III
Po wojsku, jak wielu młodych Izraelczyków, Dror Etkes pojechał w świat. Podobno pomaga to ułożyć się ze sobą, zwłaszcza gdy doświadczyło się prawdziwego frontu, strachu, gdy z bliska oglądało się nagłą śmierć, której nie można zapobiec. Taka wyprawa trwa rok, czasem dłużej, ale zawsze wiedzie tam, gdzie można zapomnieć: w amerykańską pustkę lub tłok Nowego Jorku, do Tajlandii, do Wietnamu, na plaże Wenezueli albo Kolumbii, w zasadzie wszystko jedno gdzie, byle jak najdalej od domu. Ważne, że gdzieś daleko można spotkać innych Izraelczyków, którzy po prostu rozumieją, a kiedy pytają, to z sensem: Izraelczyków-żołnierzyków leczących się z wojskowych przeżyć.
Dror zabawił daleko od domu kilka lat. Doszedł do ładu ze sobą, wymyślił sobie przyszłość. Wrócił do Jerozolimy, lecz chyba coś poszło nie tak w starannie przepracowanej autoterapii (albo poszło zbyt mocno), bo z miejsca pognało go tam, gdzie kiedyś służył.
Jeździł nowymi, asfaltowymi drogami, które kiedyś były kamienistymi ścieżkami i polnymi dróżkami, dobrymi dla kóz i owiec. Patrzył na świeżutkie, czerwone dachówki kryjące domy osiedli wybudowanych na nie tak dawno bezludnych wzgórzach. Nie umiał odnaleźć starych gajów oliwnych ani pól spływających w doliny, pociętych kamiennymi murkami.
A przecież znał tę ziemię na wylot, przedreptał ją wiele razy jeszcze w polowym mundurze, a teraz gubił się, błądził, wybierał szlaki, które miały zawieść go na pustkowie, lecz wyrzucały pod płotami i zasiekami albo kończyły się nagle betonową, graniczną ścianą. Niby wiedział, gdzie jest, ale nie wiedział. Patrzył na znajomy, ale obcy krajobraz.
Zmienił się Zachodni Brzeg. Dror nie umiał sobie wyobrazić, że w tak krótkim czasie może się zmienić aż tak bardzo. Myślę, że wówczas przestraszył się, bo - jak mówi - zobaczył zmiany tak wielkie, że cofnąć je może tylko jakiś kataklizm. I że - koniec końców - on również za ten kataklizm zapłaci.
Chyba nic nie zostało z przyszłości wymyślonej daleko od domu. Dror kupił samochód terenowy z najmocniejszym silnikiem i napędem na cztery koła.
Pojedziemy z Drorem na Herodion, gdzie dwa tysiące lat temu król Herod Wielki kazał zbudować obronny pałac, a po śmierci został pochowany. Herodion wygląda jak wygasły wulkan, równo obcięty u szczytu stożka ostrym nożem, sterczący wysoko ponad okolicznymi wzgórzami, choć naprawdę nie jest wyższy, tylko samotny, co sprawia, że jawi się bardzo potężny. Leży na Terytoriach, może z dziesięć kilometrów od Jerozolimy. Turyści (pełno ich tam, również Palestyńczyków i izraelskich Arabów, sądząc po rejestracjach samochodów i chustkach na głowach dziewczyn) zostawiają auta na płaskim parkingu zwróconym otwartą krawędzią ku Zachodniemu Brzegowi i drepcą pod górę podziwiać imponujące wykopaliska. Mają rację, bo Herodion zachwyca, jest piękny i działa na wyobraźnię, pokazuje, co przed tysiącleciami mógł zdziałać człowiek w Ziemi Świętej. Lecz gdyby zostali koło swoich samochodów i spojrzeli na wschód, zobaczyliby współczesność.
Zaczniemy od szosy, którą pół Izraela nazywa drogą Liebermana (od skrajnie niechętnego Palestyńczykom, szowinistycznego ministra spraw zagranicznych Izraela Awigdora Liebermana), świeżo wyasfaltowanej, wygodnej, choć wąskiej. Wiedzie ku osiedlu, gdzie mieszka przywódca sowieckiej alii, aż lśni nowością i nijak się ma do dawnych dróg na Zachodnim Brzegu. A przecież były to drogi dostępne patriarchom i prorokom, z południa na północ, wytyczone ludzką potrzebą, lecz nie na przekór naturze. Dror powiada, że te dawne drogi winny być traktowane jak zabytek, ale teraz postawiono na nich blokady, zwłaszcza na tej głównej, noszącej obecnie numer 60, w wielu miejscach wyrzuconej z prastarych kolein, choć chodził nią Abraham, Dawid, Jezus. Nowe szosy łączące żydowskie osiedla to zaś coś, co najpewniej nie pozwoli ocalić krajobrazu i odwrócić politycznej geografii Terytoriów.
Potem Dror celuje palcem w pola i gaje. Niektóre są bujne i zielone, inne - jakby dopiero co ktoś postanowił tu sadzić oliwkowe drzewa i spulchniać ziemię. Nie ma między tymi polami naturalnych granic, ale jest raczej wymuszone oddzielenie. Część ziemi uprawiają Żydzi z osiedli. Część - Palestyńczycy.
Są jeszcze te wcale liczne kawałki, po prostu smutne. Palestyńczycy (choć to ich ziemia) nie mają do nich dostępu, bo leżą za blisko osiedli. Osadnicy jeszcze ich nie zabrali.
Dror pokazuje i opowiada, a mnie mylą się nazwy osiedli; kto chce, niech popatrzy w mapę Terytoriów. Lecz na zawsze zapamiętam architekturę. Na niektórych skupiskach domów zamkniętych objęciami szczelnego muru i zasieków widać upływ czasu; drzewa tam wyższe, zieleń bujniejsza, wyglądają jak dostatnie wioski rozrzucone między wzgórzami, a biały tynk zdążył zażółcić się od słońca. Inne, chronione tak samo, mają wątpliwy wdzięk kontenerowych osad: kilka blaszanych klocków rozrzuconych bez składu i ładu, drewniane słupy pod kable elektryczne, jakaś dróżka do stalowej bramy, czasami pojedynczy wiatrak napędzający studnię.
Zbiorowiska blaszanych klocków nazywają się outpostami. To osiedla nielegalne, nawet wedle izraelskiego prawa. Powinny być rozebrane. Ba... nie miały prawa powstać. Niektóre z nich jednak zamieniały się w legalnie istniejące wioski. Niektóre (mniejszość) ewakuowano i zawsze była z tego ogromna awantura z udziałem polityków i rabinów, z użyciem wojska, policją, z kamieniami rzucanymi w funkcjonariuszy, wrzaskiem i obelgami "gestapo" wykrzykiwanymi przez osadników.
II
Ta wycieczka zawsze odbywa się tak samo. Nastawmy się więc na korki uliczne i wdychanie spalin w nadmiernych ilościach, ale też - na fantastyczne krajobrazy, widoki jak z bajki, pocztówkowe obrazki, które zapamiętamy na zawsze.
Nastawmy się również na opowieść o niesprawiedliwości, dotkliwszej tym bardziej, że na wyciągnięcie ręki; dzieje się bliziutko, tuż przed oczami, i nic nie szkodzi, że opowiadający przerysowuje i przesadza. Lepiej podziękujmy, że tacy przewodnicy w ogóle istnieją.
Micha Kurz, niewysoki, z kilkudniowym zarostem, powie:
- Jestem dumnym Żydem i bardzo zawstydzonym Izraelczykiem.
I jest w tym zdaniu ziarno prawdy.
Jedziemy ku białym murom starej Jerozolimy ze wzgórza Ammunition Hill. Ulica jest szeroka, co w niczym nie zmniejsza tłoku. Środkiem prowadzą szyny tramwaju; najśmieszniejszego, najdziwniejszego i bodaj najbardziej wygodnego tramwaju na świecie. Jeszcze przed niemal pół wiekiem szła tędy granica, wytyczona wojną, nasiąknięta wrogością i nienawiścią. Po jednej stronie był Izrael, po drugiej - Jordania.
Pal sześć, że to środek jednego i tego samego miasta, które po prostu jest niepodzielne, lecz - przynajmniej w wyobraźni - można spróbować zarządzać nim wspólnie. To była granica rodem z tych, które tylko straszą i nie zachęcają bynajmniej, by z ciekawości zajrzeć na drugą stronę, a raczej stroją się we wciąż nowe zasieki, blokady, zapory; granica odgradzająca od wroga na śmierć i życie. Choć dzieli wspólne miejsce, powietrze, wodociągi, ścieki. I widoki - przepiękne, zapadające w pamięć.
Po prawej ręce mijamy czerwone dachy dawnej arabskiej dzielnicy Musrara (dzisiaj nazywa się Morasza, ale niewielu jerozolimczyków tak mówi), założonej przez zamożnych chrześcijan, którym zbrzydło duszne i zatłoczone Stare Miasto. Powstała jeszcze w czasach osmańskich i była zabudowana białymi, wytwornymi domami. Gdy Jerozolimę dzieliła granica, znajdował się tu żydowski slums dla ciemnoskórych, najbiedniejszych imigrantów z Afryki Północnej (tu w latach siedemdziesiątych narodził się radykalny, emancypacyjny ruch Izraelskich Czarnych Panter), wciśnięty w kąt miasta, skrępowany zasiekami, codziennie narażony na jordańskie kule. Dzisiaj to elegancka dzielnica, mimo że w sercu miasta, to jednak w miarę cicha i spokojna; domy kosztują tu ciężkie miliony.
Po lewej - Szajch Dżarrah, do dzisiaj kwartał w większości arabski. Za brytyjskich rządów były tu również domy żydowskie. Właścicieli przegnano, gdy nad połową miasta zapanowała Jordania. Niektórzy Izraelczycy - mówi Micha - odgrzebują dzisiaj stare akty własności (albo tylko mówią, że je mają; wszak hucpa nie zna granic) i żądają zwrotu placów i nieruchomości. Niekiedy im się udaje; w Szajch Dżarrah jest kilka żydowskich enklaw i szykują się następne przejęcia. Wtedy na ulice wychodzą miejscowi Arabowie, wspierani przez takich Izraelczyków jak Micha. Stają przed buldożerami (jeśli sprawa dotyczy wyburzeń), blokują policyjne i wojskowe samochody, niosą transparenty, krzyczą.
Bywa, że Micha dostaje alarmujący telefon nad ranem, i wówczas, jeszcze rozespany, biegnie tam, gdzie akurat coś się dzieje. Czasami ma poczucie chwilowego sukcesu: zatrzymają wyburzenie lub wysiedlenie. Zawsze jednak towarzyszy mu świadomość klęski, bo koniec końców muszą przegrać, jeśli swoich decyzji nie zmienią ci na górze, którzy mają władzę.
Micha nie zna ani jednego przypadku, by jakiś Palestyńczyk upomniał się o utracony dom w Musrarze, nie mówiąc o jego odzyskaniu. Dlatego uważa, że w Jerozolimie nie ma sprawiedliwości.
Potem wjeżdżamy w zasnuty spalinami tunel, jedziemy wzdłuż murów Starego Miasta i prosto, pod górę, po dłuższej chwili mijając z prawej strony domy przykryte czerwoną dachówką. To Baka (kiedyś niemal wieś, bogaci Arabowie budowali tu swoje podmiejskie rezydencje), dzisiaj nazywająca się Geulim. Mieszkają tu wyłącznie Żydzi, po arabskiej nazwie nie zostało śladu. Micha powie, że tak wymazuje się z miasta jego niedawną przeszłość. I to z takiego miasta, które istnieje dzięki przeszłości, nawet tej odległej o tysiące lat.
Następnie skręcamy w lewo, na wzniesienie i w bok, na parking, obok punktu widokowego przy promenadzie Daniela Haasa, skąd Jerozolima jawi się niczym cud mniemany: wzgórza, białe domy, kamienne ściany Starego Miasta, złota kopuła Meczetu Skały. Widać również mur separujący Zachodni Brzeg. Z tej odległości wygląda niegroźnie, choć obco, nie pasuje do bajkowego krajobrazu, ale też zbytnio go nie szpeci. Można stać godzinami i patrzeć, patrzeć, patrzeć, zwłaszcza gdy słońce chowa się za górą Skopus. Cały czas mamy wrażenie, że spoglądamy na wspaniałe miasto - jeden zintegrowany, wspólny, niepodzielny organizm.
Ale tak nie jest, słowo daję.
Jedziemy dalej, spadzistą drogą w dół, obok żydowskiego osiedla Nof Zion, wybudowanego na skraju arabskiej dzielnicy Dżabel Mukaber. Wygląda jak eleganckie w formie, rytmicznie spiętrzone klocki: kamienne tarasy między segmentami, duże okna, domy wspinające się po zboczu wzgórza, a ścieżki między nimi są nocą dyskretnie oświetlone żółtym, matowym, przyjaznym światłem, wyłączając okalający je płot, gdzie od reflektorów jasno jak w samo południe. To oaza dostatku, powstała - zaznaczmy - na ziemi kupionej przez Żydów, a przynajmniej tak uznał sąd. Była o Nof Zion awantura, ale skromnego rozmiaru, awanturka właściwie. Kiedy w osiedlu przybędą nowe klockowate domy (a przybędą z pewnością), awantura wybuchnie znów i znów - uważa Micha - skończy się jak poprzednia, czyli niczym. Bo na kupionym w końcu można robić, co się chce.
Lecz o wiele większe wrażenie robi wszystko, co wokół osiedla. Z góry, od promenady Haasa i ulicy Yanofskiego, wielkiego szachisty (który mówił po polsku - wyobrażam sobie - równie dobrze, jak w jidysz, mimo że szachownicę rozkładał dla Kanady), wiedzie ku eleganckim domom szeroka, równa ulica. Towarzyszą jej równe, gładkie chodniki, i choć w skalistym, wyschniętym krajobrazie rzuci się w oczy najmniejszy brud, nie zobaczymy na chodnikach ani jednego papierka. Tuż za Nof Zion jest ostry zakręt. To granica gładkich chodników i szerokiego asfaltu. Nagle, bez żadnej przyczyny, w drodze pokazują się głębokie dziury, a na piaszczystych poboczach (chodniki urwały się) leżą śmieci. Te hałdy odpadów można zobaczyć z okien eleganckich domów Nof Zion, lecz nikt z lokatorów raczej nie spogląda akurat w tę stronę. Gdyby to robił, zaglądałby w arabskie podwórka, a co tam ciekawego? Micha twierdzi, że właśnie ta granica między chodnikami a tą samą ulicą bez chodników pokazuje, jak Jerozolima traktuje swoich mieszkańców: Żydzi mają, Palestyńczycy nie mają, mimo że Palestyńczycy są gospodarzami we wschodniej części miasta, a Żydzi - gośćmi.
Nof Zion jest nastroszone jak paw, a Dżabel Mukaber wścieka się na jego jaskrawe barwy. Stąd pochodził terrorysta, który w 2008 roku zastrzelił uczniów jerozolimskiej jesziwy. Tu Palestyńczycy, wkradający się do Izraela z Zachodniego Brzegu, mogą liczyć na zrozumienie, posiłek, dach nad głową i wsparcie.
Micha pokaże mi żydowski dostatek, palestyńską nędzę, lecz o zamachowcu nie powie ani słowa. Niezręcznie mu. Wszak wcześniej zdarł gardło, opowiadając, jak to już pod koniec XX wieku miał być pokój, ale go nie ma.
Teraz ześlizgujemy się w dół doliny, świadomi, że niedaleko stąd, pod murami starówki, jest Miasto Dawida, archeologiczny dowód na to, że pradawne księgi mówią prawdę: tu Joab wszedł w podziemne strumienie i sztucznie przebite akwedukty, by wedrzeć się do Jerozolimy. Gdy odkopywano Miasto Dawida, zapadło się kilka okolicznych palestyńskich domów. Faktem jest, że za naukowe odkrycia czasami trzeba płacić taką cenę, jednak właścicieli domów warto było wcześniej uprzedzić i pogadać o odszkodowaniu. Znajdujemy się w Silwan, palestyńskiej części Jerozolimy Wschodniej, brudnej, biednej, bez bieżącej wody i kanalizacji, a na dodatek zbuntowanej.
Jestem pewien, że żydowska Jerozolima nie lubi arabskiego Silwan. Awanturnicze to miejsce, skore do rozrób, demonstracji, chętne, by rzucać kamieniami w izraelskich żołnierzy i policjantów. Niemało jest takich, którzy sądzą, że Arabom nie należy się ten kawałek doliny, gdzie kamienie pamiętają proroków, patriarchów, pielgrzymów z odległych krain i najeźdźców z największych imperiów, a może słyszały nawet kroki samego Boga. Mimo że ciasno tutaj, brudno, a niekiedy śmierdzi szambem. Przydrożne, uschnięte krzewy mają głębszy, bardziej przygnębiający odcień zakurzonego brązu, a dzieci ze szkolnymi plecakami noszą gorsze ubrania niż te z Jerozolimy Zachodniej, i chyba trochę się boją.
Nagle szok. Po lewej stronie wąskiej ulicy (patrząc w kierunku Góry Oliwnej) wyrasta dostatni kompleks budynków, strzeżony mocarną bramą i obwieszony biało-niebieskimi flagami z gwiazdą Dawida: to nowe domy Maale Zeitim. Wyglądają jak miejsce gotowe do zasiedlenia, nowe osiedle w brzuchu zniszczonego miasta, dlatego - zgodnie z tutejszą praktyką - ogrodzone, oświetlone, upiększone zielenią, której po sąsiedzku szukać ze świecą. Możemy wyobrazić sobie, że osiedle ma podziemne parkingi, we wspólnych przestrzeniach tarasów i ścieżek słychać szum klimatyzacji i plusk wody ze zraszarek. W reklamowych folderach dla nowych osiedleńców przeczytamy wkrótce, że to prawda.
Po prawej zaś stronie - byt zgoła nierzeczywisty. Od najdawniejszych czasów (tureckich, brytyjskich, jordańskich, izraelskich) była tu policyjna stanica, żaden tam skromny posterunek, ale komenda pełną gębą, bo w miejscu strategicznym; kto je dzierży, ma pod okiem całą dolinę i pobliskie wzgórza. Nagle jednak policja zabrała się (Micha powie, że to pierwszy i jedyny komisariat na świecie, który został sprywatyzowany), zostawiając plac i budynki osadnikom. Nazywa się to Maale Dawid i w zamierzeniach, ale też w dzisiejszej realności, ma być wspaniałe, piękne, w jakimś sensie samowystarczalne: sklepy, deptaki, synagoga, baseny i korty tenisowe. W kwadratowej budowli otoczonej murem łatwo można dostrzec pozostałości po dawnej policyjnej kwaterze, pewnie przez te ciasne, za małe okna i plac apelowy, na którym nic się nie ukryje. Ponad budynkiem widok jak z bajki.
A zaraz obok palestyńskie domy i zagródki, baraczki, przybudówki, podwórka, czarne plastikowe baniaki na wodę, która bywa tu od czasu do czasu. Gdzieniegdzie owce i kozy, choć to geograficznie środek miasta. Wszędzie bieda i złość. Jest tu także mur, obok sklepiku, gdzie każda taka wycieczka jak moja i Michy kupuje wodę, colę lub papierosy, a potem staje pod szarą, betonową ścianą i fotografuje się, a jakże.
Byłem kilkakroć w tym miejscu, oglądałem mur, który tutaj wydaje się jak najbardziej absurdalny. Słuchałem opowieści żydowskich i arabskich znajomych, że ściana wystawiona w poprzek miasta niszczy, tłamsi, przeszkadza, prowokuje. Wiem, że nie jest zbyt rozsądnie wałęsać się tutaj w środku nocy, bo można stracić nie tylko portfel, ale i głowę. Lecz jeśli ktoś chce kupić mocny hasz, trafił pod dobry adres.
Stojąc pod murem, za każdym razem czytałem te same napisy, przyglądałem się tym samym graffiti. Nic - a przecież wiele moich wizyt dzieliły miesiące i lata - tutaj akurat się nie zmienia. "Free Palestine". "Israel is apartheid/terrorist state". Nie dodano nawet nowego koloru do czarnych liter. Pomyślałem, że ten skrawek Jerozolimy Wschodniej to jakaś muzealna wystawa, której kurator, przywiązany do pierwszego pomysłu, nie ma pojęcia ani potrzeby, jak ją odnowić.
