1
Legowisko tygrysów
Kiedy byłyśmy małe, moja siostra Patty i ja lubiłyśmy udawać, że między naszymi łóżkami czają się drapieżne tygrysy, gotowe w każdej chwili rozszarpać nas na kawałki. Obserwowały nas, szykowały się, by zaatakować pazurami ostrymi niczym brzytwy, powarkiwały, warczały, oblizywały się. Wystarczy, że zobaczą twój mały palec i chaps!, natychmiast go odgryzą. Dlatego wieczorami przeskakiwałyśmy z łóżka na łóżko, wydając z siebie piski pełne przerażenia.
- Ciszej tam albo przyjdę i stłukę was na kwaśne jabłko! - krzyczała matka ze swojej sypialni na końcu korytarza.
Niewidzialne tygrysy budziły nasz lęk, matka nie.
- Patrz - szeptałam do Patty, kładłam się na łóżku i pomału opuszczałam rękę, przebierając palcami.
Patty przechylała kędzierzawą głowę i gapiła się w wielką czarną dziurę między łóżkami, oddychając nerwowo i czekając, aż któryś z tygrysów rzuci się na przynętę. Zamykałam oczy, wyobrażałam sobie głodną bestię stąpającą pomału w naszym kierunku, czułam zapach jej futra, czułam, jak serce podchodzi mi do gardła, jak wali coraz mocniej i mocniej.
- Powiedziałam, że macie być cicho! - krzyczała matka, już nie tak donośnie jak przed chwilą.
Wiedziałyśmy, że nie ma siły, żeby spuścić nam lanie, a już na pewno, wbrew pogróżkom, nie spierze nas na kwaśne jabłko.
Moja matka Jean Kissinger, niegdyś młoda dama z dobrej rodziny, obdarzona nieprzeciętnie wysokim ilorazem inteligencji - przekraczała próg, powyżej którego można mówić o geniuszu - spędzała teraz całe dni na smarowaniu odparzonych pup kremem, wycieraniu nam nosów, przylizywaniu niesfornych kosmyków, zakraplaniu lekarstw do zaropiałych uszu, na robieniu i pakowaniu kanapek z masłem orzechowym i czipsami, pomaganiu z łacińskimi czasownikami, składaniu prania i jednoczesnym przepytywaniu nas z tabliczki mnożenia, przepisywaniu naszych wypracowań na maszynie, zakładaniu nam ubrań zimowych (kombinezon, śniegowce, rękawiczki, czapki, szaliki), na zdejmowaniu nam ubrań zimowych (czasami zaledwie dziesięć minut po tym, jak je przywdzialiśmy), na zaplataniu córkom warkoczyków, na poprawianiu synom krawatów. Nie miała sióstr, dawno już straciła matkę, musiała więc w pojedynkę zająć się ósemką swoich dzieci, zwłaszcza że nasz ojciec spędzał większość czasu w podróżach służbowych.
Nazywał się Bill Kissinger, ale mówiliśmy na niego Holmer. Zajmował się marketingiem środków uspokajających i innych "etycznych leków" przeznaczonych dla znękanych życiem matek z pokolenia baby boomu. Popyt na takie leki był duży, zwłaszcza w naszej okolicy, czyli w North Shore w Chicago. Od tutejszych kobiet, szczególnie irlandzkich katoliczek jak moja matka, oczekiwano, że urodzą całe mnóstwo dzieci - nieważne, czy mają dość siły, czy nie. Trzeba przecież produkować nowe pokolenia wiernych i zapełniać kościoły.
"Coś jest bardzo nie w porządku, jeśli przeciętna amerykańska para, zdolna przez ćwierć wieku płodzić potomstwo ku chwale Królestwa Bożego, dochowuje się najwyżej dwójki, może trójki dzieci" - nauczał ojciec John Knott[2].
Katolicki przewodnik małżeński, czytany z zapałem przez moją matkę i jej przyjaciółki, ostrzegał: "Gdy rodzice świadomie decydują się na małą rodzinę, deklarują tym samym, że wolą luksusy materialne aniżeli duchowe radości towarzyszące wychowywaniu dziecka. Nieprzypadkowo "zepsute bachory", czyli samolubne potwory, o których często czytamy w popularnych książkach lub w gazetowych historyjkach obrazkowych, to zazwyczaj jedynacy".
