Norwegia oczami łowców zórz - Katarzyna Siedla-Ogińska, Robert Musioł

Kup ebooka

49.90 zł
40.92 zł (40,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O au­to­rach

Był mroź­ny li­sto­pa­do­wy wie­czór, gdy po raz pierw­szy przy­le­cie­li­śmy do Trom­s?. Za­raz po wyj­ściu z sa­mo­lo­tu, po zro­bie­niu za­le­d­wie kil­ku kro­ków, wy­ło­ży­li­śmy się jak dłu­dzy na ob­lo­dzo­nej pły­cie lot­ni­ska. Być może to nie­groź­ne ude­rze­nie w gło­wę spra­wi­ło, że za­ko­cha­li­śmy się w tym re­gio­nie od pierw­sze­go wej­rze­nia - mi­łość ta trwa aż do dziś.

Od tego pa­mięt­ne­go dnia upły­nę­ło już kil­ka lat, ale my da­lej zaj­mu­je­my się tym sa­mym: pra­cu­je­my jako prze­wod­ni­cy po­ma­ga­ją­cy tu­ry­stom z ca­łe­go świa­ta do­świad­czyć pięk­na nie tyl­ko zo­rzy po­lar­nej, ale i ca­łej od­le­głej Pół­no­cy. Jed­nym sło­wem, speł­nia­my ma­rze­nia wie­lu po­dró­żu­ją­cych. W cią­gu tych kil­ku se­zo­nów by­li­śmy świad­ka­mi za­rów­no go­rą­cych okrzy­ków ra­do­ści, jak i za­ma­rza­ją­cych na po­licz­kach łez wzru­sze­nia. Nie po­tra­fi­my się już do­li­czyć za­rę­czyn, choć wie­my, że każ­de z nich były wy­jąt­ko­we.

Ka­sia i Ro­bert

Na­uczy­li­śmy się tak­że od­po­wia­dać na naj­po­pu­lar­niej­sze py­ta­nie, któ­re brzmi: "Ile razy wi­dzie­li­ście zo­rzę?". Wie­my, że dziś wy­star­czy­ło­by po­li­czyć wszyst­kie fol­de­ry wy­peł­nio­ne zdję­cia­mi z po­lo­wań na au­ro­rę. Tych jest spo­ro, bo na tro­pie­nie Świa­teł Pół­no­cy prze­zna­cza­my prak­tycz­nie każ­dy zi­mo­wy wie­czór, czy to z żąd­ny­mi wra­żeń tu­ry­sta­mi, czy też w na­szym wła­snym, skrom­nym to­wa­rzy­stwie. Do­tych­czas by­li­śmy na tyle po­chło­nię­ci pra­cą, że nie mie­li­śmy ni­g­dy oka­zji ani na to, by usys­te­ma­ty­zo­wać na­szą wie­dzę, ani na to, by stwo­rzyć coś w ro­dza­ju po­rad­ni­ka, w któ­rym po­dzie­li­li­by­śmy się na­szym do­świad­cze­niem w po­lo­wa­niu na zo­rzę po­lar­ną. Aż na­de­szła pan­de­mia, a wraz z nią lock­down. Na­gle oka­za­ło się, że dys­po­nu­je­my ogrom­ną ilo­ścią cza­su i w koń­cu nad­szedł mo­ment, aby prze­ka­zać in­nym na­szą wie­dzę.

Do­świad­cze­nie zo­rzy po­lar­nej jest czymś, co za­pa­mię­tu­je się na całe ży­cie, a jej wi­dok czę­sto wra­ca w snach. Po­wo­li za­czy­na uby­wać cza­su na zo­ba­cze­nie Ark­ty­ki w sta­nie, w ja­kim jest dzi­siaj, więc z de­cy­zją o po­dró­ży na Pół­noc trze­ba się spie­szyć. Ta książ­ka to rze­tel­ne źró­dło in­for­ma­cji, dzię­ki niej moż­na od­nieść suk­ces pod­czas po­lo­wa­nia na zo­rzę i owoc­nie wy­ko­rzy­stać czas na zwie­dza­nie. Na na­szym blo­gu Kat and Rob - Łow­cy Zórz sta­ra­li­śmy się umiesz­czać prak­tycz­ne wska­zów­ki. W do­bie in­ter­ne­to­wych pu­bli­ka­cji wciąż jed­nak wie­rzy­my w ma­gię in­try­gu­ją­cych okła­dek i za­pa­chu pa­pie­ru, dla­te­go chce­my Wam za­pre­zen­to­wać owoc na­szej rocz­nej pra­cy w po­sta­ci tego prze­wod­ni­ka. Oprócz prak­tycz­nych po­rad po­sta­no­wi­li­śmy za­wrzeć w nim mnó­stwo hi­sto­rii o pół­noc­nej Nor­we­gii, a tak­że aneg­dot z na­szych wy­jaz­dów oraz pra­cy jako Łow­cy Zórz. Od kie­dy tu­taj miesz­ka­my, do­tar­li­śmy prak­tycz­nie do każ­de­go za­kąt­ka tego re­gio­nu, wy­słu­cha­li­śmy wie­lu ust­nych prze­ka­zów oraz zro­bi­li­śmy set­ki zdjęć. Mamy na­dzie­ję, że dzię­ki temu za­szcze­pi­my w Was choć odro­bi­nę na­szej mi­ło­ści do Pół­no­cy, a w po­dróż po niej wy­ru­szy­cie bo­gat­si w wie­dzę o tym za­kąt­ku świa­ta. Mi­łej lek­tu­ry!

Gdzie leży Pół­noc?

Za­czy­na­jąc lek­tu­rę każ­dej książ­ki, na po­cząt­ku war­to so­bie uzmy­sło­wić, gdzie znaj­du­je się świat w niej przed­sta­wio­ny. Nie bę­dzie­my pi­sać o mi­to­lo­gicz­nej, nie­ist­nie­ją­cej kra­inie z dzieł Tol­kie­na czy z Opo­wie­ści z Na­rnii - pół­noc­na Nor­we­gia to praw­dzi­wy re­gion.

Lecz jak okre­ślić, gdzie koń­czy się Po­łu­dnie, a za­czy­na wspo­mnia­na wcze­śniej Pół­noc, sko­ro na­wet geo­gra­fo­wie wy­róż­nia­ją kil­ka bie­gu­nów pół­noc­nych? Umiej­sco­wie­nie tego geo­gra­ficz­ne­go nie wzbu­dza spo­rów: znaj­du­je się on na dzie­więć­dzie­sią­tym rów­no­leż­ni­ku. Bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne jest wy­zna­cze­nie geo­ma­gne­tycz­ne­go bie­gu­na pół­noc­ne­go, po­nie­waż co roku zmie­nia on swo­je po­ło­że­nie - w tej chwi­li jest gdzieś w oko­li­cach Wy­spy El­le­sme­re'a na wschód od Gren­lan­dii: to istot­na in­for­ma­cja ze wzglę­du na usy­tu­owa­ne pasa zo­rzy po­lar­nej (pi­sze­my o tym w dal­szych roz­dzia­łach) - nie jest to jed­nak miej­sce, któ­re wska­zu­je igła kom­pa­su. Ci, któ­rzy byli har­ce­rza­mi, z pew­no­ścią po­zna­li inne spo­so­by od­czy­ty­wa­nia kie­run­ków świa­ta - mech na ka­mie­niach, gę­ściej uło­żo­ne sło­je ścię­tych drzew od za­wsze wska­zy­wa­ły pół­noc­ną stro­nę - ale bo­daj naj­pew­niej­szą me­to­dą, na któ­rej od wie­ków po­le­ga­no, było wy­pa­try­wa­nie Gwiaz­dy Po­lar­nej.

Po­la­ris znaj­du­je się w gwiaz­do­zbio­rze Ma­łej Niedź­wie­dzi­cy, czy też uży­wa­jąc bliż­szej nam no­men­kla­tu­ry - Ma­łe­go Wozu. Gdy w tych sied­miu gwiaz­dach do­strze­że się wspo­mnia­ny wóz, to Gwiaz­dę Po­lar­ną moż­na zna­leźć na koń­cu jego dy­sz­la. Ła­two ją roz­po­znać, gdyż z re­gu­ły świe­ci naj­ja­śniej. Czę­sto jed­nak lu­dzie szu­ka­ją­cy Po­la­ris błęd­nie uwa­ża­ją, że to naj­ja­śniej­sza gwiaz­da na na­szym nie­bo­skło­nie. Zwy­kle naj­wię­cej bla­sku daje Sy­riusz lub pla­ne­ta We­nus.

Gwiaz­dę Po­lar­ną ła­two roz­po­znać, gdyż z re­gu­ły świe­ci naj­ja­śniej

Skąd w ogó­le wziął się fe­no­men Gwiaz­dy Po­lar­nej i dla­cze­go moż­na ufać tej me­to­dzie wy­zna­cza­nia pół­no­cy, sko­ro cały nie­bo­skłon na­wet w trak­cie jed­nej nocy zmie­nia swo­je po­ło­że­nie? Po­la­ris jest zlo­ka­li­zo­wa­na re­la­tyw­nie bli­sko osi ob­ro­tu kuli ziem­skiej, dla­te­go jej po­zy­cja prak­tycz­nie nie ule­ga zmia­nie. Na­wet je­śli Mały i Wiel­ki Wóz wę­dru­ją wie­czo­rem po nie­bo­skło­nie, to moż­na mieć pew­ność, że Gwiaz­da Po­lar­na na­dal bę­dzie wska­zy­wać kie­ru­nek pół­noc­ny. Oczy­wi­ście im da­lej na pół­noc, tym wspo­mnia­ne kon­ste­la­cje prze­miesz­cza­ją się wy­żej i wy­żej, dla­te­go na Sval­bar­dzie Po­la­ris świe­ci prak­tycz­nie nad gło­wa­mi.

Kra­jo­braz pół­noc­nej Nor­we­gii

Daw­niej po­dróż do kra­iny po­ło­żo­nej da­le­ko na pół­no­cy wio­dła wy­łącz­nie przez te­re­ny dzi­siej­szej Nor­we­gii. Sama na­zwa tego kra­ju nie jest przy­pad­ko­wa i ozna­cza w do­słow­nym tłu­ma­cze­niu wła­śnie "Dro­gę na Pół­noc". An­giel­skie Nor­way wzię­ło swój po­czą­tek od zbit­ki słów north - pół­noc, oraz way - dro­ga, a do­kład­niej od sta­ro­an­giel­skie­go No­r?wegr. Lu­dzi za­miesz­ku­ją­cych te­re­ny Skan­dy­na­wii okre­śla­no mia­nem nord­mann, choć my czę­ściej na­zy­wa­my ich po pro­stu le­gen­dar­ny­mi wi­kin­ga­mi. Co cie­ka­we, zna­ny fran­cu­ski re­gion Nor­man­dia wła­śnie im za­wdzię­cza swo­ją na­zwę. Kto oglą­dał se­rial Wi­kin­go­wie, ten z pew­no­ścią ko­ja­rzy, że w X w. wie­lu wi­kin­gów (Nor­ma­nów) za­sie­dli­ło te­re­ny pół­noc­nej Fran­cji.

Wy­zna­cze­nie gra­nic mię­dzy pół­no­cą a po­łu­dniem w tak dłu­gim kra­ju jak Nor­we­gia jest na­praw­dę trud­nym za­da­niem. Gdy­by za wy­znacz­nik przy­jąć po­ję­cie Ark­ty­ki, to na­wet Trom­s? nie za­li­czy­ło­by się do pół­noc­nej czę­ści Nor­we­gii. Mimo że mia­sto to w fol­de­rach re­kla­mo­wych nie­jed­no­krot­nie po­słu­gu­je się na­zwą ko­ja­rzo­ną z tym re­gio­nem, to we­dług wszel­kich geo­gra­ficz­nych stan­dar­dów znaj­du­je się ono na­wet kil­ka­set ki­lo­me­trów po­ni­żej ark­tycz­nych te­re­nów. Ob­szar Ark­ty­ki wy­zna­cza let­nia izo­ter­ma plus dzie­sięć stop­ni Cel­sju­sza oraz pół­noc­na gra­ni­ca we­ge­ta­cji drzew - mó­wiąc krót­ko, w Ark­ty­ce przez więk­szość cza­su jest zim­no i nie spo­sób zna­leźć tam na­wet spróch­nia­łe­go pnia. Jed­nak sto­su­jąc te nor­my, je­dy­nie naj­dal­sze za­kąt­ki Nor­we­gii moż­na by na­zwać Pół­no­cą. We wspo­mnia­nym ob­sza­rze mie­ści się mniej wię­cej Alta, Nord­kapp oraz Kir­ke­nes, ale bra­ku­je sto­li­cy Fin­n­mar­ku.

Znacz­nie ła­twiej przy­jąć, iż pół­noc­na Nor­we­gia za­czy­na się mniej wię­cej tam, gdzie prze­bie­ga sześć­dzie­sią­ty szó­sty rów­no­leż­nik, czy­li koło pod­bie­gu­no­we. Na tej wy­so­ko­ści w Fin­lan­dii, a do­kład­niej w Ro­va­nie­mi, roz­cią­ga się baj­ko­wa wio­ska Świę­te­go Mi­ko­ła­ja. Być może bę­dzie to za­ska­ku­ją­ce, ale star­szy pan w czer­wo­nym ku­bra­ku wca­le nie miesz­ka na bie­gu­nie, jak nie­któ­rym się wy­da­je, lecz po­sia­da re­al­ny ad­res wła­śnie w Fin­lan­dii (Täh­ti­ku­ja 1, Ro­va­nie­mi 96930). Co roku przyj­mu­je na au­dien­cji rze­sze tu­ry­stów chcą­cych zro­bić so­bie z nim zdję­cie i za­pła­cić za tę przy­jem­ność kil­ka­dzie­siąt euro. Na prze­strze­ni lat chęt­nych było tak wie­lu, że obok ofi­cjal­ne­go domu Świę­te­go Mi­ko­ła­ja po­wstał dru­gi z bliź­nia­czym Mi­ko­ła­jem. Wszyst­ko po to, aby roz­ła­do­wać ko­lej­ki i uczy­nić świę­ta jesz­cze pięk­niej­szy­mi.

W Nor­we­gii jed­nak dzię­ki cie­płe­mu Prą­do­wi Za­to­ko­we­mu na sześć­dzie­sią­tym szó­stym rów­no­leż­ni­ku kli­mat wciąż jest jesz­cze w mia­rę ła­god­ny, a na wy­brze­żu roz­wi­ja się ry­bo­łów­stwo. Koło pod­bie­gu­no­we prze­ci­na na pół re­gion o na­zwie Nor­dland. To pierw­szy ob­szar, któ­ry moż­na za­li­czyć do pół­noc­nej Nor­we­gii. Zresz­tą już sama na­zwa wska­zu­je, gdzie szu­kać go na ma­pie. Okre­śle­nie "Nor­dland" to w wol­nym tłu­ma­cze­niu Pół­noc­na Kra­ina. Re­gion ten jed­nak do złu­dze­nia przy­po­mi­na po­łu­dnio­wą część Nor­we­gii - w kra­jo­bra­zie do­mi­nu­ją sze­ro­kie fior­dy, pa­stwi­ska za­peł­nio­ne sku­bią­cy­mi so­czy­stą, zie­lo­ną tra­wę owca­mi. Rów­nież gę­stość za­lud­nie­nia jest po­dob­nie wy­so­ka, je­śli w ogó­le moż­na mó­wić o ta­kim pa­ra­me­trze w kon­tek­ście tego kra­ju.

Lo­fo­ty to jed­no z naj­po­pu­lar­niej­szych i naj­bar­dziej ob­le­ga­nych miejsc w ca­łej Nor­we­gii

Ten ob­szar sły­nie też z praw­dzi­wej per­ły, żeby nie po­wie­dzieć klej­no­tu w ko­ro­nie - Lo­fo­tów. Z roku na roku przy­cią­ga­ją one co­raz wię­cej tu­ry­stów, za­rów­no la­tem, jak i zimą. Ar­chi­pe­lag zło­żo­ny z wysp i wy­se­pek z ma­low­ni­czy­mi wio­ska­mi ry­bac­ki­mi i gó­ru­ją­cy­mi nad nimi strze­li­sty­mi szczy­ta­mi two­rzy nie­po­wta­rzal­ny pej­zaż. Mniej wię­cej od Lo­fo­tów przez całe wy­brze­że pół­noc­nej Nor­we­gii cią­gną się ogrom­ne ste­la­że, na któ­rych wio­sną su­szy się dzie­siąt­ki ton dor­szy. Spe­cy­ficz­ny za­pach do­cho­dzą­cy z tych miejsc sta­no­wi ko­lej­ną ozna­kę, że to pół­noc­na część Nor­we­gii.

Wa­run­ki dro­go­we na Pół­no­cy

Dziś wspo­mnia­ną wcze­śniej "dro­gę na pół­noc" wy­zna­cza eu­ro­pej­ska tra­sa E6, nie­gdyś roz­po­czy­na­ją­ca się w Rzy­mie, a dziś ofi­cjal­nie w Skan­dy­na­wii na wy­brze­żu Bał­ty­ku, i cią­gną­ca się aż do ostat­nie­go por­tu w Kir­ke­nes. Z jej trzech ty­się­cy ki­lo­me­trów po­nad ty­siąc czte­ry­sta znaj­du­je się w pół­noc­nej Nor­we­gii - po­dą­ża­jąc nią, naj­ła­twiej do­strzec po­ja­wia­ją­ce się róż­ni­ce i po­czuć, kie­dy wkra­cza się na Pół­noc.

Wszyst­ko za­czy­na się od mia­sta Mo i Rana. Stop­nio­wo sta­da owiec ustę­pu­ją miej­sca rze­szom prze­cha­dza­ją­cych się re­ni­fe­rów, z la­sów zni­ka­ją do­brze nam zna­ne sar­ny i je­le­nie, po­ja­wia­ją się dwu­ję­zycz­ne na­zwy miej­sco­wo­ści - po nor­we­sku i sa­am­sku, czy­li w ję­zy­ku rdzen­nej lud­no­ści La­po­nii. Nie ma też pól upraw­nych i du­żych go­spo­darstw rol­nych.

Mniej wię­cej po­wy­żej Na­rwi­ku, w któ­rym do dziś znaj­du­ją się gro­by pol­skich żoł­nie­rzy z cza­sów II woj­ny świa­to­wej, za­czy­na się ko­lej­ny re­gion ad­mi­ni­stra­cyj­ny Troms og Fin­n­mark. W stycz­niu 2020 r. de­cy­zją rzą­du cen­tral­ne­go z dwóch re­gio­nów Troms i Fin­n­mark po­wstał je­den - jed­no­cze­śnie stał się naj­więk­szym, a za­ra­zem naj­rza­dziej za­lud­nio­nym okrę­giem w Nor­we­gii. W na­szym od­czu­ciu róż­ni­ce mię­dzy tymi ob­sza­ra­mi są na tyle duże, że war­to opi­sać je osob­no.

Od słyn­ne­go Na­rwi­ku roz­cią­ga się okręg Troms - gra­ni­cę ła­two za­uwa­żyć wcze­snym la­tem, kie­dy to zie­lo­ne łąki na­gle za­stę­pu­je po­żół­kła tra­wa, a drze­wa z każ­dym po­ko­na­nym ki­lo­me­trem nik­ną w oczach. W tym re­gio­nie do­mi­nu­ją kar­ło­wa­te i po­wy­gi­na­ne przez wiatr brzo­zy, a wśród ską­pej ro­ślin­no­ści moż­na na­po­tkać już tyl­ko re­ni­fe­ry i ło­sie. Więk­szość osad jest usy­tu­owa­na na wy­brze­żu, do­mi­nu­je tu ry­bo­łów­stwo. Trom­s?, sto­li­ca i naj­więk­sze mia­sto re­gio­nu, z roku na rok zy­sku­je na zna­cze­niu i po­pu­lar­no­ści. Od nie­daw­na sta­ło się rów­nież sto­li­cą zo­rzy po­lar­nej, głów­nie za spra­wą du­że­go por­tu lot­ni­cze­go ob­słu­gu­ją­ce­go tak­że bez­po­śred­nie loty z Pol­ski oraz ła­god­ne­go kli­ma­tu, dzię­ki któ­re­mu tu­ry­ści nie mu­szą do­świad­czać sy­be­ryj­skich mro­zów, aby uj­rzeć pięk­no Au­ro­ry Bo­re­alis.

Po­dró­żu­jąc da­lej dro­gą E6, tuż przed Altą do­cie­ra się do re­gio­nu Fin­n­mark, naj­rza­dziej za­lud­nio­ne­go - do­bit­nie świad­czą o tym mi­ja­ne po dro­dze do­mo­stwa. W Fin­n­mar­ku ła­twiej spo­tkać jed­ne­go z dwu­stu ty­się­cy ży­ją­cych tu re­ni­fe­rów niż czło­wie­ka. To tu­taj za­czy­na się gra­ni­ca Ark­ty­ki, bez­pow­rot­nie zni­ka­ją drze­wa i wo­kół roz­po­ście­ra się tyl­ko sub­ark­tycz­na tun­dra zdo­mi­no­wa­na przez mchy i po­ro­sty. Dużą spo­łecz­ność sta­no­wią rdzen­ni Sa­amo­wie za­miesz­ku­ją­cy przede wszyst­kim oko­li­ce Ka­ra­sjok, sto­li­cy kul­tu­ry Sa­ami. Lud­ność w tym okrę­gu trud­ni się głów­nie ho­dow­lą re­ni­fe­rów i ry­bo­łów­stwem, a od nie­daw­na tak­że tu­ry­sty­ką. Brak per­spek­tyw spra­wia, że mło­dzi opusz­cza­ją swo­je ro­dzin­ne stro­ny i wy­jeż­dża­ją do in­nych czę­ści Nor­we­gii. Dla miesz­kań­ców Fin­n­mar­ku Sy­den, czy­li po­łu­dnie, to do­syć am­bi­wa­lent­ne po­ję­cie, mo­gą­ce ozna­czać za­rów­no Trom­s?, Oslo, jak i Wy­spy Ka­na­ryj­skie. Wszyst­ko dla­te­go, iż z tu­tej­szej per­spek­ty­wy wszyst­ko znaj­du­je się po­ni­żej.

Dro­ga E6 koń­czy się w Kir­ke­nes, tuż przy gra­ni­cy ro­syj­skiej. Jest to praw­do­po­dob­nie je­dy­ne tak pil­nie strze­żo­ne nor­we­skie przej­ście gra­nicz­ne. Jak na­uczy­ła Nor­we­gów hi­sto­ria, atak (choć w cza­sach II woj­ny świa­to­wej był na­zy­wa­ny oswo­bo­dze­niem) może na­dejść wła­śnie z tej stro­ny. Wzdłuż rze­ki Ja­kob­se­lva w XIX w. po­mię­dzy nor­we­ski­mi a ro­syj­ski­mi ry­ba­ka­mi trwał spór o pra­wo do po­ło­wów w tym re­gio­nie. Nor­we­go­wie, nie chcąc wy­wo­ły­wać kon­flik­tu mi­li­tar­ne­go, po­sta­no­wi­li ozna­czyć swo­je te­ry­to­rium i wy­bu­do­wa­li mały ko­ściół pro­te­stanc­ki w Gren­se Ja­kob­selv. W ten spo­sób osta­tecz­nie wy­ty­czo­no gra­ni­cę po­mię­dzy pra­wo­sław­ny­mi Ro­sja­na­mi a pro­te­stanc­ki­mi Nor­we­ga­mi, bez an­ga­żo­wa­nia sił zbroj­nych.

