? Wstęp
Wychowywałem się wśród mediów. W Massachusetts dekady disco mój ojciec podjął pracę w nowo powstałej stacji telewizyjnej należącej do sieci ABC, pod nazwą WCVB-TV. To były złote dni programów informacyjnych w stacjach lokalnych, więc moje dzieciństwo mocno przypominało film Legenda telewizji.
Regularnie miałem kontakt z garniakami w kratę, upiornymi zarostami i pokaźnymi oznaczeniami stacji na mikrofonach, rozsławionymi ponownie przez film z Willem Ferrellem. Zachowały się fotki ojca z bakenbardami i w żółtej muszce.
Poważniejsze było to, że stacja informacyjna Channel 5 i dziennikarstwo stały się tak fundamentalną częścią mojej tożsamości, kiedy dorastałem, jak zapewne baseball dla Barry'ego Bondsa, powiedzmy. Byłem zafascynowany pracą mojego taty.
Miał on swój rytuał, który nazywał "telefonicznym szturmem". Wróciwszy wieczorem do domu, robił sobie drinka, zapalał camela bez filtra i zaczynał szperać w pokaźnej kartotece numerów, wyciągając losowe nazwiska. Potem wybierał numery na rotacyjnej tarczy i dzwonił, żeby z tymi ludźmi pogadać.
Obserwując go jako dzieciak, nauczyłem się tego: ze źródłami ma się więź, o którą należy dbać zarówno wtedy, kiedy pracuje się nad materiałem, jak i kiedy się tego nie robi. Ludzie muszą mieć poczucie, że ich życie jest dla ciebie interesujące samo przez się, a nie tylko dlatego, że czegoś od nich chcesz. I jeszcze jedno: pytaj o wszystko, o czym tylko chcą z tobą rozmawiać, a nie tylko o jeden konkretny temat.
Tę zasadę dziennikarstwa śledczego ładnie pokazuje inna luzacka komedia Efekt Zero. Jak to ujmuje dorównujący Sherlockowi detektyw Daryl Zero: "Gdy bierzesz się do szukania czegoś konkretnego, masz znikome szanse, że to znajdziesz. Bo spośród wszystkich rzeczy na świecie szukasz tylko tej jednej. Kiedy chcesz znaleźć cokolwiek, niemal na pewno to znajdziesz".
Jest w tym nauczka dla dzisiejszych dziennikarzy, przyzwyczajonych zastępować rozmowy szukaniem linków (taki risercz w rzeczywistości podbudowuje tylko tezę, którą już wcześniej człowiek sobie postawił). Ojciec nauczył mnie, że praca reportera polega nie tylko na rozmowach, ale też na wiecznej gotowości na to, że to, co się usłyszy od ludzi, może być zaskakujące.
Za młodu wydawało mi się, że zrozumiałem tę i wiele innych rzeczy o branży dziennikarskiej. Już przed drugą klasą liceum wiedziałem nawet, co dokładnie oznacza źródło off the record - miałem to wyryte w głowie, niczym prawdy wiary. Sądziłem, że jestem ekspertem.
A potem przeczytałem Manufacturing Consent.
Książka ta wyszła w 1988 roku. Ja zapoznałem się z nią rok później jako dziewiętnastolatek. Rozniosła mi mózg.
Obok filmu dokumentalnego Serca i umysły (o zbrodniach wojennych popełnionych w Wietnamie) i książek takich jak Soul on Ice [Dusza w lodzie], In the Belly of the Beast [W brzuchu Bestii] czy The Autobiography of Malcolm X [Autobiografia Malcolma X], Manufacturing Consent uświadomiło mi, że pewna doza oszustwa jest zaszyta niemal we wszystkim, czego mnie dotąd nauczono o współczesnym życiu w Stanach.
Nie wiedziałem niczego o obu autorach tej książki, naukowcach akademickich Edwardzie Hermanie i Noamie Chomskim. Wydawało mi się dziwne, że książkę mającą ponoć mówić tak wiele o dziennikarstwie mogli napisać niedziennikarze. Co to w ogóle za goście? Jakim prawem twierdzili, że mają jakieś pojęcie o tej branży?
Byliśmy w samym środku rządów George'a H. W. Busha, wciąż trwały buńczuczne lata osiemdziesiąte spod znaku Top Gun. Szczere zaangażowanie w politykę było domeną frajerów. Ameryka była super, dowalanie się do Ameryki - kiepawe. Noama Chomskiego przedstawiano mi jako słownikowy przykład frajerstwa, drętwego nudziarza, który wiecznie strugał autorytet.
Między okładkami zobaczyłem jednak zupełnie coś innego. Manufacturing Consent to książka olśniewająca. Owszem, jak wiele prac kilku autorów, w tym szczególnie dzieł akademickich, napisana jest powolnym, mozolnym stylem. Jednak jak na tamte czasy stanowiła intelektualny rozbłysk, wręcz szaleństwo.
Z zawartych w niej idei bił sprzeciw. Kiedy już autorzy wyłożyli w pierwszym rozdziale swój słynny model propagandy, szli przez fałszerstwa amerykańskich władz jak przecinak.
Główną koncepcją książki jest stwierdzenie, że cenzura w Stanach Zjednoczonych nie istnieje jawnie, lecz skrycie. Zarządzanie opinią publiczną "normalnie obywa się bez prymitywnych interwencji" - dokonuje się go przez usuwanie "głosów sprzeciwu i niewygodnych informacji" poza dozwolone parametry mentalne: "w określone granice i na marginesy".
Kluczowe w tej dezinformacji jest to, że Amerykanie dzień w dzień widzą toczące się w mediach żywe debaty. To tworzy w nich złudne przeświadczenie, że nie ma tu propagandy. Manufacturing Consent tłumaczy, że dyskusja, którą oglądamy, jest wyreżyserowana. Zakres argumentów został sztucznie zawężony na długo przed tym, nim dane nam było ich słuchać.
Ten starannie przygotowany kant realizowany jest przez nieustanną pilną kontrolę całego szeregu wrażliwych punktów wewnątrz branży medialnej. To proces delikatny i bardzo idiosynkratyczny, można się na niego gapić od narodzin do śmierci i niczego nie zauważyć.
Amerykańskie przedsiębiorstwa informacyjne nie zakazywały wówczas pisania historii niepatriotycznych - i wciąż tego nie zakazują. Nie wtarabani się żaden redaktor z czerwonym ołówkiem w garści, żeby na modłę nieeleganckich sowieckich komisarzy wycinać politycznie niebezpieczne wiadomości.
Zamiast tego, w niemal stuprocentowo nieświadomym procesie, firmy medialne po prostu unikają nagłaśniania tych, którzy się nie dostosowują. Ludzie z natury skłonni do zadawania pytań, drążenia, wiercenia dziury w brzuchu - swoją drogą, to wszystko cechy dobrych reporterów - są plewieni przez szefów, szczególnie w większych przedsiębiorstwach. Natomiast awansami intensywnie nagradza się łatwowiernych, nieskorych do intelektualnych przygód, potulnych.
Jak miałem się przekonać na własnej ścieżce kariery, w branży dziennikarskiej roi się od mózgów na trzy z dwoma. Wytwarza się swego rodzaju myślenie grupowe, opanowuje wyższe szczeble instytucji medialnych, a nieświadome sygnały stamtąd spływają niżej.
Młodzi dziennikarze wcześnie uczą się, jakie zachowania są dopuszczalne, a jakie nie. Uczą się rozpoznawać, niemalże bardziej nosem niż rozumem, co jest "dobrą historią", a co nie.
Chomsky i Herman na określenie tego mechanizmu regulacyjnego używali terminu "flak"[1]. Definiowali go jako "negatywne reakcje na stwierdzenie lub program w mediach".
Podawali przykłady na to, jak to opłacane przez korporacje think tanki typu The Media Institute czy antykomunistyczny Freedom House zasypywały instytucje medialne, które wypuszczały niewłaściwe materiały, "listami, telegramami, telefonami, petycjami, pozwami", stosowały też inne środki nacisku.
Jaki materiał był niewłaściwy? Tu poznawaliśmy kolejny element modelu propagandy, ideę "ofiar godnych i niegodnych". Herman i Chomsky definiowali tę koncepcję następująco:
System propagandy będzie stale przedstawiać ludzi ciemiężonych w państwach wrogich jako ofiary godne, podczas gdy ci traktowani równie źle czy nawet gorzej przez własne władze lub ich klientów będą ofiarami niegodnymi.
Zgodnie z tą teorią polski ksiądz zamordowany za rządów Reagana przez komunistów był ofiarą "godną", ale prawicowe szwadrony śmierci wspieranego przez USA rządu Salwadoru, wyrzynające w tym samym czasie dziesiątki księży i zakonnic, stanowiły materiał "mniej godny" uwagi.
Herman i Chomsky opisali więc system nieformalnej kontroli społecznej, w którym cele propagandowe państwa były stale wzmacniane wśród odbiorców, przy czym stawiano na ilość, a nie na jakość.
