Rozdział I
UPÓR LEMKINA
Uczestnicy ważnych międzynarodowych konferencji politycznych dobrze znają ten typ słuchacza. Na ogół w średnim wieku, często w ubraniu pamiętającym lepsze czasy, z przepustką, która nie daje prawa wstępu na najważniejsze obrady, przesiaduje w kuluarach, wyczekując na przerwy w konferencji. Gdy tylko otworzą się drzwi do sali, zrywa się z krzesła, wypatrując wśród wychodzących uczestników stosownego rozmówcy. Dopada go wówczas, zręcznym ruchem zastępując mu drogę.
Do niedawna miał jeszcze ze sobą teczkę wypchaną maszynopisami i broszurami, która mu te manewry znakomicie utrudniała. Teraz teczka mogłaby nie przejść przez ochronę, a zresztą wystarczy wszystko umieścić w internecie. W jednym ręku trzyma wizytówkę, w drugim dokument właśnie wyciągnięty z... - i patrząc w oczy, rozpoczyna dobrze przygotowaną przemowę: - Wiem, że jest pan bardzo zajętym człowiekiem, ale to zajmie tylko kilka chwil. Chciałbym zwrócić pana uwagę na niepokojącą sytuację w Kamerunie... łamanie praw człowieka w Beludżystanie... projekt rezolucji potępiającej...
Już wyjmuje raport, sporządzony przez bezstronnego eksperta lub międzynarodową komisję. Po chwili dodaje zbiór relacji: na zdjęciach płaczące dzieci, namioty uchodźców, wąsaci mężczyźni z bronią pod niemożliwie błękitnym niebem. Chodzi tylko o podpis. Żeby opinia międzynarodowa nie zlekceważyła. Konieczna jest zdecydowana interwencja. Poparcie inicjatywy. Przyjęcie projektu. Znając bezstronność i głęboką wiedzę Szanownego Pana, nie mam wątpliwości, że Pan zechce... Facet nalega, a zarazem stara się być przymilny, żeby nie zniechęcić. Minuty przerwy mijają nieubłaganie. Te dzieci na zdjęciu faktycznie smutne jakieś. Już podaje długopis.
Ale uczestnicy ważnych międzynarodowych konferencji politycznych mają na takich słuchaczy swoje wypróbowane sposoby. Elegancko uchylają się od przyjęcia wizytówki, bo mogłoby to sugerować, a przynajmniej dopuszczać możliwość dania do zrozumienia, że się nie wyklucza skontaktowania z intruzem w przyszłości. Zarazem dają sobie wręczyć dokument, tym samym okazując pewną życzliwość. Natręt musi wtedy zdecydować, czy życzliwość ta daje mu szanse na wygłoszenie jeszcze kilku zdań, czy wręcz na chwilę rozmowy - czy też, przeciwnie, jakakolwiek dalsza presja ją zniweczy. Ten moment wahania uczestnik wykorzystuje, by - gestem głowy, wskazując na jakąś osobę, z którą musi niezwłocznie porozmawiać - wyminąć intruza, uśmiechnąć się na do widzenia i przyspieszając kroku, skierować się w obszary przed natrętami chronione. Wieczorem zaś sprzątacze wygarną z koszy na śmieci stosy niepotrzebnych już papierów.
Kanadyjska dziennikarka żydowska Lili Eylon była w latach 50. zeszłego wieku korespondentką przy ONZ w Nowym Jorku. "Kiedy pierwszy raz spotkałam Rafała Lemkina w korytarzach Narodów Zjednoczonych w połowie lat 50., nie było w nim już ni śladu eleganckiego warszawskiego prawnika... Pochylony, o poważnej twarzy i nieugiętej stanowczości, dosłownie zaczepiał każdego delegata z każdego kraju, gdy go mijali podczas przerw w obradach. Delegaci starali się omijać tego człowieka, który przemierzał korytarze, nie należąc do żadnej oficjalnej organizacji. Jego uporczywość zyskała mu reputację natręta, choć niektórzy uznawali w nim "bardzo szczególnego człowieka". Dyplomaci zawsze słyszeli od tego mężczyzny o płonących niebieskich oczach, wyglądającego na nieco zaniedbanego, stale odzianego w ten sam brązowy garnitur, tę samą melodię na jedną nutę: "To jest ważne. To ocali ludziom życie. Proszę, podpiszcie konwencję o ludobójstwie"".
Konwencję tę ONZ już był przyjął w 1948 r., teraz chodziło o to, by ją ratyfikowała stosowna liczba państw, tak by mogła wejść w życie. Lemkin miał szczególny powód, by o to zabiegać: w Zagładzie zginęło na Nowogródczyźnie 49 członków jego najbliższej rodziny. On sam, przez Litwę i Szwecję, zdołał uciec z Warszawy do USA, gdzie kontynuował swe przedwojenne prace nad nowymi kategoriami zbrodni - "barbarzyństwa" i "wandalizmu". Już w młodości wstrząsnęły nim doniesienia o tureckich mordach popełnionych na Ormianach. W 1921 r., gdy młody Lemkin studiował prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, prasa donosiła o procesie Soghomona Tehliriana, Ormianina, który w Berlinie zamordował na ulicy Talaata Paszę, byłego tureckiego wezyra, odpowiedzialnego za wymordowanie tureckich Ormian, w tym i rodziny Tehliriana.
Nie istniała jeszcze żadna prawna definicja ludobójstwa, więc czyny takie jak masowe mordowanie własnych obywateli objęte były zasadą suwerenności państwa i nie mogły podlegać ściganiu poza jego granicami. Gdy Lemkin zapytał jednego ze swoich profesorów, dlaczego czyn Tehliriana był zbrodnią, a czyny Talaata Paszy nie, ten odpowiedział, że jeżeli chłop zabija swoje kury, to jego sprawa - ale przeszkadzanie mu w tym narusza prawo. Innymi słowy, przeciwko chłopu wystąpić mogły jedynie same kury.
Tak też się stało, gdy nowy rząd turecki, po zawarciu w 1918 r. zawieszenia broni z aliantami, jął ścigać sprawców wojennej klęski oraz zbrodni z nią związanych. Czołowi tureccy politycy czasu wojny jednak uciekli do sojuszniczego Berlina, jak Talaat Pasza, czy na Kaukaz, jak minister wojny Enwer Pasza. Wraz z ministrami wojny oraz edukacji zostali w procesach w Stambule skazani zaocznie na śmierć; wyroki jednak nie mogły być wykonane. I Talaat, i Enwer, podobnie jak kilku innych czołowych otomańskich polityków na emigracji, zostali w końcu zamordowani przez ormiańskich mścicieli; Tehlirian został przez sąd w Berlinie uniewinniony, a zabójca Enwera nigdy nie stanął przed sądem: aresztowany później przez Czeka za pomoc ormiańskim więźniom na Sołowkach, zaginął w Gułagu. Lemkinowi trudno było uznać, że sądy zaoczne i mordy skrytobójcze mają coś wspólnego z wymierzaniem sprawiedliwości.
Już jako uznany prawnik zamierzał zaproponować podczas międzynarodowej konferencji prawników w Madrycie jesienią 1933 r. wprowadzenie do prawa międzynarodowego nakazu ścigania nowych zbrodni. Znaleźć się miała wśród nich zbrodnia wandalizmu, czyli "systematycznej destrukcji sztuki i dziedzictwa kulturalnego, w których unikalny geniusz i osiągnięcia grup ujawniają się na polu nauki, sztuki i literatury", oraz barbarzyństwa: "Kto z nienawiści do zbiorowości rasowej, wyznaniowej lub społecznej - pisał Lemkin w propozycji brzmienia stosownego artykułu prawa międzynarodowego - albo też w celu wyniszczenia (eksterminacji) tejże przedsiębierze czyn karalny przeciwko życiu, nietykalności cielesnej, wolności, godności lub podstawom bytu gospodarczego człowieka, należącego do takiej zbiorowości, za to przestępstwo barbarzyństwa podlegać będzie karze".
Rafał Lemkin, lata powojenne
Warto zwrócić uwagę na wyróżnione już wówczas przez Lemkina cechy, które grupa musi spełniać, by zbrodnia popełniona w celu jej "wyniszczenia" miała nosić znamiona nowej zbrodni "barbarzyństwa": miała to być grupa "rasowa, wyznaniowa lub społeczna". Pierwsze z tych określeń odnosiło się do ludności czarnoskórej oraz do Żydów, którzy nie tylko w antysemickiej publicystyce, ale też w nauce międzywojennej Europy uważani byli za odrębną "rasę". Drugie tyczyło się Ormian, którzy w byłym imperium otomańskim uważani byli nie za narodowość (której to kategorii imperium nie uznawało), lecz za wyznanie. Trzecie zaś niewątpliwie zostało włączone na skutek doniesień z ZSRR, gdzie całe grupy społeczne ulegały zagładzie w myśl stalinowskiej zasady "likwidacji kułaków jako klasy".
Kwestia, jakie kryteria zbiorowość musi spełniać, by próbę jej wymordowania uznać za ludobójstwo, pozostaje do dziś jednym z głównych, i najbardziej kontrowersyjnych, elementów debaty o tej kategorii zbrodni.
Proponując wprowadzenie zbrodni wandalizmu, Lemkin nie kierował się pięknoduchostwem. Chodziło mu o unaocznienie, jakie straty ponosi cała ludzkość, gdy zostaje pozbawiona dorobku kulturalnego wymordowanej grupy. Ze względu na te straty właśnie cała ludzkość, a nie jedynie kraj, w którym dokonała się masakra, ma być zainteresowana w jej ściganiu. Prawnik zapewne był świadomy, że podniesienie argumentu zasadniczego - iż żadne państwo nie będzie ścigało samego siebie - byłoby kontrproduktywne: państwa nie przyłożyłyby wszak ręki do opracowania konwencji, której celem byłoby ograniczenie ich suwerenności, a założeniem to, że nie można im ufać.
Zwłaszcza że już nie tylko turecka zbrodnia na Ormianach uzasadniała konieczność przyjęcia takiego międzynarodowego prawa. W Niemczech na początku 1933 r. władzę objął Adolf Hitler, który z "nienawiści do zbiorowości rasowej" uczynił zasadę swej polityki, a z "czynów przeciwko życiu, nietykalności cielesnej, wolności, godności lub podstawom bytu gospodarczego człowieka" podstawowe narzędzia jej realizacji. I choć "eksterminacja", jako logiczny skutek tych politycznych decyzji, nie była jeszcze oczywista nie tylko dla ich ofiar czy dla obserwatorów, ale nawet zapewne dla samych ich autorów, to i tak było wystarczająco wiele powodów do obaw.
Polskie Ministerstwo Sprawiedliwości, nieświadomie potwierdzając te obawy, odebrało jednak Lemkinowi prawo reprezentowania Polski na madryckiej konferencji: w Warszawie obawiano się, że nowy kanclerz Rzeszy, z którą polskie władze chciały mieć dobre stosunki, mógłby się poczuć taką inicjatywą prawniczą urażony. Lemkin nie pojechał więc na konferencję, ale udało mu się zainteresować swoimi propozycjami kilku wybitnych prawników. Ci z kolei w sześć lat później dopomogą mu w ucieczce z Europy. W USA Lemkin badał akty prawne wydawane w Europie przez niemieckiego okupanta i uznał, że znów, jak w przypadku Ormian, mamy do czynienia z nową zbrodnią: w przemówieniu wygłoszonym w sierpniu 1941 r. Winston Churchill nazwał niemieckie mordy na ludności Rosji "zbrodnią bez imienia". Brytyjczycy znali już ich bezprecedensową skalę; nie rozpoznali jeszcze ich ofiar.
Lemkin nadał tej zbrodni imię: ludobójstwo. Słowo to, tak obecnie powszechne, nie istniało wcześniej w żadnym języku. Polski prawnik utworzył je zrazu po angielsku: genocide, od greckiego słowa na lud (genos - ród, plemię) i łacińskiego na zabójstwo, na wzór homicidium, zabicie człowieka. Pojęcie to miało wyrażać treści, które zawierała już jego wcześniejsza propozycja zdefiniowania zbrodni barbarzyństwa - ale bezprecedensowy charakter niemieckich zbrodni wymagał nowego słowa.
Nie udało się jednak Lemkinowi po wojnie przekonać prokuratorów Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze, by zbrodnię tę uwzględnili w swym akcie oskarżenia. Przeciwny był m.in. inny wybitny polski prawnik żydowski Hersz Lauterpacht, który obawiał się, że skupienie uwagi na zbrodniach popełnionych na milionach odciągnie ją od każdej zbrodni popełnionej na każdej z pojedynczych ofiar. Hitlerowskich przywódców sądzono więc za rozmaite zbrodnie masowe, w tym i na Żydach, popełnione w krajach okupowanych - lecz już nie np. za zbrodnie popełnione na Żydach niemieckich; uznano, że każde państwo pozostaje suwerenne w odniesieniu do tego, jak traktuje własnych obywateli. Reguła chłopa i kur obowiązywała nadal. Nowa prawna kategoria "ludobójstwa", którą Lemkin forsował, miała suwerenność tę znieść.
Dość szybko udało mu się uzyskać poparcie USA dla tej idei i w grudniu 1946 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ jednomyślnie przyjęło rezolucję potępiającą ludobójstwo popełnione "ze względów religijnych, rasowych, politycznych czy jakichkolwiek innych". Tym samym w obiegu pojawiła się kategoria względów politycznych, jeszcze szersza niż "zbiorowości społecznej" wymieniona w pierwotnej Lemkinowskiej definicji "barbarzyństwa". Ale rezolucja Zgromadzenia, w której zresztą zabrakło definicji tego, co potępiała, nie stanowi prawa międzynarodowego. Potrzebny był nowy dokument, sformułowany w języku prawa i mający prawny charakter. Lemkin został powołany w skład komitetu, któremu sekretarz generalny ONZ Trygve Lie powierzył zredagowanie jego pierwszej wersji.
Pod wpływem swych badań nad zbrodniami niemieckimi w okupowanej Europie Lemkin doszedł do wniosku, że hitlerowski program eksterminacji obejmował nie tylko Żydów i Romów, ale także Polaków i inne narody słowiańskie. To on też zapewne jako pierwszy uznał na forum międzynarodowym wymordowanie przez Niemcy na początku wieku w dzisiejszej Namibii 80 tysięcy Hererów i Nama za ludobójstwo. Stwierdził też, że w historii ofiarami tej zbrodni padli nie tylko Ormianie (i chrześcijańscy Asyryjczycy) w imperium otomańskim, ale także religijni dysydenci: hugenoci i waldensi w chrześcijańskiej Europie oraz wcześni chrześcijanie w imperium rzymskim.
Tak szerokie zakreślenie granic ludobójstwa było jednak problematyczne, bo zdawało się zacierać odrębność tej zbrodni związaną z centralną dla Lemkina kwestią intencji sprawcy. Co więcej, powtórzmy, zrazu obstawał on przy włączeniu do definicji ludobójstwa kategorii "wandalizmu" jako kluczowej dla uzasadnienia interesu, jaki ma ludzkość w jej ściganiu; skala niemieckich zbrodni i ich powszechność uczyniła jednak konieczność takiego uzasadnienia bezprzedmiotową. Przewagą zaledwie jednego głosu komitet odrzucił też objęcie definicją "grup politycznych". Argumentowano, że przynależność do takich grup jest "oparta na zbiorze teoretycznych pojęć, podczas gdy członków grupy narodowej, rasowej lub religijnej łączy odczucie bądź tradycja".
Dyskusja ta nie została jednak wówczas pogłębiona, a szkoda. Tyczy się ona bowiem kwestii, która w badaniu ludobójstw okaże się ważna: tego, czy jest się w oczach sprawców członkiem grupy będącej ofiarą zbrodni z wyboru, czy z natury. We współczesnym myśleniu naukowym jedynymi "obiektywnymi" cechami charakterystycznymi człowieka, których nie można się zrzec własną decyzją, są przynależność do gatunku Homo sapiens oraz orientacja seksualna; wszystko inne, od płci kulturowej począwszy, jest, a przynajmniej może być, kwestią wyboru. Sto, a nawet 80 lat temu konsens w tej sprawie wyglądał jednak inaczej: powszechnie uważano, że rasy istnieją obiektywnie (choć się spierano o to, czy jest między nimi gradacja na wyższe i niższe); podobnie, choć z mniejszą dozą pewności, traktowano narody.
Przyznawano natomiast, że przynależność religijną można zmienić aktem woli, a dwie wielkie religie (chrześcijaństwo i islam, we wszystkich swych odmianach) wręcz uważały, i uważają nadal, że taka zmiana jest czymś pożądanym, pod warunkiem że dokonana zostanie na ich rzecz - przy czym każda odmawia wartości zmianie dokonanej na korzyść tej drugiej. Mimo to we wszystkich religiach konwertytów traktowano nieufnie, uważając często, że tylko dziecko urodzone w rodzinie urodzonych członków danej wiary jest w pełni jej członkiem; zbliżało to naturę członkostwa w religii do przynależności do narodu bądź rasy. Innymi słowy, grupy rasowe, narodowe, etniczne (będące podgrupami grup narodowych) i do pewnego stopnia także i religijne uznawano za obiektywnie istniejące. To zaś oznaczało, że przynależność do nich jest też obiektywna, i może być określona zarówno z wewnątrz ("Jestem Polakiem"), jak i z zewnątrz ("Jesteś Żydem"), przy czym w razie sprzeczności owa zewnętrzna opinia, jako mniej subiektywna, bo nie tycząca się mówiącego, uchodziła często za bardziej miarodajną.
Inaczej rzecz się miała z grupami społecznymi, a zwłaszcza politycznymi: tu przynależność uważano zasadniczo (z wyłączeniem sytuacji takich jak kasty w Indiach) za efekt aktu woli. Wprawdzie w odniesieniu do grup społecznych istniały częściowe ograniczenia (do arystokracji nie można było przystąpić, oprócz wyjątkowych sytuacji "uszlachcenia"), ale generalnie uznawano, że grupę społeczną, w której się człowiek urodził, można opuścić, aktem woli lub na skutek życiowych okoliczności; w odniesieniu do grup politycznych i przystąpienie, i wystąpienie miały w pełni dowolny charakter.
I dlatego właśnie umieszczenie tych dwóch grup na liście tych, których eksterminacja stanowi ludobójstwo, budziło koncepcyjne sprzeciwy. Tym bowiem, co odróżniało niemieckie ludobójstwo Żydów i Romów od podobnych masakr w przeszłości, było to, że mord był niezależny od wyborów jednostek, których dotyczył. Sprawcom bowiem chodziło o wymordowanie danej grupy "jako takiej", jak sformułuje to ONZ-owska Konwencja o ściganiu i zapobieganiu ludobójstwu; tymczasem grupa z wyboru "jako taka" nie istnieje, skoro jej członkostwo stale się zmienia na skutek aktów woli.
Z masakry komunistów, jak np. na Węgrzech w 1919 r., można było ocaleć, a przynajmniej mieć nadzieję na ocalenie, deklarując, że się nie jest, albo też już nie jest, komunistą i ewentualnie udowadniając wiarygodność tej deklaracji jakimś czynem. W przypadku wymienionych przez Lemkina rzezi hugenotów czy waldensów lub prześladowań chrześcijan wyparcie się dotychczas przez ofiary wyznawanej wiary było celem prześladowań. Pawlika Morozowa, dzięki temu, że zdradził ojca, ominął los "kułackich" dzieci. Podczas ludobójstwa Ormian przejście na islam ratowało od śmierci kobiety i dzieci (a czasem także mężczyzn); podobnie działał podczas ludobójstwa Serbów w ustaszowskiej Chorwacji katolicki chrzest. Należy zarazem zaznaczyć, że z punktu widzenia istnienia grupy religijnej jako takiej, inaczej niż z punktu widzenia istnienia przymusowych konwertytów, zmiana wyznania prowadzi do eksterminacji tak samo jak fizyczny mord.
Dla Herero i Nama w Namibii, Żydów i Romów podczas Zagłady, muzułmanów, Wietnamczyków i Chińczyków w Kampuczy Czerwonych Khmerów, Tutsich w Rwandzie czy muzułmańskich mężczyzn w zdobytej przez Serbów Srebrenicy żadna taka droga ucieczki, choćby nawet haniebna, nie była dostępna. Nie oznacza to, że nie było ludobójstw (lub, jak w Srebrenicy, aktów ludobójstwa) innych niż te wyliczone - ani też, że samo istnienie sposobu pozwalającego na to, by nie paść ofiarą zbrodni, oznacza, że zbrodnia ta ludobójstwem nie była. Nie oznacza to zwłaszcza, że "grupy rasowe, narodowe czy etniczne" istnieją obiektywnie, w odróżnieniu od grup religijnych, społecznych czy politycznych. Oznacza to jednak, że między tymi pierwszymi a tymi drugimi istnieje różnica w swobodzie wyboru afiliacji, która może przełożyć się na różnicę losu. I że autorzy definicji ludobójstwa brali tę różnicę pod uwagę.
Tyle tylko, że ich uwagę dużo zapewne bardziej zaprzątał fakt, że Związek Sowiecki by z całą pewnością nie zaakceptował uwzględnienia grup politycznych (a nawet społecznych) na liście kryteriów ludobójstwa, bo sam mógłby wówczas zostać o tę zbrodnię oskarżony. To zaś oznaczałoby nie tylko utratę szans na przyjęcie planowanej konwencji jednomyślnie, ale nawet ryzyko utraty większości niezbędnej do jej uchwalenia: Moskwa kontrolowała znaczący blok głosów w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Listę grup, których eksterminacja stanowi ludobójstwo, ograniczono więc do czterech: rasowe, narodowe, etniczne i religijne; Związek Sowiecki ją zaakceptował.
Wielka Brytania też była przeciwna przyjęciu konwencji, argumentując zdroworozsądkowo, że tam, gdzie dochodzi już do ludobójstwa, żadne konwencje nie pomogą. W rzeczywistości zaś Londyn się obawiał, że brytyjska polityka kolonialna, a zwłaszcza Wielki Głód w Indiach w czasie II wojny światowej, mogą też być za ludobójstwo uznane. Ale państwu, które pokonało ludobójcze Niemcy, trudno było jednak opowiedzieć się przeciwko konwencji. Chiny miały podstawy, by o ludobójstwo oskarżać pokonaną Japonię, ale ich rząd miał większe zmartwienia: przegrywał właśnie wojnę domową z komunistyczną partyzantką, jeszcze okrutniejszą od jego własnych wojsk. Francja popierała konwencję jako wymierzoną w Niemcy, a USA popierały inicjatywę Lemkina od samego początku - choć ratyfikować jej nie zamierzały; pół wieku później sytuacja ta się powtórzy podczas uchwalania traktatu rzymskiego, ustanawiającego Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK).
Ale nie tylko ZSRR (oraz Białoruś i Ukraina) oponowały przeciwko uwzględnieniu grup politycznych i społecznych. Podczas prac redakcyjnych nad konwencją sprzeciw zgłosiły także: Belgia, Brazylia, Dominikana, Egipt, Filipiny, Iran, Liban, Peru, Szwecja, Urugwaj i Wenezuela - w sumie 14 z 42 w 1948 r. państw sygnatariuszy. Dokładnie co trzecie.
Trudno znaleźć jakąkolwiek cechę wspólną tych państw - oprócz zapewne obawy, całkiem zresztą uzasadnionej, że zarzut o próbę "wymordowania w części grupy politycznej lub społecznej" można by postawić w którymś momencie historii każdemu państwu na świecie, w tym wszystkim z rozmaitych powodów toczącym walkę z jakąś grupą zbrojną, która się w sposób mniej lub bardziej wiarygodny do jakiejś ideologii politycznej bądź społecznej odwołuje. Nie trzeba tu być reżimem stalinowskim. Niektóre z tych państw miały, podobnie jak ZSRR, uprawnione obawy, że same mogą być współcześnie o taką zbrodnię oskarżone, inne - że łatwość takiego oskarżenia całkowicie strywializowałaby pojęcie ludobójstwa, stawiając znak równości między wymordowaniem 6 milionów Żydów i zastrzeleniem bandytów rabujących banki, by wesprzeć ruch polityczny, z którym się identyfikują.
Konwencję Zgromadzenie Ogólne przyjęło jednogłośnie 9 grudnia 1948 r., a w 1950 została ona ratyfikowana przez 20 państw, co sprawiło, że weszła w życie. Jak na konwencje międzynarodowe jest to dokument niezwykle zwięzły: liczy sobie jedynie 19 artykułów. Pierwsze cztery, kluczowe, brzmią:
"Artykuł I.
Umawiające się Strony potwierdzają, że ludobójstwo, popełnione zarówno w czasie pokoju, jak podczas wojny, stanowi zbrodnię w obliczu prawa międzynarodowego, oraz zobowiązują się zapobiegać tej zbrodni i karać ją.
Artykuł II.
W rozumieniu Konwencji niniejszej ludobójstwem jest którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich:
a) zabójstwo członków grupy,
b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy,
c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego,
d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy,
e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy.
Artykuł III.
Następujące czyny podlegają karze:
a) ludobójstwo,
b) zmowa w celu popełnienia ludobójstwa,
c) bezpośrednie i publiczne podżeganie do popełnienia ludobójstwa,
d) usiłowanie popełnienia ludobójstwa,
e) współudział w ludobójstwie.
Artykuł IV.
Winni ludobójstwa lub któregokolwiek z czynów, wymienionych w Artykule III, będą karani bez względu na to, czy są konstytucyjnie odpowiedzialnymi członkami rządu, funkcjonariuszami publicznymi czy też osobami prywatnymi".
Z daty wejścia Konwencji w życie wynika kluczowa konsekwencja: żadne czyny popełnione przed tą datą nie mogą być na jej podstawie ścigane; prawo nie może działać wstecz. Oznacza to, że ściganie na jej podstawie Turcji za ludobójstwo Ormian, czy wręcz Niemiec za Zagładę, jest z definicji niemożliwe. Lecz choć tempo ratyfikacji było w porównaniu z innymi umowami międzynarodowymi błyskawiczne, to w tej pierwszej dwudziestce z państw członkowskich Rady Bezpieczeństwa znalazła się jedynie Francja. Związek Sowiecki ratyfikował ją dopiero po śmierci Stalina, w 1954 r., Wielka Brytania w 1970, Chiny (już komunistyczne) w 1983, a USA, jako ostatnie, dopiero w 1986, częściowo z obawy, że Konwencja może zostać użyta do piętnowania Waszyngtonu za segregację, częściowo z ustrojowej nieufności wobec wszelkich form sprawiedliwości międzynarodowej.
Najbardziej znanym ludobójstwem w historii pozostaje zagłada Żydów dokonana przez III Rzeszę - zbrodnia bez precedensu, która sprawiła, że ludobójstwo zaczęto nazywać ludobójstwem. W przeglądarce internetowej Google hasło "genocide" występuje 45,5 miliona razy, a razem ze słowem "Jews" - 12,8 miliona; połączenie ze słowem "Armenians" daje jedynie nieco ponad pół miliona odpowiedzi. W literaturze przedmiotu oraz w publicystyce trwa zażarty spór o to, czy Zagładę można w ogóle porównywać z innymi ludobójstwami. Zarazem jednak stała się ona w pewnym sensie "wzorcowym" ludobójstwem, a inne zbrodnie porównuje się z nią, by móc stwierdzić, czy można je określić tym mianem.
Rodziło to, tak na poziomie indywidualnym, jak i zbiorowym, pewne rzeczywiste i domniemane korzyści polityczne i prawne dla Żydów, którzy ocaleli z Zagłady. To zaś wywoływało swoistą zawiść ofiar innych, rzeczywistych czy domniemanych, ludobójstw i pragnienie, by też korzyści takich doświadczyć. Z drugiej strony status szczególnych ofiar, jaki Żydzi uzyskali po Zagładzie, sprawiał, że moralne i polityczne oczekiwania pod ich adresem były bardzo wysokie. Jeżeli jednak się okazywało, że Żydzi ich - rzeczywiście lub domniemanie - nie spełniają, reakcją bywało potępienie na miarę tych oczekiwań.
Wreszcie, doświadczenie Zagłady stało się w kulturze europejskiej i północnoamerykańskiej uniwersalnym tropem ludzkiego cierpienia, zgodnie z maksymą Zofii Nałkowskiej "Ludzie ludziom zgotowali ten los". Ta uniwersalizacja sprawiła z jednej strony, że powszechna historia zapamiętała Zagładę tak, jak doświadczyły jej ofiary - coś, co nie udało się żadnej innej grupie ofiar ludobójstwa. Z drugiej zaś strony zuniwersalizowana opowieść o Zagładzie przestała być specyficznie żydowska.
Dyskusja o specyficzności Zagłady wśród innych ludobójstw prowadzi do dyskusji o specyficzności ludobójstwa wśród innych masowych zbrodni. Inaczej niż morderstwo, które jest faktem obserwowalnym, zanim stanie się kategorią społeczną czy prawną, ludobójstwo od początku jest nie tylko zbiorem bardzo wielu poszczególnych morderstw, ale też zbiorem zorganizowanym według pewnych zewnętrznych wobec tych morderstw pryncypiów. Innymi słowy ludobójstwem będzie to, co do czego się umówimy, że będzie ludobójstwem. Tym samym spory o specyfikę ludobójstwa są nierozstrzygalne, dopóki nie przyjąć którejś z istniejących definicji. Tyle tylko, że wówczas spór przekształca się w dyskusję nad definicjami, znów bez jasnych kryteriów wyboru właściwej.
Dla celów tej pracy będę się posługiwał definicją zawartą w Konwencji, mimo jej licznych wad. Najistotniejsze tyczą się cech, które musi spełniać prześladowana grupa, by zbrodnia, jaka ją spotkała, mogła być uznana za ludobójstwo, kryterium intencji jej wymordowania, które trzeba udowodnić sprawcom, oraz odstąpienie od wymogu, by intencją tą było wymordowanie prześladowanej grupy w całości. Zarazem jednak definicji tej nie można zarzucić (z wyjątkiem wady pierwszej), że powstała dla doraźnych celów politycznych, a oparte na tej definicji orzeczenia sądów międzynarodowych nadały jej powagę, jakiej pozostałe definicje nie mają. Uznaję więc za ludobójstwa przede wszystkim te zbrodnie, które zostały uznane za takowe przez działające na podstawie Konwencji trybunały międzynarodowe: Zagładę Żydów przez Niemcy, rzezie popełnione przez Czerwonych Khmerów, wymordowanie Tutsich w Rwandzie, masakrę w Srebrenicy. Dodaję do tej listy zbrodnie uznane za ludobójstwa przez państwa, które je popełniły: zagładę Romów, i przez znaczącą część społeczności międzynarodowej: ludobójstwo tureckich Ormian. Analiza cech wspólnych ludobójstw będzie na tych przykładach oparta.
Pierwsze procesy na podstawie przyjętej w 1948 r. Konwencji odbędą się dopiero w następnym stuleciu. Nie dlatego, by przez poprzednie półwiecze nie było powodów do wnoszenia aktów oskarżenia: kolonialne wojny Chin w Tybecie, Wielkiej Brytanii w Kenii, Francji w Algierii i Rosji w Czeczenii, jak również USA w Indochinach - by pozostać przy stałych członkach Rady Bezpieczeństwa - z całą pewnością dawały podstawy przynajmniej do wszczęcia śledztw. Nie było jednak organów sprawiedliwości międzynarodowej zdolnych i skłonnych do podejmowania takich śledztw i osądzania podejrzanych. Przed ONZ-owskim Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze, utworzonym w 1945 r. (MTS), oskarżenia mogą wnosić jedynie państwa przeciwko państwom: w podanych przypadkach wojen kolonialnych dwie z ofiar państwami nie są, dwie pozostałe nie mogły sobie pozwolić na ryzyko tak jawnej konfrontacji z byłą metropolią.
Dopiero w tym stuleciu Chorwacja i Bośnia wniosły i przegrały przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości sprawy o ludobójstwo, jakie miała popełnić Serbia podczas wojen lat 1992-1995, niedawno zaś Gambia wniosła tamże przeciwko Mjanmie (dawniej: Birmie) sprawę, która jeszcze jest w toku, o ludobójstwo Rohingyów w 2018 r. W tym samym czasie także i Polska - bezskutecznie - występowała do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka o uznanie zbrodni katyńskiej popełnionej przez ZSRR w 1940 r. za ludobójstwo, argumentując, że ofiary zginęły dlatego, że były Polakami; sąd jednak nie dopatrzył się w działaniach Sowietów szerszej kampanii mordowania Polaków i argument oddalił. Być może gdyby wpisać zbrodnię katyńską w szerszy kontekst "operacji polskiej" NKWD z 1937 r., wyrok Trybunału mógłby być inny.
Sprawy o ludobójstwo rozpatrywały też specjalnie przez ONZ powołane i utworzone międzynarodowe trybunały karne dla b. Jugosławii oraz dla Rwandy, mające własną prokuraturę. Pierwszy skazał politycznego przywódcę bośniackich Serbów Radovana Karadżicia, ich wojskowego dowódcę gen. Ratko Mladicia i cztery inne osoby za akt ludobójstwa w Srebrenicy w 1995 r. Drugi skazał premiera Jeana Kambandę, dowódcę Interahamwe, bojówek Hutu, płk. Théoneste'a Bagosorę (zmarł w więzieniu w Mali we wrześniu 2021 r.) oraz 57 innych osób za ludobójstwo w Rwandzie w 1994 r. Oba trybunały zastąpił następnie Międzynarodowy Trybunał Karny, mający uniwersalną jurysdykcję. W 2010 r. postawił on w stan oskarżenia za ludobójstwo, zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości, popełnione w sudańskiej prowincji Darfur w latach 2003-2008, ówczesnego prezydenta Sudanu gen. Omara al-Baszira.
Położony na zachodzie kraju i przyłączony doń dopiero nieco ponad sto lat temu Darfur (po arabsku: Domena Furów) zamieszkany jest przez ciemnoskóre ludy Fur, Zaghawa i Masalit, przez wieki traktowane jako niewolnicy przez zamieszkujących dolinę Nilu Arabów. Ludność Chartumu na przełomie XIX i XX wieku w dwóch trzecich stanowili niewolnicy. Niewolnictwo zostało zniesione w 1924 r., ale do dziś ulice Chartumu noszą imiona słynnych łowców niewolników, a rasistowska terminologia pod adresem czarnoskórych mężczyzn i kobiet jest w powszechnym użyciu. Do dziś traktowanie czarnoskórej ludności w Sudanie, jak stwierdził m.in. były kanadyjski minister sprawiedliwości, wybitny prawnik Irwin Cotler, nosi cechy apartheidu[*9]. Sytuację zaostrzyły jeszcze rządy w Chartumie islamskich fundamentalistów Hasana at-Turabiego.
Owa dyskryminacja doprowadziła do trwającego od uzyskania niepodległości krwawego konfliktu w Sudanie Południowym, zamieszkanym też przez ludność czarnoskórą, ale głównie chrześcijańską i animistyczną, której nic, nawet religia, nie wiązało z resztą Sudanu. Po śmierci ponad półtora miliona ludzi Sudan Południowy zyskał w 2011 r. niepodległość i pogrążył się w wojnie domowej, która kosztowała życie kolejne pół miliona ofiar.
Muzułmański Darfur nie chciał niepodległości, lecz zakończenia ucisku. Dochodziły do tego strukturalne konflikty o ziemię i wodę między rolnikami, głównie ciemnoskórymi, i arabskimi hodowcami. Darfurskie powstanie zostało krwawo stłumione przez armię sudańską i zwłaszcza dżandżawidów (po arabsku: jeźdźców diabła) - ochotnicze bojówki, które spaliły setki wiosek, masowo gwałciły kobiety i mordowały. Amerykański prawnik kenijskiego pochodzenia Makau W. Mutua, profesor w The State University of New York w Buffalo, opisał to następująco:
"Darfur to nie przypadkowa apokalipsa masowej rzezi, zniewolenia, grabieży i czystek etnicznych. Pogrom w Darfurze stanowi część historycznej ciągłości, w której kolejne rządy arabskie dążyły do całkowitego zniszczenia czarnych Afrykanów w tym dwurasowym państwie. (...) Fakt, że czarni Afrykanie w Darfurze są wyłącznie muzułmanami, nie powstrzymał arabskich bojówek dżandżawidów oraz rządu przed próbą ich eksterminacji. Rasa, a nie religia, jest podstawową linią podziału w Sudanie (...). Od czasów niewolnictwa Arabowie gwałcili i dominowali Afrykanów. (...) Te mordy jednoznacznie spełniają wymogi definicji zawartej w konwencji o ludobójstwie"[*10].
Kalma, obóz dla uchodźców w Darfurze Południowym
W konflikcie, formalnie zakończonym zawieszeniem broni w 2010 r. i porozumieniem konstytucyjnym po obaleniu rządów Al-Baszira w 2019, lecz tlącym się nadal, zginęło według szacunków ONZ ok. 300 tysięcy ludzi, w znakomitej większości czarnoskórych darfurskich cywilów, a trzy miliony - jedna trzecia ludności - straciło dach nad głową. Nigeryjczyk Moses Ochonu, profesor historii afrykańskiej na Vanderbilt University w Tennessee, uważa, że[*11]
"rasizm arabski jest tak głęboki, że jest wpisany w semantykę języka arabskiego. Do dziś ogólnym określeniem czarnoskórego jest przedrostek abd- oznaczający niewolnika, jak w [imieniu] Abdallah ("niewolnik Boga"). (...) Przypadek Sudanu jest może najbardziej jaskrawym, przejmującym i niepodważalnym przykładem arabskiego rasizmu skierowanemu przeciw czarnym Afrykanom. Zauważmy, że dopóki dżandżawidzi i ich rasistowscy i morderczy poplecznicy z rządu sudańskiego nie popsuli reputacji sztuce nienawidzenia, marginalizowania i mordowania czarnoskórej ludności, Arabowie nigdy właściwie nie uznawali łupienia czarnych wiosek z niewolników i bydła, zwłaszcza w Sudanie Południowym, za zbrodnię. Powodujący te praktyki rasizm był coraz bardziej uprawomocniany przez dyskurs rozgraniczenia między dar al-Islam (domeną islamu) i dar al-harb (domeną wojny i niewiary). Wielu Arabom trudno jest się oduczyć historycznego opisu czarnoskórych jako niewolników, służalczo obecnych w świecie arabskim. Arabowie nadal na ogół uważają ludobójstwo w Darfurze raczej za katastrofę dla [ich] public relations niż za barbarzyńską, rasistowską wojnę przeciwko czarnoskórej ludności. Nie słyszeliśmy w końcu ze strony żadnego państwa arabskiego potępienia rasistowskich praktyk sudańskiego rządu".
W dziesięć lat później Al-Baszir został obalony przez ludowe powstanie; latem 2021 r. tymczasowe władze sudańskie zgodziły się wreszcie na jego ekstradycję do MTK. Zarazem w 2018 r., po niezmiernie długim dochodzeniu i procesie, były prezydent tzw. Demokratycznej Kampuczy Khieu Samphan i jego zastępca Nuon Chea zostali skazani za ludobójstwo na kambodżańskich muzułmanach oraz Wietnamczykach, popełnione podczas krwawych rządów Czerwonych Khmerów. Wyrok wydała Izba Nadzwyczajna Sądów Kambodżańskich, obradująca z udziałem sędziów międzynarodowych. Wszystkie powyższe wyroki skazywały na więzienie; trybunały międzynarodowe nie uznają kary śmierci.
Wyroki za ludobójstwo zapadają nie tylko przed międzynarodowymi sądami. W styczniu 2013 r. Międzynarodowy Trybunał ds. Zbrodni w Bangladeszu - międzynarodowy tylko z nazwy, bo wszyscy jego sędziowie są obywatelami tego państwa - zaocznie skazał na śmierć za ludobójstwo i inne zbrodnie Abdula Kalama Azada Bachchu. Uczestniczył on po stronie Pakistanu w niezwykle krwawej wojnie domowej w 1971 r., która zakończyła się niepodległością Bangladeszu. Bachchu zbiegł przed wyrokiem; przypuszcza się, że ukrywa się w Pakistanie. W miesiąc później tenże trybunał skazał także na śmierć za ludobójstwo aresztowanego Delwara Hossaina Sayeediego, wiceprzewodniczącego antyniepodległościowej partii Dżamaat Islami; sąd najwyższy następnie zmienił mu wyrok na dożywocie.
Rzecz w tym, że wbrew nazwie owe Międzynarodowe Trybunały ds. Zbrodni w rzeczywistości nie są nawet po części - tak jak choćby kambodżańska Izba Nadzwyczajna - międzynarodowe; ich "międzynarodowy" charakter polega jedynie na tym, że stosują prawo międzynarodowe, w tym wypadku konwencję o ludobójstwie. Nie są jednak niezależne: ich upolitycznienie i naruszanie przez nie praw człowieka dokumentowały m.in. Human Rights Watch oraz ONZ. Podważa to w sposób zasadniczy wiarygodność wyroków - choć zbrodnie popełnione podczas wojny domowej istotnie były ogromne i bardzo prawdopodobne, że należałoby je za ludobójstwo uznać.
W tym samym 2013 r. sąd w Gwatemali w przełomowym wyroku uznał, że państwo gwatemalskie winne jest popełnionego w latach 1982-1983, podczas wojny domowej, ludobójstwa na Indianach Ixil, i skazał za tę zbrodnię ówczesnego dyktatora, gen. Efraína Ríosa Montta na 80 lat więzienia. Uznał, że było to ludobójstwo, choć oskarżony, nie negując faktów, twierdził, że ofiary nie zostały zabite za bycie Ixilami, lecz jedynie będąc Ixilami, a do zbrodni doszło w ramach wojny domowej między wspieraną przez część ludności wiejskiej, przeważająco indiańskiej, lewicową partyzantką a jego prawicową dyktaturą. Dla sądu jednak rozstrzygające było to, że zabici stanowili 5,5 proc. całego ludu Ixil; warunek wymordowania "w całości lub w części" został więc formalnie zachowany.
Owo "w części" dodano do sformułowania Konwencji po to, by istnienie po Zagładzie Żydów, którzy ją przeżyli, nie mogło służyć za argument obrony w procesach o popełnione na nich ludobójstwo. Wyrwane z tego kontekstu może stać się jednak argumentem oskarżenia w procesach o zbrodnie, które - bez tego - nie zostałyby za ludobójstwo uznane. Z drugiej strony jest rzeczą oczywistą, że ludobójstwo to nie jest po prostu bardzo duża masakra: rozstrzyga intencja sprawcy, nie liczba ofiar. Definitywnie ustaliło to, podczas procesu gen. Radislava Krsticia, słynne pytanie przewodniczącego MTK dla b. Jugosławii, skierowanego do oskarżonego (będzie o nim mowa w rozdziale o Srebrenicy).
Wyrok na gen. Montta wzbudził oburzenie wśród części gwatemalskich elit i sprawa trafiła do Trybunału Konstytucyjnego, który unieważnił wyrok ze względów proceduralnych i nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy. Gen. Montt zmarł w 2018 r., zanim do tego doszło. Zakwestionowany wyrok dostarczył też argumentów tym, którzy niebezzasadnie uważają, że historycy i publicyści, a nawet prawnicy, mają tendencję do stosowania terminu "ludobójstwo" dość szeroko: nie ma chyba żadnego współczesnego konfliktu, w którym jedna czy obie uczestniczące w nim strony nie zostałyby o tę zbrodnie przez kogoś oskarżone. Dorobek sprawiedliwości w walce z ludobójstwem jest za to skromny, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, jak ciężkie i jak szeroko rozpowszechnione jest to przestępstwo. Ale to samo zarazem sprawia, że jego ściganie jest szczególnie utrudnione. Jak bardzo, widać to choćby po sprawie gen. Al-Baszira.
Zanim ustanowiony przez traktat rzymski nowy Międzynarodowy Trybunał Karny, o jurysdykcji nie ograniczonej już do zbrodni popełnionych w jednym kraju, lecz powszechnej, oskarżył go o ludobójstwo, wydał nakaz aresztowania za zbrodnie wojenne, ale Al-Baszir zbytnio się tym nie przejął. Zasadniczo nakaz taki nakładał na każde państwo sygnatariusza obowiązek jego realizacji, ale Liga Arabska zaprosiła Al-Baszira z honorami na spotkanie na szczycie w marcu 2009 r., aby wyrazić swoją z nim solidarność, a ówczesny prezydent Egiptu Hosni Mubarak, który na szczyt nie mógł przybyć, specjalnie poprosił sudańskiego kolegę, aby po drodze zatrzymał się w Kairze. Wprawdzie od podróży do Europy czy Ameryki Północnej doradcy odwiedli go jako jednak zbyt ryzykownych, ale za to mógł się pocieszyć, że np. turecki premier Recep Tayyip Erdo?an oznajmił publicznie, że w żadne zarzuty ludobójstwa nie wierzy, bo Al-Baszir jest przecież muzułmaninem, a muzułmanie nie popełniają takich zbrodni.
Erdo?an się pospieszył: kiedy wystawiał ów religijny certyfikat niewinności, prezydent Sudanu był ścigany jedynie za zbrodnie wojenne; na temat zdolności muzułmanów do ich popełnienia prezydent Turcji się jednak nie wypowiedział. Zarzut ludobójstwa pojawił się dopiero w drugim liście gończym, wydanym przez MTK już po szczycie Ligi. Prezydent Sudanu stał się wówczas drugą, po Slobodanie Miloszeviciu, głową państwa, którą oskarżono o ludobójstwo. Od tego akurat zarzutu byłego jugosłowiańskiego prezydenta w końcu uniewinniono, po wspomnianym procesie przeciwko Serbii przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Udowodniono mu jednak, że mógł przeciwdziałać ludobójstwu popełnianemu w Bośni przez Karadżicia i Mladicia, i nie uczynił tego - a więc i tak naruszył, choć w mniej gardłowym artykule, Konwencję. Miloszević, tak jak Montt, zmarł, i to w więzieniu, zanim zapadł w jego sprawie ostateczny wyrok.
Ważniejsze było, jak na nowy list gończy zareagują inne rządy; w końcu 111 państw traktat podpisało. I nawet jeśli wiele z nich skłonnych było zignorować zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości, o których mówił poprzedni list gończy - w końcu Sri Lanka, Chiny, Rosja, Indie, Kongo, Rwanda czy Turcja, by wymienić tylko pierwsze z brzegu przykłady, same miały interes w tym, aby się takich błahostek nie czepiać, to jednak ludobójstwo to zbrodnia innego rzędu. Nawet Pekin, który z Sudanu sprowadzał 6 proc. swej ropy, a w Darfurze, gdzie do ludobójstwa doszło, ma swoją największą inwestycję energetyczną za granicą, nie podjął publicznie polemiki z MTK.
Istotnie, wielu zagranicznych wizyt prezydent Al-Baszir potem już nie złożył. Marne jednak były też szanse na to, aby stanął przed obliczem sprawiedliwości, chyba że - jak w przypadku Miloszevicia - zostałby obalony, co też się w końcu stało. Rzecz w tym jednak, że spiskowcy też nie mieli w MTK czystych kont: w zbrodniach w Darfurze umoczona była cała sudańska elita władzy. I dlatego też list gończy MTK skrytykowały także niektóre organizacje humanitarne, które skądinąd co do sudańskiego przywódcy nie miały złudzeń. Z poszukiwanym za ludobójstwo bowiem raczej się nie negocjuje, choć byłoby o czym: wszak mógłby w odwecie jeszcze bardziej dręczyć swych nieszczęsnych poddanych i zatruć życie społeczności międzynarodowej. W efekcie bezkarność gen. Al-Baszira długo pozostawała widomym dowodem tego, że międzynarodowa sprawiedliwość jest bezsilna.
Kiedy w 1993 r. ONZ utworzył Międzynarodowy Trybunał Karny dla b. Jugosławii, wielu uważało, że jest to tylko niewiele znaczący polityczny gest, który ma uspokoić rosnące publiczne oburzenie wywołane popełnianymi w jugosłowiańskiej wojnie zbrodniami. Ale ekipa Tadeusza Mazowieckiego, podówczas specjalnego sprawozdawcy ONZ ds. praw człowieka w b. Jugosławii, zauważyła wtedy interesujące zjawisko: serbscy dowódcy polowi zaczęli od swych przełożonych żądać rozkazów na piśmie. Żeby w razie czego było jak w Hadze się bronić. Wydawało się to wówczas przesadne: polityczni twórcy jugosłowiańskiego MTK istotnie nie bardzo poważnie traktowali nową instytucję: zrazu nie przeznaczyli dla niej nawet budżetu. Ale zanim w 2017 r. trybunał dla b. Jugosławii zakończył podstawową działalność i został zastąpiony przez MTK z uniwersalną jurysdykcją, stanęło przed nim w końcu 161 podejrzanych. 90, w tym przywódcę bośniackich Serbów Radovana Karadżicia, skazano; proces gen. Ratko Mladicia, jego szefa wojsk, miał jeszcze toczyć się długo. Dowódcy polowi, jak się okazało, wyczuli pismo nosem.
Ale ludobójstwa trwają nadal. W styczniu 2014 r. tzw. Państwo Islamskie, ISIS od angielskiego akronimu jego pełnej nazwy, które wówczas kontrolowało pół terytorium Syrii, przypuściło gwałtowną ofensywę na sąsiadujący z nią Irak i w ciągu kilku miesięcy zajęło jedną czwartą terytorium tego kraju. W sierpniu, przełamując nieskuteczny opór peszmergów - sił irackich Kurdów, którzy dotąd kontrolowali ten obszar - ISIS zajęło miasto Sindżar wraz z okolicą zamieszkaną głównie przez 400-tysięczną społeczność jezydów. Spokrewnieni z Kurdami jezydzi wyznają odrębną i dość tajemniczą religię; dla islamskich fundamentalistów z ISIS byli poganami, a więc zasługiwali na śmierć, chyba że nawróciliby się na islam.
Jezydzi masowo jęli uciekać na pustynię, ok. 50 tysięcy z nich szukało schronienia przed ISIS na górze Sindżar, gdzie z kolei groziła im śmierć z głodu i pragnienia. Równocześnie w zdobytych przez ISIS miejscowościach trwały masakry, które pochłonęły od 3 do 5 tysięcy ofiar. Jego członkowie mordowali głównie mężczyzn; chłopców porywali do obozów, gdzie szkolili ich na przyszłych żołnierzy Państwa Islamskiego. Kobiety i dziewczęta, zgodnie ze stosowaną przez ISIS interpretacją prawa islamskiego, stanowiły uprawniony łup wojenny i wyznaczono im role niewolnic seksualnych, sprzedawanych bojownikom ISIS lub darowanych im w dowód uznania zasług. Liczbę tak uprowadzonych rozmaite źródła szacują na od 4 do 10 tysięcy. Zebrane przez Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) relacje[*12] ofiar dają obraz bezmiaru brutalności, jakiej były one poddane:
Jezydka Lajla Szemmo w Chonke, obozie dla uchodźców w Iraku, pokazuje tatuaż z imionami swoich synów
"Kiedy zostałyśmy pojmane, ISIS zmusiło nas, byśmy patrzyły, jak obcinają niektórym naszym jezydom głowy. Zmusili mężczyzn, by uklękli w szeregu na ulicy, z rękami związanymi za plecami. Bojownicy ISIS wyciągnęli noże i poderżnęli im gardła". (Dziewczyna, 16 lat w momencie pojmania, więziona przez siedem miesięcy, sprzedana raz).
"ISIS rozkazało wszystkim z [miejscowości] Koczo, by weszli do szkoły. Mężczyźni i chłopcy starsi niż dziesięć lat byli na parterze, a kobiety i dzieci na górnym piętrze. Bojownicy zabrali mężczyzn i chłopców. Po tym, gdy ich zabrali, żaden mężczyzna nie powrócił do wioski. Był wśród nich mój mąż". (Kobieta więziona przez 15 miesięcy, sprzedana pięć razy).
"Wywieziono nas do miasta Rakka nocą i tam trzymano w budynku. Byłam tam przez trzy tygodnie, aż zostałam sprzedana. Przez ten czas bojownicy ISIS przychodzili kupować kobiety i dziewczyny. Wszystkie byłyśmy jezydkami. Chyba zostałam sprzedana ok. 15 razy. Trudno spamiętać tych wszystkich, którzy mnie kupili". (Kobieta więziona przez 12 miesięcy, sprzedana ok. 15 razy).
"Powiedzieli nam, że mamy się stać dobrymi muzułmanami i walczyć za islam. Pokazywali nam na wideo odcinanie głów, zabójstwa i bitwy ISIS. [Mój nauczyciel] powiedział: "Musicie zabijać kafrów [niewiernych, tj. niemuzułmanów], nawet jeśli to wasi ojcowie i bracia, bo należą do niesłusznej religii i nie oddają czci Bogu"". (Chłopiec, 12-letni w momencie pojmania, szkolony w Syrii).
Masakry jezydów zdarzały się także w przeszłości: w 1892 r. sułtan imperium osmańskiego Abdul Hamid II nakazał nawracanie ich na islam siłą i zabijanie opornych. Nie było jednak dotąd kampanii na taką skalę, tak publicznej i tak bezwzględnej. Część uchodźców na górze Sindżar ocalała dzięki lotniczym zrzutom wody i pożywienia, a bojownicy kurdyjscy z syryjskiej milicji YPG i tureckiej Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) wywalczyli w końcu dostęp do nich i ewakuowali pozostałych przy życiu, a miasto Sindżar oswobodziły ostatecznie siły kurdyjskie w listopadzie 2014 r. Te spośród uprowadzonych kobiet i dzieci, które przeżyły, zostały uwolnione dopiero podczas wielkiej ofensywy irackiej przeciwko ISIS w rok później. Przez ten czas funkcjonowały targi niewolników, prasa ISIS publikowała rozprawy teologiczne uzasadniające niewolnictwo kobiet kafrów, a władze regulowały obrót niewolnicami. Praktyka ta obowiązywała na całym terytorium ISIS i tyczyła się wszystkich kobiet kafrów, lecz nie - kobiet odszczepieńców, czyli muzułmanów nieuznających ISIS. W rozporządzeniu wydanym 15 czerwca 2015 r. przez władze ISIS w syryjskim wilajecie Homs, czytamy:
"W imię Boga, współczującego i miłosiernego
Bracia, którzy pragną nabyć sabaya [niewolnice seksualne], muszą się zapisać u urzędnika administracyjnego batalionu lub sektora. Zaś co się tyczy braci pełniących służbę na froncie, zostaną dokonane uzgodnienia z emirem [dowódcą] batalionu, tak by przybywali o określonym czasie; przekażemy je następnie oficerowi administracyjnemu w ciągu najdalej dziesięciu dni od daty tego ogłoszenia. A kto się nie zapisze, nie ma prawa uczestniczyć w "targu niewolnic". A oferta złożona [będzie] w zaklejonej kopercie w czas zakupu i czyja oferta wygra, ten ma obowiązek zakupu. A Bóg jest gwarantem powodzenia"[*13].
Wbrew obrazowi nieokiełznanego barbarzyństwa, jaki się wyłaniał z wielu publikowanych w mediach relacji na temat rządów ISIS, był to reżim bardzo intensywnie regulowany przepisami prawa, jego twórcy zaś byli przekonani, że każde ich zwycięstwo jest błogosławieństwem dla mieszkańców zdobytych obszarów, daje im bowiem szansę życia w zgodzie z zasadami islamu, gwarantującymi najdoskonalszą formę życia zbiorowego. Nikomu, nawet kafrom, nie odmawiano prawa przyjęcia tej gwarantującej szczęśliwość i zbawienie wiary, a wyznawców innych, odszczepieńczych zdaniem ISIS jej odłamów zachęcano do przejścia na jedyną właściwą jej formę.
Ten prometejski element uzasadniający wszelkie trudy i cierpienia, jak również pragnienie, by zbrodni nadać prawną formę, będziemy odnajdywać także i w innych ludobójstwach. Jest to zarazem pierwszy przypadek, gdy o popełnienie ludobójstwa oskarża się twór niebędący formalnie państwem - choć ISIS zdecydowanie się za takowe uważało i posiadało wszystkie jego podstawowe atrybuty. Czyny ISIS wobec jezydów, mimo stosunkowo niewielkiej liczby ofiar, wyczerpują w pełni znamiona tej zbrodni, jak stwierdza cytowany raport UNHCR:
"ISIS popełniło zbrodnię ludobójstwa, jak również liczne zbrodnie przeciwko ludzkości i zbrodnie wojenne przeciwko jezydom, których tysiące są więzione w Syryjskiej Republice Arabskiej, gdzie poddawani są niemal niewyobrażalnym okrucieństwom... ISIS dążyło do zniszczenia jezydów poprzez zabójstwa, seksualną niewolę, zniewolenie, tortury i nieludzkie oraz upokarzające traktowanie, a także przymusowy transfer [członków grupy eksterminowanej do grupy dokonującej eksterminacji], sprawiający poważne cierpienia fizyczne i psychiczne; [poprzez] narzucanie warunków życia, które prowadziły do powolnego wymierania, [poprzez] narzucanie środków zapobiegających rodzeniu się jezydzkich dzieci, w tym poprzez konwersje rodziców, rozdzielanie mężczyzn i kobiet oraz psychiczną udrękę; oraz [poprzez] transfer jezydzkich dzieci z ich własnych rodzin i umieszczanie ich u bojowników ISIS, a tym samym odcinanie ich od wierzeń i praktyk ich własnej społeczności wyznaniowej; oraz [poprzez] wymazywanie ich tożsamości jako jezydów. Publiczne oświadczenia i postępowanie ISIS i jej bojowników wyraźnie świadczą, że ISIS zamierzało wyniszczyć jezydów Sindżaru, stanowiących większość populacji jezydów na świecie, w całości lub w części"[*14].
Mimo jednak tego jednoznacznego i trudnego do podważenia rozpoznania i mimo faktu, że ISIS zostało pokonane, a wielu jego przywódców i żołnierzy znalazło się w niewoli, proces Państwa Islamskiego o ludobójstwo jak dotąd się nie odbył i zapewne się nie odbędzie; nie słychać też nic o ewentualnych przygotowaniach do takiego procesu. W obliczu trwającej nadal wojny domowej w Syrii ciężar wymierzania sprawiedliwości spadł na władze Iraku, całkowicie do tego nieprzygotowane.
Podczas odbywających się tam procesów zapadają wyroki o wątpliwej często legalności. W 2006 r. iracki trybunał specjalny sądził obalonego dyktatora Saddama Husajna m.in. za ludobójstwo popełnione na irackich Kurdach podczas kampanii Anfal w 1985 r., ale ostatecznie został on skazany na śmierć wyłącznie za wydanie rozkazu zamordowania 146 irackich szyitów; wyrok, mimo licznych zastrzeżeń prawnych, został wykonany. Obecnie byłych członków ISIS sądzi się w procesach zwanych czasem, i czasem krzywdząco, dziesięciominutowymi; trudnego do udowodnienia zarzutu ludobójstwa się w nich nie stawia.
Za to pod koniec 2019 r. Gambia złożyła w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości w Hadze wniosek o postawienie w stan oskarżenia Mjanmy za ludobójstwo na Rohingyach. Rohingyowie są jedną z wielu mniejszości zamieszkujących wieloetniczną Mjanmę, w której dominująca grupa etniczna, Bama, stanowi niewiele ponad połowę ludności. Od niepodległości kraju po II wojnie światowej niemal wszystkie mniejszości toczą wojnę z rządem centralnym, walcząc o rozmaite formy autonomii lub wręcz o niepodległość. Armia systematycznie tłumi te powstania, ale tylko Rohingyom odmawia nie tylko autonomii, ale wręcz obywatelstwa: według armii są oni jedynie ludnością napływową z sąsiedniego Bangladeszu, z którym istotnie łączy ich język oraz wspólne wyznanie muzułmańskie. Ale Rohingyowie żyli w Birmie przynajmniej od XIX wieku i mimo kolejnych fal represji ze strony rządu ani myślą emigrować ze swojego kraju.
Tyle że władze mjanmańskie nie uważają, żeby to był ich kraj. Rohingyowie, których wówczas było nieco ponad milion, jako jedyni nie znaleźli się na liście 135 oficjalnie uznanych grup etnicznych. Choć po ogłoszeniu niepodległości w 1948 r. otrzymali, jak wszyscy inni mieszkańcy kraju, potwierdzające ich obywatelstwo dokumenty osobiste, od lat 70. nie mogli uzyskać przedłużenia ich ważności. Zamiast tego wydawano im, i tylko im, "karty rejestracyjne cudzoziemca", potwierdzające podstawowe dane osobiste, ale stwierdzające, że okaziciel nie jest birmańskim obywatelem[*15]. Te karty zostały następnie zastąpione przez tzw. białe karty, także niepotwierdzające obywatelstwa. Policja je często konfiskowała, wydając w zamian zaświadczenie o konfiskacie, które służyło jako zastępczy dowód osobisty, jedyny i często nieuznawany przez władze. Wreszcie "białe karty" zaczęto zastępować tzw. narodowymi kartami weryfikacyjnymi (National Verification Card - NVC), tym razem już opatrzonymi klauzulą "Posiadanie tego dowodu tożsamości nie oznacza, że okaziciel jest "obywatelem Mjanmy"". Posiadacze peerelowskich "dokumentów podróży" z 1968 r. pamiętają podaną na nich niemal identyczną formułkę. Tyle że oni te "dokumenty" otrzymali dlatego, że chcieli wyjechać. Mjanmańskim Rohingyom NVC się wmusza właśnie dlatego, że wyjechać nie chcą. Rohingya z wioski Bar Tu Lar powiedział ankieterowi z organizacji obrony praw człowieka Fortify Rights:
"Wielu wieśniaków przyjęło NVC w tym samym czasie. Musieliśmy. To nie był nasz wybór. Robią z nas obcych. Wyrzucają nas z Mjanmy. Władze miały broń. Zmusili nas. Wielu ludzi się bało. Ubliżali nam. Widziałem, jak dwóch ludzi odmówiło przyjęcia NVC, i wzięli ich do więzienia. Jeden wyszedł, a drugi jeszcze siedzi. Znam ich obu".
Przyjęcie NVC oznacza potwierdzenie, że się nie jest obywatelem, a więc przebywa się w Mjanmie tylko, jeśli rząd pozwoli. Nieprzyjęcie oznacza niemożliwość załatwienia jakiejkolwiek sprawy urzędowej, narażanie się na szykany, pobicia i aresztowanie podczas częstych kontroli dokumentów. I w końcu też można zostać deportowanym - no bo obywatel miałby przecież dowód tożsamości.
Jesienią 2018 r. kolejna fala pogromów ze strony lokalnych buddystów wspieranych przez armię - akcji aprobowanych, jak się wydaje, przez większość birmańskiego społeczeństwa - zmusiła prawie 700 tysięcy Rohingyów do ucieczki do ich rzekomej ojczyzny Bangladeszu, który sąsiaduje z zamieszkaną przez nich prowincją Arakan. Wielką przy tym rolę odegrały podburzające kazania wielu buddyjskich mnichów, zachęcających wiernych, by szli bronić zagrożonego przez muzułmanów narodu. Szczególny rozgłos zyskał mnich Wirathu, którego kazania prowokowały pogromy. W wypowiedzi, którą pozwolił nagrać dziennikarzom "Guardiana", stwierdził[*16]:
"Gwałcą nas w każdym mieście, seksualnie napastują w każdym mieście, napadają i biją w każdym mieście. W każdym mieście jest taka prostacka i dzika muzułmańska większość. W każdym kazaniu wspominamy historie (...) dziewczyn, które wbrew sobie i nieszczęśliwe muszą przestrzegać islamu po nawróceniu siłą, zabijanych, jeśli nie przestrzegają. A jeśli nie są zabijane, to są codziennie torturowane, aż się zalewają łzami. (...) My nie atakujemy żadnej rasy. My nie obrażamy islamu. My nie niszczymy muzułmańskiej kultury. Głoszę to jako sposób ochrony naszego narodu, naszej religii, kultury i kraju dla bezpieczeństwa narodowego. Nie uważam, żebym powodował nienawiść do muzułmanów lub się [do niej] przyczyniał. (...) Miejscowi muzułmanie są prostaccy i dzicy, bo ekstremiści pociągają za sznurki, dając im finansową, militarną i techniczną potęgę".
Mamy tu wszystko, co większość zwykła przy ludobójstwach mówić: to tamci - dzicy gwałciciele i oprawcy - są wszechobecną większością, sterowaną przez wszechmocne siły dające im potęgę. A my nikogo nie krzywdzimy, nikogo nie obrażamy, tylko się bronimy. Ale każdy gwałt zadany komukolwiek z nas jest zadany nam wszystkim: to "nas" gwałcą wszędzie. Święty by nie zdzierżył. Ba, święty nie zdzierżył - Wirathu rozkłada bezradnie ręce.
Towarzyszące pogromom masowe gwałty i tortury oraz sięgająca tysięcy liczba ofiar sprawiły, że ta czystka etniczna, pozbawiająca Mjanmę niechcianej ludności, została przez ONZ uznana za noszącą cechy ludobójstwa. I dlatego właśnie Gambia wniosła przeciwko Mjanmie sprawę do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.
Na pozór oskarżenie było niezrozumiałe: Gambia nie tylko nie graniczy z Mjanmą, lecz leży o 12 tysięcy kilometrów od niej. Nie ma też żadnych związków etnicznych z Rohingyami, choć podobnie jak oni większość Gambijczyków to muzułmanie. Ale Konwencja obowiązuje powszechnie i do tego, by złożyć wniosek, wystarczy uzasadnione podejrzenie, że do ludobójstwa istotnie doszło. Gambia wystąpiła do MTS-u z poparciem Organizacji Współpracy Islamskiej (OWI), zrzeszającej muzułmańskie państwa świata.
Jednak udowodnić przed sądem ludobójstwo, a więc eksterminacyjny cel i zamiar, jest bardzo trudno. Na początku XXI stulecia nie udało się to Bośni i Hercegowinie oraz Chorwacji, które niezależnie od siebie skarżyły o ludobójstwo Serbię w związku ze zbrodniami popełnianymi w ich krajach przez siły serbskie. Obie sprawy zostały umorzone, mimo że za ludobójstwo w bośniackiej Srebrenicy skazano szereg dowódców i przywódców pseudopaństewka bośniackich Serbów. Chorwacji nie udało się jednak udowodnić, że jako akty ludobójstwa należy zakwalifikować zbrodnie popełnione na jej terytorium, obu zaś wnioskodawcom - że za zbrodnie odpowiada rząd w Belgradzie, a nie jedynie lokalni Serbowie. Wprawdzie dokumenty przekazane przez Belgrad podczas toczącego się równolegle procesu Slobodana Miloszevicia przed MTK dla b. Jugosławii mogłyby odpowiedzialność Belgradu udowodnić, Serbia jednak przekazała je z zastrzeżeniem, że nie mogą zostać udostępnione MTS-owi, a zarzut ludobójstwa został przedstawiony przez prokuratora MTK Miloszeviciowi osobiście, nie zaś państwu, którym kierował; MTS sądzi państwa, MTK - jednostki.
Na wyrok w sprawie Gambia przeciwko Mjanmie też przyjdzie długo poczekać - ale w styczniu 2020 r. MTS nakazał w tymczasowym rozporządzeniu Mjanmie "zapobieżenie ludobójstwu", ochronę świadków zbrodni, którzy, jak uznał, nie są tam bezpieczni, zbieranie dowodów ich popełnienia oraz przedstawianie okresowych raportów w tej sprawie. Do tego wszystkiego Mjanma, jako sygnatariuszka międzynarodowych konwencji, i tak jest zobowiązana - ale tymczasowe rozporządzenie oznacza, że sąd nie uznał wniosku Gambii za bezpodstawny. To znaczy, iż uważa obawę, że może w Mjanmie dojść w przyszłości, a więc mogło dojść i w przeszłości, do ludobójstwa, za niebezpodstawną.
Do wręcz odwrotnego stanowiska przekonywała w Hadze Daw (pani) Aung San Suu Kyi, niegdyś przywódczyni opozycji demokratycznej i więzień wojskowej junty. Po wyborach wygranych w 2016 r., na fali zarządzonej przez wojsko liberalizacji, została jako "radca państwa" de facto prezydentem kraju i partnerem junty w dosyć dla obu stron niewygodnym politycznym układzie. W kwestii zarzutów Suu Kyi zgadzała się z generałami: choć przyznawała, że zbrodnie mogły zostać popełnione, odrzucała oskarżenie o ludobójstwo, a słowo "Rohingya" nie potrafiło jej przejść przez gardło. Dla niej, jak i dla nacjonalistycznej birmańskiej większości, są to jedynie Bengalczycy, nielegalni imigranci z Bangladeszu. Z tym MTS się nie zgodził, konsekwentnie używając nazwy "Rohingya" w swym tymczasowym rozporządzeniu. W chwili, gdy ta książka szła do druku, nie było jednak wiadomo, czy zgodził się za to z Gambią w kwestii ludobójstwa.
Wiadomo było natomiast, co z Aung San Suu Kyi: wojsko ją jednak na początku 2021 r. ponownie obaliło, gdy jej partia miała śmiałość ponownie wygrać wybory. Birmańczycy stawiają opór nowej juncie: w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy od zamachu zginęło ponad tysiąc osób. Była "radca państwa" znów jest uwięziona i oskarżona m.in. o naruszenie przepisów covidowych, nielegalny import krótkofalówek i korupcję. Poparcie dla zbrodni na Rohingya wzmocniło jej popularność wśród społeczeństwa, ale nie zdobyło zaufania generałów.
Miesiąc po tymczasowym rozporządzeniu w sprawie Mjanmy, w lutym 2020 r., w Chartumie podano, że do Republiki Środkowoafrykańskiej zbiegł Ali Kuszajb. Był on jednym z pięciu przedstawicieli władz sudańskich z prezydentem Omarem al-Baszirem na czele, postawionych przez MTK w 2009 r. w stan oskarżenia za zbrodnie w Darfurze, a następnie oskarżenia o ludobójstwo, zwłaszcza z rąk bojówek dżandżawidów, którymi Kuszajb dowodził. Al-Baszir był pierwszą urzędującą głową państwa z takim listem gończym; wielu prawników uważa, że na czas sprawowania urzędu chroni je immunitet. Niewiele sobie zeń robił: Chiny, Indie, Turcja czy Izrael, a także Sudan, nie podpisały traktatu o MTK, Iran, Rosja czy USA go nie ratyfikowały. Al-Baszir jeździł nie niepokojony nawet do RPA, sygnatariuszki traktatu, która miała obowiązek go zatrzymać.
Ale w 2000 r. Serbowie obalili Miloszevicia i w następnym roku były prezydent trafił jednak do Hagi, wydany przez nowy, demokratyczny rząd, który usiłował ratować międzynarodową reputację kraju. Al-Baszir wyciągnął wnioski: zaczął naprawiać stosunki ze światem i tak jak Miloszević zgodził się na pokój w Bośni, przystał na secesję Sudanu Południowego; zaostrzył zarazem swą dyktaturę. Efekt był jednak odwrotny: w kwietniu 2019 r. obaliło go, jak Miloszevicia, ludowe powstanie; w listopadzie skazano go na dwa lata za korupcję. Choć list gończy MTK obowiązuje nadal, nowe władze nie chciały jego ekstradycji. Na ich czele stał wszak gen. Mohamed Hamdan Dagalo, zwany Hemedti, także odpowiedzialny za rzezie w Darfurze, który w końcu przeszedł na stronę przeciwników Al-Baszira, a jego Siły Szybkiego Wsparcia, zaprawione w bojach w Darfurze, przechyliły szalę zwycięstwa na stronę buntowników.
Tymczasem Hemedti kontroluje darfurskie kopalnie złota w Dżebel Amer, które powierzył mu, wedle jego własnych słów, sam Al-Baszir, a eksploatująca je firma Algunade tylko w ciągu czterech tygodni 2018 r. wyeksportowała do Dubaju kruszec wartości 30 milionów dolarów[*17]. Choć akt oskarżenia MTK go nie wymienia, miał oczywiście powody, by nie dopuścić do procesu o Darfur. Aż tu w lutym 2020 r. Chartum oznajmił, że prowadzi jednak rozmowy o ekstradycji, nazajutrz zaś sekretarz generalny ONZ wystąpił o wykreślenie kraju z listy sponsorów międzynarodowego terroryzmu. I jak serbscy dowódcy polowi przed nim Ali Kuszajb wyczuł pismo nosem. I słusznie: zatrzymały go władze środkowoafrykańskie i wydały do Hagi, gdzie siedzi jako jedyny, jak dotąd, z szóstki oskarżonych.
To był oczywiście dopiero początek długiej drogi. MTK interweniuje tylko tam, gdzie lokalne sądownictwo jest bezsilne, a Sudan, rzecz jasna, nie chciał tak być postrzegany. Trwały więc negocjacje, by postępowanie przeciwko Al-Baszirowi toczyło się w Chartumie, nie w Hadze, przed trybunałem mieszanym, z udziałem sudańskiego sądownictwa. Ale precedensy z MTK dla Rwandy w tanzańskiej Aruszy i mieszanym trybunałem sądzącym Czerwonych Khmerów nie były dobre. Świadkowie mogli nie czuć się bezpiecznie, logistyka zawodziła, a składy mieszane groziły politycznym paraliżem. Co więcej, ofiary darfurskich rzezi sudańskiej sprawiedliwości nie ufają w ogóle: dziesiątki tysięcy uchodźców demonstrowały w obozach na rzecz ekstradycji. Jednak nawet ekstradycja do Hagi i rozprawa tamże nie gwarantowały właściwie przeprowadzonego procesu: postępowania przed MTK kończyły się porażką, gdy świadkowie wycofywali zeznania lub gdy okazywało się, że akty oskarżenia są wadliwe. Co więcej, wszystkie dotychczasowe wyroki MTK zapadały wobec oskarżonych z Afryki: skazanie Al-Baszira wzmocniłoby jedynie ten trend.
No i co z Hemedtim? Przecież nieobjęcie go aktem oskarżenia to jak proces Miloszevicia bez procesu Mladicia. Ale Mladić nie brał udziału w obaleniu serbskiego prezydenta, konfliktu zaś z Hemedtim nowe, tymczasowe władze sudańskie mogą nie wytrzymać. Pereat mundus, fiat iustitia - niech dzieje się sprawiedliwość, choćby świat miał zginąć - to świetna maksyma dla tych, którzy mają kapsuły ratunkowe; w Chartumie ich brak. Zarazem jednak bez rozrachunku z Hemedtim wolny Sudan i tak nie ma szans: tu chodzi nie tylko o ukaranie minionych zbrodni, ale przede wszystkim o zapobieżenie następnym. Demokraci w Belgradzie mogli jednak liczyć na wsparcie społeczności międzynarodowej; ci w Chartumie mogli liczyć tylko na siebie. W chwili, gdy książka ta szła do druku, nie było wiadomo jeszcze, czy się nie przeliczyli z siłami.
Ludobójstwo to kwestia nie tylko historyczna, ale i aktualna. Mantra "Nigdy więcej!" już dawno przestała działać. Jak zauważył amerykański dziennikarz David Rieff, komentując wojnę w Bośni: ""Nigdy więcej" znaczy tylko tyle, że nigdy więcej Niemcy nie będą zabijać Żydów w Europie w latach 40. XX wieku"[*18]. Jednak ludobójstwo tyczy się nie tylko naszej przeszłości, ale także teraźniejszości i przyszłości. Nie możemy się przed tą wiedzą uchylić.
Rafał Lemkin, który groźbę ludobójstwa dostrzegł jeszcze przed Zagładą, tuż po niej przewidział taki właśnie świat. Oślim uporem wydreptał uchwalenie Konwencji, korzystając z wąskiego okna w czasie, kiedy groza i moralny szok były jeszcze świeże, ale niemal wszyscy myśleli, że to przecież tylko Niemcy mogli, więc nam nic, jakby co, nie grozi.
Lemkin wiedział lepiej; dobrze by się rozumiał z Rieffem. I pewnie z mało kim jeszcze: na jego pogrzeb w Nowym Jorku w 1959 r. przyszło sześć osób. Za mało nawet, żeby zmówić kadisz.