Jaroslav Vejvoda
Dzienniki Napoleona
Jaroslav Vejvoda stworzył wielką Legię, z Kazimierza Deyny zrobił
czołowego piłkarza świata i dał paliwo, na którym jechała reprezentacja
Kazimierza Górskiego. Teoretycznie to nie miało prawa się udać.
Mówili na niego "Napoleon", bo też
dowodził i był mikrego wzrostu. Był "Dyktatorem" - to dlatego, że nie
uznawał żadnego sprzeciwu. Najczęściej był "Pepikiem" lub "Jardą", jak
Czesi zdrabniają imię Jaroslav. To ostatnie określenie zarezerwowane
było dla wąskiego grona przyjaciół: kilku osób z Pragi, tak samo w Warszawie. Córka Vejvody Eva - dziś Přibilova - oczywiście zwracała się
do niego "tato".
Eva Přibilova: Tata w roli ojca i trenera chyba wiele się nie różnił.
Mówię "chyba", ponieważ w domu prawie w ogóle nie rozmawiał o futbolu,
piłkarzach, meczach. Po humorze można było domyśleć się, czy jego zespół
pokonał inny, czy sam został pokonany. Zaciśnięte zęby to był znak -
Legia przegrała. Piłka to był jego świat. Pracował na okrągło. Czy to w Pradze, czy to w Warszawie w mieszkaniu musiał mieć wydzielony swój kąt
na biuro. Tam spędzał wieczory. Nad papierami siedział do drugiej w nocy. Ciągle analizował mecze, kreślił taktyki i uzupełniał swoje
dzienniki.
Dzienniki Vejvoda pisał już jako trener Dukli Praga, dalej robił to w Warszawie. Z okresu pracy w Polsce powstało sześć zeszytów: kompletny
zapis historii Legii lat 1966-1969 i 1973-1975 - czasów, kiedy przy
Łazienkowskiej rządził "Pepik". Kolejka po kolejce, mecz po meczu. Każdy
z datą rozegrania, godziną, temperaturą, jaka temu towarzyszyła. Na
lewej stronie skład i jednozdaniowe oceny piłkarza. Na prawej krótki
opis spotkania. Do tego przyklejona tabela ekstraklasy wycięta z "Przeglądu Sportowego". Skarb dla każdego statystyka. Najciekawsze
rzeczy kryją się jednak w zapiskach na ostatnich stronach, pojedynczych
zdaniach naniesionych gdzieś na marginesach, karteczkach włożonych za
okładkę pierwszego zeszytu. To już nie liczby i zestawiania, ale obraz
tego, jaką pracę musiał wykonać Vejvoda, by w pierwszym sezonie w Warszawie stworzyć mocną drużynę z zawodników tyle utalentowanych, co
będących lekkoduchami. Przykład?
"Lipiec, 1966
Problemy w czasie przygotowań. Wszyscy piłkarze, z kierownictwem
włącznie, są przyzwyczajeni, żeby w trakcie wyjazdu sprzedawać i handlować, czym się da. Ich zainteresowanie, co sprzedać, a co kupić
przewyższa wszystko inne. Dlatego nie polecam przygotowań za granicą."
Ivo Viktor, wieloletni bramkarz Vejvody w Dukli Praga, czechosłowacki
mistrz Europy z 1976 roku: Trener rzadko żartował, zwykle bywał poważny.
No chyba że po latach wracał w rozmowie do pracy w Legii. Nie mógł się
nadziwić, skąd u legionistów była ta chęć, żeby handlować. Opowiadał o wyjazdach gdzieś na mecz czy obóz, do któregoś z demoludów. Patrzy, a na
zbiórce wszyscy zawodnicy w garniturach. "Dlaczego nie w dresach?",
zapytał. "W dresach to będziemy wracać, kiedy sprzedamy garnitury",
padła odpowiedź.
Od razu o handlowaniu zaczął opowiadać Jozef Masopust, kiedy w 2014 roku
zapytałem, czy Vejvoda mówił mu coś o pracy w Polsce. - Nasze kluby,
Legia i Dukla, były wojskowe, więc często ściśle współpracowały.
Wystarczył telefon generała i już lecieliśmy na wspólny mecz. Podczas
pobytu w Niemczech poszliśmy do miasta. Polacy od razu udali się do
sklepów i kupowali wszystko, jak popadnie, żeby zabrać do kraju i sprzedać. Cóż, na tym można było zarobić więcej niż na piłce - wspominał
lider Dukli prowadzonej przez Vejvodę, zwycięzca plebiscytu Złotej Piłki
"France Football" w 1962 roku.
Eva Přibilova: Takie były czasy. Mnie też podejrzewano, że handluję, i to pewnie na większą skalę, a do tego jakimś trefniejszym towarem niż
garnitury. Wracałam samolotem z Pragi. W Warszawie wzięto mnie na bok,
wypytywano, czemu tam tak często latam, co przewożę. Wywalono do góry
nogami moje bagaże. "Dlaczego tak długo to trwało?", tata z mamą czekali
na mnie i wyglądali na naprawdę zdenerwowanych, że tak mnie
potraktowano. Zresztą w Warszawie kilka razy miałam wrażenie, że jestem
śledzona. Bardzo nieprzyjemne uczucie, kiedy dwóch nieciekawych ludzi
chodzi za tobą.
Handel uprawiany przez piłkarzy nie był największym problemem Vejvody.
Vejvoda uważał Deynę za niezdyscyplinowanego lenia, ale zmienił mu
pozycję na boisku i zrobił z niego piłkarza światowej klasy.
"Lipiec, 1966
Program dnia jest w pełni wypełniony, dlatego były kłopoty z zatrzymaniem graczy po treningach, żeby odpoczęli.
Wielokrotnie po kolacji i kontroli piłkarze i tak opuszczają hotel.
Obrem (Obrębski - przyp. red.), Niedziółka, Korzeniowski, Mahseli i inni
niewymienieni.
Także dieta nie jest najlepsza. Korzeniowski, Frąckiewicz, Mahseli,
Grzyb (Grzybowski - przyp. red.), Obrębski, Stach. (prawdopodobnie
chodzi o Stachurskiego - przyp. red.) i Grotyński. Piłkarzom Mahseli,
Fronckiew, Korzeniow (pisownia oryginalna, dotyczy Frąckiewicza i Korzeniowskiego - przyp. red.) i Niedziółka wymierzam karę 500".
Zgrupowanie to jedno, powrót z niego do Warszawy to drugie. Podróż Czech
określił jako "żenującą sytuację". Wspomniał o problemach na granicy z płaceniem cła, że Korzeniowskiego zatrzymano i nie wrócił do Polski z zespołem.
Mimo problemów Vejvoda nie rzucił tego wszystkiego. Podjął wyzwanie,
pewnie dlatego, że dostrzegł zespół. "W drużynie wszystko w porządku,
zawodnicy sobie pomagają (...). Podejście do treningów nie jest najgorsze.
Słabiej wygląda dieta" - napisał.
W kolejnych miesiącach nadal musiał ustawiać do pionu piłkarzy, którzy -
według Vejvody - "w ośrodku mają dużo wolnego i nie potrafią z tego
korzystać. Wychodzą i wracają, o której chcą. Także w nocy. Wszyscy, lub
prawie wszyscy, palą". Palenie było tylko jednym z problemów.
Piłkarz A: "Przyszedł 3x spóźniony na trening (...). Na sparing dotarł,
kiedy już graliśmy (...). Po meczu z Honvedem przyszedł z opuchniętymi
oczami i przyznał się, że całą noc pił (...). Nie dba o dietę, tylko
ciągle pali".
Piłkarz B: "Nie był na treningu. Spał w ośrodku od 8 do 14. Przyłapany
na paleniu".
Piłkarz C: "Poprosił o pięć dni wolnego, żeby mógł polecieć do Londynu
na pogrzeb wujka. Wrócił po 18 dniach".
Vejvoda zaczął jednak budować autorytet. Z tym nie miał kłopotów, nie
tylko w klubie.
Eva Přibilova: Tata był bardzo wymagający. Wszystko, także w domu,
musiało być wykonane perfekcyjne. Przyjmował to jako coś oczywistego i prawdopodobnie dlatego nikogo, w tym mnie, nie chwalił. Często po prostu
wydawał polecenia. Już w Pradze robiliśmy przemeblowanie. Ciężki tapczan
z mamą wciągałyśmy na piętro. Tata stał na dole, tylko patrzył i mówił:
"w prawo", "trochę mocniej". W końcu nie wytrzymałam: "Zobacz, wszyscy
coś robią. Tylko ty masz puste ręce". Odpowiedział, jak to on, spokojnie
i powoli: "Rządzić może tylko jedna osoba".
Vejvoda miał nos do talentów. O tym, jak zmienił Deynie pozycję na
boisku - co prawdopodobnie było jedną z najważniejszych decyzji w historii polskiej piłki - zwracając się do niego "Ty nie jesteś
napastnik, ty jesteś urodzony pomocnik", napisano wielokrotnie. O tym,
że Deyna był na bakier z dyscypliną, również. Dopiero dzienniki
pokazują, jaką cierpliwością musiał wykazać się Vejvoda w stosunku do
Deyny - co też wyjaśnia, że widział w nim przyszłego wielkiego piłkarza,
bo w innym wypadku wygoniłby go z klubu.
Treningi Vejvody: Czech lubił dawać zawodnikom bonbony, czyli po czesku
cukierki. Tak Vejvoda mówił na elementy treningu. Były to m.in.: Bieg na
400 m. Każdy piłkarz musiał pokonać dystans w 60 sekund. Jeśli ktoś się
nie wyrobił, dostawał sekundę bonusu. Próbować musiał do skutku. Pięć
minut gry na pełnych obrotach, jeden na jednego na całym boisku.
Wielominutowe przeskakiwanie przez płotek lekkoatletyczny.
"Deyna: XI. Po trzech tygodniach służby wojskowej i pierwszym meczu w czwartek wyjechał do domu bez przepustki i wrócił dopiero w sobotę. Nie
zabrałem go na ostatni mecz. Dostał siedem dni służby, wytrzymał tylko
cztery.
I 67. Bez powodu nie przyszedł na trening i kłamał, że miał służbę.
W trakcie zgrupowania są z nim drobne problemy, jest leniem dość
niezdyscyplinowanym".
Pierwszym meczem Deyny, o którym wspomniał Vejvoda, było spotkanie z Ruchem Chorzów. Legia zremisowała 0:0, a Czech przy nazwisku debiutanta
napisał: "Parę pojedynków przegrał. Mógł przesądzić o losach meczu".
Ocena średnia, dużo lepsza niż na przykład Henryka Apostela, którego
występ Vejvoda spuentował krótko: "Całkiem słabo".
"Pepik" był wtedy bliski utraty pracy. Legia z jednym zwycięstwem
zalegała prawie na dnie tabeli. Piłkarze, katowani na treningach,
ganiani za palenie i lekceważenie obowiązków, mogli dosłownie zwolnić
Vejvodę. - Do nas, zawodników, przyszedł pułkownik Malczewski, szef
sportu w MON. Zapytał, jak pracuje się nam z "Pepikiem", czy to już nie
czas, aby zmienić trenera. Twardo jednak powiedzieliśmy, że Vejvoda musi
zostać. Że praca, którą wykonaliśmy, przyniesie efekty, a brakuje
jedynie świeżości - opowiadał Jacek Gmoch, kiedy zbierałem materiały do
tekstu o Vejvodzie do 2. numeru magazynu "Kopalnia. Sztuka Futbolu".
Kilka dni później Legia, po golu Bernarda Blauta (ale bez Deyny, który
"wrócił do domu bez przepustki"), pokonała Wisłę Kraków. Vejvoda
przetrwał, mógł pracować dalej, ale zdawał sobie sprawę, że jesienne
wyniki to jego wina, nie piłkarzy. Gmoch: - To było chyba w Częstochowie. Wracając do Warszawy, na obiad zajechaliśmy do jakiegoś
baru mlecznego. Usiadłem obok Vejvody. Był załamany. Z opuszczona głową
posypywał solą chleb. "Trenerze, tylko to będzie pan jadł?", zapytałem.
"Na nic innego nie zasługuję", odparł.
Eva Přibilova: Ale nie było tak, że tata całe życie był ponurakiem
dyscyplinującym innych. Miał swoje pasje. Systematycznie chodził grać w karty. Uwielbiał szachy. W Pradze, kiedy szedł do gospody, często brał
wielką szachownicę pod pachę. Raz na kilka lat, ale to już z okazji
naprawdę wielkiego święta, potrafił... wskoczyć na stół i śpiewać. Tak
robił po sukcesie Dukli, na koniec sezonu. Ku zdumieniu wszystkich, hop
na stół, intonował piosenkę, po czym dla każdego wymyślał wierszyk.
Lubił piwo. W gospodzie zamawiał w dużym kuflu, w domu miał mniejsze
szklanki, 0,3 litra pojemności. Słuchał jazzu, jego ulubionym wykonawcą,
jeszcze przedwojennym, był Jaroslav Ježek. Był językowym antytalentem.
Próbował się uczyć angielskiego z takich dużych taśm naciągniętych na
szpule. Bezskutecznie, a bez tego nie miał szans na wyjazd do klubu
zachodniego.
Po rundzie jesiennej i meczu z Wisłą Vejvoda zmienił trochę podejście do
treningów i piłkarzy. Nadal był wymagający, ale już wsłuchiwał się w potrzeby zawodników. Ci mu zaufali i w 1969 roku Legia zdobyła
mistrzostwo. Vejvoda wrócił do Dukli, zostawiając zespół Edmundowi
Zientarze. W Legii pojawił się jeszcze raz w 1973 roku. Choć legioniści
błyszczeli w reprezentacji Górskiego, w klubie szło im gorzej. To już
nie był ten sam zespół.
Wpis z dziennika, z początku sezonu 1974/75, po którym już na zawsze
wyjechał z Warszawy.
"Po MŚ bezsensowna liczba meczów reprezentacji. Reprezentanci muszą
odpocząć. Do tego sezon ma trwać 14.7 do 15.12".
Vejvoda karierę trenerską zakończył w 1980 roku, zaraz po tym, jak
dotarł z Duklą do 1/4 finału Pucharu Europy. - Odchodzę z zawodu na
moich warunkach - powiedział rodzinie. Pod koniec lat 80. bardzo chciał
jeszcze raz przyjechać do Warszawy, ale już miał problemy ze zdrowiem.
Zmarł w 1996 roku.
Eva Přibilova: Dzienniki cały czas leżały u nas w domu, u mamy w szafie.
Nikt się o nie nie pytał, aż trzy lata temu producenci filmu
dokumentalnego o Dukli zapytali mnie, czy jeszcze mam jakieś pamiątki. W ten sposób dzienniki trafiły do nich, potem na Duklę.
Później praski klub zaproponował przekazanie dzienników Legii. Ta się
trochę ociągała i dopiero pod koniec ubiegłego roku zaprosiła prezesa
Dukli Bohumila Pauknera i córkę Vejvody do Warszawy. Dzienniki trafiły
do muzeum Legii niedługo po tym, jak "Pepika" wybrano na najlepszego
trenera warszawskiej drużyny w jej 100-letniej historii.
Grzegorz Rudynek
czerwiec 2017