Tu i ówdzie dało się zauważyć kogoś wyrażającego osobne zdanie, ale przeważająca instytucjonalna siła mediów (oraz infrastruktury think tanków i polityków stojących za firmami prywatnymi) bezpiecznie prowadziła odbiorców samym środkiem zaskakująco wąskiego politycznie i intelektualnie toru wodnego.
Jednym z przykładów, które podali, był Wietnam - tu amerykańskie media włączyły się szeroko w zapieranie się siebie samych, dowodzenie własnej winy za "przegranie tej wojny".
Do dziś utrzymuje się absurdalna legenda mówiąca, że kluczową rolę w podkopaniu wysiłku wojennego odegrał prowadzący wiadomości w stacji CBS Walter Cronkite po swojej dwutygodniowej wizycie w Wietnamie w roku 1968.
Sławetny "felieton wietnamski" Cronkite'a wykpiwał "tych optymistów, którym zdarzało się już wcześniej mylić", nikczemnie dowodząc, że serwowane przez wojsko promienne prognozy rychłego zwycięstwa nie były prawdą. Cronkite dawał do zrozumienia, że szlachetniej byłoby pogodzić się z faktami, uznać, że "zrobiliśmy, co tylko mogliśmy" dla obrony demokracji, i zabrać się stamtąd do domu.
Tekst ten zainicjował "dyskusję", która wciąż jeszcze trwa.
Na prawicy mówi się, że trzeba było kontynuować walkę w Wietnamie wbrew tym czerwonym intrygantom z mediów.
Postępowcy uważają, że Cronkite miał rację, że już kilka lat wcześniej powinniśmy byli pojąć, iż tej wojny nie da się "wygrać". Według tej linii rozumowania taka konstatacja ocaliłaby życie niezliczonym Amerykanom.
Te dwa stanowiska nadal wyznaczają, by tak rzec, brzegi toru wodnego myśli amerykańskiej.
Bardziej niemiła prawda - że w Indochinach dopuściliśmy się ludobójstwa na całkiem sporą skalę, zabijając z powietrza w sumie co najmniej milion niewinnych cywilów w trzech krajach - jest z historii tego okresu eliminowana zawczasu.
Nie ma ogólnonarodowego katharsis dotyczącego konfliktów takich jak te w Wietnamie, Kambodży, Laosie, wspieranych przez CIA antykomunistycznych masakr, na przykład w Indonezji, czy nawet świeższych koszmarów z bliskowschodnich aren takich jak Afganistan, Irak, Syria czy Jemen - zamiast tego głównie ignorujemy zakłócające narrację wiadomości o śmierci cywilów czy innych okrucieństwach.
Media, które obecnie biją sobie brawo za wytykanie Donaldowi Trumpowi kłamstw (i słusznie, bo kłamie), wciąż używają haniebnych eufemizmów produkcji rządowej typu "straty uboczne". Nasze nowe, chamskie zawołanie: "Demokracja umiera w ciemnościach" najwyraźniej nie dotarło jeszcze do Pentagonu i raczej nigdy tam nie dotrze[2].
W czasie "wojny z terrorem" prasa wzięła na siebie winę za przegraną w poprzedniej wielkiej wojnie i zgodziła się nie pokazywać zdjęć wracających do kraju trumien (a co dopiero samych scen śmierci na polu walki).
Sami też zaproponowaliśmy, że będziemy ciąć czy umniejszać historie o torturach ("przesłuchaniach wspomaganych"), porwaniach ("transferach") czy skrytobójstwie ("działania zabójcze" czy "macierz rozporządzania").
Nawet teraz jeśli w ogóle pisze się o tych tematach, to najczęściej nie w tonie oburzenia. W rzeczy samej wiele materiałów o "ofiarach cywilnych" opakowuje się językowo tak, jakby ujawnienie nie w porę wieści o "stratach ubocznych" mogło nam utrudnić wygranie tej wojny, o którą akurat w danym momencie chodzi.
Po wiadomościach o śmierci cywilów amerykańskim siłom zbrojnym niełatwo jest uzasadnić użycie sił powietrznych w wojnie przeciwko bojownikom - ot, typowy nagłówek w amerykańskiej prasie.
Zdołalibyście się domyślić, z którego roku pochodzi ten materiał i której wojny dotyczy? Pasowałby i do roku 1968, i do 2008. Albo i 2018.
Jak przepowiedzieli autorzy Manufacturing Consent - może kłaniając się przy tym Orwellowi - w społeczeństwach takich jak nasze scenariusze rzadko się zmieniają[3].
Gdy przyszedł moment, w którym sam zacząłem pracować w dziennikarstwie, odkryłem, że diagnozy Chomskiego i Hermana były zasadniczo prawidłowe. Co więcej, przewidzieli oni takie przyszłe medialne oszustwa jak wojna w Iraku. Ich model zapowiedział to ohydne widowisko z detalami.
