2.
Po raz pierwszy postawiłem stopę na żebrze zimą 2012/2013, towarzyszyła mi Élisabeth Revol. Byłem już wcześniej na szczycie Nangi, latem 2008, ale zimą to coś zupełnie innego, zmienia się charakter góry.
Myślałem o Mummery'm, o jego samotnej próbie pod koniec XIX w., o strachu, który musiał czuć wobec wystającej skały, o jego uporze. Myślałem o Messnerze, o bólu po stracie brata, o tym, ile razy wracał na górę, na której niemal stracił życie. Od dziecka byłem bardzo wrażliwy na historie, jakie czytałem - to było ukryte jeszcze ziarnko alpinisty, które już we mnie rosło.
Wejście na górę, na której rozegrało się tyle różnych przygód, przestaje być kwestią pchania ciała do granicy wytrzymałości i trenowania go, by móc osiągnąć zamierzony cel. Odczucia są dużo głębsze, a w każdym kroku są chęć, intuicja i cierpienie tych, którzy zobaczyli tę drogę przed tobą i jej pragnęli.
Spędziłem całe dnie, obserwując górę przez lornetkę z obozu bazowego. Nie umiałem oderwać wzroku od Żebra Mummery'ego, które bezczelnie pnie się w górę aż do szczytu, bez żadnych zakrętów, bez żadnych upiększeń. To prosta linia, jak trajektoria spadającej kropli wody. Doskonała na wspinaczkę.
Pierwsza zimowa wspinaczka to tylko zimno. Każdej minuty toczysz walkę z chłodem, który nie odpuszcza. Obóz bazowy to zbiór namiotów postawionych na śniegu. Nie ma dużego namiotu, w którym montuje się kuchnię, gdzie byliby kucharz i jego pomocnik, nie ma też namiotu na sprzęt ani wspólnego, w którym można byłoby wraz z innymi jeść posiłki oraz pojedynczych do spania. Zazwyczaj we wspólnym namiocie jest piec naftowy; gdy grzeje najmocniej, podnosi temperaturę do około zera. Resztę czasu spędza się poniżej zera, w nocy temperatura spada do minus dwudziestu, minus trzydziestu stopni. Śpi się w śpiworze na materacu, który oddziela człowieka od mroźnej gleby. Ten chłód nigdy się nie kończy, nigdy nie można się rozebrać, rzadko się myje. Gdy jednocześnie jest dużo wypraw, montuje się mały wychodek, w przeciwnym razie potrzeby załatwia się na zewnątrz.
Zimą na Nandze, na flance Diamir, słońce wznosi się ponad szczyt na parę godzin od jedenastej do trzynastej. Bywają dni, gdy nie możesz się doczekać, aż poczujesz jego promienie na policzkach, na nosie, poprzez wszystkie warstwy ubrań, które masz na sobie. Na Nandze jest chłodniej niż na K2, niż na Annapurnie, niż na jakimkolwiek innym ośmiotysięczniku. Tomek Mackiewicz nazwał ją the huge fridge (z jęz. ang. wielka lodówka).
Na początku zastanawiasz się, jak przeżyć, jak dawkować siły, bo nagle znalazłeś się w ciele starego człowieka: jakakolwiek czynność cię męczy i sprawia, że trudno złapać dech w piersiach. Zazwyczaj, dochodząc do obozu bazowego, ma się za sobą około dziesięciu dni trekkingu aklimatyzującego, ale w przypadku Nangi jest on krótszy, bo zaczyna się go na wysokości 1300 metrów i kończy na 4200 metrach. Wtedy wszystko może się zdarzyć: ból głowy, nudności, skoki ciśnienia, problemy ze snem, obrzęk płuc, obrzęk mózgu.
W 2013 roku standardowa droga, czyli droga Kinshofera, była oblodzona, z niewielką ilością śniegu, a górna część była sucha. Byłoby niebezpiecznie iść tam bez poręczowania. Obawiałem się, że Élisabeth wróci do domu, bo nie mieliśmy żadnej alternatywy, a nigdy nie rozmawialiśmy o żebrze jako o możliwej wspólnej drodze. A ja już się w nim zakochałem, wtedy nie wiedziałem jeszcze jak bardzo.
Pewnego wieczoru położyłem na stole zdjęcia Żebra Mummery'ego, w tym niektóre powiększone. Dałem Élisabeth czas, by ze spokojem obejrzała je i przestudiowała. Później pokazałem jej krzywiznę spadku seraków przy szczycie - wiedziałem, że ich się obawiała. Nad żebrem są dwa duże seraki - dwa lodowe bloki wysokie na siedemdziesiąt metrów, a później jeszcze jeden po prawej, nad drogą Messnera. Lodowiec rusza się i ze względu na swój ciężar rozpada się jego przednia część, odpadają kawałki wielkości całych budynków i zalegają pod żebrem.
- Potrzebujemy dwóch dni, by przejść dolną część, ale jesteśmy narażeni na spadające odłamy lodowca tylko na pewnym odcinku. Teraz jest dużo śniegu, jeśli coś odpadnie, to śnieg to zatrzyma, zanim w nas uderzy. A gdy już dotrzemy na Żebro Mummery'ego, będziemy osłonięci i będziemy mogli bezpiecznie wspinać się dalej.
Za wszelką cenę musiałem ją przekonać, bo zawładnęło mną pragnienie wejścia i zobaczenia żebra z bliska. Ona zaś w ciszy przeglądała zdjęcia, popijając ciepłą herbatę. Podmuchy wiatru mocno uderzały o płachty namiotu, w niektórych miejscach niezbyt dobrze zabezpieczone. Nie poznaliśmy się jeszcze dobrze. Élisabeth to świetna alpinistka, ale nie wiedziałem, jak zapatruje się na wspinaczkę i jak stawia czoło cierpieniu i ciągłemu stanowi gotowości, jakie narzucają ośmiotysięczniki.
Obserwowałem ją.
- Gdy ciągnie cię do jakiejś góry i po prostu musisz na nią wejść, łatwo jest przekroczyć granicę. Marzę o zdobyciu Nangi od dwóch lat, przygotowywałam się tylko na nią. Ale musiałam też ustanowić pewne granice, zarówno ze sobą samą, jak i z moim mężem, bo jest on najważniejszą osobą w moim życiu i wiem, że martwi się o mnie, gdy się wspinam. Nigdy nie przekroczyłam granic ani nie złamałam reguł, które z nim ustaliłam. Teraz też tego nie zrobię.
W jej małych, szarych oczach odbijało się światełko lampy bujającej się na wietrze. Wpatrywała się we mnie, jak gdyby chciała wydrzeć ze mnie odpowiedź, której nie miałem. Na górze toczyła się próba zachowania równowagi. Wspaniale byłoby móc się wspinać w doskonałych warunkach, mając do dyspozycji pięć dni dobrej pogody, najlepszej formy i spokojnej głowy. Jednak nigdy tak nie jest, więc uczysz się igrać z granicami, bo jeśli ich nie przesuwasz, nie wymuszasz, to znaczy, że droga, którą obrałeś, nie jest wcale taka trudna, a poprzeczka nie została postawiona wysoko. Jesteś jak zwierzę, wyostrzasz wszystkie zmysły, słuchasz swojego ciała, otoczenia oraz pogody, która nagle się zmienia. Wszystko po to, by jak najbardziej przybliżyć się do celu, a później cofnąć o parę kroków. Każdy alpinista stawia sobie granicę.
W obozie bazowym Nangi odpowiadałem tylko za siebie samego, sam byłem sobie szefem. Nie byłem żonaty, od ponad roku nie miałem żadnych wieści od Danieli, odeszliśmy od siebie w złych okolicznościach - a właściwie to ona ode mnie odeszła. Po prostu zniknęła. Bez słowa wyjaśnienia, nie odpowiedziawszy na moje wiadomości, w zupełnej ciszy, jak gdyby przeprowadziła się na Marsa.
Byłbym gotowy stawić czoło Mummery'emu nawet sam.
Pochodziłem z dużej, rozgałęzionej rodziny. Po powrocie z ekspedycji miałem zwyczaj organizować przyjęcia, na których opowiadałem o tym, co przeżyłem. Gdy tylko w rodzinie rozeszła się wieść, że byłem na szczycie Mount Everestu, chciano, bym pokazał zdjęcia w agroturystyce należącej do moich wujków, na placu otoczonym przez wiekowe drzewa. I tak dzięki poczcie pantoflowej wiadomość, iż "syn Agostina pokaże nam zdjęcia z Everestu" sprawiła, że zjawiło się sto trzydzieści osób, w tym alpiniści, pasjonaci gór, zaciekawieni tematem oraz krewni. Niezły harmider.
Pod koniec wieczoru, gdy siedziałem w kącie, rozmawiając z alpinistą z Frosinone, podeszła do nas pewna dziewczyna.
- Może mnie nie pamiętasz. Mam na imię Daniela, jestem twoją daleką kuzynką.
Spojrzałem jej w oczy i bezczelnie pomyślałem, że będzie moja.
To był rok 2004, od tamtej pory robiłem, co mogłem, byśmy się widywali. Organizowałem obiady i kolacje z krewnymi, wspinaczki z kuzynostwem. Myślę, że to właśnie dzięki górom udało mi się ją zdobyć, bo bardzo jej się podobało, gdy zaprosiłem ją na wspólne wspinanie na pobliską Monte Erdigheta. To było nasze pierwsze wspólne wyjście tylko we dwoje.
Daniela nie miała żadnego górskiego doświadczenia, dla mnie to była łatwizna. Wtedy nie było dla mnie różnicy między pięciuset, tysiącem czy dwoma tysiącami metrów przewyższenia, szedłem jak burza i nie rozumiałem, jak inni mogą się męczyć.
Na samym początku straciliśmy sporo czasu i późno wyruszyliśmy na trasę, poza tym droga nie była łatwa, trzeba było się wspinać. Wziąłem ze sobą linkę, przypięliśmy się do niej, by przejść przez skały stojące na drodze na szczyt. Skończyło się tak, że schodziliśmy nocą, nie mając czołówek. Daniela dotarła do domu i ze zmęczenia, mroku i nerwów spuchło jej kolano. Dostała zapalenia, które za nic nie chciało przejść. Myślałem, że wtedy na zawsze ją straciłem, ale nie chciałem się poddać, więc wciąż pisałem do niej z głupimi żartami i zapraszałem, by ze mną wyszła. I w końcu się zgodziła.
Byliśmy razem od pięciu lat. W 2011 r. zorganizowaliśmy sylwestra w Courmayeur razem z dwojgiem znajomych.
Nie przyjadę - napisała mi dwa dni przed wyjazdem.
Próbowałem do niej zadzwonić, ale nie odbierała. Pisałem do niej, zostawiłem wiadomość na poczcie głosowej i znowu napisałem. W końcu sam, wraz z parą znajomych, pojechałem do Courmayeur. Byłem wściekły, bo strasznie ją kochałem. Po kilku pełnych emocji latach miałem wrażenie, że wszystko jakoś się ustatkowało, a tymczasem ona zniknęła. Czekałem pod jej domem, przekonując ją, by zeszła, a ona spoglądała na mnie przez okno i kręciła głową.
Z następnych miesięcy pamiętam rozdzierającą frustrację i ból straty, nie mając czegokolwiek, czego mógłbym się chwycić.
Aż do momentu Żebra Mummery'ego.
- Jeśli chcesz, żebym weszła na górę, to wejdę, ale musimy wspinać się w stylu alpejskim. Chcę wspinać się na własnych rękach. To jedyny sposób, by zrozumieć, kim jestem.
Po dwóch dniach Élisabeth wreszcie podjęła decyzję. Nic nie mogło mnie bardziej uszczęśliwić. Miałem ochotę ją uścisnąć, ale powstrzymałem się, by nie pokazać, jak ważna była dla mnie jej obecność. W młodości, gdy byłem nieświadomy i nierozważny, byłem zainteresowany stylem alpejskim. Ten styl to wspinaczka "w uczciwy sposób", by fair means, jak mawiał Mummery: bez wspomagania tlenem z butli, bez pomocy tragarzy wysokościowych, bez składowania materiału na górze i w obozach oraz bez korzystania z poręczówek: ani przy wchodzeniu, ani przy schodzeniu. Dźwiga się ze sobą cały potrzebny sprzęt, wchodzi się tylko o własnych siłach i o siłach pozostałych uczestników wyprawy. Zwiększa się konfrontacja z górą, jest tylko ona i wspinacz. To lekki, bezpośredni, czysty styl - tak czysty, że to niemal ideał, którego powinno się trzymać.
By przygotować się do ataku szczytowego, zaczęliśmy rotacje w celu aklimatyzacji: z wysokości 4200 metrów, czyli obozu bazowego, weszliśmy na pięć tysięcy metrów, nie pozostając tam na noc - to pierwszy bodziec dla naszego organizmu. Następnie znowu weszliśmy na pięć tysięcy metrów, tym razem tam nocując. Kolejnego dnia udaliśmy się na sześć tysięcy metrów, by dać kolejny bodziec dla organizmu, zejść i tak w kółko; w górę i w dół. W tych warunkach, by dobrze się zaaklimatyzować, trzeba spędzić przynajmniej jedną noc powyżej 6500 metrów, w zimnie i bez niczego, żeby organizm przyzwyczaił się do szybkiego wejścia na szczyt. Na Nandze nie ma możliwości stopniowej aklimatyzacji, bo u stóp góry pojawia się ściana, która wiedzie niemal pionowo w górę.
Aklimatyzacja jest konieczna, by zwiększyć gęstość krwi oraz by doprowadzić tlen tam, gdzie jest on potrzebny. Równoczesne wchodzenie i schodzenie z góry pochłaniają energię i męczą organizm. Trzeba się odżywiać, ale jedzenie w plecaku to dodatkowy ciężar, a wspinać się trzeba z jak najlżejszym balastem. Nosi się więc ze sobą tylko to, co jest absolutnie konieczne i ogranicza się zapasy. W pewnym momencie nie udaje się już uzupełniać kalorii, a krzywa wykładnicza wytrzymałości fizycznej wyraźnie spada. Gdy jest się blisko tego spadku, lepiej cofnąć się, bo zaraz może zabraknąć sił i rozsądku, aby to zrobić. By móc przeżyć, ciało zaczyna żywić się samym sobą. Jeśli uprzesz się, że chcesz dalej się wspinać, znikniesz. Umrzesz.
Jeśli przeliczysz się, zabraknie ci energii i gdy zdasz sobie z tego sprawę, będzie już za późno. To brutalne. Tak jak w szachach: przychodzi chwila, w której możesz już tylko usiłować się bronić, ale już wiesz, że król zostanie zbity. Przegrałeś.
Ryzyko tkwi w tym, jak wszystko przekalkulowałeś: energię fizyczną, masę mięśniową, nad którą pracowało się na treningach, reakcję organizmu, ciężar, jaki można ze sobą nieść, inteligencję włożoną w przygotowanie plecaka, planowanie ekspedycji, umiejętność dopasowania się do nagłych zmian.
O zdolnościach alpinisty świadczy umiejętność wyważenia wszystkich tych zmiennych.
Élisabeth jest jak lew. Jest najmocniejszym alpinistą spośród tych, z którymi przyszło mi się wspinać. Nie tylko wśród kobiet, a wśród alpinistów w ogóle. Dowiedziałem się, że mocno trenowała od trzech lat. Była w Nepalu, gdzie wspinała się samotnie na siedmiotysięczniki, by przygotować się na Nangę. Czułem się onieśmielony i bałem się, że nie dotrzymam jej kroku. By równać się z lwem, trzeba być dobrze przygotowanym, bo na dużej wysokości każdy dysponuje energią tylko dla siebie samego i brakuje jej, by pomóc innym członkom ekipy. Jeśli we wspinaczkowej parze jest zbyt duża różnica w przygotowaniu - zarówno fizycznym, jak i mentalnym - może to wywołać coś, co nazywam "efektem sprężyny": ten, który jest w tyle, gna za osobą na przedzie. "Skoro on daje radę, to ja też dam" - myśli. Jeśli nie jest wystarczająco przygotowany, w pewnym momencie zabraknie mu paliwa. Może uda się dotrzeć na szczyt, ale zabraknie sił na zejście i wtedy dzieje się najgorsze. Trening jest potrzebny, by zapanować nad oddechem, nogami, rękoma, ale także by zapanować nad głową: uczy się wtedy słuchać i rozpoznawać sygnały, jakie daje organizm oraz rozumieć, kiedy dociera się do granic wytrzymałości i działać zanim dojdzie się do tego momentu, gdy nie pozostaje nic innego jak oddać się górze już na zawsze.
Trudno będzie o tydzień ładnej pogody.
Prognozy były dla nas podstawą do hipotez dotyczących ewentualnych strategii, ale ćwiczyliśmy też intuicję alpinisty i staraliśmy się dostrzec wokół nas znaki zapowiadające zmianę aury. Na Nandze mają miejsce nagłe perturbacje pogodowe, a my potrzebowaliśmy dobrej pogody, by dotrzeć na szczyt, nie podejmując zbyt wysokiego ryzyka. Spędzaliśmy całe dnie, obserwując górę, niebo, chmury i podmuchy wiatru na szczycie. Naszkicowaliśmy plan działania.
Pomimo optymistycznych prognoz, następnego dnia zaczął padać śnieg. Padał przez cztery kolejne dni.
Gdy tylko przestało śnieżyć, lawina pokryła część trasy, którą mieliśmy zamiar iść.
Élisabeth spojrzała w górę, w kierunku masy śnieżnej, która powoli się posuwając, stawała się coraz większa i w końcu zasypała dolinę.
- Trasa, którą wybraliśmy, wygląda na naprawdę bezpieczną - zażartowała nerwowo.
Wiem, że się bała. Ja też się bałem.
- Poczekajmy, aż cały śnieg spadnie z góry. Poczekajmy i zobaczmy na czym stanie. Jeśli warunki nie dopiszą, wrócimy do domu.
Potrzebowała potwierdzenia, że zawsze możemy się wycofać, nawet jeśli później miało się okazać, że jej determinacja w dążeniu do celu będzie większa niż moja. Czułem się spokojny, miałem przed sobą mnóstwo czasu, by próbować ponownie, jeśli tym razem miałoby się nie udać.
Tymczasem Nanga otworzyła się dla nas wraz z zapowiedziami czterech dni z rzędu bez śniegu, bez mgły, bez silnych wiatrów. Przygotowaliśmy się na nie i podeszliśmy do góry tak, by być tuż pod Żebrem Mummery'ego, gdy zacznie się okno pogodowe.
Wyznaczyliśmy drogę aż do pierwszego obozu na wysokości 5100 metrów, poruszając się po lodowcu, który nie był w idealnym stanie: musieliśmy skakać nad szczelinami i przechodzić po delikatnych śnieżnych pomostach między jednym pęknięciem a drugim. Robiliśmy to wszystko w ciszy, przywiązani i skoncentrowani.
Wieczorem położyliśmy się spać w szczelinie, która osłaniała nas od dużego seraka nad naszymi głowami. Obozy w górze są bardzo ciężkie ze względu na wysokość oraz na chłód. Podczas gdy próbowałem rozpalić piecyk, żeby stopić śnieg i przygotować nam coś do jedzenia, Élisabeth nagle zesztywniała, niemalże tracąc przytomność. Wyciągnąłem rękę, żeby ją dotknąć. Temperatura jej ciała była bardzo niska. Wyjąłem śpiwór z plecaka i okryłem nim Élisabeth, masując jej nogi i ramiona. Nagle zaczęła się trząść i powiększyły się jej źrenice. W głowie wirował mi milion myśli. Co, jeśli nie uda mi się jej rozgrzać? Jak mam ją znieść? Umiera na moich rękach. Dalej ją rozgrzewałem, ona ożywiła się i zaczęła ruszać nogami w chaotyczny sposób, jak gdyby mózg nie kontrolował już ciała. Czułem się zagubiony, bo jeśli układ nerwowy zaczął szwankować, to nie było szans, bym mógł z nią zejść. Czekałem więc, żeby zobaczyć, czy delikatne ciepło, które powoli rozprzestrzeniało się w namiocie przywróci jej świadomość. Powoli powrócił kolor i świadomość na twarzy Élisabeth. Gdy się do mnie uśmiechnęła, wreszcie odetchnąłem.
- Ale mnie wystraszyłaś, Éli...
Nie spytałem, co chce zrobić: schodzić, odpocząć, poczekać z decyzją do rana. Wydawało mi się jeszcze na to za wcześnie, a poza tym będąc w górach, trudno jest podważać decyzje drugiego alpinisty.
- Jutro wchodzimy dalej - uprzedziła mnie.
- Zobaczymy, jak będziesz się czuła.
- Nie, chodźmy dalej. Coś takiego już mi się zdarzyło, wiem, że za parę godzin będę czuć się dobrze. Nie ma sensu wracać.
Jej determinacja i szybkość, z jaką wykaraskała się z krytycznej sytuacji, zrobiły na mnie wrażenie.
Następny poranek potwierdził jej słowa: Éli wrócił koloryt i normalnie się ruszała. Czuła się dobrze. Około dziewiątej ruszyliśmy w kierunku najtrudniejszej, najbardziej odkrytej części. Szliśmy żwawo, czułem napięcie w zaciśniętych mięśniach szczęki. W tych okolicznościach trzeba wykorzystać siłę i oddech zbudowane na treningach, dzięki którym poruszasz się szybko w miejscu wysokiego ryzyka, gdzie przejście może kosztować cię życie. W mgnieniu oka dotarliśmy pod żebro. Stanąłem tam po raz pierwszy w życiu. Przeszyła mnie gwałtowna i niespodziewana emocja.
Spojrzałem na Éli.
- Jesteśmy tutaj.
Zimno deformowało jakikolwiek wyraz, ale błysk w jej oczach pozwolił mi wyczuć radość, jaką przeżywała.
- No dalej - powiedziała, wskazując górę.
Właśnie na to czekałem.
Przeszliśmy przez kanał nachylony pod kątem od 45 do 60 stopni. Chrzęst raków i uderzania czekanami o lód, twardy śnieg i skały pokryte dziesięcioma centymetrami świeżego śniegu. O ile na normalnej trasie obawiasz się odmrożenia palców u stóp, o tyle tutaj musisz zaciskać ręce na czekanach i wciskać się jak najmocniej w raki, by przebić się przez lód. Lód, który na Nandze jest niebieski, tysiącletni, bardzo twardy. Jest jak cement i by wbić czekan na centymetr, trzeba uderzyć trzy, cztery razy, a później trudno jest go wyciągnąć. Podobnie z rakami; cały dzień walczysz z lodową ścianą. Po tygodniu palce u stóp są zmasakrowane, a ręce opuchnięte od uderzania z zaciśniętą pięścią.
Tuż przed zmrokiem byliśmy na sześciu tysiącach metrów na żebrze. Chcieliśmy postawić namiot, ale skały były strome. Zeszliśmy więc do niewielkiej platformy zawieszonej w powietrzu i wykuliśmy w niej dosłownie metr kwadratowy miejsca dla nas. Dookoła tylko ciemność.
Ze zwisającymi nogami spoglądałem na dolinę Diamir rozpościerającą się przed nami. Wiatr przeszywał powietrze, a gwiazdy oświetlały srebrzyście śnieg i wieczne lody. Byłem na żebrze. Oddaliłem moje życie na poziomie morza, pustkę, w której tkwiłem przez ostatni rok, czarne myśli krążące mi w głowie i nieludzką walkę, by wszystkiego nie zaprzepaścić. Spoglądając na to z góry, wydawało się, że można znaleźć ukojenie dla każdego kłopotu. Czułem okrutne szczęście. Miało wysoką cenę i raz go spróbowawszy, nie da się później bez niego żyć.
Rano czekała na nas bardziej techniczna część wspinaczki: czterysta pięćdziesiąt metrów ściany. Jeśli uda się nam pokonać ją całą, później trzeba będzie tylko przedostać się przez grzbiet, wejść na końcowy płaskowyż i wrócić na główną trasę, drogę Kinshofera, a stamtąd próbować zaatakować szczyt. Byliśmy niesamowicie zdeterminowani, by zwieńczyć dzieło - byłaby to historyczna wspinaczka. Byłem skoncentrowany na moim ciele i na tym, jak poruszać nim po górze. Nawet jeśli w porównaniu do wielu ścian w Alpach żebro nie charakteryzuje się wyjątkowymi trudnościami technicznymi, to już sam fakt, że jest na ponad sześciu tysiącach metrów, czyni sporą różnicę. Na wysokości trzech tysięcy metrów umiem wchodzić po niemal pionowych ścianach, bo do moich mięśni dostarczany jest tlen, w ilości, jakiej one potrzebują. Na dużej wysokości nie ma wystarczająco dużo tlenu, by wytworzyć taką samą siłę, więc nawet jeśli ściany wydają się mniej nachylone i łatwiejsze, to tak naprawdę trudniej jest się po nich wspinać.
Szedłem pierwszy ze względu na solidną technikę wspinaczki, Élisabeth szła za mną.
Pomimo wysokości, jedynie podstawowej aklimatyzacji oraz nękających nas podmuchów wiatru wchodziłem po ścianie, którą nikt wcześniej nie szedł, na górze, która oczarowała mnie swoją historią i przerażającą pięknością. Czułem ją, była żywa wewnątrz mnie.
Élisabeth zatrzymała się jakieś dziesięć metrów ode mnie. Myślałem sobie, że musi przeżywać te same emocje, które ja czułem, bo przecież nic innego nie może dać siły, by pchać się w to piekło. To pragnienie nieznanego: pragnienie, by w odosobnieniu i w ekstremalnym wysiłku poznać siebie samego i drzemiące wewnątrz nas demony.
Czułem, jak wspina się, jeszcze jej nie widząc. Byliśmy idealnie zgrani, wspinając się harmonijnie, płynnie, magicznie. Posuwaliśmy się prawidłowo do przodu, aż do końca najszybszej, łagodnej części. Gdy dotarliśmy na górę, warunki się zmieniły. Podmuchy pyłówki niosły na nas kawałki lodu i sypkiego śniegu, coraz bardziej przybierały na sile i w nas uderzały. Przeszywał nas chłód, który dostał się już do wnętrza ubrań.
Nie chcieliśmy ryzykować, bez dłuższych dyskusji zdecydowaliśmy się zejść i spróbować ponownie przy następnym oknie pogodowym. Byliśmy dobrej myśli, bo sezon zimowy jest długi, a my już postawiliśmy nogi na żebrze.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że była to największa wysokość, do jakiej udało mi się wspiąć na tym kawałku skały. I że dokonaliśmy czegoś małego, chociaż niesamowitego.
Do obozu bazowego dotarliśmy wykończeni i w euforii: dojść do 6450 metrów na żebrze to było coś wspaniałego. Ze spokojem oceniliśmy to, czego dokonaliśmy, by przygotować się do kolejnej próby.
Élisabeth, bardziej wytrzymała fizycznie ode mnie, szła przede mną i wyznaczała drogę poprzez świeży śnieg. Ja, z lepszą techniką, byłem na przedzie, gdy trzeba było się wspinać. Razem przeszliśmy trasę wymieniając się, bo nasze umiejętności uzupełniały się, więc podział był naturalny, bez zbędnych dyskusji, bez zgrzytów. Po prostu tak szliśmy i tyle.
Znalazłem kompankę wspinaczki.
Po konfrontacji z Żebrem Mummery'ego i jego eksploracji wiedzieliśmy, że po części wspinaczkowej potrzebne będą jeszcze dwa albo trzy dni, by dojść do szczytu.
Potrzebowaliśmy przynajmniej tygodnia dobrej pogody. Góra znów wyciągnęła do nas swoje ramiona i parę dni później byliśmy z powrotem w namiocie na sześciu tysiącach metrów. Prognozy przewidywały wiatr u szczytu o prędkości 50 kilometrów na godzinę. Byliśmy spokojni i gotowi wspinać się po żebrze aż do końca, do płaskowyżu przed szczytem. Tymczasem wiatr ciągle i nieustannie narastał, doszedł do 100 kilometrów na godzinę i nie odpuścił aż do czwartej w nocy.
Nie zmrużyłem oka, cały czas zastanawiałem się, czy nie byłoby lepiej zejść, czy ta góra nie odbierała mi jasności umysłu, czy wciąż tam w środku to jestem ja.
Otworzyłem namiot, pośród zupełnej ciemności dostrzegłem chmury i deszcz ze śniegiem. Z podmuchem wiatru do środka dostał się delikatny śnieg, który pokrył wszystko. Górna płachta zaczęła telepać się w każdą stronę, jak gdyby miała wybuchnąć. Wszystko było pokryte lodem: ubrania, buty, śpiwory. Próbowaliśmy odpalić piecyk, żeby stopić śnieg na wodę i trochę się ogrzać, ale tego ranka nic nie działało. O ósmej było jasne, że musimy uciekać. Byliśmy w śmiertelnym potrzasku, chmury zakrywały słońce, a z wiatrem leciał na nas cały śnieg z Nangi.
Élisabeth wyszła, żeby osadzić śrubę lodową do zejścia. Wróciła biegiem po pięciu minutach, zdjęła but i zaczęła masować sobie stopę. Po raz pierwszy widziałem, by tak cierpiała ze względu na zimno. Następne minuty to czyste szaleństwo: szykowanie podwójnych lin, walka z uderzającymi podmuchami wiatru, sprawdzanie palców u stóp i u rąk. Zebraliśmy wszystko, złożyliśmy namiot i zaczęliśmy schodzić w kierunku pustki. Góra zniknęła schowana za chmurami, ukazała się ponownie, gdy schodziliśmy zjazd po zjeździe.
Gdy nachylenie się zmniejszyło, schowaliśmy liny do plecaka i tonęliśmy w delikatnym śniegu, wśród podmuchów wiatru, tlen wypełnił nasze płuca. Pod żebrem wiatr wreszcie odpuścił. Zdjąłem rękawiczkę i zorientowałem się, że nie czuję wskazującego palca.
Kiedy tylko dotarliśmy do obozu bazowego, uporządkowałem swoje rzeczy i poszedłem do namiotu Élisabeth. Leżała w śpiworze, jej usta były wciąż sine, ciężko było jej się rozgrzać.
- Kiedy kolejna próba? - spytałem.
- Na ten sezon już koniec - uśmiechnęła się do mnie.
- Wrócimy tu w przyszłym, prawda?
Nie odpowiedziała. Usiadłem obok niej.
- Ta trasa jest naprawdę piękna, zgadza się. Każdy alpinista się zgodzi - westchnęła zanim przeszła do dalszej części. - Gdy przechodziłam przez lodowiec, towarzyszył mi niepokój. Wszystkie zmysły były na baczności. Miałam wrażenie, że nie jestem we właściwym miejscu. Cały czas patrzyłam na część seraka, która była tuż nad nami.
- Byliśmy odkryci tylko przez chwilę, bo serak wpadał w szczelinę, która nas chroniła. Sama to widziałaś.
- Tak, ale dla mnie to zbyt duże ryzyko. Czuję się, jakbym tam, na górze, użyła jokera i teraz nie miała już kolejnych.
Magia runęła. Myślałem, że czuła tę samą iskrę, co ja. Zdałem sobie sprawę, że wcale tak nie było.
- Muszę tam wrócić - powiedziałem jej.
Uśmiechnęła się znowu, a ja poczułem się zdradzony i nie umiałem tego ukryć. Nie mogłem pogodzić się z tym, że nie rozumiała, jak wspaniale byłoby wspólnie wrócić na żebro. Opuściłem wzrok.
- Dan, Żebro Mummery'ego to coś cudownego, ale ja się boję. A w górach nie powinno się czuć strachu.
Wróciłem do mojego namiotu i pogrążyłem się w myślach. Nie zdobyłem szczytu, straciłem tę, którą uznawałem za kompankę idealną, ale i tak czułem się szczęśliwy i spełniony. Co to było? Rzucenie się na nieznany i niepewny cel? Czy to, że ze wszystkich sił próbowałem? Najgłębszym sensem mojego przedsięwzięcia, tym, co dawało mi chęci, by przeć dalej, było podejmowanie próby.
Poczułem wibrację telefonu.
Spojrzałem na wyświetlacz: "A gdybym stała się mała, tak mała, że zmieściłbyś mnie w plecaku, zabrałbyś mnie ze sobą?".
Po trzynastu miesiącach napisała do mnie Daniela.