W trak­cie zim­nej woj­ny NATO stwo­rzy­ło plan obro­ny Nor­we­gii, któ­ry za­kła­dał... bo­ha­ter­skie od­da­nie bez wal­ki bez­war­to­ścio­we­go dla wspól­no­ty Fin­n­mar­ku. Pierw­sze umoc­nie­nia woj­sko­we znaj­du­ją się do­pie­ro w oko­li­cach Alp Lyn­gen, gdzie w za­ło­że­niu mie­li się bro­nić Nor­we­go­wie, a naj­bliż­sza dy­wi­zja pan­cer­na sta­cjo­nu­je w Bar­du­foss, go­dzi­nę jaz­dy na po­łu­dnie od Trom­s?. Nie­opo­dal Kir­ke­nes, w Var­d?, umiesz­czo­no ra­da­ry, któ­re jak po­wie­dzia­no lo­kal­nym miesz­kań­com, mają rze­ko­mo mo­ni­to­ro­wać po­go­dę. W rze­czy­wi­sto­ści Var­d? jest wy­su­nię­tym naj­da­lej na pół­noc­ny wschód mia­stecz­kiem Nor­we­gii, wci­na­ją­cym się już w te­ry­to­rium Ro­sji - dla­te­go uzna­no je za ide­al­ne miej­sce do śle­dze­nia po­czy­nań nie do koń­ca god­nych za­ufa­nia są­sia­dów. Aby uzmy­sło­wić so­bie, jak da­le­ko na wscho­dzie jest Var­d?, war­to rzu­cić okiem na mapę. Roz­cią­ga się na trzy­dzie­stym pierw­szym po­łu­dni­ku dłu­go­ści, tym sa­mym, na któ­rym nie­co ni­żej znaj­du­je się tu­rec­ka An­ta­lya.

Wy­spa Som­ma­r?y

Mniej wię­cej taki ob­szar pół­noc­nej czę­ści Nor­we­gii opi­su­je­my w tej książ­ce - od mia­sta Mo i Rana oraz koła pod­bie­gu­no­we­go aż do Kir­ke­nes i taj­gi w Par­ku Na­ro­do­wym Pa­svik. To ob­szar od­po­wia­da­ją­cy jed­nej trze­ciej te­ry­to­rium Pol­ski i za­miesz­ka­ny przez mniej niż pół mi­lio­na lu­dzi. Osob­ny roz­dział po­świę­ci­li­śmy Sval­bar­do­wi - ar­chi­pe­la­go­wi od­da­lo­ne­mu od kon­ty­nen­tal­nej czę­ści Nor­we­gii, któ­ry na mocy mię­dzy­na­ro­do­wych trak­ta­tów tra­fił pod pro­tek­to­rat Nor­we­gów, lecz w któ­rym pa­nu­ją zu­peł­nie inne pra­wa niż na lą­dzie. Gdy­by­śmy mie­li wska­zać ja­kieś wspól­ne ele­men­ty obec­ne w tych re­gio­nach, to by­ły­by nimi wszech­obec­ne re­ni­fe­ry i su­ro­wość kli­ma­tu, do któ­re­go przez wie­ki za­ska­ku­ją­co do­brze po­tra­fi­ła się do­sto­so­wać tu­tej­sza lud­ność.

Jak naj­da­lej na pół­noc

Za­nim za­czę­li­śmy pra­cę jako łow­cy zórz po­lar­nych w Trom­s?, w trak­cie na­szych stu­diów przez kil­ka let­nich se­zo­nów za­rzą­dza­li­śmy ho­ste­lem w cen­tral­nej Nor­we­gii, nie­opo­dal zna­nych atrak­cji tu­ry­stycz­nych, ta­kich jak Dro­ga Trol­li czy słyn­ny fiord Ge­iran­ger. Każ­de­go roku przyj­mo­wa­li­śmy na noc­leg rze­sze po­dróż­nych z ca­łej Eu­ro­py. Wie­lu z nich prze­mie­rza­ło Nor­we­gię swo­imi sa­mo­cho­da­mi lub mo­to­cy­kla­mi i do­cie­ra­ło aż na Nord­kapp, czy­li jak się po­wszech­nie uwa­ża, na naj­da­lej wy­su­nię­ty na pół­noc punkt Eu­ro­py.

Szcze­gól­nie dużą gru­pę sta­no­wi­li Wło­si, któ­rzy na swo­ich mo­to­rach pla­no­wa­li prze­je­chać całą le­gen­dar­ną E6, sta­rą dro­gę cią­gną­cą się od Rzy­mu aż na pół­noc Nor­we­gii. W za­leż­no­ści od tem­pa po­dróż zaj­mo­wa­ła im naj­czę­ściej od oko­ło dwóch do trzech ty­go­dni. W dro­dze po­wrot­nej zwy­kle za­trzy­my­wa­li się tak­że w na­szych skrom­nych pro­gach, a my chęt­nie pod­py­ty­wa­li­śmy ich o wra­że­nia z po­dró­ży na Nord­kapp. We wszyst­kich od­po­wie­dziach na­szych go­ści moż­na było zna­leźć je­den wspól­ny mia­now­nik. Roz­cza­ro­wa­nie. Za­wód, że to już ko­niec tra­sy i nie moż­na pę­dzić da­lej. Na do­da­tek na koń­cu cze­kał szla­ban i kasa bi­le­to­wa. Nor­we­dzy bru­tal­nie zdzie­ra­ją aż dwie­ście sześć­dzie­siąt ko­ron z każ­de­go ma­rzy­cie­la, któ­ry chce za­par­ko­wać swój po­jazd w tym miej­scu i zro­bić so­bie zdję­cie ze słyn­nym glo­bu­sem. Za­ska­ku­ją­cy za­wód w kra­ju, w któ­rym swo­bod­ny do­stęp do na­tu­ry jest praw­nie za­gwa­ran­to­wa­ny.

Nord­kapp, wi­dok z za­cho­du

Jed­nak jak w każ­dej przy­go­dzie i ro­ad­tri­pie przede wszyst­kim li­czy się sama po­dróż, a nie cel, choć wie­le osób, jak się po­tem przy­zna­ło, o tym za­po­mi­na­ło. Zde­cy­do­wa­na więk­szość tu­ry­stów, któ­ra na­rze­ka­ła na Nord­kapp, ni­g­dy nie zbo­czy­ła z głów­nej tra­sy. Chcie­li tyl­ko jak naj­szyb­ciej do­trzeć na Przy­lą­dek Pół­noc­ny i zwy­czaj­nie za­li­czyć wy­su­nię­ty naj­da­lej na pół­noc punkt Eu­ro­py. Być może, gdy­by choć na chwi­lę zwol­ni­li i zje­cha­li z utar­te­go szla­ku, zdo­ła­li­by od­kryć ma­gię pół­noc­nej Nor­we­gii.