Mojej matce zapewne nie podobało się, że nieżonaty mężczyzna próbuje jej dyktować, ile powinna mieć dzieci i jak je wychowywać, mimo to zachowywała swój sprzeciw dla siebie. W latach 1952-1964 razem z Holmerem posłusznie sprowadzili na świat pięć zadziornych dziewczynek i trzech zadziornych chłopców, zawsze skorych do bójek, rozrabiania i ganiania się po domu. Najbardziej lubiliśmy się bawić w pluszowego misia. Sami to wymyśliliśmy. Zabawa zaczynała się od tego, że jedno z nas przygniatało drugie do podłogi. Pozostali zaraz dołączali i powstawał dziecięcy stosik, który rozpadał się, dopiero kiedy ktoś pierdnął albo zsiniał z braku tlenu. Oto cała drużyna:
1952 - Mary Kay. Najstarsza. Artystka, barwna postać, ekstrawagancka, z gęstymi ciemnobrązowymi włosami, które zakręcała co wieczór, wykorzystując puszki po soku pomarańczowym zamiast wałków. Spędziła wiele godzin, przerabiając pokój nad garażem w baśniową krainę: poprzyklejała gwiazdki do ścian, pod sufitem umieściła wieszaki, które następnie obłożyła wełną, żeby wyglądały jak chmury.
Słynęła z awangardowych własnoręcznie wykonanych ubrań. Na bal w ostatniej klasie liceum włożyła kolczyki zrobione z sześciennych szkiełek z lampy błyskowej aparatu fotograficznego oraz białą sukienkę z frędzlami przy rękawach. Rzemyki jej gladiatorek sięgały aż do kolan.
Gdy po raz pierwszy dostała szlaban, bo zbyt późno wróciła do domu, postanowiła ozdobić ścianę w sypialni setkami par oczu wyciętymi ze starych numerów czasopisma "Seventeen". Było to coś w rodzaju instalacji artystycznej zainspirowanej Wielkim Gatsbym. Efekt wydał mi się tyleż niepokojący, co niesamowity. Odmawiała udziału w corocznych rodzinnych wypadach narciarskich: mówiła, że najlepsze wakacje to tydzień spędzony bez nas.
- Nigdy nie wyjdę za mąż i nigdy nie będę miała dzieci - powtarzała często i głośno, tak, żeby nasza matka na pewno usłyszała.
Liczyłam, że zarazi mnie zadziornością, więc czasami nocowałam na wolnym łóżku w jej pokoju. Po zgaszeniu światła wyciągała paczkę papierosów Kool, którą chowała w wielkiej zielonej popielniczce pod szafką. Patrzyłam, jak żarzący się na pomarańczowo czubek papierosa tańczy w ciemności, i czułam się cudownie niegrzeczna, bo Mary Kay robiła ze mnie swoją wspólniczkę.
1953 - Nancy. Hultajka. Również szykowna, ale nieco bardziej konwencjonalna. Elegancki styl maskował jej prawdziwą, łobuzerską naturę. Nosiła bluzki z naszytym monogramem, plisowane spódnice i mokasyny. W czasach licealnych była modelką, tak samo jak Mary Kay. Obydwie przykładały ogromną wagę do swojego wyglądu. Każdego ranka przed wyjściem do szkoły zamykały się w damskiej łazience w naszym domu, stroiły miny do lustra, rozczesywały włosy, przyklejały sobie sztuczne rzęsy, nakładały podkład i malowały usta błyszczykiem. Nie rozumiałam, dla kogo to robią - przecież nie dla żadnego chłopca, bo chodziły do katolickiej szkoły tylko dla dziewcząt.
- Wychodźcie! - jęczałam, przestępując z nogi na nogę i czekając, aż, do jasnej cholery, skończą się szykować, bo musiałam zrobić siusiu.
Nancy grała na fortepianie i na gitarze, marzyło jej się, że zostanie drugą Janis Joplin; wyśpiewywała rzewne ballady o utraconej miłości, o ukochanym, który zniknął gdzieś w drodze między krainą kopalń węgla w "Kin-tucky" a krainą kalifornijskiego słońca. Trudno było traktować ją poważnie. Fałszowała, nosiła wełniane szorty w kratkę i kołnierzyki typu Piotruś Pan z okrągłą złotą broszką, ani trochę nie przypominała hippisowskiej blueswoman wciągającej heroinę. Zakonnice powiedziały moim rodzicom, że Nancy jest zapewne geniuszem, ale trzeba na nią uważać. "To bardzo przebiegła dziewczynka". Święte słowa. W ósmej klasie Nancy i jej przyjaciółka Ellen przygotowały prezentację poświęconą postrzeganiu pozazmysłowemu na szkolny konkurs naukowy i zdobyły główną nagrodę, co oznaczało, że mogły wziąć udział w zawodach stanowych w Springfield. Dzień przed zawodami Holmer przyłapał Nancy na przearanżowywaniu liter na planszy z tytułem. Zamiast Postrzeganie pozazmysłowe: prawda czy mit? wyszło Słowem: ostre pierdy i gazy.
W tym samym roku namówiła mnie do udziału w eksperymencie. Rozważała rozjaśnienie włosów i postanowiła przetestować na mnie farbę w kolorze "letni blond". Użyła całego opakowania; w efekcie zrobiłam się ruda jak orangutan. Byłam wtedy w czwartej klasie. Kiedy włosy wreszcie zaczęły odrastać, Nancy nadała mi nowy, upokarzający przydomek: Odrostek. Szybko podchwyciły go inne dzieci w szkole. Czasami zakradałam się nocą do jej pokoju i kradłam swetry. Ilekroć mnie przyłapywała, rzucała się na mnie z pazurami albo ciągnęła mnie za włosy.
1954 - Jake. Obserwator i wynalazca. Miał obsesję na punkcie wydajności. Uważał, że używanie osobnej solniczki i pieprzniczki to okropna strata czasu: wymieszał obie przyprawy i wsypał do jednego pojemnika. Czasami jadał posiłek późno w nocy, żeby rano nie zaprzątać sobie głowy śniadaniem. Przypinał do lodówki karteczki z zaleceniami dla naszej matki. "Ser w plastrach smakuje równie dobrze i jest łatwiejszy w użytku, bo nie trzeba go kroić". W upalne letnie dni wsypywał kostki lodu z zamrażarki do plastikowych torebek, które wieszał sobie na szyi, i ruszał rowerem nad jezioro Michigan, powtarzając swoje motto: "Do wody dla ochłody!".
Zawsze nosił plecak wypełniony mapami, książkami i notatnikami. Wypowiadał uczone opinie na temat współczesnej kultury i społeczeństwa, typu: "Obecnie nikt już nie je w samochodzie", albo: "Katolicy nie kupują dużych luster". Brzmiało to bardzo autorytatywnie, ale jeśli człowiek zaczynał drążyć, jeśli pytał o źródła, okazywało się, że Jake polega głównie na danych anegdotycznych lub na badaniach o bardzo niewielkiej próbie.
Kiedy był w siódmej klasie, dzieciaki ze szkoły Świętego Franciszka Ksawerego zaczęły go bić; znęcały się nad nim tak okropnie, że rodzice postanowili przenieść go do innej placówki. Nigdy nie próbowałam powstrzymać agresorów. Udawałam, że niczego nie widzę. Raz nawet zaśmiałam się nerwowo i, niczym Piotr po zaparciu się Jezusa, natychmiast zrozumiałam, że zdradziłam jedynego człowieka, na którego miłość i współczucie zawsze mogłam liczyć. Moja słabość okrutnie mnie rozczarowała.
1957 - ja. Kiedy przyszłam na świat, wszystkie sypialnie w naszym domu były już pozajmowane, więc przez kilka pierwszych miesięcy spałam w łóżeczku przy drzwiach wejściowych. Rodzice najwyraźniej postanowili wykorzystać mnie jako żywy alarm przeciwwłamaniowy. W okresie niemowlęcym bardzo rzadko robiono mi zdjęcia. Wcale się temu nie dziwię. Miałam opuchniętą lewą połowę twarzy - pozostałość po kleszczach, których użyto podczas porodu - i wyglądałam, jakbym puszczała oko. Przypominałam boksera po dziesięciu rundach na ringu. Poza tym moje stopy były wykręcone do wewnątrz, więc włożono mi nogi w gips; użyto też szyn ortopedycznych.
Matka, której najmłodszy brat Johnny urodził się z zespołem Downa, bardzo się niepokoiła, bo w porównaniu z resztą rodzeństwa względnie późno zaczęłam chodzić i mówić. Zabrała mnie do pediatry.
- Masz rację, Jean - powiedział po dokładnym badaniu. - Jest trochę opóźniona, ale prawdopodobnie jakoś sobie poradzi.
1959 - Patty. Moja pomagierka, grzeczniutka dziewuszka, wzór cnót. Robiła wszystko, żeby mnie zadowolić. I żeby zadowolić wszystkich dookoła. Do tego stopnia, że moja przyjaciółka Mary Claire nadała jej przydomek "Yygor" (wymawiać "Igor", nie "Ajgor"), porównując ją w ten sposób do asystenta doktora Frankensteina. Raz, na Dzień Ojca, zrobiła podobiznę Holmera z papier mâché, wykorzystując jedną z licznych butelek po piwie, które walały się w domu. Piekła mu też precle w zabawkowym piekarniku.
Miałam nieubłaganie proste włosy, więc, przyznaję, zazdrościłam Patty tego, że różne starsze panie zachwycały się jej uroczymi lokami. Aż w końcu powiedziałam jej, że jest adoptowana. Prawdziwymi rodzicami Patty mieli być Malcolm X oraz niejaka Kitty O'Shea (tę ostatnią zmyśliłam).
Patty chorowała na astmę. W bożonarodzeniowy poranek w 1961 roku usiadłam jej na klatce piersiowej, sama nie wiem dlaczego. Miałam cztery lata, ona dwa. Karetka odwiozła ją na sygnale do szpitala, a ja ukryłam się pod łóżkiem, przekonana, że przypadkiem zamordowałam siostrę.
Pomimo tego rodzaju krzywd, które ją spotykały, była wesoła i ufna. W pierwszej klasie została redaktorką gazetki szkolnej "The Happy Times". Postanowiła, że nie będzie drukować niczego, co mogłoby wyrządzić komuś przykrość, więc szybko skończyły się jej tematy. Wkrótce porzuciła dziennikarstwo. Postanowiła, że zostanie pielęgniarką.
Patty i ja, jak zawsze w identycznych sukienkach, na uroczystym obiedzie z okazji chrzcin Danny'ego. New Canaan, Connecticut, 1963
1961 - Billy. Złoty chłopak: bystry, zabawny, przystojny, wysportowany. Do tego łobuz najczystszej próby. Miał lekko skrzeczący głos, który niesamowicie się wszystkim podobał. Holmer zapłacił mu kiedyś dolara za odśpiewanie alfabetu. Razem z Billym godzinami oglądaliśmy mecze drużyny Chicago Cubs, naśladowaliśmy miotaczy i pałkarzy. Jeśli mecz był wyrównany, stawaliśmy na jednej nodze, żeby naszym się poszczęściło.
Kiedy Billy był w drugiej klasie, zwędził matce papierosy. Ukrył je w kieszeni wiatrówki, bo chciał przemycić je do szkoły. W tym samym roku zakochał się w nauczycielce, więc zaczął używać płynu po goleniu English Leather, żeby zdobyć jej względy. Banda małych chuliganów, do której należał, podpaliła krzaki za domem naszych sąsiadów. Wszyscy się spodziewali, że Billy wyrośnie na narwańca, wzorem Holmera, po którym odziedziczył imię.
1963 - Danny. Najmłodszy z trzech chłopców, przyszedł na świat w drugie urodziny Billy'ego. Miał duże, głęboko osadzone piwne oczy, rudawe włosy i różowe policzki, wyglądał jak dzieciaczek z etykiet na produktach Gerbera. Raczkował po bawialni, lubił leżeć zwinięty w kulkę koło kaloryfera. Był tak uroczy, że kierownik lokalnego sklepu spożywczego mówił o nim: "Dobre, dobre dziecko". Nazywaliśmy go Duper albo Dupe. Podczas gdy Billy biegał nago po okolicy z córeczką naszych sąsiadów, Dupe po cichu związał sznurkiem gromadkę plastikowych żołnierzyków - "moi chłopcy", mówił - i wywiesił ich przez okno swojej sypialni na drugim piętrze.
Często starał się zrobić coś miłego dla innych. Wiedział, że matka uwielbia kanapki BLT, więc nauczył się je przyrządzać. Miał nieco krzywe usta i wyglądał, jakby zawsze się uśmiechał. Trochę się o niego martwiłam. Uważałam, że trzeba mieć go na oku, bo inaczej wpakuje się w kłopoty, które go przerosną.
Pewnego letniego dnia Danny, mniej więcej trzyletni, wyszedł niezauważony tylnymi drzwiami i zniknął. Patty i ja przeczesałyśmy całą okolicę - znalazłyśmy go w ogrodzie starszej pani kilka przecznic dalej. Siedział i jadł trawę. "Wypuść go!" - krzyczałyśmy, ale kobieta próbowała odpędzić nas miotłą. Byłyśmy przekonane, że to czarownica, która utuczy naszego braciszka, a potem wrzuci go do kotła, ugotuje i zje.
1964 - Molly. Najmłodsza. Po narodzinach musiała spędzić trochę czasu w szpitalu, bo matka nie chciała wracać do domu: była zmęczona całą tą gromadą dzieci, pragnęła nieco odpocząć. Zjawiły się w dniu moich siódmych urodzin, uznałam więc, że Molly to prezent dla mnie. Często wyjmowałam ją z kojca i brałam do swojego łóżka, do czasu, gdy zaczęła się turlać i pojawiło się ryzyko, że spadnie na podłogę. "Nie rośnij, pozostań dzieckiem" - szeptałam jej do ucha. Bałam się, że gdy zrobi się duża, pewnego dnia mnie porzuci. Po szkole razem z koleżankami biegłyśmy do jej pokoju i budziłyśmy ją, skandując głupi przydomek, który dla niej wymyśliliśmy: "Roeger Boohead Boohead Hogmeier, leży sobie, grubiutka, łysiutka!". Molly gapiła się na nas przez pręty łóżeczka i wołała: "Dzie so, zam!". W końcu rozszyfrowałyśmy ten komunikat. "Idźcie sobie. Zamknijcie się!"
Ze względu na zbyt dużą różnicę wieku Molly nie miała możliwości poznania tajników mody od najstarszych sióstr. W rezultacie potrafiła nosić te same poliestrowe spodnie (granatowe w małe księżyce) przez wiele dni z rzędu. Nie porzuciła ich nawet, gdy zrobiły się za ciasne. Holmer kilkakrotnie oskarżył Molly, że nasikała do basenu na podwórzu naszego domu. Nigdy nie potrafiła przekonująco odeprzeć zarzutów. Była za to nieprawdopodobnie dumna, ilekroć udawało się jej zaliczyć rzut wolny w koszykówce, odbić piłkę do siatkówki albo wykonać wzorowe zagranie golfowe.
- Molly potrafi nawet pierdzieć jak facet - stwierdził dumny Holmer, gdy pierwszy raz trafiła do dołka jednym uderzeniem.
Rodzice prawdopodobnie sprowadziliby na świat więcej potomstwa, ale nawet proboszcz uznał, że wystarczy. W 1964 roku matka miała zszargane nerwy i zszarganą macicę, zaczęła więc stosować pigułkę antykoncepcyjną. Dostawała recepty od swojego lekarza, gorliwego katolika, ojca dziesięciorga dzieci.
- Twoje ciało więcej nie wytrzyma, Jean - powiedział. Nie wspominając o umyśle.
Sporo ryzykowała. Według oficjalnej doktryny katolickiej wszystkie środki antykoncepcyjne - nawet kalendarzyk małżeński, kompletnie nieskuteczny - były wbrew porządkowi ustanowionemu przez Boga. Kobieta, która brała pigułkę, popełniała ciężki grzech. Gdyby księża dowiedzieli się, że matka stosuje środek zapobiegający ciąży, do końca życia nie mogłaby przystąpić do komunii świętej, potem zaś przez całą wieczność smażyłaby się w piekle. Na horyzoncie migotał jednak promyczek nadziei: w Watykanie trwał sobór, po długich naradach teolodzy doradzili papieżowi, aby zezwolił na stosowanie antykoncepcji hormonalnej. Pigułka nie niszczy istoty ludzkiej, powiedzieli. Po prostu zatrzymuje owulację.
Papież się namyślał, matka nerwowo czekała na jego decyzję. Każdego ranka w milczeniu łykała tabletkę. Któregoś razu robiła pranie w piwnicy - nie pierwsze i nie ostatnie tego dnia - gdy radio nadało wiadomość: ojciec święty Paweł VI orzekł, że antykoncepcja hormonalna jest "z natury zła" i nie może być wykorzystywana jako metoda planowania rodziny. Porządnym katoliczkom nie wolno jej stosować i już. Koniec dyskusji.
- Kurwa mać - mruknęła matka.
Wdrapała się na górę po schodach i znalazła biuletyn parafialny. Całe szczęście: w tym tygodniu spowiedzi wysłuchiwał młody ojciec Welsh, który od niedawna sprawował posługę w naszej parafii. Wreszcie jakaś dobra wiadomość. Matka poszła do niego w sobotę z samego rana.
- Ojcze, to ja, Jean Kissinger - szepnęła, uklęknąwszy w konfesjonale.
Zaczęła go przekonywać, że ma powody, by stosować pigułkę. Czyż nie urodziła już dostatecznie dużo dzieci, czyż nie zrobiła dostatecznie dużo dla przyszłości Kościoła? Młody ksiądz przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Jean, dzieci są darem Bożym, są owocem miłości między mężczyzną a kobietą - oznajmił w końcu.
Matka ze smutkiem zwiesiła głowę. Najwyraźniej z młodym księdzem nie pójdzie jednak tak łatwo.
Była zdesperowana. Kiedy na świat przyszedł Jake, dopadła ją depresja poporodowa. Z każdym kolejnym dzieckiem było coraz gorzej; teraz męczył ją nieustanny, niemal paraliżujący smutek. Panicznie bała się kolejnych ciąż. Miała już czterdzieści dwa lata, była zatem w tym samym wieku, gdy jej własna matka urodziła Johnny'ego, tego z zespołem Downa.
- Ojcze, proszę - szepnęła błagalnie. - Nie mogę mieć już więcej dzieci.
Opowiedziała mu o mrocznych myślach, od których czasami nie umiała się uwolnić. Po długich wahaniach młody ksiądz przyznał jej rację.
- Okej, Jean - westchnął i udzielił jej dyspensy.
Tydzień później zadzwonił telefon. Odebrałam. Ojciec Welsh, zazwyczaj bardzo sympatyczny, tym razem nie krył irytacji. Powiedział matce, że kobiety walą drzwiami i oknami, żeby się u niego wyspowiadać. Najwyraźniej nie umiała trzymać buzi na kłódkę i rozpowiedziała, że udało się jej uzyskać pozwolenie na stosowanie pigułki.
- Słuchaj, Jean, tajemnica spowiedzi działa w dwie strony - pouczył ją niezadowolony ksiądz.
Mimo że matka żyła we mgle depresji i lęku, dokładała starań, aby nasz dom był szczęśliwym miejscem. Każdego ranka kręciła się po kuchni w puchatych niebieskich kapciach, z ust zwisał jej papieros, śpiewała Tippy'emu, naszemu tłustemu beagle'owi, i kanarkowi, któremu daliśmy na imię Flip. Brała wyciąg z konta bankowego i na odwrocie spisywała sobie listę rzeczy do załatwienia przez resztę dnia. (Pierwsza pozycja: "Sporządzić listę"). Nosiła kremoworóżowy szlafrok z przypinką z hasłem feministki Susan B. Anthony: "Wszyscy mężczyźni to zwierzęta".
Późnym rankiem, po kąpieli, wybierała się czasami do szkoły Świętego Franciszka Ksawerego, gdzie pomagała pilnować dzieci na boisku. Przerywała bijatyki, przemywała skaleczenia, dbała, żeby żadne dziecko nie chodziło w rozpiętej kurtce, bo przecież od strony pobliskiego jeziora Michigan zawsze wiał silny wiatr. Po lekcjach woziła nas po North Shore swoim kombi z drewnianym nadwoziem, robiła zakupy albo spełniała różne dobre uczynki. Dostarczała mleko kobiece organizacji La Leche League, przygotowywała paczki z ubraniami, jedzeniem i zabawkami dla kościelnej misji sercanek. Jeśli którejś z jej przyjaciółek urodziło się dziecko lub umarł rodzic, wpadała w odwiedziny i przynosiła swoje słynne ciastka cytrynowe. Czekaliśmy w samochodzie przy włączonym silniku, podczas gdy matka truchtała do drzwi tego czy innego domu, żeby pośpiesznie wręczyć gospodarzom jakiś przysmak z lodówki w naszej piwnicy, który nie został dzień wcześniej pożarty podczas nalotu urządzonego przeze mnie lub przez moje rodzeństwo, niebaczące na przyczepiane przez matkę etykietki z napisem: "NIE RUSZAĆ ".
Potem wiozła nas na mecze koszykówki, na treningi, na spotkania drużyny skautów, którym przewodziła. Robiliśmy nieudolne gwiazdy i salta, matka mówiła: "Dobra, może być", po czym rozdawała nam odznaki potwierdzające, że zdobyliśmy kolejną sprawność. Następnie jechaliśmy do sklepu spożywczego Hi-Lo przy Green Bay Road, gdzie kupowała nam lody po pięć centów za sztukę, mimo że była już prawie pora kolacji.
Pierwsze martini przyrządzała sobie równo o siedemnastej, drugie pół godziny później. Czasami popijała drinkiem tabletki uspokajające. Kiedy naczynia były już pozmywane, bajki na dobranoc przeczytane, a najmłodsze dzieci zostały utulone do snu, wkładała koszulę nocną, myła zęby, klękała przy łóżku, brała głęboki oddech, pochylała głowę i robiła szybki znak krzyża. Następnie na dłuższą chwilę chowała twarz w dłoniach. Zawsze ciekawiło mnie, o co się modli z taką żarliwością. Chciała podziękować Bogu? Chciała poprosić Go o więcej siły, więcej energii? O to, żeby ją stąd zabrał? Po modlitwie wskakiwała pod kołdrę i z najpromienniejszym nieszczerym uśmiechem na świecie mówiła: "Jak dobrze jest być w łóżku". Koło ósmej, najpóźniej dziewiątej, zaliczała zgon. Od tego momentu dom należał do nas. Mogliśmy robić, co nam się podoba.
