Jak najdalej na północ
Zanim zaczęliśmy pracę jako łowcy zórz polarnych w Troms?, w trakcie naszych studiów przez kilka letnich sezonów zarządzaliśmy hostelem w centralnej Norwegii, nieopodal znanych atrakcji turystycznych, takich jak Droga Trolli czy słynny fiord Geiranger. Każdego roku przyjmowaliśmy na nocleg rzesze podróżnych z całej Europy. Wielu z nich przemierzało Norwegię swoimi samochodami lub motocyklami i docierało aż na Nordkapp, czyli jak się powszechnie uważa, na najdalej wysunięty na północ punkt Europy.
Szczególnie dużą grupę stanowili Włosi, którzy na swoich motorach planowali przejechać całą legendarną E6, starą drogę ciągnącą się od Rzymu aż na północ Norwegii. W zależności od tempa podróż zajmowała im najczęściej od około dwóch do trzech tygodni. W drodze powrotnej zwykle zatrzymywali się także w naszych skromnych progach, a my chętnie podpytywaliśmy ich o wrażenia z podróży na Nordkapp. We wszystkich odpowiedziach naszych gości można było znaleźć jeden wspólny mianownik. Rozczarowanie. Zawód, że to już koniec trasy i nie można pędzić dalej. Na dodatek na końcu czekał szlaban i kasa biletowa. Norwedzy brutalnie zdzierają aż dwieście sześćdziesiąt koron z każdego marzyciela, który chce zaparkować swój pojazd w tym miejscu i zrobić sobie zdjęcie ze słynnym globusem. Zaskakujący zawód w kraju, w którym swobodny dostęp do natury jest prawnie zagwarantowany.
Nordkapp, widok z zachodu
Jednak jak w każdej przygodzie i roadtripie przede wszystkim liczy się sama podróż, a nie cel, choć wiele osób, jak się potem przyznało, o tym zapominało. Zdecydowana większość turystów, która narzekała na Nordkapp, nigdy nie zboczyła z głównej trasy. Chcieli tylko jak najszybciej dotrzeć na Przylądek Północny i zwyczajnie zaliczyć wysunięty najdalej na północ punkt Europy. Być może, gdyby choć na chwilę zwolnili i zjechali z utartego szlaku, zdołaliby odkryć magię północnej Norwegii.
Nigdy nie chcieliśmy pogłębiać niczyjego zawodu i zostawialiśmy dla siebie tę prawdę: wystarczy spojrzeć na mapę, by zdać sobie sprawę, że Nordkapp (71°10'21"N) wbrew powszechnej, lecz błędnej opinii nie jest tym najdalej na północ wysuniętym miejscem. Tuż obok znajduje się nieco zaniedbany półwysep Knivskjellodden (71°11'08"N), na którego obszarze jest usytuowany rzeczywiście najdalszy punkt - półtora kilometra dalej na północ niż Nordkapp. Problem w tym, że do miejsca tego nie prowadzi żadna asfaltowa droga i dostać się tam można jedynie ośmiokilometrowym pieszym szlakiem. Niewielu turystom odpowiada taki spacer i wolą zadowolić się zdjęciem ze słynną rzeźbą.
Rzadko kto dostrzega również pewien niuans. Pokonując ostatni tunel w drodze na Nordkapp, zjeżdża się ze stałego lądu. Zarówno Knivskjellodden, jak i Przylądek Północny znajdują się na wyspie Mager?ya, czyli w teorii nie są już częścią kontynentalnej Europy. Gdyby wyspy liczono jako najdalej wysunięte punkty, to w Europie wygrałby przylądek Fligely na Wyspie Rudolfa (81°50'35''), ale tam docierają już tylko niedźwiedzie polarne.
Na kontynencie najdalej na północy leży przylądek Kinnarodden (71°08'02"N), dodatkowe sześć godzin jazdy od Nordkapp na wschód. Prawie nikt przybywający w celach turystycznych w okolice Nordkapp nie zapuszcza się aż tak daleko. Wielu odrzuca także podobne drobiazgi, bo to tak jakby zdobyć Mount Everest i na dole w bazie otrzymać informację, iż doszło do pomyłki, w której wyniku zgubiono dwa metry.
Naszym zdaniem najważniejsza jest sama podróż. Droga na Nordkapp wydała nam się niezwykle malownicza. W maju cieliły się renifery, a krótko po porodzie samice zrzucały swoje poroże, więc wróciliśmy z wyjazdu z pokaźną kolekcją rogów. Ponadto sam dojazd na Przylądek Północny został dopiero co odśnieżony, więc jechaliśmy w głębokim tunelu, mając po prawej i lewej stronie ponad dwumetrowe ściany śniegu.
Zmierzając na Nordkapp, warto pokonać osiemdziesiąt kilometrów malowniczą National Scenic Route do Hav?ysund
Będąc tak daleko na północy, warto dodatkowo przeznaczyć tydzień lub dwa na przejechanie całego wybrzeża. Można wówczas samemu się przekonać, gdzie tak naprawdę znajduje się "koniec świata". A łatwo na niego natrafić w każdej opuszczonej rybackiej wiosce w Finnmarku. Zmierzając na Nordkapp, warto też na chwilę zboczyć z głównej trasy i pokonać osiemdziesiąt kilometrów malowniczą National Scenic Route do Hav?ysund. Jako że latem odbywa się tam prawdziwy festiwal masowej (jak na norweskie warunki) turystyki, osoby, które wolą unikać tłumów, lepiej będą się tam czuły poza sezonem.
Żeby poznać prawdziwego ducha Północy, najlepiej się udać... dalej na wschód. Dojechać do Kj?llefjordu lub Gamvik, wyludnionych wiosek rybackich, które lata świetności mają już za sobą. Jeszcze dalej rozciąga się jeden z naszych ulubionych parków narodowych: Varangerhalv?ya. Droga kończy się we wspomnianym już wcześniej Vard?. Z miasteczka można popłynąć na wyspę Horn?ya. To z kolei wysunięty najdalej na północny wschód skrawek Norwegii, gdzie podziwiać można dziesiątki tysięcy ptaków - maskonurów, nurzyków, kormoranów - i przez chwilę poczuć się jak w środku filmu dokumentalnego z Davidem Attenborough.
Późną wiosną służby drogowe otwierają jeszcze dodatkowy odcinek drogi do zapomnianej wioski Hamninberg. Czterdziestokilometrowa trasa jest niebywale abstrakcyjna i momentami nasuwa skojarzenie z księżycowymi krajobrazami - szczególnie latem w blasku słońca grzejącego o północy. Jeden z rybaków pochodzących z Vard? ostrzegł nas przed ludźmi z Hamninbergu. Według mężczyzny korzenie zapuszczały tam tylko niezrównoważone psychicznie odludki, na których należy uważać. Złośliwemu sąsiadowi najwyraźniej wydawało się, że mieszka w tętniącej życiem metropolii, choć wielu młodych ludzi zdążyło już opuścić te strony i sprawić, że tereny wokół jego miasta niemal całkowicie przekształciły się w widmowe okolice.
Prawdą jest, że Vard? ma wiele wspólnego z Nowym Jorkiem: wszechobecny street art i wyjątkowo piękne grafitti wymalowane na starych budynkach. Spacerując po tym dwutysięcznym mieście, natrafia się na intrygujący monument. Płonące krzesło upamiętnia dziewięćdziesiąt jeden osób spalonych na stosach Finnmarku za rzekome czary. Rzadko kto o tym wspomina, ale w XVII w. w okolicach Vard? odbyło się prawdziwe polowanie na czarownice. Wśród podejrzanych o rzucanie uroków były kobiety, mężczyźni i dzieci. Wszystko zaczęło się od jednego błahego incydentu, a pociągnęło za sobą lawinę nieszczęść. Historie tych ludzi, przedziwne i niewiarygodne, zostały opisane w specjalnie postawionym do tego celu budynku, Steilneset. Raz było to rzucenie uroku na bydło, raz przemiana w kota. Na stos doprowadzić mogło także zjedzenie ryby podanej przez czarownicę, bo groziło to wchłonięciem odrobiny magii, a co za tym idzie otwarciu swojej duszy na samego diabła. Na wszelki wypadek tracono wszystkich, którzy mieli z tym choćby najmniejszy związek. Znając historię Vard? i jego położenie, można je uznać za prawdziwy koniec świata.
Panorama Vard? w oddali
Z Vard? nie pozostaje nic innego jak zawrócić i skierować się na południowy wschód do ostatniego w miarę dużego miasta oraz norweskiego portu - Kirkenes. Przymiotnik "duży" jest dodany na wyrost, ponieważ miasteczko liczy trochę ponad trzy tysiące mieszkańców.
Kirkenes to ostatni przystanek na drodze "Hurtigruten", starego statku pocztowego, który od 1893 r. obsługiwał całe norweskie wybrzeże i stanowił najpewniejszy środek transportu dóbr z Bergen aż do Laponii. Dziś "Hurtigruten" nadal przewozi towary, ale jego głównym ładunkiem są turyści. Statek zamienił się w wygodny prom z wieloma atrakcjami na pokładzie. Wszystko po to, aby uprzyjemnić podróżnym dwunastodniowy rejs pomiędzy dwoma skrajnymi portami. "Hurtigruten" stanowi idealne rozwiązanie dla kogoś, kto pragnie zobaczyć całe norweskie wybrzeże w ciągu dwóch tygodni. Statek przepływa przez sto fiordów i zatrzymuje się w aż trzydziestu czterech portach, w tym w najsłynniejszych miejscach, takich jak Geirangerfjord czy Lofoty. Oczywiście, przepłynięcie całej trasy nie jest konieczne, równie dobrze można kupić bilet na jeden z odcinków.
Rzadko kto decyduje się, aby popłynąć aż do portu w Kirkenes. Szczerze mówiąc, wcale nas to nie dziwi. W naszej subiektywnej ocenie miasto samo w sobie można zaliczyć do czołówki najbrzydszych w całej Norwegii. Będąc na miejscu, można przez chwilę poczuć się jak na polskim, socjalistycznym osiedlu. Dominuje podobna architektura, a nad miastem góruje pomnik radzieckiego żołnierza wyzwalającego Norwegię. Brzmi znajomo? Kirkenes i cały Finnmark zostały praktycznie doszczętnie zniszczone pod koniec II wojny światowej. Kiedy niemieckie wojska zaczęły ewakuować z tych terenów swoich żołnierzy, zastosowały taktykę spalonej ziemi. Zaraz po tym, jak Rosja podpisała rozejm z Finami, naziści zdali sobie sprawę z nieuchronnej klęski. Postanowili jednak nie oddawać w ręce wroga niczego, co mogłoby mu ułatwić marsz. Lokalną ludność wysiedlano na południe Norwegii, a nieliczni mieszkańcy, którzy zdołali uciec, zajęli prowizoryczne lepianki w górach. Uciekający najeźdźca palił całe wioski, gospodarstwa rolne, a wraz z nimi płonął cały żywy inwentarz - wszystko po to, aby Rosjanom nie zostało żadne pożywienie. O dziwo, w norweskich podręcznikach do historii przez wiele lat pomijano spalenie Finnmarku i nawet dziś niewiele ukazuje się publikacji na ten temat. Mimo iż tragedia, jaka wydarzyła się w tym regionie, może się równać jedynie z epidemią czarnej śmierci w Norwegii, z jakichś względów postanowiono nie mówić o tym głośno.
W odbudowanym Kirkenes widać gdzieniegdzie wpływy sąsiadującej Rosji. Miasto żyje z handlu przygranicznego, ponieważ jest to jedyne otwarte przejście pomiędzy Rosją a Norwegią. Dawniej na tym terenie wykształcił się nawet sztuczny język nazywany russenorsk, połączenie rosyjskiego i norweskiego, który był używany przez kupców z obydwu tych krajów.
Kiedy byliśmy w Kirkenes, najbardziej zaskoczyły nas wywieszane przy wejściach do sklepów ostrzeżenia. W języku norweskim, angielskim i rosyjskim informowano o monitoringu i błyskawicznym zgłaszaniu ewentualnej kradzieży towarów na policję. Podróżując przez cały kraj, nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się z podobnymi znakami.
Pasvik to także jedno z nielicznych miejsc, w którym po norweskiej stronie można spotkać niedźwiedzie brunatne
Wszystko, co najpiękniejsze w tym zakątku Norwegii, znajduje się poza miastem. Poza wspomnianym wcześniej Grense Jakobselv, warto również się wybrać na dwudniowy wypad do Pasvik National Park, jedynej w Norwegii tajgi. Pasvik to także jedno z nielicznych miejsc, w którym po norweskiej stronie można spotkać niedźwiedzie brunatne. Sami po raz pierwszy zawitaliśmy w to miejsce w trakcie krajowego lockdownu. Zapukaliśmy do drzwi jedynego kempingu - jakież było zdziwienie właścicielki, gdy zobaczyła parę z Polski, na dodatek podróżującą samochodem z polską rejestracją. Na szczęście nie narzekała w tamtym czasie na duże obłożenie i bez trudu dostaliśmy domek nad jeziorem, z którego można było pomachać Rosjanom biwakującym na drugim brzegu.
W dawnych czasach niedaleko kempingu wznosił się stalowy most łączący te dwa kraje - został on zniszczony przez nazistów podczas wspomnianej wcześniej akcji palenia Finnmarku. Nigdzie nie znaleźliśmy na to dowodów, ale według lokalnych mieszkańców konstrukcję zaprojektował sam Gustav Eiffel, którego słynna wieża zdobi dziś Paryż.
Będąc tutaj, na trójstyku Rosji, Norwegii i Finlandii, można oficjalnie powiedzieć, że dotarło się najdalej na Północ. Do krainy, gdzie rządzi przyroda, a ludzie są jedynie gośćmi, którzy próbują zaadaptować się do życia w surowych, acz pięknych okolicznościach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki