. Jednocześnie uznał, że Kania rzeczywiście wciąż stanowi zagrożenie, objął go nadzorem prewencyjnym oraz nakazał mu podjęcie terapii.
* * *
- Co panu dać na pamiątkę? - pyta arcybiskup. Zanim zdążę odpowiedzieć, idzie na górę i po chwili przynosi książkę z wyborem swoich homilii z czasu urzędowania we Wrocławiu.
Wychodzę przed budynek, znów jestem przed katedrą. Głowa mi pęka od natłoku myśli. I aż nie wiem, od czego zacząć tę opowieść. Opowieść o władzy w Kościele w Polsce.
WSTĘP
KTO RZĄDZI KOŚCIOŁEM W POLSCE?
Od tego pytania zacząłem zdecydowaną większość rozmów.
Nie dostałem jednej odpowiedzi. Kościół jest zbyt dużą i skomplikowaną... No właśnie, czym? Wspólnotą? Instytucją? Korporacją zawodową? Delegaturą innego państwa? Zbiorem prefektur terytorialnych?
Już samo rozumienie Kościoła - czyli to, czy rozmawiamy o wiernych w parafii, księżach, zakonnikach i zakonnicach, biskupie i kierowanej przez niego diecezji, czy o Konferencji Episkopatu Polski - wpływa na treść odpowiedzi na to pytanie.
* * *
Wydawałoby się, że odpowiedź jest prosta. Kościołem rządzą biskupi. Bo kto?
Wypowiedzi wskazujące na biskupów różnią się jednak od siebie. Niektóre wskazują na kierownictwo Episkopatu. Inne na większościowy typ hierarchów. Jeszcze inne: na dziedzictwo polityki personalnej z czasów polskiego papieża.
Ksiądz Andrzej Kobyliński z diecezji płockiej, który już pod koniec lat 90. zgłaszał władzom kościelnym problem pedofilii klerykalnej, odpowiada: - Gdy chodzi o Kościoły lokalne, największa władza spoczywa w rękach prezydium Episkopatu. To władza realna, ugruntowana w prawie kanonicznym, osadzona w dokumentach. To osoby odpowiedzialne za jakość sprawowania władzy w Kościele.
- Rządzą mocno starsi mężczyźni, którzy z założenia powinni zachowywać celibat, a nie zawsze to robią, którzy mają poczucie, że Kościół to hierarchia, a lud Boży jest do niej na doczepkę - mówi Edyta Przykaza, była świecka pracownica instytucji kościelnej. - Budują ogromną przepaść między sobą a nami, świeckimi.
Ksiądz jednej z polskich diecezji, od ponad dekady mieszkający w kraju Europy Zachodniej (prosi o anonimowość): - Biskupi z czasów Jana Pawła II.
Ojciec Paweł Kozacki, dominikanin, były (gdy rozmawialiśmy - aktualny) przełożony polskich dominikanów, ujmuje rzecz krócej: - Koledzy nuncjusza Kowalczyka.
* * *
W rozmowach często powracało słowo: "nikt". A gdy nikt nie rządzi, rządzi bezwład.
Moi rozmówcy nie słyszą głosu Episkopatu, ale też często na niego nie czekają. W jednym sensie kardynał jest ważniejszy od arcybiskupa, w innym nie, bo nie zyskał większości w Episkopacie, a pod względem teologicznym w ogóle nie istnieje taki byt jak "polski Kościół".
- Odpowiedź: "Nikt albo Duch Święty" ze wskazaniem na "nikt" jest jak najbardziej właściwa - konkluduje Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny "Więzi", od miesięcy publikujący reportaże śledcze o ukrywaniu przestępstw w Kościele.
Duchowny proszący o anonimowość: - Nie ma jednego ośrodka sprawowania władzy. Dryfujemy. Mamy liderów, którzy są punktem odniesienia dla określonych części Kościoła. Przy dzisiejszym kryzysie autorytetu biskupa, także wśród katolików, nie odważę się, żeby powiedzieć, że nawet w poszczególnych diecezjach Kościołem jako wspólnotą rządzą biskupi.