Holmer też się starał. W piątkowe wieczory wracał do domu z Nowego Jorku, lekko wstawiony, bo wypijał parę drinków w samolocie, i urządzał obchód stołu w jadalni.
- Buzią do mnie - rozkazywał i całował każde ze swoich dzieci tak mocno, że bolały nas policzki.
Nazywał nas "małymi delikwentami" - poznał to słowo na studiach prawniczych, mieliśmy wrażenie, że to jakieś włoskie przekleństwo. Po drinku albo dwóch kładł się na podłodze i zabierał nas po kolei w podróż helikopterem, co polegało na tym, że przytrzymywał w górze nogami mnie lub któreś z rodzeństwa, aż piszczeliśmy z radości. Mówiliśmy na to "niebezpieczne zabawy".
Wypełniał wszystkie obowiązki ojca tak licznej dzieciarni: wiosną trenował drużynę małej ligi bejsbolu, jesienią trenował drużynę piłkarską, był lektorem podczas niedzielnej mszy i zawsze mrugał do nas porozumiewawczo z ambony, ilekroć trafił mu się fragment o "lasce Mojżesza" lub "łonie Abrahama". W późniejszych latach, kiedy trochę mniej podróżował, objął stanowisko przewodniczącego rady szkółki parafialnej. Przez pewien czas razem z matką prowadzili zajęcia z religii dla licealistów: powtarzali im, że należy naśladować Chrystusa i traktować bliźnich godnie i z szacunkiem.
W domu zawsze się wiercił i był ruchliwy. Pan Mrówki w Gaciach, pan Perpetuum Mobile. Nie umiał spokojnie usiedzieć na krześle: pstrykał palcami, wystukiwał rytm stopą, czasami, żeby czymś się zająć, szorował blat w kuchni. Przekręcał nasze imiona. Kiedy robił się szczególnie nerwowy, próbował wyrzucać je z siebie w rytmie karabinu maszynowego: na córki mówił "MaryNancyJeanMała", na chłopców "Dilly" - połączenie Danny'ego i Billy'ego.
Denerwowaliśmy go. Nigdy się nie nauczył, jak obchodzić się z bandą rozwrzeszczanych dzieci. Kiedy był mały, matka go biła. Więc Holmer też nas bił. Nie mówimy tu o strategicznych klapsach, zalecanych w tamtej epoce przez uznanych pediatrów w rodzaju Benjamina Spocka - mówimy o spontanicznych napadach atawistycznego gniewu, o dźgnięciu w żebro, o walnięciu dziecka w głowę, o ciosie pięścią, o biciu pasem, jeśli któreś z nas coś przeskrobało, o biciu klamrą pasa, jeśli zrobiliśmy coś naprawdę złego.
- Co ty sobie myślałeś? Czy ty w ogóle myślisz? - darł się, kiedy przeprowadzał inspekcję po tym, jak zlecił któremuś z nas pozamiatanie w garażu albo zagrabienie trawnika. - Daj mi to!
Wyrywał dziecku miotłę albo grabie, kazał się odsunąć i sam brał się do roboty.
Od sobotniego popołudnia chodziliśmy na paluszkach, staraliśmy się trzymać z dala od ojca i czekaliśmy, aż w poniedziałek rano znowu wyjedzie do Nowego Jorku. Najgorsze były niedziele, zwłaszcza jeśli Holmer miał kaca i jeśli Chicago Bears przegrali kolejny mecz. Wystarczyło wówczas najmniejsze przewinienie - na przykład rozlanie odrobiny mleka przy śniadaniu - a od razu wpadał we wściekłość.
Uwielbiał tę cholerną drużynę futbolową. Czasami przemycał nas na mecze: chował któreś z mniejszych dzieci pod płaszczem albo odwracał uwagę biletera, udając, że nie może znaleźć wejściówki, podczas gdy my przekradaliśmy się na stadion za jego plecami. Chicago Bears byli dla ojca źródłem nieustannych rozczarowań. Zawsze kupował bilety na cały sezon, a potem odgrażał się, że pozwie Bearsów do sądu za oszustwo handlowe polegające na udawaniu profesjonalnej drużyny w celu wyłudzania pieniędzy od fanów.
Jeśli spieszyło mu się do wyjścia z domu, a któreś z nas stało mu na drodze, zaczynał wymachiwać rękami - nawet jeśli trzymał akurat kubek gorącej kawy - i wołał:
- Uwaga! Śmigłowiec!
Często po napadach gniewu wyglądał na zawstydzonego, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Nie umiał spojrzeć nam w oczy. Było widać, że żałuje tego, co zrobił.
- Masz, spróbuj - mówił.
Wbijając wzrok w ziemię, podawał skrzyczanemu dziecku kawałek steka, który przyrządzał na grillu, ogórka kiszonego, rzodkiewkę z solą. Przyjmowałam tego rodzaju dary, wręczane na znak pokoju i zgody, nawet jeśli nie byłam głodna. Robiłam to, żeby ojciec poczuł się lepiej i żeby niezręczna chwila wreszcie minęła. Bałam się, kiedy tracił panowanie nad sobą. Dziesięć minut później odzyskiwał dobry humor. Tańczył, kołysał się, śpiewał głupią piosenkę.
"Co mogę podać szanownemu panu?"
Spytał kelner klienta, dłubiąc sobie w nosie.
Na co klient: "Dwa jajka na twardo poproszę,
Bo przynajmniej nie wsadzisz w nie palucha, draniu!".
Wydaje mi się, że nie chciał nam zrobić krzywdy. Po prostu nie umiał inaczej.
Gwałtowne wahania nastroju ojca i wieczna melancholia matki sprawiały, że byliśmy bardzo nerwowi, spięci, niczym bezbronne sarny w lesie wyczulone na najmniejszy hałas. Baliśmy się, że w każdej chwili mogą nas zaatakować tygrysy. Może właśnie skradają się po cichu w naszą stronę, jak to tygrysy mają w zwyczaju.
Kiedy Patty i ja byłyśmy trochę starsze, zaczęłyśmy wymyślać sobie nowe wieczorne rytuały w nadziei, że pozwoli nam to przegnać lęki. Ponieważ żadne z rodziców nie przychodziło, żeby powiedzieć "karaluchy pod poduchy" i utulić nas do snu, po zgaszeniu świateł recytowałyśmy:
- Cisza na sali sądowej! Małpa idzie! Kto się teraz odezwie, będzie małpą przez następny tydzień!
Ta metoda działała dość rzadko. Patty potrafiła jako tako nad sobą panować, ja nie. Więc udawałam, że się krztuszę, że mam napad drgawkowy, robiłam najróżniejsze rzeczy, byle tylko siostra jako pierwsza przerwała ciszę.
- Wszystko okej? - pytała szeptem, szczerze zaniepokojona.
- Małpa, jesteś małpa! - wołałam.
Na co matka znowu zaczynała krzyczeć:
- Wy dwie! Cicho być!
Wtedy dostawałyśmy głupawki i po chwili znów zaczynałyśmy skakać z łóżka na łóżko, piszczeć, śmiać się, udawać, że gramy na flecie.
Starałyśmy się być grzeczne, naprawdę. Chciałyśmy być dzielne. Pewnego razu odważyłyśmy się zasnąć z rękami zwieszonymi nad legowiskiem tygrysów. Ocalałyśmy, mimo to nigdy nie przestałyśmy się ich bać. Było oczywiste, że pewnego dnia rzucą się na nas i rozerwą nas na strzępy. To tylko kwestia czasu.
I rzeczywiście, tak właśnie się stało.
Co prawda nie zaatakowały nas tygrysy, ale potwory, które od dawna na nas czyhały, okazały się równie straszliwe. Miały ostre zęby i pazury, gryzły, drapały, przerobiły nas wszystkich na mielone. Pożarły kilkoro z nas. Jedna z sióstr została połknięta w całości. Wiele lat później potwory dopadły naszego brata, i to na naszych oczach. Widzieliśmy, co się dzieje, ale nie mogliśmy go ocalić. A może po prostu byliśmy zbyt przerażeni, żeby przynajmniej spróbować.
Ci, którzy przetrwali, ukrywali się przed potworami. Na próżno. Nie odpuszczały. Gdy tylko wydawało się, że zdołaliśmy się od nich uwolnić, jeden z nich przypuszczał atak. A potem pojawiał się drugi i trzeci, i jeszcze następny. Wszyscy zostaliśmy mocno poranieni. Nikt nie uszedł bez szwanku.
Aż wreszcie zrozumieliśmy, że jeśli chcemy się uratować, nie możemy dłużej chować się pod kołdrą jak Patty i ja, kiedy byłyśmy małe. Każde z nas musiało znaleźć sposób, żeby stawić opór potworom. Żeby spuścić im wpierdol i raz na zawsze zmusić je do posłuszeństwa.
W przeciwnym razie na pewno spróbowałyby po nas wrócić.