4
New Jersey, 1983
Po urządzeniu się w nowym domu ojciec odchodzi z rządowej posady i otwiera prywatną praktykę prawniczą w pobliskim miasteczku Teaneck, gdzie znajduje kolejny szary wiktoriański budynek i wynajmuje w nim parter na swoje biuro. Kupuje czarną lakierowaną tabliczkę, długą na czterdzieści centymetrów i szeroką na dwadzieścia, każe na niej wygrawerować swoje nazwisko: "ANDREW ROBERT LESNEVICH", a poniżej tytuł, którym będzie się posługiwał: "ESQUIRE"[1]. Będzie to pierwsza z wielu podobnych tabliczek. Ojciec wiesza ją na drzwiach i czeka, aż pojawią się pierwsi klienci.
W końcu przychodzą, parada pechowców oraz niezbyt rozgarniętych osobników, którzy dają zajęcie każdemu małomiasteczkowemu adwokatowi. Jest wśród nich gospodyni domowa ze skrywaną słabością do picia, która wsiada za kółko i nie chce przyznać, że jej głowa kiwa się nie tylko ze zmęczenia. Jest staruszek, który poślizgnął się na oblodzonym chodniku przed sklepem w centrum miasta, i nastoletnia złodziejka sklepowa, którą po raz pierwszy zawodzą tak szybkie zwykle ręce. Mój ojciec nie należy do plotkarzy; można mu zaufać, woli nie interesować się zbytnio życiem innych. Ludzie go potrzebują, ale lepiej trzymać się wobec niego na dystans. Co jednak najlepsze, budzi ich podziw. Po latach służby w siłach powietrznych ma wyprostowaną wojskową posturę, która pozwala mu zajmować się sprawami innych ludzi ze swobodą i autorytetem.
Prawo nie było jego pierwszym wyborem. W dzieciństwie marzył o pilotowaniu myśliwców. Jego ojciec zginął na morzu podczas II wojny światowej. Babcia już nigdy nie umówiła się z żadnym innym mężczyzną, a w związku ze służbą dziadka w marynarce wojennej wydawało się, że kariera wojskowa jest ojcu po prostu pisana. Miał jednak płaskostopie, był daltonistą i mierzył metr dziewięćdziesiąt trzy - nigdy nie mógłby zostać pilotem myśliwca. Mógł za to grać w tenisa. Zaciągnął się do sił powietrznych i całą wojnę w Wietnamie przesiedział w tropikach za drewnianym biurkiem, obijając pieczątkami rozmaite dokumenty i podpisując je w trzech egzemplarzach, a potem dając swojemu nadgarstkowi niezły trening i ogrywając na korcie przeciwników z sił lądowych i marynarki wojennej. Kiedy zakończył czynną służbę, zawisło nad nim pytanie o przyszłość. Wcześniej studiował geologię, szykował się też do magisterium z psychologii. Mógł podjąć przerwaną naukę. Zostać naukowcem albo nauczycielem.
Ale nie miał najmniejszej ochoty siedzieć za stołem laboratoryjnym, podobnie zresztą jak za biurkiem. Skoro nie mógł być pilotem, zapragnął wejść na scenę polityczną. Chciał stanąć przed tłumem i pokazać wszystkim, że mały, pozbawiony ojca Andrew Lesnevich z Cliffside Park w New Jersey wyszedł jednak na ludzi.
