Niech to szlak! Kronika śmierci w górach - Bartłomiej Kuraś

Kup ebooka

29.99 zł
26.99 zł (26,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

"Każdy z nas słyszy lub czyta opowiadania o Tatrach, lecz niewielu wie, czem one są w ścisłem znaczeniu swej nazwy"

 

Walery Eljasz-Radzikowski

"Ilustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic"

 
 
ROZDZIAŁ I
W OBJĘCIACH ŚPIĄCEGO RYCERZA, CZYLI ŚMIERĆ NA GIEWONCIE

To się musiało wydarzyć prędzej czy później.

Przecież już w połowie lipca 2014 roku Andrzej Maciata z Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wystosował apel:

"Ludzie, zlitujcie się: prognozy się sprawdzają; jak grzmi w oddali, to zaraz będzie burza i będzie padał deszcz, nie minie nas, nie przejdzie bokiem, a piorun może nas porazić; jak spadnie deszcz, robi się ślisko, można spaść w przepaść i się zabić; w górach warunki pogodowe zmieniają się błyskawicznie, w pogodny dzień może zejść mgła; jak zejdzie mgła, to nic nie widać i można zabłądzić; jak jest noc, to robi się ciemno i zimno; gdy miną godziny popołudniowe, to czas zawracać, a nie przeć bezmyślnie dalej; śmigłowiec nie lata we mgle i w nocy; ratownicy nie są supermenami, którzy w momencie zawiadomienia teleportują się obok was. Ludzie, zlitujcie się, dajcie nam szansę was uratować!!!".

Ale ludzie nie bardzo słuchają takich apeli. Dlatego pięć lat później zdarzył się wypadek na skalę dotychczas niespotykaną.

Był czwartek 22 sierpnia 2019 roku. Po pochmurnej środzie na Podhalu się wypogodziło. Nad Tatrami świeciło słońce, więc tłumy ruszyły na szlaki. Turyści nie zwracali uwagi na prognozy mówiące o tym, że po południu w górach mogą wystąpić burze.

Przewidywania synoptyków niestety się sprawdziły. Krótka, ale potężna burza - którą było słychać nie tylko w Zakopanem, ale też w okolicznych wioskach - nadeszła od południowego zachodu.

Nawałnica była widoczna z daleka, Tatry Zachodnie zasnuły gęste chmury. Przez kilkadziesiąt minut w ten rejon gór waliły potężne błyskawice. Wszystkie burze w Tatrach są bardzo niebezpieczne, ale szczególnie złą sławą okryty jest leżący tu Giewont zwieńczony metalowym krzyżem, który ściąga pioruny. Już nie raz śmiertelnie raziły turystów. A na szczyt ciągną tłumy. Dość łatwa trasa od strony Przełęczy Kondrackiej sprawia, że ludzie traktują ten szlak jak przedłużenie Krupówek. Wchodzą tu dzieci, kobiety w butach na obcasach i mężczyźni w sandałach.

Niektórzy turyści zmierzający 22 sierpnia 2019 na Giewont na początku burzy zawracali. Ale inni szli dalej. I gdy czekali w kolejce do wejścia na szczyt, znaleźli się w samym centrum żywiołu.

TOPR zmobilizowało wszystkich dostępnych ratowników. Równolegle do akcji prowadzonej od kilku dni w Jaskini Wielkiej Śnieżnej (czytaj więcej w rozdziale "Coraz niżej, coraz ciaśniej. W najgłębszych miejscach Tatr") doszła konieczność ratowania stu pięćdziesięciu siedmiu osób porażonych piorunami.

Na Hali Kondratowej i przy schronisku na Kalatówkach urządzono sztaby pomocy. Dotarli tam nie tylko ratownicy TOPR, ale także strażacy. W akcji ratunkowej uczestniczył śmigłowiec TOPR, a także cztery śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego z Krakowa, Gliwic, Kielc i Sanoka, które transportują poszkodowanych do różnych szpitali w regionie. Cztery osoby tej nawałnicy nie przeżyły, w tym dwoje dzieci. W słowackich Tatrach Zachodnich zginął jeden czeski turysta.

Na drugi dzień przed południem zakopiański szpital opuszczali mniej poszkodowani.

- Wyszliśmy w czwartek rano po śniadaniu z pensjonatu, jakoś koło 9. Była jeszcze mgiełka, dosyć rześko. Zdążyliśmy wyjść na Giewont. Kiedy już schodziliśmy, usłyszeliśmy pierwsze grzmoty. Potem następne. I zaczęły walić pioruny. Zobaczyliśmy porażoną kobietę, którą ktoś próbował reanimować. I ten niosący pomoc też został porażony - opowiadał jeden z uczestników tamtej tragicznej wspinaczki. - Mnie i mojej rodzinie, na szczęście, nic się stało. Trochę potłuczeń i obtarć - dodał.

Niektórzy z poszkodowanych mieli poparzone około 30 procent ciała. Część turystów przeszła w nocy operację usunięcia odłamków skalnych z różnych części ciała.

- Skały latały wszędzie, jak schodziliśmy z Giewontu. Było jak na wojnie - relacjonował inny poszkodowany.

- Pierwszy raz coś takiego widziałem - stwierdził Edward Wlazło, komendant straży Tatrzańskiego Parku Narodowego, który brał udział w zabezpieczeniu terenu.

Dla wszystkich poturbowanych nie wystarczyło miejsc w Zakopanem, dlatego byli rozwożeni także do innych szpitali w całym województwie.

- Skutki tego zdarzenia można porównać do efektu trzęsienia ziemi albo ataku terrorystycznego, jeśli chodzi o liczbę ofiar - zauważył Jan Krzysztof, naczelnik TOPR.

- Tak dramatycznych zdarzeń podczas burzy jeszcze w Tatrach nie mieliśmy - dodał Grzegorz Bargiel, ratownik TOPR, który brał udział w akcji pod Giewontem.

Śmigłowiec TOPR rozpoczął akcję ratunkową, kiedy w górach były jeszcze wyładowania.

- Bez śmigłowca nic byśmy nie zrobili. Musieliśmy jak najszybciej nieść pomoc. Podczas akcji ratunkowej nikt nie został porażony. Ratownicy wykazali się pełnym profesjonalizmem - ocenił Jan Krzysztof.

Pomoc niosły także cztery śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Pomagali też, jak mogli, zakopiańczycy. Miejscowi restauratorzy przysyłali jedzenie na Halę Kondratową i Kalatówki, gdzie w czwartek wieczorem urządzono prowizoryczne punkty medyczne, tak by poszkodowani, a także ratujący mogli się posilić. Zgłaszali się też lekarze spoza Zakopanego spędzający urlop na Podhalu, by pomóc w opatrywaniu rannych. Wszyscy mieli dużo pracy.

W akcji wzięło udział osiemdziesięciu ratowników TOPR, a także ratownicy GOPR, strażacy, strażnicy TPN, w sumie około stu osiemdziesięciu osób. Po czterech godzinach wszyscy poszkodowani byli już w szpitalach.

W Zakopanem ogłoszono żałobę, do niedzieli odwołano wszystkie imprezy o charakterze rozrywkowym.

- Już dawno nie mieliśmy w górach następujących po sobie tak dramatycznych zdarzeń. Akcja w Jaskini Wielkiej Śnieżnej i przerażająca w skutkach burza, długo tego nie zapomnimy - mówił Leszek Dorula, burmistrz Zakopanego.

Magistrat zmienił program odbywającego się w tych dniach pod Tatrami Międzynarodowego Festiwalu Folkloru Ziem Górskich. Zespoły biorące udział w imprezie postanowiły wspólnie się modlić w intencji ofiar tragedii w Tatrach, a także o zdrowie wszystkich poszkodowanych oraz w intencji służb zaangażowanych w akcję ratunkową. Zamiast koncertu finałowego zorganizowano jedynie ceremonię wręczenia nagród, bez części artystycznej.

Te dramatyczne zdarzenia podczas burzy 22 sierpnia 2019 roku to największa akcja w historii ratownictwa tatrzańskiego pod względem ratowanych równocześnie ofiar. Można to nazwać wypadkiem masowym, tak jak i masową turystykę mamy teraz w Tatrach. - To jest zdarzenie, z którym nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia - ocenił Jan Krzysztof, naczelnik TOPR

 

Do Zakopanego przyjechali premier, wojewoda i marszałek Małopolski. Władze, będąc pod wrażeniem profesjonalnej akcji, obiecały wsparcie finansowe dla ratowników górskich.

