- Co ja tu robię?!
"Ludzie, ludzie, trzymajcie mnie, co ja tu robię! - wołał legendarny już dziś sprzedawca - sprzedaję takie piękne pomidory po dwa złote!"
Ludzie - co ja tu robię? - muszę zapytać samego siebie, przesyłając felieton do "Życia i Nowoczesności". Co ja tu robię, mając z problematyką techniki, gospodarki i nowoczesności w sensie praktycznym mniej wspólnego niż gęś z prosięciem, odnosząc się z filozoficznym sceptycyzmem do futurologicznych fantasmagorii braci Bratkowskich i żywiąc umiarkowaną, aczkolwiek nie wolną od zadumy sympatię do wierzeń, że zwiększenie produkcji siarczku miedzi przerobi nasz naród w plemię aniołów?
To pytanie zasługuje na odpowiedź. Jeden z redaktorów "Życia i Nowoczesności" namawiał mnie, abym aczkolwiek jestem tu obcym ciałem, starał się jednak znajdować jakiś pretekst, by ze sprawami, które interesują mnie naprawdę, "podwiązywać się" jakoś do ogólnego charakteru tego dodatku. A więc pisać na przykład: "Prasa doniosła, że zwiększyliśmy ostatnio produkcję wapna. Wapno, jak wiadomo, powoduje sklerozę. Przykładem sklerozy jest życie teatralne w Polsce..."
Oczywiście - można, ale po co? Uprawianie takich sztuk wydaje mi się działalnością w najwyższym stopniu niezgodną z tym, co dzieje się rzeczywiście w naszym kraju i czego rzeczywiście potrzebują normalni czytelnicy. Przekonał mnie o tym niedawno pewien student elektroniki z Gdańska. Kiedy bowiem na spotkaniu z czytelnikami w tym mieście wygłosiłem odczyt o stanie oświaty w Polsce (temat, który pasjonuje mnie ostatnio jako jeden z najpoważniejszych i na który wypowiem jeszcze na tych łamach parę złotych myśli), po kilku głosach dyletanckich i zdawkowych wstał młody człowiek i wygłosił absolutnie kompetentne i błyskotliwe przemówienie, polemizujące zresztą z moimi tezami; później dowiedziałem się, że nie był to żaden "humanista" ani pedagog, lecz po prostu inteligentny słuchacz, który zajmuje się elektroniką.
Tęsknotą humanisty jest to, aby stać się technicznym i ścisłym; tęsknotą technika jest to, aby myśleć w kategoriach humanistycznych. Te dwa bieguny spotkają się ze sobą kiedyś, to znaczy w czasach, o których wszystkie ideologie świata zapewniają, że staną się epoką pełnego rozwoju osobowości ludzkiej. Jeśli zaś dzisiaj jeszcze istnieje jakiś rozdźwięk pomiędzy owymi dwoma zakresami - wiedzą ścisłą i humanistyką - to właśnie takie ekstrawagancje jak moja obecność na tych łamach i obecność magów od techniki i technologii na łamach, powiedzmy, "Kultury" należy traktować jako zapowiedź przyszłej Arkadii. Albo jako żart, jeśli kto woli.
Niedawno obchodziliśmy święto żartów, czyli prima aprilis. Z okazji prima aprilisu jedno z pism wojewódzkich, bodaj że "Gazeta Białostocka", podało wiadomość, że w pewnym sklepie wojewódzkim znajduje się pełny asortyment obuwia gumowego. Nazajutrz w tejże gazecie ukazało się sprostowanie wyjaśniające, że był to tylko dowcip, ponieważ pełny asortyment czegokolwiek w jakimkolwiek sklepie jest, rzecz jasna, absolutnym nonsensem i aż dziw, że czytelnicy sami się w tym nie zorientowali. W takim oto żyjemy czasie, że powiedzenie, iż sklep sprzedaje to, co powinien sprzedawać, albo że w kiosku można dostać wszystkie gazety, na jakie ma się ochotę, należy do szampańskich wiców i to w dodatku z gatunku purnonsensu. Za to kwestie purnonsensowe rozpatruje się u nas z całkowitą powagą.
Niedawno byliśmy świadkami wielkiej i niewygasłej jeszcze do teraz, jak się zdaje, dyskusji o bezeceństwach piosenkarzy, zwłaszcza zaś piosenkarzy bigbitowych, a szczególnie Czesława Niemena. Dyskutanci zabierający głos w tej kwestii różnili się co prawda poglądami na kwestię, czy Niemen się wypiął, czy też nie, a także nie byli pewni, czy wypinając się działał spontanicznie, czy też z premedytacją, później zaś - jak na przykład w dyskusji publicznej, której pełny i wierny obraz dał Janusz Głowacki w ostatniej "Polityce" - starano się również dociec ideowego sensu owego gestu. O ile mi jednak wiadomo, nikt z dotychczasowych dyskutantów nie zadał sobie i innym prostego pytania, które w tej kwestii wydaje się jednak zasadnicze, a więc: czy Niemen śpiewa dobrze, czy źle? Czy jego muzyka ma jakąś wartość, czy też jej nie ma? Czy - jako muzyk w końcu - jest on dobry, czy zły?
Sam przez długi czas nie miałem zdania na ten temat. Nie tak dawno jednak trafiłem na festiwal wrocławski "Jazz nad Odrą" i - w wielkiej Hali Ludowej - miałem okazję słuchać Niemena i jego zespołu "Enigmatic". Nieważne jest w końcu, że wysłuchałem go z uwagą. Ważne jest naprawdę, że tej trudnej, skomplikowanej muzyki słuchali w napięciu młodzi chłopcy o dwuznacznych obliczach, sprawiając wrażenie, że uczestniczą w czymś, co jest w ich życiu lepsze, ciekawsze i bardziej wzniosłe.
Wyszła teraz płyta Niemena, duży dwuczęściowy longplay, do nabycia w każdej księgarni. Ta ostatnia informacja nie jest bez znaczenia: płyta idola bigbitowego, którą można nabyć bez szczególnych trudności, oznacza dzisiaj płytę piosenkarza, który wyzwolił się już od swoich najbardziej prymitywnych, bezkrytycznych i banalnych wielbicieli i wkracza w rejony podnioślejsze. Tak zaczęto przecież kupować płyty Beatlesów, kiedy przestali już być szałem pensjonarek, a stali się jednymi z najciekawszych muzyków naszych czasów. Niemen w swojej nowej płycie jest artystą. W równym stopniu artystami są jego akompaniatorzy, zespół "Enigmatic". Nie zamierzam nikogo o tym przekonywać, nie zamierzam również uprawiać tu recenzji muzycznej - chętnym po prostu proponuję, aby tego posłuchali. Nikt jednak z zażarcie i ze swadą dyskutujących o moralnym i ideowym aspekcie muzyki Niemena matadorów nie zadał sobie tego trudu, a przynajmniej nie zauważyłem dotychczas czegoś podobnego. Nie wynika to bynajmniej z mojego roztargnienia lub nie dość skrupulatnych lektur, lecz należy do zasad stosowanych niestety ciągle jeszcze w naszych sporach i dyskusjach. Polegają one na tym, że rozmawiając o - urojonych zresztą często - efektach wtórnych, opuszcza się szybko i wstydliwie zjawisko pierwotne, "rzecz samą w sobie", sprawę jakości, miary i wagi dyskutowanego fenomenu.
Mam tę cudowną przewagę nad wieloma autorami piszącymi w tym dodatku, że nie znam ukrytych mechanizmów działających za kulisami nauk ścisłych - matematyki, biologii, techniki czy prakseologii. Nie znając ich mogę wierzyć, że bierze się tu najpierw przedmiot badań, do ręki, mierzy go i waży, a potem dopiero - albo w ogóle nigdy - zadaje się pytanie, czy jest to dzieło anioła, czy też szatana.
Oczywiście mogę się mylić, chociażbym nie chciał. I wolałbym raczej, aby ten rozsądny zwyczaj przeniknął do dziedzin, w których nie uchodzi on za oczywisty, to znaczy do publicystyki, humanistyki, sztuki. Może jest to właśnie jeszcze jeden powód, dla którego na tych łamach pisuję?
15. IV. 1971 r.