Rozmawiam także z księdzem Jackiem Prusakiem, jezuitą i psychoterapeutą związanym z "Tygodnikiem Powszechnym". - Polskim Kościołem rządzą czynniki zewnętrzne natury społeczno-politycznej. Reagowanie na nie daje niektórym biskupom błędne poczucie, że kierują Kościołem. To nieprawda. Odpowiadają na to, co jest im narzucane i z czym są konfrontowani. Wizji duszpasterskiej w tym nie ma.
* * *
A może system?
Silniejszy niż jednostki, przenikający sposób działania instytucji, reprodukujący się i często patologiczny. Bezwład i system jednym daje władzę, w innych rodzi strach.
Ksiądz proszący o anonimowość: - To jedno wielkie uwikłanie. System, który zaczyna się wymykać i żyć własnym życiem i w którym nie da się zlikwidować wszystkich zależności, żeby zrobić nowy porządek. Bo wszyscy są uwikłani. Spójrz na archidiecezję gdańską. Wszyscy mieli nadzieję, że kiedy odejdzie Głódź, to będzie lepiej. A okazało się, że przez te 12 lat cała rzesza księży, dziekanów, proboszczów łożyła pieniądze na biskupa, ofiarowała mu lojalność, chroniła siebie i posady. I uwikłała się w system w tym samym stylu.
* * *
Ksiądz Adam Świeżyński, kapłan archidiecezji gdańskiej, który po konflikcie z arcybiskupem Sławojem Leszkiem Głódziem stał się duchownym bez przydziału i obecnie mieszka w Legionowie pod Warszawą, wykładając na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego: - Łatwiej byłoby mi powiedzieć, co rządzi polskim Kościołem. Po pierwsze: lęk przed światem zewnętrznym i tymi, którzy myślą inaczej. Po drugie: myślenie czysto wizerunkowe. Po trzecie: strach przed utratą władzy i wpływu na ludzi.
Podobną myśl wyraża Jakub Kiersnowski, prezes Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie: - Biskupi się boją. Wiedzą, że mają z księżmi pod górkę, że tracą na znaczeniu. Są biskupami, a nikt ich nie słucha. To nie strach przed utratą wpływów. To strach przed uświadomieniem sobie, że już ich nie mają.
Ojciec Mikołaj Mrówczyński, dominikanin z Rzeszowa: - Polskim Kościołem rządzi nienawiść. Polski katolicyzm jest spolityzowany i z tego często płynie właśnie nienawiść.
Ksiądz Jakub Kołacz, były prowincjał Prowincji Polski Południowej jezuitów, odpowiada: - Rządzą szacowne osobistości, które niestety często rozumieją swoją misję jako przede wszystkim obronę tego, co mamy, niż jako ewangelizacyjne wyjście na zewnątrz. Przykro powiedzieć, że nasi liderzy to cudotwórcy (przepraszam za ironię): żyją w świecie, którego nie ma. Rządzi grupa, która negatywnie ocenia rzeczywistość wokół siebie, nielubiąca świata, w którym żyje. To troszkę passé, ale to oni narzucają ton.
* * *
W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o to, kto rządzi Kościołem w Polsce, odbyłem rozmowy z 68 osobami z 17 polskich miejscowości znajdujących się w 16 różnych diecezjach, a także mieszkającymi w Belgii, Stanach Zjednoczonych i Holandii. Wśród moich rozmówców było 11 biskupów, 35 księży, w tym 15 diecezjalnych oraz 20 zakonników z siedmiu zakonów męskich. Rozmawiałem z siedmioma siostrami zakonnymi (dwie z nich były wówczas w trakcie opuszczania zakonu) z pięciu zgromadzeń, dwiema osobami skrzywdzonymi w dzieciństwie przez księży oraz z trojgiem świeckich pracowników kościelnych instytucji. Pulę uzupełnia dziesiątka świeckich ekspertów od Kościoła. Rozmowy złożyły się na ponad 100 godzin nagrań. Spis rozmówców (z pominięciem tych, którzy poprosili o anonimowość) można znaleźć na końcu książki.