* * *

- Te dramatyczne zdarzenia podczas burzy 22 sierpnia 2019 roku to największa akcja w historii ratownictwa tatrzańskiego pod względem ratowanych równocześnie ofiar. Można to nazwać wypadkiem masowym, tak jak i masową turystykę mamy teraz w Tatrach. To jest zdarzenie, z którym wcześniej nie mieliśmy do czynienia - ocenił Jan Krzysztof.

* * *

Najwyższe polskie góry jeszcze nigdy nie cieszyły się taką popularnością. W wakacje do wejścia na Giewont od lat ustawiają się kolejki, w jadalniach w Murowańcu czy Pięciu Stawach na każde wolne krzesło poluje kilka osób. Ścisk w górach bije wszelkie rekordy. Tylko w jedną tatrzańską dolinę w ciągu weekendu potrafi wejść kilkanaście tysięcy osób. Korkuje się nawet najtrudniejszy, przepaścisty, całodniowy szlak na Orlej Perci. Ponad 78 procent turystów wędruje po Tatrach właśnie latem, a tylko 22 procent zimą.

Wojciech Gąsienica-Byrcyn, były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, wspomina coś, co dzisiaj trudno sobie wyobrazić - bezludne góry.

- Dawniej, gdy na szlaku spotkało się kogoś idącego z naprzeciwka, mówiło się "dzień dobry" albo "cześć". Dzisiaj w letnim sezonie już nikt tak nie robi, boby mu w gardle zaschło - zauważa Byrcyn.

W Tatrzańskim Parku Narodowym jest 275 kilometrów szlaków pieszych i 160 kilometrów tras i szlaków narciarskich. Jeszcze dekadę temu na teren parku wchodziło od dwóch do dwóch i pół miliona osób rocznie. Dwa miliony osiemset tysięcy - tylu ludzi wędrowało po Tatrach w 2017 roku. To był rekord. Ale w 2019 roku liczba turystów na tatrzańskich szlakach została oszacowana już na blisko cztery miliony. Największą popularnością cieszył się wówczas sierpień - wtedy do TPN weszło osiemset siedemdziesiąt osiem i pół tysiąca osób. W lipcu odwiedziło go ponad siedemset trzydzieści i pół tysiąca turystów. Morskie Oko oglądało wówczas nawet dziesięć tysięcy osób dziennie.

Co prawda wiosną 2020 roku z powodu pandemii koronawirusa tatrzańska przyroda w końcu odpoczęła, ale latem na najbardziej popularnych szlakach znów można było spotkać tłumy.

- W wakacje 2019 roku ruch na szlakach rzeczywiście był duży, jednak nie rekordowy. To zimowe miesiące, luty i marzec, cieszyły się większą frekwencją niż w latach poprzednich. Prawdopodobnie przyczyniła się do tego rosnąca popularność narciarstwa skiturowego - mówił we wrześniu 2019 roku Szymon Ziobrowski. Wtedy jeszcze nie wiedział, że niespodzianie Tatry złapią oddech kolejnej wiosny (czytaj więcej w rozdziale "Niedźwiedź wreszcie robi kupę w ciszy. Pandemia na szlaku").

* * *

Jan Krzysztof, naczelnik TOPR, tak komentuje opinie wycieczkowiczów, którzy twierdzili, że burza nad Giewont nadciągnęła nagle i ich zaskoczyła.

- Zanim doszło do dramatycznych wydarzeń na szczycie, wiadomo było, że pogoda w Tatrach Zachodnich się zmienia. Grzmoty było słychać w górach i Zakopanem co najmniej pół godziny przed tym, zanim pioruny zaczęły uderzać w Giewont. Zresztą pierwsze zgłoszenie o wypadku nadeszło z rejonu Czerwonych Wierchów, z okolic Ciemniaka. Turyści, kiedy usłyszeli grzmoty, powinni byli zawrócić. Wielu nie zdążyło. Ratownicy ruszyli im z pomocą, narażając życie - zaznaczył naczelnik.

Zakopiańska prokuratura postanowiła z urzędu wszcząć postępowanie w sprawie burzy na Giewoncie.

- Jest prowadzone pod kątem nieumyślnego spowodowania śmierci - poinformowała Barbara Bogdanowicz, szefowa zakopiańskiej prokuratury. - Będziemy ustalać okoliczności i odtwarzać przebieg zdarzenia. Chcemy zebrać wszystkie niezbędne materiały i przesłuchać świadków. Tam był tłum ludzi i musimy wszystko prześledzić. Powszechnie wiadomo, że tragedia była następstwem uderzenia pioruna, jednak postępowanie w tej sprawie musi być przeprowadzone z uwagi na ogrom tragedii, jaka się wydarzyła. Z naszej wstępnej oceny wynika, że zaangażowano wszelkie możliwe siły i zrobiono wszystko, aby jak najlepiej przeprowadzić akcję ratunkową - wyjaśniła.

* * *

Stosunkowo łatwa trasa na Giewont od strony Przełęczy Kondrackiej sprawia, że charakterystyczny szczyt z krzyżem jest jednym z najbardziej obleganych miejsc w Tatrach. Latem do wierzchołka ustawia się kolejka nieprzygotowanych do wspinaczki ludzi. Można tu zobaczyć turystki w butach na obcasach. Szpilki na Giewoncie - jak w tytule popularnego telewizyjnego serialu.

- Traktowanie tego rejonu Tatr jak deptaku stwarza ogromne zagrożenie dla bezpieczeństwa turystów. Kolejka do szczytu i tłok na szlaku zwiększają ryzyko wypadku, zwłaszcza podczas burzy, bo krzyż ściąga rocznie setki piorunów - przestrzega Paweł Skawiński, były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego i przewodnik tatrzański.

Ale turyści wiedzą swoje.

- Jakże to? Być w Zakopanem i nie pójść na Giewont? To tak, jakby pojechać do Rzymu i nie zwiedzić Watykanu. Tam też są kolejki do grobu Jana Pawła II, to normalne. A przecież na jedną górską wycieczkę w ciągu roku nie będę kupowała od razu całego taternickiego ekwipunku. Te buty na niewielkim obcasie bardzo wygodne są - zapewniała mnie pięćdziesięcioletnia turystka z Warszawy spotkana na Kalatówkach. - Raz w roku, zwykle w czerwcu, przyjeżdżam tu z mężem na tydzień. I idziemy na Giewont, to nasz stały punkt. To jedyny szczyt, na który wychodzimy. Inne trasy raczej są spacerowe, po dolinkach. Mieszkamy zawsze w tym samym pensjonacie. Niezbyt w centrum, ale też nie na peryferiach. Obiad jemy gdzieś w pobliżu Krupówek. Ceny nie są wygórowane. Wieczorami włóczymy się po Krupówkach, jakieś piwko się wypije. I tak przyjemnie leci czas, jak to w kurorcie - uśmiecha się.

Maria Gruszkowa, gaździna przez lata handlująca oscypkami przy Krupówkach, gości dzieli na trzy kategorie.

- Tacy prawdziwi turyści, co to chcą ino styrmać się po wierchach, to zwykle po zakopiańskich hotelach czy pensjonatach nie siedzą, ino po schroniskach śpią. Jak wracają z gór, to na pożegnanie kupią owczy ser dla rodziny. Tacy z tańszych pensjonatów to głównie po dolinach łażą, czasem zajdą po oscypka, by sobie przy piwie zagryzać. A tacy z droższych hoteli to w ogóle w Tatry nie chodzą. Myślą sobie: "Styrmać się? A po co, kiedy w Zakopanem przyjemniej czas leci". Najwyżej na Kasprowy Wierch kolejką się przejadą. Bardziej im dansingi w głowie, na dyskotekach do wczesnego rana siedzą, po karczmach się włóczą. A oscypki to im raczej w ogóle nie podchodzą - ocenia.

* * *

Pewnie bez krzyża Giewont nie cieszyłby się aż taką popularnością wśród turystów. Historia jego postawienia obrosła już w legendę.

O tym, że to Jakub Gąsienica-Wawrytko przewodził u progu XX wieku grupie zakopiańskich kamieniarzy na Giewoncie, Muzeum Tatrzańskie dowiedziało się dopiero po stu latach od potomków Wawrytki. Przynieśli dokument potwierdzający jego pracę przy krzyżu - dyplom z 1901 roku napisany przez księdza Kazimierza Kaszelewskiego, inicjatora postawienia krzyża.