Kiedy ojciec dociera do tego fragmentu swojej historii, której jako dziecko przysłuchuję się dość często, jego głęboki głos nabiera intensywności, a rytm opowieści staje się bardziej rwany. Ojciec to urodzony gawędziarz. Zarabia na życie snuciem opowieści przed sędziami przysięgłymi i to samo robi teraz, gdy siedzimy wokół masywnego białego stołu z laminatu, który jest tak duży, że kupiliśmy go po obniżonej cenie; nikt inny, jak tłumaczy ojciec, go nie chciał. Nasza rodzina pasuje do niego doskonale. Ojciec siedzi przy jednym końcu stołu, z boku ma naszą dwójkę, matka zaś naprzeciwko niego, z boku znów dwójka dzieci. Stół ma zaokrąglone rogi, żeby najmłodsza Elize, która dopiero uczy się chodzić, nie zrobiła sobie krzywdy, kiedy na niego wpadnie. Wszyscy siedzący wokół stołu jesteśmy publicznością, a życie ojca to tekst opowieści. Kiedy słucham go jako dziecko, zawsze dosłownie wyobrażam sobie rozwidlenie dróg, które opisuje: jednopasmowa autostrada gdzieś we wschodnim Missouri, oprócz jego wozu nie ma na niej żadnych innych samochodów, przez ciemności prowadzi go tylko żółty snop reflektorów. Jest noc, czas marzeń i podejmowania ważnych decyzji, aksamitne niebo rozświetlają drobne punkciki gwiazd. Zza kierownicy ojciec widzi, że droga przed nim się rozgałęzia. Z lewej strony jest Zachód. Skręt w lewo uwolni go z kurczowego uścisku matki. Uratuje go przed depresją, która zacznie go dręczyć tak usilnie, jak dręczy jego matkę, wyzwoli go od uwiązania do matki, na które skazała go śmierć ojca, od tego, że jego życie zostało przesądzone, kiedy był jeszcze małym dzieckiem. Na Zachodzie znajduje się Kalifornia, gdzie będzie wiódł życie tak stabilne i trwałe jak skały, o których niegdyś się uczył. Zostanie nauczycielem, a może nawet politykiem. Będzie się czuł kochany. Będzie szczęśliwy.
- Wiedziałem jednak - ojciec zawsze dociera w końcu do tego momentu w swojej opowieści - że wasza babcia mnie potrzebuje. Skręciłem w prawo. Z powrotem do New Jersey. I wtedy poznałem waszą matkę.
Wszystko to za sprawą jednego skrętu: jego matka, nasza matka, czworo dzieci, biuro w tym szarym budynku, gdzie pracuje w świetle wysokiej metalowej lampki biurkowej, która należała kiedyś do jego wuja. Z biura na werandę wychodzi duże okno wykuszowe. W te wieczory, kiedy ojciec nie zasłania żaluzji, możemy stanąć na werandzie i dostrzec w świetle metalowej lampki zarys jego nisko pochylonej głowy. Któregoś wieczoru matka dzwoni do biura raz po raz, a gdy nikt nie odbiera, pakuje nas wszystkich do samochodu i jedzie tam z nami - widomy znak, że jest zdenerwowana, ponieważ jako rodowita nowojorczanka, urodzona i wychowana w dzielnicy Astoria w Queens, zgodziła się nauczyć kierowania samochodem dopiero w wieku trzydziestu ośmiu lat i nigdy nie pozbyła się pewnej sztywności w trzymaniu kierownicy - ręce ma zawsze ułożone w pozycji na za dziesięć druga, tak jak ją szkolono. W przyszłości, gdy rodzice będą mieć więcej pieniędzy, matka zacznie korzystać z taksówek, wożących ją wszędzie, dokąd tylko zechce. Tymczasem jednak jazda w nocy jest dla niej jeszcze gorszym doświadczeniem niż jazda w dzień, pochyla się nisko nad kierownicą, chcąc ją przycisnąć do piersi, jakby to było koło ratunkowe.
Kiedy podjeżdżamy pod biuro, wszystkie okna są ciemne, a ojca nigdzie nie widać.
- Zostańcie tutaj - mówi matka, zwracając się do mnie, Andy'ego i naszych dwóch sióstr. - Nie ruszajcie się stąd.
To niecodzienna sytuacja. Rodzice w zasadzie nigdy nie zostawiają nas samych w samochodzie. Zresztą prawie nigdy nie zostawiają nas nigdzie samych, chyba że dziadkowie mogą przyjechać i się nami zaopiekować. Towarzyszymy im niemal wszędzie: na zapleczu sal sądowych i w eleganckich restauracjach. Oboje z Andym mamy zdjęcie, jak w wieku trzech lat, trzymając się za ręce, stoimy na wyłożonych czerwonym aksamitnym dywanem schodach Metropolitan Opera, ja w białej sukience z falbankami, Andy z rozświetlonymi od tyłu lokami i w jasnobłękitnym garniturku. Ale dzisiaj zostajemy w samochodzie. Jest ciepła wczesnojesienna noc i szyby w wozie są opuszczone. Powietrze jest nieco parne, wszędzie pełno miękkich liści. W blasku stojącej niedaleko latarni ulicznej widzimy, jak matka wspina się po schodach i naciska dzwonek do drzwi. Czeka. Nikt nie otwiera. Ponownie naciska dzwonek. Nic się nie dzieje. Stuka w okno i woła: "Drew! Drew!", za każdym razem powtarzając imię ojca coraz głośniejszym, bardziej piskliwym tonem.
Kiedy jestem bliższa wieku, w którym matka stoi pod biurem ojca, aniżeli wieku, w którym siedzę w samochodzie i na nią patrzę, wracam w myślach do tamtego wieczoru. Rozumiem teraz, jaki lęk musiał jej towarzyszyć. Być może ojciec w końcu odszedł, tak jak odgrażał się w pewne szczególnie ponure noce, w te noce, kiedy ogarniał go gniew z powodu decyzji, którą podjął na pustej drodze w Missouri, decyzji, która sprawiła, że ugrzązł w całej tej historii z nami wszystkimi. W takie noce siedział sam przy białym stole w kuchni i dopijał resztki wina z butelki, którą razem z matką otworzyli do kolacji, a potem otwierał nową butelkę już tylko dla siebie. W takie noce zaklinał się, że bez niego byłoby nam lepiej. W takie noce zaklinał się, że byłoby nam lepiej, gdyby nie żył.
Ale tego wieczoru, kiedy obserwuję matkę stojącą na werandzie i słyszę, jak woła go po imieniu, a potem odpowiadającą jej ciszę, obawiam się tylko, że ojciec nie zginął z własnej ręki, lecz w wyniku jakiegoś wypadku. Jako małe dziecko sam stracił ojca. Potem wujek, który pomagał go wychowywać, zmarł w młodym wieku na zawał. Kiedy co roku w marcu całujemy go, już lekko podchmielonego, bo wypił trochę wina, w policzek i składamy mu życzenia urodzinowe, kręci głową i mówi, że dziwi się, iż wciąż jeszcze żyje. Powtarza to rok po roku, aż w końcu sama zaczynam się trochę temu dziwić.
Tej nocy ojciec w końcu pojawia się w drzwiach w świetle latarni, a matka wyraźnie się rozluźnia, na jej twarzy widać radość i ulgę, jest szczęśliwa, że wciąż tkwią w tym razem. Wracają do samochodu, trzymając się za ręce. Mama uśmiecha się promiennie.
- Hej, dzieciaki - mówi ojciec. - Zasnąłem przy biurku.
Krawat na szyi ma poluzowany. Pociera oczy palcami i też się uśmiecha. Matka całuje go i wciska mu w dłoń kluczyki. Ojciec odwiezie nas do domu. Rano zastanowią się, co zrobić z jego samochodem, który został pod biurem.
Rozpacz zapuszcza w ludziach korzenie. Z początku nie dostrzegam u rodziców jej oznak, aż do pewnego oślepiająco jasnego letniego dnia, który następuje dziewięć miesięcy później. Przedzieram się właśnie przez należące do mamy stare książki o Nancy Drew w twardych oprawach, dumna z tego, że wyrosłam już z książeczek z obrazkami, które mama wciąż czyta moim młodszym siostrom. Dzisiaj biorę The Secret in the Old Attic [Tajemnica starego strychu]. Wspięłam się na stojącą na dole podwórka konstrukcję z huśtawkami i leżę teraz na poziomej drabince na jej szczycie, z książką opartą na piersi, jedną ręką osłaniając tekst przed blaskiem słońca. To dość eksperymentalna pozycja. Wciąż jeszcze oswajam się z naszym nowym domem, wszystkimi kącikami, w których zaszywam się z książką. Ale szczeble drabinki wbijają mi się w plecy, czuję przez koszulkę ostre drzazgi i nie mogę wygodnie się ułożyć. Powinniśmy pomalować całą konstrukcję emalią poliuretanową, ale jeszcze tego nie zrobiliśmy. Za to w każde niedzielne popołudnie, kiedy ojciec decyduje, że naszym dzisiejszym zadaniem będzie zająć się huśtawkami, matka ubiera nas w stare kombinezony marki OshKosh i daje mnie, Andy'emu i naszej siostrze Nicoli małe wiaderka oraz pędzle, my zaś, zamiast drewnianą konstrukcję, malujemy przezroczystą emalią własne ręce. Kiedy emalia zaczyna tężeć, zaciskamy dłonie. Sklejone! Potem ojciec prowadzi nas do ciasnej łazienki przy kuchni, gdzie wkładam ręce do umywalki i czekam, aż zacznie polewać je rozpuszczalnikiem do farb.
- Rozcieraj - mówi, a tarcie, ciepło i wilgoć sprawiają, że czuję z wolna, jak moje ręce zaczynają się odklejać i jak odzyskuję z powrotem swoją skórę.
Ta chwila to czysta przyjemność. Maluję sobie dłonie i sklejam je dla przyjemności, jaką sprawia mi to, że ojciec stoi za mną i trzyma ręce na moich ramionach. Nawet wiele lat później wciąż będę uwielbiała metaliczny zapach rozpuszczalnika. Ojciec też musi lubić te chwile tak samo jak ja, bo chociaż nie robimy żadnych postępów w malowaniu huśtawek, wcale na nas nie krzyczy. To będzie jego najszczęśliwsze lato, cała rodzina budująca wspólnie dom.
Najniższe szczeble drabinki są już polakierowane i gdy leżę na górze, dociera do mnie ich ostry niczym ocet zapach. Słońce parzy mnie w nogi poniżej szortów. Drapię się po udzie w miejscu, gdzie ugryzł mnie komar, i przewracam stronę. Podwórko pode mną najpierw się unosi, a potem opada. Z góry wygląda niemal, jakby było płaskie, ale na wzgórzu w oddali wyrasta szary dom, świeżo pomalowany i lśniący. Mamy najdłuższe podwórko w całej okolicy. Za konstrukcją do zabawy znajduje się niezagospodarowany kawałek ziemi z dzikimi jabłoniami i stertą skoszonej, gnijącej trawy, która wydziela słodką woń. Czasami rzucam się na nią i czuję, jak moja twarz zanurza się w martwą zieleń, która ugina się pode mną, jakbym wylądowała na chmurze. Nazywamy ten spłachetek lasem i przez całe dzieciństwo będziemy snuć plany budowania w nim fortów i kryjówek, choć nigdy ich nie zrealizujemy. Kiedy u rodziców będzie krucho z forsą, będą siadać przy kuchennym stole i kombinować, jak mogliby sprzedać "las", ale żaden kupiec nigdy się nie zjawi.
Podczas gdy ja czytam, usiłując skupić wzrok na tekście - potrzebuję okularów, o czym jednak nikt jeszcze nie wie - ojciec kosi trawnik czerwoną kosiarką, którą nazywamy jego traktorkiem. Kocha to podwórko niemal tak mocno jak dom i odkąd się tu sprowadziliśmy, nosi wranglery z rozszerzanymi u dołu nogawkami, a do tego wysokie buty i zamszowy kowbojski kapelusz z szerokim rondem, który chroni go przed słońcem, kiedy kosi trawę w równych rzędach. Kowboj z New Jersey, przynajmniej na pewien czas. Przez całe moje dzieciństwo będzie wymyślał siebie na nowo, co kilka lat znajdując sobie nową tożsamość: najpierw fascynacja operą, potem okres gry w golfa i ubrań w szkocką kratę, w końcu lata, w których po domu niesie się głos Cole'a Portera, a w garderobie ojca pojawiają się białe smokingi. Teraz ze stojącego na trawniku boomboxa rozlega się brzdąkanie gitar. Mój brat Andy wdrapuje się na oponę zawieszoną na linie na dużym dębie. Chociaż jesteśmy bliźniętami, Andy jest ode mnie o głowę niższy, dziewięć kilo lżejszy i tak chudy, że nieznajomi w supermarkecie wpatrują się w niego z niedowierzaniem. Teraz rzuca się przez środek opony, jakby chciał skoczyć do wody "na deskę".
Matka wybiega z domu z przeraźliwym wrzaskiem.
Musiała wyglądać przez okno w sypialni i zobaczyć, jak Andy uderzył w oponę, a jego kończyny opadły bezwładnie. Matka gna przez trawnik bosa i rozhisteryzowana, z powiewającymi z tyłu paskami różowego szlafroka. Biegnie do mojego brata, który już zaczął się podnosić i choć nie wie jeszcze, co się stało, rozumie, że musi się ruszyć, wcześniej jednak do matki dopada ojciec. Chwyta ją, powstrzymuje dygotanie jej ciała, przyciska jej ramiona do boków. Porusza ustami i ociera jej łzy, ale jestem za daleko, by usłyszeć, co mówi.
Przyglądam się im tylko.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.