Nowy autorytaryzm - polityka strachu - Gideon Rachman

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Wiosną 2018 roku Biały Dom szy­ko­wał się do spo­tka­nia na szczy­cie mię­dzy Donal­dem Trum­pem a Kim Dzong Unem. W Old Exe­cu­tive Office Buil­ding, gdzie pra­cuje per­so­nel pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych zaj­mu­jący się bez­pie­czeń­stwem naro­do­wym, jeden z asy­sten­tów Trumpa wyznał mi z nieco prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem: "Pre­zy­dent lubi się spo­ty­kać z auto­ry­tar­nymi przy­wód­cami".

Było jasne, że sła­bość Trumpa do dyk­ta­to­rów wzbu­dza zaże­no­wa­nie nawet u czę­ści jego urzęd­ni­ków wyż­szego szcze­bla. W kory­ta­rzach Bia­łego Domu dawało się wyczuć nie­wy­po­wie­dzianą myśl, że pre­zy­dent wpro­wa­dził w samo serce naj­wspa­nial­szej demo­kra­cji świata pewne nawyki typowe dla dyk­ta­tur. Jego nie­po­skro­miona reto­ryka, zami­ło­wa­nie do defi­lad woj­sko­wych, pobłaż­li­wość wobec kon­flik­tów inte­re­sów oraz nie­to­le­ran­cja wobec dzien­ni­ka­rzy i sędziów sta­no­wią typowe w poli­tyce cechy "stylu sil­nej ręki", który jesz­cze do nie­dawna ucho­dził za obcy doj­rza­łym demo­kra­cjom Zachodu.

Lecz Trump dzia­łał w zgo­dzie z duchem swo­ich cza­sów. Od 2000 roku jeden z klu­czo­wych aspek­tów glo­bal­nej poli­tyki sta­nowi wzrost ten­den­cji auto­ry­tar­nych. W sto­li­cach tak róż­nych jak Moskwa, Pekin, Delhi, Ankara, Buda­peszt, War­szawa, Manila, Rijad czy Bra­si­lia do wła­dzy doszli samo­zwań­czy "silni przy­wódcy" (jak do tej pory co do jed­nego męż­czyźni).

Zazwy­czaj są to nacjo­na­li­ści o kon­ser­wa­tyw­nych zapa­try­wa­niach kul­tu­ro­wych, wyka­zu­jący sym­bo­liczną tole­ran­cję wobec mniej­szo­ści, odmien­nych poglą­dów czy cudzo­ziem­skich inte­re­sów. W kraju pozują na tych, któ­rzy bro­nią zwy­kłego czło­wieka przed "glo­ba­li­stycz­nymi" eli­tami, za gra­nicą nato­miast na ucie­le­śnie­nie wła­snego narodu. Wszę­dzie zaś pro­mują kult jed­nostki. Poli­tyka sil­nej ręki opiera się na prze­mocy. Dwu­dzie­stego czwar­tego lutego 2022 roku reto­ryka prze­ro­dziła się w rze­czy­wi­stość, oto bowiem Rosja naje­chała Ukra­inę, roz­po­czy­na­jąc naj­więk­szą wojnę lądową w Euro­pie od 1945 roku.

"Czasy sil­nej ręki" zaczęły się wraz z obję­ciem wła­dzy przez Wła­di­mira Putina w 2000 roku. Pozo­staną też wąt­kiem prze­wod­nim świa­to­wej poli­tyki przez kolejną dekadę. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych Donald Trump wciąż wywiera wyraźny wpływ na poli­tykę i zapo­wie­dział już, że wystar­tuje w wybo­rach w 2024 roku. Dwa wzra­sta­jące super­mo­car­stwa XXI wieku, to jest Chiny i Indie, rów­nież weszły na ścieżkę sil­no­rę­kich rzą­dów. Choć Xi Jin­ping i Naren­dra Modi funk­cjo­nują w bar­dzo odmien­nych sys­te­mach poli­tycz­nych, oby­dwaj prze­sta­wili swoje kraje na bar­dziej oso­bi­sty styl spra­wo­wa­nia rzą­dów, cha­rak­te­ry­zu­jący się nacjo­na­li­zmem, reto­ryką siły oraz zacie­kłą wro­go­ścią wobec libe­ra­li­zmu. Dwoma naj­waż­niej­szymi mocar­stwami za wschod­nią gra­nicą Unii Euro­pej­skiej, to jest Rosją i Tur­cją, kie­rują auto­ry­tarni przy­wódcy. Zarówno Wła­di­mir Putin, jak i Recep Tay­yip Erdo?an są u wła­dzy już dobre dwa­dzie­ścia lat. Styl rzą­dów sil­nej ręki zago­ścił rów­nież w samej Unii Euro­pej­skiej, a to za sprawą Vik­tora Orbána na Węgrzech i Jaro­sława Kaczyń­skiego w Pol­sce. Z tym spo­so­bem upra­wia­nia poli­tyki flir­to­wał w Wiel­kiej Bry­ta­nii także Boris John­son, jeżeli wziąć pod uwagę jego podej­ście do prawa, dyplo­ma­cji oraz odmien­nych zdań w jego wła­snej par­tii. Dwoma naj­więk­szymi pań­stwami Ame­ryki Łaciń­skiej, czyli Bra­zy­lią i Mek­sy­kiem, rzą­dzą obec­nie odpo­wied­nio Jair Bol­so­naro i Andrés Manuel López Obra­dor (znany powszech­nie jako Amlo). Bol­so­naro lokuje się na skraj­nej pra­wicy, Amlo z kolei to przed­sta­wi­ciel popu­li­stycz­nej lewicy. Oby­dwaj przy­wódcy wpa­so­wują się jed­nak w sza­blon rzą­dów sil­nej ręki, roz­ta­cza­jąc wokół sie­bie kult jed­nostki i pogardę dla insty­tu­cji pań­stwo­wych.

Taką mię­dzy­na­ro­dową pra­wi­dło­wość pod­kre­śla motyw prze­wodni tej książki: styl rzą­dów sil­nej ręki nie ogra­ni­cza się jedy­nie do sys­te­mów auto­ry­tar­nych. Obec­nie powszech­nie można go spo­tkać rów­nież pośród wybie­ral­nych poli­ty­ków w pań­stwach demo­kra­tycz­nych. Lubu­jący się w stylu sil­nej ręki przy­wódca, który funk­cjo­nuje w demo­kra­cji, jak na przy­kład Donald Trump, zwią­zany jest ogra­ni­cze­niami insty­tu­cjo­nal­nymi, które nie pętają Xi Jin­pinga ani Wła­di­mira Putina. Tyle że instynkty Trumpa, Duterte czy Bol­so­naro nie­po­ko­jąco przy­po­mi­nają instynkty auto­ry­tar­nych przy­wód­ców Chin i Rosji.

Wzbie­ra­jąca na świe­cie fala przy­wód­ców rzą­dzą­cych silną ręką fun­da­men­tal­nie odmie­niła obraz świa­to­wej poli­tyki. Jeste­śmy obec­nie świad­kami naj­bar­dziej kon­se­kwent­nej glo­bal­nej ofen­sywy skie­ro­wa­nej od lat trzy­dzie­stych XX wieku prze­ciwko war­to­ściom demo­kra­cji libe­ral­nej. Po kata­stro­fie dru­giej wojny świa­to­wej nastą­pił okres mniej wię­cej sześć­dzie­się­ciu lat, w któ­rych poli­tyczne swo­body roz­prze­strze­niały się po świe­cie. Pro­gres ten prze­bie­gał nie­równo, a defi­ni­cje samej demo­kra­cji pozo­stają nie­pre­cy­zyjne, lecz ogólny kie­ru­nek zmian był jasny. W 1945 roku na świe­cie było zale­d­wie dwa­na­ście państw o ustroju demo­kra­tycz­nym. Do roku 2002 liczba ta wzro­sła do dzie­więć­dzie­się­ciu dwóch i po raz pierw­szy w dzie­jach prze­wyż­szyła liczbę ist­nie­ją­cych na świe­cie reżi­mów auto­kra­tycz­nychk1.

Od tego czasu liczba państw uzna­wa­nych for­mal­nie za demo­kra­tyczne stale utrzy­my­wała się nieco powy­żej liczby reżi­mów auto­ry­tar­nych. Roz­po­czął się jed­nakże pro­ces ero­zji demo­kra­cji. Orga­ni­za­cja Fre­edom House, która przy­go­to­wuje coroczne raporty na temat stanu wol­no­ści poli­tycz­nej na świe­cie, wska­zała, że 2020 rok był pięt­na­stym z rzędu, w któ­rym zano­to­wano spa­dek poziomu glo­bal­nej wol­no­ści. Po okre­sie przy­ro­stu swo­bód poli­tycz­nych i oby­wa­tel­skich, jaki nastą­pił wraz z zakoń­cze­niem zim­nej wojny, w 2005 roku trend uległ odwró­ce­niu. Od tego czasu rok w rok liczba kra­jów, w któ­rych wskaź­nik wol­no­ści zma­lał, prze­wyż­szała liczbę tych, które doświad­czały posze­rza­nia się prze­strzeni poli­tycz­nych i oby­wa­tel­skich swo­bód. Jak to ujęli przed­sta­wi­ciele Fre­edom House: "Dłu­go­trwała rece­sja demo­kra­cji się pogłę­bia"k2. Pod­sta­wową przy­czyną tego pro­cesu jest zwięk­sza­jąca się liczba przy­wód­ców opo­wia­da­ją­cych się za rzą­dami sil­nej ręki. Dzieje się tak, ponie­waż styl upra­wia­nia przez nich poli­tyki przed­kłada ich instynkty ponad prawo oraz insty­tu­cje.

Dzi­siaj przy­wódcy sto­su­jący rządy sil­nej ręki funk­cjo­nują w glo­bal­nym śro­do­wi­sku poli­tycz­nym rady­kal­nie odmien­nym od tego, w jakim poru­szali się dyk­ta­to­rzy z lat trzy­dzie­stych XX wieku. W epoce nukle­ar­nej wojny mię­dzy wiel­kimi mocar­stwami nie są już czymś powsze­dnim. Lecz nawet tego nie można już brać za pew­nik. Najazd Putina na Ukra­inę prędko prze­ro­dził się w wojnę zastęp­czą mię­dzy Rosją a Soju­szem Pół­noc­no­atlan­tyc­kim (North Atlan­tic Tre­aty Orga­ni­za­tion, NATO), któ­rego pań­stwa człon­kow­skie dostar­czają zaawan­so­wane uzbro­je­nie Ukra­iń­com. Ame­ry­kań­scy i euro­pej­scy decy­denci, któ­rzy wydali zgodę na takie dostawy, w pełni zda­wali sobie sprawę z ryzyka, że może to dopro­wa­dzić do bez­po­śred­niego kon­fliktu z Rosją.

Wzra­sta rów­nież nie­bez­pie­czeń­stwo wybu­chu wojny mię­dzy Sta­nami Zjed­no­czo­nymi a Chi­nami Xi Jin­pinga. W sierp­niu 2022 roku chiń­skie siły zbrojne prze­pro­wa­dziły naj­groź­niej­sze od połowy lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku manewry woj­skowe wokół Taj­wanu. Sta­no­wiło to odpo­wiedź na wizytę, jaką na samo­rząd­nej wyspie zło­żyła spi­kerka ame­ry­kań­skiej Izby Repre­zen­tan­tów Nancy Pelosi.

Atak Chin na Taj­wan pogrą­żyłby świa­tową gospo­darkę w cha­osie, gdyż za około 90 pro­cent świa­to­wej pro­duk­cji naj­bar­dziej zaawan­so­wa­nych tech­nicz­nie pół­prze­wod­ni­ków odpo­wiada firma TSMC, mająca sie­dzibę na wyspie. Glo­ba­li­za­cja kształ­tuje śro­do­wi­sko, w któ­rym podej­mują decy­zje auto­ry­tarni przy­wódcy. Roz­prze­strze­nie­nie się prawa mię­dzy­na­ro­do­wego rów­nież zaowo­co­wało nowymi ocze­ki­wa­niami wobec spo­sobu postę­po­wa­nia świa­to­wych przy­wód­ców. Zara­zem jed­nak tech­no­lo­gie XXI stu­le­cia zapew­niają auto­ry­tar­nym wło­da­rzom nowe spo­soby komu­ni­ko­wa­nia się bez­po­śred­nio z masami, jak rów­nież nie­bez­pieczne instru­menty kon­troli spo­łecz­nej - w szcze­gól­no­ści moż­li­wość moni­to­ro­wa­nia ruchów i zacho­wań oby­wa­teli. Narzę­dzia te w miarę roz­woju mogą umoc­nić doko­nu­jący się w XXI wieku zwrot ku auto­ry­ta­ry­zmowi.

Joe Biden jed­nym z głów­nych celów swo­jej pre­zy­den­tury uczy­nił pro­mo­wa­nie demo­kra­cji na całym świe­cie. Objął jed­nak wła­dzę w "cza­sach sil­nej ręki". Popu­li­styczni i auto­ry­tarni przy­wódcy nadają obec­nie kie­ru­nek świa­to­wej poli­tyce. Korzy­stają ze wzbie­ra­ją­cej fali odra­dza­ją­cego się nacjo­na­li­zmu oraz kon­flik­tów kul­tu­ro­wych i tery­to­rial­nych, na tyle potęż­nej, że doko­ny­wana przez Bidena ponowna afir­ma­cja war­to­ści libe­ral­nych i ame­ry­kań­skiego przy­wódz­twa może nie zdo­łać jej powstrzy­mać.

Zresztą nawet w samych Sta­nach Zjed­no­czo­nych zwy­cię­stwo Bidena by­naj­mniej nie zadało kresu auto­ry­tar­nym cią­go­tom. W wybo­rach pre­zy­denc­kich w 2020 roku Trump osią­gnął wystar­cza­jąco dobry wynik, by natych­miast poja­wił się temat jego ponow­nej kan­dy­da­tury w 2024 roku. A nawet jeżeli on sam wycofa się z dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej na pierw­szej linii, przy­szli kan­dy­daci Par­tii Repu­bli­kań­skiej z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa przejmą wypra­co­waną przez niego for­mułę poli­tyczną.

Chiń­scy nacjo­na­li­ści czę­sto przed­sta­wiają Bidena jako sta­rego i sła­bego przy­wódcę, który stoi na czele Ame­ryki nie­od­wra­cal­nie chy­lą­cej się ku upad­kowi. Z kolei same Chiny pre­zen­tują sie­bie jako odra­dza­jące się mocar­stwo pod rzą­dami sil­nego i ener­gicz­nego lidera. W kla­ru­ją­cym się świa­to­wym porządku pre­zy­dent Chin może nie­ba­wem zgło­sić pre­ten­sje do zwy­cza­jowo przy­pi­sy­wa­nego pre­zy­dentowi Sta­nów Zjed­no­czo­nych tytułu naj­po­tęż­niej­szego czło­wieka na świe­cie.

Głów­nym wyzwa­niem dla pre­zy­den­tury Bidena będzie udo­wod­nie­nie wital­no­ści libe­ral­nej demo­kra­cji zarówno w kraju, jak i za gra­nicą. Jeżeli mu się to nie powie­dzie, jego okres urzę­do­wa­nia może oka­zać się zale­d­wie prze­ryw­ni­kiem w epoce auto­ry­tar­nych rzą­dów.

Jeżeli poli­tyczni libe­ra­ło­wie mają wygrać bata­lię z poli­tyką sil­nej ręki, muszą zro­zu­mieć, z czym mają do czy­nie­nia. Ta książka spró­buje zna­leźć odpo­wie­dzi na trzy pod­sta­wowe pyta­nia doty­czące "cza­sów sil­nej ręki". Kiedy ten­den­cja do tego typu rzą­dów zyskała popu­lar­ność? Jakie są jej główne cechy cha­rak­te­ry­styczne? I dla­czego do tego doszło?

Trzy­dzie­stego pierw­szego grud­nia 1999 roku Wła­di­mir Putin objął wła­dzę w Rosji. Miał się stać waż­nym sym­bo­lem, a wręcz inspi­ra­cją dla nowego poko­le­nia auto­ry­tar­nych wład­ców in spe, któ­rzy podzi­wiają jego nacjo­na­lizm, bra­wurę, goto­wość do sto­so­wa­nia prze­mocy oraz pogardę wobec poli­tycz­nej popraw­no­ści.

Jed­nakże w począt­ko­wych latach spra­wo­wa­nia wła­dzy Putin sta­rał się ucho­dzić za wia­ry­god­nego part­nera w ramach obo­wią­zu­ją­cego porządku świata. Po wizy­cie na Kremlu w czerwcu 2000 roku urzę­du­jący wów­czas pre­zy­dent USA Bill Clin­ton uznał swego rosyj­skiego odpo­wied­nika za "w pełni zdol­nego do budowy dostat­niej, sil­nej Rosji, przy jed­no­cze­snym posza­no­wa­niu wol­no­ści, plu­ra­li­zmu i pra­wo­rząd­no­ści"k3. Przy oka­zji pierw­szego spo­tka­nia z Geo­rge'em W. Bushem w 2001 roku Putin zdo­łał mu zaim­po­no­wać. Nowy pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych zauwa­żył: "Nawią­za­li­śmy bar­dzo udany dia­log. Wyczu­łem jego duszę".

Putin w pełni dał o sobie znać jako wróg kre­owa­nego przez Stany Zjed­no­czone porządku w anty­ame­ry­kań­skim prze­mó­wie­niu na kon­fe­ren­cji w Mona­chium w 2007 roku, po któ­rym w 2008 roku Rosja doko­nała najazdu zbroj­nego na sąsied­nią Gru­zję. Od tej pory bom­ba­styczny i agre­sywny styl poli­tyczny rosyj­skiego przy­wódcy spra­wiał wra­że­nie ano­ma­lii w zesta­wie­niu z ostroż­nym prag­ma­ty­zmem innych klu­czo­wych lide­rów ówcze­snego świata - Baracka Obamy z USA, Angeli Mer­kel z Nie­miec i Hu Jin­tao z Chin. Mer­kel pod­su­mo­wała Putina jako przy­wódcę uży­wa­ją­cego dzie­więt­na­sto­wiecz­nych spo­so­bów do roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów XXI wiekuk4. Tym­cza­sem jed­nak oka­zał się on nie ana­chro­ni­zmem, a raczej herol­dem tego, co dopiero miało nadejść.

W 2003 roku, trzy lata po tym, jak w Rosji do wła­dzy doszedł Putin, pre­mie­rem Tur­cji został Recep Tay­yip Erdo?an. Podob­nie jak w przy­padku Putina, musiało minąć tro­chę czasu, nim Erdo?an poka­zał się od auto­ry­tar­nej strony. Poli­tyk począt­kowo chwa­lony na Zacho­dzie jako libe­ralny refor­mi­sta przez dwie dekady u wła­dzy sta­wał się coraz to bar­dziej auto­kra­tyczny - wsa­dzał do wię­zień dzien­ni­ka­rzy i rywali poli­tycz­nych, doko­ny­wał czy­stek w armii, sądach i służ­bie cywil­nej, zbu­do­wał sobie ogromny pałac w Anka­rze, a do tego uległ para­noi, wszę­dzie doszu­ku­jąc się spi­sków.

Rosja i Tur­cja to duże kraje o wystar­cza­jąco zna­czą­cych gospo­dar­kach, by kwa­li­fi­ko­wać się do człon­ko­stwa w gru­pie G20. Nie są to już jed­nak super­mo­car­stwa. Tak więc za moment, kiedy "epoka sil­nej ręki" stała się feno­me­nem naprawdę glo­bal­nym, naj­wła­ści­wiej będzie uznać rok 2012, w któ­rym rządy w Chi­nach objął Xi Jin­ping.

Od czasu śmierci Mao Zedonga w 1976 roku Komu­ni­styczna Par­tia Chin przez kolejne dzie­się­cio­le­cia ostroż­nie prze­su­wała się ku bar­dziej kolek­tyw­nym for­mom przy­wódz­twa. Lecz choć obecne Chiny to kraj bez porów­na­nia bogat­szy i bar­dziej roz­wi­nięty ani­żeli za cza­sów Mao, pre­zy­dent Xi prze­ja­wia ewi­dentne oznaki nostal­gii za pew­nymi ele­men­tami maoizmu, jakie zna z wła­snej mło­do­ści. Pod jego przy­wódz­twem par­tyjna machina pro­pa­gan­dowa zaczęła two­rzyć kult jed­nostki wokół "Xi dada" (wujka Xi). Prze­su­wa­nie się w stronę rzą­dów sil­nej ręki umoc­niła decy­zja z 2018 roku o znie­sie­niu limitu kaden­cji pre­zy­denta - co poten­cjal­nie umoż­li­wia Xi spra­wo­wa­nie wła­dzy do końca życia.

Dru­gie ze wscho­dzą­cych super­mo­carstw Azji, to jest Indie, podą­żyło podobną ścieżką w 2014 roku wraz z wybo­rem Naren­dry Modiego, lidera Indyj­skiej Par­tii Ludo­wej (Bha­ra­tiya Janata Party, BJP), czyli ugru­po­wa­nia hin­du­skich nacjo­na­li­stów. Jako dzia­łacz opo­zy­cyjny Modi był już wystar­cza­jąco kon­tro­wer­syjny, by zapew­nić sobie zakaz wjazdu do Sta­nów Zjed­no­czo­nych ze względu na nie­ja­sno­ści doty­czące jego roli w anty­mu­zuł­mań­skim pogro­mie, do jakiego w 2002 doszło w jego rodzin­nym sta­nie Gudża­rat. Jako przy­wódca Indii usta­wił się w pozy­cji tego, który stawi czoła wro­gom narodu zarówno w kraju, jak i za gra­nicą. Jego goto­wość do zbom­bar­do­wa­nia domnie­ma­nych baz ter­ro­ry­stycz­nych w Pakista­nie w 2019 roku pod­eks­cy­to­wała wielu oby­wa­teli Indii i stała się pod­stawą uda­nej walki o reelek­cję, w ramach któ­rej Modi zapew­niał elek­to­rat: "Gło­su­jąc na lotos [kwiat sym­bo­li­zu­jący jego par­tię], nie przy­ci­ska­cie guzika w maszy­nie, lecz pocią­ga­cie za spust, by strze­lić ter­ro­ry­stom w pierś".

W 2015 roku styl rzą­dów sil­nej ręki zdo­był także ważne przy­czółki w Unii Euro­pej­skiej, która lubi się przed­sta­wiać jako klub libe­ral­nych demo­kra­cji. W tym wła­śnie roku Vik­tor Orbán, coraz to bar­dziej auto­ry­tar­nie poczy­na­jący sobie pre­mier Węgier, stał się boha­te­rem dla popu­li­stycz­nej pra­wicy na Zacho­dzie, sta­jąc na czele kam­pa­nii mają­cej na celu powstrzy­ma­nie napływu uchodź­ców i migran­tów z Bli­skiego Wschodu. W tym samym roku popu­li­styczna pra­wi­cowa par­tia Prawo i Spra­wie­dli­wość pod wodzą Jaro­sława Kaczyń­skiego wygrała w Pol­sce zarówno wybory pre­zy­denc­kie, jak i par­la­men­tarne.

Euro­pej­ski kry­zys migra­cyjny posłu­żył także jako tło dla bry­tyj­skiego refe­ren­dum nad Bre­xi­tem w czerwcu 2016 roku. Dzia­ła­cze kie­ro­wa­nej przez Borisa John­sona kam­pa­nii na rzecz wyj­ścia z Unii Euro­pej­skiej wyko­rzy­stali strach przed muzuł­mań­ską imi­gra­cją, nie­zgod­nie z prawdą roz­po­wia­da­jąc, że Tur­cja gotowa jest wstą­pić do UE i zalać Wielką Bry­ta­nię nową falą imi­gran­tów. Wybrany przez bre­xi­tow­ców slo­gan "Take Back Con­trol" - "odzy­skaj kon­trolę" - oka­zał się potęż­nym wehi­ku­łem, który napę­dził im dość gło­sów, by odnie­śli zaska­ku­jące zwy­cię­stwo. Steve Ban­non, który kie­ro­wał kam­pa­nią Trumpa w 2016 roku, powie­dział póź­niej, iż to, że Trump wygra wybory pre­zy­denc­kie, uświa­do­mił sobie w chwili, gdy Bry­tyj­czycy zagło­so­wali za Bre­xi­tem.

Kiedy zatem w listo­pa­dzie 2016 roku Trump istot­nie zwy­cię­żył w wyścigu do Bia­łego Domu, w pew­nym sen­sie zale­d­wie wpi­sy­wał się w zary­so­wany już glo­balny trend. Jed­nakże za sprawą wyjąt­ko­wej potęgi gospo­dar­czej i kul­tu­ro­wej Sta­nów Zjed­no­czo­nych jego doj­ście do wła­dzy zmie­niło atmos­ferę świa­to­wej poli­tyki, umac­nia­jąc i legi­ty­mi­zu­jąc styl rzą­dów sil­nej ręki, a także dając począ­tek całej fali naśla­dow­ców.

W ramach pierw­szej wizyty zagra­nicz­nej po obję­ciu urzędu Trump w maju 2017 roku udał się do Ara­bii Sau­dyj­skiej. W tym samym roku następca tronu książę koronny Muham­mad bin Sal­man stał się fak­tycz­nym przy­wódcą kraju - naj­bo­gat­szego i naj­po­tęż­niej­szego z państw arab­skich. Nowy przy­wódca spraw­nie zbu­do­wał swoją glo­balną markę, o jakiej w skry­tej i intro­wer­tycz­nej sau­dyj­skiej rodzi­nie kró­lew­skiej nie było wcze­śniej mowy. MBS, bo tak się go zwy­kło nazy­wać, został obwo­łany przez nie­któ­rych na Zacho­dzie takim aku­rat auto­ry­tar­nym refor­mi­stą, jakiego Ara­bii Sau­dyj­skiej było trzeba - przy­naj­mniej do czasu, aż zachod­nich wiel­bi­cieli następcy tronu zaszo­ko­wał mord na Dża­malu Cha­szuk­dżim, dysy­den­cie i dzien­ni­ka­rzu. Kiedy na następ­nym szczy­cie G20 MBS wpadł w obję­cia roze­śmia­nego Putina, scena ta zda­wała się ide­al­nie pod­su­mo­wy­wać bez­pra­wie i bez­kar­ność "cza­sów sil­nej ręki".

Bra­zy­lia, naj­więk­sze pań­stwo Ame­ryki Łaciń­skiej, ule­gło poku­sie auto­ry­tar­nych rzą­dów w 2018 roku, gdy pre­zy­den­tem wybrano tam Jaira Bol­so­naro. "Tro­pi­kalny Trump", dotych­czas dzia­ła­jący na mrocz­nym skraju poli­tycz­nej pra­wicy, wygrał wybory, czer­piąc peł­nymi gar­ściami z tema­tów i slo­ga­nów trum­pi­zmu. Bol­so­naro ata­ko­wał "popraw­ność poli­tyczną", "glo­ba­lizm", "media roz­po­wszech­nia­jące fake newsy" oraz orga­ni­za­cje poza­rzą­dowe bro­niące śro­do­wi­ska, a zara­zem wyra­żał sym­pa­tię do posia­da­czy broni pal­nej, kościo­łów ewan­ge­li­kal­nych, hodow­ców bydła oraz pań­stwa Izrael.

W 2018 roku pew­nego wytchnie­nia od ofen­sywy rzą­dów sil­nej ręki zda­wała się doświad­czać Afryka. Abiy Ahmed, nowy pre­mier Etio­pii - dru­giego naj­lud­niej­szego pań­stwa na kon­ty­nen­cie - sku­pił na sobie mię­dzy­na­ro­dową uwagę, uwal­nia­jąc więź­niów poli­tycz­nych i koń­cząc długą wojnę z Ery­treą. W 2019 roku uho­no­ro­wano go Poko­jową Nagrodą Nobla. Lecz już w następ­nym roku etiop­ski przy­wódca roz­po­czął kam­pa­nię mili­tarną prze­ciwko rebe­lian­tom z pro­win­cji Tigraj, która to kam­pa­nia zaowo­co­wała tysią­cami zabi­tych i poja­wie­niem się oskar­żeń o zbrod­nie wojenne. Nagły zwrot o sto osiem­dzie­siąt stopni poli­tyki Abiy'ego Ahmeda wzbu­dził obawy, że pre­mier okaże się po pro­stu kolej­nym świa­to­wym przy­wódcą, który zbiera na Zacho­dzie pochwały jako libe­ralny refor­mi­sta, a następ­nie prze­ista­cza się w rzą­dzą­cego silną ręką auto­kratę.

Wyka­zy­wana przez komen­ta­to­rów na Zacho­dzie ten­den­cja, by w auto­ry­tar­nych przy­wód­cach w pierw­szej chwili myl­nie dopa­try­wać się libe­ral­nych refor­mi­stów, stała się już pew­nym sche­ma­tem. Kiedy do wła­dzy w Tur­cji doszedł Erdo?an, "New York Times" opi­sał go jako "islam­skiego poli­tyka, który opo­wiada się za demo­kra­tycz­nym plu­ra­li­zmem"k5. W podob­nym tonie felie­to­ni­sta tej samej gazety prze­po­wia­dał w 2013 roku, że Xi Jin­ping "zapo­cząt­kuje odno­wie­nie reform gospo­dar­czych, a praw­do­po­dob­nie także pewne polu­zo­wa­nie zasad w sfe­rze poli­tycz­nej". Wyra­żał nadzieję, że pod rzą­dami Xi "ciało Mao zosta­nie usu­nięte z placu Tia­nan­men"k6. Dwa lata póź­niej Tho­mas Fried­man, kolejny wpły­wowy felie­to­ni­sta "New York Timesa", przed­sta­wił dzia­ła­nia księ­cia koron­nego Muham­mada bin Sal­mana jako refor­ma­tor­skie tor­nado, "któ­rego celem jest trans­for­ma­cja dotych­cza­so­wego sys­temu spra­wo­wa­nia wła­dzy w Ara­bii Sau­dyj­skiej"k7. W 2017 roku, kiedy coraz wię­cej gło­sów uskar­żało się na podej­ście MBS do kwe­stii praw czło­wieka, Fried­man naj­wy­raź­niej posta­no­wił nie przy­wią­zy­wać do takich zastrze­żeń wagi, gdy pisał: "Tu nie cho­dzi o to, by był ide­alny. Cho­dzi o to, by wcią­gnąć Ara­bię Sau­dyj­ską w XXI wiek - i ktoś to musiał zro­bić"k8.

Tra­fił się też pewien bry­tyj­ski felie­to­ni­sta, który w 2014 roku z entu­zja­zmem przy­jął doj­ście do wła­dzy Naren­dry Modiego, twier­dząc w nagłówku swego arty­kułu, że "Indiom potrzeba wstrząsu, a Modi to ryzyko, które warto pod­jąć". Kto to był? Tak się składa, że ja. Opi­sa­łem też wspi­naczkę indyj­skiego pre­miera od pozy­cji skrom­nego han­dla­rza her­batą do obję­cia ste­rów pań­stwa, uzna­jąc ją za "eks­cy­tu­jącą"k9. Dziś, poznaw­szy dezyn­wol­turę, z jaką Modi pod­cho­dzi do kwe­stii praw czło­wieka, zde­cy­do­wał­bym się na inny epi­tet.

Kiedy spoj­rzeć na takie zesta­wie­nie naiw­nych prze­wi­dy­wań i pochop­nych nadziei, można się zasta­na­wiać, dla­czego komen­ta­to­rzy na Zacho­dzie raz za razem tak się mylili. Z per­spek­tywy czasu sądzę, że może to wyni­kać z połą­cze­nia nad­mier­nej wiary w potęgę libe­ral­nych idei poli­tycz­nych i gospo­dar­czych zro­dzo­nych ze "zwy­cię­stwa" w zim­nej woj­nie oraz z myśle­nia życze­nio­wego. W rezul­ta­cie zachodni opi­nio­twórcy nie zdali sobie na czas sprawy, że glo­balna sytu­acja zmie­nia się na nie­ko­rzyść libe­ra­li­zmu. Jed­nakże w 2020 roku, to jest o całe poko­le­nie po doj­ściu do wła­dzy Putina, trudno było nie dostrzec tego, co się dzieje. War­to­ści libe­ralne takie jak wol­ność słowa, nie­za­wi­słość sądów i prawa mniej­szo­ści stały się obiek­tem ata­ków na całym świe­ciek10.

Ta ponura ten­den­cja napro­wa­dza nas na dwa kolejne pyta­nia: czym jest poli­tyka sil­nej ręki i czemu zawdzię­cza swoją wzra­sta­jącą popu­lar­ność?

Argu­men­ta­cja, według któ­rej żyjemy obec­nie w epoce rzą­dów sil­nej ręki, pro­wo­kuje do oczy­wi­stego sprze­ciwu: czy naprawdę da się porów­ny­wać demo­kra­tycz­nie wybra­nych przy­wód­ców takich jak Trumpa lub Modiego z nie­wy­bra­nymi auto­kra­tami pokroju Xi Jin­pinga czy MBS?

Takimi porów­na­niami trzeba się posłu­gi­wać z ostroż­no­ścią i wyczu­ciem pro­por­cji, wie­rzę jed­nak, że są uza­sad­nione - a w isto­cie rze­czy wręcz konieczne. Oma­wiani w tej książce przy­wódcy sto­su­jący rządy sil­nej ręki pla­sują się w ramach pew­nego kon­ti­nuum. Na jed­nym krańcu mamy nie­kwe­stio­no­wa­nych auto­kra­tów, takich jak przy­wódcy Chin czy Ara­bii Sau­dyj­skiej. Są też ci na środku skali, jak Putin i Erdo?an. Pętają ich pewne zja­wi­ska typowe dla sys­te­mów demo­kra­tycz­nych, takie jak wybory czy ogra­ni­czona wol­ność prasy, zara­zem jed­nak są w sta­nie wsa­dzać prze­ciw­ni­ków do wię­zień i rzą­dzić przez dzie­się­cio­le­cia. Są wresz­cie poli­tycy, któ­rzy funk­cjo­nują w demo­kra­cjach, lecz któ­rzy oka­zują wzgardę dla demo­kra­tycz­nych norm i zdają się dążyć do ich roz­sa­dze­nia: na tym końcu spek­trum lokują się Trump, Orbán, Modi i Bol­so­naro.

Książka ta nie ma jed­nak za zada­nie sta­no­wić prze­wod­nika po dyk­ta­to­rach świata. O ile oma­wiam w niej lubią­cych rządy sil­nej ręki przy­wód­ców takich jak Donald Trump czy Ben­ja­min Netan­jahu, o tyle nie uwzględ­ni­łem w niej tyrana Kim Dzong Una i przy­wód­ców o men­tal­no­ści opry­chów w rodzaju Alak­san­dra Łuka­szenki z Bia­ło­rusi czy Hun Sena z Kam­bo­dży. Opi­suję tutaj nadej­ście nowego poko­le­nia i rodzaju nacjo­na­li­stycz­nych i popu­li­stycz­nych przy­wód­ców, któ­rych łączą wzgarda wobec libe­ra­li­zmu oraz się­ga­nie po nowe metody wła­dzy auto­ry­tar­nej. Od początku XXI wieku feno­men rzą­dów sil­nej ręki zago­ścił w nie­mal wszyst­kich czo­ło­wych ośrod­kach wła­dzy na świe­cie: w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Chi­nach, Rosji, Indiach, Unii Euro­pej­skiej i Ame­ryce Łaciń­skiej. Z kolei zaś Hun Sen i Łuka­szenka wła­dają małymi kra­jami i oby­dwaj byli u wła­dzy już z nasta­niem lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku (dyna­stia Kimów rzą­dzi zaś Koreą Pół­nocną od 1948 roku). Wszy­scy ci trzej przy­wódcy rzą­dzą silną ręką, nie są jed­nak istotni dla zmiany w kli­ma­cie glo­bal­nej poli­tyki, jaka się doko­nuje na prze­strzeni ostat­nich dwu­dzie­stu lat.

Część czy­tel­ni­ków z Wiel­kiej Bry­ta­nii zdziwi zapewne fakt, że w poczet przy­wód­ców sto­su­ją­cych rządy sil­nej ręki zali­czy­łem Borisa John­sona. Zwo­len­nicy byłego pre­miera i samego Bre­xitu mogą to uznać wręcz za nie­za­słu­żoną obe­lgę. Lecz kiedy w 2019 roku John­son wresz­cie ziścił swoją ambi­cję i został pre­mie­rem, sam przed­sta­wiał sie­bie jako taką wła­śnie postać - kogoś na tyle twar­dego, by przy uży­ciu wszel­kich koniecz­nych metod i środ­ków dopro­wa­dzić do wyj­ścia Wiel­kiej Bry­ta­nii z UE. Jesz­cze jako sze­re­gowy czło­nek Izby Gmin John­son wska­zy­wał na podej­ście Trumpa do dyplo­ma­cji jako wzór tego, jak sobie radzić z Unią Euro­pej­ską. Już jako pre­mier się­gał po metody, na jakie nie decy­do­wała się jego poprzed­niczka The­resa May - mowa tu o zwal­nia­niu kie­row­nic­twa wła­snej par­tii oraz zawie­sze­niu par­la­mentu, co zresztą zaraz potem zostało uznane za dzia­łal­nie nie­le­galne. Trump dopa­try­wał się w John­sonie podo­bień­stwa do samego sie­bie, nazy­wa­jąc go "bry­tyj­skim Trum­pem", z czym zgo­dził się Biden, okre­śla­jąc John­sona "fizycz­nym i emo­cjo­nal­nym klo­nem" Trumpak11. Bre­xit, czyli sprawa, o którą wal­czył John­son, sta­no­wił nader istotny moment kontr­ofen­sywy prze­ciwko zglo­ba­li­zo­wa­nemu libe­ra­li­zmowi.

Jed­nym z powo­dów, aby nie­po­koić się demo­kra­tycz­nie wybra­nymi zwo­len­ni­kami rzą­dów sil­nej ręki, jest wła­śnie fakt, że ich zacho­wa­nie i reto­ryka tak wyraź­nie współ­grają z zacho­wa­niem auto­kra­tów. To ude­rza­jące, że w przy­padku Donalda Trumpa jako jedni z pierw­szych alarm pod­nie­śli ludzie mający za sobą przej­ścia z auten­tycz­nie auto­kra­tycz­nymi reżi­mami. W szcze­gól­no­ści rosyj­scy wygnańcy Garri Kaspa­row i Masza Ges­sen nader jasno wska­zy­wali, że zacho­wa­nie Trumpa przy­wo­dzi na myśl Putinak12. Tyle że Stany Zjed­no­czone nie były pod tym wzglę­dem odosob­nioną aber­ra­cją w zachod­nim świe­cie. Inne sys­temy poli­tyczne, które w zało­że­niu miały bazo­wać na insty­tu­cjach, pra­wach i par­tiach poli­tycz­nych, rów­nież zaczęły pro­du­ko­wać auto­kra­tów w rodzaju Naren­dry Modiego, Jaira Bol­so­naro czy Rodriga Duterte.

Zwrot w kie­runku modelu sil­nej wła­dzy nastą­pił rów­nież w pań­stwach już wcze­śniej auto­ry­tar­nych. Chiny i Ara­bia Sau­dyj­ska ni­gdy nie zali­czały się do kra­jów demo­kra­tycz­nych, lecz przed nasta­niem Xi Jin­pinga i MBS ich przy­wódz­two miało postać bar­dziej kolek­tywną i sku­piało się odpo­wied­nio wokół Komu­ni­stycz­nej Par­tii Chin i sau­dyj­skiej rodziny kró­lew­skiej. Tym­cza­sem jed­nak w ostat­nich latach w oby­dwu pań­stwach zaob­ser­wo­wano zmianę stylu spra­wo­wa­nia rzą­dów na bar­dziej oso­bi­sty.

W rezul­ta­cie takiego mię­dzy­na­ro­do­wego zwrotu ku sper­so­na­li­zo­wa­nej poli­tyce obec­nie trud­niej zacho­wać jasny podział świa­tów auto­ry­ta­ry­zmu i demo­kra­cji. Zgod­nie z tra­dy­cją ame­ry­kań­scy pre­zy­denci czy­nili wyraźne roz­róż­nie­nie mię­dzy "wol­nym świa­tem" (na czele któ­rego stały Stany) i pań­stwami nie­de­mo­kra­tycz­nymi. Donald Trump pomniej­szał jed­nak stop­niowo zna­cze­nie tej róż­nicy. Kiedy w 2015 roku zwró­cono jego uwagę na fakt, że pre­zy­dent Putin (któ­rego Trump dopiero co wychwa­lał) zabija dzien­ni­ka­rzy i poli­tycz­nych prze­ciw­ni­ków, Trump odparł: "Wydaje mi się, że nasz kraj też sporo zabija"k13. Już jako pre­zy­dent podzie­lił się z Bobem Woodwar­dem nastę­pu­ją­cym spo­strze­że­niem: "Świet­nie się doga­duję z Erdo?anem... Im ci goście są twardsi i wred­niejsi, tym lepiej się z nimi doga­duję".

Zamiast bro­nić wol­no­ści prasy jako ele­men­tar­nej cechy wol­nego spo­łe­czeń­stwa, Trump poświę­cał czas kry­ty­ko­wa­niu "fake-new­so­wych mediów". Pod­czas gdy można by od niego ocze­ki­wać, że będzie wychwa­lał ame­ry­kań­skie nie­za­wi­słe sądow­nic­two i wolne wybory, ganił sędziów za stron­ni­czość, jeżeli ośmie­lili się orzec nie po jego myśli, a także pod­jął próbę oba­le­nia wyni­ków wybo­rów w 2020 roku, ogła­sza­jąc, jakoby zostały sfał­szo­wane. Jego zacho­wa­nie oraz sto­so­wany prze­zeń język przy­swo­ili sobie inni przy­wódcy w kra­jach demo­kra­tycz­nych. Zarówno Netan­jahu w Izra­elu, jak i Bol­so­naro w Bra­zy­lii uskar­żali się na "fake newsy" oraz "głę­bo­kie pań­stwo" dzia­ła­jące prze­ciwko nim. Kiedy w 2021 roku Netan­jahu stra­cił wła­dzę, zaczął na podo­bień­stwo Trumpa for­mu­ło­wać zarzuty, wedle któ­rych był ofiarą "naj­więk­szego oszu­stwa wybor­czego (...) w dzie­jach jakie­go­kol­wiek pań­stwa demo­kra­tycz­nego".

Wyma­za­nie jed­no­znacz­nej gra­nicy oddzie­la­ją­cej przy­wód­ców sys­te­mów demo­kra­tycz­nych i auto­ry­tar­nych sta­no­wiło od dzie­się­cio­leci jeden z głów­nych celów dla auto­ry­tar­nych wład­ców. Na początku dłu­giego pano­wa­nia Wła­di­mira Putina w Rosji spo­tka­łem się na Kremlu z jego rzecz­ni­kiem Dmi­tri­jem Pie­sko­wem. Wyga­szacz ekranu na moni­to­rze jego kom­pu­tera miał postać obra­ca­ją­cych się cyta­tów z 1984 Orwella - "wojna to pokój", "wol­ność to nie­wola" i tak dalej. Kiedy spy­ta­łem go o pewne podej­mo­wane wów­czas przez pre­zy­denta dzia­ła­nia o cha­rak­te­rze repre­syj­nym, Pie­skow z uśmie­chem odparł, że "wszyst­kie nasze sys­temy są nie­do­sko­nałe". Obrany przez Trumpa dys­kurs zda­wał się potwier­dzać to tra­dy­cyjne już nasta­wie­nie Rosjan i Chiń­czy­ków. Oto tra­fił się ame­ry­kań­ski pre­zy­dent gotów powie­dzieć: my też kła­miemy, my też zabi­jamy, nasze media sieją fejki, wybory się u nas usta­wia, nasze sądy są nie­uczciwe. Jak to ujął spe­cja­li­zu­jący się w kwe­stiach chiń­skich histo­ryk Rana Mit­ter: "Dys­kurs anty­li­be­ralny służy Chi­nom, uła­twia bowiem czy­nie­nie suge­stii, że nie ma fun­da­men­tal­nych róż­nic mię­dzy pań­stwem auto­ry­tar­nym a demo­kra­tycz­nym (...) że róż­nią się stop­niem nasi­le­nia, a nie typem"k14.

Przed­sta­wieni w tej książce przy­wódcy pre­fe­ru­jący rządy sil­nej ręki nie są "wszy­scy tacy sami". Są co prawda do sie­bie podobni, jed­nak to, co ich różni, jest istotne i poucza­jące. Można wyróż­nić cztery prze­kro­jowe cechy wspólne dla stylu sil­nej ręki: two­rze­nie kultu jed­nostki, pogarda dla pra­wo­rząd­no­ści, twier­dze­nie, jakoby repre­zen­to­wało się praw­dzi­wych ludzi wbrew eli­tom (innymi słowy popu­lizm), oraz poli­tyka napę­dzana stra­chem i nacjo­na­li­zmem.

Przy­wódcy o sil­nej ręce pra­gną być postrze­gani jako nie­odzowni. Ich celem jest prze­ko­na­nie ludzi, że tylko oni mogą oca­lić naród. "Tylko ja mogę to napra­wić" - mówił Ame­ry­ka­nom Trump. Roz­róż­nie­nie mię­dzy pań­stwem a jego przy­wódcą się zaciera, przez co per­spek­tywa zastą­pie­nia takiego lidera zwy­kłym śmier­tel­ni­kiem zaczyna zda­wać się groźna czy wręcz nie­wy­obra­żalna. W ide­al­nych warun­kach zyskują oni podziw ze względu na nie tylko swą siłę, ale rów­nież walory moralne i inte­lekt.

To też jest cecha cha­rak­te­ry­styczna, która łączy auto­kra­cje i pań­stwa demo­kra­tyczne. W Chi­nach Xi Jin­ping wiele uczy­nił dla odtwo­rze­nia kultu jed­nostki, który ostat­nio widziano w tym kraju za cza­sów Mao Zedonga. "Myśl Xi Jin­pinga" została włą­czona do chiń­skiej kon­sty­tu­cji, wcze­śniej takie wyróż­nie­nie spo­tkało jedy­nie wła­śnie Mao. Usu­nięto limity doty­czące kaden­cji na sta­no­wi­sku pre­zy­denta, co teo­re­tycz­nie pozwala Xi rzą­dzić doży­wot­nio. W 2020 roku w Szan­ghaju poka­zano mi nawet mural uliczny uka­zu­jący prze­wod­ni­czą­cego z biją­cymi z jego głowy pro­mie­niami słońca.

Tego rodzaju bał­wo­chwal­stwo łatwiej wpro­wa­dza się w dyk­ta­tu­rze. Kult jed­nostki zago­ścił też jed­nak w świa­tach pół­de­mo­kra­tycz­nych i demo­kra­tycz­nych. W Indiach kam­pa­nie wybor­cze ugru­po­wa­nia BJP sku­piły się wokół Modiego i jego twier­dzeń o wła­snej mądro­ści, sile i oso­bi­stej moral­no­ści. Jak to ujął Rama­chan­dra Guha, czo­łowy histo­ryk Indii: "Od maja 2014 roku ogrom pań­stwo­wych środ­ków prze­zna­czono na uczy­nie­nie pre­miera twa­rzą każ­dego pro­gramu, każ­dej reklamy, każ­dego pla­katu. Modi to Indie, a Indie to Modi"k15.

W Rosji i Tur­cji Putin i Erdo?an rów­nież lan­sują myśl, że mogą się pochwa­lić wyjąt­ko­wymi rela­cjami ze zwy­kłymi ludźmi. W oby­dwu kra­jach prze­pchnięto poprawki do kon­sty­tu­cji, umoż­li­wia­jące oby­dwu poli­ty­kom pozo­sta­wa­nie przy wła­dzy przez dzie­się­cio­le­cia - a wręcz i doży­wot­nio. W innych pań­stwach sze­fo­wie rządu o nacjo­na­li­stycz­nych poglą­dach, tacy jak Shinzo Abe w Japo­nii i Ben­ja­min Netan­jahu w Izra­elu, usta­no­wili nowe rekordy w dłu­go­ści spra­wo­wa­nia urzędu. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych Donald Trump z lubo­ścią wypro­wa­dzał swo­ich prze­ciw­ni­ków z rów­no­wagi, "żar­tu­jąc sobie" na temat prze­dłu­że­nia ośmio­let­niego okresu wła­snej pre­zy­den­tury. Sto­pień, w jakim ame­ry­kań­ska Par­tia Repu­bli­kań­ska pod­dała się kul­towi jed­nostki, dało się zauwa­żyć w 2020 roku, kiedy to pro­gram par­tii na wybory pre­zy­denc­kie ogra­ni­czył się do zwy­czaj­nego stwier­dze­nia, że "Par­tia Repu­bli­kań­ska z entu­zja­zmem wspiera i będzie wspie­rała przy­jętą przez pre­zy­denta dok­trynę Naj­pierw Ame­ryka".

Kolej­nym wspól­nym aspek­tem kultu jed­nostki jest łącze­nie w jedno inte­re­sów przy­wódcy i inte­re­sów pań­stwa. Powsze­dnim zja­wi­skiem jest mia­no­wa­nie na klu­czowe sta­no­wi­ska rzą­dowe człon­ków rodziny władcy. Erdo?an mia­no­wał swego zię­cia Berata Albay­raka mini­strem finan­sów - a póź­niej się z nim pokłó­cił. Trump powie­rzył swo­jemu zię­ciowi Jare­dowi Kush­ne­rowi klu­czową rolę w ame­ry­kań­skiej dyplo­ma­cji i poli­tyce kra­jo­wej. W Bra­zy­lii Jair Bol­so­naro wyko­rzy­stał swo­ich trzech synów - Fla­via, Edu­arda i Car­losa - jako swo­ich zastęp­ców i rzecz­ni­ków, Edu­arda zaś mia­no­wał amba­sa­do­rem Bra­zy­lii w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Na Fili­pi­nach Rodrigo Duterte opty­mal­nego kan­dy­data na swo­jego następcę widział we wła­snej córce Sarze. Osta­tecz­nie wybrano ją na wice­pre­zy­denta u boku pre­zy­denta Bong­bonga Mar­cosa, syna nie­gdy­siej­szego dyk­ta­tora Fili­pin Fer­di­nanda Mar­cosa. W Wiel­kiej Bry­ta­nii Boris John­son wcią­gnął swego brata Jo w skład gabi­netu, a następ­nie zapew­nił mu miej­sce w Izbie Lor­dów.

Przy­wódcy rzą­dzący silną ręką są też zazwy­czaj prze­ko­nani, że insty­tu­cje i prawo sta­no­wią prze­szkody na dro­dze do tego, co musi zostać zro­bione. To rów­nież trend obecny zarówno w demo­kra­cjach, jak i w reżi­mach auto­kra­tycz­nych - acz­kol­wiek w zależ­no­ści od kon­tek­stu poli­tycz­nego przy­biera on odmienne posta­cie. Zanim rządy objął Xi Jin­ping, przed­sta­wi­ciele myśli libe­ral­nej w Chi­nach naci­skali na przy­zna­nie chiń­skim sądom pew­nego stop­nia nie­za­wi­sło­ści od wła­dzy Komu­ni­stycz­nej Par­tii Chin. Xi odrzu­cił takie podej­ście i umoc­nił hege­mo­nię kie­ro­wa­nej przez sie­bie par­tii, argu­men­tu­jąc: "Ni­gdy nie powin­ni­śmy podą­żyć ścieżką zachod­niego "kon­sty­tu­cjo­na­li­zmu", "trój­po­działu wła­dzy" czy też "nie­za­wi­sło­ści sądów""k16.

Na Zacho­dzie nowe poko­le­nie przy­wód­ców spra­wu­ją­cych rządy sil­nej ręki czę­sto w pierw­szej kolej­no­ści brało na cel wła­śnie nie­za­wi­słość sys­temu sądow­nic­twa. Jed­nym z prio­ry­te­to­wych ruchów rzą­dów Węgier i Pol­ski pod kie­row­nic­twem Vik­tora Orbána i Jaro­sława Kaczyń­skiego była zmiana panu­ją­cego w kraju ładu kon­sty­tu­cyj­nego w celu pod­po­rząd­ko­wa­nia sobie sądów. W Wiel­kiej Bry­ta­nii, gdzie Sąd Naj­wyż­szy Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa orze­kał wbrew sta­no­wi­sku rządu w waż­nych kwe­stiach zwią­za­nych z Bre­xi­tem, jego sędzio­wie zostali zaata­ko­wani na łamach przy­chyl­nej John­so­nowi "Daily Mail" jako "wro­go­wie ludu". W Sta­nach Zjed­no­czo­nych Trump sfor­mu­ło­wał to nastę­pu­jąco: "Kiedy ktoś jest pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych, to ma wła­dzę totalną"k17.

Dla przy­wódcy rzą­dzą­cego silną ręką prawo nie jest czymś, czego sam ma prze­strze­gać, lecz sta­nowi poli­tyczny oręż, któ­rego można użyć prze­ciwko wro­gom. Szef taj­nych służb Sta­lina Ław­rien­tij Beria ujął to naj­le­piej, for­mu­łu­jąc mak­symę: "Daj­cie mi czło­wieka, a para­graf się znaj­dzie". Wtrą­ca­nie prze­ciw­ni­ków poli­tycznych do wię­zień to stan­dar­dowa prak­tyka. Jed­nym z wcze­śniej­szych sygna­łów wska­zu­ją­cych na to, że Rosja Wła­di­mira Putina prze­mie­niła się w reżim auto­kra­tyczny, była chwila, kiedy w 2005 roku pre­zy­dent dopil­no­wał, by spra­wia­jący mu kło­poty oli­gar­cha Michaił Cho­dor­kow­ski został osą­dzony i uwię­ziony. Metoda ta sto­so­wana jest na­dal, dzięki niej w 2021 roku do łagru został zesłany lider opo­zy­cji Alek­siej Nawalny. Kiedy wła­dzę w Chi­nach prze­jął Xi Jin­ping, nie­zwłocz­nie zaini­cjo­wał kam­pa­nię anty­ko­rup­cyjną, w ramach któ­rej aresz­to­wano i ska­zano na pozba­wie­nie wol­no­ści ponad milion osób. Na opór ze strony miesz­kań­ców Hong­kongu zare­ago­wał wtrą­ce­niem do wię­zie­nia lide­rów ruchu demo­kra­tycz­nego. Na Fili­pi­nach sena­torka Leila de Lima, która docie­kała związ­ków mię­dzy Rodri­giem Duterte a dzia­łal­no­ścią szwa­dro­nów śmierci, została aresz­to­wana i osa­dzona w wię­zie­niu pod sfa­bry­ko­wa­nymi zarzu­tami nar­ko­ty­ko­wymi. W Ara­bii Sau­dyj­skiej MBS wyko­rzy­stał kam­pa­nię anty­ko­rup­cyjną, by nastra­szyć i spa­ra­li­żo­wać znaczną część kra­jo­wych elit, które (i tu odro­bina sau­dyj­skiego kolo­rytu) uwię­ził w hotelu Ritz-Carl­ton i zmu­sił do prze­pi­sa­nia czę­ści posia­da­nego majątku. Trump nie dys­po­no­wał takimi mocami, lecz widać było, że chciałby je mieć. Przy oka­zji wybo­rów pre­zy­denc­kich w 2016 roku wraz ze swo­imi zausz­ni­kami zagrze­wał uczest­ni­ków wie­ców do okrzy­ków "Będzie sie­działa!" pod adre­sem Hil­lary Clin­ton.

Długi okres spra­wo­wa­nia wła­dzy daje sil­no­rę­kim przy­wód­com moż­li­wość obsa­dze­nia swo­imi ludźmi sądów, tak jak usi­ło­wał to zro­bić w Sta­nach Zjed­no­czo­nych Trump. Na Fili­pi­nach Duterte powo­łał do tam­tej­szego sądu naj­wyż­szego przy­chyl­nych mu sędziów. W Tur­cji po ogło­sze­niu przez Erdo?ana w 2016 roku stanu wyjąt­ko­wego czystka zmio­tła ponad cztery tysiące sędziów i pro­ku­ra­to­rów.

Sądy to naj­waż­niej­sza insty­tu­cja, jaką stara się opa­no­wać sil­no­ręki przy­wódca. Wielu auto­kra­tów oka­zuje znie­cier­pli­wie­nie wobec jakich­kol­wiek nie­za­leż­nych insty­tu­cji, które mogłyby ogra­ni­czać bądź kwe­stio­no­wać ich władz­two. Czę­sto celem ata­ków stają się media, a także insty­tu­cje pań­stwowe, jak choćby agen­cje wywia­dow­cze czy też bank cen­tralny. W ciągu kilku mie­sięcy od prze­ję­cia wła­dzy w 2019 roku Amlo pozwal­niał sze­fów wielu mek­sy­kań­skich orga­nów kon­tro­l­nych.

Od kwe­stio­no­wa­nia sądów nie­da­leka już droga do kwe­stio­no­wa­nia samego sys­temu demo­kra­cji elek­to­ral­nej. Anty­de­mo­kra­tyczna natura poli­tyki Trumpa stała się oczy­wi­sta, kiedy pod­jął on próbę unie­waż­nie­nia wyni­ków wybo­rów pre­zy­denc­kich w 2020 roku. Odrzu­ce­nie demo­kra­cji sta­nowi doro­zu­miany ele­ment w logice poli­tyki auto­kra­tów. Jak to ujął kie­dyś Erdo?an: "Demo­kra­cja jest jak tram­waj, któ­rym jedziesz do czasu, aż doje­dziesz do swo­jego celu"k18.

Sil­no­ręcy władcy gar­dzą insty­tu­cjami, kochają nato­miast "ludzi". Zazwy­czaj dekla­rują, że odzna­czają się intu­icyj­nym zro­zu­mie­niem i sym­pa­tią dla zwy­kłego ludu. Dla­tego wła­śnie feno­men rzą­dów sil­nej ręki wiąże się ści­śle z popu­li­zmem - to jest sty­lem poli­tyki, który gar­dzi eli­tami i eks­per­tami, wiel­biąc pomy­ślu­nek i odru­chy sza­rego czło­wieka.

Popu­lizm z kolei jest bli­sko zwią­zany ze sty­lem argu­men­ta­cji poli­tycz­nej, który można okre­ślić mia­nem pro­sty­zmuk19. Zakłada on, że w przy­padku zło­żo­nych pro­ble­mów ist­nieją pro­ste roz­wią­za­nia, w któ­rych zasto­so­wa­niu prze­szka­dzają zło­wro­gie siły. Nie­kiedy owe roz­wią­za­nia są tak pro­ste, że da się je pod­su­mo­wać w zale­d­wie paru sło­wach: "Dopro­wadźmy do Bre­xitu", "Zbu­dujmy ten mur". A skoro odpo­wie­dzi na skom­pli­ko­wane pro­blemy mają być takie oczy­wi­ste, ci, któ­rzy unie­moż­li­wiają wpro­wa­dze­nie ich w życie, czę­sto uzna­wani są bądź to za głu­pich, bądź za złych. Kiedy zaś pro­ste roz­wią­za­nia napo­ty­kają trud­no­ści, sil­no­ręki przy­wódca obie­cuje prze­ła­mać prawne bariery, aby tylko dopil­no­wać, by woli ludu stało się zadość.

Przy­wódcy pra­gnący rzą­dzić silną ręką czę­sto twier­dzą, że prawo i insty­tu­cje pań­stwowe sta­no­wią wyłącz­nie nie­po­trzebne prze­szkody, przez które trud­niej jest coś zdzia­łać; z ich per­spek­tywy mące­nie prawa sta­nowi umyślne narzę­dzie pozo­sta­ją­cych w cie­niu elit. Potrzeba sil­nej ręki, aby prze­bić się przez te kno­wa­nia i bariery i zni­we­czyć spi­ski "głę­bo­kiego pań­stwa", nazwa­nego kie­dyś przez Borisa John­sona gro­nem "ludzi, któ­rzy naprawdę rzą­dzą tym kra­jem". Zda­niem pre­miera bry­tyj­skie "głę­bo­kie pań­stwo" spi­sko­wało, aby uda­rem­nić Bre­xitk20. Kon­cep­cja "głę­bo­kiego pań­stwa" od dzie­się­cio­leci funk­cjo­no­wała w Tur­cji, z cza­sem zaś została prze­jęta przez Trumpa, a następ­nie Bol­so­naro, Netan­jahu i innych.

Innym czę­stym celem są podej­rzani cudzo­ziemcy, któ­rzy rze­komo spi­skują prze­ciwko naro­dowi. W Chi­nach Xi Jin­pinga media czę­sto ape­lują do oby­wa­teli o zacho­wa­nie czuj­no­ści wobec spi­sków Zachodu mają­cych na celu podzie­le­nie kraju. Rów­nież poza Chi­nami wielu rzą­dzą­cych silną ręką przy­wód­ców sięga po tego samego stra­szaka - domnie­ma­nego mani­pu­la­tora, który pra­cuje na rzecz glo­ba­li­stycz­nych elit prze­ciwko zwy­kłym ludziom. Jak się o tym jesz­cze prze­ko­namy, finan­si­stę Geo­rge'a Sorosa spo­tkał zaszczyt potę­pie­nia ze strony Wła­di­mira Putina, Donalda Trumpa, Recepa Tay­y­ipa Erdo?ana, Vik­tora Orbána i Jaira Bol­so­naro. Twier­dze­nia, jakoby wal­czyło się w imie­niu sza­rego czło­wieka prze­ciwko świa­to­wym eli­tom, czę­sto, a przy tym zaska­ku­jąco łatwo daje się pogo­dzić z gro­ma­dze­niem olbrzy­mich mająt­ków. Wielu z popu­li­stycz­nych przy­wód­ców - w tym Putin, Orbán i Erdo?an - wyko­rzy­stało swoją wła­dzę poli­tyczną, aby wzbo­ga­cić sie­bie samych, człon­ków swo­ich rodzin bądź przy­ja­ciół.

Sil­no­ręcy przy­wódcy zazwy­czaj pre­zen­tują rów­nież tra­dy­cyjne zapa­try­wa­nia na kwe­stie rodziny, sek­su­al­no­ści i ról płcio­wych. Puti­now­ska Rosja zde­le­ga­li­zo­wała "gejow­ską pro­pa­gandę" i wpro­wa­dziła do kon­sty­tu­cji poprawkę zaka­zu­jącą mał­żeństw jednopłcio­wych. Xi Jin­ping zabro­nił przed­sta­wiać w mediach "znie­wie­ścia­łych" męż­czyzn. Auto­ry­tarni przy­wódcy naj­czę­ściej drwią z "poli­tycz­nej popraw­no­ści", a czę­sto też z poli­ty­czek o poglą­dach libe­ral­nych, jak w przy­padku byłej nie­miec­kiej kanc­lerz Angeli Mer­kel czy pre­mierki Nowej Zelan­dii Jacindy Ardern.

Poli­tyczna baza miło­śni­ków auto­ry­ta­ry­zmu czę­sto przed­sta­wia się ude­rza­jąco jed­na­kowo. W kolej­nych kra­jach w ramach pro­wa­dzo­nych kam­pa­nii ata­ko­wali oni wiel­ko­miej­skie elity, adre­su­jąc swój prze­kaz do miesz­kań­ców mniej­szych miast i wsi. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych Trump zarówno w 2016, jak i w 2020 roku prze­grał w nie­malże wszyst­kich wiel­kich mia­stach. Podzie­lił rów­nież ame­ry­kań­ski elek­to­rat po linii wykształ­ce­nia, dozna­jąc sro­mot­nej porażki w krę­gach absol­wen­tów stu­diów wyż­szych, zara­zem jed­nak zgar­nia­jąc bez mała 80 pro­cent gło­sów bia­łych męż­czyzn bez wykształ­ce­nia wyż­szego. Nie powinno zatem dzi­wić, że w 2016 roku przy­znał otwar­cie: "Uwiel­biam ludzi słabo wykształ­co­nych".

Ten sam sche­mat można zauwa­żyć też poza Sta­nami. W Wiel­kiej Bry­ta­nii 73 pro­cent osób, które opu­ściły szkoły bez jakich­kol­wiek kwa­li­fi­ka­cji, gło­so­wało za wyj­ściem z Unii; z kolei 75 pro­cent absol­wen­tów stu­diów pody­plo­mo­wych opo­wie­działo się za pozo­sta­niem we wspól­no­cie. Na Fili­pi­nach Rodrigo Duterte toczył kam­pa­nię prze­ciwko "impe­rial­nej Manili" i jej libe­ral­nym eli­tom. We Fran­cji w 2017 roku Emma­nuel Macron odniósł cał­ko­wite zwy­cię­stwo w poło­żo­nym cen­tral­nie Paryżu, pod­czas gdy popu­li­ści zro­bili furorę na "zapo­mnia­nej" pro­win­cji. Na Węgrzech i w Pol­sce zwrot ku auto­ry­ta­ry­zmowi wywo­łał reak­cję w postaci maso­wych demon­stra­cji anty­rzą­do­wych w Buda­pesz­cie i War­sza­wie, Orbán i Kaczyń­ski mogli nato­miast liczyć na lojal­ność miesz­kań­ców małych miej­sco­wo­ści oraz wsi.

Jeśli przyj­rzeć się tym pra­wi­dło­wo­ściom, nader łatwo można z per­spek­tywy wiel­ko­miej­skich libe­ra­łów dojść do wnio­sku, że przy­czyn popar­cia dla poli­tyki popu­li­stycz­nej i rzą­dów sil­nej ręki należy się dopa­try­wać w braku wykształ­ce­nia bądź też wręcz głu­po­cie. Tyle że w gospo­dar­kach państw Zachodu owi "słabo wykształ­ceni" naj­praw­do­po­dob­niej mieli oka­zję zauwa­żyć, jak przez ostat­nie dzie­się­cio­le­cia ich wyna­gro­dze­nie staje w miej­scu, a stan­dard życia się obniża. W takich oko­licz­no­ściach moż­li­wość zagło­so­wa­nia na kan­dy­data anty­sys­te­mo­wego wydaje się bar­dzo kusząca. Pokusa staje się tym moc­niej­sza, kiedy sil­no­ręki przy­wódca obie­cuje przy­wró­cić dawne dobre czasy i "na powrót uczy­nić Ame­rykę (albo Rosję, albo Wielką Bry­ta­nię) wielką". W ten oto spo­sób docho­dzimy do ostat­niego ele­mentu stylu poli­tyki sil­nej ręki, któ­rym jest nostal­giczny nacjo­na­lizm.

Nie­malże wszy­scy auto­ry­tarni przy­wódcy uży­wają miej­sco­wych warian­tów słyn­nej dekla­ra­cji Donalda Trumpa. Kiedy pre­zy­dent Xi Jin­ping mówi o "wiel­kim odmło­dze­niu ludu chiń­skiego", jest to w grun­cie rze­czy obiet­nica przy­wró­ce­nia wiel­ko­ści Chi­nom - by kraj ten odzy­skał nale­żytą mu pozy­cję Pań­stwa Środka. Rzą­dzący Chi­nami i USA nie są osa­mot­nieni w roz­ta­cza­nych przed oby­wa­te­lami wizjach odbu­dowy naro­do­wej chwały. Pre­zy­dent Putin okre­ślił roz­pad Związku Radziec­kiego mia­nem kata­strofy, a z przy­wró­ce­nia glo­bal­nej potęgi Rosji uczy­nił główny cel swo­jego urzę­do­wa­nia. Nie­ży­jący już Shinzo Abe jako źró­dło swo­jej inspi­ra­cji wska­zy­wał dzie­więt­na­sto­wieczną epokę restau­ra­cji Meiji, która uczy­niła Japo­nię czo­łową potęgą w Azji. W Indiach Naren­dra Modi stoi na czele ruchu nacjo­na­li­stycz­nego, który odwo­łuje się do hin­du­skiej dumy z chwa­leb­nej i nie­kiedy zmi­to­lo­gi­zo­wa­nej prze­szło­ści, jesz­cze sprzed cza­sów Pań­stwa Wiel­kich Mogo­łów czy Impe­rium Bry­tyj­skiego. Na Węgrzech Vik­tor Orbán dawał do zro­zu­mie­nia, że przyj­dzie czas, by odzy­skać tery­to­ria utra­cone przez Węgry po pierw­szej woj­nie świa­to­wej. W Tur­cji pre­zy­dent Erdo?an dopa­truje się inspi­ra­cji w okre­sie chwały Impe­rium Oto­mań­skiego, które upa­dło na początku lat dwu­dzie­stych XX wieku. Z kolei w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie lan­so­wany przez Borisa John­sona plan "glo­bal­nej Bry­ta­nii" opie­rał się na nostal­gii za cza­sami, gdy Wielka Bry­ta­nia była pierw­szą potęgą świata - nie zaś led­wie jed­nym z dwu­dzie­stu ośmiu człon­ków euro­pej­skiego klubu.

Dostrze­gany na całym świe­cie zwrot w stronę nostal­gicz­nego nacjo­na­li­zmu jest zja­wi­skiem ude­rza­ją­cym, a przy tym rela­tyw­nie nowym. Jesz­cze do nie­dawna w Wiel­kiej Bry­ta­nii i w Sta­nach Zjed­no­czo­nych poli­tycy odno­szący naj­więk­sze suk­cesy spo­glą­dali w przy­szłość. Bill Clin­ton mówił o budo­wa­niu "mostu w XXI wiek". David Came­ron pre­zen­to­wał się nato­miast jako moder­ni­za­tor, któ­remu we współ­cze­snej Wiel­kiej Bry­ta­nii dobrze. Nawet Chiny i Rosja przed nasta­niem wła­dzy Xi Jin­pinga i Wła­di­mira Putina zda­wały się bar­dziej zain­te­re­so­wane wyku­wa­niem nowej przy­szło­ści ani­żeli spo­glą­da­niem wstecz na dawną chwałę czy też roz­pa­mię­ty­wa­niem prze­szłych upo­ko­rzeń.

Aby zro­zu­mieć feno­men sil­no­rę­kich przy­wód­ców, musimy się dokład­nie przyj­rzeć temu, co stwo­rzyło we współ­cze­snym świe­cie poli­tyczne zapo­trze­bo­wa­nie na tego rodzaju postaci.

Przez krótki okres histo­rii świata zda­wało się, że nic nie powinno zagro­zić pro­pa­go­wa­niu libe­ral­nej demo­kra­cji. Od czasu upadku muru ber­liń­skiego w 1989 roku wiel­kie nie­wia­dome gospo­dar­cze i poli­tyczne zda­wały się roz­strzy­gnięte. W gospo­darce roz­wią­za­niem był wolny rynek. W poli­tyce - demo­kra­cja. W geopoli­tyce - Stany Zjed­no­czone zostały jedy­nym super­mo­car­stwem. W obsza­rze spo­łecz­nym oczy­wi­stą drogą naprzód było posze­rza­nie praw kobiet i mniej­szo­ści. Wobec roz­strzy­gnię­cia wszel­kich kwe­stii zasad­ni­czych rola rządu spro­wa­dzała się do "admi­ni­stro­wa­nia nie­uchron­nym", jak to ujął nie­miecki inte­lek­tu­ali­sta i dyplo­mata Tho­mas Bag­gerk21.

Nie­kwe­stio­no­wane postępy libe­ra­li­zmu trwały nie­spełna dwa­dzie­ścia lat. Od 2007 roku Wła­di­mir Putin zaczął otwar­cie odrzu­cać poli­tyczne i stra­te­giczne prze­ko­na­nia sta­no­wiące bazę libe­ral­nego inter­na­cjo­na­li­zmu. Kry­zys finan­sowy i gospo­dar­czy z 2008 roku pod­ko­pał zało­że­nia eko­no­miczne będące pod­stawą libe­ral­nego kon­sen­susu. Ter­minu "neo­li­be­ra­lizm" zaczęto uży­wać - zarówno na lewicy, jak i na pra­wicy - do opi­sy­wa­nia i kry­ty­ko­wa­nia nad­użyć i błę­dów domi­nu­ją­cego sys­temu eko­no­micznego.

Kry­zys finan­sowy z 2008 roku w połą­cze­niu z wojną w Iraku oraz trwa­ją­cym nie­ustan­nie, gwał­tow­nym roz­wo­jem Chin pod­wa­żył rów­nież prze­ko­na­nie o tym, że domi­na­cja Zachodu będzie trwała jesz­cze długo w przy­szło­ści. Kiedy w 2012 roku wła­dzę obej­mo­wał Xi Jin­ping, było już jasne, że geo­po­li­tycz­nego umac­nia­nia się świata zachod­niego nie można dłu­żej uwa­żać za rzecz pewną. Pod­wa­żano rów­nież samo prze­ko­na­nie, że libe­ralna demo­kra­cja sta­nowi naj­lep­szą drogę ku spo­ko­jowi spo­łecz­nemu, oto bowiem w pło­mie­niach zacie­kłej "wojny kul­tu­ro­wej" podziały spo­łeczne na Zacho­dzie ule­gały pogłę­bie­niu.

Wszy­scy opi­sy­wani w tej książce przy­wódcy sil­nej ręki na swój spo­sób sprze­ci­wiają się libe­ral­nemu kon­sen­su­sowi, jaki nie­po­dziel­nie wła­dał po 1989 roku. Ich suk­ces jest oznaką kry­zysu libe­ra­li­zmu. Kry­zys ten ma cha­rak­ter wie­lo­raki, lecz można w nim wyróż­nić cztery aspekty: gospo­dar­czy, spo­łeczny, tech­no­lo­giczny i geo­po­li­tyczny.

W 2017 roku w Hong­kongu Steve Ban­non przed­sta­wił wła­sne wytłu­ma­cze­nie suk­cesu Donalda Trumpa i kon­try prze­ciwko glo­ba­li­za­cji. Sytu­acja była para­dok­salna. Ban­non, były ban­kier z Gold­man Sachs, który oso­bi­ście czer­pał korzy­ści z glo­ba­li­zmu, teraz zapal­czy­wie kry­ty­ko­wał. Swoje poglądy zapre­zen­to­wał za sute wyna­gro­dze­nie gru­pie ope­ru­ją­cych w Azji ban­kierów, któ­rych zarobki zale­żały od współ­pracy gospo­dar­czej mię­dzy Sta­nami Zjed­no­czo­nymi a Chi­nami, którą on tak pra­gnął roz­mon­to­wać.

Ban­non w świe­cie zachod­niej poli­tyki pla­suje się na skraj­nej pra­wicy. Ude­rzyło mnie jed­nak - a sie­dzia­łem wśród widowni - jak bar­dzo jego wywód pokrywa się z poglą­dami lewicy. Argu­men­to­wał, że korze­nie popu­li­stycz­nej rewolty, która dopro­wa­dziła do Bre­xitu i wyboru Trumpa, się­gają kry­zysu finan­so­wego z 2008 roku. Jego zda­niem nie­umie­jęt­ność uka­ra­nia i wtrą­ce­nia do wię­zień ban­kie­rów uwi­kła­nych w spo­wo­do­wa­nie kata­strofy - w połą­cze­niu z póź­niej­szą sta­gna­cją stan­dar­dów życia zwy­kłych ludzi - w nie­unik­niony spo­sób musiały dopro­wa­dzić do wro­giej reak­cji. Ban­non tłu­ma­czył, że popu­lizm ów przyj­muje warianty pra­wi­cowe bądź lewi­cowe: o ile z pra­wej strony jego sztan­dar wzno­sili Donald Trump w Ame­ryce i Nigel Farage w Wiel­kiej Bry­ta­nii, o tyle ofen­sywą lewi­co­wych popu­li­stów dowo­dzili Ber­nie San­ders i Jeremy Cor­byn. Lecz przy­naj­mniej na Zacho­dzie to pra­wi­cowy popu­lizm doko­nał poli­tycz­nych prze­ło­mów.

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych i w Euro­pie popu­li­ści odnie­śli suk­ces na zanie­dba­nych obsza­rach o wyso­kim bez­ro­bo­ciu, takich jak pół­nocna Fran­cja, ame­ry­kań­ski Pas Rdzy, wschod­nie landy Nie­miec czy pogrą­żone w rece­sji miej­sco­wo­ści na wybrzeżu Anglii. Takie warunki wystę­pują jed­nak nie tylko w Euro­pie Zachod­niej i w Ame­ryce. Fiona Hill, która w Bia­łym Domu Trumpa spe­cja­li­zo­wała się w zagad­nie­niach rosyj­skich, a sama wycho­wała się na pół­noc­nym wscho­dzie Anglii, doszła do prze­ko­na­nia, że Putina wynio­sły do wła­dzy w Rosji czyn­niki podobne do tych, które odpo­wia­dały za zaist­nie­nie popar­cia dla Bre­xitu w Wiel­kiej Bry­ta­nii czy dla Trumpa w Sta­nach. Upa­dek tra­dy­cyj­nych sek­to­rów prze­my­słu, od któ­rych uza­leż­nione były całe regiony, spra­wił, że ludzie zapra­gnęli przy­wódcy, który obie­całby im przy­wró­ce­nie dobro­bytu i sta­bil­no­ści minio­nej epokik22. Jak póź­niej pisała Hill: "Putin korzy­stał z tej samej bazy poli­tycz­nej, co Trump w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, nazna­czo­nej podob­nymi bolącz­kami - star­szej, zło­żo­nej w więk­szo­ści z męż­czyzn, ustę­pu­ją­cej innym pod wzglę­dem wykształ­ce­nia"k23. Lecz o ile pokry­zy­sowa eko­no­mia pomaga nam zro­zu­mieć atrak­cyj­ność popu­li­stycz­nych rzą­dów sil­nej ręki na Zacho­dzie, o tyle nie odpo­wiada na wszyst­kie pyta­nia. Jak na przy­kład wytłu­ma­czyć wzrost popu­lar­no­ści sil­no­rę­kich popu­li­stów w Azji, gdzie stan­dardy życia w ostat­nich latach ule­gły gwał­tow­nej popra­wie?

W Chi­nach i w Indiach eko­no­mia rów­nież ode­grała pewną rolę. O ile przez ostat­nie czter­dzie­ści lat war­tość majątku naro­do­wego tych pierw­szych ogrom­nie wzro­sła, o tyle w wyniku prze­mian gospo­dar­czych prócz zwy­cięz­ców poja­wili się także prze­grani. W latach dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku wielu nie­ren­tow­nym chiń­skim przed­się­bior­stwom pań­stwo­wym pozwo­lono upaść, co dla nawet trzy­dzie­stu milio­nów pra­cow­ni­ków ozna­czało utratę pracy. Ludzie, któ­rzy przy­na­le­żeli do prze­my­sło­wych elit klasy pra­cu­ją­cej, stra­cili swoje miej­sce w spo­łe­czeń­stwiek24. Tak więc w Chi­nach - podob­nie jak w Rosji, Wiel­kiej Bry­ta­nii czy Sta­nach Zjed­no­czo­nych - zaist­niała grupa star­szych, gorzej wykształ­co­nych robot­ni­ków, goto­wych zaufać sil­nemu przy­wódcy, który obieca przy­wró­cić stare, dobre czasy.

Zarówno w Chi­nach, jak i w Indiach desta­bi­li­zu­jące skutki okresu gwał­tow­nej glo­ba­li­za­cji - w tym masowa migra­cja ludzi i prze­my­słu - spo­tę­go­wały nostal­giczną atrak­cyj­ność spo­koj­niej­szej, bar­dziej homo­ge­nicz­nej i sku­pio­nej na naro­dzie prze­szło­ści. Co wię­cej, w więk­szo­ści kra­jów roz­wi­ja­ją­cych się ogromną popu­lar­ność zyskało prze­ko­na­nie, że za sprawą korup­cji zyski z glo­ba­li­za­cji w olbrzy­miej czę­ści tra­fiły do usto­sun­ko­wa­nych elit. W efek­cie oby­wa­tele zaczęli się doma­gać bez­kom­pro­mi­so­wego przy­wódcy, który byłby w sta­nie poza­my­kać zło­czyń­ców w wię­zie­niach. Xi Jin­ping zaraz po doj­ściu do wła­dzy uczy­nił ze swo­jej kam­pa­nii anty­ko­rup­cyj­nej naj­waż­niej­szy ele­ment poli­tyki kra­jo­wej. Na podob­nej zasa­dzie wize­ru­nek Naren­dry Modiego jako zwy­kłego czło­wieka, który wzniósł się ponad swe skromne pocho­dze­nie, sta­nowi pod­stawę jego poli­tycz­nej atrak­cyj­no­ści, pozwa­la­jąc mu twier­dzić, że potrafi two­rzyć nowe moż­li­wo­ści sfru­stro­wa­nym przed­sta­wi­cie­lom klasy śred­niej oraz miesz­kań­com mało­mia­stecz­ko­wych Indii.

Wielu przy­wód­ców rzą­dzą­cych silną ręką w kra­jach nie­za­li­cza­nych do zachod­nich wyko­rzy­stało fru­stra­cje zro­dzone przez słabe pań­stwa, które zda­wały się nie­zdolne do pora­dze­nia sobie z prze­stęp­czo­ścią uliczną i korup­cją elit. Zarówno Rodrigo Duterte na Fili­pi­nach, jak i Jair Bol­so­naro w Bra­zy­lii tra­fili ze swoim prze­ka­zem do ludzi wystra­szo­nych wyso­kimi wskaź­ni­kami zabójstw w mia­stachk25. Bol­so­naro doszedł do wła­dzy na fali publicz­nego znie­sma­cze­nia, gdy skan­dale odsło­niły skalę wszech­obec­nej korup­cji na naj­wyż­szych szcze­blach poli­tyki i biz­nesu.

Poprzez uzna­nie elit en masse za sko­rum­po­wane i ego­istyczne, a także okre­śle­nie sys­temu jako "usta­wio­nego" prze­ciwko sza­remu czło­wie­kowi, popu­li­ści dopo­mo­gli w powsta­niu zapo­trze­bo­wa­nia na kogoś z zewnątrz - kogoś sil­nego, goto­wego wziąć się za bary z zepsu­tym, glo­ba­li­stycz­nym esta­bli­sh­men­tem i wystą­pić w obro­nie zwy­kłych ludzi.

Lecz w poli­tyce sil­nej ręki nie cho­dzi jedy­nie o gospo­darkę. Auto­kra­tyczni lide­rzy naprawdę docho­dzą do głosu dopiero w sytu­acji, gdy bolączki gospo­dar­cze połą­czy się z szer­szymi powo­dami do obaw - takimi jak imi­gra­cja, prze­stęp­czość czy upa­dek narodu.

Wielu z tych nowego rodzaju przy­wód­ców sku­piło się przede wszyst­kim na zagad­nie­niu migra­cji. Pod­czas gdy za sym­bol epoki libe­ral­nej, która nastą­piła po zim­nej woj­nie, można uznać znisz­cze­nie muru ber­liń­skiego, sym­bolem ery rzą­dzą­cych silną ręką stało się zapo­trze­bo­wa­nie na nowe mury - "wielki, piękny mur", który Trump obie­cał posta­wić na gra­nicy z Mek­sy­kiem, zapory wznie­sione przez Vik­tora Orbána, aby powstrzy­mać syryj­skich uchodź­ców przed dosta­niem się na Węgry, mur wybu­do­wany przez rząd Ben­ja­mina Netan­jahu w celu odgro­dze­nia Izra­ela od tery­to­riów pale­styń­skich.

Z punktu widze­nia sil­no­rę­kich popu­li­stów nie­któ­rzy migranci są ewi­dent­nie mniej mile widziani od innych. Jed­nym z pierw­szych aktów Trumpa w roli pre­zy­denta była nie­udana próba zakazu wjazdu do Sta­nów Zjed­no­czo­nych dla wszyst­kich muzuł­ma­nów. Zresztą wyraźną nutę isla­mo­fo­bii da się zauwa­żyć wśród przed­sta­wi­cieli nacjo­na­li­stycz­nego popu­li­zmu zarówno na Zacho­dzie, jak i w Azji. Według ame­ry­kań­skiej i euro­pej­skiej skraj­nej pra­wicy muzuł­mań­ska imi­gra­cja sta­nowi zagro­że­nie dla prze­trwa­nia "cywi­li­za­cji jude­ochrze­ści­jań­skiej".

Mniej­szo­ści muzuł­mań­skie są też ulu­bio­nym celem dla auto­ry­tar­nych przy­wód­ców azja­tyc­kich. W Chi­nach rząd Xi Jin­pinga pod­jął nad­zwy­czajny i zło­wiesz­czy wysi­łek w celu "reedu­ka­cji" muzuł­ma­nów z Sin­kiangu, oskar­ża­nych jed­no­cze­śnie o sepa­ra­tyzm i sprzy­ja­nie ter­ro­ry­zmowi. Ponad milion muzuł­ma­nów zesłano do obo­zów reedu­ka­cyj­nych, co zda­niem nie­któ­rych ozna­cza naj­więk­sze masowe uwię­zie­nie od cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. Admi­ni­stra­cja zarówno Trumpa, jak i Bidena odwa­żyła się okre­ślić spo­sób trak­to­wa­nia Ujgu­rów mia­nem ludo­bój­stwak26.

Anty­mu­zuł­mań­skie resen­ty­menty sta­no­wią też sedno poli­tycz­nej atrak­cyj­no­ści Naren­dry Modiego, to na nich zresztą opiera się część naj­bar­dziej kon­tro­wer­syj­nych decy­zji indyj­skiego pre­miera. W 2019 roku Modi zniósł spe­cjalny sta­tus zamiesz­ka­łego w więk­szo­ści przez muzuł­ma­nów stanu Dżammu i Kasz­mir, czemu towa­rzy­szyły masowe aresz­to­wa­nia, godzina poli­cyjna i odłą­cze­nia inter­netu. Szef indyj­skiego rządu zagro­ził rów­nież wygna­niem bądź uwię­zie­niem setek tysięcy muzuł­ma­nów ze stanu Assam, oskar­ża­nych o to, że w isto­cie są nie­le­gal­nymi imi­gran­tami.

Sil­no­ręcy przy­wódcy czę­sto wyko­rzy­stują głę­boko zako­rze­niony w domi­nu­ją­cej więk­szo­ści lęk, że zosta­nie ona zmu­szona do prze­pro­wadzki, przy oka­zji któ­rej ponie­sie ogromne straty kul­tu­rowe i eko­no­miczne. Teo­ria spi­skowa, według któ­rej muzuł­ma­nie pla­nują prze­jąć Zachód, została roz­pro­pa­go­wana przez takich auto­rów jak Fran­cuz Renaud Camus, któ­rego książka Le grand rem­pla­ce­ment [Wiel­kie zastą­pie­nie] stała się hołu­bio­nym tek­stem skraj­nej pra­wicy. Na Węgrzech Vik­tor Orbán ogło­sił, że wraz z masową migra­cją zagro­żone jest wręcz prze­trwa­nie narodu węgier­skiego. W Izra­elu Ben­ja­min Netan­jahu prze­pchnął ustawę, która defi­niuje Izrael jako pań­stwo narodu żydow­skiego, po czę­ści w odpo­wie­dzi na domnie­mane zagro­że­nie demo­gra­ficzne ze strony arab­skiej mniej­szo­ści.

Per­spek­tywa, wedle któ­rej obecna biała więk­szość w Sta­nach Zjed­no­czo­nych do 2045 roku sta­nie się mniej­szo­ścią, pomo­gła pod­sy­cić spo­łeczne i rasowe lęki, które wynio­sły do wła­dzy Donalda Trumpa. Bada­cze spo­łeczni usta­lili, że zanie­po­ko­je­nie zmia­nami raso­wymi i demo­gra­ficz­nymi pozwa­lało w znacz­nym stop­niu prze­wi­dzieć czy­jeś popar­cie dla Trumpa. Nie­któ­rzy prze­ni­kliwi obser­wa­to­rzy wyra­żają wręcz wąt­pli­wość, czy sama demo­kra­cja będzie w sta­nie wytrzy­mać pre­sję rywa­li­za­cji raso­wych i kon­ku­ren­cji grup spo­łecz­nych. Jak to wyra­ził w 2020 roku Barack Obama: "Ame­ryka to pierw­szy praw­dziwy eks­pe­ry­ment z budowy dużej, wie­lo­et­nicz­nej, wie­lo­kul­tu­ro­wej demo­kra­cji. I wciąż nie wiemy, czy się nam uda..."k27.

Mate­riał dowo­dowy, jakiego dostar­czają inne duże, wie­lo­et­niczne i wie­lo­kul­tu­rowe demo­kra­cje, takie jak Bra­zy­lia i Indie, nie nastraja pod tym wzglę­dem szcze­gól­nie opty­mi­stycz­nie. Spis powszechny prze­pro­wa­dzony w 2010 roku w Bra­zy­lii ujaw­nił, że po raz pierw­szy bia­łych Bra­zy­lij­czy­ków było mniej ani­żeli ich czar­nych i mie­sza­nych roda­ków. Dys­kurs poli­tyczny bra­zy­lij­skiej skraj­nej pra­wicy przy­po­mina argu­men­ta­cję sto­so­waną przez poplecz­ni­ków Trumpa w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Zwo­len­nicy Bol­so­naro czę­sto pod­no­sili, że lewica doszła do wła­dzy w spo­sób nie­le­galny, kupu­jąc głosy mniej­szo­ści raso­wych poprzez trans­fery socjalne bądź też bez­po­śred­nią korup­cję.

Strach przed utratą sta­tusu więk­szo­ści wydaje się mniej racjo­nalny w przy­padku wyznaw­ców hin­du­izmu w Indiach, któ­rzy sta­no­wią nie­malże 80 pro­cent popu­la­cji kraju. To jed­nak nie powstrzy­mało czo­ło­wych postaci w kie­ro­wa­nym przez Modiego ugru­po­wa­niu BJP przed roz­pę­ta­niem kam­pa­nii prze­ciwko tak zwa­nemu "dżi­ha­dowi miło­ści" - rze­ko­memu spi­skowi, w ramach któ­rego muzuł­ma­nie mie­liby się żenić z hin­du­skami w celu osła­bie­nia czy­sto­ści narodu. Pięć sta­nów rzą­dzo­nych przez Indyj­ską Par­tię Ludową wpro­wa­dziło bądź roz­wa­żało wpro­wa­dze­nie praw mają­cych prze­ciw­dzia­łać "dżi­ha­dowi miło­ści"k28.

Auto­ry­ta­ryzm by­naj­mniej nie chroni przed tego rodzaju etnicz­nymi oba­wami i napię­ciami. W Chi­nach około 92 pro­cent popu­la­cji sta­no­wią Chiń­czycy Han. A mimo to okres rzą­dów Xi Jin­pinga cha­rak­te­ry­zuje się nara­sta­jącą para­noją i nie­to­le­ran­cją wobec mniej­szo­ści raso­wych i etnicz­nych. Chen Quan­guo, który z ramie­nia Komu­ni­stycz­nej Par­tii Chin nad­zo­ruje repre­sje w Sin­kiangu, wcze­śniej dosko­na­lił swoją tak­tykę przy­mu­so­wej asy­mi­la­cji w Tybe­cie.

Goto­wość "wzię­cia się" za nie­po­pu­larne grupy - cudzo­ziem­ców, migran­tów, muzuł­ma­nów - sta­nowi inte­gralny ele­ment atrak­cyj­no­ści sil­no­rę­kich przy­wód­ców. Ich maczy­stow­skie emploi ozna­cza też, że z dużym praw­do­po­do­bień­stwem będą się odwo­ły­wać do tra­dy­cyj­nej wizji męskiej siły, oka­zu­jąc wzgardę femi­ni­zmowi i pra­wom spo­łecz­no­ści LGBT. W cza­sach, gdy oby­czaje spo­łeczne pod­le­gają dyna­micz­nym zmia­nom - i to nie tylko na Zacho­dzie - takie odwo­ły­wa­nie się do tra­dy­cyj­nych war­to­ści spo­łecz­nych sta­nowi potężną i być może nie­do­ce­nioną broń w arse­nale nowych reżi­mów auto­ry­tar­nych. W kra­jach tak róż­nych jak Stany Zjed­no­czone, Rosja, Bra­zy­lia, Wło­chy i Indie da się wyróż­nić liczną grupę nie­za­do­wo­lo­nych męż­czyzn (a także pewne grono tra­dy­cyj­nie nasta­wio­nych kobiet) pod­eks­cy­to­wa­nych wizją sta­ro­mod­nego sil­nego przy­wódcyk29.

To, w jak wiel­kim stop­niu linią podziału mię­dzy popu­li­stycz­nymi auto­kra­tami a ich libe­ral­nymi kon­ku­ren­tami jest płeć, wyra­zi­ście uka­zały wybory pre­zy­denc­kie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych w 2016 roku. Kiedy świa­tło dzienne ujrzało nagra­nie, na któ­rym Trump chwa­lił się tym, że "łapie kobiety za cipkę", wiele osób w jego obo­zie oba­wiało się, że ich kan­dy­dat już się nie pod­nie­sie. Lecz skan­dal ten nie prze­szko­dził mu w odnie­sie­niu zwy­cię­stwa. Męż­czyźni w nie­pro­por­cjo­nal­nie więk­szej licz­bie woleli zagło­so­wać na Trumpa ani­żeli na Hil­lary Clin­ton. Moż­liwe więc, że lęk przed kobietą-pre­zy­dentką oka­zał się w wybo­rach z 2016 roku sil­niej­szym czyn­ni­kiem ani­żeli odraza wobec męż­czy­zny, który "łapie za cipki".

Maczy­stow­ski język i postawy przy­bie­rają jesz­cze jaskraw­sze formy u sil­no­rę­kich przy­wód­ców poza Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. Rodrigo Duterte pew­nego razu nik­czem­nie "zażar­to­wał", jak to żałuje, że nie dane mu było uczest­ni­czyć w zbio­ro­wym gwał­cie na zamor­do­wa­nej misjo­narce. W Bra­zy­lii Jair Bol­so­naro wyznał nie­gdyś, że gdyby kie­dy­kol­wiek natknął się na ulicy na cału­ją­cych się męż­czyzn, to ude­rzyłby ich pię­ścią w twarz. Mat­teo Salvini, który aspi­ruje do roli sil­no­rę­kiego przy­wódcy Włoch, machał ze sceny napom­po­wa­nymi sek­slal­kami, porów­nu­jąc do nich swoje poli­tyczne kon­ku­rentki. Wła­di­mir Putin rów­nież sta­rał się zyskać popar­cie pośród kul­tu­ro­wych kon­ser­wa­ty­stów, zarówno zachod­nich, jak i rosyj­skich, regu­lar­nie kry­ty­ku­jąc sza­leń­stwa "popraw­no­ści poli­tycznej" na Zacho­dzie ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem kwe­stii praw osób LGBT i femi­ni­zmu. Kiedy spy­ta­łem Kon­stan­tina Mało­fie­jewa, jed­nego z ide­olo­gów puti­ni­zmu, co uważa za esen­cję zachod­niego libe­ra­li­zmu, ujął to nastę­pu­jąco: "Żad­nych gra­nic mię­dzy pań­stwami i żad­nego roz­róż­nie­nia mię­dzy męż­czyznami a kobie­tami"k30.

Nacjo­na­lizm i tra­dy­cjo­na­lizm kul­tu­rowy nowych auto­kra­tów ozna­czają, że pod wie­loma wzglę­dami są to wodzo­wie nasta­wieni nostal­gicz­nie i spo­glą­da­jący wstecz. W jed­nym klu­czo­wym aspek­cie sil­no­ręcy przy­wódcy oka­zują się jed­nak nad wyraz na bie­żąco ze swo­imi cza­sami: poza kil­koma wyjąt­kami bar­dzo spraw­nie posłu­gują się mediami spo­łecz­no­ścio­wymi. Poja­wie­nie się nowych form komu­ni­ka­cji poli­tycz­nej zasi­liło zwrot ku poli­tyce sil­nej ręki. Trump uczy­nił z Twit­tera swoje pod­sta­wowe narzę­dzie komu­ni­ka­cji. W ten spo­sób nawią­zał bez­po­śred­nią łącz­ność z wybor­cami z pomi­nię­ciem "fake-new­so­wych mediów". Oso­bi­sta więź auto­kra­tycz­nego przy­wódcy i jego zwo­len­ni­ków ma klu­czowe zna­cze­nie dla powsta­nia kultu jed­nostki, a Twit­ter jest w tym celu ide­al­nym medium. W ten spo­sób bra­zy­lij­scy użyt­kow­nicy tej plat­formy obser­wu­jący Bol­so­naro ule­gli fascy­na­cji czło­wie­kiem, któ­rego obwo­łali "legendą". Rów­nież indyj­ska par­tia BJP potrafi korzy­stać z mediów spo­łecz­no­ścio­wych, zaprzę­ga­jąc Face­bo­oka i Twit­tera do budowy popar­cia dla Modiego i do zastra­sza­nia jego prze­ciw­ni­ków.

Face­book i Twit­ter ode­grały klu­czową rolę w pod­ko­py­wa­niu roli tra­dy­cyj­nych mediów jako arbi­tra oddzie­la­ją­cego infor­ma­cje praw­dziwe od fik­cyj­nych. Jeśli cho­dzi o wyko­rzy­sty­wa­nie Face­booka, szlaki prze­tarli dzia­ła­cze kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej Rodriga Duterte w 2016 roku, roz­po­wszech­nia­jąc zmy­ślone histo­rie pre­zen­tu­jące w pozy­tyw­nym świe­tle ich kan­dy­data. Przed­sta­wi­ciele zarządu tego ser­wisu okre­ślili potem Fili­piny jako "pacjenta zero". Parę mie­sięcy póź­niej roz­po­wszech­nie­nie się na Face­booku tre­ści sprzy­ja­ją­cych Trum­powi rów­nież ode­grało new­ral­giczną rolę w tym, że i Ame­ryka docze­kała się swego sil­no­rę­kiego przy­wódcy. Pod­czas gdy tra­dy­cyjne media mają za zada­nie docie­kać, czy dana infor­ma­cja jest praw­dziwa, Face­book pyta swo­ich użyt­kow­ni­ków, czy dany post im się podoba, czy też nie - odwo­łuje się zatem do emo­cji i lojal­no­ści, nie zaś do roz­sądku. Bada­nia prze­pro­wa­dzone w Wiel­kiej Bry­ta­nii pod­czas pan­de­mii COVID-19 wyka­zały, że ludzie, któ­rzy więk­szość wia­do­mo­ści czer­pią z mediów spo­łecz­no­ścio­wych, są znacz­nie bar­dziej skłonni uwie­rzyć w teo­rie spi­skowe. Około 45 pro­cent osób, które wie­rzyły, że rząd umyśl­nie zawyża liczbę zgo­nów spo­wo­do­wa­nych przez COVID-19, więk­szość infor­ma­cji czer­pała z Face­booka; spo­śród tych, któ­rzy odrzu­cali tę teo­rię spi­skową, jedy­nie 19 pro­cent trak­to­wało ser­wis jako swoje źró­dło infor­ma­cjik31.

W począt­ko­wym okre­sie ist­nie­nia inter­netu libe­ralni opty­mi­ści żywili prze­ko­na­nie, że swo­bodny prze­pływ infor­ma­cji nie­uchron­nie będzie sprzy­jać demo­kra­cji, ponie­waż auto­ry­tar­nym wład­com trud­niej będzie cen­zu­ro­wać wia­do­mo­ści. Jest w tym tro­chę prawdy. Nie bez powodu Chiny zablo­ko­wały dostęp do Twit­tera, YouTube'a i Face­bo­oka. W Rosji Alek­siej Nawalny korzy­stał z YouTube'a do publi­ko­wa­nia wysoce szko­dli­wych dla wła­dzy fil­mo­wych mate­ria­łów śled­czych doku­men­tu­ją­cych korup­cyjne poczy­ta­nia Putina i kręgu jego współ­pra­cow­ni­ków. Lecz opty­mizm zwią­zany z wyzwa­la­ją­cym poten­cja­łem mediów spo­łecz­no­ścio­wych należy poważ­nie powścią­gnąć. Nowe plat­formy spo­łecz­no­ściowe oka­zały się zara­zem ide­al­nym śro­do­wi­skiem dla roz­woju ulu­bio­nej przez sil­no­rę­kich przy­wód­ców formy komu­ni­ka­cji poli­tycz­nej, to jest slo­ga­nów bądź nie­wia­ry­god­nych twier­dzeń, które odwo­łują się do emo­cji i z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa będą dys­try­bu­owane przez swo­ich zwo­len­ni­ków na tyle prędko, że tra­dy­cyjne media nie zdążą ich zwe­ry­fi­ko­wać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Wyli­cze­nia te skom­pi­lo­wał Max Roser z Mar­tin School na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim, opie­ra­jąc się na danych z pro­jektu Varie­ties of Demo­cracy. Patrz: our­worl­din­data.org [dostęp: 11.11.2022]. [wróć]

2. Fre­edom House, Fre­edom in the World 2021: Demo­cracy under siege, https://fre­edom­ho­use.org/report/fre­edom-world/2021/demo­cracy-under-siege [dostęp: 11.11.2022]. [wróć]

3. Cytat za: M. Hasan, It wasn't just Trump - every US pre­si­dent has got­ten Putin wrong' MSNBC, 16 czerwca 2021. [wróć]

4. B. Par­kin, R. Buer­gin, Mer­kel says Rus­sia risks harm to itself with nine­te­enth cen­tury ways, Blo­om­berg, 13 marca 2014. [wróć]

5. A Tur­kish Suc­cess Story, "New York Times", 28 stycz­nia 2004. [wróć]

6. N. Kri­stof, Looking for a Jump-Start in China, "New York Times", 5 stycz­nia 2013. Na ten frag­ment zwró­cił moją uwagę Richard McGre­gor w: Xi Jin­ping: The Bac­klash, Lowy Insti­tute, Syd­ney 2019, s. 9. [wróć]

7. T.L. Fried­man, Let­ter from Saudi Ara­bia, "New York Times", 25 listo­pada 2015. [wróć]

8. Tenże, Saudi Ara­bia's Arab Spring At Last, "New York Times", 23 listo­pada 2017. [wróć]

9. G. Rach­man, India needs a jolt and Modi is a risk worth taking, "Finan­cial Times", 28 kwiet­nia 2014. [wróć]

10. Fre­edom House, Fre­edom in the World 2020: A Leader­less Strug­gle for Demo­cracy, https://fre­edom­ho­use.org/report/fre­edom-world/2020/leader­less-strug­gle-demo­cracy [dostęp: 11.11.2022]. [wróć]

11. R. Fra­zin, Biden calls Boris John­son a phy­si­cal and emo­tio­nal clone of Trump, "The Hill", 13 grud­nia 2019. [wróć]

12. Zob. M. Ges­sen, Auto­cracy rules for survi­val, "New York Review of Books", 10 listo­pada 2016. Dla kon­tra­stu, pod­czas zim­nej wojny sowieccy dysy­denci zazwy­czaj nie trak­to­wali poważ­nie zachod­nich libe­ra­łów, któ­rzy twier­dzili, iż dopa­trują się podo­bieństw mię­dzy ZSRR a Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. [wróć]

13. Trump Defends Putin Kil­ling Jour­na­li­sts, Daily Beast, 13 kwiet­nia 2017. [wróć]

14. R. Mit­ter, The world China wants, "Fore­ign Affa­irs", sty­czeń 2021. [wróć]

15. R. Guha, Modi per­so­na­lity cult runs con­trary to BJP's own objec­tions to wor­ship of indi­vi­du­als, Scroll.in, 2 sierp­nia 2020. [wróć]

16. Tamże. [wróć]

17. Mate­riał fil­mowy agen­cji Reu­ters, 14 kwiet­nia 2020. [wróć]

18. Cytat za: Get­ting off the train, "The Eco­no­mist", 6 lutego 2016. [wróć]

19. Zob. N. Rach­man, The Sim­ple­ton Mani­fe­sto, "Per­su­asion", 15 paź­dzier­nika 2020. [wróć]

20. J. John­ston, Boris John­son bla­sted over cla­ims deep state is betray­ing Bre­xit, Poli­tics Home, 14 stycz­nia 2019. [wróć]

21. Roz­mowa z auto­rem, Ber­lin, paź­dzier­nik 2019. [wróć]

22. Tamże. [wróć]

23. F. Hill, There is Nothing For You Here: Fin­ding Oppor­tu­nity in the 21st Cen­tury, Mari­ner Books, Boston 2021, s. 224. [wróć]

24. No job, no house, no welfare, "The Eco­no­mist", 30 maja 1998. [wróć]

25. Zob. R. Foa, Why strong­men win in weak sta­tes, "Jour­nal of Demo­cracy", sty­czeń 2021. [wróć]

26. Geno­cide aside, "The Eco­no­mist", 13 lutego 2021. [wróć]

27. J. Gold­berg, Why Obama fears for our demo­cracy, "Atlan­tic", listo­pad 2020. [wróć]

28. Can you foil the love toni­ght?, "The Eco­no­mist", 19 listo­pada 2020. [wróć]

29. Istotne zna­cze­nie maczy­stow­skich postaw dla sil­no­rę­kich przy­wód­ców na prze­strzeni dzie­jów, takich jak Mus­so­lini, Kadafi, Putin i inni, sta­nowi ważny wątek w książce Ruth Ben-Ghiat pod tytu­łem Strong­men: How They Rise, Why They Suc­ceed, How They Fall, Pro­file Books, Lon­don 2020. [wróć]

30. Roz­mowa z auto­rem, Moskwa, sier­pień 2019. [wróć]

31. M. Easton, Coro­na­vi­rus: Social media spre­ading virus con­spi­racy the­ories, BBC, 18 czerwca 2020. [wróć]