Bez czarny
Bez aptekarski, biały, psi, holunder, hyczka, kyćka, bzina, bzowina, czyli - dziki bez czarny - lubi towarzystwo człowieka, szczególnie zaś Słowianina. I nawzajem: nasi dziadowie chętnie widzieli go w pobliżu swych domostw jako wierną roślinę użytkową i magiczną. Skupiska bzów spotykane w lasach środkowych Niemiec dziś jeszcze wskazują miejsca osiedli Słowian Połabskich - osiedli nieistniejących od wielu stuleci.
Krzew bzu dzikiego sięga wysokości ośmiu metrów, z wiekiem szeroko się rozrasta, przybierając bardzo malownicze formy. Młode gałęzie, szarozielone z licznymi brodawkowatymi przetchlinkami, wypełnione są białym, lekkim i sprężystym rdzeniem. Stare gałęzie i pień okrywa szarobrunatna kora spękana w głębokie bruzdy, rdzeń zaś stopniowo zanika i w dwudziestoletnich krzewach drewno staje się lite, żółtawe, nieco podobne do bukszpanu. Ciemnozielone liście o osobliwie niemiłym zapachu są wydłużone, brzegiem piłkowane i po 5-7 osadzone na długim ogonku.
Bez kwitnie w czerwcu i lipcu. Małe, promieniste i kremowe kwiatki zebrane są w duże płaskie baldachy wydzielające mocny zapach. Krzew rokrocznie obficie owocuje. Kuliste jagody dojrzewają nierównomiernie; niektóre z nich już w sierpniu zwisają błyszczącymi prawie czarnymi parasolami, ciężkimi od słodkomdłego soku, gdy inne jeszcze we wrześniu zielenieją wzniesione na długich szypułkach.
Zasięg geograficzny czarnego bzu obejmuje całą Europę, Afrykę Północną i Azję Zachodnią. U nas jest pospolity na całym niżu, a w górach zatrzymuje się na reglu dolnym. Lubi rosnąć w pobliżu domostw, w parkach i ogrodach, nie gardzi śmietnikami i ruinami. We wszystkich tych miejscach znajduje bowiem doskonałe warunki do życia: żyzne, próchnicze gleby bogate w wilgoć, związki azotowe i wapń, otwarte, nasłonecznione przestrzenie i osłonę przed mroźnymi wiatrami, jaką dają ściany domów, mury i płoty. Jeśli nasionko przeniesione przez ptaki upadnie z dala od siedzib człowieka, dziki bez wyrośnie na dziko - na brzegu lasu, w zaroślach, w poszyciu lasu liściastego lub boru mieszanego. Choć pozbawiony towarzystwa ludzi, szczególnie piękne kształty przyjmuje w olsach jesionowych i w łęgach nadrzecznych.
Twarde i łupliwe drewno starych bzów miało dawniej wysoką cenę u stolarzy i tokarzy, a na wsiach było podstawowym materiałem do wyrobu cepów. Miękki, niebywale lekki rdzeń wykorzystywano w zegarmistrzostwie i "robiono kulki do doświadczeń z elektrycznością" - jak, nie podając szczegółów, informuje dziewiętnastowieczny Zielnik ekonomiczno-techniczny. W bezdennych szufladach krakowskich komód można znaleźć wiedeńskie cacko sprzed stu lat - okrągłe srebrne pudełeczko nakryte cienką szybką. Na jego dnie leżą rozrzucone filigranowe figurki ludzi. Babcia pociera szybkę flanelą i naraz ludziki ożywają, wstają i zaczynają tańczyć. To też pewnego rodzaju "doświadczenie z elektrycznością".
Rzymianie czasów Pliniusza byli ludźmi poważnymi, nie pocierali pudełeczek - czarnym sokiem owoców bzu farbowali włosy, a kwiaty i liście dodawali do upiększających mieszanek. Płowowłosi Słowianie zapiekali kwiaty w cieście, a w czasie wielkich głodów wraz z innymi darami lasu jedli i bzowe owoce. Prócz tego do dziś "krzew ten użyteczny jest do mieszania między inne krzewy na żywe płoty, ile że smrodkiem swoim odraża zwierzęta od objadania gałązek i liści. Ze świadectwem Bullata, gospodarza angielskiego, wodą, w której liście bzowe gotowane były, można wygubić gąsienice na kapustach i meszki na różnych roślinach".
Bez bzowi nierówny, ponieważ: "Kwiat, liście i jagody na gruncie suchszym, nasłonecznionym wyrosłe skuteczniejsze są od tych innych, zresztą mocniejszy skutek mają z krzewów, których kwiat na czerwonych szypułkach, niźli te, których szypułki są zielone".
W minionych wiekach był niezastąpionym lekiem. Ówczesne autorytety zielarskie wiedziały, że: "Korzeń bzu ma własności pędzące urynę, w znacznych zaś ilościach spożyty sprawia womity. Pączki liści gotowane na zieleninę silnie rozdzielają zatkania i zaflegmienia niższego żołądka. Liście świeże utarte i przyłożone na miejsca sparzone pokrzywą, na ukłucie pszczoły i osy, na lekkie sparzenia ogniem wielce są skuteczne. Też liście uparzone w mleku i przyłożone na zaognione bolące węzły i guzy hemoroidalne rychłą ulgę przynoszą. Herbata z kwiatu suszonego to środek sprawujący poty i wiatry pędzący. Para herbaty bzowej nieco zaprawionej octem wciągana przez nos i usta bardzo jest skuteczna w uporczywych kaszlach i zaflegmieniach piersi. Huba kustrzebka uszkowa w kształcie ucha ludzkiego rosnąca na starych pniach bzowych od strony północnej moczona w wodzie różanej aż do rozmięknięcia na galaretkę przykłada się z pomyślnym skutkiem na zapalone, bolące oczy".
Nie mylił się ksiądz Krzysztof Kluk w ocenie bzu aptekarskiego. Współczesne analizy chemiczne wykryły w nim obecność olejku lotnego z terpenami, są w nim też rozliczne flawonoidy, rutynozyd i astragalina, śluz, sole mineralne i bliżej nieokreślona substancja zwiększająca wydzielanie potu. W dojrzałych owocach zgromadzone są kwasy organiczne, garbniki, cukry, barwniki antocyjanowe, witaminy A, C i B oraz pektyny. Krzew zawiera też nieco "dziegciu w beczce miodu" - są to: glikozyd cyjanowy, trująca sambunigryna i alkaloid sambucyna. One to sprawiają, że bez lekarski jest z lekka trujący. Objedzenie się jego owocami wywołuje u ludzi i zwierząt domowych wymioty i biegunkę, a w przypadku kur - nawet sprowadza śmierć. Szczególnie szkodzą - o czym nawet autorzy książek kucharskich nie piszą - nalewki i wina sporządzone z owoców czarnego bzu. Przypadki zatruć pokarmowych kładzie się wówczas na karb zakąski i nieumiarkowania w piciu.
Współczesna medycyna nie zrezygnowała z usług dzikiego bzu. Badania potwierdziły bowiem wszystkie moce krzewu: działa przeciwskurczowo, lekko moczopędnie, przeczyszczająco, obniża gorączkę i zmniejsza bóle. Wprawdzie preparaty z jego udziałem znieczulają sto sześćdziesiąt razy słabiej niż morfina, lecz nie wywołują uzależnienia. Ostatnio wykryto w jego liściach obecność całkiem nowego związku chemicznego, zwiększającego odporność organizmu człowieka na choroby zakaźne. Sprawdziła się też jedna ze starych recept: należy dojrzałe jagody dokładnie rozgotować, przetrzeć przez sito, usuwając pestki i łupiny, otrzymaną miazgę odparować, dodając pod koniec cukru. Powidła bzowe, zażywane trzy razy dziennie po łyżce stołowej, potrafią uleczyć nawet silnie owrzodzone kiszki.
Przypomnieć też warto magiczne moce czarnego bzu, które Słowiańszczyzna ceniła tak wysoko, jak Germanie podobne moce jemioły. Swoją drogą, posiadanie w obejściu rośliny zwalczającej uroki było wręcz koniecznością w czasach, w których sporo osób potrafiło i lubiło rzucać je na bliźnich i ich dobytek. A przecież znowu wzrasta zainteresowanie magią, nie zawsze całkiem białą.
Również w ciężkiej chorobie, gdy już leki nie pomagały, pomagał bez dziki: poskręcany od reumatyzmu, cierpiący na podagrę Słowianin, mieszkaniec Lasu Czeskiego, w ciągu trzech kolejnych wschodów słońca kuśtykał do krzewu, ujmował gałąź i grzecznie prosił:
Bzie, ja mam gościec, a ty go nie masz,
Odbierz mi, abym go nie miał!
I przeżegnawszy się, odchodził. Jego krewniak - Słowianin mieszkający na Morawach, cierpiący na febrę, czyli zimnicę, owijał wokół szyi wiecheć słomy owsianej, biegł do bzu, potrząsał nim trzy razy i po trzykroć wykrzykiwał:
Bzie! Bzie! Bzie! Zima na mnie leży.
A niech ze mnie zlezie i na ciebie wlezie!
Potem, skacząc na jednej nodze, tyłem wracał do domu. I zimnica złaziła.
Czasami uciekano się do przekupstwa. Petent kładł u stóp bzu ofiarę z chleba i soli, kłaniał się z uszanowaniem i przedkładał sprawę: "Przynoszę Wam chleba i soli, przyjmijcie chorobę, ból, kłopot - nie chcę ich!".
Dziś Słowianin znad Wisły też mógłby to i owo przekazać bzom, zakrzykując: "Nie chcę ich!".