Korzystałem (wprost i nie wprost) z prawie 30 książek i setek materiałów medialnych.
Wielość różnych odpowiedzi układa się w trzy dominujące.
Po pierwsze: przeszłość.
Po drugie: strach.
Po trzecie: bezwład.
Wszystko to spajają zaś fundamentalne wobec ludzi dzierżących władzę system jej sprawowania i relacje w Kościele: między biskupami, księżmi na różnych stanowiskach, siostrami zakonnymi, pracownikami i pracownicami instytucji kościelnych, świeckimi.
Dlatego rozmowa o hierarchach, ich wpływach i poglądach, jest niezbędna, ale nie najważniejsza. Kluczowe są mechanizmy. By opisać sposoby zarządzania Kościołem w Polsce, nie sposób nie posłużyć się przykładami, ale będą one miały przede wszystkim funkcję ilustracyjną.
* * *
Często powtarzana formuła "święty Kościół grzesznych ludzi" to sposób na minimalizowanie napięcia między tym, co Kościół rozpoznaje jako teologiczną prawdę o świętości wspólnoty Kościoła, a tym, co wiemy o haniebnych, niekiedy zbrodniczych czynach przedstawicieli tegoż Kościoła. Umyka przy tym coś fundamentalnie ważnego.
Oto pewna teologiczna teza: Kościół jest święty świętością swojego Założyciela, a więc Chrystusa. Oto pewna antropologiczna teza: każdy człowiek jest grzeszny, każdy jest ułomny i podatny na wybór zła. Brakuje jednak spoiwa, tezy socjologicznej: Kościół jest nie tylko - za jego własnymi dokumentami i Pismem - "mistycznym ciałem Chrystusa". Kościół nie jest również jedynie zbiorowością jednostek. Kościół jest także wspólnotą, instytucją, organizacją. W jego ramach tworzą się mechanizmy władzy i podległości, wsparcia i przemocy, pomocy i wykluczenia. System i struktury.
Niektóre z nich mogą pomagać wzrastać ku dobru. Inne ciągną ludzi Kościoła w dół. Nie przestają być odpowiedzialni za swoje wybory - mogli dokonać innych. Ale również od tego, jak ułożony jest świat społeczny, zależy, czy łatwiej jest zachować się przyzwoicie, czy niegodziwie. Czy nagradzany jest oportunizm, czy przyzwoitość. Jakie konsekwencje są związane z podporządkowaniem lub przeciwstawieniem się dominującym mechanizmom?
Istnienie struktur, które wspierają dokonywanie dobrych lub złych wyborów, katolicka teologia nazywa odpowiednio strukturami łaski oraz grzechu. To pojęcia zaczerpnięte z latynoamerykańskiej teologii wyzwolenia. Ksiądz Alfred Wierzbicki, były wykładowca Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, tłumaczy je następująco: - Istnieje sprzężenie zwrotne między kształtem systemu a cechami charakteru ludzi, którzy go tworzą. Bo na Kościół trzeba patrzeć także jak na zwykłą społeczność. Za mało w Kościele myślimy o strukturach grzechu, a jeśli już to robimy, to odnosimy to pojęcie do tego, co na zewnątrz. A struktury grzechu są także wewnątrz.