Ani Herman, ani Chomsky nie mogli jednak wiedzieć, kiedy Manufacturing Consent trafiło w 1988 roku na księgarskie półki, że branża mediów przechodzi fundamentalne zmiany. Jak się okazało, ich publikacja ukazała się tuż przed trzema potężnymi rewolucjami. Kiedy spotkałem się z Chomskim, by przeprowadzić z nim wywiad do tej książki (patrz Aneks 2.), omówiliśmy te przemiany. Należały do nich:
Wybuch popularności konserwatywnego formatu radia mówionego i produktów newsowych w stylu telewizji Fox. Oferując podejście subiektywne zamiast "obiektywnego" jako strategię komercyjną, stacje te stanowiły zapowiedź atomizacji palety mediów informacyjnych, wskutek której każdy konsument mógł znaleźć sobie gdzieś kanał newsowy odpowiadający jego poglądom politycznym. Było to istotne odejście od oligopolu trzech stacji, dominujących w mediach za czasów Manufacturing Consent, pod którym cały kraj dyskutował o wspólnym dla wszystkich zestawie informacji. Wejście kablowych kanałów informacyjnych działających dwadzieścia cztery godziny na dobę, co zmieniło priorytety branży. Nagle dziennikarzy zaczęto tresować tak, by cenili najświeższe wiadomości, bezpośredniość, potencjał wizualny bardziej niż kaliber. "Grzanie tematu" przez sieć - niezmordowane, przesadne katowanie dzień i noc jednej chwytliwej historii, takiej jak katastrofa Kurska czy niemowlę wrzucone do studni - to typ dziennikarstwa, które mój znajomy producent z telewizji ochrzcił mianem "szuflowania węgla dla Lucyfera", i pierwociny sesji kompulsywnego oglądania tego, co płynie z ekranu. Nieustanne
teraz, teraz, teraz mielone przez stacje całodobowe wykształciło u widzów nowy rodzaj lęku i uzależnienia, potrzebę czerpania wiedzy o bieżących wydarzeniach nie raz czy dwa razy dziennie, ale co minutę. Ten format miał mieć istotne konsekwencje, szczególnie w wyborach roku 2016. Rozwój internetu, w 1988 roku ledwie raczkującego. Sądzono, że doprowadzi on do istotnej demokratyzacji rynku prasowego. Jednak dystrybucję mediów drukowanych i antenowych przejęło wkrótce ledwie kilka platform cyfrowych. Na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku ten system uległ potężnej koncentracji. W rezultacie pojawiły się możliwości bezpośredniej kontroli nad mediami, nieistniejące w chwili wydania Manufacturing Consent. Co więcej, powstanie mediów społecznościowych miało tysiąckrotnie wzmóc efekty flaku, przyspieszając procesy zglajchszaltowania i myślenia grupowego metodami, których w 1988 roku nawet nie można było sobie wyobrazić.
Największa chyba różnica wiązała się z oczywistą przemianą dziejową: upadkiem ZSRR.
W pierwszym wydaniu Manufacturing Consent jednym z filarów "modelu propagandy" było wykorzystywanie przez media antykomunizmu jako religii organizującej.
Trwająca wówczas zimnowojenna narracja umożliwiała prasie wykorzystywanie antykomunizmu do tłuczenia po łbach odszczepieńczych myślicieli - traf chciał, że często byli to socjaliści. Pałki tej używano także wobec ludzi od socjalizmu dalekich (widziałem to jeszcze lata później, kiedy Harolda Deana po kilkanaście razy dziennie pytano, czy nie jest aby "zbyt lewicowy" jak na perspektywicznego kandydata).
Jednak upadek muru berlińskiego i rozpad imperium sowieckiego spuściły nieco pary z kotła religii antykomunizmu. Chomsky i Herman odnieśli się do tego w uwspółcześnionym wydaniu Manufacturing Consent z roku 2002, pisząc:
Siła ideologii antykomunistycznej osłabła być może wraz z upadkiem ZSRR i niemal zupełnym zaniknięciem ruchów socjalistycznych na całym globie, z łatwością jednak zostaje to wyrównane większą siłą ideologiczną wiary w "cud wolnego rynku" [...].
Zapaść ZSRR, jak też osłabienie antykomunizmu jako zasady porządkującej doprowadziły do innych zmian w mediach. Manufacturing Consent było w znacznej części książką o tym, jak ów niewidzialny system nieformalnych reguł pozwalał prasie mobilizować całą ludność do wsparcia poszczególnych celów, często dotyczących polityki zagranicznej.
