1 Pierze skandalu
Pod drzewa myk, gdzie nie widzi nikt
W chowanego bawić chce się każdy z nich...
Jimmy Kennedy i John W. Bratton, The Teddy Bears' Picnic (piosenka)
Kiedy idę przez Edenmore, unoszą się za mną opadłe liście, wiatr podrywa je do ostatniego, nerwowego tańca. Jest zimny styczniowy dzień i gdzieś w pobliżu słyszę furgonetkę z lodami, która robi optymistyczną rundkę po okolicy, pełznąc powolutku przy krawężniku w poszukiwaniu klientów. Szczebiotliwa muzyczka przenosi mnie trzydzieści lat wstecz - pamiętam, jak rozbrzmiewała echem w Edenmore, lato czy zima. Zawsze zwracałem uwagę, że ton melodii zostaje zniekształcony przez wiatr i ruch - a teraz także przez pamięć. Nigdy nie lubiłem tej piosenki, The Teddy Bears' Picnic [Piknik misiów], zwłaszcza przyprawiających o gęsią skórkę słów napisanych przez Jimmy'ego Kennedy'ego, pochodzącego z Omagh. Z perspektywy czasu nie znoszę jej jeszcze bardziej.
Jeśli do lasu dziś zmierzać chcesz,
To niespodzianka czeka cię.
Jeśli do lasu dziś zmierzać chcesz,
To lepiej zamaskuj się!
Mijam swoją starą podstawówkę Świętego Malachiasza, trzypiętrowy betonowy bunkier. Naprzeciwko stoi szkoła dla dziewcząt Świętej Eithne oraz miejscowy pub The Concord, który już przeżył o dwadzieścia lat swojego świetniejszego imiennika - słynny samolot. Uświadamiam sobie, że nigdy nie byłem w środku, że zawsze czułem się tu jednocześnie u siebie i obco.
Wychowałem się jako jedno z pięciorga dzieci w miejscu na pograniczu. Nasz rodzinny dom zbudowano na obrzeżach Raheny, przedmieścia na północy Dublina. Stał przy ulicy prywatnych willi, sąsiadującej z osiedlem komunalnym z lat sześćdziesiątych, nazwanym Edenmore. W szkole Świętego Malachiasza siedziałem w klasie obok chłopaków z komunalnych domów. Niezbyt do nich pasowałem. Byłem molem książkowym, nie sportowcem. Lubiłem służyć do mszy. Nie rozumiałem reguł ulicy tak dobrze jak oni. Chłopaki z Edenmore i ja nigdy nie nadawaliśmy na tych samych falach. W powietrzu, nigdy niewypowiedziana wprost, wisiała kwestia klasowa.
Moje wątłe poczucie więzi z Edenmore jeszcze osłabło po dwóch dekadach nieobecności. A jednak oto tu jestem i przemierzam ulice, które zawsze były dla mnie jednocześnie znajome i obce: Edenmore Avenue, Edenmore Drive, Edenmore Gardens... Niemal tysiąc zwyczajnych domów o pokrytych tynkiem kamyczkowym fasadach.
Idę dalej i rozmyślam. Mijam kapliczkę Matki Boskiej upamiętniającą ofiary pożaru w klubie nocnym w 1981 roku, w którym zginęło czterdzieści osiem osób, i wchodzę do parku, na teren dawnego wysypiska śmieci. Po ulewnych deszczach rozmakają tu trawniki, stoi na nich woda. Kto wie co kryje się pod spodem. Zawsze mnie to ciekawiło.
W Edenmore jest wiele pogrzebanych spraw, o które zawsze chciałem zapytać. Przede wszystkim: niedokończone rozrachunki z przeszłością. Kiedy poruszam ten temat, ludzie mówią, że to stare dzieje albo że ich to ominęło. Czasem wyczuwam rozziew między ich rzeczowym tonem a strasznymi faktami, o których wspominają niby przy okazji. Stało się tu coś, co wcale nie odbiło się na mieszkańcach. A może jednak miało na nich wpływ, tylko że oni nie umieją lub nie chcą o tym opowiadać, albo nie są zainteresowani rozmową. Przyjechałem, żeby podjąć jeszcze jedną, ostatnią próbę.
Kościół Świętej Moniki wygląda jak wydłużony graniastosłup z cegły, szkła i kafelków. Dawniej w każdy weekend odprawiano tu siedem mszy przy pełnych ławkach. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych pobożna parafia zmieniła się jednak w zeświecczoną okolicę. Dziś, choć zmniejszono liczbę miejsc dla wiernych, i tak podczas trzech weekendowych mszy kościół świeci pustkami. Przychodzą głównie starsi ludzie, których za dziesięć czy dwadzieścia lat już tu nie będzie. Frekwencja spada tak szybko, że na niektórych nabożeństwach wiernych jest mniej niż mosiężnych pamiątkowych tabliczek przybitych do ławek. Kiedy już ktoś się pojawia, to w równej mierze z przyzwyczajenia i powodów towarzyskich co przez wzgląd na wiarę. Nawet msza w Boże Narodzenie dwa tygodnie wcześniej była przygnębiająca: nieliczni zebrani, fluorescencyjne światła, które rzucały dziwną zieloną poświatę, trzyzdaniowe kazanie.
Patrzę na budynek i zastanawiam się, dlaczego ten schyłek nastąpił tu tak szybko i bez większych ceregieli. I czy coś tu jeszcze zostanie za dwadzieścia lat? Czy kogoś z mieszkańców to w ogóle obchodzi? Zanim ta część mojej przeszłości umrze, chciałbym się dowiedzieć, co położyło jej kres. Nie po to, żeby obciążać kogokolwiek winą czy ferować wyroki - po prostu żeby zrozumieć.
Kościół Świętej Moniki miał być tylko tymczasowym przybytkiem wiary, ale ponad pół wieku od powstania wciąż jest w użyciu. Kiedy wchodzę, właśnie kończy się poranna poniedziałkowa msza. Wnętrze z ławkami z jasnego drewna i różowym dywanem jest funkcjonalne, choć raczej niewyszukane. A jednak dostrzegam, jak wiele to miejsce budzi we mnie emocji, jeśli tylko je do siebie dopuszczę. Kościół jest przesiąknięty wspomnieniami, zwłaszcza z czasów, kiedy byłem ministrantem.
Przemierzam nawę i drzwiami na lewo od ołtarza wchodzę do zakrystii, skromnego pomieszczenia z niskim sufitem oraz kilkoma szafkami i szufladami. Widok żółtego blatu z marmurkowym wzorem przywołuje pierwsze wspomnienie. Podszyty paniką smak alkoholu, którego nigdy wcześniej nie miałem w ustach: rozlałem przez nieuwagę wino mszalne i usiłowałem spić je z kontuaru, zanim ścieknie na podłogę.
Z zakrystii wąski korytarz za ołtarzem, niczym za kulisami teatru, prowadzi do ciemnej, nieużywanej salki, która kiedyś była szatnią ministrantów. Teraz przypomina grobowiec. Nie ma już ministrantów. Nawet zjawisko ministrantek wygasło. Wszystko inne wciąż tu jednak jest, pokryte kurzem i brudem. W rogu kącik ze zlewem, gdzie przygotowywano kwiaty na ołtarz. Zawsze, kiedy byłem tu sam, lubiłem bawić się zielonymi blokami (w głowie nagle pojawia się nazwa producenta: Oasis), służącymi do układania kwiatów. Nasączona wodą zielona substancja dawała oparcie łodygom i utrzymywała rośliny przy życiu. Kiedy wyschła, można było wsadzić w taki blok palec albo odłamać rożek i rozetrzeć między palcami. Przy znikomym wysiłku coś, co wydawało się solidne, obracało się w pył. Trafna metafora tego, co tutaj zaszło: ten kościół wysechł, zmienił się w blok pyłu scalony tylko siłą przyzwyczajenia.
Kiedyś parafia Świętej Moniki, jedna z wielu na przedmieściach Dublina, wydawała się solą ziemi, była niewzruszona i trwała. Dla mnie ta oaza zaczęła się kruszyć latem 1997 roku. Pracowałem w Nowym Jorku, dzięki wizie studenckiej J1, kiedy przyszedł list od mojego młodszego brata. Znalazłem go niedawno. Nabazgrany na kartce wyrwanej z kołonotatnika, lekko poszarpanej na górze, przypomina biuletyn informacyjny, w którym forma ustępuje pierwszeństwa naglącej treści:
Ksiądz McGennis dostał wyrok 18 miesięcy więzienia i drugi, 9 miesięcy (ma odbywać oba jednocześnie), za czyn lubieżny wobec trzynastoletniej dziewczyny w szpitalu w 1960 roku [...]. Muszę przyznać, że nie wiem, jak się z tym czuję.
Mimo upływu ponad dwudziestu lat ludzie w Edenmore wciąż mają ambiwalentny stosunek do Paula McGennisa, jego przeszłości i faktu, że dopadła go właśnie tutaj. Trzy dekady przed przybyciem do nas jako młody kapelan w szpitalu dziecięcym Matki Boskiej (Our Lady's Hospital for Sick Children) w Crumlin wykorzystał seksualnie młodą pacjentkę, Marie Collins, i zrobił jej obsceniczne zdjęcia. Zrujnowało jej to kilkadziesiąt lat życia. Potem jednak Collins wniosła przeciwko niemu oskarżenie - jako jedna z pierwszych ofiar molestowania seksualnego w irlandzkim Kościele. To samo zrobiła jeszcze jedna kobieta z innej parafii. Skazanie McGennisa przyczyniło się do zepchnięcia katolickiej Irlandii, i tak chylącej się już ku upadkowi, w otchłań chaosu - a wraz z nią kościoła Świętej Moniki.
W dublińskich archiwach diecezjalnych są tylko dwie cienkie niebieskie teczki dotyczące tej parafii. Archiwum mieszczące się w skrzydle Kolegium Świętego Krzyża, dawnego seminarium duchownego w Dublinie, to skarbnica wiedzy o świecie, którego już nie ma. Nawet te nieliczne dokumenty na temat mojej parafii wiele mówią o irlandzkim katolicyzmie z połowy XX wieku, jego niezmąconej pewności siebie i sposobach zdobywania miejsca na mapie i w umysłach ludzi.
Ponad sto lat przed tym, jak Raheny zostało przedmieściem Dublina - i parafią - urzędowy wykaz obiektów geograficznych Parliamentary Gazetteer z lat 1844-1845 opisywał te okolice w dość wytwornym tonie, jako "olśniewające i piękne, zarówno pod względem bujności natury, jak i sztuk zdobniczych oraz swobody, z jaką korzystać można z walorów uroczego, zachwycającego krajobrazu".
Za plażą Dollymount rozciągały się łąki, sady i spokojne wiejskie drogi łączące wspaniałe domy należące do ważnych ludzi, takich jak dynastie browarników Guinnessów i Jamesonów czy hotelarz Thomas Gresham.
Z akt diecezjalnych wynika, że wszystko zmieniło się w 1954 roku, kiedy główny urbanista rady miejskiej, zwanej wtedy Dublin Corporation, przysłał arcybiskupowi Johnowi Charlesowi McQuaidowi pełny raport na temat planów samorządu dotyczących Edenmore, wraz ze szczegółami nakazów wywłaszczenia. W tamtych czasach opieka zdrowotna i edukacja w Republice Irlandii pozostawały głównie w gestii Kościoła katolickiego, a wspomniana korespondencja pokazuje, jak przebiegała jego bliska współpraca z państwem w początkach niepodległości. Pierwsze były zakonnice, w 1956 roku. Ubogie Służebnice Matki Bożej (Poor Servants of the Mother of God) kupiły ziemię, żeby zbudować klasztor. Wciąż tu stoi, z przylegającym do niego domem opieki. Następnie, w 1962 roku, Dublin Corporation sprzedała archidiecezji tereny w Edenmore pod budowę szkół i kościoła - po kosztach, za 4575 funtów irlandzkich.
Kilka dni po tej kwerendzie odwiedzam archiwum miejskie, Dublin City Archives przy Pearse Street, żeby obejrzeć plany dla pozostałej części Edenmore: wyrysowane na szeleszczącej kalce technicznej ambitne, niezrealizowane projekty biblioteki, okrągłego placu poniżej poziomu ulicy oraz monumentalnego kina z wieżą zegarową. Nic z tego nie zbudowano, bo architektoniczny optymizm ustąpił w starciu z realiami budżetowymi. Pod koniec lat sześćdziesiątych wyłoniło się rzeczywiste Edenmore: wietrzny pasaż handlowy i szeregowe domy komunalne na trójkątnym obszarze, ograniczonym trzema głównymi drogami. Sprowadziły się tu rodziny z czynszówek w śródmieściu i przyjezdni spoza Dublina.
W sercu nowego osiedla zostawiono miejsce na kościół z prawdziwego zdarzenia, który jednak nigdy nie powstał i ani w archiwach miejskich, ani diecezjalnych nie ma żadnych projektów tej fantomowej budowli. W lipcu 1966 roku arcybiskup McQuaid konsekrował skromny tymczasowy obiekt jako kościół pod wezwaniem Świętej Moniki. W archiwum brakuje szczegółów dotyczących tej uroczystości, ale w diecezjalnych papierach znalazł się program ceremonii poświęcenia szkoły 17 grudnia 1968 roku. Widać w nim wyraźnie ówczesny "porządek dziobania": architekt miał wręczyć klucz do Szkoły dla Chłopców Świętego Malachiasza arcybiskupowi, a ten przekazać go niewymienionemu z nazwiska urzędnikowi z Ministerstwa Edukacji. Państwo pokryło mniej więcej osiemdziesiąt pięć procent kosztów otwarcia szkoły - ale zbudowano ją na kościelnej ziemi, co prawda tanio kupionej po uzyskaniu informacji od głównego urbanisty miasta. Przemiana bujnej dziewiczej łąki w betonowy konkret parafii Świętej Moniki jest czymś więcej niż tylko przykładem bliskiej kooperacji państwa i Kościoła. Takie określenie brzmi tajemniczo i abstrakcyjnie, tymczasem była to współpraca Irlandczyków - głównie mężczyzn - z różnych instytucji, którzy postawili sobie za cel stworzenie struktur kontroli w nowej społeczności.
Program poświęcenia szkoły instruuje parafian, by po przekazaniu klucza udali się na mszę do kościoła Świętej Moniki ("Wstać, kiedy arcybiskup wejdzie, i uklęknąć, kiedy będzie szedł nawą główną...").
Dalej w aktach diecezjalnych dotyczących parafii dominuje już tylko jeden temat: pieniędzy. A dokładniej: chodziło o to, co zrobić z odziedziczonym przez nią zadłużeniem w wysokości 58 564 funtów. W pełnych niepokoju listach do arcybiskupa ksiądz Foley, pierwszy proboszcz, pisze, że bank "domaga się regularnych spłat". Zbawienie przychodzi w postaci broszury na błyszczącym papierze - egzemplarz zachował się w aktach - zatytułowanej Plan datków i zapowiadającej zbiórkę pieniędzy od drzwi do drzwi. Broszura, która miała trafić do każdego domu w probostwie, wyjaśnia w życzliwym, choć zdecydowanym tonie, co należy zrobić, by utrwalić praktykę ofiarowania datków w parafii Świętej Moniki. Tekst przekonuje parafian, by otworzyli drzwi jednemu z lokalnych mieszkańców, który "przychodzi jako przyjaciel [...], nie po to, by żebrać ani by wtrącać się w wasze sprawy [...]. Ma za zadanie pomóc wam, jeśli potrzebujecie pomocy w określeniu, jaką sumę powinniście ofiarować".
Biorąc pod uwagę, że to dobrowolna zbiórka, broszura zawiera wyjątkowo zdecydowane wytyczne co do wysokości przekazywanych datków.
[Darowizna na rzecz kościoła] powinna mieć należne jej miejsce w naszym budżecie [...], dar jest odpowiedni tylko wtedy, gdy kosztuje nas wysiłek - musi być czymś, czego brak odczujemy [...]. Nasz dar powinien odzwierciedlać nasze katolickie wierzenia - że wszystko, co mamy, pochodzi od Boga; że tylko zwracamy to, co jest Jego; że jesteśmy odpowiedzialni za wykorzystanie Jego darów.
Przypomina mi się scena imprezy charytatywnej w filmie Książę w Nowym Jorku z Eddiem Murphym i tekst: "Z radością przyjmiemy pieniądze, które brzęczą, ale wolimy takie, które szeleszczą".
Z dalszej lektury tych akt i obszernych raportów uzupełniających wyłania się następujący model zakładania nowej parafii przez dublińską archidiecezję: archidiecezja kupuje ziemię od miasta po kosztach, stawia kościół za pieniądze z banku, zadłużenie przenosi na miejscową parafię, wymaga od parafian poświęceń, żeby spłacili dług, a jednocześnie podkreśla, że budynki, które finansują - i wykładane przez nich na ten cel pieniądze - należą do Boga albo jego ziemskich przedstawicieli.
Broszura zawiera także opowieść o rolach płciowych w latach sześćdziesiątych: na fotografii uśmiechnięte kobiety z Edenmore, które organizowały tak zwane Wieczerze Lojalności, siedzą w szkolnych ławkach. "Zadanie pań już skończone, teraz pałeczkę przejmują nasi panowie" - głosi broszura. Zwracam uwagę, że mężczyźni na zdjęciu nie są wciśnięci w ławki. Pozując w kościele w zimowych paltach, wyglądają, jakby byli w ruchu, może są w drodze do domów parafian, które według prospektu mają odwiedzić. Zastanawiam się, ilu z nich było zdolnych do empatii i wyczuwało, że ludziom może być ciężko wychowywać małe dzieci, płacić czynsz miastu i jeszcze sprostać finansowym żądaniom parafii.
Z dokumentów wynika, że dziewięćset sześćdziesiąt pięć rodzin podpisało zobowiązanie i otrzymało pudełko zawierające oznaczone datami koperty na darowizny. Mowa także o stu dwudziestu "rodzinach nieuczestniczących", które będą wymagały dalszej uwagi. Ksiądz Foley zaprosił arcybiskupa, żeby odwiedził ochotników z parafii Świętej Moniki i wygłosił dopingujące przemówienie.
"Bardzo nierozsądne działanie - zanotował na tym liście McQuaid. - Zawsze zawodziło. Stosować model Wells". Chodzi o Wells Organization, profesjonalną amerykańską firmę specjalizującą się w zbiórkach pieniędzy, zaangażowaną przez dublińską archidiecezję między innymi do kampanii "Planowanie datków" w parafii Świętej Moniki. Wizyta arcybiskupa mogłaby wywrzeć wrażenie na mieszkańcach, ale także rozwiać złudzenia. Familiarny ton broszury sugeruje, że zbiórka jest wysiłkiem oddolnym. Rzeczywiście realizowana była w ten sposób, przez proboszcza i parafian, ale według szablonu z zewnątrz, narzuconego odgórnie.
Lektura cienkiej teczki parafii Świętej Moniki jest pouczająca, pokazuje profesjonalne podejście do zbierania funduszy, z czego niewielu w probostwie zdawało sobie sprawę. W końcowym raporcie konsultant z Wells Organization, który nadzorował planowanie spotkań na tym terenie, chwali miejscowych mężczyzn zwerbowanych przez proboszcza. Chodzili od drzwi do drzwi jako "prawdziwy trzon Kościoła, z głębokim poczuciem braterstwa". Akta nie zawierają niczego, co wskazywałoby, jaką część wpływów ze zbiórek Wells Organization pobierała za swoje usługi.
Po pełnym entuzjazmu początku kampanii nie wszystko poszło zgodnie z planem. Rzeczywiste datki były o połowę niższe od deklarowanych. Archidiecezja ostrzegała księdza Foleya o "spadku standardów darowizn" i sugerowała, by zgodził się na kolejne profesjonalne zbiórki.
Siedzę w archiwum diecezjalnym i nie wiem, co spodziewałem się znaleźć w aktach parafii Świętej Moniki - ale na pewno nie to. Może byłem naiwny, licząc na zapiski o problemach, nadziejach czy ambicjach parafian. Tymczasem teczki zawierają liczne sprawozdania finansowe i pisma proboszczów dołączane do czeków z dodatkowych kościelnych kolekt: na Papieski Uniwersytet Laterański w Rzymie, na Kolegium Świętego Krzyża w Clonliffe w Dublinie (miejscowe seminarium), na Irlandię Północną, na pomoc dla Pakistanu, na Centralny Fundusz Diecezjalny... W listach księża podają wysokość datków w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców. Wynika stąd, że ktoś w Pałacu Arcybiskupim prowadził coś w rodzaju tabeli ligowej darowizn z poszczególnych parafii. Może wisiała tam mapa diecezji z zielonymi i czerwonymi pinezkami.
Parafianom od Świętej Moniki, z których wielu miało niskie dochody i duże rodziny na utrzymaniu, więc z trudem wiązało koniec z końcem, oszczędzono upokorzenia z dawniejszych czasów: odczytywania przez księdza na głos z ambony wysokości datków od każdego z wiernych, w kolejności od najhojniejszych. W nowoczesnej odsłonie postawiono na subtelniejszą, sprofesjonalizowaną presję otoczenia, z twarzą mieszkańca okolicy. Przekaz: może i z pieniędzmi jest krucho, ale to żadna wymówka.
Lokatorom domów komunalnych w Edenmore pozwolono je w końcu wykupić. Coraz mniej liczni praktykujący parafianie nie mają żadnych praw własności do kościoła, który sfinansowali. Oczywiście, ktoś musiał regulować rachunki w probostwie Świętej Moniki. (Dług parafii został spłacony, ale datki kopertowe wciąż są zbierane, obok dwóch tac tygodniowo, żeby płacić księżom, utrzymywać ich domy i samochody, a także kierować parafią, choć ze stale zmniejszającymi się zyskami).
Z perspektywy półwiecza kampania "Planowanie datków" narzucona parafii Świętej Moniki przez archidiecezję wygląda mi bardziej na planowanie poborów. Ciekaw jestem, jakie piętno odcisnęło to rozwiązanie siłowe z początków istnienia probostwa na miejscowych parafianach?
W okolicy zostało niewiele osób, które wszystko widziały, ale kobiety z parafialnego chóru, dziś po siedemdziesiątce, były tu od początku. Spotykam się z nimi w kawiarni w pobliskim centrum handlowym, w którym frekwencja jest znacznie wyższa niż na zakończonej przed kilkoma minutami niedzielnej mszy. Zaczynamy od niezobowiązującej pogawędki. Kiedy rozsiadamy się wygodnie i nalewamy herbatę, odnoszę wrażenie, że nikt ich nigdy nie zapytał, co widziały w Świętej Monice. Otoczony sześcioma gadatliwymi kobietami, porzucam wszelką nadzieję, że będę miał okazję zadać im jakiekolwiek pytania, i po prostu zamieniam się w słuch. Niebawem recytują całą listę duchownych, którzy przewinęli się tu przez pięćdziesiąt lat: ksiądz snob, ksiądz pedant, pijący ksiądz, łagodny ksiądz, seksowny ksiądz, ksiądz babiarz, ksiądz molestujący i ksiądz obsesyjno-kompulsywny. Szaleją za swoimi księżmi. Moje rozmówczynie, irlandzkie matki lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, przechodziły nad nimi do porządku dziennego. Były pokoleniem pomiędzy: mniej zindoktrynowane od swoich rodziców, którzy nigdy by nie skrytykowali "namaszczonych przez Boga", wychowały się jednak w kulturze bardziej rygorystycznej i hierarchicznej niż ta, w której dorastałem ja sam.
Ta Irlandia, znikająca za horyzontem, lecz wciąż nie tak odległa, była światem posłuszeństwa Kościołowi, ukradkowych sygnałów i niepisanych reguł. Reguł często wyznaczanych tym kobietom przez zakonnice, które je uczyły. Chórzystka Brenda wspomina jedną z licznych przestróg sióstr, mianowicie: "Wywołać skandal to jak rozerwać poduszkę z pierzem". Nie słyszałem tego powiedzenia, ale moje rozmówczynie kiwają głowami na znak, że je rozpoznają. Było to jedno z wielu ostrzeżeń formułowanych przez zakonnice, by je zastraszyć i kontrolować.
Opowieści płyną wartkim strumieniem. Pomiędzy szczęśliwe wspomnienia - a jest ich wiele - zaczynają wdzierać się te mniej przyjemne. Bez zachęty z mojej strony kobiety przechodzą do tematu upokorzeń, dużych i małych, których doświadczały z rąk zmieniającej się kadry kapłanów kościoła Świętej Moniki. Byłyby to przezabawne historie, gdyby nie to, że są dość przygnębiające. Na przykład opowieść o tym, jak chór, złożony z ochotniczek, został przez księdza wylany za "nieposłuszeństwo". Zbrodnia: zbieranie funduszy na wymianę kościelnych organów bez poproszenia go o pozwolenie.
Brenda pamięta jeszcze jeden incydent związany z nieposłuszeństwem. Kiedy ośmieliła się zażądać remontu szkolnych klas, będących w opłakanym stanie, dostała potrójną reprymendę. Najpierw od proboszcza, następnie od innego księdza, który upomniał ją publicznie z ambony, a na koniec od wizytującego parafię biskupa, którego poinformowano wcześniej, kim ona jest, i który nie szczędził jej zjadliwych uwag. Choć minęło już kilkadziesiąt lat, Brenda wciąż pamięta, jak siedziała w domu na łóżku i szlochała z frustracji.
Pozostałe kobiety kiwają głowami ze współczuciem i zrozumieniem i dzielą się podobnymi historiami. To szokujące opowieści o codziennej bezduszności i przemocy emocjonalnej, relacjonowane przez matki dzisiejszego pokolenia #metoo.
Czy ktoś się przeciwstawiał?
Kay sugeruje, że "ktoś może mógł się postawić i powiedzieć nie", ale nie jest pewna, kto miałby to być.
- Nikt nigdy tego nie zrobił i dlatego tak to się potoczyło - konstatuje cicho.
Ogromną nierównowagę władzy między księdzem a parafianami, źródło zjawiska kontroli w takich parafiach jak Święta Monika, uważano za porządek do tego stopnia naturalny, że rzadko o nim dyskutowano czy choćby świadomie go dostrzegano. Tak po prostu było i już. Większość kobiet siedzących przy stoliku i dopijających herbatę uświadamia sobie z perspektywy czasu, że relacja między księżmi a mieszkańcami opierała się na zaufaniu. Kiedy nadużycie zaufania ludzi zaszło za daleko - po rewelacjach na temat McGennisa - władza kleru została na zawsze podkopana. To, co teraz, z perspektywy czasu, widać wyraźnie, wtedy nie było jednak wcale oczywiste.
Struktury, które kiedyś wydawały się niepodważalne, obróciły się w gruzy, ale pozostawiły po sobie trudne dziedzictwo. Zrezygnowanym głosem Rita mówi, że "w Kościele było dużo strachu. Ten cały gniew, ogromny sprzeciw, wziął się stąd, że mieli taką wielką kontrolę".
Zbierając się do wyjścia, kobiety, z których wszystkie bez wyjątku wciąż są praktykującymi katoliczkami, przyznają, że ich wiara pozostaje silna, lecz stała się sprawą prywatną. Kler, który kiedyś nad nimi dominował, dziś wydaje się żałośnie słaby. Sięgając pamięcią wstecz, Brenda zastanawia się, czy arogancja księży mogła brać się z respektu, jakim ich darzono.
- Czy nie byliśmy idiotami - pyta - wierząc we wszystko, co nam mówili?
W jej pozornie pogodnym tonie słychać ból.
W kościele Świętej Moniki nie ma już wiernych, którzy uczestniczyli w porannej mszy. Ksiądz też zdążył wyjść. Zakrystianka Bridie Kelly wciąż jednak tu jest, na stanowisku niezmiennie od pięćdziesięciu lat. Ma kąśliwe dublińskie poczucie humoru, które pasuje do jej akcentu, i opanowała do mistrzostwa sztukę matczynych reprymend, przynoszącą najlepsze rezultaty w przypadku irlandzkich księży. Głupi księża się jej sprzeciwiają, mądrzy wiedzą, żeby nawet nie próbować.
Porządkując zakrystię, opowiada mi, jak pewien chłopiec ze szkoły Świętego Malachiasza zapytał ją ostatnio:
- Proszę pani, czy to pani kościół?
- A dlaczego pytasz? - chciała wiedzieć.
- Bo pani zawsze tu jest.
Bridie widziała tu wszystko: pogrzeb bojownika IRA ze strażą honorową złożoną z samych kobiet; alarm bombowy; włamywaczy, którzy ciągnęli ją przez cały kościół za kark, szukając pieniędzy z tacy. Zdarzało się, że interweniowała: raz ksiądz nie przyszedł na mszę, więc bez większych ceregieli sama poprowadziła nabożeństwo modlitewne. Uspokajała też gospodynię innego księdza, która wybiegła z plebanii, krzycząc, że widziała na schodach Najświętszą Panienkę. Kiedy zaczynamy rozmawiać o roku 1997, w którym parafianie dowiedzieli się, dlaczego ksiądz Paul McGennis odszedł stąd na dobre, Bridie zniża głos.
- Wiedzieliśmy, że coś jest na rzeczy, bo to wyjeżdżał z parafii, to wracał, ale mało kto o cokolwiek pytał. Zorientowaliśmy się, że już go nie będzie, kiedy jego nazwisko znikło z konfesjonału.
Paul McGennis przyznał się do czterech czynów lubieżnych. Po apelacji odsiedział dziewięć miesięcy w więzieniu. Ta sprawa nigdy jednak tak naprawdę się nie skończyła. Ani dla starszego już dziś księdza, ani dla ofiar, ani dla jego siostry - nauczycielki w lokalnej szkole - a już na pewno nie dla miejscowych parafian.
Marie Collins, molestowana przez McGennisa w 1960 roku, powiedziała mi, że kiedy jej historia trafiła do wiadomości publicznej, błagała arcybiskupa Desmonda Connella, żeby przysłał psychologów do parafii Świętej Moniki. Connell nigdy nie zadał sobie tego trudu.
- Zostawili cały ten kram biednemu księdzu Geaneyowi - wzdycha Bridie, siedząc w pustej zakrystii.
Michael Geaney, ówczesny proboszcz - siwowłosy, o łagodnym głosie, rodem z Cork - miał kłopoty z utrzymaniem Paula McGennisa w ryzach. Wiedział, że jego wikary jest dziwny, ale nie sądził, że może stanowić zagrożenie. O ile McGennis świetnie dogadywał się z dziećmi, o tyle jego zachowanie i mowa ciała pomagały mu unikać bliższych kontaktów z dorosłymi. Nawet inni księża nie przestępowali progu jego domu. Na Michaela Geaneya, który źle ocenił swojego wikariusza, spadło zadanie wytłumaczenia parafianom rozgrywającego się na ich oczach horroru z McGennisem w roli głównej.
Podczas gdy ja byłem w Nowym Jorku, Bridie przyglądała się z bliska gehennie księdza Geaneya:
- Zaczął płakać i wybiegł, o, tamtędy, musiałam go gonić po polu i przyprowadzić z powrotem. Omal nie zwymiotował. To był straszny, potworny czas.
Urodziłem się w 1977 roku i chociaż jako ministrant w kościele Świętej Moniki często miałem styczność z Paulem McGennisem, słabo go pamiętam. Był nieśmiałym, łysiejącym mężczyzną po pięćdziesiątce, z tłustymi włosami i w grubych okularach, chronicznie niezdolnym do patrzenia ludziom w oczy. Parafianie postrzegali go jako mamroczącego pod nosem księdza, który lubił odprawiać długie nabożeństwa. Ktoś powiedział mi kiedyś: "Jeśli chcesz zrozumieć koncepcję wieczności, spróbuj wysiedzieć na jednym z jego kazań".
Mnie akurat jego kazania całkiem się podobały. Jak wspomniałem, jako dziecko uwielbiałem czytać, więc głoszone przez McGennisa idee o wierze, Bogu i świecie - teologia dla początkujących - przemawiały do mnie bardziej niż prostsza strawa duchowa serwowana przez innych księży. Nabożeństwa McGennisa, jak on sam, nie pasowały do otoczenia.
Chociaż lubił odprawiać długie msze, na przygotowania zostawiał sobie mało czasu - podjeżdżał w ostatniej chwili na tyły kościoła białym volkswagenem garbusem, zwykle pełnym dzieci. Kiedy szykował się do mszy, często otwierałem drzwi od zakrystii i patrzyłem, jak dzieci bawią się samochodowymi światłami, wycieraczkami, radiem. Zastanawiałem się, dlaczego nie przychodzą na nabożeństwo i gdzie są ich rodzice.
Te same dzieci - a może inne? - widziałem, kiedy matka wysyłała mnie do domu wikarego po podpis na papierach dla zarządu szkoły, którego oboje byli członkami. Drzwi zawsze otwierało jakieś dziecko, nigdy sam McGennis. Spoglądając w głąb ciemnego korytarza, dostrzegałem kolejne dzieci - a to siedziały na poręczy schodów, machając nogami, a to patrzyły w dół z podestu na piętrze. Ile dzieci wziął do siebie? Czułem z nimi, głównie dziewczynkami, równie nikłą więź jak z chłopakami z domów komunalnych w mojej klasie. Jedna część mojego mózgu uważała tę sytuację za bardzo dziwną, ale druga ją akceptowała. Było tu trochę jak w telewizyjnym sitcomie Diff'rent Strokes, tyle że z napiętą atmosferą zamiast śmiechu.
Mój młodszy brat miał podobne odczucia. W liście z 1997 roku napisał, że podejrzewał, iż "na tych dwóch przypadkach się nie skończyło":
Pamiętam, że regularnie były u niego w domu dzieciaki z rodzin [nazwisko pominięte] i [nazwisko pominięte]. Wiedziałem o tym już dwa miesiące temu, ale nie chciałem nic mówić, żeby nie szkalować człowieka. Sprawa jest dość ohydna, ale jednocześnie to bardzo ciekawe, jak różni ludzie reagują.
Brat dziś już nie pamięta ówczesnych reakcji poszczególnych osób. Kiedy we wrześniu wróciłem z Nowego Jorku, gotowy dowiedzieć się więcej o największym skandalu, jaki wstrząsnął naszą senną parafią, z zaskoczeniem i rozczarowaniem przekonałem się, że sprawa została wyciszona. O McGennisie się nie mówiło, jakby nigdy nie istniał, a skandal z jego udziałem nigdy się nie zdarzył.
Dziś, z perspektywy dwóch dekad, ciekaw jestem, co przesądziło o zamknięciu dyskusji na jego temat.
Czy ludzie bali się rozsypać metaforyczne pierze skandalu, przed czym przestrzegały zakonnice - czy może niepokoiło ich, że niektóre pióra polecą w ich stronę?