Niektórzy nie chcą tego zauważać. Biskup Paweł Socha, emerytowany biskup pomocniczy zielonogórsko-gorzowski, z którym rozmawiam przez telefon, deprecjonuje znaczenie struktur jako takich. - Za dużo zajmujemy się strukturami, a za mało zajmujemy się tym, co jest istotne w Kościele. Struktury są drugorzędne. Ale cała machina posoborowej nowoczesności jest nakierowana na zmiany strukturalne i twierdzi, że struktury uleczą grzech ludzki, który może być uleczony tylko przez Boga - mówi. Gdy pytam o obecne w teologii pojęcie "struktur grzechu", odpowiada: - To jest nazizm, komunizm, LGBT i wszystkie formy laicyzacji. Do tego zaangażowane są parlamenty i uniwersytety, wszystkie tak zwane autorytety. Diabeł ma do tego wystarczającą inteligencję, żeby tych ludzi włączyć do swojej roboty.
Można zamykać oczy, ale założenie, że ludzie tworzą system, a system wpływa na to, jak w jego ramach zachowują się ludzie, jest w zasadzie banałem. Jest jednak kluczowe w opowieści o władzy w Kościele w Polsce.
To opowieść o ludziach, którzy robią rzeczy podłe, ale też o ludziach, którzy robią rzeczy wspaniałe lub się podłości przeciwstawiają. O ludziach, którzy próbują odnaleźć się w niełatwej sytuacji funkcjonowania w systemie, którego kształtu nie akceptują, ale też o tych, którzy system utrwalają i bronią jak niepodległości. O ludziach niszczących i niszczonych. Będzie to opowieść o samym systemie: zasadach, przejawach, źródłach. O władzy, wpływach, seksie, pieniądzach, namiętności, znajomościach, zemście, polityce. Będzie to wreszcie opowieść o tym, czy ten system może działać inaczej. A więc także o nadziei i jej braku.
* * *
Przeszłość. Strach. Bezwład.
Każda z trzech głównych odpowiedzi ma wiele twarzy. W kolejnych częściach spróbuję je pokazać, niekiedy zdemaskować. W czwartej, ostatniej, przyjrzę się zewnętrznym procesom, które wpływają na sytuację Kościoła w Polsce. A także ludziom, którzy tu i teraz próbują funkcjonować w ramach Kościoła inaczej. I marzeniom tych, którzy wierzą, że inny Kościół jest możliwy.
* * *
Niemal wszyscy moi rozmówcy to ludzie wierzący. Jest wśród nich zaledwie jeden ateista. To głos z wnętrza - ale głos krytyczny. Będzie to więc także opowieść o wierze. Wierze w Polsce, wierze w Kościele, niekiedy wierze mimo Kościoła. O tym, czy kształt Kościoła w Polsce przystaje do chrześcijaństwa. Czy przystaje do Ewangelii. Do tego, o czym mówił Jezus Chrystus.
To, co o władzy mówił Chrystus, najkrócej można zaś ująć, przypominając cytat z niego samego: "Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich" (Mk 10,42-44; Biblia Tysiąclecia).
"Nie tak będzie między wami" - niech ta przestroga i to wezwanie, niech ta miara posłuży za drogowskaz. I za motto całej tej opowieści.
MARGINES 1
SERNIK
Jeszcze raz: piękny, wielki dom z obszernym holem, wieloma antykami i obrazami. Duża jadalnia. Smaczna kawa. Sernik na stole. Przyjazna, utrzymana w tonie ckliwie wspominkowym pogawędka z emerytowanym biskupem, który snuje opowieść o tym, jak to kiedyś było. Było ciężko, ale wiadomo: lepiej. Miły starszy pan dzieli się swoim życiem.
Jeszcze raz, tylko inaczej: senne przedpołudnie z człowiekiem, który uczestniczył w ukrywaniu seryjnego gwałciciela dzieci. Serniczek jedzony z osobą współodpowiedzialną za niewyobrażalną ludzką krzywdę, za złamane życiorysy i - do czasu - bezkarność bezwzględnego przestępcy. Kawa pita z niegdyś istotną postacią Kościoła, która wydaje się, że niczego nie zrozumiała i nie żałuje, a kary nałożone przez Watykan uznaje z jednej strony za krzywdzące (to bzdura), z drugiej zaś - za nieszczególnie dotkliwe (to natomiast prawda).