Ni­g­dy nie chcie­li­śmy po­głę­biać ni­czy­je­go za­wo­du i zo­sta­wia­li­śmy dla sie­bie tę praw­dę: wy­star­czy spoj­rzeć na mapę, by zdać so­bie spra­wę, że Nord­kapp (71°10'21"N) wbrew po­wszech­nej, lecz błęd­nej opi­nii nie jest tym naj­da­lej na pół­noc wy­su­nię­tym miej­scem. Tuż obok znaj­du­je się nie­co za­nie­dba­ny pół­wy­sep Kni­vskjel­lod­den (71°11'08"N), na któ­re­go ob­sza­rze jest usy­tu­owa­ny rze­czy­wi­ście naj­dal­szy punkt - pół­to­ra ki­lo­me­tra da­lej na pół­noc niż Nord­kapp. Pro­blem w tym, że do miej­sca tego nie pro­wa­dzi żad­na as­fal­to­wa dro­ga i do­stać się tam moż­na je­dy­nie ośmio­ki­lo­me­tro­wym pie­szym szla­kiem. Nie­wie­lu tu­ry­stom od­po­wia­da taki spa­cer i wolą za­do­wo­lić się zdję­ciem ze słyn­ną rzeź­bą.

Rzad­ko kto do­strze­ga rów­nież pe­wien niu­ans. Po­ko­nu­jąc ostat­ni tu­nel w dro­dze na Nord­kapp, zjeż­dża się ze sta­łe­go lądu. Za­rów­no Kni­vskjel­lod­den, jak i Przy­lą­dek Pół­noc­ny znaj­du­ją się na wy­spie Ma­ge­r?ya, czy­li w teo­rii nie są już czę­ścią kon­ty­nen­tal­nej Eu­ro­py. Gdy­by wy­spy li­czo­no jako naj­da­lej wy­su­nię­te punk­ty, to w Eu­ro­pie wy­grał­by przy­lą­dek Fli­ge­ly na Wy­spie Ru­dol­fa (81°50'35''), ale tam do­cie­ra­ją już tyl­ko niedź­wie­dzie po­lar­ne.

Na kon­ty­nen­cie naj­da­lej na pół­no­cy leży przy­lą­dek Kin­na­rod­den (71°08'02"N), do­dat­ko­we sześć go­dzin jaz­dy od Nord­kapp na wschód. Pra­wie nikt przy­by­wa­ją­cy w ce­lach tu­ry­stycz­nych w oko­li­ce Nord­kapp nie za­pusz­cza się aż tak da­le­ko. Wie­lu od­rzu­ca tak­że po­dob­ne dro­bia­zgi, bo to tak jak­by zdo­być Mo­unt Eve­rest i na dole w ba­zie otrzy­mać in­for­ma­cję, iż do­szło do po­mył­ki, w któ­rej wy­ni­ku zgu­bio­no dwa me­try.

Na­szym zda­niem naj­waż­niej­sza jest sama po­dróż. Dro­ga na Nord­kapp wy­da­ła nam się nie­zwy­kle ma­low­ni­cza. W maju cie­li­ły się re­ni­fe­ry, a krót­ko po po­ro­dzie sa­mi­ce zrzu­ca­ły swo­je po­ro­że, więc wró­ci­li­śmy z wy­jaz­du z po­kaź­ną ko­lek­cją ro­gów. Po­nad­to sam do­jazd na Przy­lą­dek Pół­noc­ny zo­stał do­pie­ro co od­śnie­żo­ny, więc je­cha­li­śmy w głę­bo­kim tu­ne­lu, ma­jąc po pra­wej i le­wej stro­nie po­nad dwu­me­tro­we ścia­ny śnie­gu.

Zmie­rza­jąc na Nord­kapp, war­to po­ko­nać osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów ma­low­ni­czą Na­tio­nal Sce­nic Ro­ute do Ha­v?y­sund

Bę­dąc tak da­le­ko na pół­no­cy, war­to do­dat­ko­wo prze­zna­czyć ty­dzień lub dwa na prze­je­cha­nie ca­łe­go wy­brze­ża. Moż­na wów­czas sa­me­mu się prze­ko­nać, gdzie tak na­praw­dę znaj­du­je się "ko­niec świa­ta". A ła­two na nie­go na­tra­fić w każ­dej opusz­czo­nej ry­bac­kiej wio­sce w Fin­n­mar­ku. Zmie­rza­jąc na Nord­kapp, war­to też na chwi­lę zbo­czyć z głów­nej tra­sy i po­ko­nać osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów ma­low­ni­czą Na­tio­nal Sce­nic Ro­ute do Ha­v?y­sund. Jako że la­tem od­by­wa się tam praw­dzi­wy fe­sti­wal ma­so­wej (jak na nor­we­skie wa­run­ki) tu­ry­sty­ki, oso­by, któ­re wolą uni­kać tłu­mów, le­piej będą się tam czu­ły poza se­zo­nem.

Żeby po­znać praw­dzi­we­go du­cha Pół­no­cy, naj­le­piej się udać... da­lej na wschód. Do­je­chać do Kj?l­le­fjor­du lub Ga­mvik, wy­lud­nio­nych wio­sek ry­bac­kich, któ­re lata świet­no­ści mają już za sobą. Jesz­cze da­lej roz­cią­ga się je­den z na­szych ulu­bio­nych par­ków na­ro­do­wych: Va­ran­ger­ha­lv?ya. Dro­ga koń­czy się we wspo­mnia­nym już wcze­śniej Var­d?. Z mia­stecz­ka moż­na po­pły­nąć na wy­spę Hor­n?ya. To z ko­lei wy­su­nię­ty naj­da­lej na pół­noc­ny wschód skra­wek Nor­we­gii, gdzie po­dzi­wiać moż­na dzie­siąt­ki ty­się­cy pta­ków - ma­sko­nu­rów, nu­rzy­ków, kor­mo­ra­nów - i przez chwi­lę po­czuć się jak w środ­ku fil­mu do­ku­men­tal­ne­go z Da­vi­dem At­ten­bo­ro­ugh.

Póź­ną wio­sną służ­by dro­go­we otwie­ra­ją jesz­cze do­dat­ko­wy od­ci­nek dro­gi do za­po­mnia­nej wio­ski Ham­nin­berg. Czter­dzie­sto­ki­lo­me­tro­wa tra­sa jest nie­by­wa­le abs­trak­cyj­na i mo­men­ta­mi na­su­wa sko­ja­rze­nie z księ­ży­co­wy­mi kra­jo­bra­za­mi - szcze­gól­nie la­tem w bla­sku słoń­ca grze­ją­ce­go o pół­no­cy. Je­den z ry­ba­ków po­cho­dzą­cych z Var­d? ostrzegł nas przed ludź­mi z Ham­nin­ber­gu. We­dług męż­czy­zny ko­rze­nie za­pusz­cza­ły tam tyl­ko nie­zrów­no­wa­żo­ne psy­chicz­nie od­lud­ki, na któ­rych na­le­ży uwa­żać. Zło­śli­we­mu są­sia­do­wi naj­wy­raź­niej wy­da­wa­ło się, że miesz­ka w tęt­nią­cej ży­ciem me­tro­po­lii, choć wie­lu mło­dych lu­dzi zdą­ży­ło już opu­ścić te stro­ny i spra­wić, że te­re­ny wo­kół jego mia­sta nie­mal cał­ko­wi­cie prze­kształ­ci­ły się w wid­mo­we oko­li­ce.

Praw­dą jest, że Var­d? ma wie­le wspól­ne­go z No­wym Jor­kiem: wszech­obec­ny stre­et art i wy­jąt­ko­wo pięk­ne gra­fit­ti wy­ma­lo­wa­ne na sta­rych bu­dyn­kach. Spa­ce­ru­jąc po tym dwu­ty­sięcz­nym mie­ście, na­tra­fia się na in­try­gu­ją­cy mo­nu­ment. Pło­ną­ce krze­sło upa­mięt­nia dzie­więć­dzie­siąt je­den osób spa­lo­nych na sto­sach Fin­n­mar­ku za rze­ko­me cza­ry. Rzad­ko kto o tym wspo­mi­na, ale w XVII w. w oko­li­cach Var­d? od­by­ło się praw­dzi­we po­lo­wa­nie na cza­row­ni­ce. Wśród po­dej­rza­nych o rzu­ca­nie uro­ków były ko­bie­ty, męż­czyź­ni i dzie­ci. Wszyst­ko za­czę­ło się od jed­ne­go bła­he­go in­cy­den­tu, a po­cią­gnę­ło za sobą la­wi­nę nie­szczęść. Hi­sto­rie tych lu­dzi, prze­dziw­ne i nie­wia­ry­god­ne, zo­sta­ły opi­sa­ne w spe­cjal­nie po­sta­wio­nym do tego celu bu­dyn­ku, Ste­il­ne­set. Raz było to rzu­ce­nie uro­ku na by­dło, raz prze­mia­na w kota. Na stos do­pro­wa­dzić mo­gło tak­że zje­dze­nie ryby po­da­nej przez cza­row­ni­cę, bo gro­zi­ło to wchło­nię­ciem odro­bi­ny ma­gii, a co za tym idzie otwar­ciu swo­jej du­szy na sa­me­go dia­bła. Na wszel­ki wy­pa­dek tra­co­no wszyst­kich, któ­rzy mie­li z tym choć­by naj­mniej­szy zwią­zek. Zna­jąc hi­sto­rię Var­d? i jego po­ło­że­nie, moż­na je uznać za praw­dzi­wy ko­niec świa­ta.

Pa­no­ra­ma Var­d? w od­da­li

Z Var­d? nie po­zo­sta­je nic in­ne­go jak za­wró­cić i skie­ro­wać się na po­łu­dnio­wy wschód do ostat­nie­go w mia­rę du­że­go mia­sta oraz nor­we­skie­go por­tu - Kir­ke­nes. Przy­miot­nik "duży" jest do­da­ny na wy­rost, po­nie­waż mia­stecz­ko li­czy tro­chę po­nad trzy ty­sią­ce miesz­kań­ców.

Kir­ke­nes to ostat­ni przy­sta­nek na dro­dze "Hur­ti­gru­ten", sta­re­go stat­ku pocz­to­we­go, któ­ry od 1893 r. ob­słu­gi­wał całe nor­we­skie wy­brze­że i sta­no­wił naj­pew­niej­szy śro­dek trans­por­tu dóbr z Ber­gen aż do La­po­nii. Dziś "Hur­ti­gru­ten" na­dal prze­wo­zi to­wa­ry, ale jego głów­nym ła­dun­kiem są tu­ry­ści. Sta­tek za­mie­nił się w wy­god­ny prom z wie­lo­ma atrak­cja­mi na po­kła­dzie. Wszyst­ko po to, aby uprzy­jem­nić po­dróż­nym dwu­na­sto­dnio­wy rejs po­mię­dzy dwo­ma skraj­ny­mi por­ta­mi. "Hur­ti­gru­ten" sta­no­wi ide­al­ne roz­wią­za­nie dla ko­goś, kto pra­gnie zo­ba­czyć całe nor­we­skie wy­brze­że w cią­gu dwóch ty­go­dni. Sta­tek prze­pły­wa przez sto fior­dów i za­trzy­mu­je się w aż trzy­dzie­stu czte­rech por­tach, w tym w naj­słyn­niej­szych miej­scach, ta­kich jak Ge­iran­ger­fjord czy Lo­fo­ty. Oczy­wi­ście, prze­pły­nię­cie ca­łej tra­sy nie jest ko­niecz­ne, rów­nie do­brze moż­na ku­pić bi­let na je­den z od­cin­ków.

Rzad­ko kto de­cy­du­je się, aby po­pły­nąć aż do por­tu w Kir­ke­nes. Szcze­rze mó­wiąc, wca­le nas to nie dzi­wi. W na­szej su­biek­tyw­nej oce­nie mia­sto samo w so­bie moż­na za­li­czyć do czo­łów­ki naj­brzyd­szych w ca­łej Nor­we­gii. Bę­dąc na miej­scu, moż­na przez chwi­lę po­czuć się jak na pol­skim, so­cja­li­stycz­nym osie­dlu. Do­mi­nu­je po­dob­na ar­chi­tek­tu­ra, a nad mia­stem gó­ru­je po­mnik ra­dziec­kie­go żoł­nie­rza wy­zwa­la­ją­ce­go Nor­we­gię. Brzmi zna­jo­mo? Kir­ke­nes i cały Fin­n­mark zo­sta­ły prak­tycz­nie do­szczęt­nie znisz­czo­ne pod ko­niec II woj­ny świa­to­wej. Kie­dy nie­miec­kie woj­ska za­czę­ły ewa­ku­ować z tych te­re­nów swo­ich żoł­nie­rzy, za­sto­so­wa­ły tak­ty­kę spa­lo­nej zie­mi. Za­raz po tym, jak Ro­sja pod­pi­sa­ła ro­zejm z Fi­na­mi, na­zi­ści zda­li so­bie spra­wę z nie­uchron­nej klę­ski. Po­sta­no­wi­li jed­nak nie od­da­wać w ręce wro­ga ni­cze­go, co mo­gło­by mu uła­twić marsz. Lo­kal­ną lud­ność wy­sie­dla­no na po­łu­dnie Nor­we­gii, a nie­licz­ni miesz­kań­cy, któ­rzy zdo­ła­li uciec, za­ję­li pro­wi­zo­rycz­ne le­pian­ki w gó­rach. Ucie­ka­ją­cy na­jeźdź­ca pa­lił całe wio­ski, go­spo­dar­stwa rol­ne, a wraz z nimi pło­nął cały żywy in­wen­tarz - wszyst­ko po to, aby Ro­sja­nom nie zo­sta­ło żad­ne po­ży­wie­nie. O dzi­wo, w nor­we­skich pod­ręcz­ni­kach do hi­sto­rii przez wie­le lat po­mi­ja­no spa­le­nie Fin­n­mar­ku i na­wet dziś nie­wie­le uka­zu­je się pu­bli­ka­cji na ten te­mat. Mimo iż tra­ge­dia, jaka wy­da­rzy­ła się w tym re­gio­nie, może się rów­nać je­dy­nie z epi­de­mią czar­nej śmier­ci w Nor­we­gii, z ja­kichś wzglę­dów po­sta­no­wio­no nie mó­wić o tym gło­śno.

W od­bu­do­wa­nym Kir­ke­nes wi­dać gdzie­nie­gdzie wpły­wy są­sia­du­ją­cej Ro­sji. Mia­sto żyje z han­dlu przy­gra­nicz­ne­go, po­nie­waż jest to je­dy­ne otwar­te przej­ście po­mię­dzy Ro­sją a Nor­we­gią. Daw­niej na tym te­re­nie wy­kształ­cił się na­wet sztucz­ny ję­zyk na­zy­wa­ny rus­se­norsk, po­łą­cze­nie ro­syj­skie­go i nor­we­skie­go, któ­ry był uży­wa­ny przez kup­ców z oby­dwu tych kra­jów.

Kie­dy by­li­śmy w Kir­ke­nes, naj­bar­dziej za­sko­czy­ły nas wy­wie­sza­ne przy wej­ściach do skle­pów ostrze­że­nia. W ję­zy­ku nor­we­skim, an­giel­skim i ro­syj­skim in­for­mo­wa­no o mo­ni­to­rin­gu i bły­ska­wicz­nym zgła­sza­niu ewen­tu­al­nej kra­dzie­ży to­wa­rów na po­li­cję. Po­dró­żu­jąc przez cały kraj, ni­g­dy wcze­śniej nie spo­tka­li­śmy się z po­dob­ny­mi zna­ka­mi.

Pa­svik to tak­że jed­no z nie­licz­nych miejsc, w któ­rym po nor­we­skiej stro­nie moż­na spo­tkać niedź­wie­dzie bru­nat­ne

Wszyst­ko, co naj­pięk­niej­sze w tym za­kąt­ku Nor­we­gii, znaj­du­je się poza mia­stem. Poza wspo­mnia­nym wcze­śniej Gren­se Ja­kob­selv, war­to rów­nież się wy­brać na dwu­dnio­wy wy­pad do Pa­svik Na­tio­nal Park, je­dy­nej w Nor­we­gii taj­gi. Pa­svik to tak­że jed­no z nie­licz­nych miejsc, w któ­rym po nor­we­skiej stro­nie moż­na spo­tkać niedź­wie­dzie bru­nat­ne. Sami po raz pierw­szy za­wi­ta­li­śmy w to miej­sce w trak­cie kra­jo­we­go lock­dow­nu. Za­pu­ka­li­śmy do drzwi je­dy­ne­go kem­pin­gu - ja­kież było zdzi­wie­nie wła­ści­ciel­ki, gdy zo­ba­czy­ła parę z Pol­ski, na do­da­tek po­dró­żu­ją­cą sa­mo­cho­dem z pol­ską re­je­stra­cją. Na szczę­ście nie na­rze­ka­ła w tam­tym cza­sie na duże ob­ło­że­nie i bez tru­du do­sta­li­śmy do­mek nad je­zio­rem, z któ­re­go moż­na było po­ma­chać Ro­sja­nom bi­wa­ku­ją­cym na dru­gim brze­gu.

W daw­nych cza­sach nie­da­le­ko kem­pin­gu wzno­sił się sta­lo­wy most łą­czą­cy te dwa kra­je - zo­stał on znisz­czo­ny przez na­zi­stów pod­czas wspo­mnia­nej wcze­śniej ak­cji pa­le­nia Fin­n­mar­ku. Ni­g­dzie nie zna­leź­li­śmy na to do­wo­dów, ale we­dług lo­kal­nych miesz­kań­ców kon­struk­cję za­pro­jek­to­wał sam Gu­stav Eif­fel, któ­re­go słyn­na wie­ża zdo­bi dziś Pa­ryż.

Bę­dąc tu­taj, na trój­sty­ku Ro­sji, Nor­we­gii i Fin­lan­dii, moż­na ofi­cjal­nie po­wie­dzieć, że do­tar­ło się naj­da­lej na Pół­noc. Do kra­iny, gdzie rzą­dzi przy­ro­da, a lu­dzie są je­dy­nie go­ść­mi, któ­rzy pró­bu­ją za­adap­to­wać się do ży­cia w su­ro­wych, acz pięk­nych oko­licz­no­ściach.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki