Fécamp: początek świata
Wszystko zaczęło się w niewielkim mieście Fécamp na Wybrzeżu Alabastrowym w pierwszych latach XXI wieku. W jednym z tych miejsc na mapie, których nie można nazwać "miasteczkiem", lecz słowo "miasto" jest dla nich zbyt bombastyczne. Liczące koło dwudziestu tysięcy mieszkańców Fécamp niczym specjalnym się nie wyróżnia na tle innych normandzkich miejscowości, nawet jeśli posiada największe ruiny poniemieckich bunkrów, gdzie planowano zainstalować najpotężniejsze radary morsko-lotnicze, ale nie udało się przed inwazją aliantów w czerwcu 1944 roku. Nawet jeśli ma słynne opactwo benedyktyńskie oraz benedyktyński likier ziołowy, pędzony przez mnichów sprowadzonych do Fécamp w 1505 roku z Monte Cassino - a przecież dla Polaka Monte Cassino to coś o wiele więcej niż jakiś klasztor benedyktyński. Fécamp niczym specjalnym się nie wyróżnia, mimo iż rozwijało się już w czasach kultury galo-rzymskiej. Nawet jeśli tu urodził się i zmarł w X wieku Ryszard Nieustraszony, książę Normandii, syn Wilhelma Długiego Miecza, oraz tutaj urodził się i zmarł jego syn Ryszard Dobry. Wilhelm Długi Miecz został podstępnie zamordowany gdzieś nad Sommą, a Ryszard Nieustraszony bał się tylko Boga, nosił włosiennicę i pielgrzymował boso do ołtarza z Fécamp - chyba nie miał daleko, bo właśnie tam urzędował. Za jego rządów nastąpiła całkowita chrystianizacja Normandii, a potomkowie wikingów porzucili starych bogów na rzecz Boga Ojca i Syna Jego Jezusa Chrystusa. W Fécamp żył benedyktyński opat Jan z Fécamp - autor medytacyjnych tekstów chrześcijańskich. W Fécamp narodziła się historia Normandii. I w Fécamp zaczęła się moja fascynacja Normandią, a później Bretanią; wielokrotnie pielgrzymowałem do tego miejsca, choć jak to bywa z długoletnimi związkami, wszystko zaczęło się dość zwyczajnie i przypadkowo.
Nie wiedziałem tego wszystkiego, ani o bunkrach, ani o normandzkich władcach, chciałem tylko wreszcie znaleźć nocleg, a było już grubo po północy i ogarniał mnie strach, że zasnę za kierownicą. Hotel Normandy w samym centrum głęboko śpiącego Fécamp okazał się zbawieniem, bo miał wolne pokoje, i to chyba nawet w całkiem przystępnej cenie. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że będę za Fécamp tęsknił, że będę do niego powracał, że sama Normandia, a potem Bretania okażą się dla mnie krainami z dziwacznej mieszanki celtyckich, nordyckich i popkulturowych mitów, podań, legend i fantazji, ale przede wszystkim staną się moją ucieczką od Polski i azylem, gdzie mogę się skryć przed fatalizmem Europy Środkowej.
Byłem w Fécamp pewnie z dziesięć razy, a może tylko osiem, a nawet jeśli byłem tylko siedem, to i tak czuję, że to miasto-miasteczko jest mi bliskie prawie jak dzielnica, w której się urodziłem i w której mieszkam na stałe.
Hotel Normandy przy place Bigot miał w sobie przyjemną zapyziałość i lekką stęchliznę dawnej świetności, jeśli oczywiście kiedykolwiek przeżywał jakąś świetność. Główną atrakcję pokoju stanowiła łazienka z wielkim oknem wychodzącym na kościół Świętego Stefana i plac Adolphe'a Belleta.
Poranna kawa i przegląd prasy w tabaku Le Celtique przy place Nicolas Selle, świeża bagietka i parę kruchych ciasteczek w boulangerie-pâtisserie przy tym samym placu, zakupy na później: salceson w occie z pietruszką oraz pikantne marokańskie kiełbaski merguez w charcuterie tuż obok. Była tam też wołowina w occie, ale ona - w przeciwieństwie do salcesonu - się nie sprawdziła. Kupowaliśmy aromatyczną szynkę, jambon, ciętą w wielkie płaty z ogromnego kawała. Było mięso na steki, przyprawione na grilla drobiowe, wieprzowe i wołowe połcie, a ceny wypisano czarnym flamastrem na żółtych i czerwonych kartonach - od tej strony poznawałem Normandię, nie od strony kościołów i muzeów, ale sklepów rybnych i mięsnych. A potem poznałem Normandię i Bretanię od strony muzeów, szczególnie poświęconych wojnom. Oraz od strony morza, kamieni, błota, piasku, od strony skał i roślin, od strony prehistorycznych menhirów oraz od strony gotyckich katedr.
Zakorzenienie się w jakimś miejscu, powiedzmy - w normandzkim miasteczku jak Fécamp - polega na tym, że ma się swoją boulangerię, gdzie kupuje się świeże bagietki, swoją boucherię oraz że oswaja się i zasiedla znajdujący się parę kroków stamtąd tabak, ten specyficzny kiosk z prasą i papierosami połączony z małą kafeterią. Taki był Le Celtique, przez wiele lat dający tę lekko melancholijną przyjemność wypijania pierwszej café cr?me z biszkopcikiem i rzucenia okiem na lokalną gazetę "Ouest-France". Nie dla szyku, tylko by skleić się jeszcze mocniej z miejscem, gdzie czyta się raczej dziennik ukazujący się w Normandii, Bretanii i Kraju Loary niż wielkomiejskie "Le Monde" czy "Le Figaro". Trzeba się było jedynie wkupić w łaski prowadzącego ten przybytek małżeństwa koło pięćdziesiątki, może pod sześćdziesiątkę: koślawym francuskim zamawiać kawę, kupować gauloises'y i życzyć miłego dnia, by po kilku dniach stać się swojakiem, wymieniać zdawkowe pozdrowienia ze stałymi bywalcami, którzy przeglądali "L'Équipe" i tabloidy, wypełniali kupony totolotka i ze zrezygnowaniem szorowali paznokciem zdrapki, w których nigdy nic nie wygrywali. Tabak Le Celtique przez dekadę stanowił małe centrum niewielkiego świata na placyku naprzeciw mariny, ale jesienią 2022 roku, a co gorsza także wiosną następnego roku był uparcie zamknięty, jego witryny zasłonięto metalowymi żaluzjami i nie pozostawało nic innego, jak tylko pospekulować, co mogło się stać. Wreszcie sprawdziłem, że po dłuższej przerwie pojawiły się w Google kolejne opinie o Le Celtique, a w nich wspomniano, że mimo nowych właścicieli klimat się nie zmienił, co oznaczało wyłącznie tyle, że znów trzeba będzie pojechać do Fécamp, by przed zakupami w piekarni i mięsnym oraz zaopatrzeniem się w dyżurny zestaw normandzkich serów usiąść w Le Celtique, zamówić café cr?me, przejrzeć szpalty "Ouest-France" i koniecznie "L'Équipe".
Do piekarni, mięsnego i tabaku Le Celitque szło się rano z kempingu de Reneville (zajął na długie lata miejsce hotelu Normandy) nadmorską promenadą, najpierw stromymi schodami w dół z wysokiego klifu, gdzie rozsiadły się bungalowy, aż do małego ronda, którym kończyła się droga tuż przed plażą, i stamtąd już była minuta do placyku z piekarnią, mięsnym i tabakiem Le Celtique. Choć można było też wybrać krótszą trasę, ulicą opadającą ku centrum miasteczka; traciło się wtedy w pewnym momencie widok na morze, za to mijało śmietniki na zapleczu trzykondygnacyjnego, długiego jak stonoga domu mieszkalnego, czy też z apartamentami do wynajęcia, i wchodziło w wąskie gardło przyklejonych do siebie niewielkich domów przy rue de la Plage. Lubiłem iść do piekarni, mięsnego i tabaku Le Celitque właśnie pozbawioną widoku na morze, ale też jakiejkolwiek roślinności, ponurą ulicą Plażową, ponieważ zdawało mi się, że w ten sposób staję się bardziej fecampczykiem, niż gdybym codziennie szedł jak zwykły turysta nadmorską promenadą, patrząc zachłannie na lekko burzące się pod naporem wiatru, a innym razem zblazowane, nieruchome wody La Manche.
Za pierwszym razem na kempingu de Reneville wynajęliśmy domek "Gypsy", udający cygański wóz taborowy ze zdemontowanymi kołami. Jeden z najtańszych, ale z malutkiego balkoniku oferował widok na kanał i osuwającą się wieczorem powoli w głąb morza wielką pomarańczę słońca. A po kilku latach, już starsi, bardziej wygodniccy, wytrawni bywalcy Fécamp, szerokim gestem płaciliśmy za dom "Panoramique" na samym szczycie klifu, ze sporym tarasem, z widokiem na morze i dachy miasta. Po drodze były jeszcze inne domki, mniejsze, większe, wszystkie miały ściany zewnętrzne z cienkich deseczek, a między pokojami wręcz z papier mâché. Smażyliśmy ryby kupione w dużym, przypominającym w środku przychodnię lekarską, sklepie rybnym na quai Berigny, naprzeciw basenu portowego, bo nie mieliśmy śmiałości kupować ich na porannym targu rybnym. Sklep nazywał się "Poissonnerie La Nouvelle Vague", co zabawne przecież, bo sugeruje, iż właściciel był wielbicielem francuskiej Nowej Fali, filmów Godarda, Truffauta, Chabrola, Resnais'go, że nie chodziło o jakąś falę morską przynoszącą ryby i owoce morza, tylko o kino, sztukę, miłość i emocje. Było tam wszystko: ryby całe i filetowane leżące na lodzie, kraby, krewetki i małże, a także zupy rybne w litrowych słojach, które braliśmy, podgrzewaliśmy w domku kempingowym i wycisnąwszy sporo cytryny, jedliśmy z rozkoszą, z jaką je się pomidorówkę o smaku dzieciństwa. Na malutkim targu przy basenie portowym, gdzie sprzedawano świeże ofiary porannego połowu, nic nie kupowaliśmy, tylko podziwialiśmy sprzedawców, jednym długim cięciem noża skórujących i filetujących ryby nieznanych nam gatunków; potrafili chirurgiczno-morderczym ruchem ściągnąć skórę z małego morskiego potwora, wyciągnąć mu kręgosłup, wykonać szybkie hokus-pokus i zapakować świeże zwłoki do siatek kupujących, którzy świetnie znali się na tym towarze i uważnie wybierali, co chcą nabyć. W wiklinowych koszach, a może w plastikowych skrzynkach, tego nie pamiętam, ruszały się ze zrezygnowanym chrobotem kraby, a także kłapiące paszczami małże różnych odmian, niczym zwały żywych kamieni.
Kamienista plaża w Fécamp nie jest wcale plażą marzeń, niełatwo znaleźć na niej parę ziarenek piasku. Składa się z milionów, a może dziesiątek milionów szarych otoczaków, w których można przebierać, wybierać, kolekcjonować je, bo najzwyczajniejsze kamienie bywają piękniejsze od kamieni szlachetnych. Gdyby plaża w Fécamp składała się z diamentów, rubinów, szafirów i szmaragdów, nie byłaby nawet w małej części tak piękna jak to gigantyczne składowisko kamieni, gdzie można wynajdywać okazy najdoskonalej wymodelowane przez pracowitą, trwającą miliony lat obróbkę odwiecznego morza. Kiedy idzie się wzdłuż tego bezkresnego oceanu, który po prawdzie jest przecież tylko kanałem La Manche, nogi lekko zapadają się w chrzęszczącej masie kamieni, ale ponieważ wszystkie są pozbawione ostrych krawędzi, czuje się raczej przyjemne masowanie stóp niż dyskomfort, raczej rodzaj uzdrawiającego całe ciało zabiegu paramedycznego niż walkę z oporem materii, jaką odczuwamy, gdy brniemy kilometrami przez głęboki piasek którejś z pięknych plaż bałtyckich.
Czas odmierzają tu przypływy i odpływy, ale nie dotykają one zazwyczaj głównej plaży wzdłuż nadmorskiej promenady, po której na początku XX wieku jeździły konne omnibusy, tylko tych miejsc pod najwyższymi klifami, patrząc na lewo od kempingu de Reneville i kasyna, zamykającego od zachodu promenadę i będącego w zasadzie rogatką miasta. Kasyno z zewnątrz wygląda jak fastfoodowa restauracja przy stacji benzynowej, w środku można grać w pokera, blackjacka i na automatach, ale nigdy, ani przez chwilę, mnie to nie pociągało. Mijałem kasyno z obojętnością, doprawioną z lekka absmakiem, a przecież pierwszy budynek kasyna w Fécamp powstał w 1908 roku według projektu Émile'a Mauge'a, z secesyjnym rozmachem i przepychem zbędnej ornamentyki. Na starych zdjęciach przypomina mi budapeszteńskie łaźnie Széchenyiego, otwarte pięć lat po normandzkim kasynie. Dziś kasyno to należy do sieciówki JOA, mającej jaskinie hazardu także w Le Tréport i Étretat. Współczesność tego miejsca jest zupełnie nieciekawa, choć w Latach Annie Ernaux wspominała rok 1957: "Bar w kasynie na plaży w Fécamp, gdzie pewnego niedzielnego popołudnia zafascynuje ją przytulona do siebie para tańcząca wolno bluesa na pustej estradzie. Kobieta, smukła blondynka, miała na sobie białą plisowaną sukienkę. Rodzice, których wyciągnęła tam wbrew ich woli, zastanawiali się, czy wystarczy im pieniędzy, żeby cokolwiek zamówić".
Plage de galets - plaża kamieni, kamienna plaża, heroiczna opozycja wobec plage de sable - plaży piaszczystej, była moją pierwszą normandzką plażą, gdy już wypełzłem z hotelu Normandy po odespaniu godzin spędzonych za kierownicą, i być może wówczas uznałem, że wszystkie normandzkie plaże tak wyglądają. Co przecież jest nieprawdą, bo w całej Normandii znajduje się mnóstwo piaszczystych plaż, choćby słynna plaża Omaha, na której lądowali 6 czerwca 1944 roku alianci, by otworzyć drugi front w Europie, o którym to lądowaniu napisano setki książek i nakręcono dziesiątki filmów, więc o samej inwazji opowiadać nie będę, ale że odwiedziłem i plażę Omaha, i plażę Utah, nie mówiąc o kilku muzeach poświęconych bitwie o Normandię, to o nich opowiem we właściwym czasie.
Gdy jest przypływ, woda podchodzi niemal pod same klify, gdy odpływ - zostawia po sobie bajzel błota z wodorostami, brązowo-zieloną ohydną pulpę, przypominającą inteligentną formę życia z taniego horroru. Taki rodzaj plaży, ani kamienny, ani piaskowy, występujący wyłącznie tam, gdzie są silne pływy, nazywa się gr?ve. Nie lubię gr?ve, a właściwie to lubię wyłącznie wtedy, gdy cała plaża zalana jest falą przypływu. Gdy odsłania swoją cuchnącą, maziowatą, pełną małych żyjątek postać, wygląda upiornie. Ale i tak przecież jest ciekawsza i piękniejsza niż wszystkie plaże Karaibów, Tajlandii, Australii, a może nawet puste po sezonie plaże w nadbałtyckich miasteczkach, gdy wyjadą wczasowicze ze swoimi dziećmi, zwiną się parawany i wreszcie następuje cisza. Gr?ve bowiem jest zawieszona między życiem a śmiercią, jest formą przejściową między ziemią a morzem, polem nieustannej walki dwóch żywiołów, z których każdy bierze górę co kilka godzin: morze napiera z upartym mozołem, niczym wroga armia podchodząca pod mury twierdzy, zdobywa kolejne tereny, już niemal wdziera się do zamku, lecz zostaje odparte i porzuca na pobojowisku zabitych i rannych. Ziemia triumfuje, lecz potwornie poraniona, a później zwiera szeregi, by bronić się przed kolejną falą najeźdźców. I tak to trwa od milionów lat i będzie trwało w nieskończoność. Tak właśnie wyobrażam sobie bezkres czasu: ciągłe przypływy i odpływy, woda podchodząca pod klify i uchodząca w głąb morza z regularnością sterowaną przez fazy księżyca. Spośród wszystkich naturalnych zjawisk, nad którymi nie jesteśmy w stanie panować, przypływy i odpływy wydają mi się najpotężniejsze i na zawsze nieposkromione. Prędzej okiełznamy wulkany i wyładowania atmosferyczne niż tę spokojną, acz niepohamowaną siłę.
Kiedy chodzę po gr?ve, to mam wrażenie, że za chwilę z tej obrzydliwości zaczną się wyłaniać bulgoczące i pieniste stworzenia, pożerające wszystko na swojej drodze, niczym w nowej wersji Inwazji porywaczy ciał. Tymczasem pojawiają się ludzie, z wiaderkami, z kijkami, zgarbieni, skupieni na swoim zadaniu, wyszukujący małży na obiad, ponieważ to, co wyrzuciło morze, wolno zbierać i zjadać. Pojawiają się też pojedynczy Azjaci, skrupulatnie selekcjonują wodorosty, z eleganckim wstrętem odrzucają te nienadające się według nich do spożycia i z godną filozofii Wschodu spokojną satysfakcją wkładają do wiaderek te, które się nadają, zapewne by przyrządzić z nich sałatkę wakame albo dodać je do zupy miso.
Potężne w zamierzeniu, ale pozostałe w fazie prenatalnej poniemieckie bunkry stoją na Cap Fagnet, po prawej stronie od portu, patrząc w kierunku Anglii. To tu właśnie miały zostać zamontowane najsilniejsze w ówczesnym świecie radary wyłapujące alianckie okręty i samoloty, dające z wyprzedzeniem znać, że zaczyna się inwazja. Stanowią część Wału Atlantyckiego, który ciągnął się od granicy francusko-hiszpańskiej po wybrzeże norweskie i miał zatrzymać inwazję, ale - jak Linia Maginota - nie zatrzymał.
Cap Fagnet to jakby mały płaskowyż, za którym zaczyna się urwisko, sto metrów nad poziomem morza, pewnie idealne miejsce dla takich radarów, omiatających niebo na odległość trzystu kilometrów, do pułapu ośmiu tysięcy metrów. Antena śledząca samoloty miała mieć trzydzieści na szesnaście metrów, a ta wyłapująca okręty - dwadzieścia na czternaście, i były to pierwsze na świecie radary ze skanowaniem fazowym, najnowocześniejsze, a nawet o epokę wyprzedzające swój czas. Lecz zanim z fabryki firmy GEMA przyjechały te cuda techniki, Anglosasi pojawili się znienacka na plażach Omaha, Juno, Sword i Gold. Niemcy musieli się pożegnać z normandzkimi przyjemnościami i iść na front. Gdyby zdążyli z instalacją, to nie wiadomo, jak by wyglądał tamten czerwcowy dzień, mogliby przerzucić armię w kierunku tych pięknych piaskowych plaż, zepchnąć intruzów do morza, a tak Amerykanom, Brytyjczykom i Kanadyjczykom udało się to, co Wilhelmowi Zdobywcy osiemset siedemdziesiąt osiem lat wcześniej, tylko że w drugą stronę.
Wedle kroniki Wilhelma z Jumi?ges Normanowie chcieli wyprawić się na Anglię już koło roku 1030, gdy na Wyspach rządził Kanut, król Anglii, Danii i Norwegii. Robert Wspaniały, książę Normandii, wsparł pretensje do tronu angielskiego wysuwane przez Edwarda Wyznawcę, chwilowo na wygnaniu, i zgromadził jakoby właśnie w Fécamp wielką flotę inwazyjną. Ale wtedy do lądowania Normanów nie doszło, Robert Wspaniały i Kanut Wielki zeszli z tego świata w 1035 roku i dopiero trzydzieści jeden lat później Wilhelm Bękart, nieślubny syn Roberta Wspaniałego, desantował się w Anglii, pokonał Harolda II i dzięki temu zyskał przydomek Zdobywca. W istocie - lepiej, gdy nazywają cię zdobywcą niż bękartem. Kilka miesięcy po zwycięstwie nad Haroldem Wilhelm, wróciwszy do Normandii, świętował właśnie w Fécamp: "Tej wiosny [1067 roku] nie przestrzegano ściśle Wielkiego Postu i wszyscy w Normandii zachowywali się tak, jakby przypadał właśnie szczyt karnawału. Wszędzie, gdzie udał się Wilhelm, gromadzili się ludzie z odległych stron, aby go zobaczyć. W stolicy - Rouen - mężczyźni, kobiety i dzieci wykrzykiwali jego imię. Kościoły Normandii zasypano drogocennymi przedmiotami, szczodrze przekazywanymi przez kościoły angielskie. Książę, a teraz król, połączył się ze swoją małżonką, obecnie królową, oraz z resztą rodziny i przyjaciół, którzy zostali w domu. Świętując Wielkanoc w Fécamp, Wilhelm był otoczony nie tylko tłumem biskupów i opatów z Normandii, ale także delegacjami szlachty z sąsiedniej Francji" - pisze Marc Morris w książce Podbój normański. I dodaje, że na przyjęciu po mszy wielkanocnej "pito tylko z rogów złoconych na obu końcach lub ze srebrnych i złotych czarek", a wśród gości zasiadali, oprócz normańskich notabli, także "przystojni, długowłosi goście z Anglii". Te długie włosy odróżniały się od fryzur Normanów - kiedyś zarośniętych wikingów, którzy przeszedłszy na chrześcijaństwo, ostrzygli się, zgolili brody i zaczęli wyglądać tak, jak na słynnej Tkaninie z Bayeux, o której będzie jeszcze sporo w mojej opowieści, gdy dojadę wreszcie do tego miejsca w departamencie Calvados.
Osiemset siedemdziesiąt cztery lata po zwycięskim najeździe Wilhelma Anglię postanowił zdobyć Adolf Hitler. Na wrzesień 1940 roku planował operację "Lew Morski", czyli desant na wybrzeża Albionu. Inaczej niż w czasach Zdobywcy warunkiem sukcesu było zdobycie panowania w powietrzu, co skończyło się klęską Niemców. Lew Morski nigdy nie ryknął i od niemal tysiąca lat Wyspy Brytyjskie nie zostały przez nikogo zdobyte.
Dziś na Cap Fagnet po niedoszłej stacji radarowej ostało się tylko kilka betonowych kloców, mających w zamierzeniu dźwigać owe monstrualne anteny, w tym największy, przygniatający swym bezsilnym ogromem, zwany "Mamutem" - wielkie podpory, jak betonowe zęby, które nie mają siły gryźć. Pozostałości "Mamuta" mogłyby zachwycić Ericha von Dänikena, bądź jego wyznawców, i gdyby znajdował się właśnie u szczytu swej manii, uznałby, że to budowle postawione przez kosmiczną cywilizację tysiące lat temu. "Mamut" przypomina przecież coś między egipską Doliną Królów a azteckimi piramidami, obiekty, których formalne przeznaczenie musiało być inne, niż nam zawsze wmawiano. Ten "Mamut" to tak naprawdę była stacja kosmitów, lądowisko dla statków międzygalaktycznych, w głębiach tego "Mamuta" znajdują się pewnie resztki technologii wciąż zbyt zaawansowanej, byśmy ją zrozumieli naszymi ograniczonymi ziemskimi mózgami.
Susan Sontag pisała o seksowności nazistowskich mundurów, ale nie mniej seksowne, w dodatku ornamentowane tajemnicami technologicznymi, są niemieckie wynalazki wojenne. Niemcy mieli najlepsze wszystko: czołgi, armaty, u-booty, rakiety, pierwsi wprowadzili do walki samoloty odrzutowe, jak Messerschmitt Me 262. Każdy ich wynalazek służący do zabijania przebijał swoimi możliwościami sprzęt aliancki, i anglosaski, i sowiecki. Do tego dochodziły oszalałe projekty wunderwaffe, jak najcięższe na świecie czołg Ratte i działo samobieżne Monster, ważące ponad tysiąc ton, czy mniejsze, ale i tak chorobliwie przerośnięte, Maus oraz Panzerkampfwagen E-100; żaden nie powstał, ich kariera skończyła się na deskach kreślarskich i pojedynczych prototypach, ale mają swoje miejsce w historii ludzkiej pychy i szaleństwa, niepohamowanej żądzy, by pokonać siły natury, zmusić ziemię, by uniosła tysiąctonowy pojazd (dzisiejsze czołgi ważą nie więcej niż siedemdziesiąt ton). System III Rzeszy stanowił fenomen, ponieważ łączył w sobie perfekcyjną organizację i technologiczne zaawansowanie, a jednocześnie był kompletnie oszalały, całkowicie irracjonalny.
Istnieje coś takiego, jak nienazistowska fascynacja dokonaniami technicznymi III Rzeszy. Ja sam nie jestem od niej w pełni wolny, a że występuje powszechnie, zawsze wiedzieli macherzy od popkultury. Kiedy jako dziecko oglądałem Działa Navarony, Komandosów z Navarony czy Ucieczkę na Atenę, zachwycałem się tymi gigantycznymi niemieckimi działami ukrytymi w wydrążonych skałach. Pamiętacie ten moment z Ucieczki na Atenę, gdy z greckiego monastyru wyjeżdża ogromna rakieta, a obok niej idą naziści w czarnych kombinezonach, z lustrzanymi przyłbicami, wyglądający nie jak żołnierze artylerii, tylko jak kosmonauci z filmu science fiction? Do tego dochodziła swoista ezoteryka nazistowska: w Poszukiwaczach zaginionej Arki Niemcy usiłowali znaleźć ni mniej, ni więcej, tylko biblijną Arkę Przymierza. O tym wszystkim właśnie myślałem, oglądając pozostałości bunkrów w Fécamp.
Ukojenia po wizycie na Cap Fagnet, albo przed odwiedzeniem go, należy szukać w kaplicy Notre-Dame du Salut, trochę romańskiej, trochę gotyckiej, postawionej tam w XIII wieku, ale poprzerabianej w XVIII. W środku wota morskie, obrazy marynistyczne, tablice pamięci tych, którzy nie wrócili z morza, obok plebania jak malutki Hogwart. I jest w tych kamiennych świątyniach, w tych przykościelnych budynkach więcej magii i tajemnicy niż we wszystkich wymyślonych zamkach czarodziejów, więcej jest świętości i diabelskości zarazem niż w opowieściach fantasy, ponieważ oddycha się tu powietrzem zamarłym osiemset lat temu.