Czekając na pociąg na wrocławskim dworcu, pomyślałem, że właśnie obcowałem ze złem. Nie wiem, czy cynicznym i wyrachowanym, być może nieświadomym i tak mocno tkwiącym w samozakłamaniu, że nawet tego niezauważającym. Ale ze złem prawdziwym.
Pisząc tę książkę, spotykałem się przede wszystkim z ludźmi dwóch rodzajów. Pierwszy z nich to osoby, których wiedza, doświadczenia i spostrzeżenia wydają się pomocne w rozumieniu tego, kto rządzi Kościołem w Polsce - księżmi, siostrami zakonnymi, pracownikami i pracownicami instytucji kościelnych, dziennikarzami. Szukałem osób, które - pod nazwiskiem lub nie - są gotowe mówić szczerze, co myślą, i dzielić się tym, co wiedzą, bez okrągłych zdań i zbyt ogólnych diagnoz. Druga grupa to ci, którzy władzę w Kościele realnie sprawują - lub czynili to w przeszłości. Niektórzy z nich byli szczerzy. Niektórzy bez zażenowania mnie okłamywali. Wśród tych, którzy zgodzili się na spotkanie ze mną, arcybiskup Gołębiewski nie był jedynym, który swego czasu - by ująć rzecz delikatnie - co najmniej nie dopełnił obowiązków w kwestii ochrony dzieci i młodzieży przed przestępcami w sutannach. Nie był też jedynym, który próbował to relatywizować.
Jak rozmawiać z takimi osobami? Czy dociskać ich pytaniami, nazwiskami, oskarżeniami? A może pozwolić im mówić, by zrozumieć ich sposób myślenia i stan świadomości? By nim się ze mną podzielili, trzeba zaś, by nie czuli się atakowani.
Zdecydowałem się na drugą taktykę. Nie jestem dziennikarzem śledczym, ale publicystą i - rzadziej - reporterem. W trakcie rozmów z biskupami nie miałem wielu nowych i pewnych informacji, które warto byłoby skonfrontować z rozmówcą. Szczegółowe pytanie o sprawy szeroko opisane przez innych dziennikarzy - a niekiedy, jak sprawa Kani i kryjących go biskupów, także rozstrzygnięte przez Watykan - wydawało mi się bezcelowe.
Z niektórymi spośród 11 biskupów, z którymi się spotkałem lub porozmawiałem dłużej przez telefon, spędziłem pół godziny, z innymi godzinę, z kolejnymi prawie dwie. To także decydowało o przebiegu rozmowy.
Z kilku rzeczy - gwoli dziennikarskiej etyki - trzeba się jednak, nomen omen, wyspowiadać.
Po pierwsze, nie wybierałem biskupów do rozmowy. W czerwcu 2021 roku wysłałem zaproszenie do spotkania do wszystkich przebywających w kraju polskich hierarchów - rządzących diecezjami ordynariuszy, ich biskupów pomocniczych, a także biskupów emerytów. Tradycyjną pocztą skierowałem do nich łącznie 147 listów (liczba biskupów zmienia się ze względu na nowe nominacje oraz śmierć niektórych z nich). Po pewnym czasie do niektórych - obecnie lub niegdyś najważniejszych - napisałem wiadomości mailowe, a także dzwoniłem do ich sekretarzy. Próbowałem w ten sposób doprowadzić do spotkania z najistotniejszymi bohaterami tych części mojej książki, które dotyczą biskupów. Częściowo się udało.
Wśród tych, którzy się ze mną spotkali, byli tacy, po których się tego nie spodziewałem. Są również biskupi, o których sądziłem, że zgodzą się na rozmowę, a jednak odmówili spotkania. Wielu zbyło moją prośbę milczeniem. Inni odpowiedzieli listownie, niektórzy przez sekretarzy lub telefonicznie. Spotkałem się z każdym, kto wyraził gotowość do rozmowy - i podtrzymał ją na etapie ustalania konkretnego terminu.
Po drugie, żadnego z rozmówców nie okłamywałem. Od pierwszego kontaktu informowałem, że piszę książkę. Nie udawałem, że piszę książkę o czymś innym, niż piszę - o zwierzchnictwie, podległości, władzy w Kościele w Polsce. To, kim jestem i jakie mam poglądy na sprawy Kościoła w Polsce, można łatwo sprawdzić. Niektórzy biskupi - o czym jestem przekonany na podstawie treści naszych rozmów - tego nie zrobili. To już jednak praca nie moja, lecz służb prasowych diecezji.
Po trzecie, jak wspomniałem, spotkania z biskupami były różne. Faktem jednak jest, że niektóre z nich miały bardzo serdeczny i sympatyczny przebieg, również - jak z Gołębiewskim - w przypadku biskupów skompromitowanych. Budziło to we mnie dysonans. Tylko w ten sposób byłem jednak w stanie sprawić, by rozmowy były długie, a rozmówcy - zwłaszcza niektórzy - zaczęli swobodniej mówić, co myślą. Dotyczy to w szczególnym stopniu biskupów emerytów. Specyfika funkcjonowania hierarchów w Kościele w Polsce sprawia, że z jednej strony ich emerytura jest wygodna - żyją często w luksusowych warunkach, zaopiekowani (najczęściej przez siostry zakonne), dobrze żywieni, z rzadka i tylko niektórzy niepokojeni starymi sprawami.
Z drugiej strony przejście biskupa na emeryturę - zwłaszcza ordynariusza - oznacza nagłą zmianę całego życia, w które niekiedy wdziera się pustka. Emeryci miewają swoje obowiązki czy celebracje, niektórzy zachowują również wpływy. Tracą jednak realną władzę, znajdując się na marginesie spraw diecezji i procesów decyzyjnych. Nie są już tak często zapraszani, cała wewnątrzdiecezjalna polityka przestaje się na nich orientować, są rzadziej słuchani. Są za to gotowi opowiadać o przeszłości, gdy byli w centrum wydarzeń, a z ich opowieści często można wyciągnąć wiele istotnych informacji - o ile, znów, będą snuć swoją opowieść swobodnie. Jak powiedział mi Marian Kruszyłowicz, emerytowany biskup pomocniczy ze Szczecina: - Podnosi mnie pan na duchu, twierdząc, że moje wypowiedzi mogłyby być przydatne.
Po czwarte wreszcie, od niektórych hierarchów na zakończenie rozmowy dostałem drobne upominki w formie książek zawierających biskupie homilie. Zdecydowałem się je przyjąć. Robiłem to również dlatego, że część z tych publikacji nie jest dostępna, a analiza wygłaszanych przez biskupów homilii również ma znaczenie dla zrozumienia różnych zjawisk w Kościele.
Jadłem więc sernik z arcybiskupem Gołębiewskim jak gdyby nigdy nic. Przyjąłem od niego książkę. Spędziłem miłe przedpołudnie z serdecznym i otwartym starszym panem, który wciąż nie zrozumiał, do czego się przyczynił.
Ale gdyby nie także takie spotkania, podczas których musiałem zaciskać zęby, a pytania zadawać w formie ugrzecznionej w porównaniu z tym, co rzeczywiście myślę, nie byłoby tej książki i niektórych z jej najważniejszych części.
PS To nie ostatni "Margines". Są one dla mnie formą oddzielenia części reporterskiej, informacyjnej i publicystycznej od rozważań autotematycznych, a więc dotyczących dziennikarstwa, roli mediów wobec Kościoła, warsztatu i etyki czy moich własnych dylematów i ocen jako katolika. Mam nadzieję zachować odpowiednią klarowność w oddzielaniu głównego nurtu książki od tych właśnie refleksji.