1 Owce i wilki
Walka papieża z komunizmem
Strzały padają w sobotę wieczorem. W miejscowości Los Mangos, w połowie długiej drogi przecinającej wyludnioną o tej porze plantację trzciny cukrowej. Jak ocenił lekarz z sądowym doświadczeniem - z przynajmniej pięciu różnych kierunków i z broni, jaką posługuje się policja. Karoserię białego volkswagena safari przeszywa dziesięć naboi, z których aż dziewięć śmiertelnie dosięga czterdziestodziewięcioletniego kierowcy. Za morderstwem stoi ośmiu członków szwadronów śmierci, grup paramilitarnych, na zlecenie prawicowej dyktatury masowo likwidujących przeciwników politycznych w Salwadorze.
Rozkaz wydaje sam szef Gwardii Narodowej, swego rodzaju milicji, wspierającej regularną armię. Celem jest Rutilio Grande García, uważany za komunistę jezuita, a jego przewiną: krytyka rządu i podburzanie chłopów.
Już tej samej nocy, 12 marca 1977 roku, w domu jezuitów w Santa Tecla na przedmieściach San Salvadoru rozbrzmiewa dzwonek telefonu.
Jezuici Ignacio Martín Baró, Segundo Montes, Amando López, Joaquín López y López i Juan Ramón Moreno Pardo (wszyscy oni zginą ponad dwie dekady później w kolejnym zamachu szwadronów śmierci) są na miejscu. I nie mogą uwierzyć w złe wiadomości.
Tylko jeden z uczestników spotkania żyje do dziś - Jon Sobrino. To on odebrał telefon. Zapamiętał, że głos w słuchawce błagał go, by natychmiast przyjechali do Aguilares.
W Salwadorze zjawiam się na początku 2022 roku, by dowiedzieć się bezpośrednio od Sobrino, jak doszło do tego, że w ramach walki z komunizmem Watykan tolerował antydemokratyczne i wyjątkowo krwawe południowoamerykańskie reżimy.
- W Aguilares zastaliśmy trzy ciała - mówi mi jezuita czterdzieści pięć lat po wspomnianym zdarzeniu.
Aby pozbyć się świadków, napastnicy zabijają też towarzyszących prowadzącemu wtedy samochód księdzu: Manuela Solórzana, lat siedemdziesiąt dwa, i Nelsona Lemusa, lat szesnaście. Następnie wywracają auto na bok i odjeżdżają.
- Zamordowanie księdza Rutilia Grandego spadło na nas jak grom z jasnego nieba - opowiada mi Marisa D'Aubuisson de Martínez.
Młoda wówczas działaczka katolicka z San Salvadoru nie może poradzić sobie z tą wiadomością. Ale nie spodziewa się, że będzie już tylko gorzej. Wkrótce jej brat zaplanuje najgłośniejsze morderstwo w historii kraju i chyba całej Ameryki Łacińskiej.
Rutilio Grande w ostatnim kazaniu apeluje, aby podczas walki o sprawiedliwość nie odbierać nikomu życia, nikogo nie upokarzać, lecz gdy zajdzie taka potrzeba, samemu życie oddać.
Rozumie, że wyzwolenie nie będzie możliwe bez cierpienia. Choć odrzuca wizerunek Chrystusa jako lewicującego rewolucjonisty, nie sprowadza wiary jedynie do modlitw. Twierdzi, że sprawy społeczno-ekonomiczne powinny zajmować wszystkich, także księży. Nie namawia parafian do dewocyjnej religijności - zachęca natomiast do bycia kowalem własnego losu. Wraz z innymi jezuitami przygotowuje w swojej parafii aż dwa tysiące świeckich współpracowników. Oprócz ewangelizacji zajmują się oni kwestią wyzwolenia społecznego chłopów.
Bogaci właściciele ziemscy są wściekli. Uważają go za komunistę.
A to coraz bardziej niepokoi Óscara Romera, wyrastającego właśnie na najważniejszą postać w salwadorskim Kościele. Choć przyjaźnią się od dawna - Grande był ceremoniarzem podczas biskupiej konsekracji Romera - ich duszpasterskie i światopoglądowe drogi zmierzają w różnych kierunkach. Księdza uznaje się za orędownika teologii wyzwolenia, natomiast arcybiskupa za skostniałego konserwatystę. Romero ceni przyjaciela jako człowieka, styl jego duszpasterstwa ocenia jednak jako upolityczniony, skupiony wyłącznie na sprawiedliwości społecznej.
Dwa dni przed zamachem na Rutilia Grandego, 10 marca, arcybiskup zwołuje zebranie. Uczestniczy w nim ponad sto pięćdziesięcioro księży i sióstr zakonnych. Debatują o coraz częstszych pogróżkach wobec ludzi Kościoła pomagających biednym i o bezpieczeństwie zagranicznych kapłanów i części duchownych, którzy schronili się w górach. Romero uspokaja przerażonych, bo ufa obietnicom pułkownika Artura Armanda Moliny - prezydenta znanego zarówno z brutalnego uciszania opozycji oraz masakr studenckich, jak i budowania szkół czy szpitali. A także z odrzuconego przez elity pomysłu na reformę rolną, która miała polegać na redystrybucji dużych posiadłości wśród chłopów.
To przełomowe dni w życiu Óscara Romera, dopiero co mianowanego arcybiskupa San Salvadoru.
Już w czasach jego młodości - choć Salwador to najgęściej zaludniony kraj regionu - niemal cała ziemia należy do zaledwie kilkunastu rodów. "Mówi się nawet, że państwo "jest własnością czternastu rodzin". Tysiąc latyfundystów posiada dokładnie dziesięć razy więcej ziemi, niż ma jej łącznie sto tysięcy chłopów. Dwie trzecie ludności wiejskiej nie ma ziemi"[1] - pisze Ryszard Kapuściński, gdy w 1969 roku obserwuje kilkudniowy konflikt Salwadoru z Hondurasem, zwany wojną futbolową.
Do takiej sytuacji doprowadziło wiele czynników. Po pierwsze, długoletnie - naznaczone przez wojny domowe, powstania, konflikty z sąsiadującymi krajami i brak poczucia tożsamości narodowej - dochodzenie do niepodległości w XIX wieku. Po drugie, rywalizacja liberałów (chcących uwolnienia handlu i rozdziału Kościoła od państwa) z konserwatystami (wolącymi współpracować z Kościołem i żywiącymi sentyment do czasów kolonialnych). Po trzecie, niespokojne rządy caudillos i - przede wszystkim - ugruntowanie się na przełomie wieków "republiki kawowej". Zniesiona zostaje instytucja ziemi kolektywnej, dzięki której rząd wydzielał część z gruntów obszarnika i rozparcelowywał między bezrolnych. Prezydenckie dekrety skutkują tym, że ogromne obszary ziemi zostają przejęte przez nieliczne rodziny masowo uprawiające i przetwarzające kawę. Odtąd na fotelu prezydenta zawsze zasiada ktoś z ich grona, krajem rządzi ekonomiczna elita, jakiekolwiek bunty chłopstwa są natychmiast krwawo tłumione, a w latach trzydziestych XX wieku nastaje dyktatura na wzór faszystowskich reżimów.
Dorabianiu się elit towarzyszy bezwzględna eksploatacja robotników rolnych. Chłopi buntują się, protestują, ale interesów oligarchów bronią złożony z nich rząd, policja i wojsko. Próby jakiegokolwiek oporu kończą się śmiertelnymi ofiarami.
"A przecież wystarczy już tej zwyczajnej biedy, która i tak jest. Trzeba tak żyć, żeby nazwisko człowieka nie obijało się władzy o uszy. Władza, jeśli usłyszy jakieś nazwisko, zaraz je zapisuje i tak rozpoznany człowiek ma potem dużo kłopotów"[2] - rozmowę z chłopem relacjonuje dalej Kapuściński.
"W tym kraju uprawia się kawę. Cena kawy jest niebotyczna. Ci ludzie naprawdę żyją jak psy, natomiast same psy zdegenerowały się do skulonych stworzeń, które nigdy nie szczekają, tylko kuśtykają, czają się i ryją w zakurzonych zaroślach"[3] - zauważa z kolei przemierzający Salwador jakiś czas później amerykański powieściopisarz i podróżnik Paul Theroux. Pisze, że w Ameryce Środkowej wszystko stanęło na głowie. I że w tych pozbawionych prawa krajach zapanowała groteskowa nierówność niosąca ze sobą przemoc.
Salwador - podsumowuje swoją podróż - zasługuje na to, by być spokojnym miejscem, ale nim nie jest. Piłka nożna, najprostszy sport na świecie, zamieniła się tam w wolną amerykankę, z wyładowującymi frustrację widzami w roli głównej. Czemu nie mielibyśmy się trochę pobawić, mogliby odpowiedzieć, przecież żyjemy jak psy. Piłka nożna nie była piłką nożną, Kościół nie był Kościołem[4].
Pozostali mieszkańcy kraju, porzuceni przez wszystkich, popadają w coraz większą biedę.
Kraj boryka się z problemami ekonomicznymi, bo kryzys naftowy z 1973 roku doprowadza do wzrostu cen żywności i zmniejszenia produkcji rolnej. Nierówności pogłębiają się, niepokoje zaostrzają. Władze junty chętnie korzystają ze wsparcia Stanów Zjednoczonych. Te finansują reżim, którego wojsko, policja, szwadrony śmierci i prawicowe bojówki brutalnie terroryzują ludność, żyjącą już głównie na skraju nędzy. Coraz gorliwiej buntują się lewica i niektórzy księża. Salwadorscy katolicy rozprawiają teraz nie tylko o zagadnieniach chrześcijańskich, lecz także o sprawiedliwości społecznej, co sprawia, że stają się dla oligarchów podejrzani. Większość biskupów wciąż sprzyja możnym (o tym będzie jeszcze mowa). Władzę niepokoją jednak zwykli księża, zaczynający sympatyzować z biednym ludem.
Romero wciąż wierzy, że duchownym włos z głowy nie spadnie. Dlatego uspokaja wspólnotę jezuitów z Aguilares, która - choć oskarżana o podsycanie chłopskich rebelii - ma być całkowicie bezpieczna. Dwa dni przed zamachem podchodzi do Rutilia Grandego i proponuje przedyskutowanie kwestii chłopskiej podczas kolejnej narady.
Nigdy więcej się nie zobaczą.
Kiedy wieczorem 12 marca prezydent Molina składa arcybiskupowi kondolencje z powodu śmierci ojca Grandego, a ten - jak zwykle - wierzy w jego szczere intencje, państwowe szwadrony śmierci szykują się do kolejnych zbrodni.
Tamtego dnia zginąć ma nie tylko Rutilio Grande.
Zamach na niego jest jednym z pięciu planowanych. Niemal o tej samej godzinie paramilitarni atakują samochód Rafaela Barahony, proboszcza z Tecoluki, lecz przez przypadek zabijają jego brata. Ojciec Rutilio Sánchez unika zamachu, być może dzięki kobiecemu przebraniu, z którego dla bezpieczeństwa od jakiegoś czasu korzysta. Ksiądz Trinidad Nieto odprawia mszę ślubną w jednym z wiejskich gospodarstw; uciec pomagają mu goście weselni. Piątym do odstrzelenia jest ojciec Marcelino Pérez; w ostatniej chwili rezygnuje jednak z podróży z Grandem.
W dniu śmierci przyjaciela Óscar Romero jest arcybiskupem San Salvadoru zaledwie od dziewiętnastu dni.
Po zamachu na Rutilia Grandego, jeszcze tej samej nocy, Jon Sobrino ma się spotkać z arcybiskupem Romerem po raz pierwszy w życiu. Wie o nim tylko tyle, że jest konserwatystą, człowiekiem słabym psychicznie i ulegającym wpływom Opus Dei - ruchu, który w latach pięćdziesiątych XX wieku trafił z Europy na drugą półkulę i właśnie rozprzestrzenia się w Ameryce Środkowej. Już wtedy budzi kontrowersje, niektórzy uważają go za sektę i zarzucają mu, że foruje możnych.
- Kiedy stałem nad ciałem Rutilia Grandego i czekałem na przyjazd arcybiskupa, przypomniałem sobie zdarzenie z poprzedniego roku - opowiada mi Sobrino wiele lat później, gdy odwiedzam go w domu jezuitów w Santa Tecla nieopodal stolicy Salwadoru.
Cele zakonników mieszczą się na tyłach zniszczonego podczas trzęsienia ziemi w 2001 roku i nieodremontowanego do dzisiaj kościoła. Wysoki mur pokryty jest bluszczem. Do środka wchodzi się jak do zaczarowanego ogrodu. Z pergoli zwisają piękne czerwone kwiaty. Sobrino tłumaczy mi, że nazywają się san carlos.
Wejść do pokojów emerytowanych jezuitów pilnują dwa białe popiersia: Óscara Romera i Rutilia Grandego. Pięć lat wcześniej Sobrino przeszedł ciężki atak serca, ledwo uniknął śmierci. Od tamtego czasu żyje wolniej, mówi z pewnym trudem, prosi o wyrozumiałość. Na pociągłej, wychudzonej twarzy widzę cierpienie, ale też pewien rodzaj chłopięcej przekory i zadziorności. Po człowieku, który napsuł tyle krwi hierarchom w Watykanie, można się było spodziewać czego innego. Choć panuje upał, w ocienionym ogrodzie Sobrino wkłada na kraciastą koszulę rozpinany sweter. Siada na zdezelowanym krześle, na kolanach trzyma teczkę z notatkami. Twierdzi, że mogę zadać mu każde pytanie. Nawet najtrudniejsze. Wywiad jest mój, a nie jego. A słowa, które wypowiada, stają się moją własnością.
Stawia tylko jeden warunek: mimo że rozmawiamy na zewnątrz, a parne wilgotne powietrze przykleja mi maseczkę do policzków, mam jej nie ściągać, bo Salwador wciąż zmaga się z pandemią koronawirusa. Noszenia maseczek pilnują niemal wszyscy. Jednak im dalej kruchy jezuita ciągnie opowieść, tym bardziej zaczyna się emocjonować i zsuwa maseczkę pod nos.
- 6 sierpnia 1976 roku, podczas święta Jezusa Zbawiciela, patrona Salwadoru, Romero, wtedy jeszcze biskup, odprawił uroczystą mszę w katedrze. W obecności biskupów i prezydenta. Podczas homilii, mimo że nie wymienił mnie z nazwiska, skrytykował moją teologię. Uznał, że interpretuję chrystologię zbyt racjonalistycznie i niedostatecznie ortodoksyjnie. To właśnie miałem w pamięci tamtego dnia w Aguilares, gdy stałem nad ciałami trzech zamordowanych. Że nie jest to arcybiskup, z którym znajdę nić porozumienia.
Tymczasem tamtej tragicznej nocy, 12 marca 1977 roku, robi się na tyle późno, że jezuici decydują się na odprawienie mszy za zmarłych bez arcybiskupa. Romero przybywa do Aguilares, kiedy nabożeństwo się kończy, około dwudziestej drugiej. Sobrino kłania się i bez słowa prowadzi go do kościoła. Potem ktoś zwraca mu uwagę, że niezbyt godnie przywitał arcybiskupa. Po mszy Romero prosi, by ludzie nie wychodzili. Zostaje dwadzieścia, góra trzydzieści osób. Duchowni, świeccy, w tym miejscowi chłopi. Arcybiskup prosi o radę ludzi, których dotąd uważał za marksistów: "Jak teraz należy postąpić?".
Słucha, aż wreszcie stwierdza, podłamany: "Rutilio miał rację, nie ja".
Jon Sobrino i inni zgromadzeni nie wierzą własnym uszom.
Romero ogłasza, że nie spocznie, dopóki rząd nie wyjaśni tej sprawy.
Kilka dni później Romero i Sobrino spotykają się ponownie, tym razem w diecezjalnym radiu. Arcybiskup pokazuje jezuicie list od znajomego zaniepokojonego jego zmianą kursu. "To osoba z Opus Dei" - tłumaczy z nieskrywaną pretensją, choć dotąd uważano go za sprzymierzeńca tego ruchu.
- Trudno mu zarzucać wcześniejszą nieczułość na biednych, ale przed śmiercią Rutilia nie był zbyt blisko nich - opowiada mi Sobrino. To, co wydarzyło się wtedy w głowie arcybiskupa, nazywa konwersją. - I wcale nie mam na myśli przeobrażenia się ze złej formy w dobrą, lecz ogromną, niesamowitą przemianę. Ci, którzy wcześniej znali Óscara Romera, mówią wręcz o "cudzie Rutilia".
Według jednego z biografów Romero zrozumiał wtedy, że śmierć zakonnika była znakiem skierowanym przede wszystkim do niego.
Jak bardzo krętą drogą zmierza nieśmiały i skryty chłopiec przez najbardziej konserwatywne zakamarki Kościoła katolickiego aż do "cudu Rutilia Grandego"?
Óscar Romero przychodzi na świat latem 1917 roku w niewielkim miasteczku Ciudad Barrios. Jego ojciec jest urzędnikiem firmy telegraficznej, matka - córką nie najgorzej sytuowanego administratora poczty i właściciela majątku na zboczu wulkanu Cacahuatique. W wieku czterech lat ciężka choroba na dłużej zatrzymuje go w domu i uniemożliwia mu kontakty z rówieśnikami. Po wyzdrowieniu chłopiec staje się introwertyczny. Naukę przedkłada nad zabawę, gra na flecie, pomaga też doić krowy, razem z ojcem rozwozi pocztę. To on uczy syna katechizmu i pacierza, matka zaś szkoli go w recytowaniu modlitwy Anioł Pański i odmawianiu różańca. Jako dwunastolatek Óscar terminuje u stolarza. Woli jednak zbierać święte obrazki, a braci zmusza, by chodzili za nim po miasteczku w organizowanych przez niego procesjach. Pewnego dnia Ciudad Barrios odwiedza biskup i pyta chłopaka, co chce robić w życiu, a ten odpowiada, że zostanie księdzem. "Będziesz biskupem" - wyrokuje hierarcha.
Już w wieku czternastu lat Óscar wstępuje do niższego seminarium w San Miguel. Na studia, jak wielu przyszłych duchownych Ameryki Łacińskiej, jedzie do Rzymu. Księdzem zostaje w 1942 roku.
Trwa II wojna światowa. Ciężko o prowiant, żywi się więc dynią, cebulą i kasztanami, często w nocy zbiega z innymi do piwnic, by chronić się przed nalotami. Rok po wyświęceniu decyduje się na powrót do domu. Zostaje jednak aresztowany w Hawanie, ponieważ przyjeżdża z kraju sprzymierzonego z Niemcami, a Kuba jest wtedy sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Podejrzany o szpiegostwo, trzy miesiące spędza w obozie koncentracyjnym.
W 2022 roku spotykam się w San Salvadorze z profesorem Rodolfem Cardenalem, jezuitą, dyrektorem Centrum Monse?ora Romera przy Departamencie Teologii na Uniwersytecie Środkowoamerykańskim, postawnym łysiejącym mężczyzną, który - choć jest duchownym - nie chodzi w sutannie. Opowiadam mu o rozmowie z Jonem Sobrinem dotyczącej metamorfozy Romera. Cardenal nie ze wszystkim się zgadza.
- Konwersja w znaczeniu radykalnej przemiany u Romera nie zaszła. Już jako ksiądz w San Miguel sprzyjał biednym, pomagał więźniom i prostytutkom. Mimo że uważał działaczy lewicowej organizacji chłopskiej za komunistów, pojechał na ich spotkanie i zachwycił się ich działalnością. A więc nie była to zmiana o sto osiemdziesiąt stopni, na pewno nie taka.
Jednak do momentu śmierci Rutilia Grandego większość przyjaciół Romero ma wśród bogatych. Biednym pomaga, ale nie zastanawia się, co doprowadza ludzi do tak skrajnych sytuacji. Woli uniknąć dylematu pewnego brazylijskiego biskupa (będzie jeszcze o nim mowa w tej książce), który powtarzał: "Dopóki karmiłem biednych, zwali mnie świętym; od kiedy zacząłem się zastanawiać, dlaczego są na tym świecie biedni, wołają na mnie "komunista""[5].
Kiedy na fali posoborowej odnowy do San Miguel przyjeżdża nowy biskup pomocniczy, Amerykanin Lawrence M. Graziano - postępowy, niebaczący na formalności i otwarty na zmieniające się czasy franciszkanin - Romero jeszcze mocniej dystansuje się od ludzi i tym bardziej sprawia wrażenie konserwatywnego i zasadniczego. Narastający między nimi dysonans, który wkrótce mógłby przerodzić się w konflikt, prowadzi do wybiegu znanego w Kościele jako Promoveatur ut amoveatur (awansować, aby odsunąć): Romero otrzymuje nominację na sekretarza Konferencji Episkopatu Salwadoru i zostaje biskupem.
Podczas pożegnania przed jego wyjazdem do stolicy mieszkańcy San Miguel dają mu w prezencie owieczkę. Przyjmuje ją z wdzięcznością, głaszcze, a jedna z parafianek zauważa: "Towarzyszył owcom i wilkom, wierzył, że wilki i owce powinny jeść z tej samej miski, ponieważ są miłe Bogu. Tak zapamiętałam ojca Oskara: jak stał na schodkach i głaskał owieczkę. Jeśli jednak podarowaliby mu małego wilczka z wyrośniętymi już kłami, przyjąłby go w dokładnie taki sam sposób"[6].
Tymczasem wilki nie chcą jeść z tej samej miski co owce. Na pewno nie w Salwadorze. W dodatku po stronie wilków bardzo często stają katoliccy duchowni.
Z podobnymi problemami zmaga się cały region. Kiedy w 1968 roku papież Paweł VI wybiera się do Bogoty, dostaje z Caracas list: "Bądź ostrożny, bracie Pawle. Religia i Kościół były ciągle używane w Ameryce Łacińskiej dla usprawiedliwiania i utrwalania niesprawiedliwości, ucisku, represji, wyzysku, prześladowania, zabijania ubogich"[7].
Kościół od początku towarzyszy brutalnej konkwiście Ameryki Łacińskiej: zgodnie z duchem hiszpańskiej inkwizycji, która kazała palić na stosie heretyków nieskłonnych do pojednania się z Watykanem, duchowni nie mają też litości dla zastanych na odkrytych lądach "dzikusów". Kolumb w relacji z pierwszej wyprawy do Nowego Świata pisze o ludziach niewyznających żadnej religii i perspektywie nawrócenia mieszkańców nowo odkrytego kontynentu na świętą wiarę. W 1516 roku kardynał Jiménez, arcybiskup Toledo, wielki inkwizytor Kastylii, z którego inicjatywy Hiszpania podbiła wcześniej północne wybrzeża Afryki, wydaje instrukcję, że żaden statek nie może ruszyć do Ameryki bez księdza na pokładzie. Duchowni płyną więc i siłą chrzczą autochtonów, nie pytając ich oczywiście o zgodę. Uznany później za świętego misjonarz Józef Anchieta uważa wręcz, że najlepsi kaznodzieje to miecz i żelazny pręt. Przez półtora wieku ewangelizacji Ameryki Łacińskiej giną miliony jej pierwotnych mieszkańców. Katolicy z Europy brutalnie rozprawiają się z cywilizacjami Majów, Azteków, Inków i wielu innych ludów.
W kolejnych stuleciach jest podobnie - potomkowie Hiszpanów i Portugalczyków, samozwańczych władców kontynentu, możni Nowego Świata, wykorzystują Kościół do swoich interesów, a pośrednio do uciskania biednych. Ten często woli faworyzować postkolonialnych oligarchów niż ciemiężony przez nich lud.
Dopiero wieki później, po Soborze Watykańskim II, na kontynent amerykański docierają z Europy rewolucyjne wieści.
Aggiornamento - pod tym hasłem zwołuje się tysiące najważniejszych osób w Kościele, by go uwspółcześnić.
Poprzednie koncylium, Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869-1870, było dwudziestym soborem powszechnym Kościoła katolickiego i pierwszym od zwołanego trzysta lat wcześniej i uważanego za początek kontrreformacji Soboru Trydenckiego, na którym potępiono Marcina Lutra. Czterdziestu dziewięciu kardynałów z papieżem Piusem IX na czele, otoczonych innymi ważnymi ludźmi Kościoła, odrzuca na dwudziestym soborze ateizm, racjonalizm, materializm i panteizm oraz uchwala dogmat o nieomylności papieża, z którego kolejni władcy Watykanu chętnie korzystają:
- Pius IX ogłasza naukę o niepokalanym poczęciu Najświętszej Maryi Panny,
- Pius XII o jej wniebowzięciu,
- Jan Paweł II rozstrzyga kwestię kapłaństwa kobiet (w liście apostolskim Ordinatio sacerdotalis autorytarnie wymienia powody, które mają uzasadnić, dlaczego kapłanami mogą być wyłącznie mężczyźni, i orzeka, że sprawa ta nie podlega dalszej dyskusji).
Zanim jednak dochodzi do tego ostatniego, głową Kościoła w 1958 roku zostaje człowiek, który z dogmatu o nieomylności nie zamierza korzystać. Angelo Giuseppe Roncalli, czyli Jan XXIII, zwany "dobrym papieżem", jest niewysokim i korpulentnym Włochem o jowialnej twarzy. Ze względu na zaawansowany w momencie wyboru wiek - siedemdziesiąt siedem lat - kardynałowie uznają go za "papieża przejściowego".
"Wszyscy zostaliśmy stworzeni na obraz Boży, a zatem wszyscy jesteśmy podobni do Boga" - mawia, a krótko po konklawe oznajmia, że chciałby być nie tyle zarządcą, ile pasterzem, i zaskakuje pomysłem na zwołanie nowego synodu. Uważa, że Kościół nie nadąża za zmieniającymi się czasami i należy go unowocześnić. I że ludzkość zmaga się z wyzwaniami i problemami, na które Kościół nie znajduje już satysfakcjonującej odpowiedzi.
Sobór rusza w październiku 1962 roku, Jan XXIII umiera w czerwcu następnego roku, ale obrady zostają zawieszone tylko na chwilę. Już tydzień po konklawe datę ich wznowienia wyznacza kolejny papież - Paweł VI. Spotkania trwają do 1965 roku. Uczestniczy w nich trzy tysiące pięćdziesięciu ośmiu tak zwanych ojców soborowych: kardynałów, patriarchów, prymasów, arcybiskupów, biskupów, opatów udzielnych, prałatów udzielnych, prefektów apostolskich, wyższych przełożonych zakonnych, wspomaganych przez setki ekspertów i obserwowanych przez wielu audytorów i innych świadków delegowanych przez wspólnoty niekatolickie.
Przedsięwzięcie staje się jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach chrześcijaństwa i ma na zawsze odmienić oblicze Kościoła katolickiego. Z punktu widzenia skostniałej i zamkniętej na świat instytucji watykańskiej postanowienia soborowe wydają się rewolucją.
Katolicyzm otwiera się nie tylko na protestantów i prawosławnych, ale też na inne religie, a konfrontacji przeciwstawia się dialog ekumeniczny i międzyreligijny. Deklaracja o wolności religijnej uznaje prawo do wolności wszystkich religii i przyznaje, że nikogo "wbrew jego woli nie wolno do przyjęcia wiary przymuszać"[8]. Wolność religijna z punktu widzenia katolików staje się więc też prawem ludzi niewierzących.
To koniec epoki kontrreformacji. Rewizji poddaje się rozumienie chrześcijaństwa, kwestionuje się interesy, przywileje i przestarzałe zwyczaje. Ponadto następuje zwrot ku Ewangelii, od której - jak uznano - Kościół w ubiegłych wiekach coraz bardziej odchodził. Dotąd zainteresowanie Kościoła instytucjonalnego skupiało się głównie na Europie Zachodniej, teraz obejmuje również inne części świata.
Przywódcy religijni odwołują nawet ekskomunikę, którą w 1054 roku rzuciły na siebie Kościół zachodni i Kościół wschodni, a Paweł VI nawiązuje bliskie stosunki z patriarchą Konstantynopola Atenagorasem I.
Apologeci do dziś chwalą tamte decyzje za zburzenie bariery odgradzającej Kościół od współczesności, krytycy zaś obarczają je winą za postępującą sekularyzację. Pewne jest, że Sobór Watykański II powoduje polaryzację wśród katolików, którzy odtąd dzielą się na zwolenników Kościoła przedsoborowego oraz posoborowego.
Czy się to komuś podoba, czy nie, zgromadzenie prowadzi do usunięcia zapachu stęchlizny z Kościoła i przynosi zmiany nawet w najbardziej odległych zakątkach globu. Przetłumaczone na wiele języków dokumenty wdrażane są na mnóstwo sposobów w codzienne życie lokalnych Kościołów. W Ameryce Łacińskiej soborowe nawoływanie do angażowania się laikatu owocuje powstawaniem niezależnych od parafii wspólnot podstawowych i umocnieniem roli osób świeckich, które odtąd nie są poddanymi proboszczów, lecz pełnoprawnymi członkami Kościoła. Zmiany docierają też do Afryki i Azji, w której - poza Filipinami - katolicy pozostają w mniejszości. A także do wielu miejsc na Starym Kontynencie, szczególnie w Europie Zachodniej.
Ale nie do Polski. Jednym z powodów słabej recepcji soboru jest wrogi wobec katolicyzmu reżim komunistyczny. Na nowe ustalenia z rezerwą spoglądają także polscy hierarchowie. Wśród nich jest Karol Wojtyła, który - mimo że uczestniczy w soborze i wydaje się mu przychylny - zupełnie się od niego dystansuje. Nie rozumie takiej debaty i uwag wygłaszanych przez duchownych. W Polsce Kościół jest atakowany przez ateistyczną władzę, na soborze spotyka się zaś z krytyką wewnętrzną. Wyrazów dezaprobaty wobec Kościoła nie akceptuje już wtedy, nie będzie też ich akceptował jako papież. Choć każdego wysłucha, nie każdą argumentację przyjmie. Osoby mające inne poglądy należy z miłością doprowadzić do prawdy. Prawda boska jest jedna, a Kościół powinien stać na jej straży. Atmosfera spotkań soborowych, na których ścierają się różne, nawet skrajne, opinie, a ogół biskupów próbuje wypracować konsensus, jest dla Wojtyły niepojęta. Zdaje się on nie rozumieć zasad demokracji, na co w późniejszych latach będzie zwracać uwagę wielu obserwatorów jego działalności w Kościele.
Dziwi się, że prym na soborze i grunt pod odnowę Kościoła przygotowują nie biskupi, lecz teologowie, którzy jego zdaniem powinni pozostać posłusznymi instrumentami w rękach hierarchów. Zwłaszcza ci pochodzący z zepsutego Zachodu, głównie z Francji i Niemiec, ale też Stanów Zjednoczonych, Włoch, Holandii, Belgii oraz Szwajcarii.
Wojtyła krytykuje Gaudium et spes[9] - ogłoszoną przez Pawła VI konstytucję duszpasterską o Kościele w świecie współczesnym - za to, że jej wstęp skupia się na człowieku, ani razu nie zostaje w nim wymieniony Kościół, a całość skłania do odczytywania znaków czasu i wsłuchania się w głos społeczeństwa. Odrzuca twierdzenie, jakoby Kościół powinien nie tylko nauczać świat, lecz także sam się od niego uczyć - uważa to za odejście od misji.
Z czasem coraz bardziej oddala się od ustaleń soboru.
Hiszpański teolog Benjamin Forcano wysuwa tezę, że zdaniem Polaka Europa Zachodnia stanowiła siedlisko pogłębiającego się ateizmu, sekularyzacji, hedonizmu i konsumpcyjnego materializmu[10]. Wojtyła bał się nowoczesności, lękał się, że Kościół straci w niej doniosłe znaczenie i zostanie zepchnięty do sfery prywatnej. Zamiast wcielać w życie postanowienia soboru, postawił na ponowną chrystianizację kontynentu. W osiągnięciu tego celu miały pomóc zasady Kościoła przedsoborowego: scentralizowanego, klerykalnego i skupionego na mężczyznach, w dodatku posłusznego i antynowoczesnego. Takie podejście - zdaniem Forcana - wpłynęło na Kościół w czasach pontyfikatu Jana Pawła II w każdej dziedzinie działalności instytucji i na wszystkich jej poziomach.
Gdy cały katolicki świat myśli o przyszłości Kościoła, Polacy zwracają się ku przeszłości i tradycji. Kiedy inni skupiają się na reformach, polski episkopat koncentruje się na tysiącleciu chrztu swojego kraju. Rodacy przyszłego papieża do procesu soborowego wnoszą niewiele, a podobnie jak Wojtyła myśli większość polskich biskupów. Niechętnie dopuszczają oni teologów i księży do dokumentów soboru, więc jego przesłanie i interpretacja nie trafiają do powszechnej świadomości. Zdaniem profesora Stanisława Obirka - który uważa, że zastosowano tu dość rygorystyczny system kontroli - "nieliczni wtajemniczeni musieli uzyskać zgodę hierarchów, a zwłaszcza rozlicznych watykańskich kongregacji, na rozpowszechnianie tej wiedzy"[11].
Nie mówi się o tym w polskich świątyniach i nie dyskutuje w parafiach, nie inicjuje wspólnot podstawowych jak w Afryce czy Ameryce Łacińskiej ani nie nadaje odpowiedniej rangi radom parafialnym, które w wielu miejscach na świecie mają bardziej decyzyjny głos niż proboszczowie.
Tymczasem w Polsce świeckich nieustannie spycha się na margines coraz bardziej klerykalnego i hierarchicznego Kościoła. Dla większości polskich katolików (a może nawet duchownych?) wiele ustaleń soborowych do dziś pozostaje poza świadomością.
Części reform, dotyczących wszystkich praktykujących katolików na świecie, nie da się jednak nie zauważyć. Papież Paweł VI doprowadza sobór do końca i wdraża jego rewolucyjne postanowienia: odtąd łacina w trakcie liturgii ma być zastąpiona językami narodowymi. Zmianie ulega też sporo szczegółów, które nie umkną nawet mniej uważnemu katolikowi: wprowadzone zostają nowe modlitwy eucharystyczne, a rytuał ostatniego namaszczenia zamienia się w sakrament namaszczenia chorych.
Zmiany widoczne są też w Watykanie, któremu z dnia na dzień ubywa renesansowego przepychu. Papież tworzy bezprecedensowy w historii Kościoła synod biskupów, likwiduje papieski dwór, rozwiązuje strzegące go dotąd ekstrawaganckie gwardie. Reformuje też administrację: Sekretariat Stanu czyni zarządem kurii, Święte Oficjum zamienia w Kongregację Nauki Wiary. Wietrzy watykańskie wnętrza, wpuszczając do nich obcokrajowców, swoim sekretarzem czyni Francuza Jeana-Marie Villota, na inne stanowiska także mianuje nie-Włochów. W tak zwanym Trzecim Świecie tworzy nowe diecezje, zwiększa liczbę biskupów w Afryce i Azji.
W Ameryce Południowej i Środkowej sobór wstrząsa katolikami i daje impuls do narodzin nurtu zwanego teologią latynoamerykańską. Już w 1968 roku owocuje przełomową konferencją biskupów w kolumbijskim Medellín, która jasno wskazuje, że Kościół, zamiast trzymać z władzą, ma odtąd skupić się na ubogich. Odbywa się to pod znakiem ogłoszonej niedawno przez Pawła VI encykliki Populorum progressio, zwanej traktatem na temat prawa do rozwoju narodów ubogich. I coraz mocniejszego przekonania wielu latynoskich duchownych, że zbawienia świata nie osiągnie się bez wyzwolenia od politycznego i gospodarczego kolonializmu.
Jak uważa jezuicki teolog Víctor Codina, dopiero Kościół latynoamerykański w Medellín "podjął z całą powagą wezwanie Jana XXIII, aby odczytać Sobór Watykański II z perspektywy ubóstwa i istniejącej na świecie niesprawiedliwości"[12].
Wnioski konferencji - stwierdzenie, że oblicze Kościoła ma być "autentycznie ubogie, misyjne i paschalne, zdecydowanie odcinające się od wszelkiej władzy ziemskiej i odważnie angażujące się w proces wyzwolenia całego człowieka i wszystkich ludzi"[13] - potwierdzają uprzywilejowane traktowanie ubogich i przyczyniają się do rozprzestrzenienia nowej myśli w latynoamerykańskim Kościele.
Według jezuity Dariusza Gardockiego, profesora Akademii Katolickiej w Warszawie, eksperta od teologii latynoamerykańskiej, sobór stanowi wręcz jej akt chrzcielny. Otwarcie Kościoła na świat, zainicjowanie dialogu z ludźmi, "opisanie sytuacji człowieka wraz z jego nadziejami, lękiem i niepokojem"[14] w Ameryce Łacińskiej trafia na podatny grunt i szybko zyskuje zrozumienie zarówno wśród świeckich, jak i wśród znacznej części kleru. Jak zauważa Gardocki, odtąd mówiąc o Królestwie Bożym, zwraca się też uwagę na potrzebę zaangażowania ludzi w budowanie lepszego świata, na krytyczne ustosunkowanie do sytuacji społeczno-ekonomicznej oraz wyznaczenie kierunku koniecznych zmian. "Konkretnym tego wyrazem ma być "zajmowanie się sprawami świeckimi i kierowanie nimi po myśli Bożej", rzetelne i odpowiedzialne wypełnianie swoich obowiązków oraz służba na rzecz dobra wszystkich"[15].
Nowy ruch teologiczny w Kościele katolickim, szczególnie zyskujący na znaczeniu w Ameryce Łacińskiej i wśród jezuitów, wiąże chrześcijańską teologię z aktywizmem politycznym, kładzie nacisk na prawa człowieka i sprawiedliwość społeczną. Właśnie dlatego zaczyna być solą w oku prawicowych dyktatorów, a nawet Stanów Zjednoczonych. W obliczu zimnej wojny i wzmocnienia Związku Radzieckiego budzi strach i kojarzy się z komunizmem (do czego przyczyniają się zresztą niektórzy przedstawiciele ruchu, dodający do teologii elementy marksizmu).
- W rolnictwie eksploatacja była barbarzyńska. Bieda, niewolnictwo. Praca za marny grosz dla bogatych posiadaczy ziemskich. Ojciec Ellacuría mawiał, że mamy tu "ukrzyżowane społeczeństwo" - opowiada mi Maria Concepción Cruz, jedna z najstarszych parafianek w peryferyjnym kościele San Salvadoru pod wezwaniem Świętego Franciszka z Asyżu, która bardzo dobrze zapamiętała kolejną po zabójstwie Rutilia Grandego tragedię. - Dopiero sobór, a potem konferencja w Medellín odsunęły zasłony i wpuściły tu orzeźwiające powietrze - dodaje. Pamięta też, że nie wszystkich z tego powodu ogarnęła euforia.
Romero źle przyjmuje wytyczne soboru i konferencji w Medellín. Nie do końca je rozumie, nie chce aktywizacji świeckich. Księża bez sutann kojarzą mu się z sekularyzacją, a idee sprawiedliwości społecznej z komunizmem. Atakuje więc teologów wyzwolenia i nawet kiedy Gwardia Narodowa dokonuje masakry chłopów w jego diecezji, nie bije na alarm. Aby nie nadawać sprawie zbytniego rozgłosu, pisze prywatny list do Moliny: z jednej strony wyraża w nim oburzenie czynami mundurowych, z drugiej zaś zapewnia o swojej przyjaźni i wierze w wyznawane przez prezydenta wartości.
Lata siedemdziesiąte, kiedy Romero zostaje biskupem, to czas, gdy odwieczny konflikt między bogatymi a biednymi w Salwadorze nakłada się na toczoną przez światowe potęgi zimną wojnę. Przedstawiciele ruchów ludowych, którzy coraz częściej mówią o rewolucji, spoglądają teraz w stronę odległego Związku Radzieckiego i dużo bliższej Kuby. Bogacze i rząd zyskują poparcie Stanów Zjednoczonych. W imię walki z komunizmem masowo giną ludzie, których jedyną winą jest upominanie się o sprawiedliwość, równość albo reformę rolną. Choć konserwatywny establishment Kościoła katolickiego nadal sprzyja władzy, coraz więcej duchownych - na fali konferencji w Medellín i teologii wyzwolenia - zwraca się ku ubogim.
To oni stają się nowym celem szwadronów śmierci.
Śmiech bogatych i płacz biednych słychać w całym kraju, kiedy w lutym 1977 roku Óscar Romero zostaje arcybiskupem San Salvadoru.
- Ay, Dios mío! Kiepski wybór. - Jon Sobrino łapie się za głowę. - Akurat byłem w Meksyku i przeczytałem o tym w gazecie - opowiada mi.
Od innych moich rozmówców w Salwadorze słyszę wiele podobnych, choć nieco bardziej powściągliwych opowieści. Dowiaduję się, że Romero był człowiekiem prostolinijnym, pokornym i nieśmiałym, szczególnie kiedy podtykano mu mikrofon. Bał się mieszania polityki z religią i skażenia Kościoła marksizmem. Za wszelką cenę nie chciał zaogniać sytuacji.
Społecznie zaangażowani księża są zdruzgotani tą nominacją, spodziewają się, że nowy arcybiskup szybko podetnie im skrzydła. Drżą przed jego uległością wobec Opus Dei. A Ricardo Urioste, późniejszy wikariusz generalny, nie kryje wręcz oburzenia.
Jednak kilka tygodni po nominacji, po "cudzie Rutilia Grandego", postępowy biskup Arturo Rivera y Damas, dotąd skonfliktowany z Romerem, komentuje, że jeden męczennik oddał życie drugiemu. Że stojąc nad grobem Rutilia, Óscar Romero poczuł wezwanie Chrystusa, które napełniło go odwagą, i że postanowił zostawić pogańskie ziemie Tyru i Sydonu, by ruszyć ku Jerozolimie.
Odwaga, jakiej nabiera arcybiskup, zaskakuje wszystkich. W liście do prezydenta Moliny tym razem arcybiskup pisze bez ogródek: dopóki władza nie wyjaśni okoliczności śmierci ojca Rutilia, on nie weźmie udziału w żadnych uroczystościach o charakterze państwowym. Decyduje, aby na znak protestu przeciw polityce rządu na trzy dni zamknąć katolickie szkoły. To jednak za mało, by wywołać wstrząs.
- Tamtego tygodnia doszło do wielu spotkań i wydarzeń. Najważniejszym z nich, dla arcybiskupa, a także dla mnie, była misa única - opowiada Jon Sobrino o pomyśle na organizację "jedynej mszy", być może najbardziej kontrowersyjnej decyzji w historii salwadorskiego Kościoła. - Rutilia zamordowano w sobotę. Nasz prowincjał, ojciec Jerez, zacytował aforyzm świętego Ireneusza, "Gloria Dei, vivens homo", "Chwałą Bożą żyjący człowiek", i doradził, by w kolejną niedzielę odprawić jedną jedyną mszę w całym kraju. W katedrze. Stwierdził, że uczono go, iż mszę świętą odprawia się na chwałę Boga i że jest ona aktem nieskończonej wartości. A przecież przez sumowanie nieskończoności wychwalanie Pana wcale nie wzrośnie. I co niby miałoby dać odprawianie wielu mszy, skoro wokół morduje się ludzi. Ku zaskoczeniu wszystkich Romero ten pomysł podchwycił. On naprawdę chciał wstrząsnąć narodem.
Nigdy wcześniej w historii Salwadoru, a być może Kościoła katolickiego, nie podjęto takiej decyzji.
Władza z prezydentem Moliną na czele, oligarchowie i wielu ludzi Kościoła wpadają we wściekłość. Nuncjusz apostolski strofuje arcybiskupa i próbuje nakłonić go do zmiany decyzji. Kiedy Romero wychodzi z nuncjatury ze swoim nowym doradcą Jonem Sobrinem - już odmieniony: zdecydowany i nieugięty - ma skomentować krótko: "Są tacy sami jak Opus Dei, nic nie rozumieją".
Osiem dni po zabójstwie Rutilia Grandego, 20 marca, na placu przed katedrą w San Salvadorze, gdzie Romero odprawia jedyną mszę tego dnia w kraju, gromadzi się ponad sto tysięcy osób, głównie ubogich. O wydarzeniu mówi się w całym państwie.
Dwa miesiące później, w maju, szwadrony śmierci mordują kolejnego księdza.
Alfonso Navarro Oviedo jest proboszczem stołecznej parafii pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego. Na początku tamtego - 1977 - roku na prośbę wiernych i za zgodą archidiecezji odprawia mszę na Plaza Libertad, na którym przeciwko oszustwom wyborczym pokojowo demonstruje pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Na koniec nabożeństwa przyznaje, że choć jego ciało wzdryga się na myśl o konsekwencjach tych wydarzeń, to jego duch pozostaje nieugięty. Po liturgii większość zebranych się rozchodzi. Ale kilka tysięcy Salwadorczyków zostaje na placu do nocy. Nadjeżdżają czołgi i pojazdy opancerzone, policja i wojsko daje zebranym dziesięć minut na rozejście się. Padają strzały. Ginie około trzystu osób.
Wkrótce duchowny dostaje zakamuflowane ostrzeżenia: wezwanie do pałacu prezydenckiego, a potem wybuch w garażu.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.