4
Lotnisko w Dar es Salaam wygląda, jakby zatrzymało się w czasie. Jak gdyby posadzki, budki kontrolne czy ściany nie były sprzątane i naprawiane od lat.
Nikt się nie śpieszy, każdy ruch wykonywany jest z oporem: wydanie wizy, reszty, sprawdzenie dokumentów, porównanie zdjęcia z twarzą - wszystko trwa. Kobieta sczytująca moje linie papilarne pyta o cel podróży i zleca badania lekarskie.
Jest rok 2014, na północy kraju znaleziono pierwsze ogniska eboli.
Lekarz w maseczce pyta, skąd przyleciałem i jak się czuję. Latarką świeci w źrenice, patrzy do gardła, uciska pod uszami. Badanie trwa mniej niż minutę.
- Zdrowynastępny! - wykrzykuje i dłonią w lateksowej rękawiczce wskazuje drogę do taśmy z bagażami.
Karton po telewizorze, kraciasta torba i reklamówka owinięta folią zaliczają kolejne obroty, aż w końcu stają w miejscu. Mężczyzna z obsługi zrzuca je na wypolerowane kafle i nogą przesuwa pod ścianę. W Nairobi miałem niecałe pół godziny na przesiadkę. Dopiero teraz dochodzi do mnie, że trudno w takim czasie przerzucić bagaż między samolotami.
W informacji dostaję kawałek papieru oraz długopis. Na specjalnym formularzu mam narysować kształt zguby i postawić krzyżyk przy jednym z wypisanych kolorów (do wyboru "red", "green", "blue", "yellow", "black" lub "other"). Na odwrocie zapisuję nazwisko, numer lotu i telefonu. Obsługa informuje mnie, że rzeczy zapewne przylecą następnym rejsem, więc dobrze, gdybym poczekał.
- Na pierwszym piętrze jest restauracja - mówi mi kobieta siedząca za wysokim blatem. - Nic specjalnego, ale jest gdzie przeczekać.
Dzień dopiero się rozpoczął. Za chwilę słońce wzejdzie wyżej, a ludzie zaczną szukać kryjówek. Beton, metal, eternit, poliester lub bawełna otrzymają wtedy zadania, które od zawsze spełniały konary drzew i wielkie głazy. Otworzą się parasole i z ulic zniknie część pieszych.
Ale to za kilka godzin. Teraz miasto położone tuż przy lotnisku dopiero się budzi. Klaksony słychać coraz lepiej, widać wzmagający się ruch taksówek i kierowców przeglądających poranną prasę. Żaden z nich się jednak do mnie nie fatyguje, gdy zauważają, że idę w kierunku metalowych schodów. Drzwi do restauracji otwiera mi młody chłopak w tradycyjnym masajskim stroju i rozklejonych adidasach. Machając drewnianym kijem, zaprasza do środka.
Za kontuarem wiszą drewniane płaskorzeźby wycięte w kształt żyrafy i karty prezentujące dania dnia. Dziś serwowana jest gęsta zupa z kawałkami kurczaka, ale widząc ją na sąsiednim stoliku, decyduję się na piwo. Kelnerka otwiera butelkę kilimanjaro i wskazuje miejsce pod ogromnym obrazem. To scena z afrykańskiego targowiska: tłum, ścisk, wymęczeni mężczyźni, łyse głowy, kopce limonek, kokosy, bambusy, kapelusze, hidżaby, rozmowy.
Lista dań leży na lodówce wypełnionej stożkowymi kartonikami oraz zawiniętymi w folię kawałkami ciast. Obok listy rozłożona jest świeża prasa. Przeglądam tytuły i do stolika zabieram sobotnie wydanie lokalnego "The Citizen".
Pierwsze zdanie, jakie czytam, to: "Fala morderstw ludzi z albinizmem powróciła".
Drugie: "Kobiecie z Tabory odcięto rękę, a jej męża zabito".
Reszta słów łączy się w dramat.
Zamaskowani mężczyźni z impetem wpadli do domu w wiosce Buhekela w regionie Tabora. Nie chcieli gotówki, nie o nią chodziło. Z miejsca rzucili się na Suzan Mungu, kobietę z albinizmem. Mashiri Mapamb próbował bronić żony i dzieci, ale cios w tył głowy okazał się zbyt mocny. Upadł na podłogę. Umarł.
Napastnicy wrócili do kobiety. Usiłowali odciąć jej prawe ramię, jednak kości stawiały opór. Dzieci krzyczały, starały się ratować mamę, dwoje z siedmiorga raniono maczetą.
Prawe ramię krwawiło, ale oprawcy zabrali się do lewego. Dwóch przyciskało Suzan do podłogi, trzeci zamachnął się, by odrąbać rękę tuż za łokciem. Udało się. Potem chciał jeszcze odciąć ucho, ale jedynie je nadciął. Krzyk i wycie zebrały sąsiadów przed domem.
Przed przyjazdem do Tanzanii patrzyłem na spadające statystyki. Było coraz mniej informacji na temat morderstw osób z albinizmem i ataków na nie. Sądziłem, że sytuacja się uspokoiła, że ci ludzie są coraz bezpieczniejsi. Że to odpowiedni moment, by złapać perspektywę i spróbować o tym wszystkim opowiedzieć.
Myliłem się. Nie mija moja pierwsza godzina w Dar es Salaam, a ja czytam o kolejnej tragedii.
Na fotografii przy artykule widzę kobietę. Wokół głowy i ramion owiniętą ma chustę, którą wyciera łzy. Z podpisu dowiaduję się, że to Al-Shaymaa Kwegyir - pierwsza w historii Tanzanii osoba z albinizmem, która znalazła się w parlamencie. Pojawiła się w szpitalu, by odwiedzić Suzan Mungu.
W trakcie robienia zdjęcia Mungu była nieprzytomna, a na fotografii praktycznie jej nie widać. Kolor gazetowego papieru zlewa się z kolorem pościeli i bandażami owiniętymi wokół jasnej skóry głowy.
Na końcu artykułu dodana jest informacja o tym, że tego samego dnia delegacja odwiedziła także dziewczynkę z albinizmem, której niespełna miesiąc wcześniej odcięto rękę.
Chodzi o piętnastoletnią Pendo Sengeremę, o której czytałem kilka dni przed wylotem. W jej domu również pojawiło się trzech mężczyzn, oni też uzbroili się w maczety. Pendo nie była sama, więc zagrozili rodzicom, że jeśli wydadzą nawet najmniejszy dźwięk, zamordują im córkę. Mama i tata milczeli, gdy ich dziecko ryczało z bólu i strachu. Nie wydając żadnych dźwięków, patrzyli, jak ostrze tnie skórę, mięśnie i kości ich córki, a potem jak napastnicy znikają w ciemnościach.