- W rodzinie wszyscy wiedzieli, że dziadek postawił krzyż na Giewoncie, nie robiliśmy z tego sensacji - powiedział wtedy muzealnikom nieżyjący już Stanisław Gąsienica-Wawrytko, wnuk Jakuba.

A było to tak. W jubileuszowym 1900 roku do proboszcza z Zakopanego, księdza Kazimierza Kaszelewskiego, dotarły wieści o olbrzymich krzyżach stawianych przez włoskich górali. Pomysł tak mu się spodobał, że zaczął na ten temat głosić kazania.

Nad wyborem góry nie było co się zastanawiać. Bo już Walery Eljasz-Radzikowski, autor XIX-wiecznych przewodników po Tatrach, zauważył: "Z każdej prawie chaty Giewonta widać, toteż słusznie mu się należy tytuł króla zakopiańskiego".

Górujący nad Zakopanem Giewont ma najbardziej charakterystyczny kształt ze wszystkich szczytów w całych polskich Tatrach - wielu przypomina uśpionego rycerza.

- W czasach młodopolskich, gdy kraj był pod zaborami, wierzono, że to właśnie z Tatr wyjdzie polskie odrodzenie narodowe. Chętnie wyobrażano sobie rycerzy Chrobrego zaklętych w skałach, którzy budzą się i przepędzają zaborców - opowiada Antoni Kroh, etnograf i znawca Podhala.

W masywie Giewontu leżą: Wielki Giewont, Mały Giewont i Długi Giewont. To właśnie na Wielkim Giewoncie (1894 m n.p.m.) umieszczono krzyż.

W setną rocznicę poświęcenia krzyża - 19 sierpnia 2001 roku - burza znów zaskoczyła tych, którzy wybrali się na Giewont. Przez Tatry przeszła nawałnica z piorunami, grzmotami i gradobiciem

 

Niektórzy nazwy góry doszukują się w nazewnictwie niemieckim. Miałaby oznaczać skalną ścianę. Ale Mariusz Zaruski, twórca TOPR, pisał, że wyprowadzanie nazwy Giewontu od słów niemieckich nie wydaje mu się trafne: "W Tatrach bardzo wiele nazw początek swój wzięło od imion własnych ludzi. Natomiast nie można zanotować przykładu odwrotnego, to jest wyprowadzania nazwisk ludzi od nazwy góry. W Zakopanem zaś do dziś żyje ród Giewontów. Prawdopodobnie on nadał imię tej górze".

* * *

Najpierw na próbę postawiono krzyż drewniany. Miał 10,5 metra wysokości.

Kiedy uczestnicy eksperymentu - proboszcz w asyście komisarza klimatycznego Zakopanego i grupy parafian - po całodniowej eskapadzie zeszli do Zakopanego, gołym okiem zobaczyli na Giewoncie wyraźnie zarysowany kontur krzyża. Zapadła decyzja o zamówieniu konstrukcji metalowej.

Zadania podjęła się krakowska fabryka Józefa Góreckiego. Inżynier zaprojektował kratownicę jeszcze potężniejszą od drewnianego pierwowzoru: wysokość 17,5 metra, z czego 2,5 metra postanowiono wpuścić w skały, masa 1819 kilogramów. Na całość złożyło się czterysta elementów. Do Zakopanego ładunek przywieziono nową koleją żelazną po dopiero co ułożonych torach.

3 lipca 1901 roku po mszy z kościoła parafialnego w Zakopanem wyruszyło pół tysiąca osób i osiemnaście wozów konnych, wioząc elementy krzyża na Halę Kondratową. Dalej wszystkie części krzyża oraz 400 kilogramów cementu i dwieście konewek wody niesiono na plecach na Giewont.

- Dziadek wspominał, że cement podzielono na paczki o różnym ciężarze - opowiadał Stanisław Gąsienica-Wawrytko. - Ile kto mógł unieść, tyle brał.

W drodze, tuż pod szczytem, górali dopadła burza. Przestraszeni bali się, że żelastwo, które dźwigają, może ściągnąć na nich pioruny. Dlatego Jakub Gąsienica-Wawrytko, jak nakazywał bogobojny zwyczaj, przeżegnał się. Inżynier Górecki z rozbawieniem patrzył na zabobonnego górala. Instruował go wyniośle, że po sile grzmotu można poznać, jak daleko jest od nich burza. Ledwo to powiedział, grom walnął prosto w szczyt Giewontu, tam, gdzie mieli stawiać krzyż. Teraz Górecki w panice przeżegnał się trzykrotnie.

- Trza sie żegnoć roz, a dobrze - tym razem to Wawrytko instruował roztrzęsionego inżyniera.

Montaż krzyża trwał sześć dni.

- Z Zakopanem była stale utrzymywana łączność - wspominał wnuk Jakuba Wawrytki. - Moja babka nosiła na Giewont jedzenie. Żeby pomóc w budowie, zawsze brała też ze sobą torebkę z cementem lub konewkę z wodą.

Prace montażowe na szczycie zakończono 9 lipca 1901 roku. Krzyż mierzy 15 metrów wysokości, jego ramię poprzeczne - 5,5 metra długości. Konstrukcję ma kratową, a przeguby skręcane.

Dziesięć dni po mszy w Zakopanem o 7 rano na Giewont z procesją wyruszyli mieszkańcy miasta i około trzystu zaproszonych gości. Po poświęceniu dano ze szczytu znak wielką białą chustą, aby uderzono w dzwony w Zakopanem.

* * *

Remont z prawdziwego zdarzenia przeprowadzono na Giewoncie dopiero po stu ośmiu latach. Wzmocniona została podstawa krzyża, a cała konstrukcja - oczyszczona i pokryta specjalną powłoką antykorozyjną.

Najpierw jednak krzyż badali krakowscy naukowcy z Akademii Górniczo-Hutniczej i eksperci z Zakładu Robót Górniczych i Wysokościowych AMC. Wyliczyli, że w ciągu ponad stu lat w krzyż na Giewoncie mogło uderzyć wiele tysięcy piorunów. Stwierdzili też małe odchylenie od osi pionowej krzyża i niewielkie skręcenie konstrukcji w prawo. Przypuszczają, że spowodowały to silne wiatry lub zła konstrukcja, którą przed ponad wiekiem montowano w otworze fundamentowym.

Krzyż wyremontował bezpłatnie Zakład Robót Górniczych i Wysokościowych AMC z Krakowa.

- Gdy odkuliśmy górną warstwę fundamentu, okazało się, że jest on w gorszym stanie, niż pierwotnie szacowano. Dlatego nie wystarczyło zalać ubytków cementem i specjalną szybkowiążącą zaprawą. Musieliśmy jeszcze wzmocnić konstrukcję specjalnymi łącznikami zwanymi kotwami - tłumaczy Andrzej Ciszewski, właściciel firmy.

Tuż po remoncie ówczesny senator PiS Tadeusz Skorupa postanowił oświetlić krzyż na Giewoncie, tak by w nocy był z daleka widziany "jako drogowskaz i symbol polskiej wiary". Nie przejął się opinią, że zaszkodzi to dzikiej przyrodzie. W Ministerstwie Środowiska złożył wniosek o stałą iluminację.

- Podchodzimy z wielkim szacunkiem do uczuć religijnych, ale nie rozumiem, czemu miałaby służyć ta inicjatywa - dziwił się Zbigniew Krzan, ówczesny wicedyrektor TPN. - Z powodu ochrony przyrody, która przecież jest istotą działalności parku narodowego, nie można tworzyć stałego sztucznego źródła światła w Tatrach. To zaszkodziłoby zwierzętom i roślinom występującym w tym rejonie - dodał.

Stanowisko pracowników TPN poparł resort środowiska.

- Szanujemy intencje tego pomysłu, ale oświetlenie na Giewoncie spowodowałoby dewastację przyrody poprzez podciągnięcie instalacji elektrycznej na szczyt. Poza tym zdezorientowane byłyby ptaki, choćby sowy, i inne zwierzęta, dla których góry są domem - argumentował Janusz Zaleski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska i główny konserwator przyrody.

* * *

W setną rocznicę poświęcenia krzyża - 19 sierpnia 2001 roku - burza znów zaskoczyła tych, którzy wybrali się na Giewont. Przez Tatry przeszła nawałnica z piorunami, grzmotami i gradobiciem.

A jeszcze rano nic nie zapowiadało załamania pogody. W spiekocie wyruszyły różnymi szlakami trzy pielgrzymki równocześnie: przez Dolinę Strążyską, przez Dolinę Małej Łąki i przez Kalatówki. Kiedy dotarły na szczyt, nagle na północnym zachodzie niebo pociemniało. Grzmiało coraz głośniej, a nad Myślenickimi Turniami raz po raz błyskały pioruny. Po kilku minutach lunęło na Giewoncie. I nie był to drobny deszcz, ale wielkie strugi wody z gradem. Szlak zamienił się w rwący potok.

- Na szczęście nie odnotowaliśmy wtedy poważniejszych wypadków - wspomina Jan Krzysztof, naczelnik TOPR. - Większość ludzi, widząc zbliżającą się nawałnicę, zawróciła w połowie drogi. Pomogliśmy jedynie pięciu osobom z urazami nóg.

Po godzinie burza ustała.

* * *

Pogoda w górach potrafi się bardzo szybko zmienić. W czasie burzy trzeba zejść z grani i nie wolno chować się pod drzewem, bo może w nie uderzyć piorun. Nie można dotykać łańcuchów asekuracyjnych ani stać blisko potoku. To miejsca szczególnie narażone na uderzenie pioruna.

Ratownik Bartłomiej Stoch-Michna dobrze pamięta akcję z 2005 roku na Zamarłej Turni.

- Był słoneczny dzień. Ale nagle nadeszła potężna burza - wspomina. - Otrzymaliśmy zgłoszenie o rannym taterniku na górnym tarasie na Zamarłej Turni. Porażony piorunem spadł ze szczytu. Świadkowie nie wiedzieli, gdzie jest kobieta, z którą się wspinał. Później kolejny telefon z informacją, że po południowej stronie Turni jest trójka taterników, a jedna osoba wisi bezwładnie na linie. Polecieliśmy tam śmigłowcem, choć burza ciągle przechodziła przez Tatry. Okazało się, że na linie wisi żona taternika, zrzucona na drugą stronę grani. Ona przeżyła. On niestety nie. To było młode małżeństwo. Strasznie mi ich żal - opowiada.

W międzyczasie do centrali TOPR nadeszło jeszcze jedno zgłoszenie, o dwójce taterników, którzy utknęli na Drodze Komarnickich na Zamarłej Turni. Na szczęście im nic nie dolegało, tyle że stracili sprzęt i też trzeba było ich ewakuować.

Paweł Skawiński, były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, na własne oczy widział śmierć podczas burzy w górach. - Prowadziłem prace miernicze w rejonie Kasprowego Wierchu. Jeszcze nie grzmiało, a już powietrze było naelektryzowane. Tyczki miernicze przewodziły prąd. Trzymając je, czuło się mrowienie. Razem z bratem schowaliśmy się w dolinie. Nagle usłyszeliśmy krzyk. Piorun uderzył w parę, która szła szlakiem powyżej Myślenickich Turni w stronę Kasprowego. Dziewczyna zginęła. Okropny widok, nawet łańcuszek na szyi miała stopiony. Chłopak opowiadał później, że chcieli się schować w obserwatorium astronomicznym na Kasprowym Wierchu. Nie zdążyli. Popełnili błąd, powinni byli jak najszybciej zejść w dolinę, zamiast pchać się na szczyt - mówi Skawiński.

ROZDZIAŁ II
NIEDŹWIEDŹ WRESZCIE ROBI KUPĘ W CISZY. PANDEMIA NA SZLAKU

We wtorek 7 kwietnia 2020 roku, w środku słonecznego dnia, dopiero co wybudzony z zimowego snu niedźwiedź przemierza Dolinę Pięciu Stawów Polskich - jedną z najbardziej malowniczych nie tylko w Tatrach, ale w całej Europie, i przez to obleganą; w ciepłe letnie dni kolejka do bufetu w schronisku wypełza na zewnątrz i zawija trzy razy.

Zwierzę idzie spokojne, rozgląda się. Pierwszy raz widzi tak pustą dolinę w pogodny wiosenny dzień. Szlakiem nie wędruje nikt. Od 13 marca w Tatrach obowiązują obostrzenia turystycznych wyjść w góry. Przez trzy tygodnie po szlakach mogli chodzić tylko mieszkańcy powiatu tatrzańskiego, a 3 kwietnia Tatrzański Park Narodowy całkowicie zamknięto.

We wtorek 21 kwietnia Tatry zostały udostępnione, ale turyści mogli wchodzić jedynie do czterech dolin reglowych w rejonie Zakopanego: Doliny Białego, Strążyskiej, Doliny za Bramką i Doliny ku Dziurze.

- Są tacy turyści, którzy próbują iść gdzieś dalej. Zawracamy ich ze szlaków - informował Edward Wlazło, komendant straży TPN.

* * *

W kwietniowe przedpołudnie zadzwoniłem do Tomasza Zwijacza-Kozicy, kierownika Działu Badań Naukowych i Planowania Ochrony Przyrody w Tatrzańskim Parku Narodowym. Telefon odbiera w górach.

- Szukam w terenie niedźwiedzich kup - wyznał. - To element badań prowadzonych wspólnie z Instytutem Ochrony Przyrody PAN, którymi kieruje Nuria Selva Fernandez, biolożka, adiunktka w instytucie ochrony przyrody PAN w Krakowie. Ale muszę kończyć, nie chcę zakłócać tej ciszy.

Próbki odchodów trafiają między innymi do doktor Agnieszki Sergiel z PAN: - To bardzo ciekawy czas w przyrodzie z punktu widzenia badacza. Zwierzęta mogą wychodzić tam, gdzie zwykle przebywali ludzie. Gatunki bardziej płochliwie mogą zmieniać pory żerowania. Postanowiliśmy sprawdzić, jak ta nowa sytuacja wpłynęła na niedźwiedzie. Zbieramy ich odchody, z których możemy się między innymi dowiedzieć, czy i jak bardzo się stresują. Od kilku lat monitorujemy je w ten sposób i mamy wyniki z czasu, gdy turyści tłumnie chodzili po Tatrach. Teraz, gdy góry są puste, zbieramy nowe próby i porównamy je z poprzednimi latami.

Tak pusto w Tatrach jak od połowy marca do początku maja 2020 roku nie było od kilkudziesięciu lat. Wiosną po zimowym śnie w spokoju wyszły z nor w rejonie Kasprowego Wierchu świstaki, a z gawr - młode niedźwiadki. I nie zostały rozdeptane krokusy w Dolinie Chochołowskiej.

Chochołowska to najdłuższa - ma prawie 10 kilometrów - i największa dolina po polskiej części Tatr. A także jedna z najpiękniejszych - ciągnie się poniżej szczytów Tatr Zachodnich: Grzesia, Wołowca czy Starorobociańskiego Wierchu. Stąd pochodzą zdjęcia ilustrujące co drugi materiał reklamujący wypoczynek w Tatrach - tysiące rozkwitających wiosną krokusów. Od lat każdej wiosny Chochołowską ciągnęły tłumy turystów, w jeden weekend na przełomie marca i kwietnia potrafiło ich tamtędy przejść około sześćdziesięciu tysięcy. Tej wiosny nie pojawił się prawie żaden człowiek.

A zwykle w szczycie sezonu turystycznego do wejścia na Giewont ustawiały się kolejki, nawet na Orlej Perci - najtrudniejszym turystycznym szlaku w polskiej części Tatr - trzeba było momentami iść gęsiego.

- Myślę, że najwyższa pora na ograniczenie wejść do Tatrzańskiego Parku Narodowego, w te najbardziej zatłoczone doliny - po ogłoszeniu danych o bardzo wysokiej frekwencji w ostatnich latach taki postulat zgłosił Lechosław Herz, krajoznawca i przyrodnik, członek Rady Naukowej Kampinoskiego Parku Narodowego, człowiek, który przyczynił się do utworzenia kilkunastu rezerwatów przyrody i zaprojektował blisko 2 tysiące kilometrów znakowanych szlaków turystycznych.

Teraz badacze zastanawiają się, czy - gdy już skończy się pandemia - nie należałoby rozważyć jakiejś formy ograniczenia turystyki.

- Te obostrzenia, dzięki którym nagle przyroda na moment mogła odpocząć od ludzi, powinny nam dać do myślenia - uważa doktor Agnieszka Sergiel.

* * *

O tym, jak wyglądały góry wiosną 2020 roku, informowali na stronie TPN leśniczowie parku.

Grzegorz Bryniarski: - W Morskim Oku wielkie pustki. Tuż po zamknięciu TPN - 13 marca - niedobitki turystów, którzy jeszcze przebywali na Podhalu, próbowały forsować nasze "zasieki" i pod różnymi pretekstami wejść do parku. Później już było spokojnie. Wygląda na to, że powaga sytuacji dotarła do ludzi. Sporadycznie pojawiali się miejscowi. Niecodziennym widokiem jest też żołnierz z karabinem maszynowym patrolujący granice na drodze do Morskiego Oka. Przyroda ma się świetnie i korzysta z ofiarowanego jej spokoju. Świstaki nadal śpią, jelenie próbują wykiwać wilki, kozice przy dużym oblodzeniu schodzą bardzo nisko do granicy lasu i ogryzają pędy drzew liściastych. Orzechówki nad Morskim Okiem nie sępią jedzenia od turystów, bo ich nie ma, a i kruki gdzieś się zapodziały, nie okupują ławostołów na Włosienicy.

Tadeusz Figura: - Często widywaliśmy jelenie. Byki zrzuciły już poroża. W pobliżu dróg obserwowaliśmy także wilki. Na Białce - kaczki krzyżówki i pluszcze. Nad reglami widzieliśmy różne gatunki ptaków odbywających loty godowe: kruki, myszołowy, sokoły wędrowne, a także dzięcioły, w tym dosyć rzadkie dzięcioły białogrzbiete, których para żerowała na zmurszałych bukowych pniach. Wieczorami i w pogodne noce zaczęły się odzywać sowy: często słyszeliśmy puszczyka zwyczajnego, rzadziej puszczyka uralskiego czy włochatkę. Odzywał się nawet bardzo rzadki puchacz, nasza największa sowa. Po lasach wędrował ryś, którego tropy widzieliśmy kilkakrotnie. Pod koniec marca na Polanie Strążyskiej obserwowaliśmy też tropy niedźwiedzia, który szedł w kierunku masywu Sarniej Skały. W okolicy Przełęczy Kondrackiej zauważyliśmy cietrzewie. Znikomy ruch turystyczny od drugiej połowy marca spowodował, że gatunki rzadkie mają więcej spokoju i mogą odbyć gody nieniepokojone.

Tadeusz Zwijacz: - W masywie Giewontu dosyć często widywaliśmy kozice żerujące w zaroślach lub na wystających murawach.

* * *

O tak pustych górach z czasów swojej młodości opowiadał zmarły w 2000 roku Witold Henryk Paryski, który z żoną Zofią napisał "Wielką encyklopedię tatrzańską".

- Jeszcze przed wojną wędrowało się po pustych górskich szlakach i chłonęło przyrodę bez konieczności przebywania w tłumie. Mało kogo można było spotkać, a jeśli już, byli to prawie sami znajomi, z wąskiej grupy osób stale chodzących po Tatrach - mówił Paryski.

Do jeszcze dawniejszych czasów odwołuje się Paweł Skawiński, emerytowany już dyrektor TPN.

- W marcu, kiedy po Tatrach mogli wędrować tylko mieszkańcy powiatu tatrzańskiego, wybrałem się na Halę Gąsienicową szlakiem z Brzezin. Pustka była przejmująca. Wyobraziłem sobie wtedy, że po takich górach musiał wędrować pod koniec XIX wieku Stanisław Barabasz, który w 1894 roku wybrał się w Tatry na nartach. Zorganizował wyprawę do Czarnego Stawu Gąsienicowego, którą później opisał w książce "Wspomnienia narciarza". Wtedy po Tatrach zimą się nie chodziło. Były zupełnie puste. Mieszkańcy Podhala mawiali, że jeśli ktoś idzie wysoko w góry, to chyba tylko po śmierć. A jednej z ostatnich zim, idąc w góry, spotkałem po drodze z jakieś dwieście osób na nartach skiturowych. Dwieście, a przecież skitury to już naprawdę wysoki stopień turystyczno-narciarskiego zaawansowania.

Żałuję, że ten spokój zapanował z powodu pandemii, ale bardzo chciałbym czasami widzieć takie puste Tatry również w przyszłości.

ROZDZIAŁ III
CORAZ NIŻEJ, CORAZ CIAŚNIEJ. W NAJGŁĘBSZYCH MIEJSCACH TATR

Druga połowa sierpnia 2019 roku rozpoczynała się na Podhalu dosyć pogodnie. Wypadków na szlakach nie było szczególnie dużo. Jednak w sobotę 17 sierpnia do ratowników Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wpłynęło alarmujące zgłoszenie. Tyle że nie z żadnego szczytu, lecz dotyczące głębokich podziemnych korytarzy. Czwórka grotołazów z wrocławskiego speleoklubu poprosiła o pomoc, bo dwóch ich kolegów utknęło w Jaskini Wielkiej Śnieżnej - drogę powrotną odcięła im woda, która zalała część korytarza.

Z początku wydawało się, że nie dzieje się nic strasznego. Zdarza się, że jakiś speleolog nie może sobie poradzić w wąskich jaskiniach. TOPR-owcy nieraz wcześniej ich ratowali.

* * *

Ratownikowi Andrzejowi Miklerowi szczególnie zapadła w pamięć trzynastogodzinna akcja ratunkowa z 2007 roku.

- Wówczas trzech speleologów wybrało się na trudny trawers największej jaskini w Polsce, systemu Wielka Śnieżna. Gdy nie wrócili o czasie, zaalarmował nas ich kolega. Okazało się, że zeszli na dno jaskini, ale spadły im liny i nie mogli się wydostać. Ruszyliśmy do nich z dwóch stron, z jaskiń Śnieżnej i Wielkiej Litworowej. Po wielu godzinach udało nam się do nich dotrzeć i wydobyć ich na powierzchnię. Całych i zdrowych - opowiada Mikler.

Nie był to odosobniony przypadek takiej akcji ratunkowej.

W pierwszy weekend czerwca 2002 roku w Tatrach mocno padało, a deszcz jest bardzo groźny dla odwiedzających jaskinie. Bezpieczniej jest penetrować je w Tatrach zimą, kiedy mróz uniemożliwia nagłe zalanie podziemnych korytarzy deszczówką. W poniedziałek po południu rodzina turysty z Warszawy zawiadomiła TOPR, że nie wrócił do domu, choć tego dnia miał się pojawić w pracy. Ratownicy ustalili, że mężczyzna wraz z innym turystą jeszcze w piątek poszedł do Jaskini Wielkiej Śnieżnej w rejonie Doliny Małej Łąki. Na ratunek wyruszyło czterech TOPR-owców.

Przy wejściu do jaskini znaleźli plecaki i inne przedmioty należące do poszukiwanych - relacjonował wtedy Piotr Bednarz, ratownik pełniący dyżur.

TOPR-owcy weszli w głąb jaskini. Tuż przed godziną 23 nawiązali kontakt z poszukiwanymi, którzy znajdowali się 300 metrów pod ziemią. Zabłądzili - byli wychłodzeni, osłabieni i głodni. Jedzenie skończyło im się już w sobotę. Jeden złamał nos, gdy usiłując odnaleźć drogę do wyjścia, odpadł od ściany.

W nocy z poniedziałku na wtorek z Zakopanego wyruszyło jeszcze pięciu ratowników. Po dotarciu do odnalezionych grotołazów podali im środki wzmacniające, ciepłe jedzenie i napoje. Potem powoli wszyscy ruszyli w stronę wyjścia. Pierwsi na powierzchnię wczesnym popołudniem wydostali się dwaj ratownicy, którzy w nocy odnaleźli mężczyzn. Przez radio przekazali informację do dyżurki TOPR.

"Cała grupa porusza się z poszkodowanymi do góry, ale nie idą zbyt szybko. Są w miejscu, z którego sprawny człowiek powinien wyjść w ciągu trzech i pół godziny. Mając na uwadze stan grotołazów, ten czas należy wydłużyć dwukrotnie. Dotąd przeszli najłatwiejsze fragmenty jaskini. Teraz czekają ich największe trudności" - usłyszeli ratownicy w zakopiańskiej centrali.

Tuż po godzinie 14 śmigłowiec przetransportował w pobliże jaskini trzech kolejnych ratowników. Zastąpili oni dwójkę, która wyszła na powierzchnię. Przywieźli dodatkowe racje ciepłego jedzenia i napojów. Po trzech godzinach cała grupa, wraz z wycieńczonymi turystami, wydostała się na powierzchnię. Grotołazi trafili na obserwację do zakopiańskiego szpitala.

Jaskinia Wielka Śnieżna jest największą - bo najdłuższą i najgłębszą - jaskinią w Polsce i najgłębszą w całych Tatrach. Jej znane korytarze liczą w sumie 23 753 metry, jest głęboka na 824 metry. Wielka Śnieżna to ciąg pięciu jaskiń: Śnieżnej, Wielkiej Litworowej, nad Kotlinami, Jasny Awen i Wilczej. Większość korytarzy jaskini opada wraz z głębokością z północy na południe pod kątem około 70 stopni. Studnie są głębokie, w dodatku występują tu czynne podziemne potoki. Jako jedna z nielicznych w Tatrach Wielka Śnieżna nadal jest intensywnie penetrowana i wciąż odkrywane są nowe korytarze.

* * *

W sobotę 17 sierpnia 2019 roku w zakopiańskiej centrali TOPR szybko zdano sobie sprawę, że akcja ratowania uwięzionych w Jaskini Wielkiej Śnieżnej speleologów może być bardzo trudna. Koledzy grotołazów poinformowali bowiem, że mężczyźni przebywają pod ziemią od czwartku. Jak tłumaczyli, ze zgłoszeniem czekali do soboty, bo mieli nadzieję, że tamci wyjdą na powierzchnię o własnych siłach.

- Obecna akcja ratunkowa jest o wiele trudniejsza od wszystkich poprzednich prowadzonych w tej jaskini. Myślę nawet, że najtrudniejsza w całej historii ratownictwa w Tatrach - mówił mi 20 sierpnia w Zakopanem Apoloniusz Rajwa, taternik jaskiniowy, ratownik górski i inicjator pierwszej zimowej wyprawy do Jaskini Wielkiej Śnieżnej w 1963 roku. - Nie można jej też porównywać z akcją ratunkową prowadzoną w 2018 roku w jaskini Tham Luang w Tajlandii. Tam udało się uwolnić dwunastu chłopców w wieku od jedenastu do szesnastu lat i ich dwudziestopięcioletniego trenera, bo nie groziła im hipotermia, mieli gdzie usiąść, udało im się dostarczyć wodę, pożywienie i butle z tlenem, by mogli przepłynąć zalany teren. Teraz ratownicy TOPR, rozpoczynając poszukiwania, początkowo nawet nie mieli pewności, w którym dokładnie miejscu może się znajdować dwójka grotołazów z wrocławskiego klubu speleologicznego. Wytypowano miejsce wskazane przez ich kolegów, którzy zawiadomili TOPR o zagrożeniu. Wyprawa wrocławian rozpoczęła się w czwartek 15 sierpnia. Po niewielkich opadach przed weekendem mógł się podnieść poziom wody w jaskini, w miejscu, do którego dotarła ta dwójka. Sami mogli też niechcący zatkać odpływ. Do soboty był z nimi kontakt głosowy - dodał.

W akcję ratunkową zaangażowało się kilkudziesięciu ratowników, w tym także ze słowackiej strony Tatr, strażacy, ratownicy górnicy.

Wrocławscy grotołazi poszli odkrywać nowe ciągi bez dodatkowego ekwipunku, bo miejsca w jaskini są tak wąskie, że aby przesunąć się choć o kilka centymetrów, trzeba się ocierać o ściany, czołgając się bardzo powoli i równocześnie brodząc w błocie. A wszystko to w temperaturze 4 stopni Celsjusza i przy wilgotności sięgającej 100 procent. Aby dostać się w ten rejon, ratownicy zostali zmuszeni do poszerzania korytarzy przez odpalanie niewielkich ładunków wybuchowych.

- Koszmarne warunki. Tego nie da się porównać do tatrzańskich wypraw na powierzchni - ocenił Apoloniusz Rajwa. - Ryzyko podczas takich wypraw zawsze jest spore. Grotołazi, którzy weszli do Jaskini Wielkiej Śnieżnej, to doświadczeni członkowie speleoklubu z Wrocławia, tego samego, który w tej jaskini dokonał wielu odkryć. Rozumiem ich, że tam poszli, pchała ich pasja odkrywcza. Utknęli w Przemkowych Partiach, z ciasnymi korytarzami w najtrudniejszej części jaskini. Zejście na głębokość 450 metrów poniżej otworu nie jest trudne, jeśli jest się doświadczonym grotołazem. Przejście jest szerokie, grotołazi zjeżdżają na linach w studni i na progach płytowych. Ale później jest coraz gorzej. Od Białej Wody jest ciasno, nieraz drogę trzeba pokonywać głową w dół lub na boku. Jest tak ciasno, że momentami grotołaz zmuszony jest wciągnąć powietrze, by przecisnąć się między skałami, tak zwanymi zaciskami, czyli ekstremalnie wąskimi przejściami. W Przemkowych Partiach, gdzie utknęli grotołazi, ciągi są bardzo wąskie, to najtrudniejsze partie, rzadko odwiedzane przez grotołazów. W wielu miejscach trzeba się przepychać centymetr po centymetrze, mogą tamtędy przejść tylko osoby o szczupłej sylwetce. Ratownicy nie byli w stanie dotrzeć do tej dwójki tą samą drogą, choć próbowali nieco poszerzyć korytarze niewielkimi materiałami wybuchowymi. Postanowili więc spróbować dostać się do nich od innej strony, krótszą drogą - tłumaczył.

I zaczął wspominać, jak sam kilkadziesiąt lat wcześniej przemierzał ciasne korytarze.

- W 1970 roku uczestniczyłem w tej jaskini w akcji ratunkowej po Witolda Szywałę, grotołaza z Gliwic. Niestety, nieudanej. To była pierwsza ofiara Śnieżnej, odkrytej w 1959 roku. Eksploracje głębokich jaskiń na większą skalę na całym świecie rozpoczęły się w latach 50. ubiegłego wieku, a pierwszą zimową wyprawę do Śnieżnej zorganizowaliśmy w 1963 roku. Witold Szywała zmarł z wyczerpania w 70-metrowej studni w Jaskini nad Kotlinami. Jego partnerzy dali znać, że zawisł na linach w jednej ze studni i nie ma z nim kontaktu. Studnia jest stosunkowo szeroka, ale wtedy bardzo mocno lało, więc wejście tam wiązało się z ogromnym ryzykiem. Po kilku dniach zdawaliśmy sobie sprawę, że poszukiwany nie ma szans na przeżycie. Mojej grupie szturmowej nie udało się do niego dotrzeć. Został wyciągnięty dopiero po dwóch miesiącach od rozpoczęcia poszukiwań, już przez innych ratowników. Kiedy go znaleziono, był bardzo opuchnięty, bo nasiąkł wodą. Ważył o 20 kilogramów więcej, niż kiedy schodził do jaskini. Poza nim dotychczas w tej jaskini zginęły jeszcze cztery osoby. Rok później doświadczony grotołaz z Częstochowy Marek Żelechowski, wychodząc także z Jaskini nad Kotlinami, spadł na skutek zerwania się prusików, węzłów stosowanych między innymi do autoasekuracji podczas zjazdu na linie. W lipcu 1994 roku w Parszywej Siedemnastce - bardzo nieprzyjemnym do przejścia miejscu, bo to studzienka oblepiona błotem - zginął dwudziestoczteroletni Piotr Rogowski z Wrocławia. W sierpniu 1997 roku w Studni Wiatrów spadł słowacki grotołaz Atila z Rożniawy. W listopadzie 2001 roku w Studni z Mostami zginął, uderzony spadającym kamieniem, Waldemar Mucha, speleolog z Katowic - wyliczał Rajwa.

W sierpniu 2019 roku do ratowników TOPR wpłynęło też inne alarmujące zgłoszenie. Nie z żadnego szczytu, lecz dotyczące głębokich podziemnych korytarzy

* * *

Apoloniusz Rajwa urodził się w 1934 roku. Tuż po wojnie przeprowadził się do Zakopanego wraz z rodziną pochodzącą ze wsi Pogórze w Beskidach, pomiędzy Bielskiem i Cieszynem. Wspomina, że już jako trzynastolatek wspinał się na ścianę Giewontu. To nie tylko geograf (absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, 1956 r.), tatrzański grotołaz, taternik (członek Klubu Wysokogórskiego od 1967 r.), ale też przewodnik i ratownik górski. W latach 1958-1969 był pracownikiem naukowym w Wysokogórskim Obserwatorium Meteorologicznym na Kasprowym Wierchu, gdzie zmierzył prędkość halnego stulecia, który w porywach osiągał 360 kilometrów na godzinę. Taternikiem jaskiniowym był od 1962 roku. Uczestniczył w wyprawach odkrywczych do trudno dostępnych jaskiń tatrzańskich, między innymi Wielkiej Śnieżnej, Ptasiej Studni, Wielkiej Litworowej, Jaskini Lodowej Mułowej.

- Szerokie, łatwo dostępne partie są już wyeksplorowane, pozostają te trudno dostępne. Grotołazów pcha tam przede wszystkim chęć dokonania nowych odkryć, a także ciekawość, co jest dalej za zaciskiem, może jakieś studnie lub większe komory - wyjaśniał mi Rajwa w słoneczne sierpniowe popołudnie 2019 roku u podnóża Tatr. - Sam zaczynałem poważniejszą aktywność górską od wchodzenia do jaskiń. Gdy w 1962 roku pracowałem w obserwatorium meteorologicznym na Kasprowym Wierchu, zagadnął mnie kolega pracujący w kolejkach linowych Janusz Flach. To był odkrywca wejść do kilku jaskiń tatrzańskich, między innymi do Ptasiej Studni. Namówił mnie na wyprawę do Jaskini Lodowej Mułowej. Bardzo mi się spodobało, dobrze sobie radziłem. Dwa tygodnie później wziął mnie z większą ekipą do Ptasiej Studni. Wtedy to było coś. Plansza pokazująca eksplorację tej jaskini wisiała w tamtym czasie na Krupówkach, w jednej ze studni narysowano małą sylwetkę człowieka, a dalej znaki zapytania - symbolizujące nieodkryte jeszcze przejścia. To działało na wyobraźnię. Ta wyprawa do Ptasiej Studni była trudna. Biwakowaliśmy w jaskini, miejscami kapała woda. Gdy w końcu wyszliśmy na powierzchnię, trzech uczestników, którzy podobnie jak ja po raz pierwszy weszli do tej jaskini, całowało ziemię, zaklinając się, że już nigdy więcej do żadnej jaskini nie wejdą. Ale ja miałem zupełnie inne odczucia. Taki mam charakter. Jednych jaskinie odstraszają, innych przyciągają. Należałem do tych drugich. Ciągnęło mnie do kolejnych jaskiń, stopniowo zdobywałem doświadczenie w taternictwie jaskiniowym. W 1965 roku Janusz Flach z Edkiem Chełpą zginęli w czasie wspinaczki na Galerii Gankowej. Na mnie spadł obowiązek reprezentowania zakopiańskich grotołazów na wyprawach zagranicznych, do trudnych jaskiń w Alpach. W 1966 roku brałem udział w pierwszej polskiej wyprawie do jaskini Gouffre Berger we Francji, najgłębszej wówczas na świecie - wyliczał.

I dodał: - Tylko ktoś nierozsądny mówi, że nie odczuwa strachu. Ja o mało nie przypłaciłem życiem zejścia do Jaskini Wielkiej Śnieżnej w 1967 roku, kierując wyprawą. Schodziliśmy wtedy z ekipą Ukraińców, która w tej jaskini postanowiła pobić rekord Związku Radzieckiego w zejściu jaskiniowym na głębokość, bo Śnieżna była jedną z najgłębszych jaskiń świata. Dodam, że dziś jest na sto siedemdziesiątym ósmym miejscu co do głębokości, bo tak przez ostatnie dziesięciolecia rozwinęła się eksploracja speleologiczna - ale to wciąż najdłuższa i najgłębsza jaskinia w Polsce, a także najgłębsza w całych Tatrach. Wtedy przed zejściem do studni jakoś źle się poczułem, jakbym gorączki dostał. Nigdy wcześniej nie przydarzały mi się podobne perturbacje na wyprawach. Cztery godziny spędziliśmy w Studni Wiatrów, trzęsąc się z zimna. Czułem się na tyle źle, że postanowiłem głębiej nie schodzić. Tą decyzją ocaliłem życie. Ukrainiec, który wtedy zszedł na dół, miał trudności z wydostaniem się. Słyszałem tylko, jak bardzo przeklina, i widziałem, jak lina mocno pracuje. Kiedy wspinał się podczas powrotu, zauważył, że lina w jednym miejscu trzyma się dosłownie na kilku włóknach, bo wcześniej obcierała o ścianę i została nadcięta. Ten Ukrainiec - bardzo sprawny, był też bokserem wagi muszej - zdołał przepiąć uprząż powyżej nadcięcia i wyszedł cały spocony. Gdybym zaczął zjeżdżać na tej linie, to spadłbym na dno 40-metrowej studni i nie przeżył. Kiedy wyszliśmy z jaskini, od razu poczułem się zdrowy. Do dziś się zastanawiam, jak to się stało, że ocaliłem życie - zamyślił się Rajwa.

* * *

Wejście do Śnieżnej znaleźli w Wyżniej Świstówce Małołąckiej, w górnych partiach Doliny Małej Łąki, dwaj zakopiańscy grotołazi - Józef Frączek i Bronisław Nowina-Noiszewski. Na początku nie nazywała się "Wielka Śnieżna", lecz po prostu "Śnieżna", bo nie był jeszcze znany system wszystkich korytarzy i połączeń. A nazwa wzięła się stąd, że jak w lipcu 1959 roku wchodzono do niej po raz pierwszy, to zastano tam śnieg i lód, mimo że to był środek lata. Jaskinię nad Kotlinami odkryto w 1966 roku, a Jaskinię Wilczą po kolejnych trzydziestu latach, kiedy zauważono otwór, z którego wydobywa się zimne powietrze. Od lat 60. znana była znajdująca się po drugiej stronie Małołączniaka Jaskinia Wielka Litworowa, a w Kotlinach - jaskinia Jasny Awen. Okazało się, że wszystkie są ze sobą połączone i tworzą system korytarzy Jaskini Wielkiej Śnieżnej.

Wyprawie pod kierownictwem Janusza Onyszkiewicza udało się uzyskać głębokość 545 metrów w Jaskini Śnieżnej rok po jej odkryciu, co dawało jej wówczas miejsce w pierwszej siódemce wśród najgłębszych jaskiń na świecie. W 1961 roku udało się zejść jeszcze niżej, osiągając syfon na poziomie 567 metrów. Odkryte połączenie Jaskini nad Kotlinami ze Śnieżną dało głębokość 783 metrów. Przejście z jaskini Jasny Awen do Wielkiej Śnieżnej odnaleziono w 1978 roku, a w 1996 - z Wielkiej Śnieżnej do Jaskini Wielkiej Litworowej, zwiększając deniwelację jaskini o ponad 200 metrów. W 1999 roku w skład systemu Jaskini Wielkiej Śnieżnej weszła również Jaskinia Wilcza.

* * *

Do ciała pierwszego z poszukiwanych w sierpniu 2019 roku grotołazów udało się dotrzeć po pięciu dniach, w czwartek 22 sierpnia wieczorem, po gwałtownej burzy nad Giewontem (czytaj w rozdziale "W objęciach śpiącego rycerza, czyli śmierć na Giewoncie"). Tego samego dnia nastąpił w rejonie jaskini samoczynny obryw skalny, w wyniku którego zerwały się między innymi liny poręczowe. Ekipa ratowników musiała naprawić zniszczenia i dalej drążyła przejście.

Nieżyjący grotołaz ubrany był w niebieski kombinezon. Ratownicy zauważyli też fragment czerwonego materiału, który uznali za część kombinezonu drugiej osoby. Mieli rację. Do drugiego z poszukiwanych ratownicy dotarli po blisko dwóch tygodniach od rozpoczęcia akcji - w piątek 30 sierpnia. Ciała obydwu mężczyzn wydobyto 4 września.

Jeden ze znajomych zmarłych grotołazów zawiadomił prokuraturę, zarzucając TOPR niewłaściwe prowadzenie akcji ratunkowej. Z taką oceną nie zgodził się zarząd Polskiego Związku Alpinizmu.

- Osoba, która złożyła zawiadomienie do prokuratury, była związana ze środowiskiem alpinistycznym i jaskiniowym, jednak nie podzielamy jej zdania. Rozumiem emocje, jakie są obecne przy tak dramatycznej akcji, ale w mojej opinii akcja jest prowadzona prawidłowo i zgodnie ze standardami - skomentował sytuację Marek Wierzbowski, sekretarz generalny Polskiego Związku Alpinizmu.

* * *

Piętnaście lat wcześniej tragicznie zakończyła się także inna jaskiniowa wyprawa, choć jej uczestnicy nie zginęli w ciasnych korytarzach.

Grotołazi z Sądeckiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego PTTK Nowy Sącz "Beskid" wyjechali w styczniu 2004 roku w Tatry, by pod przewodnictwem Anny Antkiewicz - bardzo doświadczonej speleolożki - zejść do Jaskini Małej. Pięćdziesięciojednoletnia Antkiewicz nadawała się na kierownika wyprawy jak mało kto. Ponad rok wcześniej dokonała sensacyjnych odkryć wielkich korytarzy w Jaskini Małej. Właśnie zamierzała prowadzić dalszą eksplorację.

- We wtorek 27 stycznia była u nas po zezwolenie na wejście do Jaskini Małej. Wyjścia są bowiem reglamentowane, nie każdy turysta może się tam wybrać. Ale Antkiewicz była doświadczona. Otrzymała zezwolenie, przecież tatrzańska speleologia tak wiele jej zawdzięcza - tłumaczył mi Zbigniew Ładygin z Tatrzańskiego Parku Narodowego.

W środę wyszła w góry z trójką przyjaciół: Magdą, Danielem i Piotrem. Mieli tylko przetrzeć drogę do jaskini. Samo wejście i eksplorację grupa zaplanowała bowiem na czwartek. W miejscu zakwaterowania w Zakopanem podali, że zamierzają wrócić późnym wieczorem w środę. Kiedy się nie pojawili, a ich telefony komórkowe nie odpowiadały, pozostali w Zakopanem grotołazi zaalarmowali TOPR. W czwartek o świcie w rejon Jaskini Małej w pobliżu Doliny Kościeliskiej wyruszyli pierwsi ratownicy. W żlebie Małej Świstówki odkryli lawinę. Wszystko wskazywało na to, że zeszła poprzedniego dnia. Tuż po godzinie 8 rano ratownicy znaleźli pierwsze ciało, a także plecaki pozostałych grotołazów. Była jeszcze nadzieja, że pozostała trójka żyje.

- Odkryliśmy ślady przecinające lawinisko - podawał dwie godziny później ratownik dyżurny TOPR. - Mógł je zostawić któryś z uratowanych grotołazów, ale równie dobrze przypadkowy turysta.

Po podaniu przez rozgłośnie radiowe informacji o lawinie, która porwała grotołazów, w nowosądeckim mieszkaniu Anny Antkiewicz urywał się telefon. Dzwonili znajomi, przyjaciele, dziennikarze.

- Wszyscy pytają, czy ona mogła być w tej lawinie, a ja nic nie wiem - drżącym głosem mówiła jej mama.

W rejon lawiniska w żlebie Małej Świstówki śmigłowiec Mi-2 Lotniczego Pogotowia Ratunkowego przetransportował kolejnych ratowników TOPR i leśników TPN. Własnym śmigłowcem dotarli ratownicy słowackiej Horskiej Slużby. W sumie na lawinisku pracowało około sześćdziesięciu osób z czternastoma psami lawinowymi. Metr po metrze za pomocą sond - kilkumetrowych cienkich prętów - przeszukiwali lawinisko szerokie na ponad 50 metrów i długie na blisko kilometr. Po godzinie 13 pod śniegiem natrafili na trzy kolejne ciała.

- Ciała są bardzo pokiereszowane, musiały spadać kilkaset metrów - mówił mi uczestniczący w poszukiwaniach Jan Krzysztof, naczelnik TOPR.

Sądecki Klub Taternictwa Jaskiniowego PTTK Nowy Sącz "Beskid" ogłosił żałobę.

Zbigniew Ładygin tak skomentował sytuację:

- Górna część żlebu Małej Świstówki, gdzie lawina porwała grotołazów, to strome trawiaste stoki. Prowadzi tędy droga, którą można dojść z Doliny Kościeliskiej do Jaskini Małej. Ale tylko latem, nie zimą - właśnie ze względu na duże prawdopodobieństwo zejścia lawiny ze stromych stoków. Moim zdaniem grotołazi zignorowali zagrożenie i sami podcięli lawinę.

Mieczysław Kołodziejczyk, nieżyjący już ratownik TOPR, dodał, gdy pytałem go o warunki w górach:

- W Tatrach w środę i czwartek obowiązywał drugi w pięciostopniowej rosnącej skali, umiarkowany stopień zagrożenia lawinowego. Ale żadnego stopnia zagrożenia nie można ignorować. Przy dwójce wyzwolenie lawiny możliwe jest głównie na stromych stokach, przy dodatkowym dużym obciążeniu. Najprawdopodobniej grupa grotołazów była właśnie tym obciążeniem, które wyzwoliło lawinę.

Anna Antkiewicz, instruktorka taternictwa jaskiniowego i wspinaczki skalnej Polskiego Związku Alpinizmu, z wykształcenia była geolożką. Brała udział w eksploracji jaskiń tatrzańskich, alpejskich, w Hiszpanii i na Kaukazie. - Zawsze się o nią martwiłam, kiedy wyjeżdżała. A ona nie mówiła mi wszystkiego o swoich niebezpiecznych wyprawach, żebym się nie denerwowała - wspominała jej mama.

Była współzałożycielką i prezeską Sądeckiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego PTTK Nowy Sącz "Beskid". Zarabiała na życie, prowadząc firmę Karramba, która oferowała amatorom mocnych wrażeń tak zwane małpie gaje, między innymi przeprawy przez mosty linowe. W 2002 roku za eksplorację Jaskini Małej w Tatrach otrzymała Kolosa. To nagroda za wybitne osiągnięcia, którą można dostać w pięciu kategoriach: podróże, alpinizm, żeglarstwo, eksploracja jaskiń oraz w kategorii otwartej - wyczyn roku. Przyznaje je kapituła specjalistów. Zwycięzcy otrzymują statuetki wzorowane na słynnych posągach z Wyspy Wielkanocnej.

Nowe korytarze w Jaskini Małej, które wytyczyli nowosądeccy grotołazi pod kierownictwem Anny Antkiewicz, to największe polskie odkrycie speleologiczne ostatnich lat.

Jaskinia Mała w Mułowej leży wysoko w masywie Ciemniaka w Czerwonych Wierchach. Nazwano ją "Małą", bo znano tylko kilkanaście metrów korytarzy. Latem 2002 roku grotołazom z Sądeckiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego PTTK "Beskid" udało się znaleźć przejście w głąb podziemi. Odkryli tam wielkie studnie i największą w Polsce komorę jaskiniową, nazwaną później Salą Fakro. Ma ona 85 metrów długości, do 40 metrów szerokości i 90 metrów wysokości - zmieściłby się w niej krakowski kościół Mariacki. Kilka tygodni później sądeccy grotołazi zauważyli kolejne wielkie przedłużenie jaskini. W nowym ciągu studni i korytarzy dotarli na głębokość około 400 metrów. Powrócili do jaskini we wrześniu 2002 roku. Dokonane wtedy odkrycia powiększyły głębokość Małej do 444 metrów, co wysunęło ją na czwartą pozycję wśród jaskiń Polski.

To nie był koniec. Na przełomie grudnia 2003 i stycznia 2004 roku kierowany przez Annę Antkiewicz zespół odnalazł dalsze 500 metrów korytarzy.

- W Jaskini Małej kryje się tyle tajemnic, że kiedy skończymy je rozwikływać, przyjdzie nam umrzeć - mówiła Anna Antkiewicz rok przed śmiercią.

Redakcja: Jacek Bławdziewicz

Korekta: Aleksandra Wiekowicz

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Opracowanie graficzne: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadząca: Karolina Mikulicz

Fotoedycja: Marcin Kapica

Przygotowanie zdjęć do druku: Anna Biała

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Marek Podmokły /Agencja Gazeta str.: 13, 37, 51, 67, 71, 87, 133, 143, 151, 152, 183, 225, okładka; Adam Golec/Agencja Gazeta str.: 19, 171, 220; Grzegorz Dąbrowski/Agencja Gazeta str. 59; domena publiczna str.: 93, 94, 97, 98, 161, 179, 213, 216; Robert Kowalewski/Agencja Gazeta str. 123; Franciszek Mazur/Agencja Gazeta str. 189; Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta str. 235; Albert Zawada/Agencja Gazeta str. 249.

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

? copyright by Agora SA 2020

? copyright by Bartłomiej Kuraś

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2020

 

ISBN: 978-83-268-3385-4

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej