Ogarnij się, czyli jak wychodziliśmy z szamba - Artur Nowak, Marek Sekielski

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (31,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ogar­nij się, czyli jak wycho­dzi­li­śmy z szamba

Artur: To dość doj­mu­jące uczu­cie, kiedy dopiero w wieku czter­dzie­stu sze­ściu lat dociera do cie­bie, jak mocno okre­ślają nas nasze pierw­sze lata. Zaczy­nasz się więc babrać w prze­szło­ści i nagle odkry­wasz w sobie naj­gor­sze cechy, któ­rych nie­na­wi­dzi­łeś u swo­jego rodzica, i cią­gle boisz się tak samo jak wtedy, kiedy mia­łeś osiem lat.

Żeby była jasność. Nie chcę się uspra­wie­dli­wiać, bo prze­cież każdy z nas coś nie­sie na ple­cach i nie potrafi tego porzu­cić. Chcę tylko pod­kre­ślić, że warto poznać histo­rię swo­ich rodzi­ców, żeby lepiej zro­zu­mieć samego sie­bie. Zanim tra­fi­łem na wła­ściwą tera­pię, kom­plet­nie nie mia­łem tych narzę­dzi. Nie potra­fi­łem powią­zać tego, co się aktu­al­nie dzieje w moim życiu, z tym, co działo się w prze­szło­ści. A to jest jakaś pod­stawa, poręcz, któ­rej trzeba się mocno uchwy­cić, żeby tak naprawdę spo­tkać się z sobą.

Marek: Jakie są te pierw­sze obrazki świata, który pamię­tasz?

Artur: Kiedy pró­bo­wa­łem się nastroić do naszej roz­mowy, pierw­sze wspo­mnie­nie, jakie się poja­wiło, to pogrzeb mojego ojca. Mia­łem wtedy dwa lata i jestem prze­ko­nany, że pamię­tam ten moment, kiedy sze­dłem w kon­duk­cie: idę zdez­o­rien­to­wany, no bo niby widzę, że jest jakaś impreza, którą zagaja facet w sukience, ale coś mi nie gra, bo to spo­tka­nie ludzi, któ­rzy pła­czą, a moje krót­kie doświad­cze­nie pod­po­wiada mi, że ludzie spo­ty­kają się, żeby się bawić. Z póź­niej­szej per­spek­tywy tak na pozio­mie emo­cji pamię­tam nato­miast matkę, któ­rej nie było. Ojciec zmarł w wieku trzy­dzie­stu sze­ściu lat, zosta­li­śmy dwie sio­stry i ja, no i mama miała wokół nas sporo zajęć. Przede wszyst­kim musiała na nas zaro­bić. Pra­co­wała w kuchni, w jakiejś szkole za mia­stem. Wyobraź sobie: szła pie­chotą godzinę do pracy, wra­cała sko­nana po dźwi­ga­niu wiel­kich garów, ubi­ja­niu wuchty ziem­nia­ków, po umy­ciu setki naczyń, przy­no­sząc ze sobą takie tro­jaki z żar­ciem, na które cze­ka­li­śmy. Oczy­wi­ście moja star­sza sio­stra, rocz­nik 1965, prze­jęła rolę głowy rodziny, zaj­mo­wała się mną i tą śred­nią.

Jak patrzę na to dzi­siaj, to jest jakiś inny świat. Świat doro­słych dzieci, któ­rym cze­goś zabra­kło, żeby się wycie­szyć. Bo taki był po pro­stu ten PRL, w któ­rym się uro­dzi­li­śmy. Zimny chów, nikt nas nie wychu­chał i nie wydmu­chał, kształ­to­wały nas podwórka i ulice.

Marek: Jeśli cho­dzi o moje naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nia, to są jakieś migawki. Wydaje mi się, że mam w pamięci pierw­szy dzień w przed­szkolu. Pła­czę, jestem prze­stra­szony, gdy mama mnie zosta­wia. Mam pew­nie trzy lata. Dru­gie wspo­mnie­nie to gdy jestem w tym przed­szkolu tak zwa­nym star­sza­kiem. W trak­cie sprzeczki ude­rzam kolegę w brzuch. I to mam tak dobrze zako­do­wane, bo pamię­tam, że wtedy jakąś repry­mendę dosta­łem, rodzice byli wzy­wani. Nic się temu kole­dze nie stało na szczę­ście. Poza tym z przed­szkola zapa­mię­ta­łem, że dener­wo­wało mnie leża­ko­wa­nie po obie­dzie.

Artur: Zna­czy się od przed­szko­laka byłeś krnąbrny, anty­sys­te­mowy?

Marek: Tak. Pamię­tam nawet, że kie­dyś w porze tego leża­ko­wa­nia wymkną­łem się do toa­lety i zary­glo­wa­łem się w niej na czas, kiedy inni spali. Póź­niej bałem się wró­cić, żeby nie dostać ochrzanu od pani wycho­waw­czyni. Na swój spo­sób byłem twar­dzie­lem, bo prze­sta­łem te pół­to­rej godziny bosymi sto­pami na zim­nych kafel­kach w łazience.

Artur: Jest jesz­cze jeden sym­bol dzie­ciń­stwa, który zapa­mię­ta­łem, poza ska­te­chi­zo­wa­nym wycho­wa­niem: to wódka. Wódka była zawsze, gdy przy­jeż­dżała rodzina, gdy mama poznała ojczyma, gdy była jakaś radość albo jako anti­do­tum na smu­tek. Prze­wi­jała się po sto­łach, na majów­kach, przy oka­zji dużych i małych inte­re­sów. Cza­sem gdy idę gdzieś par­kiem i widzę taką pustą butelkę po wódce, jakoś to do mnie wraca. Bo to nie jest dla mnie zwy­kły porzu­cony kawa­łek szkła. Jako dzie­ciak dostrze­ga­łem w wódce magię. Ludzie scho­dzili się na jakieś imprezy, imie­niny zwłasz­cza, bo to były takie czasy, że na Andrzeja, Mietka, Kry­stynę trzeba było się spo­tkać. Kobiety wrę­czały sole­ni­zan­tom kwiaty, a męż­czyźni wódkę, i już samo to skła­da­nie życzeń połą­czone z wrę­cza­niem flaszki z prze­zro­czy­stym pły­nem było oka­zją do żar­tów. Taka roz­grzewka przed ostrym piciem. Coś podob­nego dzieje się, gdy wcho­dzisz na kon­cert albo na ważny mecz Ligi Mistrzów i już wiesz, że za chwilę prze­ży­jesz jakieś emo­cje. Potem to się nakrę­cało, robiło się gło­śniej, ktoś zaczy­nał śpie­wać i wybu­chała taka nie­sa­mo­wita eufo­ria. Doro­śli byli dobrzy dla dzieci. Chcieli nas przy­tu­lać, dawali drobne, bawili się z nami i potem dopiero to jakoś sia­dało. No bo któ­ryś wujek zaczy­nał być wul­garny, któ­raś z cio­tek szlo­chała, jak jej w życiu nie­do­brze - licy­ta­cja na żale, kto ma gene­ral­nie bar­dziej prze­je­bane, a jed­nak sobie radzi. Poja­wiały się oczy­wi­ście spro­śne żarty, któ­rych za bar­dzo nie chwy­ta­łem, no bo seks, intym­ność to były tematy tabu. Intu­icyj­nie czu­łem jed­nak, że to coś waż­nego, czego jesz­cze nie rozu­miem, ale za jakiś czas odkryję. Dzi­wi­łem się tylko temu języ­kowi, bo ludzie mówili o sek­sie jak o świ­nio­bi­ciu. Byłem widzem tego teatru. Z osób na co dzień potwor­nie nud­nych wycho­dziło dużo emo­cji. I ta wódka wyda­wała się takim sokiem z gumi­ja­gód, który otwie­rał ludzi na nowy wymiar. I nam, mi i sio­strom oraz kuzy­no­stwu, to się bar­dzo podo­bało, że przy­jeż­dża jakiś wujek i jak sobie wypije, to roz­daje kasę. Więc ta wódka nie wyda­wała się czymś złym. Z dru­giej strony, rodzice prze­strze­gali mnie przed eki­pami winia­rzy. Świet­nie pamię­tam nie­dbale ubra­nych męż­czyzn z widocz­nym gołym okiem zaro­stem, któ­rzy cho­wali się za win­klem z winem. To chyba wtedy wła­śnie wbi­łem sobie do głowy, że to są jacyś gorsi ludzie, że pijak pija­kowi nie jest równy. Mówiło się, że to jest wła­śnie dno.

Marek: Moje wspo­mnie­nia są inne. Mam przed oczyma obraz działki, na któ­rej spę­dza­li­śmy waka­cje. Gorą­cego lata w Srebr­nicy nad Zale­wem Koro­now­skim koło Byd­gosz­czy. A więc wiel­kiego, pięk­nego jeziora w leśnej otu­li­nie, bo to jest obrzeże Borów Tuchol­skich. Wyma­rzone miej­sce dla dzie­cia­ków. Cze­ka­li­śmy na te dwa i pół mie­siąca bie­ga­nia na bosaka po gorą­cym pia­sku, kąpa­nia się, szla­ja­nia po lesie i robie­nia róż­nych faj­nych rze­czy. Była nas kil­ku­dzie­się­cio­oso­bowa ekipa rówie­śni­ków w tym fan­ta­stycz­nym miej­scu.

W tygo­dniu miesz­ka­li­śmy z Tom­kiem zupeł­nie sami. Dopiero w pią­tek zjeż­dżali do nas rodzice z zaopa­trze­niem. Przy­wo­zili nam pie­nią­dze i jedze­nie. Mia­łem tam jed­nego kum­pla, który cie­szył się, gdy ojciec przy­jeż­dżał na week­end i odpa­lał jakiś alko­hol, bo robił się faj­nym, sym­pa­tycz­nym, a zara­zem weso­łym face­tem. No i ten mój kolega zawsze mógł pójść do domu, jak ojciec już był dobrze pod­ro­biony, i zaga­dać o jakąś sprawę, o którą mu cho­dziło. Na przy­kład chciał nowych butów, to ojciec od razu wycią­gał port­fel i dawał mu pie­nią­dze na jakieś naj­now­sze dro­gie adi­dasy czy nike. On tego nachla­nego ojca przyj­mo­wał wręcz z rado­ścią.

Artur: No a w twoim domu? Wódka się lała?

Marek: Mój dom wyglą­dał ina­czej niż twój. Jeśli już ktoś pił w nim alko­hol, to naprawdę sym­bo­licz­nie. Na plotki do mamy przy­cho­dziła jej sio­stra i potra­fiły tak, godzi­nami nie zamy­ka­jąc ust, sączyć wciąż ten sam kie­li­szek koniaku.

Nato­miast tata w domu nie pił. Cza­sem przy­cho­dził już pijany z roboty. Naj­czę­ściej po wypła­cie. Roz­pi­jali z kole­gami flaszki w zaci­szach hotelu robot­ni­czego. A w domu szedł spać i tyle.

Pamię­tam też, że były momenty, gdy bar­dzo liczy­łem na to, że wróci do domu zawiany. Gdy zbli­żał się ter­min wywia­dówki. Mia­łem po pro­stu nadzieję, że nie pój­dzie do szkoły w takim sta­nie i będę ura­to­wany. Cho­ler­nie bałem się wywia­dó­wek.

Artur: Ja też. Dziś się z tego śmieję, ale wtedy tak jak ty dość mocno te wywia­dówki prze­ży­wa­łem.

Marek: W szkole mia­łem opi­nię, że jestem zdolny i gdyby tylko mi się chciało, tobym miał świetne oceny. Nie­stety cią­gnęły się za mną kło­poty, o któ­rych rodzi­com nie mówi­łem i dowia­dy­wali się o tym wła­śnie na wywia­dów­kach. To było takie naiwne myśle­nie, że jeśli nie powiem o jakimś prze­wi­nie­niu albo sła­bych oce­nach, to znik­nie i nikt się o tym nie dowie. A w domu było tak, że mama cho­dziła do mojego brata Tomka na wywia­dówki, a ojciec cho­dził do mnie. Mama zawsze była, zresztą do dziś jest, osobą łagodną, nato­miast ojciec reago­wał ner­wowo nawet na naj­drob­niej­sze prze­wi­nie­nia. No i ja się modli­łem, żeby w dzień wywia­dówki przy­szedł pijany. Liczy­łem na to, że jak mama pój­dzie na wywia­dówkę do Tomka, to już nie zdąży zaj­rzeć do mojej klasy.

Artur: Tak mi przy­szło do głowy, jak wspo­mnia­łeś tego kolegę, który lubił, gdy ojciec był pijany, bo robił się jowialny i hojny, że naj­gor­szy świat widziany oczyma dziecka mimo wszystko potrafi być siel­ski i że dzieci go kolo­rują. I to są początki jakiejś schi­zo­fre­nii może nawet. Pijany ojciec jest fajny, bo daje pre­zenty, a ten trzeźwy, wyma­ga­jący to kawał tyrana. Więc jak jest lekko pod­chmie­lony, to anioł, a jak wal­czy o trzeź­wość, to dia­beł. Ja to wyraź­nie zoba­czy­łem, gdy w moje życie wkro­czył ojczym.

Marek: Mówi­łeś, że matka była zaga­niana robotą i obra­bia­niem was. Gdzie ona go wła­ści­wie poznała?

Artur: Matka przy­jaź­niła się z sąsia­dami. To był bez­dzietny kon­ku­bi­nat. Wyda­wali mi się ludźmi zamoż­nymi. Oby­dwoje na jakichś kie­row­ni­czych sta­no­wi­skach, w latach osiem­dzie­sią­tych jeź­dzili skodą. Męż­czy­zna nie­stety dość mocno się upi­jał. Ta sąsiadka czę­sto przy­cho­dziła do mamy, bo zwy­czaj­nie nie mogła z nim wytrzy­mać. Nie miała w Kro­śnie bli­skich, pocho­dziła gdzieś spod Łodzi. No a że matka miała doświad­cze­nie z pija­kiem w domu, bo mój rodzony ojciec też pił, to ta pani przy­cho­dziła do nas się poża­lić i znaj­do­wała zro­zu­mie­nie.

Zresztą ci ludzie po śmierci ojca moją matkę dość mocno wspie­rali. Zabie­rali mnie na wczasy: nad morze, w góry. Pew­nie gdyby nie oni, gór i morza za dzie­ciaka bym nie zoba­czył. Matki nie było po pro­stu stać na to, żeby fun­do­wać nam waka­cje. Sama też oczy­wi­ście ni­gdzie nie jeź­dziła i była szczę­śliwa, jak po powro­cie z pracy mogła się po pro­stu poło­żyć i spać na wer­salce. Pamię­tam gry­mas jej twa­rzy, czło­wieka, któ­rego boli głowa. Zazwy­czaj kła­dła sobie kom­pres na czoło, bo od zawsze miała dość silne migreny. Ja czę­sto spę­dza­łem popo­łu­dnia u tej sąsiadki.

No ale kie­dyś wszystko się nagle zmie­niło. Ta kobieta miała dość awan­tur, które urzą­dzał jej part­ner, i pod­jęła decy­zję, że chce zakoń­czyć ten zwią­zek. Posta­no­wiła uciec przed nim do Nie­miec zachod­nich. Pamię­tam to dokład­nie, to była taka nocna akcja. Jej brat jeź­dził na tirach. Wszystko umó­wili wcze­śniej. Przy­nio­sła do nas ubra­nia i naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy popa­ko­wane w walizki. Obu­dziła mnie w nocy, żeby się poże­gnać. Strasz­nie się pory­cza­łem. Mówiła, że będzie dzwo­nić, i wtedy widzia­łem ją ostatni raz. Było mi bar­dzo smutno, bo ona zawsze miała dla mnie dużo cie­pła, uśmie­chu, tro­ski, uwagi. Przy­no­siła mi sło­dy­cze, sma­żyła placki ziem­nia­czane, no ale przede wszyst­kim umiała ze mną roz­ma­wiać. Matka nie miała dla nas tyle czasu, ale ja jej abso­lut­nie o to nie obwi­niam.

No i mama zwią­zała się z tym męż­czy­zną. W zasa­dzie nie miała moż­li­wo­ści, żeby gdzie indziej kogoś poznać. W jakimś sen­sie powtó­rzył się sche­mat. Znów był przy niej męż­czy­zna. Dawał finan­sowe opar­cie, ale to znów był alko­ho­lik. Mama zaczęła spę­dzać wię­cej czasu u tego sąsiada, raz po raz zosta­wała u niego na noc.

Marek: Jak wy go w swo­jej rodzi­nie przy­ję­li­ście?

Artur: Dzie­ciaki nie miały w tam­tych cza­sach za wiele do gada­nia. No ale wuj­ko­wie, ciotki i bab­cia przy­jęli go dosko­nale. Ważne były pozory, bo on o nas rze­czy­wi­ście dość mocno zadbał. Stać nas było na lep­sze ubra­nia, wyjazdy, krótko przed moją komu­nią zmie­ni­li­śmy miesz­ka­nie na więk­sze. W zasa­dzie to odbyło się jakoś tak, że zda­li­śmy miesz­ka­nia nasze i mojego ojczyma, bo matka za chwilę wzięła z nim ślub, i prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do nowego bloku na miesz­ka­nie trzy­po­ko­jowe. Wresz­cie mia­łem pokój tylko dla sie­bie. Ojczym miał pie­nią­dze. Myślę, że nie­źle zara­biał, a poza tym, jak to bywało w PRL-u, jako kie­row­nik jed­nego z więk­szych zakła­dów w Kro­śnie Odrzań­skim miał dochody na boku. To był taki czas, kiedy się wszystko zała­twiało na lewo, poza obie­giem, bez­po­śred­nio u pro­du­centa, i opie­rało się sprawy o bufet. Pamię­tam, że on miał zawsze mnó­stwo pie­nię­dzy. I to była dla mnie fan­ta­styczna zmiana. Nagle mia­łem piłkę, fajne buty, kostkę Rubika i inne cuda. Kiedy wra­cał do domu, dawał mi jakieś drobne. To było nie­sa­mo­wite. Jak on już zjadł i poszedł się poło­żyć, matka z jego ubrań, w zasa­dzie z każ­dej kie­szeni jego koszul i spodni, wycią­gała jakieś pie­nią­dze.

Marek: Na zewnątrz było widać, że się wam powo­dzi.

Artur: Tak. Ludzie wycią­gali pro­sty wnio­sek. Niby obcy czło­wiek, a zajął się kobietą z dziećmi. Więc oce­niali to dobrze. Nie widzieli, że ten czło­wiek ma pro­blem z alko­ho­lem. PRL to był taki czas, który koja­rzy mi się z tym, że ludzie sku­piali się na tym, jak wyglą­dasz, tym, co sie­dzi w nas w środku, inte­re­su­jemy się sto­sun­kowo od nie­dawna. W tych realiach ojczym był dobrym czło­wiekiem, bo zajął się inną rodziną. Taki to był kod. Wszy­scy dookoła baga­te­li­zo­wali kom­plet­nie kwe­stię, że ten boha­ter był non stop po pro­stu pijany.

Marek: Tak to kie­dyś wyglą­dało. Pra­co­wał, zara­biał, a że pił... Prze­cież pili wszy­scy.

Artur: No ale pie­nią­dze to jedna strona medalu. Jest i druga - doświad­czy­łem tego bole­śnie. Mam na myśli wstyd. Nie­spra­wie­dliwy, nie­uza­sad­niony, bo chyba to nie ja powi­nie­nem był się wsty­dzić. I to jest moje naj­bar­dziej trau­ma­tyczne wspo­mnie­nie zwią­zane z alko­ho­lem, które prze­ży­wam do dziś.

Marek: Ja też takie chyba mam.

Artur: Kie­dyś wra­ca­łem z kole­gami i kole­żan­kami ze szkoły. To mogła być piąta, szó­sta klasa. Szli­śmy na filingu takim faj­nym, bo to jest ulga, jak jest cie­pło i wra­casz po nud­nych lek­cjach do domu z per­spek­tywą dłu­giego popo­łu­dnia na zabawę. I ja pamię­tam to, jakby wyda­rzyło się dziś. Zoba­czy­łem w oddali zata­cza­ją­cego się po pijaku faceta. To był on. Sta­ra­łem się jakoś wszyst­kich zaga­dać, zwol­nić ten pele­ton dzie­ciarni wra­ca­ją­cej do domu, ale się nie udało. Weszli­śmy z nim na czo­łówkę, jak on pły­nął dosłow­nie od kra­węż­nika do kra­węż­nika tą ulicą. Jedna dziew­czyna, którą od tego momentu dość mocno znie­lu­bi­łem, poka­zała go pal­cem z uśmie­chem na ustach. Dzie­ciaki potra­fią być okrutne nie­stety. To było takie cho­ler­nie doj­mu­jące poczu­cie, że jestem jakiś gor­szy. Nie on, naje­bany w trzy dupy, ale wła­śnie ja. Dla niego to było banalne w tym momen­cie, wra­cał sobie naje­bany do domu jak zazwy­czaj. Nie miał nawet poję­cia, jak mocno to prze­ży­wa­łem. Robi­łem póź­niej jakieś zwody alpej­skie, żeby się na niego już nie natknąć, pamię­tam potworny strach, który mnie napa­dał, kiedy sobie wyobra­ża­łem, że znów będę musiał prze­ży­wać ten wstyd.

Marek: Wstyd, któ­rego ja doświad­czy­łem, był inny. Z punktu widze­nia dziecka też jak naj­bar­dziej zro­zu­miały. Ten przy­kład, który poda­jesz, to zresztą poka­zuje. Myślę, że dziś byś to olał i liczył bar­dziej na współ­czu­cie świad­ków takiego zda­rze­nia. No ale dzieci potra­fią być rze­czy­wi­ście okrutne. Sam tego zazna­łem. W naszym domu się spe­cjal­nie nie prze­le­wało. Matka tyle, co miała, nam dawała. Nie stać jej było, żeby jakoś spe­cjal­nie uatrak­cyj­nić nasze dzie­ciń­stwo. Muszę jed­nak przy­znać, że dbała o nas i sta­rała się, jak mogła. Zmierz­cha­jący PRL, a potem trans­for­ma­cja ustro­jowa nie były jed­nak okre­sem, na któ­rym moi rodzice sko­rzy­stali. Ja mam wręcz wra­że­nie, że ich sta­tus się obni­żył. Pamię­tam, że ojciec przez jakiś czas nie miał pracy i w zasa­dzie utrzy­my­wała nas matka. Żeby była jasność: byli­śmy nakar­mieni, ubrani, ale na nic wię­cej nie było nas stać. Szcze­gól­nie zapa­dły mi w pamięć święta Bożego Naro­dze­nia, po któ­rych dzie­ciaki wra­cały do szkoły i zawsze się prze­chwa­lały pre­zen­tami i opo­wia­dały, co które dostało. Nauczy­cielka zada­wała nam nawet takie wypra­co­wa­nie: mie­li­śmy opi­sać ten magiczny moment, pochwa­lić się pre­zen­tami i wra­że­niami ze świąt. I to była ta chwila, kiedy czu­łem wstyd. Bo nie mia­łem czym się pochwa­lić.

Artur: No wła­śnie. Z per­spek­tywy czasu takie sytu­acje wydają się absur­dalne.

Marek: No ale wów­czas myśla­łem i odczu­wa­łem ina­czej. Dzi­siaj, jak na to patrzę, widzę, że to kom­plet­nie irra­cjo­nalne. Wtedy jed­nak było mi przy­kro, że w sumie nie mogę napi­sać nic faj­nego, bo w moim domu było ubogo, i to mimo że rodzice się sta­rali. Nie mam rzecz jasna do nich pre­ten­sji, że w domu bra­ko­wało pie­nię­dzy i nie stać ich było na atrak­cyj­niej­sze pre­zenty. Tak wyszło. Ale ten smu­tek wyni­ka­jący z doświad­cza­nia tego okresu w dzie­ciń­stwie noszę w sobie do dziś.

Dla mnie święta nie mają wymiaru ducho­wego, ni­gdy w zasa­dzie nie miały, bo z wiarą jestem na bakier od dawna. Trak­tuję je tylko jako pre­tekst do spra­wie­nia komuś mate­rial­nej przy­jem­no­ści. W pierw­szych latach życia mojej córki Ame­lii rekom­pen­so­wa­łem sobie braki z wła­snego dzie­ciń­stwa. Raz wręcz zasy­pa­łem moje dziecko pre­zen­tami. Było kom­plet­nie ogłu­pione tą masą paczek do roz­pa­ko­wa­nia. Widzia­łem dez­orien­ta­cję w jej oczach. To ją zwy­czaj­nie prze­ro­sło. Potem sobie uświa­do­mi­łem, że to, co robię, to jakaś wie­rutna bzdura. Kupu­jąc drogi zestaw Lego dla córki, tak naprawdę chcia­łem zro­bić przy­jem­ność swo­jemu wewnętrz­nemu dziecku. Tak było na przy­kład z ciuch­cią do skła­da­nia z wielu ele­men­tów. Dałem jej coś, o czym to ja marzy­łem, nie ona. Leczy­łem wła­sne bolączki z dzie­ciń­stwa.

Artur: Do dziś jesteś ze świę­tami na bakier.

Marek: Jakoś tak jest, że każde święta i okres oko­ło­świą­teczny, który cią­gnie się do Nowego Roku, z syl­we­strem włącz­nie, to jest chyba naj­gor­szy dla mnie czas w roku. Jestem przy­gnę­biony, wła­ści­wie nie wiem, co się ze mną dzieje, nie chce mi się nic. Mam ochotę zamknąć się i znik­nąć. Czuję smu­tek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki