Najpiękniejsze szlaki w polskich górach. Przewodnik dla fotografów i turystów - Karol Nienartowicz

Kup książkę

99.00 zł
59.40 zł (59,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Książek o polskich górach powstało mnóstwo - sam na swojej półce mam kilkadziesiąt, zarówno tych, które poświęcone są poszczególnym pasmom, jak i wydań przekrojowych, traktujących o całości górskiego krajobrazu w kraju nad Wisłą. Począwszy od przewodników i broszurek, przez rozmaite książki tematyczne z zagadkami, słowniki geografii turystycznej, na atlasach oraz wydaniach wręcz albumowych skończywszy. Posiadam w swoich zbiorach cenne i wzbudzające wiele sentymentu, wydane jeszcze w latach 50. przewodniki Tadeusza Zwolińskiego po Tatrach, z których korzystałem przez wiele lat podczas pierwszych tatrzańskich wypraw. Obok stoją nie mniej dla mnie wartościowe tomy Józefa Nyki (Pieniny i Gorce, nowsze, bo obydwa wydane "dopiero" w latach 60.). Podczas pierwszych wyjazdów w Bieszczady i Beskidy wiedzę pozyskiwałem z przewodników Władysława Krygowskiego, również wydanych blisko 70 lat temu. Osobną i chyba najbardziej sentymentalną sekcję zamykają książki o moich rodzinnych stronach - Sudetach Zachodnich (i bardziej szczegółowe o Karkonoszach), opracowane przez nieodżałowanego Tadeusza Stecia. Monografia krajoznawcza Karkonoszy jest pozycją, którą do dziś pamiętam niemal na wyrywki. W asyście tej literatury realizowałem pierwsze wyjścia, pierwsze plenery fotograficzne; mogę powiedzieć, że wśród nich wzrastała moja miłość do polskich gór w czasach, gdy znałem je słabo lub wcale.

Wśród nowych wydań moje zbiory są skromniejsze, bo przewodniki w znacznej mierze zastąpił internet, gdzie wszelkie informacje są znacznie bardziej aktualne, a mnogość zdjęć obrazuje przebiegi szlaków, możliwości punktów widokowych, a nawet panujące w danym okresie warunki na trasie. Obecnie zdecydowanie więcej podróżuję również w góry za granicę, bo możliwości są znacznie szersze niż w czasach, gdy zaczynałem swoją przygodę z górami i fotografią, stąd wiele nowszych książek posiadam jedynie dlatego, że znajdują się w nich moje zdjęcia i otrzymałem je jako egzemplarze autorskie.

Wydawać by się mogło, że pisanie kolejnej książki o polskich górach mija się z celem, bo trudno dodać coś nowego o skrawku zajmującym tylko kilka procent powierzchni kraju, o którym powiedziano już tak wiele. Wciąż jednak nie ma na rynku pozycji, która traktuje o atrakcyjności fotograficznej polskich gór oraz skupia się jedynie na miejscach, w których zrobimy najlepsze zdjęcia. Nie ulega wątpliwości, że temat tak delikatny jak efemeryczne walory estetyczne zależy od wielu łatwiej i trudniej mierzalnych zmiennych i czynników, będących zarówno pod, jaki i poza naszą kontrolą. Choć łańcuchy górskie stoją w tym samym miejscu od tysiącleci, na pozór niewiele się zmieniając, wciąż się przeobrażają - i to w zadziwiająco szybkim tempie. Chodząc z aparatem po górach od ponad 20 lat, nawet w tej, z globalnego punktu widzenia, mikroskali, byłem świadkiem licznych przemian, które były nie tylko dziełem samej przyrody, ale również efektem działalności człowieka - zarówno destrukcyjnej, jak i konstrukcyjnej. Nawet przy dołożeniu maksymalnych starań, aby materiał był aktualny i względnie obiektywny, zdaję sobie sprawę, że za kolejne dwie dekady będzie wymagał poważnej rewizji i aktualizacji; wiele ujętych w tekście obszarów straci swoje walory, a na ich miejscu pojawią się nowe. Czasem są to procesy długotrwałe, których każdy się spodziewa, innym razem sytuacje nagłe i zaskakujące - nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o Sokolicy w Pieninach. Czy jeszcze kilka lat temu ktoś podejrzewał, że rosnąca na skałach nad przepaścią reliktowa sosna, która - jak się szacuje - przetrwała 500 lat, nagle w jedno popołudnie przestanie istnieć w formie, w jakiej znaliśmy ją od zarania swej pamięci? Z dnia na dzień zniknęła nie tylko największa atrakcja fotograficzna, ale przede wszystkim symbol Pienin i całych polskich gór w ogóle. Dla ekosystemu utrata tego jednego drzewa jest pewnie niezauważalna, ale jego smutno opuszczona pojedyncza gałąź przygnębia chyba każdego, kto pojawia się na wierzchołku. Na szczęście Sokolica to nie tylko słynna sosna i szczyt ten nadal ma mnóstwo do zaoferowania fotografom, choć wizyta z aparatem już nigdy nie będzie tym co kiedyś.

Po wiosennej burzy na Łapszance.

Dawne punkty widokowe zarastają, jeśli nie zostaną poddane rewitalizacji, ponownie oddając się we władanie naturze, a w tym samym czasie powstają nowe. Popularny od dawna choćby w Czechach trend budowy wież i tarasów widokowych, który polscy turyści obserwowali z nieukrywaną zazdrością, w ostatnich kilkunastu latach dotarł i do nas, a wraz z wytyczaniem nowych tras w mniej uczęszczanych pasmach zdaje się wciąż przyspieszać. Z punktu widzenia fotografii górskiej moda udostępniania zalesionych dotąd wierzchołków poprzez wznoszenie platform i wież jest trendem o trudnym do przecenienia znaczeniu, który turystycznie aktywizuje całe jednostki lub pasma. Mamy liczne tego przykłady w Sudetach: Jagodna, Trójgarb, Borowa, Orlica, Kłodzka Góra, Śnieżnik - by wymienić tylko kilka najważniejszych - i Karpatach: imponująca liczba stosunkowo nowych wież w Beskidzie Wyspowym, Gorcach, Beskidzie Sądeckim czy Bieszczadach.

Budowa tych obiektów dotarła w nasze góry w najlepszym możliwym momencie, gdy coraz bardziej widoczne stają się wieloletnie wysiłki przywracające zwartą pokrywę leśną po szeroko pojętym paśmie klęsk ekologicznych, dewastacji, nadmiernej wycinki i - delikatnie mówiąc - nietrafionej gospodarki czy złego nią zarządzania. Zarastanie jest obecnie szczególnie widoczne w Sudetach Zachodnich, gdzie w latach 70. i 80. XX wieku wskutek klęski ekologicznej, wywołanej głównie przez nieprzemyślaną gospodarkę leśną, zanieczyszczenia przemysłowe, warunki meteorologiczne - susze i silny wiatr, oraz działalność szkodników, zniszczeniu uległy ogromne połacie lasu, przede wszystkim świerkowego. Efektem ubocznym katastrofy było odsłonięcie widoków na znacznym obszarze Karkonoszy i Gór Izerskich, gdzie po wstępnym zabliźnieniu wiele szlaków kluczyło między srebrzystymi kikutami martwych świerków, będących po czasie jednym z wiodących tematów fotograficznych na tych terenach. Było to w okresie, kiedy zaczynałem swoje wędrówki fotograficzne w góry i znałem obydwa pasma tylko od tej strony. Dziś, po blisko 40 latach od tamtych wydarzeń, skutki klęski stają się coraz mniej widoczne, a liczne widokowe punkty i całe odcinki szlaków, które wcześniej oferowały kapitalne panoramy, są skryte między niemal dorosłymi drzewami. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po wieloletniej przerwie wróciłem w 2022 roku na formację Owczych Skał w zachodnich Karkonoszach, gdzie jeszcze kilkanaście lat wcześniej młode świerki sięgały najwyżej do kolan, a sceneria była jedną z bardziej malowniczych w całym paśmie. Tymczasem po latach zastałem tam drzewa o wysokości 8 m, które całkowicie zmieniły krajobraz.

Podobny w skutkach kataklizm przeżywa obecnie Beskid Śląski - pasmo górskie, które zapamiętałem ze swoich pierwszych wędrówek jako zalesione na znacznym obszarze. Sztuczne nasadzenia świerka, który nie jest odporny tak jak naturalny, rosnący tam niegdyś drzewostan wycięty na potrzeby przemysłu jeszcze przez Niemców, okazały się nieprzystosowane do górskich warunków i podatne na ataki grzybów i korników. Jeszcze w 2006 roku Malinowska Skała była jedynie ciekawostką na trasie, podczas gdy dziś, po kilkunastu latach, jest najlepszym punktem widokowym w całym paśmie! Za 20 lat Beskid Śląski będzie zarośnięty, tak jak obecnie zarosły Karkonosze, a punkty widokowe znane obecnie prawdopodobnie znikną.

W tym zmieniającym się krajobrazie coraz lepiej odnajdują się fotografowie, którzy przede wszystkim dzięki mediom społecznościowym wypromowali w ciągu ostatnich kilkunastu lat atrakcyjne regiony znacznie skuteczniej, niż dotąd robiły to gminy, władze parków i organizacje turystyczne. Banalne stwierdzenie, że jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów, zawiera tyle samo truizmu co prawdy - co można zaobserwować, śledząc trendy fotograficzne na Facebooku i Instagramie, dwóch najpotężniejszych narzędziach kultury obrazkowej w drugiej i trzeciej dekadzie XXI wieku. Dożyliśmy czasów, gdy niemal każdy odwiedzający góry jest fotografującym; rozwój technologiczny sprawił, że nawet osoby, które nigdy się fotografią nie interesowały, mają aparat w swoim smartfonie i są coraz bardziej świadome jego możliwości. Dzięki postępującej miniaturyzacji i coraz bardziej zaawansowanym algorytmom HDR (akronim od ang. High Dynamic Range - szerokiej rozpiętości tonalnej) nawet ci, którzy nie mają pojęcia, co to przysłona, czas naświetlania czy właśnie HDR, są w stanie zrobić poprawne zdjęcie - przynajmniej od strony technicznej. Ba, sprzęt zainstalowany w topowych smartfonach jest zdolny zrobić lepiej naświetlone fotografie, o wierniejszym oddaniu kolorów i dokładniejszym szczególe niż jeszcze do niedawna większość aparatów. Jednak tym, co najbardziej odmieniło fotografię naszych czasów, jest banalna łatwość użytkowania sprzętu i fakt, że aparat każdy ma dziś zawsze przy sobie. To jednocześnie wada i zaleta, bo zalew obrazków niemal z każdego unikalnego momentu, odbiera im tajemniczość i odziera z szat unikalności. Doskonale było to widać kilka dni temu, gdy internet zalało kolejne tsunami zdjęć wyjątkowego zjawiska astronomicznego. Gdy piszę te słowa, jesteśmy chwilę po historycznej eksplozji zorzy polarnej na średnich szerokościach geograficznych (noc z 10 na 11 maja 2024 roku), która w takiej intensywności nie występowała tu od ponad 20 lat! Mimo późnej pory, dzięki komunikatom internetowym wiadomość o niezwykłym zjawisku dotarła do tak szerokiego grona odbiorców, że zjawisko uchwycił na zdjęciach chyba każdy, kto miał przy sobie choćby średniej klasy telefon i czyste niebo nad głową. Ci z lepszym sprzętem ruszyli nawet w góry, fotografując zorzę niemal we wszystkich pasmach - od Gór Izerskich po Bieszczady.

Czy wobec tego każdy, kto ma aparat w telefonie, jest fotografem? Poniekąd tak, choć celowo użyłem wcześniej określenia fotografujący, bo jednak osobiście wolałbym odróżnić turystów z telefonem od tych, którzy fotografują w górach świadomie, z wykorzystaniem wiedzy, wrażliwości, kreatywności, odpowiedniego sprzętu i akcesoriów. Myślę tu o pewnej postawie mentalnej, może nawet etosie, który nie ogranicza się jedynie do zarejestrowania pamiątkowego widoczku, ale wiąże się z nim kultura wielkiej pasji i zamiłowania do fotografii. To również rozumienie medium fotograficznego, jego możliwości, ograniczeń i specyfiki - zarówno tych na poziomie wykorzystania aparatu w plenerze, jak i dalszej pracy ze zdjęciem przy komputerze, podczas wywoływania i edycji plików. Ponadto dochodzi umiejętność przełożenia trójwymiarowego widoku w atrakcyjny kadr 2D, gdzie należy zakomponować plany, zagrać napięciami i kierunkami, wyczekać odpowiedni moment i światło. Później zdjęcie należy poddać edycji, aby nadać mu indywidualnych cech naszego stylu, który wyróżni dzieło z tysięcy innych, zbijających się w bezkształtną pulpę niemożliwą do zapamiętania. Poprawne naświetlenie obrazka jeszcze nie czyni z fotografującego artysty, tak jak wygenerowanie obrazu przez AI na podstawie słownego promptu nie czyni artysty z osoby, która prompt napisała. Może ona zostać co najwyżej autorem w sensie prawnym, a przy obecnie użytkowanej technologii AI nie przysługuje jej nawet to.

Trzeba zdawać sobie jednocześnie sprawę, że taki podział może wprowadzać niepotrzebną polaryzację i nie mieć większego sensu, bo nie zmienia w żaden sposób konkluzji, do której chciałbym już bez dalszego kluczenia dotrzeć: znacznie więcej osób niż kiedyś wybiera się dziś w góry tylko po to, by podziwiać piękne widoki i zrobić im ładne zdjęcie. Dla ogólnego trendu nie ma większego znaczenia, czy robi się zdjęcie telefonem, aparatem czy ekspresem do kawy. Czy zrobi je zawodowiec, amator z ambicjami czy telefonowy pstrykacz. Istotnym faktem jest, że "utrwalanie" stało jednym z głównych motorów napędowych wielu turystycznych wypadów, nawet jeśli zdjęcia są potem tylko pamiątką zalegającą w rolce w telefonie lub migawką wrzuconą do sieci i rozesłaną między znajomych. Działa to trochę w myśl żartobliwego powiedzonka, które na pewno znacie: jeśli coś nie znalazło się w internecie, to tak jakby się nie wydarzyło. Susan Sontag, wybitna intelektualistka i autorka zbioru esejów O fotografii - książki uznawanej przez wielu za jedną z najważniejszych pozycji dotyczących fotografii w historii - zauważyła korelację między turystyką i fotografią już dawno temu. Sontag pod koniec lat 70. XX wieku zwróciła uwagę, jak wielki wpływ na rozwój współczesnej jej fotografii ma turystyka, stwierdzając wręcz, że obie aktywności idą w parze: "podróżowanie dla przyjemności wygląda nienaturalnie bez aparatu fotograficznego" (cytat pochodzi z wspomnianej publikacji). Pisząc o fotografowaniu w podróży, wspomina wręcz o egzystencjalnych wartościach, takich jak zaspokajanie potrzeb. Potrzeby te nie dotyczą jedynie kosmopolitycznych podróżników odwiedzających dzikie i trudno dostępne tereny, ale również zwykłych drobnomieszczan, którzy robią pamiątkowe fotki przy wieży Eiffla.

Tymczasem w XXI wieku w procesie fotograficzno-turystycznej aktywizacji kardynalną rolę odegrały media społecznościowe. Wzrost turystyki fotograficznej doskonale widać podczas wschodów słońca w górach, które jeszcze w 2015 roku przyciągały nielicznych pasjonatów (nazywanych wtedy przez niektórych niegroźnymi wariatami); tymczasem dziś, prawie dekadę później, w pogodne poranki popularne punkty widokowe pękają w szwach. Naprawdę trzeba mieć zacięcie, żeby zrywać się o pierwszej czy drugiej w nocy, żeby zdążyć wejść na szczyt w letni poranek, po którym trzeba odespać i generalnie dzień zwykle jest rozwalony. Liczebnie przeważają podczas wschodów zwykli turyści z telefonem w dłoni, a nie tak zwani prawdziwi fotografowie ze statywami i drogimi aparatami - kosmopolityczni podróżnicy, nawiązując do Sontag. Ale nie dzieje się to tylko w polskich górach - trend jest globalny, a w miejscach ikonicznych o renomie ogólnoświatowej bywa jeszcze gorzej, doświadczałem tego pod każdą szerokością geograficzną. Na słynny łuk Mesa Arch w Canyonlands (USA) na wschód trzeba przyjść dwie, a czasem nawet trzy godziny przed czasem i raz zajętego miejsca nie można opuścić, bo czyha na nie wielu innych chętnych, przez co powrót może okazać się niemożliwy. Pod punktem widokowym na górę Fudżi z pagodą Chureito w Japonii kłębią się kolejki na ponad godzinę, a regulowany przez stewardów limit czasowy na platformie wynosi zaledwie pięć minut. Żeby zobaczyć piaskowcowy cud, kanion The Wave w Arizonie, trzeba wziąć udział w płatnym losowaniu, po którym wejściówki otrzymuje tylko 64 szczęśliwców. W Polsce mamy swoje kolejki na Giewont i Rysy, dzikie tłumy na Trzech Koronach czy Śnieżce, kultowe wschody na Babiej Górze zaliczane przez setki zapaleńców każdego dnia. Pamiętacie takie obrazki sprzed ery smartfonów? Bo ja nie, i nie dlatego, że nie miał ich wówczas kto udokumentować. Psycholog Steven Pinker, profesor filozofii na uniwersytecie Harvarda, w swojej publikacji Tabula rasa. Spory o naturę ludzką dowodzi, że dzięki postępowi technologicznemu obecnie wręcz toniemy w dobrach kultury, które stały się dostępne łatwo jak nigdy dotąd dzięki powszechnemu internetowi, a liczne niszowe wcześniej aktywności zyskały żyzny grunt do rozwoju. Nigdy przedtem w historii technologia, sztuka i nauki humanistyczne nie były w lepszej kondycji i nie posiadały tak licznej widowni i rzeszy aktywnych konsumentów, którzy nie tylko biernie odbierają, ale przede wszystkim sami twórczo działają. Popularyzacja sztuk, w tym fotografii, to oczywiście nie jedyny powód widocznej zmiany, bo dochodzi szereg rozmaitości, które się na to składają. Od wielu lat nieprzerwanie notujemy wzrost zamożności społeczeństw, rosnącą świadomość korzyści z uprawiania sportu i rozwój ogólnego trendu zdrowego stylu życia, a inteligentne zegarki pozwalające łatwo kontrolować tak zwane pierścienie aktywności stały się osiągalne dla każdego.

Susan Sontag zauważa to, co czuje większość współczesnych fotografów pejzażowych, którzy redukują swoje podróże jedynie do poszukiwania ładnych widoków, przekształcając je w obrazy będące pamiątkami. Sam zawsze używałem w tej sytuacji określenia "trofeum", które w najlepszy sposób opisuje sposób podróżowania fotografów mojego pokolenia. Fotografowie dzikiej przyrody szarżują dziś z aparatami, tak jak niegdyś kłusownicy z bronią: "myśliwi trzymają hasselblady tak jak dawniej winchestery" - zauważa Sontag w esejach O fotografii. Współczesny fotograf poluje na zwierzęta za pomocą aparatu, bo przestał jak dawniej bać się nieokiełznanej przyrody, która obecnie stała się zagrożona i obłaskawiona, przez co wymaga ochrony przed człowiekiem. "Kiedy boimy się, strzelamy. Kiedy czujemy nostalgię, robimy zdjęcia" - pisze Sontag. Trudno o piękniejsze podsumowanie.

Niedawno kolejny raz wybrałem się o wschodzie słońca na Halę Gąsienicową, gdzie na purpurowo kwitła wierzbówka kiprzyca. Aby tam dojść, musiałem wyjść z domu o pierwszej trzydzieści w nocy, a na szlak wejść o godzinie trzeciej. Nie był to więc szczytowy okres dnia, gdy w górach są dzikie tłumy. Mimo to jeszcze przed piątą przy Betlejemce, gdzie rozciąga się najlepszy widok na kwiaty z otoczeniem szczytów wokół Doliny Gąsienicowej, zebrała się całkiem spora grupa fotografujących. A każda osoba, która choćby tylko przechodziła szlakiem, nie mogła pozostać obojętna na urok tego widoku. Zatrzymywali się wszyscy, a każdy fotografował. Zwykła fotografia kwiatów zatrzymała to wydarzenie w czasie na zawsze. A kolejne zdjęcia pojawiające się w sieci spowodowały, że w kolejnych dniach ludzi było jeszcze więcej. Fotografia stała się w środowisku górskim zjawiskiem globalnym w pełnym tego słowa znaczeniu! Trend zdaje się na ten moment nieodwracalny, stąd nie mam obaw, że niniejsza książka znacząco przyczyni się do jeszcze większego zatłoczenia popularnych fotopunktów w naszych górach. Liczba opisanych tu miejsc jest ogromna, a wiele z nich wymaga wysiłku i wczesnego wstawania, co już samo w sobie jest sitem eliminującym tych najmniej zaangażowanych. Wierzę jednak, że ujęte tu pozycje będą pewnym uporządkowaniem najbardziej wdzięcznych fotograficznie szlaków i miejsc w naszych górach oraz inspiracją dla każdego, niezależnie od tego, czy fotografuje aparatem, telefonem, czy jest po prostu miłośnikiem ładnych widoczków. Niniejsze wydanie książki, którą trzymasz w rękach, opisuje tylko najlepsze trasy i miejsca, choć starałem się zadbać o ich należyte urozmaicenie. Jednak z konieczności pominąłem wiele pasm górskich i liczne szlaki, bo już na etapie konspektu musiałem dokonać trudnej dla mnie selekcji i zdecydować, co ująć w zestawieniu, a co odpuścić. Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony czy dotknięty, że pominąłem jego ulubione miejsce, bo jest to subiektywny wybór, zawężony do kilkudziesięciu tras, stąd cięcia, które były konieczne. Wierzę jednak, że z czasem pojawi się nowe wydanie, rozszerzone o kolejne pozycje, a niniejszy tom stanie się kiedyś dla osób zaczynających swoją przygodę z górami i fotografią choćby w drobnej części takim drogowskazem, jakim dla mnie były przewodniki Zwolińskiego, Nyki i Stecia.

O autorze

Fotografuję polskie góry nieprzerwanie od 23 lipca 2003 roku, gdy po raz pierwszy w życiu poszedłem na Śnieżkę i zabrałem ze sobą aparat. Wychowałem się w Jeleniej Górze u stóp Karkonoszy, które oglądałem z zainteresowaniem, odkąd sięgam pamięcią, ale na ich najwyższy szczyt wszedłem dopiero w przededniu swoich osiemnastych urodzin. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to, co zakiełkowało tego dnia, po kilkunastu latach obrodzi tak obficie, że całkowicie wywróci moje życie. Nie chciałbym przytaczać w całości swego nudnego życiorysu, a wspomnieć jedynie kilka najważniejszych momentów, które nieco przy okazji doprowadziły do powstania niniejszej książki o fotografowaniu w polskich górach.

Od pamiętnego wejścia na najwyższy szczyt Sudetów rozpocząłem regularne wypady w góry, zawsze zabierając ze sobą aparat. Najpierw analogowy Vivitar, później kultowy Zenit E, aby w 2005 roku na stałe wejść w świat fotografii cyfrowej. Były to czasy, gdy byłem jeszcze uczniem liceum, nosiłem przykrótkie spodnie, martensy i długie włosy, powoli szykując się na studia na wydziale malarstwa. W weekendy z grunge'owo-rockowego image'u zostawało niewiele więcej niż fryzura, bo strój zastępowałem górskimi butami i starą przewodnicką kurtką po dziadku. Przemierzałem wówczas setki kilometrów górskich szlaków rocznie w całych Sudetach, a niedługo później również w Tatrach. Od 2008 roku zacząłem regularniej wyjeżdżać w słabiej mi znane Karpaty: Bieszczady, Beskidy, Pieniny i wciąż w Tatry. Jednocześnie nadal spędzałem mnóstwo czasu w Karkonoszach, Górach Izerskich i okolicach. Podsumowaniem mojej fascynacji Sudetami było ukończenie kursu przewodnika sudeckiego w 2013 roku. Nieco paradoksalnie zdobycie upragnionej przewodnickiej blachy zbiegło się w czasie z moją wyprowadzką spod Karkonoszy na stałe.

W tym okresie zachłysnąłem się podróżami zagranicznymi, podczas których zacząłem odkrywać góry rozleglejsze, wyższe, bardziej egzotyczne, ale przede wszystkim po prostu inne od naszych. W czasie 15 lat wyjazdów odwiedziłem z aparatem prawie 50 krajów na pięciu kontynentach, docierając na krańce cywilizowanego świata - za koło polarne, do Patagonii i Ziemi Ognistej, w Andy na skraj peruwiańskiej dżungli, do południowej Afryki czy na wyspy Japonii. Mimo rozbudowanych i egzotycznych wyjazdów wciąż bardzo chętnie wracam w swoje ulubione miejsca w górach w Polsce oraz chętnie poznaję nowe szlaki, których dotąd nie odwiedziłem.

W 2016 roku, po 13 latach fotografowania w górach dla przyjemności, postanowiłem wreszcie związać swoje życie zawodowe z fotografią, zostając właściwie z dnia na dzień zawodowym fotografem górskim. Zaangażowałem się na tyle mocno, że przez dwa lata mieszkałem nawet w Zakopanem, aby Tatry i Pieniny mieć na wyciągnięcie ręki. Choć w stolicy Tatr nie zostałem zbyt długo, to ostatecznie związałem się na stałe z Krakowem, skąd w każde góry w Polsce jest stosunkowo niedaleko - w Karpaty ze względu na odległość, w Sudety z powodu dobrej infrastruktury komunikacyjnej. Przez siedem lat mieszkania w Małopolsce całkiem nieźle poznałem nieco pomijane dotąd Beskidy, Gorce oraz bardzo dokładnie Tatry. W tym czasie zacząłem wydawać w ramach własnego wydawnictwa przewodniki dla fotografów po górach zarówno w Polsce, jak i za granicą. W ciągu czterech lat stworzyłem kilkanaście przewodników, między innymi po Tatrach i Karkonoszach oraz po Islandii, Dolomitach, Lofotach i Maderze. To właśnie te pozycje były pierwszą inspiracją do zebrania najpiękniejszych tras górskich w całej Polsce i wydania ich w formie drukowanej książki. Napisałem wcześniej, że niniejsza publikacja powstała przy okazji i rzeczywiście tak było - przy okazji setek wypadów fotograficznych po polskich górach w ostatnich 20 latach.

Atrakcyjność fotograficzna polskich gór

Które pasmo górskie w Polsce jest najpiękniejsze? Często otrzymuję to pytanie w rozmowach czy wywiadach i właściwie nigdy nie mam problemu z odpowiedzią. Opieram się wówczas nie tylko na swoich subiektywnych odczuciach, ale przede wszystkim staram się spojrzeć holistycznie na immanentne wartości gór w Polsce. Tatry - bo taka jest moja odpowiedź, mieszczą w sobie wszystko, co atrakcyjne pasmo górskie mieć powinno - absolutną koincydencję krajobrazowych fenomenów skupioną na niewielkiej przestrzeni: leśne partie reglowe, długie i głębokie doliny, stawy, rzeki i wodospady, łagodne oraz ostre bezleśne szczyty, skaliste granie i nagie ściany. Ponadto szlaki: od spacerowych arterii, przez łatwiejsze szczytowe trasy, po zupełnie trudne przejścia skalne - gwarantują najszersze spektrum wrażeń, od doznań wizualnych po przeżycia czysto sportowe. Krajobrazowa i turystyczna rozpiętość, której doświadczymy podczas tatrzańskich wypadów, przewyższa wszystko, czego możemy doznać w czasie wycieczek po innych pasmach górskich i nie ma w tym dogmatyzmu. Tatry, będące często określane w literaturze górskiej mianem miniatury Alp, mają niemal bliźniaczy do alpejskiego krajobraz, z jedyną różnicą, że nie zachowały się w naszych najwyższych górach żadne lodowce. Ponadto znajdziemy tu niemal wszystkie typowe dla rzeźby alpejskiej formy krajobrazu, a brak zachowanych lodowców wynika jedynie z niedostatecznej wysokości dla ich utrzymania. A i ten argument wydaje się mało istotny wobec gwałtownego topnienia lodowców alpejskich i stopniowego podnoszenia się dolnej granicy ich występowania. Logiczna i chłodna argumentacja pomaga upewnić się, że Tatry są pewnego rodzaju aksjomatem - najpewniejszym punktem odniesienia dla oceny atrakcyjności polskich gór.

Stosując wszelkie dostępne mierzalne kryteria, trzeba uznać, że tatrzański krajobraz daje najszersze możliwości fotograficzne ze wszystkich pasm górskich w Polsce. W moim odczuciu jest to fakt, nie opinia - i będę tej teorii bronił jeszcze wielokrotnie na kartach tej książki. Jakby na dowód dla podkreślenia odrębności Tatr wydzieliłem je z opisu Karpat jako osobny podrozdział, w którym opisałem aż 10 szlaków, a i tak z wielkim trudem ograniczałem się tylko do tych najbardziej wartościowych, oferujących najbardziej ikoniczne widoki, będące gwarantem najbardziej dojrzałych owoców fotograficznej działalności. Z konieczności pominąłem wiele tatrzańskich tras, które powinny się tu znaleźć, ale dla pełnego przekroju ustąpiły miejscom w innych pasmach - może mniej atrakcyjnym i słabiej usposobionym, ale oferującym inne doznania i krajobrazy.

Podstawowym pytaniem, które nie opuszczało mnie podczas przygotowywania zestawienia szlaków, było: jak porównać atrakcyjność fotograficzną Tatr, Karkonoszy czy Pienin do atrakcyjności Gór Sowich i Bystrzyckich czy Beskidu Makowskiego? Czy w ogóle jest sens tworzenia rankingów atrakcyjności? Czy wyniki tak przeprowadzonego plebiscytu będą wymierne i sprawiedliwe? W sporcie sprawa jest prosta: w sferze globalnej ten, kto pobiegnie najszybciej, zostaje mistrzem świata; drużyna, która strzeli więcej bramek, wygrywa turniej i otrzymuje puchar; ten, kto odda najdalszy rzut, zdobywa złoty medal i tak dalej. Na szczeblu lokalnym ranga jest niższa, ale kryteria obowiązują te same: czas, wynik, wysokość, odległość, a zdobyte tytuły są kwalifikacją do mistrzostw globalnych, olimpiad i kontynentalnych czy światowych czempionatów. W sporcie niewiele przestrzeni pozostaje na niedopowiedzenia, a te wiążą się głównie z błędami ludzkimi, fair play czy stylem. W skokach narciarskich, od ery Małysza tak lubianych przez Polaków, istnieją kontrowersyjne noty za styl - tak często krytykowane, bo nierzadko okazywały się narzędziem manipulacji w rękach sędziów, którzy faworyzowali niektórych zawodników.

Czy można te same atrybuty przenieść w świat górski? Oczywiście, że tak, w ten sposób formułuje się wszelkie korony górskie, tak bardzo spopularyzowane w ostatnich latach. Korony to nic innego jak zbiór najwyższych szczytów do zdobycia w danej jednostce. Najbardziej honorowa to oczywiście dostępna dla elitarnego grona Korona Himalajów i Karakorum obejmująca 14 najwyższych szczytów świata, przekraczających 8000 m n.p.m. - od Mount Everestu (8850 m) po Gaszerbrum II (8035 m). Pierwszym zdobywcą jest włoski himalaista Reinhold Messner, który na ostatni szczyt Lhotse wszedł 16 października 1986 roku. Szczyty Korony zostały dobrane według kryterium wysokości - najbardziej istotnego i działającego na wyobraźnię parametru opisującego wysokie góry. Zwróćmy jednak uwagę, że nawet tutaj pojawiają się elementy stylu, o których wspomnieliśmy wcześniej. W górach najwyższych o stylu wejścia decydują rozmaite aspekty jak korzystanie ze wspomagania tlenem, obecność w zespole Szerpów czy oporęczowanie trasy. Czasem wspomina się również czas jej zdobycia (im krócej, tym lepiej) czy nawet drobniejsze podziały jak wejścia zimowe, które są bardziej wymagające i niebezpieczne, od wejść letnich. Nie ma tu jednak sędziów (może poza tak zwaną opinią publiczną i mediami), a jedynym wyznacznikiem jest osiągnięcie wierzchołka i udokumentowanie tego. Dziś lista zdobywców tej najbardziej prestiżowej ze wszystkich górskich koron świata liczy zaledwie kilkadziesiąt nazwisk. Nie da się ukryć, że himalaizm jest już bardzo bliski zawodowemu sportowi, jednak jest znacznie bardziej ekstremalny i samotny, choć przecież również niepozbawiony rzeszy kibiców.

Mniej honorowa, ale wciąż działająca na wyobraźnię, a przede wszystkim dostępna dla tych odrobinę mniej doświadczonych, jest Korona Ziemi, czyli siedem najwyższych szczytów każdego kontynentu: od Mount Everestu (8850 m) po Górę Kościuszki (2230 m). W ramach tejże korony jest trochę nieścisłości i rozbieżności zdań. W Europie toczy się spór, czy najwyższy jest Mont Blanc (4810 m), czy leżący właściwie już w azjatyckim Kaukazie Elbrus (5642 m), w Australii zaś kwestią sporną jest australijska Góra Kościuszki i leżący w Oceanii Puncak Jaya (4884 metrów). Co najważniejsze, kryterium doboru wciąż dotyczy tego samego, choć w nieco rozszerzonej wersji - do wysokości dochodzi jeszcze aspekt terytorium.

Oczywiście można się rozdrabniać, bo ludzkość uwielbia tworzyć kolejne "korony". Korona Gór Europy to zbiór najwyższych szczytów wszystkich krajów leżących w granicach tego kontynentu. Ponadto każdy region czy kraj może poszczycić się swoim rankingiem, tak więc Szkoci mają swoje Munro-bagging , kraje alpejskie Koronę Alp oraz Koronę Alpejskich Czterotysięczników, a każdy kraj tworzy swoją koronę najwyższych szczytów oraz dziesiątki drobniejszych koron regionalnych. Polskie góry oczywiście nie są pod tym względem gorsze. Nadrzędna jest Korona Gór Polski obejmująca 28 najwyższych szczytów wszystkich wyodrębnionych pasm w Sudetach, Karpatach i Górach Świętokrzyskich - począwszy od Rysów (2499 m), a skończywszy na Łysicy (613 m). Ponadto można zdobywać Koronę Sudetów (wspólnie z najwyższymi wierzchołkami sudeckich pasm w Czechach i Niemczech), Wielką Koronę Tatr (14 najwyższych szczytów Tatrzańskich), Turystyczną Koronę Tatr (18 najwyższych szczytów tatrzańskich, na które można wejść znakowanymi szlakami) i tak dalej. Generalnie we wszystkich koronach nadrzędnym kryterium jest wysokość lub obszar czy terytorium, na którym góry się znajdują, zaś inne walory, zwykle trudne do sklasyfikowania, pozostają na dalszym planie. Oczywiście celem wszelkich koron jest popularyzacja gór - szczególnie tych słabiej poznanych i rzadziej odwiedzanych, zaktywizowanie górskich turystów, stawianie jasnych celów i ich realizacja. Pobudki są więc bardzo szlachetne i przyczyniają się do lepszego poznania gór. Selekcja szczytów do koron jest nieco przypadkowa (nie mamy wpływu na wysokość poszczególnych wierzchołków), ale jest pewnego rodzaju rankingiem, na podstawie którego turyści górscy obierają swoje cele.