Micha prowadza w to miejsce tak wiele wycieczek, że nie zwraca uwagi na takie detale. Mur oburza go i zawstydza. Dlatego robi, co może - pokazuje własny wstyd - a to musi być bardzo trudne. Choć akurat on nie musi się wstydzić. Może tylko za naiwność: ufał w pokój, kiedy trwał antrakt między dwiema palestyńskimi intifadami, toczyły się negocjacje, ale również ginęli ludzie (ponad sto pięćdziesiąt ofiar samobójczych zamachów, ataki na autobusy, kawiarnie, centra handlowe, masakry w Tel Awiwie, Bajt Lid, Jerozolimie).
Powie: - Mimo to byłem pewien, że pokój jest tuż za rogiem. W zamian dostałem tę ścianę.
Przez swoje niespełna czterdziestoletnie życie Micha przeżył trzy epoki. Pierwsza to epoka niewiary, że w relacjach izraelsko-palestyńskich coś się odmieni. Druga - epoka nadziei, że wszystko, co dobre, jest już tuż-tuż. Trzecia - to kac po nadziei i poczucie obcości między swoimi, bo skacowany jest każdy, lecz wnioski, jakie z kaca wyciąga Micha, potrafią wyciągnąć nieliczni.
Teraz samochód wspina się na Górę Oliwną. Po prawej - ruiny: któregoś ranka przyjechały tu żółte buldożery w asyście wojska i zburzyły palestyński dom postawiony bez wymaganych zezwoleń. Gdy na gruzowisku stanęły namioty dostarczone przez organizację humanitarną, znów przyszło wojsko z rozkazem wyburzenia, więc namiotów też nie ma.
Po lewej - podobnie.
A wszystko to w ciasnym, miejskim krajobrazie, dlatego ruiny wyglądają jak skutki katastrof budowlanych.
Aż naraz trafiamy w niesamowity tłok, między zaparkowane autokary, ryk przegrzanych samochodów. Wokół szaro od spalin, słychać nawoływania przewodników i widać międzynarodowy tłum pielgrzymów z Korei, Hiszpanii, Polski, Francji, krajów afrykańskich i z Ameryki Południowej. Oto bowiem jesteśmy w okolicach wskazanych przez Nowy Testament: tędy Jezus zmierzał do Jerozolimy tuż przed Niedzielą Palmową, tu znalazł oślicę z osiołkiem, na której pojechał do świątyni, nieopodal są Grota Pojmania i ogród Getsemani; działo się w tym miejscu a działo. Pątnicy gonią od świętego przybytku do świętego przybytku, śpiewają nabożne pieśni. Gdy podejść w pobliże cerkwi i kościołów, pachnie kadzidłem. Mało kto zwróci uwagę na dom obwieszony flagami z gwiazdą Dawida; dom osadników to nie ich bajka, nie po to tu przyjechali.
Jest w opowieści Michy o upokorzeniu Jerozolimy Wschodniej szwarccharakter. Gdyby nie było akurat jego, najpewniej zjawiłby się inny. Nazywa się Irwing Moskowitz, pochodzi z Polski, z wykształcenia lekarz, lecz zajął się (z sukcesem) zarządzaniem szpitalami w dalekiej Kalifornii, a w końcu kasynami, na czym zbił fortunę. Kupuje ziemię w arabskich dzielnicach, a na tej ziemi buduje osiedla; tutaj pieniądze Moskowitza są niemal w każdym żydowskim budynku. Dla osadników jest filantropem i syjonistycznym bohaterem. Ustanowił nagrodę Lwa Syjonu; otrzymał ją ostatnio stareńki rabbi Mosze Levinger, religijny przywódca i inicjator osadnictwa w Hebronie. Według Arabów - potwór.
Lecz jeśli ktoś kupuje, musi być, na zdrowy rozum, ten, kto sprzedaje. Ale i tak - uważa Micha - transakcje ziemią są dęte. Nie da się ich często prześledzić, gdyż za sprzedaż ziemi, zwłaszcza w żydowskie ręce, Palestyńczycy karani są śmiercią.
Schemat jest prosty. Gdzieś na świecie, najlepiej w Jordanii (bo to kraj arabski pełen ziomków, a z Izraelem ma jako tako poprawne kontakty), powstaje firma zainteresowana jerozolimską nieruchomością. Właściciel sprzedaje ją więc Jordańczykom i na wszystko ma mocne papiery; w końcu arabska ziemia przechodzi w arabskie ręce. Nagle jordańskie przedsiębiorstwo rozwiewa się jak kurz nad suchą pustynią, a nowymi właścicielami okazują się osadnicy. Jordańska firma kupiła samotny budynek, który dzisiaj nazywa się Kidmat Zion - dom dla kilkunastu osadników. Tak działo się również na Górze Oliwnej (zwłoki Palestyńczyka, który sprzedał dom razem z ziemią fikcyjnej firmie z Ammanu, znaleziono aż w Jerychu).
Z Góry Oliwnej jedziemy pod kampus uniwersytecki na górze Skopus. Wysiadamy z samochodu, by popatrzeć na wschód. Daleko stoi szary mur, a za nim jaśnieją bielutkie domy osiedla Maale Adumim. Lecz przed murem i zwartym osiedlem zobaczymy też pustą przestrzeń.
Oficjalnie nazywa się "E1", jak jakaś autostrada albo działka na geodezyjnej mapie. Ma kilkanaście kilometrów kwadratowych powierzchni i wygląda jak żółtawo-brunatno-ruda skalista ziemia, kiedyś we władaniu koczowników, obecnie nieważna i opuszczona. Dzisiaj to miejsce wrażliwe jak odkryty nerw. Izrael odgraża się co i raz, że wybuduje tam tysiące nowych mieszkań, żeby połączyć Maale Adumim z Jerozolimą. Palestyńczycy przestrzegają, że wówczas Jerozolima zostanie definitywnie odcięta od Zachodniego Brzegu, no i że zrobi się z tego awantura z międzynarodowymi trybunałami włącznie.
Patrzymy na pustą przestrzeń, a z Michy wylewa się żal do Izraela jak woda z dziurawego wiadra. Stwierdza, że okupacja i rozbudowa osiedli to nie tylko krzywda, ale też wielki biznes, często zawstydzający i paskudny.
Ktoś - mówi Micha - musi budować te domy dla Izraelczyków i zarabia na tym krocie, bo często ma dla prywatnego biznesu państwową podpórkę. Ludzie wprowadzają się, zatem trzeba ich ochraniać i, bywa, ochroniarzami są nie tylko żołnierze, lecz i faceci zatrudnieni przez międzynarodowe firmy z eleganckimi siedzibami w jakimś Londynie lub Zurychu. I tak wydłuża się łańcuszek tych, którzy, nie oglądając okupacji, właśnie na niej zbijają kokosy.
Osiedla muszą żyć, więc jakieś zagraniczne przedsiębiorstwa lokują tam swoje filie i zakłady. Ponieważ izraelskie rolnictwo jest jednym z najlepszych na świecie, otwierają tam na przykład uprawy ekologiczne. Coś, co w Ameryce jest w rękach posthipisów, na Terytoriach należy do największych szowinistów, którzy często przyjechali z USA. Takie przedsiębiorstwa otwierają swoje filie także w outpostach, dzikich osadach.
A skoro burzy się nielegalnie wystawione palestyńskie domy, do tego też potrzebna jest technologia. Trzeba wiedzieć, kiedy najlepiej przyjść, jak ustawić buldożer i - koniec końców - jak powstrzymać ludzi, którzy nie będą tylko przyglądać się bezczynnie, gdy ciężkie maszyny grzebią ich majątek.
- Czy wiesz - pyta Micha - że przed pekińską olimpiadą uczyliśmy Chińczyków, jak radzić sobie z protestami mieszkańców dzielnic wyburzanych pod obiekty sportowe, jak niszczyć, pacyfikować, jak trzymać w ryzach zdesperowanych ludzi? Technologia stosowania przemocy jest jedną z naszych dziedzin eksportu. Sprzedamy ją nawet do Chin. Naprawdę jesteśmy w tym dobrzy, ale zdaje mi się, że to nie powód do dumy.