Jednak upadek muru w połączeniu z nowymi strategiami komercyjnymi wdrażanymi przez sieci takie jak Fox doprowadził do powstania w mediach nowego kierunku rozwoju.
Niegdyś firmy medialne starały się zyskać jak najszerszą widownię. Nudna trzecioosobowa narracja stosowana w tradycyjnych głównych gazetach nie znalazła się tam z jakichś powodów etycznych czy moralnych, lecz dlatego, że kiedyś wierzono, iż najlepiej realizuje ona komercyjne zadanie ściągania tylu czytelników/widzów, ilu tylko się da. Bądź co bądź media to przede wszystkim biznes, a był czas, że nudne trzecioosobowe teksty stanowiły przykład zaawansowanego marketingu.
Jednak w okresie po publikacji Manufacturing Consent nowe giganty w stylu Fox przewróciły ten model biznesowy do góry nogami. Australijski handlarz tabloidami Rupert Murdoch, posługując się odchyleniem politycznym jako narzędziem sprzedaży, spowodował konsekwencje do dziś kiepsko rozumiane przez amerykańskie społeczeństwo.
Od dziesięcioleci branża newsowa kładła nacisk na "obiektywne" przedstawianie wiadomości, przy czym chodziło tu nie tyle o kwestie polityczne, ile o używany ton.
Zamysł był taki, żeby klepać wiadomości na tyle rozwodnione retoryką i niegroźne, by zgarnąć całe spektrum potencjalnych konsumentów tych informacji. Prezenter starego typu był monotonnie brzęczącym manekinem o wyglądzie i tonie głosu zaprojektowanych tak, by wydawał się bezpiecznym towarzyszem na randkę dla waszych córek. "Dobry wieczór, mówi Dan Rather, usunięto mi płaty czołowe. Dziś w Libii..."
Murdoch strzaskał ten schemat. Konsumentom wiadomości zaserwował audycje zogniskowane, ocenne, agresywne. Na żyłę złota trafił z programem The O'Reilly Factor, którego prowadzącym był Bill O'Reilly (też weteran bostońskiej telewizji), o nabiegłej krwią twarzy, ujadający odstojnik furii białych przedmieść.
Kolejnym hitem był Hannity & Colmes, format ogrywany jako parodia starych programów informacyjnych. Tutaj "liberalny" Alan Colmes był roztrzęsionym, aseksualnym modelem "bezpiecznego partnera na randkę" z ery dawnej telewizji, a Sean Hannity robił za zakapiorowatego wuja z wąsem i w makijażu, którego zadaniem było pokazywać, że Colmes to frajer bez kręgosłupa (bo tak też było).
To był teatrzyk, nie program informacyjny, i nie chodziło w nim o ściągnięcie całej widowni, tak jak chciały to osiągnąć inne audycje w formacie debat, w typie Crossfire w CNN.
Założeniem Crossfire była uczciwa walka - dwaj znani komentatorzy polityczni fechtujący się na ten czy inny temat z założeniem: niech wygra najlepszy (z reguły zapraszano tu mężczyzn).
Typowy dla Crossfire układ wyglądał następująco: bombastyczny typ o skrajnych poglądach, powiedzmy Pat Buchanan, kontra zniewieściały liberał w rodzaju redaktora "New Republic" Michaela Kinsleya. Czasami pozwalano wygrać konserwatyście, kiedy indziej zwycięstwo odnosił liberał. Wyglądało to jak autentyczna wymiana poglądów.
W rzeczywistości Crossfire było jednak tylko sformalizowaną wersją sztucznych biegunów dopuszczalnej dyskusji opisanych przez Chomskiego i Hermana. Jak uświadomili to sobie niektórzy z uczestników tego programu (na przykład Jeff Cohen, pionier krytyki mediów, który przez krótki czas robił tam za "liberała"), Crossfire stało się sceną dla propagandy, na której dzięki scenicznym trikom "lewa" strona argumentacji stopniowo, przez lata przesuwała się coraz bardziej na prawo. Propaganda, owszem, ale w zwolnionym tempie.
Hannity & Colmes niczego nie udawał. Był to mniej robolski odpowiednik gal wrestlingu Vince'a McMahona, które w tamtym czasie zyskały ogromną popularność. W debatach stacji Fox Sean Hannity był podłym heelem, a Colmes miłym babyface'em[4]. Każdy porządny fan wrestlingu wie, że widownie w Stanach na ogół chcą zobaczyć, jak babyface zbiera łomot.
Rola Colmesa polegała na tym, że co rusz miał się podkładać, i robił to dobrze. Tymczasem prawicowi dilerzy wściekłości tacy jak Hannity czy O'Reilly (a w radiu - Rush Limbaugh) błyskawicznie zasysali do swoich widowni ludzi sfrustrowanych, białych, często podstarzałych. Roger Ailes, szef Foxa, chwalił się kiedyś: "Stworzyłem kanał dla ludzi między pięćdziesiątką piątką a zgonem". (Sam też już nie żyje).
Tak do mediów wszedł nowy model. Zamiast brać na cel szerokie masy, zaczęto polować na ściśle wyznaczone grupy ludzi. Wybuchowy rozrost telewizji kablowej oznaczał pojawienie się setek kanałów, z których każdy miał osobną misję.
Akurat w chwili publikacji Manufacturing Consent na podobne łowy wyruszyły także wszystkie główne kanały kablówki - wypłynęły na oceany demograficzne, by znaleźć sobie własne widownie. Lifetime było "telewizją dla kobiet", Discovery okazało się popularne wśród mężczyzn. BET zwracało się do czarnych widzów. Dla MTV celem była młodzież.
Wszystko to wydaje się dziś oczywistością, ale ten efekt "szufladkowania", rozprzestrzeniający się po kolejnych kanałach, wkrótce stał się bardzo istotnym czynnikiem w prezentowaniu wiadomości. Fox na długi czas zmonopolizował widownie konserwatywne. Rywale tej stacji, tacy jak CNN czy MSNBC, niemal automatycznie zaczęli gościć ludzi uważających się za liberałów i rozpoczęty w ten sposób proces doboru miał z czasem jeszcze przyspieszyć.
W pracy dziennikarzy pojawił się nowy trend. Przez całe pokolenia reżyserzy programów informacyjnych musieli pamiętać tylko o paru imperatywach ideologicznych. Należał do nich ten udanie a obszernie opisany przez Chomskiego i Hermana: "Ameryka rządzi: ci popaleni napalmem są nieważni". Zajmowaliśmy się godnymi ofiarami, ignorowaliśmy niegodne i w wymiarze politycznym na tym polegała większość naszej roboty.
A inne wiadomości? Jak powiedział mi pewien producent telewizyjny w latach dziewięćdziesiątych: "Staramy się tylko o jeden efekt: "Dziwne, co nie?"".
Słyszeliście o tym typie z Michigan, który odmawiał skoszenia trawnika nawet po tym, jak nakazał mu to urząd miasta? Dziwny! A sklep z prezerwatywami w Cranston w stanie Rhode Island, w którym nawet nie musisz wysiadać z samochodu? Ale jazda! Ej, a co tam się dzisiaj działo na procesie O. J. Simpsona? Ten Kato Kaelin to jednak głupol! Ale ten prawnik, co nosi kurtkę z zamszu, tego to uwielbiam! Wygląda jak kowboj!
Prezesi telewizji nauczyli się, że Amerykanie będą zadowoleni, jeśli tylko bez przerwy będzie im się serwować wyroby faktopodobne w stylu tabloidów (dziś sformalizowała to kultura memów). Kiedy "New York Times" postanowił zajmować się tym cyrkiem z O. J. Simpsonem jak poważnym tematem, wyłamano drzwi do otwartej komercjalizacji głupich newsów, co doprowadziło między innymi do chwili, w której Donald Trump mógł zostać liczącym się kandydatem na prezydenta.
Drzewiej w wiadomościach serwowano miks takich niegroźnych ciekawostek i radosnych raportów z linii frontu Pax Americana. Cała rodzinka mogła sobie siąść i oglądać to bez stresu (zakazanego: w epoce przed nastaniem internetu ważna była reguła, że nic, co jest nadawane, włącznie z wiadomościami, nie może dorównywać reklamom napięciem ani kreatywnością). Kiedyś wiadomości reżyserowano tak, by mógł je konsumować cały dom: i kochająca mamusia, i stuknięty wujo prawicowiec, i zaangażowany kuzyn z uniwerka, który właśnie wrócił do domu w koszulce z Guevarą.
Kiedy jednak zaczęto nas układać w demograficzne szufladki, kanały znalazły nowy sposób na wabienie widowni: sprzedawano konflikt wewnętrzny.
Ludzie pokroju Rogera Ailesa ściągnęli uwagę stukniętego wuja prawaka i dali mu do oglądania jeden kanał pełen newsów skrojonych dokładnie pod niego, zapełniając pasmo na przykład materiałami o imigracji czy o przestępstwach popełnianych przez osoby z mniejszości. Z czasem pojawiły się też na rynku kanały z treściami dla młodziaka w koszulce z Guevarą. Jeśli siedzieli w różnych pokojach i każdy oglądał swoje, można było dosłownie uzależnić obu widzów od wzajemnej nienawiści.
Był w tym element polityki, ale zarazem go nie było. Z początku chodziło wyłącznie o komercję. A tkwiący w tym świecie dziennikarze wkrótce zaczęli sobie uświadamiać, że zmieniła się natura ich zawodu.
O ile kiedyś obowiązywało nas relacjonowanie faktów tak uczciwie, jak tylko potrafimy - oczywiście trzymając się środka toru wodnego dopuszczalnych poglądów - teraz naszym zadaniem było dopilnowanie, żeby widz włączył nasz kanał także nazajutrz.
Handlowaliśmy gniewem, a robiliśmy to głównie przez serwowanie widzom tego, co chcieli słyszeć. Najczęściej wiązało się to z tłuczeniem materiałów o ludziach, których nasi odbiorcy uwielbiali nienawidzić.
Sprzedawanie szufladkowanego gniewu było bardziej wyrafinowanym wariantem programów wolnoamerykankowych, którym początek dał Hannity & Colmes. Nowoczesny konsument wiadomości włączał sobie program odzwierciedlający jego uprzedzenia do idei czy ludzi, którzy byli łotrem dnia: obcokrajowców, przedstawicieli mniejszości, terrorystów, Clintonów, republikanów czy nawet korporacji.
Był to system pomyślany tak sprytnie, że dzielenie newsów na poszczególne szufladki nie zawadzało pojawiającej się czasem potrzebie "produkcji" treści dla całej widowni. Jakby co, wciąż mogliśmy spędzić cały kraj do jednej zagrody i sprawić, że stanie murem pod sztandarem, jak w sprawie wojny w Iraku.
Najczęściej jednak sprzedawaliśmy konflikt. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych zaczęliśmy systemowo rozbijać rodziny, nastawiać grupy przeciwko sobie, coraz częściej sprawialiśmy, że konsumpcja wiadomości była banieczkowym pobudzaniem odruchu plucia jadem wewnątrz "strefy komfortu" - konsumencką wersją "dwóch minut nienawiści".
Jak miało się to przysłużyć interesom elit, które niegdyś promowały jedność? Przez pierwsze dziesięciolecia pracy w tej branży trudno było mi dopatrzyć się w tym sensu. Przez długi czas uważałem, że to błąd modelu zaproponowanego przez Chomskiego i Hermana. Miałem wrażenie, że to sprzedawanie podziałów było zasadniczo bezsensowne.
Wydaje się jednak, że nawet to działo się nie bez powodu.
Media newsowe przeżywają kryzys. Badania opinii publicznej wskazują, że znaczna większość społeczeństwa nie ufa już prasie. Sam Chomsky odnotowuje to z rozpaczą, wzmiankując podczas rozmowy ze mną (przytoczonej na końcu tej książki), że Manufacturing Consent miało jeden niezamierzony skutek - przekonało czytelników, że nie należy wierzyć mediom.
Nieufność wobec czegoś może przybrać wiele postaci, ale ludzie wyciągający z lektury Manufacturing Consent tylko wniosek, że media wciskają kłamstwa, czytali tę książkę po łebkach. Gazety takie jak "New York Times" nie zajmują się, przeważnie, publikacją jawnej nieprawdy.
Lwia część komercyjnych programów informacyjnych przekazuje fakty (z jednym wyraźnym wyjątkiem, ale o tym potem), a pracujący w tej branży dziennikarze z reguły całkiem uparcie trzymają się zasady wierności prawdzie (choć niestety w czasie, jaki zajęło mi napisanie tej książki, to także zaczęło się po trosze zmieniać). Tak czy inaczej, ludzie powinni ufać większości dziennikarzy, szczególnie tych lokalnych, przydzielonych do konkretnych zadań (jak relacje z prac władz ustawodawczych czy sądów), w nieznacznym stopniu dotkniętych koteryjnymi uprzedzeniami mediów ogólnokrajowych i niezasługujących na łatkę samozwańczych elit. Zazwyczaj problemem jest kontekst, w jakim przychodzi im pracować.
Obecnie częściej niż kiedykolwiek wcześniej dziennikarze pracują dla wielkich, nihilistycznych korporacji, w których decyzje redaktorskie są wypaczane w wyniku toksycznej kombinacji motywów politycznych i finansowych. Nie mając pojęcia, jaki jest efekt tych nacisków, przeciętny konsument programów informacyjnych tylko z wielkim trudem może ułożyć sobie dokładny obraz wydarzeń na świecie.
Pisząc tę książkę, chciałem stworzyć przewodnik po tych wypaczeniach z punktu widzenia człowieka z branży.
Nowoczesna branża mediów opiera się na wyrafinowanej technice, działającej w dwustopniowym procesie. Najpierw tworzone są treści umacniające w was poglądy, które już żywicie, po czym są do was rozsyłane zgodnie z wynikami analiz waszych nawyków konsumenckich.
Następnie to wy jesteście dobierani do reklamodawców, którzy mają jakiś produkt na sprzedaż dla waszej grupy demograficznej. To właśnie w ten sposób zarabiają firmy takie jak Facebook czy Google: mówiąc reklamodawcom, gdzie w sieci znajdą sobie potencjalnych klientów.
Zasadniczo newsy są przynętą, która ma zwabić was do zagrody, gdzie da się wam sprzedać adidasy, mydełka do kąpieli, leki na zapalenie prostaty czy co tam jeszcze według sondaży kupują ludzie podobni wam wiekiem, płcią, kolorem skóry, klasą i orientacją polityczną.
Wyobraźcie sobie, że wasze nałogowe siedzenie w internecie jest jak spacer ulicą. Ktoś wrzeszczy: "Ej, widziałeś, co te cholerne lewaki dziś zrobiły? Chodź tu, w ten zaułek!".
Nienawidzisz lewactwa, więc skręcasz w zaułek. Po drodze do tej historii masz witrynę oferującą samobieżne wózki sklepowe i inwestycje w złoto (nadchodzi krach - nawet ten miliarder tak twierdzi!).
Może kupisz sobie złoto, może nie. Jednak na końcu zaułka będzie wydzierał się typ o nabiegłej krwią twarzy opowiadający historię - może nawet prawdziwą - o tym, że na jednym z uniwersytetów w Massachusetts administracja usunęła pomnik Johna Adamsa, bo jakiś imigrant z Ameryki Łacińskiej czuł się przez niego "nieswojo". No człowieku, weź się przez takie coś nie irytuj!
Tę historię wybrano właśnie dla ciebie, żebyś jej wysłuchał. Rzecz jak z kafkowskiej przypowieści o strażniku pilnującym zbudowanej właśnie dla ciebie bramy do prawdy.
Po drugiej stronie ulicy, w zaułku MSNBC, są przeciwstawna historia i odmienne witryny, zbudowane specjalnie po to, żeby trafił na nie ktoś inny.
Ludzie muszą zacząć rozumieć, że wiadomości to nie tylko "wiadomości", ale dokładnie takie samo doświadczenie dla poszczególnych konsumentów - gniew tylko dla ciebie, człowieku.
To nie jest dziennikarstwo. To proces marketingowy, zaprojektowany tak, by tworzyć retoryczne uzależnienia i zatrzaskiwać w waszych umysłach wszelkie drzwi niewiodące do konsumpcji. Powstają przez to nie tylko ogniska politycznej zajadłości. Tak tworzą się masy konsumentów mediów wytresowanych do patrzenia tylko w jednym kierunku, jak gdyby ciągnięto ich przez dzieje po szynach, z końskimi klapkami założonymi na oczy, patrzących tylko w jedną stronę.
Jak się okazuje, takie dzielenie nas jest dla kogoś użyteczne. Im bardziej podzieleni jesteśmy jako naród, tym bardziej bezsilni politycznie się stajemy.
To drugi etap oszustwa praktykowanego przez media, a opisanego pierwotnie w Manufacturing Consent.
Najpierw uczy się nas, byśmy nie wychylali się intelektualnie poza pewne granice. Potem zagania się nas wszystkich do zagród dla poszczególnych grup demograficznych, rozmieszczonych na różnych parcelach w obrębie dopuszczalnego zakresu myślenia.
Kiedy już jesteśmy bezpiecznie zamknięci, tresuje się nas do konsumowania wiadomości tak, jak to robią kibice sportowi. Trzymamy kciuki za naszych i nienawidzimy całej reszty.
Nienawiść idzie w parze z ignorancją, a my w mediach staliśmy się już ekspertami w sprzedaży jednej i drugiej.
Spojrzałem za siebie na trzydzieści lat oszukańczych epizodów - od Iraku, przez kryzys finansowy roku 2008, po wygraną Donalda Trumpa w 2016 - i stwierdziłem, że my, ludzie mediów, w coraz większym stopniu wykorzystywaliśmy wewnętrzne antypatie do przesłonięcia ważniejszych i bardziej hańbiących prawd. Coraz to bardziej absurdalne, fałszywe kontrowersje odpalano raz za razem, by odwracać uwagę widowni od poważniejszych problemów.
Stworzyliśmy fałszywy rozłam, by zapobiec prawdziwemu.