OSAMU DAZAI Literatura japońska. 2 książki: Uczennica i Zmierzch - Osamu Dazai

Kup ebooka

51.00 zł
41.82 zł (41,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Rankiem Mama siedziała w kuchni i jadła zupę. Nagle cicho krzyknęła.

- Czy to włos? - zapytałam, myśląc, że może w zupie było coś niewłaściwego.

- Nie. - Mama przełknęła, jakby nic się nie stało, głowę zwróciła w bok, wzrok skierowała w stronę kwitnącego drzewka wiśni górskiej, rosnącego za oknem kuchennym, i nie zmieniając pozycji, z wdziękiem i dostojnością wlała kolejną łyżkę zupy między swe małe wargi. Tak chyba można określić jej sposób jedzenia. Robiła to zupełnie inaczej, niż zalecano, na przykład, w pismach kobiecych. Naoji, mój młodszy brat, pijąc sake, powiedział kiedyś do mnie:

- Sam tytuł nie czyni jeszcze człowieka arystokratą. Niektórzy ludzie bez tytułu, obdarzeni tylko szczególnym darem natury, są wspaniałymi arystokratami. Tacy jak my natomiast, nie mający nic poza tytułem, są bliżsi pariasom niż arystokratom. Na przykład taki Iwashima - tu Naoji podał nazwisko kolegi szkolnego z tytułem hrabiowskim - czy nie wydaje ci się bardziej wulgarny od alfonsa naganiającego facetów do prostytutek w Shinjuku? Niedawno na ślub kuzyna Yanagii - to też nazwisko kolegi szkolnego, drugiego syna wicehrabiego - włożył smoking. Po cholerę wkładać coś takiego jak smoking?! Powiedzmy, że musiał zrobić to z jakiegoś powodu, ale po co w czasie przemówienia przy stole idiota posługiwał się takimi dziwacznymi wyrażeniami grzecznościowymi, jak "raczył przybyć"? Aż niedobrze mi się robiło. Tego rodzaju afektowane słowa są błazeństwem nie mającym nic wspólnego z elegancją. To tak, jak z tymi ogłoszeniami w rodzaju "mieszkania dla wyższych sfer", które często widywałem w Hongo, a przecież większość arystokratów mogłaby raczej być nazwana "wyższymi sferami żebraków". Prawdziwi arystokraci nie posługują się takimi głupimi ugrzecznieniami, jak to czyni Iwashima. Niewątpliwie Mama jest jedyną prawdziwą arystokratką w naszym rodzie. Bez wątpienia jest autentyczna. My jej nie dorównujemy. Weźmy na przykład jedzenie zupy. Nas nauczono, że należy lekko się pochylić nad talerzem, a następnie unieść łyżkę, bokiem zaczerpnąć zupy i bokiem unieść łyżkę do ust. Natomiast Mama lekko opiera się palcami lewej ręki o krawędź stołu, nie pochylając się, dostojnie unosi głowę, a następnie, nie patrząc na talerz, z wyjątkową - chciałoby się rzec - jaskółczą zwinnością i wdziękiem unosi łyżkę prostopadle do ust i wlewa zupę czubkiem łyżki jak skrzydełkiem. Nie rozlewa przy tym nigdy nawet kropli ani nie siorbie, ani nie stuka łyżką o talerz. Może nie jest to sposób jedzenia zalecany przez etykietę, jednak w moich oczach wygląda bardzo sympatycznie, a jednocześnie autentycznie. Naprawdę to zdumiewające, o ile smaczniejsza musi być zupa, gdy Mama wlewają czubkiem łyżki, siedząc wyprostowana i nie patrząc w dół. A ponieważ jestem - jak to mówi Naoji - żebraczką z wyższych sfer, nie potrafię się posługiwać łyżką tak lekko jak Mama. Nie mając więc wyjścia, rezygnuję z naśladowania i zgodnie z tak zwaną właściwą etykietą siedzę pochylona, patrząc ponuro w dół.

Chodzi tu zresztą nie tylko o zupę, lecz w ogóle o charakterystyczny dla Mamy sposób jedzenia, który jest czymś wyjątkowym, niezgodnym z przyjętymi zasadami. Na przykład gdy na talerzu pojawi się mięso, Mama najpierw kroi je na drobne kawałki, posługując się nożem i widelcem, a następnie odkłada nóż, natomiast widelec przekłada do prawej ręki. Bierze kawałek po kawałku na widelec i je powoli, z wyraźną przyjemnością. Kiedy usiłujemy oddzielić mięso kurze od kości bez wszczynania hałasu, Mama, nie zwracając na nikogo uwagi, chwyta kość palcami i ogryza ją z mięsa. Nawet takie barbarzyńskie ruchy Mamy wydają się nie tylko urocze, ale wręcz erotyczne. Nic więc dziwnego, że to, co oryginalne, nie musi być wyszukane. Dotyczy to nie tylko kurczaka z kością. Mamie podczas lunchu zdarza się jeść rękami nawet szynkę z sałatą czy kiełbaski.

- Wiesz, dlaczego kulki z ryżu są takie smaczne? Dlatego, że są ugniatane ludzkimi palcami - powiedziała kiedyś. Istotnie, czasem sama myślę, że naprawdę jedzenie ręką bardziej smakuje, lecz obawiam się, że gdyby taka istota z wyższych sfer jak ja nieporadnie naśladowała Mamę, to tym bardziej wyglądałaby jak prosta żebraczka.

- Również mój brat Naoji mówił, że nie dorównamy Mamie. Zresztą ja też czasem myślałam o tym, że naśladowanie Mamy jest trudne czy wręcz beznadziejne. Kiedyś siedziałyśmy w altance nad brzegiem stawu w ogrodzie przy naszym domu w Nishikata w piękną księżycową noc wczesną jesienią i podziwiając księżyc, rozmawiałyśmy o zamąż-pójściu lisicy - z jednej strony - i myszy - z drugiej. Zastanawiałyśmy się nad tym, jak się różnią przygotowania narzeczonej, i śmiałyśmy się, gdy Mama nagle wstała, weszła pomiędzy rosnące obok altanki krzewy lespedezy i zwracając do mnie twarz spośród białych kwiatów, zapytała ze śmiechem:

- Kazuko, zgadnij, co Mama robi?

- Zrywa kwiatki - odpowiedziałam. A wtedy Mama roześmiała się cichutko i odrzekła:

- A ja po prostu siusiam. - Zdziwiłam się, ponieważ nawet nie przysiadła; na pewno nie potrafiłabym tego naśladować, chociaż wtedy wydało mi się to nawet miłe.

Daleko odeszłam od porannej zupy, lecz ostatnio dowiedziałam się z książki, którą właśnie czytam, że w czasach świetności francuskiej monarchii Ludwika damy wcale nie wstydziły się siusiać w ogrodzie pałacowym czy wręcz w kącie korytarza; taka naiwna prostota wydała mi się nawet zabawna i pomyślałam, że Mama była jedną z ostatnich dam w tam stylu.

W każdym razie dziś rano przełknęła łyżkę zupy i cichutko krzyknęła: "A". Wtedy zapytałam, czy to włos, i usłyszałam, że nie.

- Może jest za słona? - Dziś rano podałam zupę z zielonego groszku z konserwy amerykańskiej, którą dostaliśmy z przydziału, zrobiłam z tego grysik, ale nie byłam pewna, czy mi się potrawa udała czy nie, więc bardzo martwiłam się nawet wtedy, kiedy Mama powiedziała, że nic złego się nie stało.

- Ugotowałaś bardzo dobrze - powiedziała Mama poważnym tonem, a gdy skończyła jeść zupę, sięgnęła po kulkę ryżu owiniętą w algi.

Kiedy byłam mała, nie lubiłam śniadań, bo nie czułam się głodna przed dziesiątą; wówczas jakoś sobie radziłam z zupą, ale był to duży wysiłek z mojej strony. Kulkę ryżu kładłam na talerzu, rozdziobywałam pałeczkami i jadłam po kilka ziaren, tak jak Mama zupę łyżką: prostopadle unosiłam pałeczki i wkładałam ryż do ust, jakbym karmiła ziarnami ptaka. Podczas gdy ja się guzdrałam, Mama kończyła śniadanie, wstawała bezszelestnie i, opierając się plecami o ścianę oświetloną porannym słońcem, chwilę milczała i patrzyła na mnie, jak jem.

- Kazuko, źle to robisz. Powinnaś starać się jeść tak, aby śniadanie było dla ciebie największą przyjemnością.

- A ty, Mamo, czy jesz z przyjemnością?

- Nieważne, co ze mną. Już nie jestem chora.

- Ja też nie jestem chora.

- Nie, nie - Mama uśmiechnęła się smutno i potrząsnęła głową.

Przed pięciu laty kazano mi leżeć, ponieważ miałam chore płuca, ja jednak byłam przekonana, że nic mi nie jest, że po prostu wmówiono mi chorobę. Lecz ostatnio zachorowała Mama, co bardzo mnie smuciło. Mimo to Mama martwiła się tylko o mnie.

- Ach - szepnęłam.

- O co chodzi? - zapytała.

Spojrzałyśmy na siebie i przeżyłyśmy taką chwilę, w której wszystko staje się jasne. Ja się roześmiałam, a twarz Mamy rozpromieniła się. Kiedy atakuje mnie jakaś bolesna myśl, mimo woli wyrywa mi się z ust ów dziwny okrzyk: Aa! Tym razem nagłe przypomniałam sobie dokładnie zdarzenia sprzed sześciu lat, związane z moim rozwodem, i nim zdałam sobie z tego sprawę, z piersi wyrwał się dławiony okrzyk. Dlaczego Mama również krzyknęła? Nie, to niemożliwe, by Mama - podobnie jak ja - miała jakąś wstydliwą przeszłość! Nie, to niemożliwe. Więc co to było?

- Przypomniałaś coś sobie, prawda? Co to takiego?

- Zapomniałam.

- Czy coś o mnie?

- Nie.

- O Naojim?

- Tak - zaczęła, przechylając głowę - chyba tak - dopowiedziała.

Mój brat Naoji, powołany do wojska podczas studiów, został wysłany na wyspy Pacyfiku Południowego i słuch o nim zaginął. Wojna się skończyła, lecz wciąż nie było o nim wieści. Mama mówiła, że już na pewno nie zobaczy Naojiego, aleja nie rezygnowałam. Wierzyłam, że na pewno go spotkamy.

- Myślałam, że straciłam wszelką nadzieję, lecz kiedy jadłam ze smakiem zupę, pomyślałam o Naojim i nie mogłam się opanować. Zrobiło mi się żal, że nie zawsze byłam dla niego dobra.

Od czasu gdy Naoji poszedł do liceum, namiętnie zainteresował się literaturą i zaczął prowadzić życie wręcz chuligańskie, sprawiając Mamie wiele kłopotów. A jednak Mama, jedząc zupę, pomyślała o Naojim i wtedy mimo woli krzyknęła. Wepchnęłam grudkę ryżu do ust, poczułam pieczenie w oczach i zawołałam:

- On żyje! Naoji żyje! Takie łobuzy szybko nie umierają! Giną ludzie łagodni, grzeczni, piękni i wrażliwi. Naoji nie umrze, nawet jeśli ktoś będzie go tłukł pałą.

- Więc ty należysz chyba do tych, którzy umierają wcześnie - zażartowała ze mnie Mama i roześmiała się.

- Ale skądże! Jestem zła i brzydka, więc nic mi nie będzie do osiemdziesiątego roku życia.

- Naprawdę? W takim razie Mama może liczyć na dziewięćdziesiąt.

- Tak - odparłam, nieco zmieszana. Łotr żyje długo. Piękni umierają młodo. - Mama jest piękna. Lecz chcę, by żyła długo. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. - Jesteś złośliwa, Mamo.- Dolna warga mi zadrżała i popłynęły łzy.

Nie wiem, czy powinnam opowiedzieć o wężu. No dobrze, powiem. Cztery czy pięć dni temu po południu dzieci z sąsiedztwa w gaju bambusowym koło ogrodowego muru znalazły dziesięć jaj węża. Dzieci mówiły, że to jaja żmii. Pomyślałam, że gdyby urodziło się tutaj tyle żmij, to nie mogłabym nawet wejść do ogrodu, więc postanowiłam je spalić. Dzieci skakały z radości, idąc za mną w stronę gniazda.

Nazbieraliśmy liści i gałęzi, ułożyliśmy je na kupkę w pobliżu bambusów i podpalili, a następnie do ognia wrzucaliśmy po jednym jaju. Ale jaja wcale nie chciały się palić. Dzieci nazbierały więcej liści i patyków i rzuciły na płomienie, mimo jednak silniejszego ognia jaja nadal nie chciały się spalić.

Za parkanem stała dziewczyna, która przyszła z chaty chłopskiej znajdującej się w dole przy drodze, roześmiała się i zapytała, co my tu robimy.

- Palimy jaja żmii. Boję się, bo żmije mogłyby rozplenić się w całym ogrodzie.

- Jak duże są te jaja?

- Wielkości przepiórczych, są bielutkie.

- Więc to są jaja zwykłych węży. Nie żmii. Surowe jaja nie palą się tak łatwo.

Dziewczyna odeszła, śmiejąc się, jakby to było zabawne.

Paliliśmy ognisko z pół godziny, a ponieważ jaja się nie spaliły, kazałam dzieciom wyjąć je z ognia i zakopać pod śliwą, nazbierałam kamieni i zrobiłam nagrobek.

- No, teraz pomodlimy się razem.

Uklękłam, złożyłam ręce do modlitwy; dzieci również uklękły ze mną i też chyba się modliły. Potem rozstałam się z nimi i gdy samotnie wchodziłam powoli po schodkach, na górze w cieniu wistarii ujrzałam stojącą Mamę.

- Potrafisz być bardzo okrutna - powiedziała.

- Myślałam, że to były jaja żmii, a okazało się, że zwykłego węża. Ale urządziłam im pogrzeb jak należy, więc się nie martw, Mamo. - Wolałabym jednak, żeby Mama tego nie widziała.

Mama nie jest przesądna, lecz śmiertelnie boi się węży od czasu, gdy dziesięć lat temu w domu w Nishikata umarł Ojciec. Tuż przed jego śmiercią u jego wezgłowia Mama ujrzała cienki czarny sznurek i podeszła, żeby go podnieść. To był wąż. Wyśliznął się na korytarz i zniknął, nie wiadomo gdzie. Widziała go tylko Mama i wujek Wada - popatrzyli na siebie i nic nie powiedzieli, bojąc się, by nie zburzyć spokoju w salonie podczas ostatnich chwil życia Ojca. Byłam tam z Naojim, ale o tym wężu nic nie wiedzieliśmy - ani ja, ani Naoji.

Wieczorem, w dniu śmierci Ojca widziałam jednak węże wijące się na wszystkich drzewach nad starym stawem w ogrodzie. Teraz mam dwadzieścia dziewięć lat, to znaczy dziesięć lat temu, kiedy umarł Ojciec, miałam dziewiętnaście. Nie byłam już dzieckiem, więc mimo że minęło dziesięć łat od tego czasu wspomnienia o tym, co się wtedy wydarzyło, pozostały nadal żywe. A zatem na pewno się nie mylę. Poszłam wtedy nad staw nazrywać kwiatów na pogrzeb. Gdy stanęłam na brzegu, ujrzałam nagle małego węża owiniętego wokół gałęzi azalii. Trochę się przestraszyłam, więc postanowiłam uciąć gałązkę z górskiej róży, tam też ujrzałam węża na gałęzi. Również na sąsiedniej róży szaronu i na młodym klonie, i na paproci, i na wistarii, na wiśni, na każdym drzewie i krzewie były węże owinięte wokół gałęzi lub pni. Jednak wtedy nie bałam się tak bardzo. Po prostu myślałam, że podobnie jak ja również węże się zasmuciły śmiercią Ojca, powyłaziły ze swoich nor i oddawały hołd duszy Zmarłego. Kiedy szeptem powiedziałam Mamie o wężach w ogrodzie, przyjęła to spokojnie - trochę przechyliła głowę, jakby się zamyśliła, ale nic nie odpowiedziała.

A jednak te dwa wydarzenia związane z wężami sprawiły, że Mama zaczęła bardzo nienawidzić węży. Może należałoby powiedzieć, że odnosiła się do nich z lękiem i czcią zarazem.

Niewątpliwie, gdy Mama zobaczyła, że palę jaja węża, pomyślała, że jest to jakiś straszny znak. Mnie również wydało się, że niszcząc jaja, popełniam coś strasznego i zaczęłam się bardzo martwić o to, że może wywołałam złe moce, które zawładną Mamą. Nie mogłam o tym zapomnieć ani tego dnia, ani podczas dni następnych, a dzisiaj rano w jadalni mimo woli wyrwały mi się z ust idiotyczne słowa, że piękni umierają młodo. Później, zmywając po śniadaniu, w głębi duszy czułam, że jakiś straszny mały wąż wpełznął do mej piersi i to on może skrócić życie Mamy.

I tego właśnie dnia zobaczyłam węża w ogrodzie. Skończyłam pracę w kuchni i postanowiłam robić na drutach, a ponieważ zapowiadał się pogodny i spokojny dzień, zabrałam wiklinowy fotel, by postawić go na trawniku. Gdy z fotelem w rękach weszłam do ogrodu, ujrzałam węża przy kamieniu pod krzakiem trawiastego bambusu. "Ach, to okropieństwo" - pomyślałam tylko i więcej się nad tym nie zastanawiałam. Zabrałam fotel i zawróciłam na werandę. Postawiłam fotel, usiadłam i zaczęłam robić na drutach. Po południu, gdy poszłam do biblioteki znajdującej się w spichlerzu w ogrodzie z zamiarem przyniesienia albumu Marii Laurencin, znów ujrzałam węża pełznącego powoli po trawniku. Był to ten sam wąż, którego widziałam rano, długi i cienki, niemal elegancki. Pomyślałam, że jest to samica. Przeszła spokojnie przez trawnik, zatrzymała się pod krzewem dzikiej róży, uniosła głowę i poruszyła języczkiem niby cieniutkim płomieniem. Wydało mi się, że rozejrzała się dokoła, a po chwili opuściła głowę i przylgnęła smętnie do ziemi. Wtedy też w głębi serca poczułam jedynie, jak bardzo jest ona piękna, i poszłam do spichlerza, wzięłam album i w drodze powrotnej popatrzyłam na to miejsce, w którym leżał wąż, ale już niczego nie dostrzegłam.

Pod wieczór, pijąc Z Mamą herbatę w chińskim salonie, wyjrzałam na ogród i wtedy na trzecim stopniu kamiennych schodów znowu ujrzałam pełznącego powoli węża. Mama go również dostrzegła.

- Czy to wąż? - zapytała. Podeszła do mnie, chwyciła mnie za rękę i stanęła bez ruchu. Przemknęło mi przez myśl to, nad czym mogła się zastanawiać.

- Myślisz, że jest to matka owych jaj? - zapytałam.

- Tak, tak - w ochrypłym głosie Mamy wyczułam napięcie.

Trzymałyśmy się za ręce i stałyśmy, wpatrując się w węża w milczeniu. Zwinięty dotąd na kamieniu, jakby pogrążony w smutku, wąż poruszył się niepewnie i odpełznął w stronę irysów.

- Od rana wciąż krąży po ogrodzie - szepnęłam, a Mama westchnęła i ociężale usiadła na krześle.

- Chyba tak, niewątpliwie szuka jaj. Biedactwo - powiedziała zrezygnowanym głosem.

Roześmiałam się nerwowo, nie wiedząc jak zareagować.

Promienie wieczornego słońca padły na twarz Mamy, rozjarzyły błękitem jej oczy, wyostrzyły rysy, jakby zagniewanej, ale nad wyraz pięknej, pociągającej twarzy. Pomyślałam też, że twarz Mamy w czymś przypominała ową nieszczęśliwą wężycę, na którą patrzyłyśmy przed chwilą. Nie wiem, dlaczego tak pomyślałam.

Położyłam rękę na kruchym, delikatnym ramieniu Mamy i zadrżałam, nie wiedząc dlaczego.

Na początku grudnia w roku bezwarunkowej kapitulacji Japonii porzuciłyśmy nasz dom przy ulicy Nishikata w Tokio i przeprowadziłyśmy się na Izu do willi w stylu zbliżonym do chińskiego. Po śmierci Taty sprawami finansowymi naszej rodziny zajmował się wuj Wada, młodszy brat Mamy, jedyny krewny, jaki Mamie pozostał. Wojna się skończyła, świat się zmienił, a wuj Wada poinformował Mamę, że nie możemy tak dalej żyć, że nie mamy wyboru - po prostu musimy sprzedać dom i zwolnić służące - i że najlepiej dla nas będzie kupić mały domek na wsi, gdzie będziemy mogły żyć tak, jak Mamie się podoba. Tak powiedział Mamie wuj Wada, a Mama, która na pieniądzach znała się mniej od dziecka, poprosiła wuja, żeby zrobił, co uważa za stosowne.

W końcu listopada przyszedł list polecony od wuja informującego nas, że willa wicehrabiego Kawaty będzie wystawiona na sprzedaż. Był to dom położony przy kolei Sunzu, na wzgórzu, z którego roztaczał się ładny widok. Do domu należała działka ponad trzystu metrów kwadratowych ziemi ornej. W sąsiedztwie znajdowały się sady śliw. Zimą było tam ciepło, a latem niezbyt gorąco. "Wierzę, że się wam spodoba to mieszkanie. Sądzę, że byłaby konieczna rozmowa z właścicielami, więc usilnie proszę o przybycie jutro do mojego biura na Ginzy" - kończył wuj.

- Czy pojedziesz, Mamo? - zapytałam.

- Przecież prosi mnie o to! - odpowiedziała i roześmiała się, nie mogąc ukryć smutku.

Następnego dnia Mama wyjechała po południu z naszym byłym kierowcą Matsuyamą; odwiózł ją do domu o ósmej wieczorem.

- Zdecydowałam. - Mama wypowiedziała to jedno słowo, gdy weszła do pokoju Kazuko, oparła ręce o stolik i usiadła bez sił.

- Zdecydowałaś? O czym?

- O wszystkim.

- Jak to? Przecież nawet nie zobaczyłaś, co to za dom - powiedziałam zdziwiona.

Mama oparła łokieć o stolik, dotknęła ręką czoła i cicho westchnęła.

- Wuj Wada powiedział, że to ładne miejsce. Wydaje mi się, że mogłabym nawet w tej chwili z zamkniętymi oczami przenieść się do tamtego domu.

Mama podniosła głowę i uśmiechnęła się lekko. Jej twarz wydała mi się zmizerniała, ale wciąż piękna.

- No więc tak - zgodziłam się pokonana siłą szczerego zaufania, jakim Mama darzyła wuja. - Wobec tego Kazuko też zamknie oczy.

Roześmiałyśmy się głośno, ale kiedy nasz śmiech ucichł, zrobiło się nam bardzo smutno.

Wkrótce zaczęli do nas codziennie przychodzić robotnicy i pakować rzeczy do przeprowadzki. Odwiedzał nas również wuj Wada i pomagał sprzedawać to, czego należało się pozbyć. Ja też byłam bardzo zajęta - ze służącą Okimi porządkowałam ubrania, to znów paliłam śmiecie w ogrodzie. Tylko Mama niczym się nie zajmowała - ani nie pomagała w porządkowaniu, ani nie dawała wskazówek, codziennie kręciła się po pokoju, właściwie nic nie robiąc.

- Co się stało? Czy już odechciało ci się jechać na Izu?

- Nie - odrzekła z zamyślonym wyrazem twarzy.

Minęło dziesięć dni, zanim zakończono przygotowania. Wieczorem paliłam razem z Okimi śmiecie i niepotrzebne papiery w ogrodzie. Mama też wyszła z pokoju, stanęła na werandzie i milcząco patrzyła na nasze ognisko. Wiał zimny zachodni wiatr, a szary dym ścielił się nisko po ziemi. Nagle spojrzałam na twarz Mamy i przestraszyłam się, nigdy jeszcze nie widziałam jej tak bladej.

- Mamo! Bardzo źle wyglądasz! - zawołałam, a Mama tylko uśmiechnęła się niepewnie.

- Nic mi nie jest - powiedziała i cichutko wróciła do swego pokoju.

Ponieważ nasze materace i kołdry zostały spakowane, tej nocy Okimi spała na sofie na piętrze, a ja z Mamą w jej pokoju na materacu pożyczonym od sąsiadów.

- Kazuko, jadę na półwysep Izu, skoro jesteś przy mnie. Mam ciebie, mogę więc tam jechać. - Powiedziała to głosem, który wydał mi się zdumiewająco starczy i słaby.

- A gdyby mnie nie było? - zapytałam z bijącym sercem.

- To wolałabym umrzeć. - Mama nagle się rozpłakała. - Chciałabym umrzeć w tym samym domu, w którym umarł Ojciec - mówiła rwącym się głosem i zaniosła się szlochem.

Nigdy jeszcze Mama nie mówiła do mnie tak słabym głosem ani nie wybuchnęła niepohamowanym płaczem. Nawet wtedy, gdy umarł Tata, czy wtedy, gdy wychodziłam za mąż, czy wtedy gdy w ciąży wróciłam do domu, czy też kiedy urodziłam w szpitalu martwe dziecko albo kiedy zachorowałam i leżałam w łóżku, albo też z powodu jakiegoś wybryku Naojiego - nigdy nie okazywała takiej słabości. W ciągu dziesięciu lat od śmierci Taty Mama zachowywała się tak samo jak za jego życia, jak beztroska i czuła matka. Było nam ze sobą dobrze - Naoji i ja wychowywaliśmy się rozpieszczani przez Mamę. Lecz skończyły się pieniądze, bo Mama wydawała je, niczego nie żałując ani mnie, ani Naojiemu, i musiała w końcu opuścić swój stary dom, w którym mieszkała od zawsze, aby rozpocząć ze mną nędzne życie w skromnej górskiej willi na półwyspie Izu. Gdyby Mama była skąpa i oszczędzała każdy grosz, gdyby nas łajała łub była osobą złośliwą, która w tajemnicy przed nami starała się zwiększyć własną fortunę, nigdy nie musiałaby myśleć o tym, że chciałaby umrzeć, nawet gdyby nastały jeszcze gorsze czasy. Po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, jakie to piekło, gdy nie ma możliwości ratunku, byłam wstrząśnięta i cierpiałam i chciało mi się płakać, ale łzy nie płynęły, zastanawiałam się, czy to taki właśnie stan ducha nazywają poczuciem godności ludzkiego życia; leżałam jak skamieniała, patrząc w sufit, niezdolna do najmniejszego ruchu.

Następnego dnia, jak przewidywałam, Mama wyglądała źle, jakby chciała przedłużyć tę chwilę i trochę jeszcze pobyć w starym domu, ale przyjechał wuj Wada i powiedział, że prawie wszystkie bagaże zostały już wysłane, można więc dziś wyjechać do Izu. Wtedy Mama jakoś niechętnie włożyła płaszcz, lekko skinęła głową na pożegnanie Okimi oraz innym osobom i bez słowa, razem z wujem i ze mną, opuściła dom w Nishikata.

W pociągu było stosunkowo pusto, mogłyśmy więc znaleźć sobie miejsce i usiąść. Wuj tryskał dobrym humorem, podśpiewywał teksty z dramatów n?, ale Mama nadal była blada, jakby zziębnięta, z głową spuszczoną.

W Mishimie przesiedliśmy się do pociągu linii Shunzu, wysiedliśmy w Nagaoce na Izu, a następnie autobusem jechaliśmy jeszcze piętnaście minut, po czym wysiedliśmy i ruszyliśmy pieszo w stronę gór. Wspinaliśmy się po łagodnym zboczu i po chwili ujrzeliśmy domy, a na krańcach wioski - małą willę w chińskim stylu.

- Mamo, wygląda lepiej, niż myślałam - powiedziałam, ledwie łapiąc oddech.

- Prawda? - Mama zatrzymała się przy wejściu do willi i w jej oczach pojawił się promyk radości.

- Przede wszystkim powietrze jest tutaj dobre. I świeże - powiedział wuj, zadowolony z siebie.

- Tutaj naprawdę - Mama się uśmiechnęła - jest ono smaczne. To powietrze jest smaczne.

Roześmieliśmy się we troje.

W mieszkaniu ujrzeliśmy bagaże przywiezione z Tokio - wypełniały sień i pokój.

- Z salonu jest piękny widok. - Wuj zadowolony z siebie zaciągnął nas do salonu.

O trzeciej po południu zimowe słońce oświetlało łagodnie trawnik w ogrodzie. U dołu poniżej schodów, które prowadziły na trawnik, znajdował się mały staw otoczony drzewkami śliwek, a za ogrodem ciągnął się sad pomarańczowy. Dalej wiejska droga prowadziła na pole ryżowe, a w oddali widać było las sosnowy, przez który prześwitywało morze. Gdy siedziałam w salonie, morze ukazało się dokładnie na wysokości moich piersi.

- Jaki łagodny krajobraz - rzekła Mama głosem nadal smętnym.

- Może to z powodu tego powietrza. Słońce jest tutaj zupełnie inne niż w Tokio, prawda? Jakby promienie padały przez jedwabną kurtynę - powiedziałam podniecona.

Na parterze były dwa pokoje - jeden wielkości dziesięciu mat, drugi - sześciu, salon w stylu chińskim, hall i łazienka z sienią, a poza tym kuchnia i jadalnia. Na piętrze natomiast - pokój europejski dla gości z dużym łóżkiem, więc przy tej liczbie pokoi dla nas obu, a nawet dla trojga, gdy Naoji wróci, nie będzie za ciasno - pomyślałam.

Wuj poszedł do jedynej w tej wiosce gospody, by zamówić posiłek. W końcu przyniesiono nam obento - jedzenie zapakowane w pudełkach, a wuj ustawił je w salonie, wyjął przywiezioną whisky, napił się i zaczął opowiadać o poprzednim właścicielu tej willi, o wicehrabi Kawacie, i czasach spędzonych z nim w Chinach, i o nieszczęściach, jakie tam przeżyli. Mama ledwie tknęła jedzenie, w końcu gdy się ściemniło, powiedziała cicho:

- Pozwólcie, że trochę odpocznę.

Wyjęłam z bagażu materac i pomogłam przygotować posłanie. Coś mnie zaniepokoiło, więc poszukałam termometru, zmierzyłam Mamie temperaturę - miała trzydzieści dziewięć stopni.

Wuj również się przestraszył, poszedł więc na wieś poszukać lekarza.

- Mamo! - zawołałam, ale Mama ledwie ruszyła głową przez sen.

Ścisnęłam drobną rękę Mamy i rozpłakałam się. Taka była biedna, taka biedna, nie, to my byłyśmy biedne, tak strasznie biedne, więc płakałam i płakałam, po prostu nie mogłam przestać. Płacząc, myślałam, że naprawdę najlepiej by było teraz razem umrzeć. Już nic nie potrzebujemy. Pomyślałam, że nasze życie się skończyło wraz z odejściem z Nishikaty.

Po dwu godzinach wuj przyprowadził lekarza z wioski. Lekarz miał na sobie tradycyjne szarawary, staromodny kostium sendaihira, a na nogach białe tabi i wyglądał na starego człowieka.

Lekarz skończył badania.

- Obawiam się, że może być zapalenie płuc. Lecz nie ma co się martwić, nawet jeśli będzie to zapalenie - powiedział jakoś bez przekonania, zrobił zastrzyk i odszedł.

Następnego dnia gorączka Mamie nie spadła. Wuj Wada dał mi dwa tysiące jenów i powiedział, żebym zatelefonowała do Tokio, gdyby okazało się, że Mamę trzeba zawieźć do szpitala, i tego dnia odjechał do Tokio.

Wyjęłam z bagażu najpotrzebniejsze naczynia kuchenne, ugotowałam kleik ryżowy i podałam Mamie. Zjadła ze trzy łyżki, nie wstając z łóżka.

Tuż przed południem znów przyszedł lekarz z wioski. Tym razem nie miał na sobie tradycyjnego stroju, ale na stopach nosił białe tabi.

- Może lepiej by było do szpitala? - zapytałam.

- Nie, nie ma chyba potrzeby. Dziś dam mocniejszy zastrzyk, wtedy obniży się temperatura - znów odpowiedział bez przekonania. Zrobił jej ten silny zastrzyk i wyszedł.

Może dzięki temu zastrzykowi po południu twarz jej poczerwieniała, oblała się potem, a kiedy zmieniłam piżamę, roześmiała się i powiedziała:

- Może to wybitny lekarz. - Temperatura spadła do trzydziestu siedmiu stopni. Ucieszyłam się i pobiegłam do jedynej w tej wiosce gospody, gdzie poprosiłam o odstąpienie dziesięciu jaj kurzych. Szybko ugotowałam je na miękko i zaniosłam Mamie. Mama zjadła trzy jaja, a następnie połowę miseczki kleiku.

Pewnego dnia ów wybitny wiejski lekarz znów przyszedł do nas w białych tabi, a kiedy Mama podziękowała mu za zastrzyk, pokiwał tylko głową z taką miną, jakby chciał powiedzieć, że to naturalne, bo powinien działać, następnie dokładnie zbadał Mamę i zwrócił się do mnie:

- Pani matka nie jest chora. Dlatego też może już wszystko jeść i może wszystko robić - powiedział to również jakoś dziwnie, z trudem więc powstrzymałam się od śmiechu. Odprowadziłam lekarza do drzwi, wróciłam do salonu, gdzie Mama siedziała na łóżku.

- Naprawdę świetny lekarz. Już nie jestem chora. - Mama była wyraźnie uradowana, ale powiedziała to jakby do siebie, w roztargnieniu.

- Mamo, może otworzę sh?ji. Pada śnieg!

Płatki śniegu, wielkie jakby kwiatu peonii, spadały łagodnie, powoli. Otworzyłam zasłony sh?ji, usiadłam obok Mamy i patrzyłam przez szyby na śnieg padający na Izu.

- Już nie jestem chora - powiedziała Mama znowu jakby do siebie.

Kiedy tak siedzimy, wydaje mi się, że wszystko to, co było dawniej, jest tylko snem. Naprawdę, w przeddzień przeprowadzki odechciało mi się gdziekolwiek ruszać. Zapragnęłam jeszcze przynajmniej pół dnia zostać w tamtym domu w Nishikata. Gdy wsiadłam do pociągu, wydało mi się, że jestem w połowie martwa, również kiedy tu dojechaliśmy, początkowo trochę się ucieszyłam, ale wraz z zapadnięciem zmroku zatęskniłam za Tokio - ogień rozpalił się w piersi i poczułam się słabo. To nie była zwykła choroba. Pan Bóg mnie uśmiercił, a następnie przywrócił do życia, czyniąc mnie kimś innym, niż byłam poprzedniego dnia.

Odtąd żyłyśmy we dwie w tej górskiej willi, raczej spokojnie, bez większych kłopotów. Mieszkańcy wioski byli dla nas uprzejmi. Od przyjazdu w grudniu właściwie cały czas, aż do kwietnia, zajmowałyśmy się jedynie przygotowywaniem posiłków i robieniem na drutach, a także czytaniem książek w chińskim pokoju oraz piciem herbaty, a więc wiodłyśmy życie prawie całkowicie oderwane od świata. W lutym zakwitły śliwy - cała wioska pokryła się kwiatami śliw. Nawet jeszcze w marcu w bezwietrzne, spokojne dni śliwy w pełnym rozkwicie nie straciły sił, kwitły pięknie do końca miesiąca. I rankiem, i w południe, a także nocą pozostawały tak piękne, że zapierały dech w piersi. Kiedy otwierałam przeszklone drzwi na werandę, pokój wypełniał się zapachem kwiatów. Pod koniec marca, gdy zapadał zmierzch, zrywał się wiatr, a my siadałyśmy w jadalni i piłyśmy herbatę. Wtedy wlatywały przez okno płatki kwiatów śliwy i wpadały do filiżanek. Teraz, w kwietniu, siedząc z Mamą na werandzie i robiąc na drutach, rozmawiamy najczęściej o planach uprawy pola. Mama mówi, że chciałaby mi pomagać. Nawet gdy teraz o tym piszę, myślę, że to, co Mama powiedziała, było prawdą: umarłyśmy i odrodziłyśmy się jako inni ludzie, jednak nie sądzę, by takie zmartwychwstanie, jakiego doświadczył Jezus, było możliwe dla zwykłych ludzi. Mama powiedziała tak, jakby zapomniała całą przeszłość, a tymczasem, przełykając łyżkę zupy, pomyślała o Naojim i krzyknęła. Prawdę mówiąc, moje rany również się wcale nie zagoiły.

Ach, chciałabym wszystko zapisać, niczego nie ukrywając. Czasem w duchu myślę, że to spokojne życie w górskiej willi jest po prostu kłamstwem. Nawet zakładając, że jest to krótki okres wypoczynku, podarowany nam przez Boga, i tak nie mogę oprzeć się myśli, że tutaj do tego mieszkania zakradało się coś złowieszczego, jakiś mroczny cień. Mama udaje, że jest szczęśliwa, a z dnia na dzień staje się coraz słabsza i wątła. Chociaż w mojej piersi gnieździ się i rośnie żmija, to ofiarą staje się Mama, natomiast ja tyję, mimo że z wszystkich sił starałam się do tego nie dopuścić. Ach, jakby było dobrze, gdyby to działo się pod wpływem niekorzystnej pory roku! To coś innego ostatnio sprawia, że nasze życie jest nie do zniesienia. Jakże mogłam zrobić coś tak podłego i palić jaja węży. To jedna z tych rzeczy, która mnie dziś denerwuje. Wszystko, co robię, tylko pogłębia smutek Mamy i ją osłabia.

Co do miłości... Napisałam te słowa i już dalej pisać nie mogłam.

Rozdział drugi

W ciągu dziesięciu dni od spalenia jaj węża zdarzyło się kilka złowieszczych wypadków, które nastąpiły jeden po drugim, unieszczęśliwiły Mamę i przyczyniły się do skrócenia jej życia.

Po pierwsze o mało co nie spowodowałam pożaru.

Jak to było możliwe, żebym ja mogła wywołać pożar?! Nawet w najgorszych snach nie przeczuwałam, że w moim życiu wydarzy się coś tak strasznego. Pożar powstaje, gdy człowiek źle się obchodzi z ogniem - to sprawa oczywista, bardzo prosta. Czy naprawdę zostałam wychowana na księżniczkę, która nie rozumiała tak prostej rzeczy?

Wstałam nocą i poszłam do toalety, a kiedy byłam już przy parawanie w sieni, zauważyłam światło dochodzące z łazienki. Zajrzałam tam, niczego nie podejrzewając, a okazało się, że przez oszklone drzwi łazienki prześwitywały czerwone płomienie, usłyszałam też złowieszczy trzask. Podbiegłam, otworzyłam boczne drzwiczki do łazienki i wybiegłam na zewnątrz domu; okazało się, że palił się stos drewna opałowego znajdujący się przy piecu. Zajął się już buzującymi płomieniami.

Pobiegłam do chaty sąsiadów, zastukałam do drzwi i zawołałam:

- Nakai-san! Proszę wstać, pożar! - Nakai chyba natychmiast się zerwał, bo od razu odpowiedział: - Już idę. - Po czym wybiegł w tym, w czym spał.

- Bardzo proszę jak najszybciej. - Ponaglałam go.

Pobiegliśmy w stronę ognia, zaczęliśmy kubłem nosić wodę i gasić pożar, a wtedy z salonu doszedł głos Mamy. Rzuciłam kubeł i pospieszyłam na werandę.

- Mamo, proszę, nie martw się, już jest dobrze, możesz iść spać. - Objęłam ją, podtrzymując, żeby się nie przewróciła, zaprowadziłam do łóżka, ułożyłam do snu, po czym znów pobiegłam w stronę ognia, czerpałam wodę w łazience, a Nakai-san polewał płonący stos drewna, ale ogień był tak silny, że nie dawał się w ten sposób ugasić.

- Pożar! Pożar! Pali się willa! - dobiegły głosy z dołu. Czterech albo pięciu innych wieśniaków wdarło się przez ogrodzenie i przybiegło z pomocą. Ustawili się rzędem i z rąk do rąk podawali kubły z wodą czerpaną ze zbiornika przeciwpożarowego. W ten sposób po kilku minutach ugasili pożar. Jeszcze chwila, a zająłby się ogniem dach łazienki.

Co za szczęście - pomyślałam i wtedy zrozumiałam, że to ja byłam powodem tego pożaru. Doszło do mej świadomości dopiero teraz, że wieczorem wyjęłam z pieca niedopalone polano, wygasiłam - jak mi się wydawało - tlący się jeszcze ogień i położyłam je obok stosu drewna. To odkrycie sprawiło, że zamarłam w bezruchu i zebrało mi się na płacz. Usłyszałam też, że stojąca za płotem dziewczyna z domu naprzeciwko mówiła głośno: "Ktoś był nieostrożny, nie wygasił jak należy pieca i łazienka spaliła się ze szczętem".

Przyszli do nas wójt Fujita z policjantem Ninomiyą i dowódcą straży ogniowej. Wójt jak zwykle uśmiechał się dobrodusznie.

- Na pewno się przestraszyłaś. Jak to się stało? - zapytał.

- To moja wina. Myślałam, że wygasiłam polano - zaczęłam się tłumaczyć, ale z żalu nie mogłam nic więcej powiedzieć i rozpłakałam się. Pomyślałam, że policjant mnie aresztuje i poprowadzi jak przestępczynię. Tym bardziej zrobiło mi się wstyd, że miałam na sobie tylko piżamę, byłam rozczochrana; czułam się okropnie.

- Tak, rozumiem. A z mamą wszystko w porządku? - zapytał cicho Fujita, jakby chciał mnie uspokoić.

- Tak, odpoczywa w salonie. Bardzo się przestraszyła.

- No, dobra - dodał młody policjant - szczęście, że dom się nie zapalił. Wtedy powrócił Nakai i z trudem łapiąc oddech powiedział:

- Nic takiego, spaliło się tylko trochę drewna. Trudno to nazwać pożarem - wyraźnie starał się usprawiedliwić moją nieostrożność.

- Naprawdę? Rozumiem - wójt Fujita pokiwał głową, naradził się po cichu z policjantem Ninomiyą. - Wobec tego pójdziemy już. Proszę pozdrowić Mamę - powiedział i odszedł z dowódcą straży oraz innymi osobami. Tylko policjant Ninomiya pozostał. Zbliżył się do mnie i cicho powiedział:

- Tym razem nie sporządzę raportu na temat tego, co się stało dzisiejszej nocy.

Po odejściu policjanta Nakai-san zapytał:

- Co powiedział policjant Ninomiya?

- Powiedział, że nie będzie raportu. - Stojący pod płotem ludzie widocznie usłyszeli to, ponieważ rozległy się szepty: "to dobrze, to dobrze", a po chwili wszyscy zaczęli się rozchodzić.

Również Nakai odszedł, życząc mi dobrej nocy. Zostałam sama, stojąc obok stosu nadpalonego drewna. Rozżalona spojrzałam w niebo i dostrzegłam pierwsze oznaki świtu.

Obmyłam trochę ręce, nogi i twarz. Bałam się pokazać Mamie, więc ociągałam się. Najpierw poprawiłam włosy, a potem w kuchni spędziłam trochę czasu, niepotrzebnie przekładając naczynia, dopóki się nie rozjaśniło.

Gdy już nastał dzień, weszłam do salonu tak cicho, jak tylko mogłam. Mama zdążyła się już ubrać, przejść do chińskiego saloniku i usiąść na krześle. Wyglądała na całkowicie wyczerpaną. Ujrzawszy mnie, uśmiechnęła się, ale bladość jej twarzy mnie przeraziła.

Nie odpowiedziałam uśmiechem na jej uśmiech, tylko stałam bez słowa za jej krzesłem. Po chwili odezwała się:

- Nic się takiego nie stało. To tylko drewno, które i tak było przeznaczone na spalenie.

Nagle poczułam radość i roześmiałam się. Przypomniałam sobie z dzieciństwa maksymę z biblijnej Księgi Przysłów: "Złote jabłka na sprzętach ze srebra - to słowo mówione w czasie właściwym", i dziękowałam Bogu z głębi serca za szczęście, że obdarzył mnie taką czułą Mamą. To, co się zdarzyło wczoraj, jest już przeszłością. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Przez szyby z chińskiego salonu patrzyłam na morze oblewające półwysep Izu o poranku i wciąż stałam za plecami Mamy, aż w końcu poczułam, jak jej cichy oddech zjednoczył się z moim.

Po lekkim śniadaniu zabrałam się do roboty. Gdy porządkowałam spalone drewno, przyszła Osaki, właścicielka jedynej w tej wiosce gospody.

- Co się stało? Dopiero teraz dowiedziałam się... Ale co naprawdę wczoraj się zdarzyło? - z tymi pytaniami wbiegła drobnym krokiem przez furtkę ogrodową. Łzy błyszczały w jej oczach.

- Przepraszam - zaczęłam się cicho usprawiedliwiać.

- Dlaczego "przepraszam". A co z policją?

- Powiedzieli, że nic nie zrobią.

- Nic nie zrobią? Ach, to dobrze. - Wyglądała na serdecznie uradowaną. Poradziłam się jej, w jakiej formie powinnam przeprosić i podziękować mieszkańcom wioski. Odpowiedziała mi, że najlepiej w formie pieniężnej i wyjaśniła, do których domów należy pójść z przeprosinami i zanieść pieniądze.

- Gdyby panienka nie chciała sama składać tych wizyt, możemy pójść razem.

- Może powinnam iść sama?

- Czy panienka sama da sobie radę? Jeśli tak, to lepiej samej.

- Pójdę sama.

Później Osaki trochę pomogła w porządkowaniu pogorzeliska. Po skończeniu tej pracy wzięłam pieniądze od Mamy, po sto jenów banknotami, zawinęłam w ozdobny papier z Mino i napisałam na każdym zawiniątku "z przeprosinami".

Najpierw poszłam do urzędu gminy - wójt był nieobecny, podałam więc zawiniątko dziewczynie w recepcji.

- Przepraszam za to, co wczoraj zrobiłam. Teraz będę uważać, proszę mi wybaczyć. Proszę pozdrowić pana wójta.

Następnie odwiedziłam mieszkanie Ouchiego, dowódcy straży, który wyszedł do drzwi i patrząc na mnie, nic nie mówił. Nie wiem dlaczego, ale zachciało mi się płakać.

- Przepraszam za wczorajsze kłopoty - powiedziałam i szybko odeszłam. W czasie drogi płynęły mi łzy, musiałam wyglądać okropnie, więc wróciłam do domu, poprawiłam makijaż i zamierzając znów wyjść, wkładałam już buty w sieni, gdy pojawiła się Mama.

- Czy jeszcze gdzieś wychodzisz? - zapytała.

- Tak - odrzekłam, nie podnosząc głowy.

- Dziękuję ci - powiedziała to z uczuciem.

Miłość Mamy dodała mi sił, mogłam więc teraz obejść wszystkie domostwa i ani razu nie rozpłakać się.

W domu dzielnicowego powitała mnie jego synowa, która sama się rozpłakała na mój widok. Natomiast policjant Ninomiya powtarzał tylko w kółko "już dobrze, już dobrze". Wszyscy byli dla mnie tacy mili. I tak odwiedziłam wszystkie domy w sąsiedztwie - wszyscy mi współczuli i pocieszali. Tylko młoda żona Nishiyamy - powiedziałam: "młoda", ale miała ze czterdzieści lat - złajała mnie:

- Odtąd proszę naprawdę uważać. Możecie być arystokratami czy szlachtą, nie wiem czym tam. Naoglądałam się tego waszego wprost irytującego życia, jakie pędzicie; przy-pominą ono raczej zabawę dzieci w dom. To wprost cud, że zachowując się jak dzieci, nie miałyście pożaru wcześniej. Naprawdę teraz już musicie uważać na wszystko, bardzo proszę. Widzi panienka, gdyby był silniejszy wiatr, cała wieś poszłaby z dymem.

Nishiyama - to była ta sama kobieta, która stojąc za płotem krzyczała, że spaliła się cała łazienka, bo zostawiono ogień bez opieki czy coś takiego, podczas gdy Nakai-san z domu na dole występował w mojej obronie przed wójtem i policjantem. Jednak w duchu przyznawałam jej rację. Nie mam więc do niej żalu. Mama zażartowała, że drewno i tak miało być spalone, pocieszając mnie w ten sposób, ale gdyby wtedy był silny wiatr, cała wieś by się spaliła, tak jak powiedziała Nishiyama. Jeśliby do tego doszło, nawet moje samobójstwo nie byłoby wystarczającym zadośćuczynieniem. A gdybym umarła, Mama również nie przeżyłaby tego, a przy tym imię nieżyjącego Taty zostałoby skalane. Wiem, że już nie ma arystokracji ani szlachty, w każdym razie nie jest ona tym, czym kiedyś była. Ale jeśli skazana jest ona na całkowity upadek, to wolałabym, żeby to stało się zdecydowanie i w sposób możliwie elegancki. Spowodować pożar i umrzeć z tego powodu, to śmierć żałosna. Nie mogłabym spokojnie leżeć w grobie, po prostu nie umarłabym do końca. W każdym razie muszę się jakoś pozbierać.

Następnego dnia zaczęłam pracę w polu. Pomagała mi córka Nakai. Od wywołania skandalu z pożarem wydało mi się, że moja krew trochę pociemniała. Już wcześniej w mojej piersi zamieszkała złośliwa żmija, a teraz w dodatku krew zmętniała. Miałam więc wrażenie, że powoli zaczęłam się zmieniać w wiejską dziewczynę. Siedzenie z Mamą na werandzie i robienie na drutach stało się zajęciem kłopotliwym i krępującym, a chodzenie na pole i przekopywanie roli - przeciwnie - przynosiło ulgę.

Praca fizyczna - tak to chyba nazywają. Tego rodzaju pracę siłową wykonuję teraz nie po raz pierwszy. W czasie wojny zostałam zmobilizowana i pracowałam jako kulis. Robocze obuwie jigetabi, które teraz wkładam, idąc do pracy w polu, podczas wojny otrzymywałam od wojska. Wtedy po raz pierwszy wkładałam na nogi te robotnicze skarpety z podeszwami, które - ku mojemu zaskoczeniu - okazały się bardzo wygodne, a kiedy chodziłam w tych butach-skarpetach, czułam się, jakbym zrozumiała lekkość, z jaką ptaki i zwierzęta stąpają boso po ziemi. Tę lekkość chyba dobrze zrozumiałam i cieszyłam się, aż bolało mnie w piersi. Było to jedyne radosne wspomnienie z czasów wojny. Tak, to okropna rzecz ta wojna.

W ubiegłym roku nic się nie zdarzyło.

Rok wcześniej też nic się nie zdarzyło

I przedtem również nic się nie zdarzyło.

Taki zabawny wiersz ukazał się w jednej z powojennych gazet, ale mnie się wydaje, że jednak coś się wydarzyło, a kiedy naprawdę staram się coś sobie przypomnieć, to mam wrażenie, że niczego wtedy nie było. Zresztą nie lubię wspominać i opowiadać ani słuchać o wojnie. Wielu ludzi wtedy zginęło, wiem o tym, ale i tak było banalnie i okropnie nudno. A może po prostu jestem taką egoistką? Oczywiście, wcale to nie było banalne, gdy mnie przydzielono do robót. Było mi wtedy ciężko, ale dzięki tej kulisiej pracy stałam się silniejsza, i nawet teraz czasami myślę, że gdybym miała trudności w życiu, mogłabym zarobić na siebie jako tragarz. W okresie gdy wojna stawała się coraz bardziej dotkliwa, do naszego domu w Nishikacie przyszedł mężczyzna ubrany w coś, co przypominało mundur wojskowy, i wręczył pismo powołujące mnie do obowiązkowej pracy, dał też kartkę z rozkładem dziennych zajęć. Gdy spojrzałam na rozkład zajęć, zrozumiałam, że od jutra będę musiała jeździć co drugi dzień w góry za Tachikawą, i mimo woli z oczu popłynęły mi łzy.

- Czy nie mógłby pojechać ktoś w zastępstwie? - Nie przestałam płakać, przeciwnie, nawet zaczęłam szlochać.

- Wojsko przysłało imienne powołanie, należy więc stawić się osobiście - odpowiedział z naciskiem.

Postanowiłam wykonać rozkaz i jeździć w góry za Tachikawę.

Następnego dnia padał deszcz, gdy ustawiono nas w szeregu. Najpierw oficer wygłosił "kazanie".

- W tej wojnie na pewno zwyciężymy - zaczął. - Zwycięstwo jest pewne, ale jeśli wszyscy nie przyłożą się porządnie do pracy, zgodnie z rozkazami armii, zaszkodzi to naszej taktyce i dojdzie do tego, co się stało z Okinawą. Żądam, abyście wykonywali tylko to, co wam każemy robić. Poza tym musicie wzajemnie na siebie uważać, bo być może nawet w tych górach do waszych szeregów zakradł się szpieg. Od tej chwili będziecie wykonywać swoje zadanie tak samo jak żołnierze na froncie, dlatego musicie być bardzo czujni i pod żadnym pozorem nikomu nie mówić, co tu się będzie działo.

Deszcz otulił góry mgłą, gdy nasz oddział, liczący pięćset chłopców i dziewcząt, mókł w deszczu i słuchał z nabożeństwem pogadanki oficera. W tym oddziale byli też uczniowie i uczennice ze szkoły podstawowej, z trudem ukrywający zapłakane, zmarznięte twarze.

Spędziłam cały dzień, nosząc kosze z ziemią na barkach, a jadąc pociągiem do domu, nie mogłam opanować płaczu. Następnego dnia ciągałam liny, pomagając robotnikom. Ta praca była dla mnie ciekawsza.

Jeżdżąc w góry do pracy, miałam często wrażenie, że chłopcy ze szkoły patrzyli na mnie jakoś dziwnie, i to mnie denerwowało. Gdy pewnego dnia niosłam na plecach kosz z ziemią, minęło mnie kilku uczniów, a jeden z nich powiedział szeptem:

- Może ona jest szpiegiem? - Przestraszyłam się.

- Dlaczego on mówi coś takiego? - zapytałam dziewczynę, która szła obok z koszem.

- Bo wyglądasz jak obcokrajowiec - odpowiedziała poważnie.

- Czy ty też myślisz, że jestem szpiegiem?

- Nie - odpowiedziała tym razem z uśmiechem.

- Jestem Japonką - powiedziawszy to, roześmiałam się na myśl, jak głupie i nonsensowne są moje słowa.

Pewnego pogodnego dnia, gdy pracowałam z chłopcami przy noszeniu belek, pilnujący nas oficer zmarszczył brwi i wskazał na mnie palcem.

- Hej, ty! Chodź no tu - zawołał i poszedł w stronę sosnowego lasu. Przestraszona, z mocno bijącym sercem, udałam się za nim. Zatrzymał się przy stosie świeżo przywiezionych z tartaku desek i zwrócił się do mnie:

- Musi być ci ciężko, gdy codziennie tak pracujesz. Dziś popilnujesz tych desek - roześmiał się, pokazując białe zęby.

- To znaczy, że mam tu stać?

- Tu jest chłodniej, jest też przyjemnie i cicho, możesz nawet położyć się na deskach i zdrzemnąć w południe. Jeśli będziesz się nudzić, to możesz poczytać - powiedział. Wyjął z kieszeni marynarki kieszonkowe wydanie jakiejś książki i jakby trochę zawstydzony rzucił ją na deski.

- Poczytaj choćby tę książkę.

Na okładce przeczytałam "Trojka". Podniosłam książkę i powiedziałam:

- Dziękuję bardzo. U nas w domu też jest ktoś, kto lubi książki, ale teraz znajduje się gdzieś na Wyspach Południowych.

Widocznie źle mnie zrozumiał, ponieważ potrząsnął głową i zapytał:

- Ach, tak? To twój mąż, prawda? Na wyspach Południowego Pacyfiku, to straszne. W każdym razie przynajmniej dziś będziesz pilnować tych desek, a posiłek dla ciebie potem sam ci przyniosę. Proszę spokojnie odpocząć. - Po tych słowach odszedł szybkim krokiem.

Usiadłam na deskach i zaczęłam czytać książkę. Gdy doszłam do połowy, rozległo się ciężkie stąpanie.

- Przyniosłem obiad. Samej tu na pewno nudno - powiedział, postawił pudełko z jedzeniem na trawie i szybko odmaszerował.

Skończyłam jeść, weszłam na deski, położyłam się i znów zaczęłam czytać. Po jakimś czasie zmorzył mnie sen. Przebudziłam się po trzeciej po południu. Miałam teraz wrażenie, że gdzieś już widziałam tego oficera, ale nie mogłam sobie przypomnieć gdzie. Zeszłam na dół, przygładziłam włosy i znów usłyszałam mocne stąpanie.

- Dziękuję bardzo za dzisiejszy dzień. Możesz już wrócić do domu.

Podbiegłam do oficera i podałam mu książkę, chciałam podziękować, ale zabrakło mi słów. Spojrzałam w milczeniu na niego, a gdy nasze oczy się spotkały, po policzkach popłynęły mi łzy. Wtedy łzy rozbłysły również w oczach oficera.

Rozstaliśmy się w milczeniu. Oficer już nigdy nie pojawił się w miejscu, w którym pracowałam. Dla mnie był to jedyny dzień, kiedy mogłam odpocząć. Nadal jeździłam co drugi dzień do Tachikawy do ciężkiej pracy. Mama wciąż się martwiła o moje zdrowie, a przecież ja poczułam się dzięki tej pracy silniejsza, a nawet przekonałam się, że kobieta może pracować jak robotnik. Ciężka praca na polu nie sprawia mi specjalnie trudu.

Mówiłam, że nie lubię rozmawiać ani słuchać o wojnie, a przecież opowiedziałam o swoich "drogich przeżyciach" z czasów wojny, lecz w moich wspomnieniach z tego okresu zachowało się tylko to jedno zdarzenie. Powinnam powiedzieć, że reszta była taka jak w tym wierszu:

W ubiegłym roku nic się nie zdarzyło.

Rok wcześniej też nic się nie zdarzyło.

I przedtem również nic się nie zdarzyło.

To zabawne, że ze wspomnień wojennych została mi tylko ta para roboczych butów jigetabi. Takie to beznadziejnie smutne.

Z powodu tych butów znów oddaliłam się od głównego wątku i zaczęłam opowiadać o niepotrzebnych rzeczach, ale muszę dodać, że chodzenie w owych roboczych butach, które stały się jedyną swego rodzaju pamiątką wojenną, a teraz codzienne chodzenie na pole odwraca uwagę od niepokojów i zdenerwowania, ukrytych głęboko w sercu, ponieważ Mama ostatnio z każdym dniem wyraźnie słabnie.

Jaja węży.

Pożar.

Od owego czasu Mama wyglądała coraz gorzej. Ja natomiast, przeciwnie, zmieniałam się stopniowo w wulgarną - jak mi się zdaje - kobietę z ludu. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wysysałam siłę życiową z Mamy i dlatego tyłam.

Mama nie powiedziała nawet słowa na temat pożaru, z wyjątkiem żartu o drewnie, które i tak było przeznaczone na spalenie. Raczej mnie pocieszała, lecz szok, jaki przeżyła, był na pewno dziesięciokrotnie silniejszy od mojego. Od czasu pożaru Mama nocami niekiedy pojękiwała, a gdy wiał silny wiatr, często wstawała z łóżka i udając, że idzie do łazienki, przechadzała się po domu, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. Nie zawsze wyglądała źle. Były jednak dni, gdy wydawało mi się, że ledwie chodzi. Powiedziała kiedyś, że chciałaby pomóc w pracy w polu, i chociaż zniechęcałam ją, to jednak uparła się i przeniosła ze studni na pole z pięć albo sześć wiader z wodą, a następnego dnia mówiła, że bolą ją plecy tak, iż nie może oddychać, i spędziła cały dzień w łóżku. Od tego zdarzenia zrezygnowała z pracy fizycznej. Czasami przychodziła wprawdzie na pole, ale tylko pilnie przyglądała się, jak ja pracuję.

Dziś, obserwując mnie, nagle powiedziała:

- Mówią, że ci, którzy lubią letnie kwiaty, umierają latem. Zastanawiam się, czy to prawda.

Milczałam, podlewając nasze oberżyny. Ach, prawda, to już początek lata.

- Ja lubię kwiat jedwabnego drzewa, ale tu w ogrodzie nie ma ani jednego - dodała cicho.

- Mamy za to mnóstwo oleandrów - odpowiedziałam nieco ostrzejszym tonem.

- Nie lubię ich. Podoba mi się większość kwiatów kwitnących latem, ale oleandry są zbyt wyzywające.

- Najbardziej lubię róże, ale one kwitną przez cztery pory roku. Zastanawiam się, czy ludzie, którzy lubią róże, muszą czterokrotnie umierać - na wiosnę, następnie latem, jesienią i zimą.

Roześmiałyśmy się razem.

- Nie odpoczniesz trochę? - zapytała Mama i wciąż się śmiejąc, dodała: - Dziś chciałabym z tobą porozmawiać.

- O czym? Jeśli o śmierci, to odmawiam.

Poszłam za Mamą i usiadłam obok niej na ławce w altance wśród wistarii. Kwiaty wistarii już przekwitały, a łagodne promienie popołudniowego słońca padały przez liście na nasze kolana i zabarwiły je na zielono.

- Chciałam ci o tym powiedzieć wcześniej, ale czekałam na odpowiedni nastrój nas obu. Taka okazja nadarzyła się dopiero dzisiaj. Tak czy owak, to niezbyt przyjemna sprawa. Zdaje mi się, że dzisiaj mogę jednak o tym mówić bez oporów, proszę więc, wysłuchaj mnie cierpliwie. Naoji żyje.

Zdrętwiałam.

- Pięć czy sześć dni temu otrzymałam wiadomość od wuja Wady. Jeżeli dobrze zrozumiałam, mężczyzna, który dawniej pracował w firmie wuja, ostatnio powrócił z mórz południowych i przyszedł przywitać się z wujem. W czasie rozmowy mimochodem wspomniał, że w tym samym oddziale był też Naoji i że jest cały i zdrowy, a wkrótce ma powrócić do kraju. Ale jedno jest przykre. Jak powiedział ten mężczyzna, Naoji bardzo uzależnił się od opium.

- Znowu! - skrzywiłam się, jakbym zjadła coś gorzkiego. Naoji, chodząc do liceum, naśladował pewnego pisarza i wtedy zaczął brać narkotyki, dlatego zapożyczył się na wysoką sumę u aptekarza. Mama potrzebowała dwóch lat na spłacenie jego długów.

- Tak, znów zaczął. Lecz mężczyzna powiedział, że nie pozwolą mu wrócić do domu, dopóki się nie uwolni od uzależnienia, na pewno więc wróci zdrowy. Wuj pisał też, że nawet jeśli Naoji zostanie wyleczony i wróci, to prawdopodobnie w obecnych warunkach z tego rodzaju skłonnościami nie będzie mógł od razu znaleźć pracy; zresztą w Tokio panuje teraz taki chaos, że całkiem zdrowy człowiek może postradać zmysły, więc tym bardziej taki ledwie podleczony weteran uzależniony od leków, na pewno szybko oszaleje i nie wiadomo, co może zrobić. Wobec tego kiedy wróci Naoji, najlepiej będzie, jeśli przyjmiemy go do nas i zajmiemy się nim tutaj w górach Izu, gdzie będzie mógł się leczyć i odpoczywać jakiś czas, nigdzie nie wychodząc. To po pierwsze. Poza tym, Kazuko, wujek pisał jeszcze o czymś. Wyjaśnił mianowicie, że wszystkie nasze pieniądze już się skończyły. Blokada oszczędności oraz podatek od kapitału sprawiły, że wujowi może być bardzo trudno przysyłać nam pieniądze tak jak dotąd. Po powrocie Naojiego będzie bardzo ciężko zaopatrywać nas troje w środki do życia, a zatem teraz trzeba szukać męża dla ciebie, Kazuko, albo znaleźć rodzinę, w której mogłabyś pracować. To są, jak widzisz, porady wuja.

- To znaczy pójść na służbę. Czy ja mam zostać służącą?

- Nie, wuj myśli o ludziach z Komaby - i tu wymieniła nazwisko pewnego księcia. - U księcia, z którym łączą nas więzy krwi, mogłabyś być guwernantką księżniczki. Nie czułabyś się tam źle, jak twierdzi wuj.

- Czy naprawdę nie ma dla mnie innej pracy?

- Wuj wspomniał, że w innym zawodzie byłoby za ciężko.

- Dlaczego za ciężko? Mamo, dlaczego?

Mama tylko uśmiechnęła się smętnie i nie odpowiedziała.

- Nie, nie zgadzam się! Nie chcę więcej o tym słyszeć - krzyknęłam histerycznie, choć wiedziałam, że nie powinnam. Ale nie przerwałam. - Popatrz na mnie, czy źle wyglądam w tych roboczych butach?! - rozpłakałam się. Podniosłam głowę, otarłam łzy wierzchem dłoni i znów zwróciłam się do Mamy. Chociaż głos wewnętrzny wciąż mi mówił, że tak nie można, słowa wylewały się ze mnie bezwiednie, niekontrolowane.

- Czy mi nie mówiłaś kiedyś, czy mi nie powiedziałaś, że decydujesz się jechać na półwysep Izu, dlatego że ja jestem przy tobie, Mamo? Czy nie mówiłaś też, że umarłabyś, gdyby mnie nie było z tobą? Dlatego nigdzie nie pojadę, nadal będę wkładać na nogi robocze obuwie i myśleć tylko o tym, jak wyhodować dla ciebie smaczne warzywa. Ach, Mamo, kiedy usłyszałaś, że wraca Naoji, natychmiast uznałaś, że jestem przeszkodą, i dlatego powiedziałaś, żebym sobie poszła i została służącą księżnej. To za wiele, to zbyt okrutne, Mamo.

Własne słowa wydały mi się równie okrutne, lecz nie mogłam ich powstrzymać, jakby były nieoswojonym stworzeniem.

- Skoro jesteśmy biedne i nie mamy pieniędzy, możemy przecież sprzedać nasze kimona. Dlaczego by nie sprzedać również tego domu? Ja potrafię wszystko robić. Mogłabym pracować jako urzędniczka w gminie, a jeśliby mnie tam nie zatrudnili, to mogłabym zostać kulisem. Bieda nie jest dla mnie niczym szczególnym. Jeśli tylko mnie kochasz, Mamo, zostanę z tobą do końca życia, niczego innego nie pragnę. Ale dla Mamy chyba milszy jest Naoji. W takim razie pójdę stąd, jeśli zechcesz. Pójdę. Nigdy nie potrafiłam zgodnie żyć z Naojim, nasze charaktery są tak różne, we troje bylibyśmy tu ciągle nieszczęśliwi. Mieszkałam długo i w zgodzie z Mamą, niczego więc nie żałuję. Teraz będziesz mogła pomieszkać razem z Naojim. Zęby tylko on był dobrym synem! Mam już dość wszystkiego. Mam dość dotychczasowego życia. Więc pójdę sobie. Mogę odejść nawet dziś, zaraz. Mam dokąd iść.

Wstałam.

- Kazuko! - Mama krzyknęła ostro, uniosła się z miejsca i zwróciła się do mnie z wyrazem nagany na twarzy, jakiego mi nigdy przedtem nie pokazała. Wydała mi się trochę niższa ode mnie. Zapragnęłam od razu Mamę przeprosić, ale właściwe słowa uwięzły mi w gardle. Zamiast nich wypowiedziałam zupełnie co innego.

- Oszukałaś mnie, Mamo, oszukałaś mnie. Posługiwałaś się mną do powrotu Naojiego. Byłam twoją służącą, a teraz, kiedy mnie już nie potrzebujesz, odsyłasz mnie do jakichś książąt! - krzyczałam, stojąc bez ruchu, i zalewałam się łzami.

- Naprawdę jesteś głupia - cichy głos Mamy drżał z gniewu.

Podniosłam głowę.

- Tak, jestem głupia i dlatego zostałam oszukana. Ponieważ jestem głupia, stałam się zawadą dla ciebie, prawda? Chyba lepiej zrobię, jeśli stąd odejdę, prawda? Co to jest bieda? Co to są pieniądze? Nie rozumiem tego. Żyłam, wierząc w miłość, w miłość mojej Mamy, przynajmniej w to jedno wierzyłam.

I znów niechcący powiedziałam to, czego nie powinnam była mówić.

Mama nagle odwróciła twarz. Płakała. Chciałam przeprosić, uściskać ją, lecz miałam ręce zabrudzone ziemią, poczułam zakłopotanie i dziwną obcość.

- Wszystko byłoby dobrze, gdyby mnie tutaj nie było, prawda? Więc sobie pójdę. Mam dokąd pójść. - Rzuciłam te słowa Mamie w twarz i pobiegłam do łazienki, rozszlochałam, umyłam ręce, twarz i nogi, poszłam do pokoju, przebrałam się i znów rozpłakałam się głośno, nie mogąc się opanować. Chciało mi się płakać i płakać, dopóki nie wypłyną ze mnie wszystkie łzy. Wbiegłam na piętro do europejskiego pokoju, rzuciłam się na łóżko, schowałam się pod koc z głową i wypłakiwałam z siebie niemal całe swoje życie. Z czasem wydało mi się, że odpływam gdzieś w dal, dopóki nie zaczęłam tęsknić za kimś, tęsknić głęboko, aż w końcu nie mogłam się opanować, bo tak bardzo pragnęłam ujrzeć jego twarz, usłyszeć jego głos. Poczułam się tak szczególnie, jak wtedy gdy doktor wykonywał zabieg kauteryzacji na jednej z moich stóp i musiałam znosić ból bez ruchu.

Pod wieczór Mama cicho weszła na piętro do pokoju, zapaliła światło, podeszła do łóżka i czule zwróciła się do mnie:

- Kazuko.

- Tak. - Podniosłam się, zaczesałam włosy palcami, spojrzałam na twarz Mamy i roześmiałam się.

Mama uśmiechnęła się blado i usiadła na sofie pod oknem.

- Po raz pierwszy w życiu przeciwstawiłam się wujowi Wada... Wiesz, właśnie pisałam odpowiedź na jego list. Napisałam, żeby sprawy dotyczące moich dzieci zostawił mnie. Kazuko, sprzedajmy kimona. Sprzedajmy nasze ubrania i wszystko, co wyda się nam niepotrzebne. Będziemy wydawać pieniądze tak, jak nam się podoba. Będziemy żyć wygodnie i ekstrawagancko. Już nie pozwolę ci pracować w polu. Warzywa będziemy kupować, nawet jeśli będą drogie. To bez sensu, żebyś codziennie pracowała na roli.

Prawdę mówiąc, zaczęło mnie to już nużyć. Jestem pewna, że płakałam tak i atakowałam Mamę jak szalona, ponieważ dało znać o sobie zmęczenie pracą w polu i owładnęło mną poczucie nieszczęścia, żalu i zniechęcenia wobec wszystkiego, co mnie otaczało.

Siedziałam na łóżku i milczałam, patrząc w dół.

- Kazuko...

- Tak...

- Powiedziałaś, że masz dokąd iść, no więc dokąd?

Poczułam, że czerwienię się na twarzy i szyi.

- Do Hosody?

Milczałam.

Mama ciężko westchnęła.

- Czy mogę powiedzieć o czymś, co zdarzyło się dawno temu?

- Proszę - odpowiedziałam cicho.

- Kiedy odeszłaś z domu swojego męża Yamakiego i wróciłaś do Nishikaty, nie powiedziałam ci nawet jednego słowa potępienia, lecz tylko to, że zdradziłaś swoją matkę. Pamiętasz? Wtedy rozpłakałaś się... A ja zrozumiałam, że źle zrobiłam, mówiąc ci coś tak strasznego.

Wtedy gdy Mama powiedziała, że ją zdradziłam, poczułam raczej wdzięczność i rozpłakałam się z radości.

- Wiesz, gdy powiedziałam, że mnie zdradziłaś, to nie myślałam o tym, że opuściłaś swego męża, a raczej o tym, czego się od niego dowiedziałam o tobie i malarzu Hosodzie, o tym, że byliście kochankami. Ta wiadomość była dla mnie szokiem. Hosoda od lat miał żonę i dzieci. Wiedziałam, że nic z tego związku nie będzie. Nieważne, jak bardzo go kochałaś.

- Kochankami? Nic podobnego!! To było tylko fałszywe podejrzenie ze strony męża.

- Możliwe. Ale chyba nie myślisz wciąż jeszcze o Hosodzie. Więc dokąd mogłabyś pójść?

- Wcale nie do Hosody.

- Naprawdę? Dokąd więc?

- Mamo, ostatnio odkryłam coś, co różni człowieka od zwierzęcia. To prawda, że człowiek posługuje się językiem, ma wiedzę i mądrość, umie myśleć, tworzyć porządek społeczny. Ale czy zwierzęta w różnym stopniu nie mają tego rodzaju cech? Kto wie, może też mają własną religię? Człowiek pyszni się, że jest panem wszystkich stworzeń, ale przecież w swej istocie nie różni się chyba od innych stworzeń. Coś go jednak różni. Czy wiesz, Mamo, co? Inne istoty absolutnie tego nie mają, tylko człowiek. Jest to dochowanie tajemnicy. Czy rozumiesz, Mamo, co mam na myśli?

Twarz Mamy lekko się zarumieniła i pokryła czarującym uśmiechem.

- Gdyby twoje tajemnice, Kazuko, rodziły dobre owoce, byłoby świetnie. Co ranka modlę się do ducha twojego ojca, aby przyniósł ci szczęście.

Nagle oczyma wyobraźni ujrzałam jesienny pejzaż pola, który widziałam razem z Tatą, kiedy jechałam z nim przez Nasuno i zatrzymaliśmy się w drodze. Wtedy kwitły jesienne kwiaty: lespedeza, goździki, gencjana, waleriana, natomiast owoce dzikich winogron były jeszcze zielone.

Następnie ujrzałam, jak płynęliśmy łódką po jeziorze Biwa. Wtedy wskoczyłam do wody i poczułam dotyk rybek mieszkających pośród alg, a na dnie jeziora odbijał się cień moich nóg i poruszał się, ale to wspomnienie nie miało związku z tym, co Mama mówiła, jednak się pojawiło w moim sercu, by po chwili zniknąć.

Ześliznęłam się z łóżka, objęłam Mamę za kolana i dopiero wtedy mogłam wypowiedzieć słowa:

- Mamo, przepraszam za to, co zrobiłam.

Tamte dni - gdy je teraz wspominam - były ostatnimi, w których jarzyły się resztki iskierek naszego szczęścia; potem wrócił Naoji z mórz południowych i rozpoczęło się nasze prawdziwe piekło.